In vitro (19.07.2015)

 

Tomasz Lis: Jak napisać samokrytykę, by przypodobać się PiS?

opr. MM, 19-07-2015
Tomasz Lis redaktor naczelny

 fot. Marcin Kaliński

Na naszych oczach trwają dwa wyścigi. Jeden dramatyczny – o władzę w Polsce. Drugi tragikomiczny – o łaski nowych panów, a przynajmniej o złagodzenie ciosu, jaki chcą zapewne zadać przedstawicielom znienawidzonego salonu – pisze Tomasz Lis w najnowszym „Newsweeku”.

W swoim felietonie naczelny tygodnika zwraca uwagę, że w tym pierwszym wyścigu (o władze) biorą udział politycy, natomiast w drugim (o łaskę) ci, którzy czują, że są od polityków uzależnieni. Ma tu na myśli aktorów, dziennikarzy, biznesmenów, którzy do tej pory nie kryli poparcia dla obecnego rządu, a teraz wygłaszają peany na cześć Andrzeja Dudy, gloryfikują Lecha Kaczyńskiego, albo zabiegają o wywiad z Tadeuszem Rydzykiem. I właśnie z myślą grupie umizgujących się proponuje formularz samokrytyki, który jak twierdzi wystarczy podpisać i przesłać do siedziby PiS na Nowogrodzką.

Oto i ten formularz: „W mijającym okresie, szczególnie w mijających ośmiu latach, popełniłem wiele błędów i nadużyć. Nie dostrzegłem istoty zdarzeń, źle interpretowałem fakty albo oczywistym faktom zaprzeczałem. Najwybitniejszym polskim prezydentem, a nawet politykiem w dziejach, był Lech Kaczyński. Ojciec Tadeusz Rydzyk jest najgodniejszym następcą papieża Polaka. Jarosław Kaczyński jest najwybitniejszym strategiem, z którym być może równa się marszałek Piłsudski, ale może i nie. Andrzej Duda to prezent dla Polski od Ducha Świętego. Beata Szydło podobnie. Antoni Macierewicz jest człowiekiem niezłomnym i od Polaków należy mu się wdzięczność za wyjaśnienie, że w Smoleńsku był zamach. Komorowski, Sikorski i Tusk to mordercy. Niesłusznie sympatyzowałem z homoseksualistami. To zboczeńcy. Skompromitowałem się, gratulując znajomym dziecka z in vitro…

Newsweek.pl

Nie będzie żadnego Grexitu. Nie ma mowy też o umorzeniu greckich długów. Merkel rozwiewa wątpliwości

nieBędzieŻadnegoGrexitu
kk, PAP, 19.07.2015
Angela Merkel

Angela Merkel (Amel Emric / AP (AP Photo/Amel Emric))

Angela Merkel w wywiadzie dla niemieckiej telewizji poruszyła trzy główne tematy. Grexit, możliwość chociaż częściowego umorzenia greckich długów i sprawę ewentualnej dymisji niemieckiego ministra finansów.
Opcja Grexitu leżała co prawda też (wśród innych propozycji) na stole, ale zdecydowaliśmy się na inne (rozwiązanie)” – powiedziała Merkel w wywiadzie dla pierwszego programu telewizji publicznej ARD.”Teraz liczy się wynik (szczytu państw strefy euro)” – podkreśliła kanclerz. Jak zaznaczyła, kraje eurolandu zdecydowały się na zaoferowanie Grecji nowego pakietu pomocowego. „Teraz trzeba zrealizować ten (plan)” – powiedziała Merkel w wywiadzie przeprowadzonym na zakończenie sezonu politycznego. W przyszłym tygodniu szefowa rządu rozpoczyna urlop.

 

Spór o Grexit

Propozycję czasowego zawieszenia członkostwa Grecji w strefie euro forsował minister finansów Wolfgang Schaeuble. Polityk CDU uważa, że byłoby to z punktu widzenia Aten lepsze rozwiązanie, pozwalające na redukcję greckiego długu. Dopóki Grecja pozostaje w Unii Walutowej, redukcja długu jest zdaniem Schaeublego niemożliwa.

W wywiadzie dla najnowszego wydania tygodnika „Der Spiegel” Schaeuble sugerował, że podałby się do dymisji, gdyby ktokolwiek próbował zmusić go do zmiany stanowiska.

„Nikt nie prosił mnie o dymisję” – powiedziała Merkel proszona o ustosunkowanie się do tych doniesień.

Umorzenie długów? Niemożliwe

Ponownie wykluczyła umorzenie Grecji długów. „Klasyczny haircut, czyli umorzenie 30 do 40 proc. długów, nie jest w Unii Walutowej możliwe” – zaznaczyła. Przedmiotem negocjacji mogą być natomiast ułatwienia, polegające na wydłużeniu czasu spłaty kredytów oraz obniżeniu odsetek. Warunkiem podjęcia rozmów na ten temat jest jednak pozytywna ocena realizacji przez Grecję pierwszego etapu programu pomocowego – zastrzegła kanclerz.

Merkel powiedziała, że krytyka z zagranicy, zarzucająca jej chłód i brak serca oraz narzucenie Grecji „niemieckiego dyktatu oszczędnościowego” nie wpływa na jej postawę. „Nie chodzi o to, by być lubianą lub dostać nagrodę piękności” – wyjaśniła. „Robię to, co powinno być moim zdaniem wykonane. Kompromisy dla samych kompromisów nie rozwiążą problemów Europy” – dodała Merkel.

Odnosząc się do problemu uchodźców napływających do Europy, Merkel ostrzegła, że jeśli nie dojdzie do „sprawiedliwego podziału uchodźców” pomiędzy kraje UE, to umowa z Schengen, gwarantująca swobodny przepływ osób, „nie utrzyma się”. „Musimy to uratować i dlatego musimy sprawiedliwie podzielić obciążenia” – dodała szefowa niemieckiego rządu.

TOK FM

Jak nie marnować życia w internecie

Maria Halińska, 18.07.2015

Fot. 123RF

Ganimy dzieci za to, że ciągle zaglądają do telefonu i komputera, ale sami robimy dokładnie to samo. Jak zmienić ten nawyk? Jak nie tracić czasu w sieci?
Mary Meeker, analityczka firmy Kleiner Perkins Caufield & Byers, sprawdziła rok temu, ile czasu spędzają przed rozmaitymi monitorami ludzie na całym świecie. Okazało się, że Polacy średnio przez 98 minut oglądają telewizję, przez 132 minuty siedzą przed ekranem komputera, przez 90 minut kontemplują swoje smartfony, a ci, którzy mają jeszcze tablet, poświęcają mu dodatkowo ok. godziny.Według dziennikarzy „The Telegraph” najczęściej marnujemy czas, grając w gry internetowe, lajkując posty na Facebooku, bezsensownie scrollując (czyli przeglądając w górę i w dół) portale społecznościowe, oglądając Google Earth, Street View czy też śmieszne filmiki na YouTubie.

Na Uniwersytecie Pensylwanii Kenneth Goldsmith rozpoczął seminaria o „marnowaniu czasu w internecie”. Na jego zajęciach studenci literatury będą bezsensownie surfować po sieci, a na zaliczenie mają stworzyć projekt przeciwdziałania temu zjawisku oparty na zdobytej wiedzy i przemyśleniach. My już dziś przedstawimy kilka podpowiedzi, jak zatrzymać czas przeciekający przez palce.

1 Zablokuj strony. Kontrola rodzicielska polega na blokowaniu w komputerze adresów stron nieodpowiednich dla dzieci. Zastosuj taką kontrolę wobec siebie. Zablokuj strony, o których wiesz, że bezsensownie pochłaniają twój czas. Oczywiście ktoś już na to wpadł i na rynku istnieje kilka aplikacji kontrolujących marnowany czas: StayFocused, FocalFilter, Cold Turkey, SelfControl. Te są szczególnie przydatne, jeśli masz nawyk przeglądania podczas pracy co kilka minut stron internetowych.

2 Sporządzaj listy rzeczy do zrobienia. Dzięki świadomemu dzieleniu czasu między konkretne zadania trudniej ci będzie go marnować na surfowanie po internecie. RescueTime to narzędzie, które pomoże ci uświadomić sobie, ile czasu spędzasz na głupotach.

3 Ogranicz pole. Zdecyduj się na jedną stronę z wiadomościami, jeden portal społecznościowy i nie mnóż miejsc, które odwiedzasz w ramach porannej rutyny. Załóż sobie również, że maile sprawdzasz co określony czas, a nie kompulsywnie co chwilę.

4 Walcz z rutyną. Wiele osób ma nawyk przychodzenia do pracy lub wracania do domu i włączania komputera. Relaksują się w nieskończoność, przeglądając sieć tak po prostu, bez celu. Zmień to. Włączaj komputer wyłącznie z konkretnym zamiarem. W trakcie obiadu czy drugiego śniadania nie siedź przed komputerem – poczytaj książkę. I zawsze wyłączaj przeglądarkę internetową. Możesz nawet ukryć jej ikonę gdzieś głęboko w plikach, by trudniej było do niej dotrzeć. W ten sposób, kiedy zaczniesz pracę, będziesz musiał ją specjalnie włączyć, a ten wysiłek zmniejszy prawdopodobieństwo ciągłego surfowania.

5 Rusz się zza biurka. Jeśli pracujesz przed komputerem, to nie odpoczywaj przed nim. Wstań, przejdź się po korytarzu, wyjrzyj przez okno.

I przede wszystkim nie scrolluj!

Oprac. Maria Halińska na podstawie Telegraph.co.uk , Upenn.edu , bgr.com ,Collegeinfogeek.com , Sidsavara.com


W lipcowych „Charakterach”:

Wampir emocjonalny przy nas. Jak się przed nim obronić? Jak stawiać granice w relacjach? Jak odmawiać, nie raniąc innych? – radzą Katarzyna Schier i Jacqui Marson.

A także: Dlaczego kobiety piją? Dobra dieta to nie cud. W czym tkwi siła marki? Gdzie jest horyzont czasu? Co wie niemowlę? Partner pod pantoflem rodziców

„Charaktery” także na www.charaktery.eu

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W ”Magazynie Świątecznym” czytaj też:

Marek Belka: Skończmy z kapitalizmem wyczynowym
Podnieść płace. Opodatkować bogatych i przepływ kapitału

Paweł Kukiz: Z piekła wyjąć uszy, złudzenia przywrócić
– Jestem zwolennikiem rozwalenia tego, co jest – komunistyczne czy solidarnościowe, nie ma znaczenia. Z Pawłem Kukizem rozmawia Wojciech Czuchnowski

Coś w nich pękło. Dzieci z in vitro wychodzą z szafy
Jestem człowiekiem takim jak inni. Ważne, czy dobrym, a nie, czy poczętym w łóżku, na stole czy na szkiełku laboratoryjnym

Mogadiszu all-inclusive
Wśród ruin wyrosła pizzeria. Ale nie ma dnia bez co najmniej jednego trupa, a chłopak z targu rybnego zatacza ręką krąg: „Auschwitz!”, więc każdy, kogo liście khatu nie ogłupiły jeszcze do cna, marzy o bilecie do Europy

Kość słoniowa w cenie. Mordują całe stada słoni
W Afryce co kwadrans zabija się słonia po to, żeby zabrać jego kły

Kobiety biorą Hiszpanię
Nowa burmistrzyni Barcelony ma 41 lat. Ta rządząca Madrytem jest o 30 lat starsza. Łączy je to, że tchnęły w hiszpańską politykę to, czego dawno w niej nie było – nadzieję

A kogo to będzie obchodziło za sto lat? Rozważania o żywotności skandalu
Możemy sprawdzić prawdziwość tego powiedzenia na przykładzie skandali z Hollywood sprzed niemal wieku

Wyborcza.pl

Startem Ewy Kopacz z Warszawy PO chce zmusić Jarosława Kaczyńskiego do udziału w debacie. Mastalerek: To PR-owe sztuczki

Były rzecznik PiS Marcin Mastalerek krytykował zaproszenie dla Jarosława Kaczyńskiego  do debaty z premier Ewą Kopacz.
Były rzecznik PiS Marcin Mastalerek krytykował zaproszenie dla Jarosława Kaczyńskiego do debaty z premier Ewą Kopacz. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

– Od wielu wyborów lider Platformy Obywatelskiej kandydował z Warszawy – mówił w niedzielnych „Faktach po Faktach” szef sztabu wyborczego PO Marcin Kierwiński. W ten sposób polityk tłumaczył powody, dla których premier Ewa Kopacz zdecydowała się na bezpośrednią konkurencję w wyborach parlamentarnych z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim.

Jak wyjaśniał Marcin Kierwiński, na decyzję Ewy Kopacz wpłynął fakt, iż uznała ona, że w zaplanowanych na jesień wyborach musi dojść do pojedynku liderów dwóch największych ugrupowań. A to gwarantuje tylko takie ułożenie list wyborczych Platformy Obywatelskiej, w którym Ewa Kopacz wystartuje z tego samego okręgu, co Jarosław Kaczyński.

Szef sztabu wyborczego Platformy zwrócił również uwagę, iż jego ugrupowanie wykorzysta ten pojedynek partyjnych liderów do tego, by przymusić Jarosława Kaczyńskiego do udziału w przedwyborczej debacie z szefową rządu. W debacie stołecznych jedynek prezes PiS nie będzie bowiem mógł się ukryć za plecami Beaty Szydło, która w tegorocznej kampanii występuje jako kandydatka PiS na premiera.

– To sztuczki PR-owe Platformy – odpowiadał inny z gości niedzielnych „Faktów po Faktach”, Marcin Mastalerek – były rzecznik PiS i aktualny rzecznik sztabu wyborczego tego ugrupowania. Ocenił on, iż wielotygodniowe wezwania do debaty Kopacz-Kaczyński ze strony PO to od początku „próba odwrócenia uwagi” od tego, że Platforma na swojej czerwcowej konwencji nie przedstawiła nowego programu.

Mastalerek ostro krytykował też sposób uprawiania kampanii wyborczej przez podróżującą non-stop po Polsce premier Ewę Kopacz. Jego zdaniem, szefowa rządu robi w ten sposób zupełnie inną kampanię niż Beata Szydło, które również większość czasu spędza między zwykłymi ludźmi – Ona nie jeździ i nie zagląda nikomu do talerza. Nie pyta, czy kotlet jest zimny czy ciepły – podsumował były rzecznik PiS.

naTemat.pl

Nie ma żartów z ekonomią. O „dogmatach” obalanych przez Marka Belkę w „Wyborczej”

Witold Gadomski, 19.07.2015
Marek Belka

Marek Belka (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Przed wyborami politycy głównych ugrupowań obiecują złote góry: niższy wiek emerytalny, stypendia dla dzieci do 18 roku życia, dopłaty z budżetu do niskich wynagrodzeń, no i oczywiście wyższe wydatki państwa na wszystkie szlachetne cele. Większości obietnic nie dotrzymają, ale sama licytacja – kto da więcej – źle wróży gospodarce. Zwłaszcza że – z chwalebnym wyjątkiem ugrupowania Nowoczesna.pl – partie nie przedstawiają pomysłów na to, jak przyspieszyć rozwój, poprawić kwalifikacje pracowników i jakość usług publicznych.
Populistyczni politycy mogą powoływać się na wywiad, którego Marek Belka udzielił „Gazecie Wyborczej”. Zapewne będzie to wbrew intencjom prezesa NBP, ale tak często bywa z wypowiedziami osób publicznych. W Internecie już pojawiło się mnóstwo komentarzy w rodzaju: Nawet Marek Belka przyznaje, że wynagrodzenia powinny wzrosnąć, podobnie jak wydatki państwa, a banki i bogatych trzeba bardziej obłożyć podatkami.Szef NBP, podważając wiele, jak określił, „dogmatów” teorii ekonomii, nie powiedział jasno czytelnikom, że mimo wszystko w gospodarce obowiązują pewne prawidłowości i nie zostały one unieważnione przez globalny kryzys finansowy i ferment w środowisku akademickich ekonomistów. Nie odniósł się na przykład do stanu polskich finansów publicznych, które zostały jako tako naprawione – głównie pieniędzmi zabranymi z OFE – lecz pomysły polityków mogą je znów wepchnąć w głęboki deficyt, a tym samym przyspieszyć zadłużanie się państwa. Czy teza o szkodliwości nadmiernego zadłużania jest już nieaktualnym „dogmatem” i „folklorem” czy też rozsądnym poglądem?Byłoby wspaniale, gdyby Polacy zarabiali realnie więcej niż obecnie, ale samo podniesienie zarobków nie może być pomysłem na szybszy i trwały rozwój. Marek Belka przyznaje, że nie wie, co należy zrobić, by płace rosły szybciej, ale populistyczni politycy na pewno znajdą sposób. Mogą wymuszać na prywatnych firmach wzrosty płac metodami administracyjnymi, powołując się przy tym na autorytet prezesa NBP. Jak wówczas będzie wyglądał rynek pracy, nasz bilans wymiany z zagranicą i zdolności inwestycyjne firm?

W staromodnej teorii ekonomii (którą do pewnego stopnia podważa Marek Belka) wzrost gospodarczy zależał od wielkości i efektywności inwestycji. Mechanizm rynkowy lepiej niż administracyjne decyzje alokuje kapitał, a przez to efektywność inwestycji prywatnych jest wyższa niż państwowych przedsiębiorstw. Politycy PO, a zwłaszcza PiS, mają pomysły na skokowe zwiększanie inwestycji finansowanych środkami publicznymi i kredytami gwarantowanymi przez państwo. Czy prezes NBP, który dość surowo ocenia działanie rynku, uważa PiS-owskie pomysły za racjonalne?

Politycy PO i PiS nie przedstawiają żadnego pomysłu na zwiększenie stopy oszczędności w gospodarce. Przeciwnie – zapowiadane wydatki budżetowe wpłyną na obniżenie stopy inwestycji, a tym samym możliwość finansowania inwestycji środkami krajowymi. Chętnie dowiedziałbym się od prezesa NBP, czy podręcznikowe równanie opisujące co się dzieje z inwestycjami i rachunkiem wymiany z zagranicą, gdy oszczędności spadają, wciąż obowiązuje.

Marek Belka w wywiadzie chwali „prospołeczną” ewolucję, która nastąpiła w Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Ale „prospołeczni” eksperci MFW przez lata patrzyli przez palce na to, jak Grecja nie przeprowadza reform, do których się zobowiązała. Pracownicy dawnego, „społecznie nieczułego” MFW też popełniali błędy, ale potężne kryzysy finansowe wymagające wsparcia MFW – w Meksyku, Brazylii czy Azji Wschodniej – trwały kilkanaście miesięcy. A maleńka Grecja wspierana radami społecznie wrażliwych ekonomistów i największą pomocą, jakiej międzynarodowe instytucje udzieliły pojedynczemu krajowi, zmaga się z kryzysem ponad 5 lat.

Marek Belka pozytywnie ocenia fakt, że MFW przestał uważać za dogmat tzw „konsensus waszyngtoński”, który od lat wściekle atakują także antyglobaliści. „Konsensus” to lista zasad, które powinny obowiązywać w polityce gospodarczej. Zastanawiam się, który punkt z listy uważa prezes NBP za warty usunięcia. Utrzymanie dyscypliny finansowej, liberalizację handlu, likwidację barier dla zagranicznych inwestycji bezpośrednich czy gwarancję praw własności?

Przed 30 laty Andrzej Garczarek śpiewał, że nie ma żartów z filozofią. Tym bardziej z ekonomią.

Zobacz także

wyborcza.pl

nieMaŻartów

Radzieckie mapy z czasów zimnej wojny dokładne jak Google Maps. Szpiedzy, satelita i plany inwazji

Radosław Czyż, 19.07.2015
Fragment sowieckiej mapy Nowego Jorku

Fragment sowieckiej mapy Nowego Jorku (Fot. Wired.com)

Wykonane w czasie zimnej wojny sowieckie mapy wojskowe poziomem detali i skalą wręcz zatrważają. Stanowiły cześć jednego z najambitniejszych przedsięwzięć kartograficznych w dziejach.
Wojskowy śmigłowiec stał już na lądowisku w Tallinnie, gdy z 250 tys. dolarów w walizce na plac wszedł Russel Guy. Czuł się niepewnie. Mimo że miejsce nie przypominało do końca bazy wojskowej, ubrani w mundury, uzbrojeni mężczyźni patrolowali okolice. Był 1989 rok, Związek Radziecki rozpadał się, a część tamtejszych oficerów nie traciła czasu, oddając za bezcen broń i wojskowe wyposażenie. Gdy Guy przybył na miejsce, większość sprzętu ze śmigłowca była już wyprzedana. Ale to, po co przybył, wciąż czekało; w ciężkich, pachnących sosną skrzyniach. Gdy uchylił wieko jednej z nich, w nozdrza uderzył go zapach tysięcy sosnowych igieł, którymi wypchane były przerwy między dwiema warstwami desek. Chodziło o to, by zmylić psy tropiące wykorzystywane przy szukaniu narkotyków. Ale w skrzyniach był całkiem inny ładunek. Radzieckie mapy, tysiące sztuk. Na każdej z nich w górnym rogu odbity napis – „sekret”.Za utratę choćby jednej z nich oficerowi sowieckiemu groziły kary. Więzienie było najłagodniejszą z nich. Ale to było wcześniej. W chaosie powstałym po rozpadzie Związku Radzieckiego nikt już się mapami tak nie przejmował.Amerykanie używają ich do dziś

Mapy kupione przez Guya, stanowiły cześć jednego z najambitniejszych przedsięwzięć kartograficznych w dziejach: odwzorowania na papierze niemal całego świata, a w przypadku niektórych miast w skali pozwalającej na uchwycenie nawet pojedynczych budynków. Wykonane w czasie zimnej wojny sowieckie mapy wojskowe poziomem detali i skalą wręcz zatrważają. Takiej liczby szczegółów jak te widoczne na radzieckich planach Stanów Zjednoczonych czy Anglii nie zawierają nawet powstałe w podobnym czasie mapy kartografów amerykańskich i brytyjskich. Dla przykładu, odnotowane są tam dokładne szerokości dróg, typy fabryk czy maksymalna nośność mostów. Informacje niezwykle przydatne przy planowaniu ewentualnej inwazji. Informacje niemożliwe do uzyskania bez naocznego wywiadu. To niebywałe, wziąwszy pod uwagę dostępne w owym czasie technologie. Mapy te były na tyle dokładne, że amerykański Departament Stanu korzysta z nich do dziś, wytyczając np. linie graniczne na nowych planach.

Do Stanów Zjednoczonych mapy trafiły dzięki Omnimap, niewielkiej firmie z Północnej Karoliny, dla której pracował Russel Guy.

Guy bynajmniej nie był jedyną osobą zainteresowaną kupnem wojskowych map.

Kupiliśmy jakiś milion sztuk

Po rozpadzie Związku Radzieckiego te ściśle tajne plany sprzedawane były na tony. Omnimap odstępował je z zyskiem rządom, firmom telekomunikacyjnym i wszystkim innym skłonnym zapłacić.

– Zakładam, że kupiliśmy jakiś milion sztuk – mówi Guy w rozmowie z serwisem Wired, który opublikował reportaż na temat sowieckich map. Autorom udało się dotrzeć do czwórki badaczy, którzy ich analizowaniu poświęcili ostatnią dekadę. Ich zadaniem było określenie, w jaki dokładnie sposób powstały i w jakim konkretnie celu.

Zauważyli oni np., że podczas gdy mapy wojskowe porażały dokładnością i skalą, te cywilne bardzo często zawierały celowe przekłamania. Fragmenty przedstawiające konkretne miasta były po prostu powiększonymi fragmentami map jakichś większych obszarów i jak łatwo sobie wyobrazić, nie było na nich widać niemal nic. Zwłaszcza w zestawieniu z superdokładnymi planami wojskowymi. Chodziło o to, by szeroko dostępne mapy cywilne nie były użyteczne dla wywiadów obcych państw. Te wojskowe zaś były pilnie kontrolowane. Każdy oficer, nawet w czasie szkoleń, musiał zaświadczyć odbiór i zwrot mapy. W przypadku gdy jakaś uległa zniszczeniu, np. została spalona, należało zwrócić jej pozostałości.

Głębsza analiza pokazała, że nie tworzono ich wyłącznie z myślą o ewentualnej inwazji. Był to raczej wykreowany przez wojskowy wywiad obraz tego, co sowieci wiedzieli o świecie. Redaktorzy Wired żartują, że to jak połączenie map Google’a i Wikipedii.

Do śmierci Stalina Związek Radziecki zainteresowany był głównie tworzeniem map własnego terytorium. Gdy władzę objął Chruszczow, jego ambicje docierania z komunistyczną ideologią do południowej Azji i Afryki sprawiły, że radykalnie wzrósł obszar, który koniecznie trzeba było na mapach zapisać. Przy tworzeniu szczegółowych map wzorowano się na planach cywilnych, często wykradzionych z zachodnich instytutów badawczych. Używano również zdjęć satelitarnych. Z m.in. Zenita, pierwszego radzieckiego satelity szpiegowskiego wyniesionego na orbitę w 1962 roku.

Oprócz tego były też tysiące radzieckich kartografów wysyłanych za granicę, by zbierali informacje bezpośrednio w terenie. Tam, dokąd nie mieli możliwości się udać cywile, dane gromadzili agenci wywiadu.

Inwazja radzieckich czołgów

Amerykanie w czasie zimnej wojny też tworzyli swoje mapy, ale te najdokładniejsze ograniczały się do skali 1:250 000. Dlaczego tylko takie? Bo Amerykanie byli w owym czasie potęgą lotniczą i dokładniejsze mapy nie były im do niczego potrzebne. ZSRR dominował pod względem produkcji czołgów i pojazdów opancerzonych, a do przeprowadzenia skutecznej inwazji lądowej musieli tworzyć mapy niezwykle precyzyjne, w skali 1:50 000, uważane przez wojsko za plany taktyczne dostosowane do ruchów lądowych.

Do żadnej inwazji nie doszło, ale mapy bardzo przydały się już po rozpadzie Związku Radzieckiego, gdy w latach 90. liczne firmy telekomunikacyjne budowały linie telefoniczne w Azji i Afryce. Dla Russella Guya była to złota dekada. Interes kwitł, bo przy stawianiu wież transmisyjnych potrzebne były bardzo dokładne mapy terenowe, a jego firma sprzedawała te najlepsze. Poza korporacjami dużym kupcem był też amerykański rząd, który na przełomie wieków zabezpieczał najlepsze materiały dla swych służb wywiadowczych działających m.in. w Afganistanie. Te dostarczane przez Guya okazały się idealnym materiałem do analizy.

Interes przestał się kręcić dopiero niedawno, wraz z rosnącą dostępnością i rozwojem map satelitarnych, z których dokładnością trudno było tym sowieckim konkurować.

Guyowi jednak radzieckie mapy wojskowe nadal będą kojarzyły się z czasami, gdy sprzedawca z niewielkiej firmy z Karoliny Północnej mógł poczuć się jak agent 007 ubijający interesy w zadymionych moskiewskich barach, podsłuchiwany i śledzony przez agentów KGB. Nawet po latach nie chce dyskutować o swoich wojskowych koneksjach, boi się wpaść w kłopoty. To jego gorące wspomnienia zimnej wojny.

Zobacz także

wyborcza.pl

zimnowojenneSowieckie

„Paweł Kukiz ma kisiel w głowie”, a „PiS to pasztetowa prawica”, czyli Ludwik Dorn i Jerzy Wenderlich na weekend

Ludwik Dorn ostro zaatakował Pawła Kukiza.
Ludwik Dorn ostro zaatakował Pawła Kukiza. Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Politycy przyzwyczaili nas do ostrych wypowiedzi, ale jak widać nie odpuszczają nawet w wakacyjny weekend. W TVP INFO Ludwik Dorna zaczął dzielić lewicę na „lewicę stref erogennych” i „lewicę żołądka”, a później stwierdził, że „Paweł Kukiz ma kisiel w mózgu”. Jerzy Wenderlich z SLD próbował dogryźć PiSowi nazywając go „pasztetową lewicą”.

W okresie wakacyjnym, zwanym popularnie sezonem ogórkowym nieco zapomniani politycy wykorzystują okazję by jeszcze raz zabłysnąć w mediach. Ludwik Dorn przyjął strategię zaatakowania przedstawicieli obu stron sceny politycznej. Będąc gościem w programie „Woronicza 17” w TVP INFO najpierw zaczął przedstawiać swoją typologię lewicy.

Według byłego wiceprezesa PiS składa się ona z „lewicy stref erogennych”, która skupia się na kwestiach obyczajowych, i „lewicy żołądka”, skupionej na kwestiach socjalnych. Jednak główny atak były Marszałek Sejmu przeprowadził na Pawła Kukiza. Stwierdził, że muzyk „ma kisiel w głowie” i że jest ciekawostką przyrodniczą, która szybko zniknie z życia publicznego.

Ale to jeszcze nie oznaczało, że polityk wygrał konkurs na najbarwniejszą wypowiedź odcinka. Do walki stanął doświadczony w tej konkurencji Jerzy Wenderlich z SLD. – Jesteście pasztetową prawicą – powiedział do Mariusza Błaszczaka, szefa klubu PiS. – Słabo panie marszałku, słabo – odparł polityk PiS. I tutaj się z panem przewodniczącym zgodzę.

naTemat.pl

Ewa Kopacz rzuca rękawicę Jarosławowi Kaczyńskiemu. „Będę startować z jedynki w Warszawie”

Ewa Kopacz rzuca rękawicę Jarosławowi Kaczyńskiemu. "Będę startować z jedynki w Warszawie"
Ewa Kopacz rzuca rękawicę Jarosławowi Kaczyńskiemu. „Będę startować z jedynki w Warszawie” Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Premier Ewa Kopacz powiedziała, że chciałby się zmierzyć z Jarosławem Kaczyńskim w czasie najbliższych wyborów parlamentarnych. – Tchórzliwa nie jestem, więc chciałabym się zmierzyć ze swoim największym oponentem – powiedziała premier.

EWA KOPACZ

Premier

Taka jest moja przymiarka, chciałabym się zmierzyć z szefem największej partii opozycyjnej Jarosławem Kaczyńskim, który mam nadzieję, będzie startował z Warszawy i dlatego powiedziałam, że będę startować z jedynki w Warszawie. Choć bardziej naturalnym moim okręgiem byłby albo Radom, gdzie mam miejsce zamieszkania, albo Gdańsk, gdzie mam mieszkanie, ale postanowiłam, że będzie to taka próba sił. Czytaj więcej

Znane są już także inne „jedynki”. Obecny Minister Spraw Zagranicznych Grzegorz Schetyna ma otwierać listę w Legnicy, a szef MON Tomasz Siemoniak w Wałbrzychu. Nadal nie wiadomo, czy na listach Platformy znajdą się politycy zamieszani w aferę taśmową.

Ludzie Pawła Kukiza
Tygodnik „Wprost” informuje, że samorządowcy skłóceni z Pawłem Kukizem wystawią własne listy do parlamentu. Ich ugrupowanie ma się nazywać Bezpartyjni.org. Jeszcze kilka dni temu mieli działać ramię w ramię z Kukizem.

Dopełnił się rozwód Pawła Kukiza z Bezpartyjnymi Samorządowcami i Ruchem na rzecz JOW. Obie te organizacje stoją za sukcesem kampanii prezydenckiej i miały tworzyć kampanię parlamentarną. Ale – jak mówią – Kukiz się od nich odwrócił, dlatego są zmuszeni wystartować w wyborach samodzielnie.

Jak ustalił „Wprost”, Bezpartyjni.org mają tworzyć samorządowcy z całej Polski, którzy pierwotnie mieli startować z list Kukiza. – Zgłosiło się do nas tak wielu lokalnych działaczy, że szkoda byłoby teraz zmarnować ten potencjał – mówi dziennikarzom jeden z byłych kukizowców.

Źródło: Gazeta.pl

naTemat.pl

ewaKopaczRzuca

Wstępna wersja list PO: Kopacz jedynką w Warszawie, Schetyna w Legnicy, Siemoniak w Wałbrzychu

mf, PAP, 19.07.2015
Premier Ewa Kopacz jedynką w Warszawie, szef MSZ Grzegorz Schetyna w Legnicy, wicepremier, szef MON Tomasz Siemoniak w Wałbrzychu – m.in. tak wyglądają pierwsze przymiarki do obsady czołowych miejsc na listach PO w jesiennych wyborach parlamentarnych.
Premier Ewa Kopacz i szef MON - Tomasz Siemoniak

Premier Ewa Kopacz i szef MON – Tomasz Siemoniak (BARTOSZ BOBKOWSKI)

 

Zgodnie z ubiegłotygodniową decyzją zarządu krajowego PO, struktury regionalne mają czas do 31 lipca na przygotowanie i przyjęcie list wyborczych. 6 sierpnia listy miałaby ostatecznie zatwierdzić Rada Krajowa Platformy. Wcześniej korekt na listach może dokonać jeszcze szefowa PO oraz zarząd partii. Wybory odbędą się 25 października.

W PO wciąż nie zapadła decyzja, czy na jedynkach list wyborczych znajdą się politycy, których nazwiska przewijają się w tzw. aferze podsłuchowej. Chodzi o b. marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego, sekretarza generalnego PO, b. ministra sportu Andrzeja Biernata, b. szefów resortów: zdrowia Bartosza Arłukowicza i skarbu Włodzimierza Karpińskiego, a także b. wiceministrów: środowiska Stanisława Gawłowskiego i gospodarki Tomasza Tomczykiewicza.

Kopacz w stolicy, Kamiński w Płocku?

Premier Kopacz – jak sama zadeklarowała w poniedziałek w Łodzi – wystartuje prawdopodobnie z miejsca pierwszego stołecznej listy PO. Z rozmów PAP z mazowieckimi politykami PO wynika, że dalsze miejsca na stołecznej liście mogą zająć np. wiceszef MSZ ds. europejskich Rafał Trzaskowski lub Tomasz Siemoniak. Szef MON „przymierzany” jest też do jedynki w Wałbrzychu (w wyborach 2011 r. na czele listy znalazła się obecna wiceszefowa klubu PO Izabela Mrzygłocka).

Nie wiadomo jaki okręg otrzyma marszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, w 2011 roku dwójka stołecznej listy PO. Zdaniem rozmówców PAP, nie ma możliwości, by Kidawa-Błońska i Kopacz znalazły się na jednej liście. Niektórzy politycy Platformy spekulują, że być może marszałek Sejmu będzie liderką listy w okręgu podwarszawskim. Tam jednak mazowiecka PO na miejscu pierwszym widzi swego szefa, ministra administracji i cyfryzacji Andrzeja Halickiego.

Teoretycznie „wolne” są jedynki list w Radomiu i Płocku, skąd wcześniej kandydowały Kopacz i obecna europosłanka Julia Pitera. Z rozmów PAP z działaczami Platformy z Mazowsza wynika, że w którymś z tych okręgów wystartować mogą bliscy współpracownicy Kopacz: szef jej gabinetu, który kieruje też sztabem wyborczym PO, Marcin Kierwiński (w 2011 r. piątka listy warszawskiej) oraz minister w kancelarii premiera Michał Kamiński (w przeszłości m.in. europoseł i spin doctor PiS). Liście siedleckiej miałby – podobnie jak cztery lata temu – przewodzić obecny wiceszef MON Czesław Mroczek.

Schetyna w Legnicy, Protasiewicz we Wrocławiu

Szef MSZ Grzegorz Schetyna ma otwierać listę w Legnicy, choć jego partyjni stronnicy przyznają, że wolałby okręg wrocławski. Tam jednak liderem ma być jego główny konkurent na Dolnym Śląsku, który przed dwoma laty wygrał z nim wybory na szefa tamtejszych struktur, b. wiceprzewodniczący europarlamentu Jacek Protasiewicz. Z nieoficjalnych informacji PAP ze źródeł w dolnośląskiej Platformie wynika, że nad kandydowaniem do Sejmu zastanawia się także prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz.

Jeśli Platforma zdecyduje, że nagrani w aferze taśmowej politycy PO mają nie otwierać list wyborczych, to w Bydgoszczy, zamiast Radosława Sikorskiego, z miejsca pierwszego wystartuje prawdopodobnie bliska współpracowniczka Kopacz, szefowa MSW Teresa Piotrowska. „Lokomotywą wyborczą” w Toruniu będzie z kolei lider kujawsko-pomorskiej PO Tomasz Lenz.

Mucha w Lublinie?

Podobna sytuacja jak w Bydgoszczy, jest w Lublinie. Szefem tamtejszej struktury regionalnej jest Włodzimierz Karpiński i jeśli to nie jemu władze PO powierzą jedynkę listy w Lublinie, to niewykluczone, że na jej czele umieszczona zostanie rzeczniczka kampanii parlamentarnej PO, b. minister sportu Joanna Mucha. W okręgu chełmskim liderem będzie prawdopodobnie szef sejmowej komisji infrastruktury Stanisław Żmijan, a zielonogórskim i opolskim – przewodniczący tamtejszych struktur, posłowie: Bożenna Bukiewicz i Leszek Korzeniowski. Listę białostocką otwierać ma szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Robert Tyszkiewicz, który kieruje też podlaską PO.

Zgodnie ze wstępnymi ustaleniami łódzkiej PO, liderem listy w Łodzi ma być b. minister infrastruktury i sprawiedliwości Cezary Grabarczyk, a sieradzkiej – Andrzej Biernat. Niektórzy łódzcy politycy PO nie wykluczają jednak, że być może jedynkę w tym okręgu otrzyma rzecznik rządu Kopacz Cezary Tomczyk.

Nie wiadomo kto będzie otwierał listę w Piotrkowie Trybunalskim. Miejscowi działacze PO nie chcą się bowiem zgodzić na kandydaturę obecnej wicemarszałek Sejmu Elżbiety Radziszewskiej – woleliby posłankę Dorotę Rutkowską. Radziszewskiej zarzucają „grę na siebie” i brak wsparcia w kampanii dla pozostałych kandydatów. Przed wyborami cztery lata temu łódzka PO zaproponowała obecnej wicemarszałek Sejmu start do Senatu, ta jednak odmówiła. Ostatecznie to ówczesny szef PO, premier Donald Tusk zdecydował, że Radziszewska będzie liderką listy w Piotrkowie Trybunalskim.

Raś bez jedynki?

Według planów małopolskiej PO, na czele listy krakowskiej ma się znaleźć lider tamtejszych struktur regionalnych, obecny wiceprzewodniczący sejmiku woj. małopolskiego Grzegorz Lipiec. Tuż za nim na liście umieszczony ma zostać b. szef małopolskiej PO, Ireneusz Raś. Jedynką w okręgu chrzanowskim będzie prawdopodobnie marszałek woj. małopolskiego Marek Sowa, a w nowosądeckim – minister skarbu Andrzej Czerwiński. Nie wiadomo jeszcze kto znajdzie się na czele listy w Tarnowie – mogą być to szef partii w tym mieście, poseł Robert Wardzała lub wiceminister edukacji Urszula Augustyn.

W wyborach 2011 roku jedynką listy w Rzeszowie był ówczesny przewodniczący podkarpackiej Platformy, b. wiceminister infrastruktury i rozwoju Zbigniew Rynasiewicz, który kilka miesięcy temu podjął decyzję o odejściu z polityki. Teraz niewykluczone, że na czele listy w Rzeszowie znajdzie się szefowa sejmowej komisji finansów publicznych Krystyna Skowrońska. Z Krosna kandydować ma m.in. b. posłanka, a obecnie wojewoda podkarpacki Małgorzata Chomycz.

Z nieoficjalnych informacji PAP ze źródeł w śląskiej PO wynika, że z miejsca pierwszego listy katowickiej może wystartować minister zdrowia Marian Zembala. W tej sytuacji dotychczasowa jedynka, Tomasz Tomczykiewicz, znalazłby się na którymś z dalszych miejsc. Listę gliwicką otwierać ma minister sprawiedliwości Borys Budka, sosnowiecką – wiceminister zdrowia Beata Małecka-Libera, a rybnicką – prawdopodobnie szefowa MEN Joanna Kluzik-Rostkowska.

W Częstochowie obsada miejsca pierwszego rozstrzygnie się zapewne między posłankami Izabelą Leszczyną i Haliną Rozpondek. Liście w Bielsku-Białej przewodzić może, tak jak w 2011 r., posłanka Mirosława Nykiel. Szefowa świętokrzyskiej PO Marzena Okła-Drewnowicz ma znaleźć się na czele listy w Kielcach.

Sławomir Neumann w Gdańsku?

W Gdańsku kandydować mają m.in.: jako jedynka szef pomorskiej PO, wiceminister zdrowia Sławomir Neumann i minister sportu Adam Korol. Politycy PO nie wykluczają, że na start do Sejmu może zdecydować się też marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, który wówczas prawdopodobnie otwierałby gdańską listę PO.

W Gdyni liderem listy może być b. minister sprawiedliwości, obecnie koordynator ds. specsłużb Marek Biernacki; z tego okręgu kandydować ma też minister kultury Małgorzata Omilanowska. Według informacji PAP, z Pomorza chciałby startować również wiceszef Kancelarii Prezydenta Sławomir Rybicki; zdaniem tamtejszych polityków Platformy, bardziej prawdopodobne jest jednak, że prezydencki minister – tak jak przed czterema laty – znajdzie się którymś z czołowych miejsc w Elblągu. Liderem w tym okręgu może z kolei ostać szef warmińsko-mazurskiej PO, wicemarszałek tego województwa Jacek Protas.

Jedynka z Olsztynie przypadnie prawdopodobnie posłance Beacie Bublewicz (otwierała tę listę w 2011 r.) lub wiceministrowi finansów Januszowi Cichoniowi.

Grupiński w Poznaniu

Jeśli chodzi o jedynki wielkopolskich list, to tam struktura rekomenduje: w Poznaniu – swego szefa i przewodniczącego klubu PO Rafała Grupińskiego, w Kaliszu – sekretarza wielkopolskiej PO Mariusza Witczaka, w Pile – posłankę Marię Janyskę, a w Koninie – posła Tomasza Nowaka.

Nie wiadomo jeszcze, kto miałby otwierać listy w dwóch okręgach na Pomorzu Zachodnim. Przed czterema laty w Szczecinie liderem był Bartosz Arłukowicz (otrzymał ponad 100 tys. głosów), a w Koszalinie – Stanisław Gawłowski. Ze Szczecina kandydować chcą m.in. minister w kancelarii premiera Sławomir Nitras oraz b. poseł PO, niedawny szef gabinetu Sikorskiego w Sejmie, Michał Marcinkiewicz.

 

gazeta.pl

Wanda Półtawska wzywa do nowenny. Cel? Weto do ustawy o in vitro

 18.07.2015

Wanda Półtawska, prywatnie przyjaciółka Jana Pawła II, wraz z grupą działaczy katolickich nawołuje do nowenny w intencji zawetowania przez Bronisława Komorowskiego ustawy o in vitro. – Pani Wandzie Półtawskiej taka nowenna może się wydawać słuszna. Jeśli jednak chce z niej uczynić intencję publiczną, do której zapraszani są inni ludzie, to pojawi się napięcie między sferą religijną a polityczną – komentuje o. Paweł Gużyński.

 

Na łamach związanego z o. Tadeuszem Rydzykiem „Naszego Dziennika” opublikowano apel grupy osób. Są to m.in.: Janusz Kawecki (szef Zespołu Wspierania Radia Maryja), Adam Kisiel (red. nacz. „Źródło”), Ewa Kowalewska (Forum Kobiet Polskich) i prof. Wanda Półtawska (katolicka psychoterapeutka i psychiatra, a prywatnie przyjaciółka Jana Pawła II).

Abp Stanisław Gądecki napisał list do prezydenta ws. in vitro

Z prośbą o niepodpisywanie ustawy o in vitro lub skierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego zwrócił się w liście do prezydenta Bronisława Komorowskiego przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki.

Autorzy apelu wzywają do „modlitwy do Ducha Świętego i Matki Bożej Królowej Polski o dary Ducha Świętego dla prezydenta Bronisława Komorowskiego”. Oczekują od głowy państwa, aby ustawa o in vitro nie uzyskała podpisu.

To nie pierwsza taka nowenna – wcześniej ta sama grupa osób wzywała do 9-dniowej modlitwy za senatorów, którzy ustawę regulującą kwestię zapłodnienia pozaustrojowego później jednak przyjęli. Wtedy to – jak opisują autorzy apelu – wiele osób miało pościć i codziennie uczestniczyć w mszach z intencją odrzucenia ustawy. Pozytywna wobec ustawy o in vitro decyzja Senatu rozczarowała działaczy katolickich także dlatego, że senatorowie nie wprowadzili do przepisów żadnych poprawek i nie zajęli się listem Komorowskiego, w którym to wyrażał on wątpliwości natury konstytucyjnej.

REKLAMA

List ten wywołał w PO zaskoczenia, gdyż w czasie kampanii prezydenckiej Komorowski deklarował wsparcie dla in vitro, a swoje zastrzeżenia zasygnalizował w około miesiąc po przegranych przez siebie wyborach, a zarazem w samym finale prac nad ustawą.

Teraz Wanda Półtawska wraz z grupą innych osób ponawia apel o nowennę, ale tym razem nie z myślą o senatorach, ale o prezydencie. – Nie udało się wprawdzie zablokować w Senacie tej zbrodniczej ustawy, ale modlitwa i post przeszło 1,8 tys. osób z całej Polski stały się źródłem wielorakiego dobra. (…) Zmobilizowały wielu ludzi do głoszenia prawdy o in vitro, do promowania etycznej, zgodnej z Prawem Bożym – czytamy w apelu.

Ustawa o in vitro trafiła już na biurko prezydenta, który ma trzy tygodnie na podjęcie decyzji, musi ją zatem podjąć jeszcze Komorowski – prezydent elekt zostanie bowiem zaprzysiężony 6 sierpnia. W apelu o nowennę autorzy podkreślają, że Komorowski może „zawetować tę barbarzyńską ustawę” – i na to liczą. Ale głowa państwa może ustawę też odesłać do Trybunału Konstytucyjnego, by zbadać jej zgodność z ustawą zasadniczą bądź też ją podpisać. Najbardziej prawdopodobne wydaje się rozwiązanie, że Komorowski ustawę podpisze, by weszła ona w życie i zaraz potem skieruję ją do TK.

– Prosimy o codzienne modlitwy o dary Ducha Świętego, aby prezydent zawetował tę ustawę. (…) Gorąco zachęcamy także tych, którym stan zdrowia oraz obowiązki rodzinne i zawodowe na to pozwalają, do codziennego, pełnego uczestnictwa we mszy oraz zachowania jednej z wybranych form postu – wzywa grupa konserwatywnych działaczy katolickich.

Apel o nowennę jest także publikowany na wielu stronach różnych parafii.

Takie postawienie sprawy krytykuje dominikanin o. Paweł Gużyński. Dlaczego?

W rozmowie z Onetem duchowny podkreśla: – Jeśli w modlitwie indywidualnej lub zbiorowej wypowiemy intencję: „módlmy się o to, aby prawo w kwestii zapłodnienia in vitro szanowało godność człowieka”, to wszystko wydaje się być w porządku i zgodne z nauczaniem Kościoła. Sytuacja zmieni się jednak, kiedy inicjatywa modlitewna dotyczy nie tylko katolików. Wkraczamy wówczas na niwę ogólnospołeczną i państwową, a wtedy pani Półtawska powinna być świadoma, że prezentuje się nie tylko jako osoba religijna, ale także jako strona w toczącym się sporze politycznym.

Dominikanin do nowenny w intencji prezydenckiego weta do ustawy o in vitro się nie przyłącza. – Absolutnie to jednak nie znaczy, że obcą rzeczą jest mi kwestia dobrego prawa w Polsce. Staram się po prostu nie mieszać dwóch różnych porządków, gdy w pluralistycznym społeczeństwie chodzi o realizację ważnych dla katolików postulatów – uzasadnia.

Onet.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: