Falenta 2 (17.07.2015)

 

„Kukiz śpiewająco wszedłby w koalicję z PiS. Nie ma poglądów – ma kaszę w głowie”

Anna Siek, 17.07.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,18379680,video.html?embed=0&autoplay=1
Wg Jacka Żakowskiego Paweł Kukiz „opowiada rzeczy, których Jarosław Kaczyński, nawet w najgorszym uniesieniu przed 2005 rokiem, nie opowiadał”. Tomasz Wołek nie ma wątpliwości, że muzykowi zależy na władzy, więc nawet najpoważniejsze różnice poglądów znikną, jeśli pojawi się szansa na wejście do koalicji.

 

Według publicysty dotyczy to np. fundamentalnej różnicy – dotyczącej JOW-ów. To sztandarowe hasło muzyka, a Prawo i Sprawiedliwość to przeciwnicy jednomandatowych okręgów wyborczych.

– Kukiz wszedłby w koalicję z PiS śpiewająco, bo tylko i wyłącznie to problem dorwania się do władzy. Moim zdaniem on jest zdolny do wszystkiego, bo nie ma poglądów. Ma kaszę w głowie i z tą kaszą może wszędzie wejść jak w masło – mówił Wołek w „Poranku Radia TOK FM”.

Zobacz także

TOK FM

Kto ma urlop ten ma braki. Wakacje polityków nie podobają się wyborcom, więc Beata Szydło traci w sondażach

Beata Szydło pozwoliła sobie na kilkudniową nieobecność podczas kampanii i straciła kilka punktów poparcia w sondażu.
Beata Szydło pozwoliła sobie na kilkudniową nieobecność podczas kampanii i straciła kilka punktów poparcia w sondażu. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Kandydatka PiS na premiera narzuciła szybkie tempo wyborczej kampanii. Najpierw słynny „Szydłobus”, potem seria spotkań z mieszkańcami i efektowna konwencja na warszawskim Torwarze. Po trzech tygodniach hurraoptymizm ucichł, a Beata Szydło zapadła się pod ziemię. – Ostatnio trochę kołujemy, ale wkrótce będziemy startować – zapewnia na konferencji szef sztabu PiS Stanisław Karczewski. Wystartować nie będzie jednak łatwo.

Kolej znów na Ewę?
Wystarczyło kilka nieobecności, aby upodobania Polaków w kwestii tego, która z kobiet byłaby lepszą premier uległy zmianie. W ostatnim sondażu Beata Szydło traci aż 7 proc. poparcia i oddaje Ewie Kopacz miejsce na pozycji lidera. Spadek nie budzi zaskoczenia, jeśli weźmiemy pod uwagę, że ostatnia wyborcza aktywność kandydatki PiS to wizyta w Szydłowcu, dokładnie sprzed tygodnia. W następnych dniach zainteresowanie skupiała już na sobie wyłącznie Ewa Kopacz.

Sprawa dopalaczy, kwestia uchodźców, bieżąca kampanijna rywalizacja – w ostatnim tygodniu politycznie działo się dużo. Kiedy pani premier nie wychodziła sprzed telewizyjnych kamer, wszyscy zadawali pytanie: gdzie jest Beata Szydło? Otoczenie wiceprezes PiS tłumaczy nieobecność koniecznością odpoczynku po długiej i wyczerpującej kampanii Andrzeja Dudy.

Szydło – reaktywacja
– Jestem lekarzem i wiem, że każdemu potrzebny jest wypoczynek – podkreślał szef sztabu PiS. Zarówno on, jak i pozostali politycy prawicy zapowiadają jednak „wielki powrót” wiceszefowej PiS na kampanijny szlak, skutecznie budują napięcie i tym samym odpowiednio podnoszą jej poprzeczkę.

ELŻBIETA WITEK, RZECZNIK PIS

Pamiętajmy, że pani prezes pracuje w bardzo ciężkiej komisji finansów i jest obecna na każdej komisji. To wymaga od niej podwójnego skupienia i podwójnej wydajności. W trakcie posiedzeń Sejmu nie prowadzi kampanii w przeciwieństwie do pani Ewy Kopacz, która może sobie na to pozwolić jako premier rządu. Czytaj więcej

Nie będzie łatwo. Entuzjazm kampanii Andrzeja Dudy, na którym Beata Szydło skutecznie bazowała na początku powoli opada. Kandydatka musi teraz szybko znaleźć pomysł na siebie i konsekwentnie go realizować. Aby odnieść sukces, powinna potwierdzić to, co pokazała już w pierwszej kampanii – doskonałą organizację i pracowitość, a z drugiej strony, pokazać coś nowego. Więcej zdecydowania, konsekwencji i charyzmy. Szydło z jednej strony aspiruje do tego, żeby być liderką, szefową rządu i „kierowniczką” państwa. Z drugiej, stale podkreśla, że najlepszym liderem i szefem rządu byłby Jarosław Kaczyński.

Spadek formy. PiS nie ma pomysłów
Kandydatka PiS przestała budzić tak duże zainteresowanie, jak jeszcze kilka tygodni temu. Kiedy prezentowała pozytywny spot zapowiadający podróże po Polsce albo dyskutowała z górnikami w późny sobotni wieczór zbierała same pochlebne komentarze.

Wobec tego, powrót Beaty Szydło to ogromne wzywanie dla całego jej sztabu, który widocznie przestał święcić triumfy w narzucaniu tematów i proponowaniu nowych pomysłów. W ostatnim czasie skupiają się wyłącznie na odpowiadaniu na działania Platformy, w czym nie ma też nic nowego. Kolejne konferencje i nowe spoty przestały wywoływać element zainteresowanie.

Prawo i Sprawiedliwość zorganizowało pomysłową i pełną gadżetów kampanię Andrzejowi Dudzie, którą zapewniło mu prezydenckie zwycięstwo. Efektowna kampania Dudy może jednak być problemem dla Beaty Szydło. Podróż autobusem po Polsce, tweetupy, aktywność w sieci – wszystko już było. Teraz sztab wyborczy musi napracować się znacznie bardziej, aby osiągnąć taki sam efekt „woow”.

W przeciwieństwie do Platformy Obywatelskiej. Kompletnie nieudana kampania Bronisława Komorowskiego sprawiła, że wszystkie działania Ewy Kopacz wypadają na jej tle super innowacyjnie, a pani premier – choć zapomina się rozdając wyborcze obietnice – chwalona jest za aktywność. Polacy doceniają pracowitość. Zaangażowanie polityków (choć chwilowe i stricte wyborcze) po prostu im się podoba, co pokazuje doskonale wspomniany czwartkowy sondaż Millward Brown.

STANISŁAW KARCZEWSKI, SZEF SZTABU PIS

Spodziewałem się, że pani premier nie będzie popełniała tych błędów, które popełniał Bronisław Komorowski i będzie bardziej aktywna.

PiS nie ma pieniędzy
Innym powodem nieobecności kandydatki PiS są pieniądze. – Po kampanii prezydenckiej, na którą wydaliśmy 13 mln zł, już nie mamy oszczędności –mówił Henryk Kowalczyk, który odpowiada za finanse PiS. Nie bez powodu politycy prawicy preferują kampanię krótszą. – Im dłuższa, tym bardziej wyczerpująca i kosztowna – mówi rzecznik PiS Elżbieta Witek i zapowiada, że sama wolałaby wybory 18 października (a nie – jak w piątek oficjalnie zapowiedział prezydent – 25).

Na rzecz zwycięstwa Andrzeja Dudy partia zapożyczyła się na kilka milionów kredytu. Niewykluczone więc, że woli zwolnić (i przy okazji zaoszczędzić fundusze) na początku kampanii, by z pełną intensywnością ruszyć we wrześniu i październiku – ostatniej, kluczowej fazie. Podobna taktyka zastosowana była w kampanii prezydenckiej. Kiedy II tura realnie okazała się w zasięgu ręki, sztabowcy Dudy postanowili zmniejszyć tempo i zostawić wszystkie oszczędności na aktywności w ostatnich dwóch tygodniach – wówczas się opłaciło.

Teraz też może się opłacić. Zdaniem dra hab. Rafała Chwedoruka, nieobecność wiceszefowej akurat teraz jest działaniem świadomym. – PiS ma swój stały elektorat, który nie przejmuje się ani sondażami, ani „obrazkiem” pokazywanym przez media tzw. głównego nurtu, więc chwilowy urlop Beaty Szydło właśnie teraz nie wywoła większej rewolucji – przekonuje. Politolog dodaje jednak, że dla wyborców PiS (zarówno tych trwałych, jak i tych, których usiłuje dopiero pozyskać) najważniejszy jest bezpośredni kontakt, a ten pojawić się ma już od jutra.

Szydło studzi zwycięski entuzjazm
– Ważne jest, by zarówno politycy, jak i wyborcy PiS nie dali się zwieść poczuciu, że zwycięstwo mamy już w kieszeni, bo to może skończyć się niemiłym rozczarowaniem – mówiła Szydło w ostatnim wywiadzie dla „Gazety Polskiej”. Wiceszefowa PiS słusznie studzi hurraoptymistyczne nastroje. Ma bowiem znacznie trudniejszą drogę do zwycięstwa niż Andrzej Duda.

Najprostsza – powtarzana kampania może przynieść jedynie umiarkowany sukces, a prawica – jak deklarują jej działacze – gra o najwyższą stawkę, czyli samodzielną większość. Wyborczych wyzwań jest dwa razy więcej, a i konkurent sprytniejszy niż pierwotnie zakładano. Wyzwania jednak często mobilizują polityków – o tym, jak bardzo zmobilizują Beatę Szydło przekonamy się już w najbliższy weekend.

naTemat.pl

 

 

niemieckiKościół

Niemiecki Kościół katolicki utracił rekordową liczbę wiernych. W 2014 r. spadek o 218 tys. osób

17.07.2015
Kościół katolicki w Niemczech utracił w ubiegłym roku rekordową liczbę wiernych – ogłosiła w piątek Konferencja Biskupów Niemieckich. Z Kościoła katolickiego odeszło nawet więcej osób niż w 2010 roku, kiedy ujawniono skandale pedofilskie wśród duchownych.
Msza w Konkatedrze w Zielonej Górze

Msza w Konkatedrze w Zielonej Górze (fot. Anna Krasko)

 

W Niemczech przynależność do Kościołów chrześcijańskich lub nieuczestniczenie w tej wspólnocie religijnej obywatele deklarują wobec urzędu podatkowego z uwagi na sposób finansowania Kościołów. Stąd wiadomo, że w 2014 roku opuściło Kościół katolicki 218 tys. osób, o 37 tys. więcej niż w roku poprzednim.

Zadeklarowanych katolików w Niemczech, szczególnie licznych na południu kraju, jest ogółem 24 miliony, tj. 29,5 proc. ogółu ludności RFN. Oznacza to, że liczba katolików zmniejszyła się poważnie, nad czym „głęboko ubolewał” w wypowiedzi dla agencji dpa przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec, kardynał Reinhard Marx.

– Jest rzeczą sprawdzoną, że kto nie odnajduje dłużej schronienia w Kościele, to ulega pokusie odejścia i czyni to (w Niemczech) oficjalnie – oświadczył wikariusz generalny archidiecezji kolońskiej, ksiądz Dominik Meiering.

Niemcy sceptyczni wobec papieża Franciszka?

Hierarchia Kościoła katolickiego w Niemczech zastanawia się nad przyczynami tego odpływu wiernych, które są mniej oczywiste niż w latach naznaczonych aferami pedofilskimi wśród duchownych, jak na przykład w 2010 roku, kiedy zanotowano 181 193 wystąpienia z Kościoła.

Dla Christiana Weisnera, rzecznika laickiej organizacji katolickiej Jesteśmy Kościołem, „reformistyczny duch” papieża Franciszka „nie jest przyjmowany w Niemczech z taką wrażliwością, z jaką powinien”. „Zerwał on” z bardziej konserwatywną doktryną poprzedniego papieża, Benedykta XVI – twierdzi Weisner.

W Niemczech państwo pobiera od 8 do 10 proc. dodatkowego podatku dochodowego na utrzymanie Kościoła, którego wyznawcą deklaruje się obywatel. Podatek ten jest przekazywany poprzez stowarzyszenia religijne Kościołowi, który utrzymuje liczne instytucje, m.in. szkoły i szpitale.

W 2014 roku podatek kościelny przyniósł 11 miliardów euro, osiągając rekordową wysokość. Podatnicy, którzy deklarują się jako osoby „bez religii”, są od tego podatku zwolnione.

 

gazeta.pl

6 argumentów Gądeckiego przeciw in vitro, których nie umieścił w liście do Prezydenta

Czechow powiedział, że sztuka pisania to sztuka skracania, ale w liście do Prezydenta Komorowskiego obywatel – arcybiskup Gądecki zdecydowanie przesadził. Z okazji jego sprzeciwu wobec ustawy dotyczącej leczenia niepłodności, w tym metodą in vitro, warto przypomnieć jego… hmm… merytoryczne argumenty, których nie umieścił w liście do Prezydenta.

1) Rzecz sama w sobie jest grzeszna i sumienie jest błędne, jeśli ocenia in vitro jako metodę godziwą. (…) Będziemy walczyć z in vitro jak z aborcją (30.06.2015).

2) Dominujący sposób myślenia podsuwa czasem rodzaj fałszywego współczucia, które uważa za pomoc umożliwienie kobiecie aborcji, za akt godności dokonanie eutanazji, za osiągniecie wyprodukowanie dziecka (24.05.2015).

3) Niech małżeństwa dotknięte krzyżem bezdzietności nie ulegają pokusie użycia złych i niegodnych metod poczęcia dziecka (05.04.2015).

4) Trudności to są zazwyczaj te zewnętrzne, to znaczy Państwo – Kościół, w tym sensie forsowania ustaw które są ewidentnie niezgodne z duchem chrześcijańskim. Robią to tak zwani katolicy, co jest jeszcze bardziej trudne do zaakceptowania (11.03.2015).

5) Sztuczna inseminacja ludzi, która, choć to nie zamierzone, sprowadza ich do poziomu zwierząt (10.03.2015).

6) Jedność i zespolenie między małżonkami zostają oddzielone od aktu poczęcia: plemniki uzyskuje się od ojca w akcie samogwałtu, manipuluje się wielokrotnie organizmem matki, a dziecko staje się „produktem” (05.03.2013).

***

Obszerny katalog wypowiedzi biskupów (w tym wypowiedzi władz Kościoła rzymskokatolickiego będące naciskiem na władze Państwa polskiego) znajduje się na stronie Watykanizacja: watykanizacja.blogspot.com

naTemat.pl

Abp Gądecki pisze do prezydenta w sprawie in vitro: Proszę o skierowanie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego

Michał Wilgocki, 17.07.2015
Abp Gądecki zapisał do prezydenta Komorowskiego w sprawie in vitro

Abp Gądecki zapisał do prezydenta Komorowskiego w sprawie in vitro (fot. KUBA ATYS, SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

– W kwestii tak ważnej ustawy jesteśmy za globalizacją solidarności, a przeciw globalizacji wykluczania bezbronnych i słabych istot ludzkich jeszcze przed ich narodzeniem – pisze przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski do Bronisława Komorowskiego.
– Jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej oraz przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski jak najserdeczniej proszę pana prezydenta o przekazanie Sejmowi do ponownego rozpoznania ustawy o tzw. „leczeniu niepłodności” lub skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego – pisze arcybiskup. – W obu przypadkach jest to podyktowane powodami merytorycznymi, wynikającymi z niezgodności wspomnianej ustawy z Konstytucją RP, w tym z fundamentalnym prawem nakazującym bezwarunkową ochronę życia ludzkiego oraz poszanowanie przyrodzonej i niezbywalnej godności człowieka. Ten apel jest nie tylko moim prawem, ale i obowiązkiem.„Globalizacja wykluczania bezbronnych”– Chciałbym podkreślić, że w kwestii procedury „in vitro” występują nie tylko dwie główne strony polemiki, tzn. jej przeciwnicy i zwolennicy. Jest jeszcze trzecia strona, którą próbuje się całkowicie pominąć i uprzedmiotowić. Tą trzecią stroną są dzieci nienarodzone. Im właśnie, tuż po poczęciu, odbiera się prawo do rozwoju, narodzin i godnego życia. W ten sposób traktuje się je nie jako osoby ludzkie, ale jako przedmioty, którymi można dowolnie dysponować – dodaje- Kościół katolicki broni prawa do życia także tej trzeciej strony, którą próbuje się społecznie wykluczyć i zmarginalizować. Uczniowie Chrystusa winni być zawsze głosem tych, którym odmawiano praw i których godność deptano. Dlatego również w kwestii tak ważnej ustawy jesteśmy za globalizacją solidarności, a przeciw globalizacji wykluczania bezbronnych i słabych istot ludzkich jeszcze przed ich narodzeniem – kończy swój listCo zrobi prezydent?

Ustawa o in vitro została przyjęta zarówno przez Sejm, jak i Senat. Teraz czeka na podpis prezydenta, który dziś zapowiedział, że decyzje podejmie w przyszłym tygodniu.

Wcześniej pisał jednak w liście do marszałka Senatu, że ma konstytucyjne wątpliwości. Chodzi o kwestię pobierania komórek rozrodczych od dawcy, który jest niezdolny do świadomego wydania zgody.

Zobacz także

wyborcza.pl

Czy służby tolerowały podsłuchy?

Wojciech Czuchnowski, 17.07.2015
Prokurator Generalny Andrzej Seremet tłumaczy się w Sejmie z podsłuchów i udziału Marka Falenty w

Prokurator Generalny Andrzej Seremet tłumaczy się w Sejmie z podsłuchów i udziału Marka Falenty w „aferze taśmowej” (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Marek Falenta, „źródło” dwóch służb specjalnych i policji (choć ta się od niego odcina), przekazywał ich oficerom informacje, które zdobywał, zakładając podsłuchy w warszawskich restauracjach.
Funkcjonariusze wpisywali to do swoich raportów, nie podając, skąd Falenta wie, kto z kim i o czym rozmawiał. Z ujawnionych notatek CBA wynika, że pracownicy służb nawet zachęcali go, by przynosił więcej rewelacji. Czy wiedzieli o podsłuchach? Tego w raportach nie ma, ale one nie oddają tego, co naprawdę dzieje się między oficerem a jego „źródłem”. Nie wiadomo zatem, czy funkcjonariusze bez zastanowienia kupowali opowieści Falenty, czy może przymykali oko na nielegalne „pluskwy”. Tym bardziej że sami nie mieliby prawa ich założyć.Brudną robotę robiło za nich „źródło”, a oni swobodnie korzystali z jego urobku, nie martwiąc się o zgody sądów, prokuratur i przełożonych.To najgorszy, ale niestety, prawdopodobny scenariusz.Falenta był tak cennym informatorem, że służby nie informowały się nawzajem o tym, iż z nimi współpracuje. Każda pilnie strzegła swojego „skarbu”. A „skarb” liczył na to, że im bardziej rozszerzy „dialog” z trzyliterowymi służbami, tym bardziej będzie przez nie chroniony.Zatrudnił nawet dwóch oficerów, którzy wcześniej prowadzili śledztwa w jego sprawach, a potem przeszli na emeryturę. Jeden z nich – kapitan ABW – dorabiał, zakładając podsłuchy u konkurencji Falenty.Cała ta historia nigdy by się nie wydała, gdyby latem 2014 r. Falenta nie zdecydował się ujawnić podsłuchów oraz informacji o swoich relacjach z tajniakami.

Odtąd dowiadujemy się coraz więcej o grze, jaką prowadził ze służbami. A im więcej wiemy, tym bardziej włos staje na głowie.

I nie chodzi tylko o nielegalne nagrywanie knajpianych dialogów. Nie zadziałały też procedury wymiany informacji i weryfikowania wiarygodności źródeł.

Instytucje, które Falenta wodził za nos, mają nas chronić przed terroryzmem, korupcją i przestępczością zorganizowaną. Mają przestrzegać prawa, a nie tolerować nielegalne akcje podrzędnego biznesmena. Tymczasem pod ich bokiem i za ich przyzwoleniem Falenta zdemolował państwo i do dzisiaj kpi z prawa.

Wszystko to dzieje się w niespokojnych czasach, gdy służby muszą się skupić na sytuacji za wschodnią granicą i na zagrożeniu ze strony Państwa Islamskiego. Gdyby nie te okoliczności, to po takim skandalu w służbach powinno dojść do trzęsienia ziemi i poważnych zmian, w tym personalnych.

Na razie trzeba rozstrzygnąć, czy za tą „aferą w aferze” stoją tylko bezmyślność oficerów niskiego szczebla i brak nadzoru przełożonych. Czy też mamy do czynienia z systemową słabością struktur odpowiedzialnych za nasze bezpieczeństwo?

ludzik8
ludzik7
ludzik6
ludzik5
ludzik4
ludzik3
ludzik2
ludzik1
cleofas2

Zobacz także

wyborcza.pl

Unii najbardziej zagrażają… jej państwa członkowskie. Tusk ostrzega przed rozpadem unijnych struktur

Tusk w rozmowie z "FAZ" ostrzega m.in. przed "złudną alternatywą dla unijnych struktur".
Tusk w rozmowie z „FAZ” ostrzega m.in. przed „złudną alternatywą dla unijnych struktur”. Fot. 360b / Shutterstock.com

– Wszystkie kryzysy i konflikty (Ukraina, Syria, Libia, problem uchodźców) unaoczniły nam, jak kruchą budowlą jest Europa i jak delikatnie powinniśmy się z europejską ideą obchodzić – mówi szef Rady Europejskiej w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. I zaznacza, że w ostatnich dniach, m.in. dzięki wydarzeniom w Grecji, jasnym stało się, że realne zagrożenie czyha na Unię nie na zewnątrz, ale wewnątrz jej struktur.

Tusk w rozmowie z niemieckim dziennikiem wyjaśnił, że jego niepokój budzi przede wszystkim znudzenie Unią. A to widoczne jest zarówno wśród polityków, jak i intelektualistów wielu krajów członkowskich. Znudzenie to zaś – w jego przekonaniu – powoduje chęć do kwestionowania wszystkiego.

– Nastrój jaki dziś panuje w Europie przypomina ten z 1968 r. – mówił Tusk. – (…) mamy do czynienia z powszechnym niezadowoleniem z istniejącymi warunkami, które może szybko przekształcić się w nastrój rewolucyjny.

Szef RE wyjaśnił, że niebezpieczeństwa upatruje m.in. w tworzeniu złudzenia, że dla unijnego systemu ekonomicznego istnieje alternatywa. Mają nią być struktury, w których nie istnieje konieczność oszczędzania i w których nie występują żadne ograniczenia. – To największe zagrożenie płynące z Grecji, gdyż z ekonomicznego punktu widzenia nie istnieje już groźba infekcji – argumentował były premier.

Tusk w swoich wypowiedziach dla „FAZ” nawiązał też do greckiego kryzysu i niedawno wypracowanego porozumienia między Atenami u eurogrupą. Stwierdził przy tym, że kryzys ów jest najlepszym dowodem na to, że Unia Walutowa nadal dobrze funkcjonuje. – Uratowaliśmy Irlandię, Portugalię i Cypr. Jeżeli współpracujemy, to dysponujemy wystarczającą ilością środków, by opanować kryzys – powiedział.

Dodał jednak, że Grecja jest tu szczególnym przypadkiem. W jej sprawie, jak zapowiedział, będą zwoływane kolejne szczyty.

Źródło: „Frankfurter Allgemeine Zeitung”

UniiNajsilniej

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: