Chazan (19.07.2015)

 

Szykanowana za in-vitro

„Firmy dziecioróbstwo nie interesuje”, „taka stara i dzieci się jej zachciewa” – usłyszała Anna Tymko, pracownica Polskich Sieci Energetycznych. Kobieta, która przyznała w miejscu pracy, że starała się o zapłodnienie metodą in-vitro, przez co była na długim zwolnieniu, przybrała na wadze i była zmuszona wystąpić o zapomogę do Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych.

Niedawno wszystkich zelektryzowały kuriozalne wypowiedzi senatorów podczas debaty, na której omawiano uchwaloną przez Sejm Ustawę o leczeniu niepłodności. Absurdalne tezy wygłaszane przez niektórych jej uczestników i uczestniczki, a wymierzone w pary starające się o ciążę z in-vitro ale też i w dzieci urodzone tą metodą (nazywane mordercami swych braci i sióstr) wywoływały niesmak, oburzenie, ale głównie śmiech. Niestety – piętnowanie kobiet, które zdecydowały się na in vitro to nie niesmaczny żart z sali posiedzeń komisji, ale najprawdziwsza rzeczywistość.
Pani Anna była długi czas nękana, a wreszcie zwolniona z pracy, bo zdecydowała się skorzystać z procedury in-vitro. Niewybredne komentarze współpracowników i przełożonych dotyczyły także jej wieku – pani Anna ma 42 lata. To pokazuje, na jak przykre konsekwencje nierzadko narażone są Polki, które chcą podejmować decyzje zgodnie ze swoim sumieniem.
Trudno zrozumieć, jak dalece posuwają się ludzie, którzy roszczą sobie prawo do decydowania o sumieniach innych i jak bardzo godzi to w godność i życie drugiej osoby. Panią Annę, mającą dwoje dzieci z pierwszego związku, za skorzystanie z tego prawa spotkała degradacja zawodowa, upokorzenia i na końcu zwolnienie.
Kobieta nie poddaje się i chce podjąć słuszną walkę o swoje prawa. Będę uważnie śledzić jej poczynania i z niecierpliwością czekać na decyzję sądu. Mam nadzieję, że wygra wolność wyboru i sumienia i po prostu sprawiedliwość, a pani Annie życzę odwagi i konsekwencji, bo wyrok dla niej korzystny może przyczynić się do tak oczekiwanej zmiany społecznej i zmiany w prawie.

naTemat.pl

ustawaOinVitroChazanNowicka

Nie jest przesadą mówienie o iranizacji Polski

Ze Stanisławem Obirkiem rozmawia Dorota Wodecka, 18.07.2015
Stanislaw Obirek

Stanislaw Obirek (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja)

Polski katolicyzm nie jest ani religią, ani chrześcijaństwem, lecz ideologią pozwalającą na odróżnianie się od innych, zwalczanie tych, którzy nie podzielają jego poglądów
Trudno zliczyć, ile razy jezuicki teolog, historyk i antropolog Stanisław Obirek podpadł przełożonym. Na pewno w 1998 roku, kiedy wbrew decyzji Kongregacji Nauki Wiary potępiającej dzieła hinduskiego jezuity i mistyka Anthony’ego de Mello napisał w „Tygodniku Powszechnym”, że „medytacja de Mello dała mu wolność, tak konieczną w Kościele, a może przede wszystkim w autorytarnej strukturze zakonu”. I zapowiedział, że mimo zakazu nadal będzie korzystał z jego książek w pracy ze studentami. Kardynał Franciszek Macharski chciał mu wówczas odebrać prawo nauczania, ale wybronił go przełożony zakonny.

I w 2002 roku, kiedy potwierdził zawartą w pytaniu sugestię dziennikarza „Przekroju”, że Jan Paweł II jest złotym cielcem polskiego Kościoła. Prowincjał Adam Żak zakazał mu wówczas kontaktu z mediami.

I w końcu w 2005 roku, gdy w wywiadzie dla „Le Soir” porównał zmarłego papieża Polaka do wiejskiego proboszcza. Nowy prowincjał Krzysztof Dyrek nie tylko ponowił zakaz swojego poprzednika, ale także pozbawił jezuitę możliwości nauczania i zwolnił z funkcji prorektora ds. naukowych.

„To wtedy zdecydowałem o opuszczeniu zakonu, w którym spędziłem 29 lat” – wspomina w swojej najnowszej książce pt. „Polak katolik?” prof. Stanisław Obirek, który dziś pracuje w Ośrodku Studiów Amerykańskich UW.

To kolejna po wydanym w 2013 roku zapisie rozmów z prof. Zbigniewem Baumanem („O Bogu i człowieku. Rozmowy”, WL) analiza obecności religii w sferze publicznej, koncentrująca się tym razem na polskim katolicyzmie i jego wpływie na życie społeczne. I niestroniąca od autobiograficznych opowieści o dorastaniu i dojrzewaniu, fascynacji teatrem, zakonem, a w końcu i życiem świeckim.

Dorota Wodecka: Czytając pana diagnozy dotyczące polskiego Kościoła, zastanawiałam się, co to w ogóle pana obchodzi. Opuścił pan zakon w poczuciu, jak mniemam, klęski, bo nie udało się panu przekonać przełożonych nie tylko do swoich poglądów, ale także do zgody na ich publiczne wyrażanie.

Stanisław Obirek: Opuszczając zakon w 2005 roku, nie opuściłem katolicyzmu. Po 30 latach zdałem sobie sprawę, że zakon przestał być wierny ideałom, które mnie do niego przyciągnęły. Stał się częścią instytucji, z którą miałem coraz mniej wspólnego. Te same powody, które mnie do jezuitów zbliżyły, sprawiły, że ich opuściłem.

Wiem, że dla wielu czytelników mojej książki i tej rozmowy jest to nieudolna próba racjonalizacji błędnej decyzji życiowej i właśnie klęski. Ale po to napisałem „Polaka katolika?” i opatrzyłem go znakiem zapytania, by udowodnić, że to nie jest ani proste, ani jednoznaczne. Staram się być intelektualnie spójny i duchowo uczciwy. Nie mnie sądzić, czy mi się to udało. Jednak mogę się odwołać do sumienia.

I?

– Słyszę wewnętrzny głos: „Staszku, dobrze zrobiłeś, jestem po twojej stronie”. Dla mnie jest to głos Boga i on jest dla mnie rozstrzygający.

Odejście z zakonu nie oznacza braku zainteresowania tym, co się w Kościele dzieje. Zakon jezuitów, przy całym szacunku dla tej instytucji, to tylko drobny fragment tego, co nazywamy katolicyzmem. Dzięki Soborowi Watykańskiemu II wiemy, że najważniejszy jest lud boży, czyli my wszyscy. A nie kler ani biskupi. Nawet papież nie jest najważniejszy. Ważne jest, co my z naszą wiarą robimy na co dzień. I dlatego obchodzi mnie, co się dzieje z polskim katolicyzmem, bo żyję w tym kraju od blisko 60 lat. Wierzę bowiem, że inny katolicyzm jest możliwy. I dlatego chciałbym, by ten inny, otwarty i kulturowo płodny, stał się częścią przestrzeni społecznej, którą zamieszkujemy.

Dlaczego to jest dla tej przestrzeni istotne?

– Ależ to oczywiste! Znam społeczeństwa, w których katolicyzm stanowi formę kulturowego i duchowego zaczynu. Tak jest w wielu krajach Azji i na wielu katolickich uczelniach w USA. Marzy mi się, by tak było i w Polsce. Mam nawet gotowy plan, który chętnie przedstawię polskim jezuitom, a za ich pośrednictwem papieżowi.

Ale z doświadczenia wiem, że mnie nie posłuchają, a do papieża i tak nie dotrę, więc wolę swój plan realizować poza Kościołem, a czasem wbrew Kościołowi. Czas inkwizycji i stosów już minął, więc mogę spokojnie działać.

Książka wpisuje się w krytyczną debatę na temat Kościoła katolickiego.

– Nie zgadzam się z zawartą w pani pytaniu supozycją, że krytyka polskiego katolicyzmu stała się powszechna.

Dostrzegam tendencję przeciwną. Mamy do czynienia raczej ze swoistą epidemią nawróceń na katolicyzm, i to w środowiskach najmniej z tym wyznaniem kojarzonych, jak pośród muzyków rockowych, polityków skrajnie nacjonalistycznych i ksenofobicznych grup, które jeszcze trudno nazywać partiami. Ale kto wie, czy właśnie dzięki wsparciu polskich hierarchów nimi się nie staną. Również w środowiskach akademickich i medialnych dostrzegam osobliwe wzmożenie katolickiej pobożności. Przecież to Adam Michnik na łamach „Wyborczej” deklarował nie tak dawno, że Kościół katolicki uczy Polaków odróżniać dobro od zła.

Z takim rozumieniem katolicyzmu się nie godzę. Źródła dobra są rozproszone w ludzkiej historii i dotyczą różnych form kulturowych. Wcale nie jestem pewien, że religia jest miejscem szczególnie uprzywilejowanym.

Jeśli jednak uważnie się pani wczyta w moją książkę, to dostrzeże raczej żal, że wielki potencjał kulturotwórczy wyznania chrześcijańskiego jest marnowany. Staram się uchronić polski katolicyzm przed patologiami, w które zaczął popadać po odzyskaniu niepodległości.

By nie szukać daleko: w tym roku 4 czerwca wypadł akurat w święto Bożego Ciała. Kaznodzieje w tym dniu wypowiadali się jak specjaliści od referendum w Irlandii, sposobów zapłodnienia i „niszczącej ideologii gender”.

Właśnie ten sposób nadużywania religii staram się demaskować. To nie ma żadnego związku ani z katolicyzmem, ani z chrześcijaństwem.

Dlaczego doktryna powinna być zdroworozsądkowa?

– Bo szanuje elementarne poczucie rzeczywistości. Jeśli brak jej związku z realnym światem, to popada w ułudę, że może więcej, niż może. Okłamuje, stwarza iluzje, a co najgorsze, uniemożliwia dogadywanie się ludzi. Stwarza sztuczne podziały. Historia religii to właśnie ilustracja zgubnych konsekwencji tej ułudy, że człowiek może poprzez język przekroczyć otaczającą go rzeczywistość. Podstawowe dogmaty chrześcijaństwa są właśnie czymś takim, a podziały między chrześcijanami są wynikiem tej dogmatycznej perwersji. Inne religie nie są lepsze. Zarówno te, które pojawiły się przed chrześcijaństwem, jak hinduizm, buddyzm czy judaizm, jak i te młodsze, jak islam czy mormonizm.

Myślę o takim zdrowym rozsądku, który był bliski np. arianom, którzy wierzyli, że rozumem można nie tylko zgłębiać najważniejsze tematy, ale też o nich w sposób racjonalny rozmawiać.

Uważa pan, że polska religia ulega putinizacji.

– Gdy zobaczyłem to sformułowanie w wywiadzie, którego kilka miesięcy po wyborze Josepha Ratzingera na papieża Hans Küng udzielił tygodnikowi „Spiegel”, wydało mi się to przesadą. Ale znając historię związków tego wybitnego teologa z Janem Pawłem II i Benedyktem XVI, nie tylko przyznaję mu rację, ale także rozciągam jego tezę na polski katolicyzm, zwłaszcza w wersji prezentowanej przez hierarchów. Chodzi o to, że z chwilą objęcia urzędu człowiek zapomina, skąd się wziął, i zaczyna się zachowywać tak, jakby był jedyną miarą rzeczy.

W polityce jest to irytujące, w religii – przerażające. Mam nieodparte wrażenie, że polski kler, bo przecież nie tylko biskupi, rozciąga dogmat o nieomylności papieskiej na wszystkie swoje mniej czy bardziej (zwykle bardziej) idiotyczne pomysły interpretacyjne.

Krótko mówiąc, tu nie ma dyskusji, różnicy poglądów, jest tylko autorytarny dyktat. To właśnie jest wyrazem „putinizacji polskiej religii”. Putin nagle ubzdurał sobie, że to on zbawi Rosję, a każdy, kto ma wątpliwości co do jego kompetencji, jest traktowany jak wróg i zdrajca. Podobną ewolucję obserwuję u większości polskiego kleru.

Polski katolik wierzy w Boga?

– Mam z tym pytaniem kłopot. Polski katolicyzm nie jest ani religią, ani chrześcijaństwem, lecz ideologią grupową pozwalającą na odróżnianie się od innych, a w skrajnych przypadkach – na zwalczanie tych, którzy nie podzielają ich poglądów. Szczegółowych odpowiedzi udzielają socjologowie religii, z których szczególnie przenikliwy wydaje mi się Józef Baniak z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Z jego analiz wyłania się dość ponury obraz ludzi zachowujących się stadnie i koniunkturalnie, których religijność jest w istocie zewnętrzną strategią dostosowania się do grupy dominującej, a w wielu wypadkach drogą do robienia kariery. Moje obserwacje w dużym stopniu potwierdzają wyniki tych badań.

Jak to się stało, że religia w Polsce uległa upolitycznieniu, a polityka – ureligijnieniu?

– Główni aktorzy polityczni i religijni odwołują się z zapałem do dziedzictwa polskiego papieża. Zastanawiam się, skąd pojemność i elastyczność tej spuścizny. Myślę, że Karol Wojtyła chciał odegrać wyjątkową rolę w polskim Kościele. Nie było mu to dane, bo musiał pozostawać w cieniu prymasa Wyszyńskiego. Kiedy znalazł się w Rzymie, uznał, że to jego czas, i rozwinął wizję, która dzieliła katolików.

Istotny potencjał polaryzujący dostrzegam w jego stosunku do Europy. Z jednej strony deklarował konieczność przyjęcia Polski do Unii, ale na tym samym oddechu zwrócił uwagę na szczególną jej rolę. Że oto Polska ma leczyć Europę z konsumeryzmu i bronić wartości chrześcijańskich. Wejście do UE, ale pod warunkami, było błędem, który wykorzystuje w tej chwili fundamentalistyczny kościelny beton. Powołując się na spuściznę papieża Polaka i konieczność dochowania mu wierności, inkryminuje, wytyka błędy i nienawidzi, czego wyraz mieliśmy w trakcie ostatniej debaty nad in vitro.

Papież był przekonany, że Kościół winien bronić wartości chrześcijańskich.

– Bo nie miał zrozumienia dla idei oświecenia. Nie wyobrażał sobie, że etyka i moralność mogą istnieć poza chrześcijaństwem. Powiedzmy jasno, że on nigdy nie zaakceptował pluralizmu. Nigdy nie zgodził się na wielogłos. Mimo swojej ekumenicznej otwartości nigdy nie pytał o zdanie innych Kościołów. Jego katolicyzm był monologizujący i zamknięty na inne głosy. Spotykał się ze wszystkimi i recytował przemówienia, nie pozwalając na jakąkolwiek debatę.

Echa jego ambiwalencji pobrzmiewają w wypowiedziach Kaczyńskiego, Radia Maryja czy upolitycznionych biskupów.

A przecież Sobór próbował odciąć się od tego, co Jan Paweł II uczynił swoim programem – ureligijnienia polityki i upolitycznienia religii.

Uczestniczyłem w konferencji na jezuickim Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie z okazji 50. rocznicy zakończenia Soboru. Wzięło w niej udział 270 teologów z całego świata, w tym dwóch kardynałów, wielu księży, zakonnice i świeccy katolicy. Nie zabrakło przedstawicieli innych wyznań chrześcijańskich i innych religii. Uderzyło mnie to, że poza odwoływaniem się do dokumentów soborowych najczęściej cytowanymi papieżami byli Jan XXIII, jako ten, który Sobór zwołał, i Franciszek, który ten Sobór najlepiej rozumie i wciela w życie.

O Janie Pawle II wspominano, ale przeważnie krytycznie. Główne pretensje wyrażali teologowie moraliści i teolożki feministki.

Co mu zarzucali?

– Restrykcyjne podejście do seksualności, a mówiąc wprost: zamordyzm wykluczający z teologii moralnej debatę. Ci, którzy nie godzili się na wykładnię konserwatywną teologii katolickiej, byli pozbawiani prawa nauczania w imieniu Kościoła, jak obecny na konferencji Charles Curran, ikona odrzuconych teologów moralistów podejmujących owocny dialog z naukami humanistycznymi, a którego JP2 pozbawił katedry na Amerykańskim Uniwersytecie Katolickim.

Wojtyła miał duży wpływ na Pawła VI, który w 1968 roku, wsłuchując się w debatę moralistów i komisji większościowej opowiadającej się za liberalizacją doktryny, zwłaszcza w kwestiach antykoncepcji, wahał się co do zajęcia stanowiska. Wojtyła pod wpływem Wandy Półtawskiej forsował konserwatywne rozwiązania i dziesięć lat później, już jako papież, przyznał, że ma swój wkład w ochronę wartości konserwatywnych, wyrażony w encyklice „Humanae vitae” Pawła VI.

Teolożki feministki zarzucały JP2 wprowadzenie konceptu „geniuszu kobiecości”, który pojawił się w jego liście do kobiet w 2004 roku. Jego frazeologia podziwu dla odrealnionej kobiecości umacniała w Kościele paternalistyczne podejście do płci. Papieskie „Totus Tuus” i kult maryjny wyparły z kobiety jej siłę, sprowadzając ją do obiektu, który się podziwia i uwielbia, ale nie dopuszcza jej do działań decyzyjnych.

Emancypacja nie jest sloganem, tylko faktem. Kobiety są liderkami, polityczkami, wpływają pozytywnie na jakość debaty we wszystkich dziedzinach przestrzeni publicznej, tymczasem w Kościele są wykluczane i dyskryminowane. Podobnie się dzieje w islamie, który pozbawił kobiety praw i w rękach mężczyzn stał się religią wojującą i fundamentalistyczną.

Teolożki twierdziły na konferencji, że papież wiedział lepiej od nich samych, czym jest kobiecość. Franciszek ich słucha, podczas gdy Jan Paweł II ignorował ich głos. To były bardzo rzetelnie uzasadnione analizy i próby zrozumienia, dlaczego był tak inny od tego, co proponował zakończony przed 50 laty Sobór.

W „Polak katolik?” sporo uwagi poświęca pan Romanowi Dmowskiemu. Nie obawia się pan, że po kolejnych wyborach katolicyzm będzie równoznaczny z polską racją stanu? Jarosław Kaczyński już mówi, że Polska może być tylko katolicka.

– Dmowskiego koncepcja polskości to jedna z najmroczniejszych kart w naszej myśli politycznej. Jego wkład w odzyskanie niepodległości przyczynił się bardzo do jej mitologizacji i zafałszowania. Dzisiaj trzeba o tym mówić szczególnie wyraźnie i bez niedomówień. Inaczej grozi nam powtórka z historii. To tak, jakby wygadywane czy wypisywane przez niektórych polityków, księży, a nawet biskupów głupstwa na temat mgły smoleńskiej, in vitro czy gender usprawiedliwiać ich wkładem w zmianę systemu. Tym bardziej trzeba więc przypominać myśli pana Romana, by się ich strzec, nie mówiąc już o wdrażaniu w praktykę polityczną czy, nie daj Boże, ustawodawczą.

Grzegorz Krzywiec w monografii zatytułowanej znacząco „Szowinizm po polsku. Przypadek Romana Dmowskiego (1886-1905)” zgromadził antologię tych tekstów. Przypomnę najbardziej lubiane przez miłośników tej myśli: „Naród szczerze, istotnie katolicki musi dbać o to, ażeby prawa i urządzenia państwowe, w których żyje, były zgodne z zasadami katolickimi i ażeby w duchu katolickim były wychowywane jego młode pokolenia”.

I dłuższy fragment z Krzywca: „Do autorytarnych konkluzji skłaniały Dmowskiego jego młodzieńcze fascynacje tworzeniem się wielkich imperiów, które uznawał za kulminację państwa narodowego. Te zainteresowania z młodości nabrały nowego wymiaru wraz z przyswojeniem socjaldarwinizmu, który doprowadził autora do sformułowania prostej, ale brutalnej i praktycznej zarazem alternatywy. Albo powstanie silna, ugruntowana na trwałych i stabilnych fundamentach społeczność polityczna, albo też dotychczasowej wspólnocie grozi zagłada. Innego wyjścia nie ma. Przyjęcie rozwiązań kompromisowych oznaczałoby wegetację i stan bezradnej tymczasowości”.

Dzisiaj takie myślenie również dochodzi do głosu. Owszem, może ktoś powiedzieć, że dzisiaj nie ma w Polsce znaczących mniejszości etnicznych czy religijnych i antysemityzm czy darwinizm społeczny Dmowskiego nie powinien nikogo przerażać. To prawda, ale przy takim sposobie myślenia wróg zawsze się pojawi. Przecież kariera, którą zrobili w ostatnich latach publicyści skoncentrowani głównie na szukaniu i znajdywaniu wrogów, nie jest przypadkowa, ale wpisuje się dokładnie w ten endecki paradygmat myślenia. Dzisiaj mówi się nie o Żydach, ale o gejach, o gender, o zgniliźnie Unii zagrażającej polskości, o cywilizacji śmierci.

Lista jest rzeczywiście długa.

– I retoryka ta sama, podobnie jak cel – eliminacja pluralizmu i dominacja jedynego słusznego sposobu myślenia.

Dodałbym jeszcze, że bardziej widoczna jest tendencja do podporządkowania kobiet, a więc dominacji paradygmatu patriarchalnego. Stąd ta potrzeba wyznaczania jedynych słusznych standardów zachowań seksualnych, kontrolowania rozrodczości, sprzeciw wobec zapłodnienia in vitro, niechęć do związków partnerskich czy jednopłciowych. Wprawdzie mówi się o trosce o wartości rodzinne czy chrześcijańskie, ale w gruncie rzeczy chodzi o dominację nad całym naszym życiem.

Przecież niezgodne z moimi wartościami sposoby zachowania do niczego mnie nie zmuszają. Jedynym wytłumaczeniem tego szalejącego języka nienawiści jest poczucie utraty kontroli, stąd te desperackie próby przywrócenia dawno przez cywilizowany świat odrzuconego paradygmatu. Nawet papież zapytany, co sądzi o homoseksualistach, odpowiedział: „Kimże ja jestem, by ich osądzać”.

Nasi domorośli inkwizytorzy takich wątpliwości nie mają. Nie tylko osądzają, ale też chcą leczyć i eliminować wszystkich, którzy nie podzielają ich poglądów! Nigdy i nigdzie na świecie teologowie katoliccy nie sformułowali takich sądów, które wygłaszają Dzięga, Hoser czy Gądecki, które mogą być traktowane co najwyżej jako prywatne opinie polskich księży, a nie jako obowiązująca wykładnia. To, co opowiadają na temat in vitro, to zmasowany atak na postęp i osiągnięcia umysłu ludzkiego, a przecież w każdej zdrowej teologii istnieje potencjał interpretacyjny tych dokonań pozwalający widzieć w nich wpływ Boga na człowieka. Swoją drogą, najwięcej poczęć in vitro ma miejsce w Izraelu i nikomu nie przyszłoby do głowy, by to potępiać. O ile jednak straszliwe insynuacje i oskarżenia pod adresem rodziców i dzieci poczętych metodą in vitro, łagodzone frazeologią współczucia, są niedopuszczalnym nadużyciem polskich biskupów, o tyle przerażające jest to, że ten ton podjęli politycy. Przyszły prezydent Andrzej Duda już zapowiedział, że zmieni ustawę, a Jarosław Kaczyński zapewnił, że po wygranych przez PiS wyborach stanowione prawo będzie się odnosić do wartości cennych dla polskiego Kościoła. Nie jest przesadą mówienie o iranizacji Polski. I trzeba się tego bać.

Co taka retoryka oznacza w dłuższej perspektywie dla Polski, a co dla katolicyzmu?

– Kraj i społeczeństwo w większości przyznające się do tego wyznania dobrowolnie skazują się na izolację i śmieszność.

Wymiaru groteskowego dzisiejszemu powrotowi sarmatyzmu przydaje to, że dzieje się to w okresie późnej nowoczesności i globalizacji. Jest to tym bardziej zdumiewające, że do roku 1989 katolicyzm pomagał nam utrzymywać kontakt ze światem zachodnim, a na Soborze ostatecznie zamknął kartę mentalności osądzającej i wykluczającej. Stworzył nowy paradygmat otwartości i dialogu. Boję się, że przez wielu polityków katolicyzm zaczyna być utożsamiany z polską racją stanu. Napisałem książkę również jako sprzeciw wobec tej groźnej tendencji.

Udowadnia pan, że zbitka Polak-katolik nie jest ani historycznie uzasadniona, ani oczywista.

– Nie odkrywam Ameryki. Witold Gombrowicz z Polaka-katolika sobie dworował, a Maria Janion w wielu książkach demaskuje romantyczne i mesjanistyczne urojenia polskiej literatury romantycznej. Dodałbym do tego niezwykle dla mnie istotne, a mniej znane prace Marii Bobrownickiej, niedawno zmarłej przyjaciółki Jana Pawła II.

Mało o nich wiemy, bo jesteśmy skoncentrowani na fantazjach innej rówieśniczki i przyjaciółki papieża – Wandy Półtawskiej. Przygotowuję się do konferencji w Chicago poświęconej papieżom posoborowym. Mam tam właśnie przedstawić te romantyczno-mesjanistyczne uwikłania myśli i zachowań Jana Pawła II. Bez tej tradycji jego myślenie jest całkowicie niezrozumiałe. W Polsce myślenie krytyczne zostało zdominowane przez hagiografię i pomnikomanię, dlatego trudno będzie nam jeszcze przez długie lata spokojnie analizować mit Polaka-katolika.

Diagnozuje pan, że dla polskiego Kościoła entuzjastycznie nastawionego do przeszłości wrogami są demokracja, postęp i nauka. Dlaczego zatem ludzie w nim trwają?

– Mogę odpowiedzieć za siebie. Trwałem w Kościele 30 lat, bo wierzyłem, że się zmieni, że jest naprawdę „świętym Kościołem grzesznych ludzi”, by przywołać tytuł świetnej książki ks. Jana Kracika. Jednak tej świętości doświadczałem coraz mniej, a instytucja robi wszystko, by tłumić indywidualne drogi dotarcia do Boga. W odejściu od instytucji Kościoła pomogły mi studia i świadomość kulturowych uwarunkowań kościelnych dogmatów.

Zobaczyłem katolicyzm w krzywym zwierciadle. Posłużę się analogią do ewolucji poglądów Leszka Kołakowskiego, który przez lata był oddelegowany przez partię do walki z Kościołem. Tak się tą walką przejął, że na stare lata stał się apologetą religii i żarliwym krytykiem ateizmu. Mnie religia nie przeszkadza, znajduję w niej wiele jasnych stron. Prawdą jest jednak, że w polskim katolicyzmie widzę ich coraz mniej.

Co jest jasnego w religii?

– Wymiar mistyczny. Dostrzegam go w tekstach biblijnych, zwłaszcza w psalmach i u niektórych proroków. Widzę w postaci Jezusa, zwłaszcza wtedy, gdy ujmuje się za odrzuconymi i gdy wygłasza mowę o Sądzie Ostatecznym, w której jedynym kryterium prawdziwości religijnych przekonań jest pomoc bliźniemu. Jasną stronę widzę też w prostej religijności, której doświadczałem w mojej rodzinie od wczesnego dzieciństwa. Są także wspaniałe kobiety, takie jak święta Hildegarda z Bingen czy Teresa z Ávila. I wielu jezuitów. To dla nich przyszedłem do zakonu. I z wierności im odszedłem.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W ”Magazynie Świątecznym” czytaj też:

Marek Belka: Skończmy z kapitalizmem wyczynowym
Podnieść płace. Opodatkować bogatych i przepływ kapitału

Paweł Kukiz: Z piekła wyjąć uszy, złudzenia przywrócić
– Jestem zwolennikiem rozwalenia tego, co jest – komunistyczne czy solidarnościowe, nie ma znaczenia. Z Pawłem Kukizem rozmawia Wojciech Czuchnowski

Coś w nich pękło. Dzieci z in vitro wychodzą z szafy
Jestem człowiekiem takim jak inni. Ważne, czy dobrym, a nie, czy poczętym w łóżku, na stole czy na szkiełku laboratoryjnym

Mogadiszu all-inclusive
Wśród ruin wyrosła pizzeria. Ale nie ma dnia bez co najmniej jednego trupa, a chłopak z targu rybnego zatacza ręką krąg: „Auschwitz!”, więc każdy, kogo liście khatu nie ogłupiły jeszcze do cna, marzy o bilecie do Europy

Kość słoniowa w cenie. Mordują całe stada słoni
W Afryce co kwadrans zabija się słonia po to, żeby zabrać jego kły

Kobiety biorą Hiszpanię
Nowa burmistrzyni Barcelony ma 41 lat. Ta rządząca Madrytem jest o 30 lat starsza. Łączy je to, że tchnęły w hiszpańską politykę to, czego dawno w niej nie było – nadzieję

A kogo to będzie obchodziło za sto lat? Rozważania o żywotności skandalu
Możemy sprawdzić prawdziwość tego powiedzenia na przykładzie skandali z Hollywood sprzed niemal wieku

wyborcza.pl

Coś w nich pękło. Dzieci z in vitro wychodzą z szafy

Marta Bratkowska, Michał Wilgocki, 18.07.2015
Jestem człowiekiem takim jak inni. Ważne, czy dobrym, a nie, czy poczętym w łóżku, na stole czy na szkiełku laboratoryjnym
Patrycja i Dawid, 22 lata

Mieli 15 lat, kiedy katechetka porównała in vitro do morderstwa, a rodziców, którzy stosują tę procedurę, nazwała egoistami. – Opowiedzieliśmy o tym rodzicom. Zdaje się, że w samochodzie podczas wakacyjnej wycieczki – mówi Dawid. – Wtedy nam powiedzieli, że my też jesteśmy z in vitro – dodaje Patrycja.

P atrycja i Dawid Iwańczykowie są dwujajowymi bliźniakami. Urodzili się przy trzecim podejściu rodziców do in vitro. Wyjazd na zabieg do Düsseldorfu doradził im dr Piotr Lewandowski, dziś szef warszawskiej kliniki nOvum, wówczas lekarz, który miał ambicję wprowadzić in vitro w Polsce.

Patrycja: – Byłam trochę zła, że nie wiedziałam tego wcześniej. Ciekawe, jak katechetka by się zachowała, gdybym jej powiedziała.

Dawid: – Cały dowcip polega na tym, że ta informacja totalnie nic nie zmieniła w moim życiu. Przecież jesteśmy takimi samymi ludźmi jak inni. Ktoś ma rude włosy, ktoś urodził się z in vitro. Przecież nie rozmawiasz z kolegami o tym, że jesteś rudy, bo i o czym tu niby rozmawiać? Tak samo z in vitro. Jesteśmy sztucznie wykreowaną grupą społeczną.

Kiedy Patrycja była w liceum, zaproszono Grzegorza Brauna, żeby zaprezentował swój film o in vitro. – Mówił, że to eugenika. A nasz cały rok siedział i słuchał. Słuchał też pan Wildstein, którego zaproszono do dyskusji. Dyrektorka też słuchała i nawet kiedy wygadywał kłamstwa, nie zaprotestowała. Tylko jedna z moich koleżanek próbowała się kłócić z Braunem, ale to było jak grochem o ścianę – opowiada Patrycja.

Innym razem koleżanki zrobiły prezentację o in vitro. – Także pełną przekłamań. Wtedy zaprotestowałam i powiedziałam, że ja urodziłam się dzięki in vitro. Nauczyciel mnie za nie przepraszał.

Siedem lat temu ich rodzice pod nazwiskiem opowiedzieli „Wyborczej” o swojej walce o dzieci, i to właśnie z tego tekstu wielu znajomych Patrycji i Dawida dowiedziało się, że są z in vitro.

– Koleżanka z bardzo konserwatywnej rodziny opowiadała nam niedawno, że przy świątecznym stole zawiązała się dyskusja o in vitro. Powiedziała wtedy, że choć z wieloma rzeczami się zgadza, to jednak nie wyobraża sobie, aby miało nas nie być na świecie. Bardzo jestem jej wdzięczna, bo cała dyskusja o dostępności in vitro sprowadza się właśnie do tej myśli – mówi Patrycja.

Pytam, czy wstąpią do ruchu obrońców życia, jak zasugerował im abp Andrzej Dzięga na Jasnej Górze. Kręcą głowami.

– Może wtedy, kiedy faktycznie zajmą się obroną życia – kwituje krótko Dawid. Patrycja jest niewierząca, Dawid określa się jako „wątpiący”.

Patrycja: – Nie mogę słuchać, co Kościół wygaduje o in vitro. I mam żal do dziennikarzy, że zapraszają do telewizji księdza Oko i nie prostują bzdur, które opowiada. Kiedy go widzę, wyobrażam sobie, że taki program ogląda dziesięciolatek, któremu rodzice powiedzieli, że jest z in vitro. Niedawno ksiądz stwierdził, że dzieci z in vitro są bardziej narażone na choroby nowotworowe. Albo aktor Zelnik, który mówi, że jesteśmy chorzy, połamani i koszmarni. Jak paskudnie musi się czuć takie dziecko przed telewizorem?

Ich rodzice kiedyś byli bardziej wierzący. Zwątpili, gdy Jan Paweł II skrytykował metodę in vitro.

Dawid: – Bardzo ich to dotknęło.

Patrycja jest na trzecim roku medycyny. Dawid studiuje historię i metody ilościowe. W październiku skończą 22 lata.

Magda, 28 lat

„Coś we mnie pękło” – napisała w liście otwartym po przyjęciu ustawy przez Senat. Podpisała się już pełnym nazwiskiem.

K iedy w 2012 roku po raz pierwszy pokazała się publicznie z prof. Marianem Szamatowiczem, prekursorem in vitro w Polsce, powiedziała o sobie kilka zdań i nie chciała podawać nazwiska.

Magda Kołodziej przyszła na świat w listopadzie 1987 roku w Białymstoku, jest najstarszą Polką z in vitro urodzoną w kraju.

Tydzień temu obroniła na pedagogice pracę magisterską na temat jakości życia osób poczętych za pomocą zapłodnienia pozaustrojowego i ich rodzin. Rozmawiała z rodzicami o tym, jak dowiedzieli się o możliwości przeprowadzenia zabiegu. Dzieci pytała o moment, w którym rodzice powiedzieli im, że są „ze szkiełka”. Sama jest jedną z bohaterek swojej pracy.

– Miałam chyba sześć lat i zaczynałam się interesować, skąd się biorą dzieci. Mama mi wytłumaczyła, że niektóre mogą naturalnie, innym musi pomóc lekarz. Jej musiał. Jak to się stało? „Pan doktor wziął komórkę od mamusi, od tatusia i włożył mamusi do brzuszka” – opowiada Magda. Kilka lat później mama powiedziała jej, że jest pierwszym polskim dzieckiem z in vitro. Pokazała listy od profesorów i wycinki z gazet.

Pierwsze problemy i wątpliwości przyszły wraz z dostępem do internetu. Magda miała wtedy 15 lat. – Dowiedziałam się, że in vitro jest złe, niezgodne z wolą bożą i że się uśmierca zarodki.

– Byłam wówczas głęboko wierząca. Kiedy pojawiały się kłopoty w szkole albo kłótnie z rodzicami, zastanawiałam się, czy Bóg nie postanowił mnie ukarać. Czy przez to, że jestem z in vitro, nie mam większego pecha niż inni. Może Bóg nie chciał, abym się urodziła? Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj setki dzieci mogą myśleć tak jak ja wtedy. Zwłaszcza kiedy słyszą o tym, że by mogły się urodzić, ich zamrożone rodzeństwo musiało zginąć – opowiada.

List otwarty napisała w ubiegły piątek, gdy ustawa o leczeniu niepłodności została przyjęta przez Senat. – Zbierało się to we mnie przez te wszystkie lata. Miałam ochotę coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziałam, w jaki sposób. Nie jestem tak wygadana jak Agnieszka Ziółkowska. Zdopingowali mnie rodzice i koleżanki, z którymi rozmawiałam o in vitro – mówi Magda.

Ma męża i dwie córki: siedmioletnią i półtoraroczną. W liście napisała, że chciałaby wyjechać z Polski.

– Zrobiłabym to, gdybym miała taką możliwość. Tata mi niedawno powiedział, że powinnam się chyba ubiegać o azyl w jakimś innym kraju, bo tu jestem prześladowana. Niby w żartach, ale bardzo się nie pomylił – mówi.

Agnieszka, 28 lat

Agnieszka Ziółkowska to najstarsza Polka z in vitro. Urodziła się w maju 1987 roku w Rzymie.

Gdy ks. Franciszek Longchamps de Bérier powiedział o „bruździe dotykowej”, Agnieszka, wcześniej ucząca się w katolickich szkołach, postanowiła wystąpić z Kościoła. Nie przekonał jej nawet ks. Wojciech Lemański.

Jest członkinią Krytyki Politycznej, inicjatorką pierwszego Kongresu Ruchów Miejskich. Walczyła z wielkim trudem o ustawę o leczeniu niepłodności. Kiedy Sejm ją przyjął, popłakała się z radości w loży prasowej.

– Ale w trakcie dyskusji w Senacie wyłączyłam transmisję. Nie miałam siły – mówi.

– Do Senatu przyjechałam tuż przed głosowaniem na zaproszenie senatora PO absolutnie przerażonego poziomem dyskusji. Podobno udało mi się przekonać jednego z senatorów, który chciał zagłosować na nie, aby wstrzymał się od głosu. Kiedy zobaczyłam wynik głosowania i to, jak niewielka była różnica, poczułam się, jakbym przeniosła górę, choć chodziło tylko o jeden głos – opowiada.

Anna Dryjańska z Feminoteki nazwała ją „siłaczką”, kiedy po raz kolejny biła głową w mur, tłumacząc ludziom, że nie jest „mutantem” ani „dzieckiem Frankensteina”.

– Do niedawna media przyjmowały taką zasadę, że jedną stronę reprezentuje Ziółkowska, a po drugiej sadzają Kaję Godek, Tomasza Terlikowskiego, Bolesława Piechę. Niech ze sobą walczą, a my będziemy udawać, że prawda leży pośrodku. W 2014 roku po jednym z takich programów powiedziałam: basta. Nie będę więcej legitymizować kłamców, manipulatorów, którzy używają tylko argumentów natury ideologicznej. Przez ostatnie pół roku widzę postęp, poważne media odeszły od tej formuły – mówi Agnieszka.

O tym, że jest z in vitro, dowiedziała się w liceum. Kłóciła się z rodzicami o to, że nie pozwalają jej do późna balować poza domem. Tata powiedział wtedy, że ona nie jest jak inne dzieci.

– Ojciec wspierał mnie od zawsze. Kiedy usłyszał, że abp Dzięga na Jasnej Górze szczuje dzieci na rodziców, nie wytrzymał i napisał list. Ojciec jest profesorem historii na UW, wykładał też historię Kościoła na UAM. Po słowach ks. de Bériera o bruździe, moim wystąpieniu z Kościoła i wymianie listów z księdzem Lemańskim dziwnym trafem nie przedłużono mu kontraktu. Myślałam, że już wtedy się wścieknie. Ale dopiero abp Dzięga wyprowadził go z równowagi.

Wydaje mi się, że w Polsce trudno być myślącym katolikiem. Nie zdziwię się, jeżeli ojciec zmieni Kościół na ewangelicko-augsburski, który ma do metody in vitro dużo bardziej ludzkie podejście. Na razie tata przyjmuje postawę Erazma z Rotterdamu, choć ja wolałabym, żeby był Lutrem – opowiada Agnieszka.

Konstancja, 18 lat

Na ścianie w klinice nOvum wśród kilkuset innych wisi też zdjęcie kilkuletniej Konstancji. Siedzi uśmiechnięta na lodówce. Tej samej, w której przebywała jako zygota.

Za rok dziewczynka z lodówki pójdzie na studia. A potem zobaczy czołówkę filmu: „Reżyseria: Konstancja Saramonowicz”. Będzie reżyserem jak tata.

Gdy Małgorzata i Andrzej Saramonowiczowie po latach leczenia trafili do nOvum, czasem ktoś przebąkiwał, że może nie do końca in vitro jest zgodne z wszystkimi naukami Kościoła, ale w porównaniu z krucjatą przeciw „dzieciom Frankensteina” sprzed paru lat to był drobiazg. W klinice dali im 20 proc. szans na dziecko. Bliżsi i dalsi przyjaciele wiedzieli o wszystkim i ich wspierali.

Małgorzata zrezygnowała z pracy. Nie dało się pogodzić etatu dziennikarki z czasochłonną, fizycznie męczącą i bolesną (także psychicznie) procedurą badań i leczenia. Andrzej, wtedy też dziennikarz, pracował nadal. Obliczyli, że kuracja kosztowała mniej więcej tyle, ile średniej klasy samochód. Udało się już za drugim razem.

O in vitro powiedzieli Konstancji, gdy dorosła na tyle, by zrozumieć. Miała kilka lat. – To nie była mroczna rodzinna tajemnica. Jestem takim samym dzieckiem jak inne, in vitro nie jest niczym wstydliwym, co trzeba by przed dziećmi zatajać.

To nie znaczy, że nie bolało, gdy słuchała, że jest „towarem zakupionym w sklepie, potworem z probówki, imitacją człowieka”. A nie słuchać nie mogła. – Oglądałyśmy z mamą mszę w telewizji. Miałam z osiem lat. Zapytałam: „Dlaczego on mówi, że ja jestem dzieckiem szatana? Coś jest ze mną nie tak?” – wspomina. Usłyszała, że nie wolno jej się tym przejmować, że jest wymarzonym, najwspanialszym dzieckiem na świecie.

Gdy śledziła dyskusję o ustawie, tamto wróciło. – Te same kłamstwa i bzdury. Że my to owoc „chciejstwa” egoistycznych rodziców, że wady genetyczne, że chore, że zaburzenia psychiczne… Gdzieś znalazłam sformułowanie, że dzieci z in vitro nie powinny być objęte prawami człowieka, bo to nie są ludzie. Niektórzy naprawdę w to wierzą – mówi.

Cieszy się, że ustawa przeszła. – Nie będzie już można traktować in vitro jako zabiegu, który niby nie jest nielegalny, ale nie podlega żadnym regulacjom. Już nie można mówić o „szemranych klinikach”, wylewaniu zarodków do zlewu… I opowiadać bajek o potwornościach, które rzekomo dzieją się w klinikach in vitro, bo będą się działy tylko takie „potworności”, na jakie zgodzono się w ustawie – mówi.

Małgorzata, gdy słyszy, że in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności, trzęsie się ze złości. – Otóż jest. Jak najbardziej jest. Nasza druga córka poczęła się w sposób klasyczny. Gdyby Konstancja nie urodziła się dzięki in vitro, Rozy by nie było – mówi.

Karolina, 26 lat

– Jestem od tego wszystkiego tak daleko, że dalej już nie można. Nie słucham, nie czytam, co się dzieje w Polsce. Przegłosowali ustawę? Super – mówi Karolina Wolf.

Marzyła o brzegu oceanu, pracy w jakiejś knajpie na plaży. Od czterech miesięcy mieszka na tajskiej wysepce Ko Tao. W Warszawie zostawiła studio fotograficzne, mieszkanie, pracę w teatrze. Zdjęcia robi nadal, bo to kocha. Tak jak rodzice. Ojciec Andrzej Wolf jest cenionym operatorem filmowym, mama Anna – graficzką. Pobrali się w 1980 roku. Lata leciały, dziecka jakoś nie było. I nie byłoby, gdyby mama Anny nie znalazła lekarza z Centrum Zdrowia Dziecka eksperymentującego z zapłodnieniem pozaustrojowym. I to był cud. Naukowy, ale jednak cud, bo udało się za pierwszym razem i 8 listopada 1989 roku przyszła na świat Karolina.

Czekali do jej 18. urodziny. – Mama powiedziała, że jestem z in vitro, i chciała uciekać. Byłam w szoku. Myślałam, że tato nie jest moim tatą. I to było straszne. Mama zaczęła tłumaczyć. To nieistotne, czy jestem z probówki czy nie. Jestem człowiekiem. Ważne tylko, czy dobrym, a nie, czy poczętym w łóżku, na stole, podłodze czy na szkiełku laboratoryjnym. Moi rodzice są, mam nadzieję, ze mnie dumni i najważniejsze, że jestem.

Ojciec mówi, że zrobili coming out, bo to, co się zaczęło w Polsce dziać wokół zapłodnienia pozaustrojowego, to był skandal. Że trzeba było tym zindoktrynowanym nieukom się pokazać. „Wyszli z szafy” w 2010 roku w Szpitalu św. Zofii w Warszawie podczas przedwyborczego spotkania z Bronisławem Komorowskim. – Było śmiesznie. Rodzice są filmowcami, więc zawsze byłam po drugiej stronie obiektywu. I nagle ląduję w małym pomieszczeniu zastawionym kamerami, sadzają mnie obok kandydującego na prezydenta Bronka. Nie miał pojęcia, kim jestem, nikt go nie uprzedził. Chyba jak wszyscy inni w Polsce wrzucał wtedy do jednego wora aborcję, eutanazję, eugenikę i in vitro. Gdy powiedziałam mu, że to ja jestem z in vitro, reakcja była niespodziewana. Był bardzo wzruszony i pozytywnie zaskoczony. Chyba dlatego, że nie mam drugiej głowy i trzech nóg. Przepraszam, głupi żart – śmieje się Karolina.

Potem były telewizje śniadaniowe i newsowe. Pokazywali ją, jedno z pierwszych dzieci z in vitro urodzonych w Polsce. Dowiedzieli się chyba wszyscy. I dobrze. Reakcje znajomych i mniej znajomych były nad wyraz pozytywne. Jej rodziców wkurzają te wszystkie brednie, które mówi się o dzieciach z in vitro, o ich dziecku. Karolina nie wierzy, że katoliccy fundamentaliści są w stanie cokolwiek zrozumieć, więc po prostu ich olewa.

W sobotę 18 lipca po godz. 11 gościem Karoliny Głowackiej w „Weekendowym Poranku Radia TOK FM” będzie Michał Wilgocki

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W ”Magazynie Świątecznym” czytaj też:

Marek Belka: Skończmy z kapitalizmem wyczynowym
Podnieść płace. Opodatkować bogatych i przepływ kapitału

Paweł Kukiz: Z piekła wyjąć uszy, złudzenia przywrócić
– Jestem zwolennikiem rozwalenia tego, co jest – komunistyczne czy solidarnościowe, nie ma znaczenia. Z Pawłem Kukizem rozmawia Wojciech Czuchnowski

Coś w nich pękło. Dzieci z in vitro wychodzą z szafy
Jestem człowiekiem takim jak inni. Ważne, czy dobrym, a nie, czy poczętym w łóżku, na stole czy na szkiełku laboratoryjnym

Mogadiszu all-inclusive
Wśród ruin wyrosła pizzeria. Ale nie ma dnia bez co najmniej jednego trupa, a chłopak z targu rybnego zatacza ręką krąg: „Auschwitz!”, więc każdy, kogo liście khatu nie ogłupiły jeszcze do cna, marzy o bilecie do Europy

Kość słoniowa w cenie. Mordują całe stada słoni
W Afryce co kwadrans zabija się słonia po to, żeby zabrać jego kły

Kobiety biorą Hiszpanię
Nowa burmistrzyni Barcelony ma 41 lat. Ta rządząca Madrytem jest o 30 lat starsza. Łączy je to, że tchnęły w hiszpańską politykę to, czego dawno w niej nie było – nadzieję

A kogo to będzie obchodziło za sto lat? Rozważania o żywotności skandalu
Możemy sprawdzić prawdziwość tego powiedzenia na przykładzie skandali z Hollywood sprzed niemal wieku

wyborcza.pl

karolinaInVitro

Prof. Chazan pisze do prezydenta w sprawie in vitro. „Ta ustawa odczłowiecza dziecko”

ProfChazanDoPrezydenta
js, 18.07.2015
Prof. Chazan napisał listo do prezydenta Komorowskiego. Namawia go, żeby nie pozwalał na tworzenie

Prof. Chazan napisał listo do prezydenta Komorowskiego. Namawia go, żeby nie pozwalał na tworzenie „dzieci na zamówienie” (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

„W majestacie prawa utrwalać się będzie i szerzyć przekonanie, że dzieci mogą być dostępne na zamówienie” – pisze w liście do prezydenta Bronisława Komorowskiego prof. Bogdan Chazan. Cały list opublikował portal Fronda.pl.
Prof. Chazan zwrócił się do Komorowskiego z apelem, by Komorowski nie podpisywał ustawy o leczeniu niepłodności. Lekarz znany jest ze swoich konserwatywnych poglądów. W zeszłym dyrektor Szpitala im. Świętej Rodziny prof. Bogdan Chazan – powołując się na klauzulę sumienia – odmówił wykonania zabiegu aborcji, choć były wskazania medyczne ze względu na wady płodu. Nie wskazał też pacjentce, choć zobowiązywały go do tego przepisy, innego lekarza lub placówki, gdzie można zabieg wykonać. Dziecko, z powodu licznych wad, zmarło niedługo po porodzie. Po przeprowadzeniu kontroli w szpitalu prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zdecydowała o odwołaniu Chazana ze stanowiska dyrektora placówki.„Dzieci dostępne na zamówienie”

Teraz w liście do Komorowskiego przekonuje: „Ustawa wprowadza w Polsce bardzo liberalne zasady dotyczące tzw. sztucznego rozrodu. W naszym kraju opinia publiczna szanuje poczęte życie, jego godność i świętość, w większym stopniu, niż ma to miejsce w większości krajów europejskich. Nasze przepisy prawa odnoszące się do tych problemów, chociaż niedoskonałe, podążają za poglądami obywateli wynikającymi z naszej wielowiekowej kultury, tradycji i przywiązania do wiary”.

Jego zdaniem ustawa kłóci się z tą tradycją. Chazan pisze: „Jej przepisy pozwalające na niszczenie wielu istnień ludzkich, określające zarodek ludzki, najwcześniejszą formę rozwoju organizmu człowieka, jako »grudkę tkanek «, nie liczą się z godnością człowieka, dziecka i rodziców, związaną nieodłącznie z rodzicielstwem”.

Chazan nazywa ustawę o leczeniu niepłodności „wyjątkowo liberalną” i grozi „utrwalaniem przekonania, że dzieci mogą być dostępne na zamówienie”.

Profesor twierdzi też, że „ustawa odczłowiecza dziecko”. „Po to, by można je było sztucznie tworzyć, selekcjonować, abortować. Życie dziecka podporządkowane ma być pragnieniom ludzkim, a nie swojej własnej wartości. Pozory restrykcji mają jedynie zagłuszać sumienia”.

List kończy zapewnieniem, że od tego, jak Komorowski zachowa się w sprawie in vitro, zależeć będzie to, jak będzie wspominana jego kadencja jako prezydenta.

Cały list prof. Chazana dostępny jest tutaj.

Czy Komorowski podpisze ustawę?

Prezydent Komorowski w przyszłym tygodniu ma przedstawić decyzję ws. ustawy o in vitro. W piątek zapowiedział, że będzie zwracał szczególną uwagę na kwestie konstytucyjności ustaw, które trafią do niego w końcowym okresie jego misji prezydenckiej, zbiegającym się z kampanią wyborczą. Wcześniej Komorowski zapowiadał, że podpisze ustawę o in vitro, o ile będzie ona zgodna z konstytucją.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: