Kk (01.08.2015)

 

Zwycięstwo PiS może odbić się na polskiej dyplomacji. Relacje Polski i Niemiec czeka ochłodzenie

Nowy prezydent z pierwszą wizytą ma udać się do Berlina i Paryża
Nowy prezydent z pierwszą wizytą ma udać się do Berlina i Paryża Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

To przewidywania Michała Szułdrzyńskiego, którymi publicysta podzielił się z czytelnikami serwisu Politico.eu. Jego zdaniem po jesiennych wyborach stosunki polsko-niemieckie może czekać zwrot. Ostatnio taki zwrot, tyle, że w przeciwną stronę, miał miejsce w 2007 roku. Wtedy to PO odebrała władzę PiS i w relacjach Polski i Niemiec nastąpiło ocieplenie.

”Pod rządami Jarosława Kaczyńskiego Polska próbowała grać historią drugiej wojny światowej i winą Niemiec, by budować swoją pozycję w UE. Doszło też do osłabienia relacji z Berlinem i Moskwą na rzecz zbliżenia z Wielką Brytanią i USA” – pisze Szułdrzyński. Za PO było inaczej. Tyle, że w czasie największego ocieplania premierem był Donald Tusk. ”Obecnie jednak PO pozbawiona jest Tuska i tym samym osobistych relacji z Angelą Merkel” – pisze publicysta. A premier Ewa Kopacz traci w sondażach.

Jak będzie, zobaczymy. Ale Witold Waszczykowski (PiS) już zapowiedział„pewną korektę w partnerskich relacjach” z Niemcami. – Chcemy, aby Niemcy zaczęły przejmować się polskimi interesami – wyjaśnił poseł. Jak zdradził niedawno Krzysztof Szczerski, przyszły minister ds. zagranicznych w Kancelarii Prezydenta, celem pierwszej zagranicznej wizyty prezydenta Andrzeja Dudy będą najprawdopodobniej Berlin i Paryż.

Źródło:Onet.pl

zwycięstwoPiS

naTemat.pl

Prof. Tarnowski: Czytajcie Wojtyłę i myślcie trochę

Małgorzata Skowrońska, 01.08.2015
Kwiecień 2013 r., Częstochowa. Na placu firmy Malpol trwa montaż kolejnych części największej na świecie figury papieża Jana Pawła II dla częstochowskiego Parku Miniatur Sakralnych i Atrakcji

Kwiecień 2013 r., Częstochowa. Na placu firmy Malpol trwa montaż kolejnych części największej na świecie figury papieża Jana Pawła II dla częstochowskiego Parku Miniatur Sakralnych i Atrakcji (FOT. GRZEGORZ SKOWRONEK)

Czy Jan Paweł II jest odpowiedzialny za ducha nienawiści wobec in vitro? Nie! To raczej duch Dmowskiego. Potworna skaza, totalnie antychrześcijańska, wręcz diabelska karykatura chrześcijaństwa. Z Karolem Tarnowskim rozmawia Małgorzata Skowrońska.
Karol Tarnowski – ur. w 1937 r., filozof, prof. Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, wykładowca UJ. Członek PAU i redakcji „Znaku”.

Małgorzata Skowrońska: Jan Paweł II obrywa od teolożek feministek, od teologów moralistów… Stanisław Obirek w tekście „Nie jest przesadą mówienie o iranizacji Polski” („Magazyn Świąteczny” z 18 lipca) relacjonuje konferencję na jezuickim Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, na której – jeśli już wspominano o Wojtyle – to krytycznie. Sam też uważa jego pontyfikat za czas zastoju dla Kościoła.

PROF. KAROL TARNOWSKI: Zgadzam się z tezą Obirka, że w Polsce mamy problem z ideologizacją religii, ale nie mogę się zgodzić na niedocenianie nauczania Jana Pawła II. Ta krytyka jest ahistoryczna, nie bierze pod uwagę czasów, zapomina o wielkich symbolicznych gestach papieża, o przekraczaniu barier. Przecież Asyż i spotkanie ludzi różnych religii to jego dzieło. A spotkania z Żydami w rzymskiej synagodze i Yad Vashem? Wtedy to było przełomowe, a dziś przyprawia się Wojtyle gębę integrysty, zapominając o jego otwartości. On naprawdę wierzył, że Kościół dzięki Duchowi Świętemu dojrzeje. Dlatego nie wykonał ekumenicznego skoku na głęboką wodę. Zarzucanie mu, że tylko wygłaszał przemówienia, ale sam nie wchodził w dialog, jest krzywdzące. To prawda, że wierzył aż do bólu, iż katolicyzm nosi nieuszczuplony skarb prawd wiary, ale jedną z nich jest przecież otwartość.

Oczami dominikanina: Jan Paweł II był wielkim Polakiem i wielkim człowiekiem, ale miał prawo się mylić

Tyle że chrześcijaństwo w wydaniu części polskich hierarchów bardziej dzieli, niż łączy.

– I to jest paliwo dla krytyków nauczania Jana Pawła II. Ta myśl opiera się na zarzucie, że religia katolicka wprowadza niepotrzebne podziały między ludźmi, że credo stwarza barierę między wierzącym a niewierzącym. Ale – o czym krytycy zapominają – to dotyczy religii nie dość pogłębionej, takiej, która nie doszła do rdzenia przekazu chrześcijańskiego. Przecież w centrum katolicyzmu jest śmierć Chrystusa, który umarł za każdego człowieka. Wobec tego de iure nie ma żadnych barier. Są de facto, bo żyjemy w różnych kulturach i nie zawsze potrafimy się porozumieć w kwestii wartości. Na to nie ma rady, bo te różnice będą i nie muszą dotyczyć tylko religii. Idealistyczna wizja religii, zakładająca bezproblemowe porozumienie, jest nierealna. Najważniejsze – i o tym papież mówił często – jest to, jaką postać religii się przyjmuje i przedstawia innym. W tym kontekście cała ta zideologizowana strona polskiego Kościoła jest rzeczywiście katastrofalna. Tworzy zupełnie niesłuszne i niepotrzebne podziały. I ma fatalny wpływ na opinie o nauczaniu Wojtyły. Wielu – i tu się zgadzam z Obirkiem – tak się zachłysnęło dumą z papieża Polaka, że wydaje im się, iż jego świętość i mądrość na nich przechodzą. Nie przechodzą, zwłaszcza na nich, a na innych też nie bardzo.

Chce pan powiedzieć, że spora część polskich hierarchów i katolików nie rozumie nauczania Jana Pawła II?

– Utopiono Wojtyłę w pomnikach, świątyniach, a to jest kompletnie drugorzędne, a nawet szkodliwe.

Karol Wojtyła w złotej klatce

Hierarchowie utopili Wojtyłę w świętych obrazkach, ale powołują się na papieża niemal w każdym kazaniu. 10 kwietnia w Krakowie biskup Dec najpierw obficie cytował słowa papieża wygłoszone podczas błogosławieństwa „Urbi et orbi” w 1980 r., a na koniec ubolewał, że Sejm przeprowadza głosowania „wbrew nauczaniu świętego Jana Pawła II”.

– Gdyby polscy hierarchowie sięgali częściej po encykliki, pewnie potrafiliby rozdzielić te porządki. W „Redemptor hominis” Jan Paweł II skierował teologię, która wikłała się w scholastycznych konstrukcjach, na fakt, że w chrześcijaństwie chodzi o człowieka. To było szalenie ważne i przeorientowało wówczas myślenie teologiczne. Szkoda, że krytycy Wojtyły o tym zapominają. Mam nawet odpowiedź, dlaczego tak się stało. Człowiek był w o wiele za małym stopniu w centrum myślenia Kościoła instytucjonalnego. Teologia jest nauką abstrakcyjną, ale też stanowi element instytucji, która ma swoje wymogi autorytarne. Na tym gruncie posłuszeństwo oraz podległość jawią się jako coś zasadniczego. Idzie za tym groźna pokusa faryzeizmu w Kościele. Stąd ta mania określania wszystkiego przez przepisy, którym należy się podporządkować. A przecież to nie nakazy są najważniejsze, ale człowiek ze swoimi problemami, brakami, grzechami, a przede wszystkim – ze swoją wolnością. Papież bronił chrześcijańskiej prawdy o centralnym miejscu człowieka i zarazem wierzył w moc teologii, którą tylko należy odnowić.

We mnie systemowa teologia budzi podejrzliwość, bo nie wierzę – jak to ujął Tischner – w „człowieka poprzez okna systemu”. Jednak różnica między naszymi autorytarnie nastawionymi biskupami a papieżem tkwi co najmniej w tym, że oni zapominają, iż w ostatecznym rozrachunku Wojtyła koncentrował się na osobie i godności, a więc przede wszystkim na wolności człowieka, który może być przekonany jedynie mocą samej prawdy, a nie przepisami. Dlatego niektórzy z naszych biskupów nie są w stanie znieść obecnego papieża, bo on jest zwolennikiem teologii zorientowanej duszpastersko, dostrzega realne problemy ludzi, a oni chcieliby wszystko podporządkować buchalterii grzechu. Zapytany o pary homoseksualne Franciszek odpowiedział: „A kimże jestem, żeby ich oceniać”. Uczeń Jana Pawła II ks. prof. Andrzej Szostek na pytanie, czy lepiej, żeby dzieckiem z ulicy zaopiekowała się para lesbijska, czy żeby ono na ulicy zostało, nie miał wątpliwości, że powinna się nim zaopiekować homoseksualna para. To nie znaczy, że przyklasnął idei adopcji przez takie pary. Zauważył jedynie, że trzymanie się sztywno reguły w oderwaniu od życia to ideologizacja. Na tym polega różnica między teologią a duszpasterstwem.

Krytycy zauważają też, że papież dość naiwnie podchodził do koncepcji drugiego płuca, jakim dla zlaicyzowanej Europy miała być nasza – chrześcijańska – część kontynentu.

– Była w tym pewna naiwność. Jednak Wojtyła miał rację, że w naszej części Europy przetrwało to, co np. we Francji po rewolucji wymarło. Chodzi o charyzmat wiary i prostą pobożność. Nawet Obirek pytany o to, co dobrego widzi w katolicyzmie, jasną stronę dostrzega m.in. w prostej pobożności, której doświadczał w swojej rodzinie od dzieciństwa. Drugą stroną medalu jest to, że rzeczywiście Kościół w Polsce nie przeszedł przez oświecenie. Dlatego jest autokratyczny. Gdyby nasi księża i świeccy przyswoili sobie lekcję europejskiego oświecenia, zrozumieliby, co Wojtyła chciał osiągnąć. Bo przecież nie chodziło mu o budowanie kolejnych kościołów w zlaicyzowanej Unii. Dla niego ważne były świadectwo i troska religijna o człowieka nasycona miłosierdziem. To mieliśmy wnieść do stechnicyzowanej i zracjonalizowanej Europy. Przecież nie chodziło o to, by wartości chrześcijańskie wyłącznie pod postacią krzyża wkraczały do sali sejmowej, bo to nie ma sensu.

O Janie Pawle II krąży wiele anegdot. Krążyły już, zanim został Ojcem Świętym

A in vitro? Wszyscy, którzy chcą zakazu stosowania tego rodzaju zapłodnienia, powołują się na Jana Pawła II.

– Zagadnienie zapłodnienia in vitro jest złożone, ale nic nie usprawiedliwia ducha nienawiści, z jakim na ten temat w Kościele się rozprawia. Czy Jan Paweł II jest odpowiedzialny za ducha nienawiści, z jakim mamy do czynienia w Polsce w różnych dziedzinach życia publicznego? Nie! To raczej duch Dmowskiego. Potworna skaza, totalnie antychrześcijańska, wręcz diabelska karykatura chrześcijaństwa. Bo tę nienawiść szerzy się w imię zideologizowanego chrześcijaństwa, nawet jeśli katolicyzm ma z tym zagadnieniem realne problemy. O wiele w tym za mało argumentowania, za to zbyt dużo indoktrynacji. To jest próba wciskania czegoś, co się uważa za prawdę. Tymczasem żadna prawda nie może być wciskana na siłę. Tym bardziej w duchu potępiającym innych, inaczej myślących.

Jednak trudno się nie zgodzić z teolożkami feministkami mówiącymi o pętającej kobiety Wojtyłowej idei „geniuszu kobiecości” jak ze świętego obrazka i skoncentrowanej wyłącznie na macierzyństwie.

– Wojtyła był przekonany, że współuczestnictwo w dziele stworzenia drugiego człowieka jest wielkim darem ze względu na nieocenioną, metafizyczną i religijną wartość istnienia. Faktem jest, że życie przechodzi przez kobietę. Przez macierzyństwo naturalne, bez którego życia najzwyczajniej nie ma. Tego mężczyzna nie zrobi, probówki – na razie – też nie. Musi być kobiece łono. Ta Wojtyłowa nieprzecenialna wartość macierzyństwa brała się właśnie z współuczestnictwa w stworzeniu. Dlatego tak mocno to podkreślał, niestety z pominięciem innych aspektów. Wydaje mi się, że Wojtyła rzeczywiście do pewnego stopnia na drugim planie kładł ten związek między kobietą a mężczyzną, który wcale nie musi się kończyć potomstwem. Uważał, że traktowanie żony jako źródła przyjemności seksualnej, w oderwaniu od potencjalnego macierzyństwa, jest przedmiotowym traktowaniem kobiety. I godzi w jej godność. W tym z pewnością nie miał racji.

Brakło mu praktyki małżeńskiej.

– Brakło. Dziś ten wątek jego nauczania jest nie do obronienia. Trzeba jednak pamiętać o kontekście. Takie skoncentrowanie na macierzyństwie, niewątpliwie pod wpływem Wandy Półtawskiej, która w hitlerowskim obozie widziała niewyobrażalne szarganie świętości życia i zabijanie dzieci, zdecydowało o stylu papieskiej nauki na temat seksualności i rodziny. Stąd wynika negacja pigułki antykoncepcyjnej. A przecież idea unikania potomstwa ma miejsce także w nauczaniu katolickim. Kalendarzyki małżeńskie, badanie śluzu i temperatury to de facto rodzaj antykoncepcji. Dlaczego wprowadzanie sztucznej antykoncepcji jest grzechem? Nie wiem. Być może chodzi o ingerowanie w naturę. Jednak człowiek nie tylko jest bytem naturalnym, ale także ma rozum i wolność, dla których normą jest nie natura, lecz realizacja życia, w którym osoby spełniają się w miłości i twórczości. Dlatego obciążanie grzechem sumienia kogoś, kto używa pigułek antykoncepcyjnych, wydaje mi się grubym nadużyciem. W tym punkcie z krytykami Jana Pawła II w pełni się zgadzam.

Zadziwiające jest to, że papież, w którego otoczeniu było tyle kobiet z tytułami naukowymi, zupełnie nie podkreśla innych – oprócz macierzyństwa – ról kobiecych.

– Dla niego czymś oczywistym było, że można być matką i doktorem fizyki. W jego otoczeniu było mnóstwo takich kobiet: naukowców, artystek. Rozdzielanie na siłę tych ról czy – jak mówi Kościół – powołań jest sztuczne. Niestety, nie rozwinął teologii kobiecości w oderwaniu od roli matki, która może być podkreślana, ale nie determinująca. Teraz obrywa za te braki. Jednak uzasadniona krytyka Wojtyły pochodzi także z wizji, w której – że użyję mocnych słów – świętość życia nie jest sprawą nadrzędną i niepodważalną. Faktem jest, że żyjemy w czasach, w których życie wydaje się wielu mniej warte…

Papież Franciszek, co krytycy Jana Pawła II chętnie wykorzystują, na swojego poprzednika powołuje się zadziwiająco rzadko.

– Być może bliższa mu jest uporządkowana myśl Benedykta XVI. Na pewno widzi w teologii wyzwolenia więcej dobrego niż Wojtyła, który ją niesłusznie potępił. Nie da się jednak rozpatrywać podejścia naszego papieża bez znajomości historii i w oderwaniu od jego doświadczenia destrukcyjnej siły marksizmu. Był dzieckiem swojego czasu, ale któż nim nie jest?

Co zostanie z tego papieskiego nauczania?

– Wydaje mi się, że w przypadku myśli Jana Pawła II nie możemy iść na skróty, a to niestety robimy. Trzeba wrócić do jego encyklik. Był świetnym filozofem, ale niedopracowanym. Nie miał na to czasu. Kiedy sięgniemy na przykład po „Fides et ratio”, która pokazuje przewagę myślenia nad systemem, przekonamy się, jak bardzo wierzył w niesprawdzalność ludzkiego rozumu (logosu) do zastawanych form. Wierzył, że człowiek da radę, że rozum się nie pogubi. Doceniał tzw. myślenie mądrościowe oparte także na intuicji. W książce „Osoba i czyn” widać, jak twórczym był myślicielem i jak zarazem wierzył w wartość moralnej i religijnej prawdy, którą każdy może odkryć w swoim własnym sumieniu. Odkryć Boga jako nieuwarunkowanego. To prawda, że barierą w czytaniu Wojtyły jest jego język. Jednak pod tą czasami niezręczną i tradycyjną terminologią widać, że on stawia na wolność osoby, która ma rozumną intuicję i jest absolutnie suwerenna. Aż chciałoby się powiedzieć krytykom, ale też wyznawcom: weźcie, czytajcie i myślcie trochę.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W Magazynie Świątecznym:

Kulczyka biznes bez granic
Gdy staję samolotem obok innego samolotu, jego właściciel nie patrzy na mnie z góry. Mogę zaprosić go na kolację na moim jachcie. Nie jestem petentem, lecz partnerem

Biedna Rosja. Gaz, ropa, migi i 23 miliony nędzarzy
300 gramów chleba, dwie trzecie jajka. To nie dieta cud, tylko oficjalne dzienne minimum życiowe w putinowskiej Rosji. Miało się nazywać „fizjologiczne”, ale ministrowie uznali, że jakoś nie wypada

Cosby zbywał je pieniędzmi. „Kochanie, lepiej zamknij dziób”
To nic takiego. I sama się prosiłaś. Słyszały to przez dziesięciolecia aktorki, sekretarki, koleżanki z pracy, żony. W Ameryce, Wielkiej Brytanii, Polsce, wszędzie. Jest nadzieja, że po aferze Billa Cosby’ego taki tekst już nie przejdzie. Ani w domu, ani w komendzie

Wojciech Waglewski: Chciałbym tu jeszcze pobyć. I umrzeć z godnością
Wojciech Waglewski o płycie „Placówka 44”, Kukizie, wnukach i dziarganiu sobie łasiczki. – Zbyt dużo rzeczy w życiu mi się podoba, żeby te złe były w stanie zepsuć ogląd całości. Czyli w sumie jestem takim pogodnym idiotą – mówi lider Voo Voo

Liberał Olechowski pochyla się nad państwem
Nawet nie chcę myśleć, co Balcerowicz powie po przeczytaniu tego wywiadu. Z Andrzejem Olechowskim rozmawia Katarzyna Wężyk

Ryk suchoja na dobranoc
Kapitan się wkurzył. Do rozłożonego miga nie podchodzi się ot, tak sobie. „Ale ja chciałem tylko obejrzeć działko, to GSz-23!”. Ledwo od ziemi odrósł, a zna takie nazwy? Znaczy swój [LETNIA SZKOŁA OJCÓW]

Jest brudny, ale sexy. Śmierdzi, ale musi tak śmierdzieć
Wyjątkowość tego miasta polega m.in. na tym, że każdy ma tu swoją historię o tym, co robił, gdy runął mur

Somalia wraca do życia, ale „Mad Maxa” już tu nie nakręcą
Baszir ma sieć hoteli, plażę i skuter wodny. Aden maluje – obrazy, nie ściany. Czasem nawet jakiś sprzeda. Mogadiszu już nie jest jądrem ciemności

lepiejByDzieckoCierpiało

Wyborcza.pl

Liberał Olechowski pochyla się nad państwem [ROZMOWA]

Katarzyna Wężyk, 01.08.2015
Andrzej Olechowski

Andrzej Olechowski (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Nawet nie chcę myśleć, co Balcerowicz powie po przeczytaniu tego wywiadu. Z Andrzejem Olechowskim rozmawia Katarzyna Wężyk.
Andrzej Olechowski – ur. w 1947 r., były minister finansów i szef MSZ. Kandydat na prezydenta w 2000 i w 2010 r. (17,4 i 1,4 proc. głosów). Z Donaldem Tuskiem i Maciejem Płażyńskim w 2001 r. zakładał Platformę Obywatelską. Jest jednym z 12 autorów raportu „Reforma kulturowa. 2020, 2030, 2040”, który został zaprezentowany 9 czerwca na Kongresie Innowacyjnej Gospodarki.

KATARZYNA WĘŻYK: Słuchałam, jak na Kongresie Innowacyjnej Gospodarki bronił pan pomysłu podwyższenia płacy minimalnej, i muszę powiedzieć, że się zdziwiłam.

ANDRZEJ OLECHOWSKI: Tak?

Dotychczas pochylał się pan raczej nad ciężką dolą polskiego pracodawcy, nie pracownika.

– To nie jest tak, że jak człowiek pochyla się nad pracodawcą, to nie pochyla się nad pracownikami. Chodzi o to, żeby pracodawcy mogli zatrudniać pracowników.

Gospodarcza część raportu „Polska 2020, 2030, 2040” jest oczywiście kontrowersyjna. Ale kontrowersyjna w bardzo prostym, czy raczej prostackim, rozumieniu dylematów gospodarczych. Od pewnego poziomu rozwoju bardzo ważny jest bowiem kapitał społeczny, czyli nie nasze własne umiejętności, ale umiejętność współpracy. Jeśli jej nie ma, możemy utknąć w pułapce średniego dochodu.

Czym jest pułapka średniego dochodu?

– To znaczy, że jakkolwiek by pani przebierała nogami, nie jest pani w stanie wyrwać się na wyższy poziom rozwoju. Polska gospodarka osiągnęła zupełnie zdumiewające sukcesy, ale dziś widać wyraźnie, że dotychczasowy model – na który składał się kapitał głównie z zagranicy, bo własnego nie mieliśmy, zagraniczne rozwiązania technologiczne i nasza tania praca – się wyczerpuje.

Gdybyśmy mieli to dalej ciągnąć, trzeba by ciągle „dosypywać” taniej pracy. A nie ma jej skąd brać, bo nas jest coraz mniej, więc musielibyśmy ściągać masowo imigrantów albo wydłużać godziny. Czyli więcej potu, i to za stosunkowo mały zwrot. Bo produkujemy rzeczy, które nie przynoszą wielkich dochodów.

Kompas nam przestał działać. Jak wyjść z pułapki średniego rozwoju

Palety, nie iPhone’y.

– Zajmujemy się głównie przeróbką drewna, metalu i skóry. I robimy to bardzo kompetentnie, jest to solidnej jakości. To nie tzw. chińszczyzna. Mamy więc gospodarkę stabilną i odporną na szok – takie troszkę Niemcy B – ale stosunkowo mało dochodową i mało innowacyjną. Teraz pytanie, jak się z tego wyrwać.

No właśnie. W eseju, który otwiera raport, pisze pan, i to raczej tonem pochwały, że Polacy pracują 1900 godzin, nie 1400, jak Niemcy, a zarabiają cztery razy mniej, i że to te niskie płace umożliwiły nam podtrzymanie konkurencyjności. To w końcu dobre te niskie płace czy złe?

– Dobre dla konkurencyjności w przemysłach mało wydajnych, w których pracownikowi płaci pani mało, bo w przeciwnym wypadku palety będą nieopłacalne. Jeśli produkowałaby pani iPhone’y, mogłaby pani podnieść pensje, bo iPhone jest jedyny na świecie, więc jego cena może być wyższa, a i tak będzie się sprzedawał.

Jak przekonać pracodawcę, że ma płacić więcej, skoro może mniej. Najczęściej wynagrodzenie (ostatnie badania GUS) w Polsce wynosiło 1600 zł na rękę, a 10 proc. pracuje za 1200 zł.

– Należy wziąć przykład z przemysłu samochodowego – normy zużycia spalin były tam ustalane skokowo. Państwo, jako regulator gospodarki, ogłaszało, że za pewien czas będą obowiązywać takie a takie normy i trzeba się do nich dostosować. Podobnie można zrobić ze stawką godzinową. Powiedzieć przedsiębiorcy: „Tak taniej pracy już nie będzie, na paletach daleko nie zajedziesz. Rozumiemy, że z dnia na dzień nie wymyślisz czegoś bardziej dochodowego, ale weź no się, chłopie, rozejrzyj, bo za parę lat stawka będzie wynosiła tyle i tyle i nie ma zmiłuj”. Tak to sobie wyobrażam. Chodzi o to, żeby zapewnić warunki wzrostu wydajności pracy, który pozwoli lepiej płacić pracownikom.

Czyli proponuje pan ingerencję państwa w rynek.

– Nie ma na świecie człowieka – nie mówię o takich ludziach jak Korwin-Mikke, ale o rozsądnych – który by uważał, że państwo nie powinno pełnić funkcji regulacyjnej, wzrostotwórczej i cywilizacyjnej. Tego właśnie oczekujemy od państwa.

Pierwsze reakcje przedsiębiorców na pomysł skokowego podwyższenia stawki za godzinę były jednak mało entuzjastyczne.

– Prawda. Najlepiej przekonać ich rozsądnym scenariuszem. To wymaga oczywiście rządu, do którego przedsiębiorcy mają zaufanie, i wiedzą, że nie jest on po to, żeby ich zniszczyć.

Dam przykład. Regulacje dotyczące firm średnich są dużo bardziej wymagające niż dotyczące firm małych. Dlatego bardzo często przedsiębiorca mniej przebojowy woli zostać małą firmą, żeby nie wpaść w tę całą biurokrację. Wymogi, które utrudniają rozwój biznesu, musiałyby więc zniknąć.

Skończmy z kapitalizmem wyczynowym. Z Markiem Belką rozmawia Maciej Stasiński
Marek Belka: Ogon macha psem. Rozmowa Witolda Gadomskiego

Raport o zmianie kulturowej w Polsce, którego jest pan współautorem, zaczyna się alarmująco: „Widmo kryzysu krąży nad zieloną wyspą”.

– Ja bym może Marksem nie zaczynał, ale to prawda, niepokoi trudność, z jaką świat wychodzi z kryzysu 2008 roku, trudność dość niespodziewana i wymagająca posunięć bardzo nieortodoksyjnych w rodzaju drukowania pieniędzy przez banki centralne, co ekonomistę mojej formacji napełnia wielkim lękiem.

Widzimy, że w gospodarce dzieje się coś dziwnego, z czym nie mieliśmy wcześniej do czynienia. Obawiamy się, że na pewnym poziomie rozwoju gospodarczego – a Polska już jest w tej grupie, choć na samym dole – grozi nam po prostu stagnacja, i to permanentna. Żeby pobudzić wzrost i być pewnym, że on będzie trwały, potrzebne są ruchy związane właśnie z lepszym opłacaniem pracy i z innym jej podziałem.

Każdy ekonomista i działacz gospodarczy widzi chyba potrzebę zmian w Polsce. Zwłaszcza że zbliża się rok 2020, moment wygaszenia funduszy europejskich. Zmiany mogą wprowadzić tylko politycy, ale każda zmiana niesie ryzyko, a tego polityk najbardziej nie lubi. Przedsiębiorca generalnie też.

Zmiany należałoby wprowadzać teraz, a nie wtedy, kiedy wszystko padnie.

– Rozsądek i polityka niekoniecznie idą w parze.

Motorem polskiej gospodarki ma być innowacyjność. Ale czy z innowacyjnością nie jest jak z przebiegnięciem 100 metrów w 10 sekund: to talent dostępny nielicznym?

– Dolinę Krzemową ktoś stworzył. Na jej, jak to mówią, ekosystem składają się Uniwersytet Stanforda, deweloperzy, którzy zbudowali infrastrukturę, oraz inwestorzy, którzy pootwierali tam biura, żeby szukać ciekawych projektów. To się nie stało samo.

Nie jestem znawcą tej tematyki, ale mnie się wydaje, że potrzebne są dwie rzeczy. Wykształcenie, ale nie po prostu dobre, tylko w wybranych dziedzinach najlepsze, jak na Stanfordzie. A polskie szkolnictwo wyższe jest w stanie skandalicznej zapaści i najlepszych umiejętności nie dostarcza. Druga rzecz to skłonność do wspólnej pracy. Przyjęcie zasady: jeśli ty wygrałeś, ja też wygrałem.

I to jest ta zmiana kulturowa?

– Tak, przestawienie się na współpracę. Tylko ludzie równi współpracują. I dlatego program gospodarczy pani profesor Mączyńskiej wymienia rzeczy, które miałyby postawić ludzi w pozycji bardziej partnerskiej. Bo oczywiście mogę być większy albo mniejszy, ale nie może być to taka dysproporcja, że ja jestem podrzędny, a ty jesteś nadrzędna.

To lewicowy postulat.

– Nie, absolutnie nie.

Jednak tak. Optuje pan za większą równością.

– Moim zdaniem to kwestia zaufania. Polska niebywale, szokująco wręcz, odstaje w statystykach zaufania. U Skandynawów 80 proc. ufa sobie nawzajem, u nas 20 proc. Razem z Grekami jesteśmy na samym dole.

Do jakiego stopnia podpisałby się pan pod programem gospodarczym prof. Mączyńskiej?

– Podpisałbym się pod wszystkim. Z zastrzeżeniem, że koszta tych propozycji nie zostały jeszcze policzone. Nie ma tam też sekwencji, co zmieniać i na jakim etapie. To nie są rzeczy, które się wprowadza hurtem i już, bo gospodarka by utonęła.

Kodeksowe skracanie czasu pracy?

– Tam nie ma rozwiązań, które by nie były gdzieś w Europie wprowadzone, głównie na Północy. A Polska coraz bardziej staje się częścią Północy.

Zbliżamy się do Szwecji? Ale jak niby – światopoglądowo, ekonomicznie?

– Przez rozwiązania gospodarcze. Światopoglądowo nie, bo Skandynawowie są szczególni, mają wręcz za dużo kapitału społecznego, a za mało indywidualności.

Wprowadzenie jednolitego standardu zabezpieczeń społecznych bez względu na formę zatrudnienia? To koniec śmieciówek, których pan niedawno bronił.

– Koniec śmieciówek, ale i koniec KRUS, czyli odejście od różnych standardów. Jak mamy współpracować, jeśli ja jestem ze stałym zabezpieczeniem, a pani w wypadku choroby musi kombinować. To już tworzy bardzo dużą nierówność między nami.

Rozmowa z prof. Elżbietą Mączyńską: Równiej. Co właściwie zrobił Piketty?

Zwiększenie roli związków zawodowych też się panu podoba?

– Upewniłem się, że nie jest nadmierne. W programie są dwa rozwiązania: zlikwidować przepis głoszący, że związki zawodowe muszą być tylko branżowe, i utworzyć wspólną reprezentację związkową w zakładach. Czyli nie będzie takiej sytuacji, że na 30 związków zawodowych jeden się nie zgadza i sprawa upada. Musiałyby mieć wspólną reprezentację do negocjacji z zarządem.

I trzecie rozwiązanie, dość powszechne w północnej Europie, mianowicie udział związkowców w radach nadzorczych. Mnie się to podoba.

Naprawdę?

– Słowo daję. Mnie się północna Europa naprawdę podoba. Jesteśmy dziś na innym etapie rozwoju niż w 1989 r., gdy trzeba było przede wszystkim uruchomić przedsiębiorczość i zbudować kapitał. Dziś potrzebujemy więcej partnerstwa i współpracy. Bo jak inaczej uruchomić tę innowacyjność?

„Niskie podatki i konkurencyjność”?

– I z tego będą nowe wynalazki i współpraca?

Ja tylko powtarzam mantrę ostatniego ćwierćwiecza.

– No właśnie okazuje się, że nie. Te gospodarki są najbardziej innowacyjne, które mają najwięcej rozwiązań, straszne słowo, równościowych. Nie był to dla mnie proces prosty, ale dziś podpisuję się pod tymi rozwiązaniami. Dobrze wdrożone mogłyby istotnie zmienić sytuację w Polsce.

Tylko że Polacy chcieliby mieć państwo opiekuńcze jak w Szwecji, ale podatki jak na Cyprze.

– Państwo opiekuńcze to mamy dziś. W kampanii wyborczej z jednej i z drugiej strony słychać: „Stać nas na takie dopłaty, takie przywileje”. Co znaczy stać? Od 25 lat ani razu wydatki budżetowe nie były wyższe niż dochody. W jakim słowniku deficyt jest zdefiniowany jako „stać nas na wszystko”? Żyjemy na koszt przyszłych pokoleń. Państwo opiekuńcze wydaje więcej, niż jest w stanie zgromadzić.

To jak nazwać wasze propozycje?

– Zwiększenie wydajności gospodarki tak, żeby faktycznie było nas stać.

W raporcie brakuje określenia, kto miałby wprowadzać te założenia w życie. Widzi pan tych reformatorów?

– Nie. Mam przygnębiające przekonanie, że żadna z partii, które znamy, nie zacznie takiej dyskusji.

To jaki jest sens wołać na puszczy?

– Jeśli partie chciałyby podnosić cenę pracy, to będą oferować to jako kiełbasę wyborczą, a nie rozwiązanie, które miałoby zdopingować przedsiębiorców do przejścia na wyższy poziom wydajności. A taką reformę może wprowadzić tylko władza, do której przedsiębiorcy mają zaufanie, i po dobrej dyskusji. Jak normy spalania w samochodach.

Polska polityka wyszła z uścisku konfliktu Tusk – Kaczyński, ale dalej jest kompletnie pozbawiona dyskusji na poważne tematy i planowania przyszłości. Żaden z kandydatów na prezydenta mi nie powiedział, jak ma wyglądać Polska za cztery lata. Albo będziemy odkręcali, albo kontynuowali, ale i w jednym, i w drugim wypadku nie wiadomo, co jest celem ich polityki.

No jakże: żeby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej.

– Właśnie, ten poziom ogólności.

A co z partiami, których nie znamy?

– Jest widoczny w Polsce apetyt na zmianę. Ale na moje oko ten apetyt dotyczy osób, a nie systemu. Bo miałbym kłopoty ze zrozumieniem Polaków, jeśli po 23 latach stałego wzrostu gospodarczego chcieliby zmienić system.

Nieszczęście polega na tym, że na ten apetyt odpowiadają politycy albo skrajnie prawicowi, albo radykalni i dziwacy. Chętnie bym odbył poważną dyskusję na temat zmiany ustroju Polski. Może faktycznie trzeba zmienić konstytucję i wprowadzić JOW-y. Zawsze uważałem, że jakby Pan Bóg ustanawiał system wyborczy, to byłby on większościowy, a nie proporcjonalny, który jest przekombinowany.

Ale bardziej demokratyczny.

– Bardziej pluralistyczny. Większościowy z kolei umożliwia większą sprawność wykonania. Oczywiście w kraju, w którym szanuje się z jednej strony decyzję większości, a z drugiej prawa mniejszości. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone mają system większościowy i nie możemy powiedzieć, że są to kraje niedemokratyczne.

Prof. Markowski: JOW-y to przepis na awanturę

Eurosceptycy z brytyjskiej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) dostali ponad 12 proc. głosów w wyborach, ale tylko jeden mandat.

– I co z tego? Takie są reguły gry. Owszem, UKIP nie jest reprezentowany w parlamencie na poziomie swojego poparcia, ale nikt na Wyspach nie uważa, że to jest niedemokratyczne. Nie wygrali, do widzenia. No niech pani powie, że Wielka Brytania nie jest krajem demokratycznym.

No jest. Ale w Polsce nie o zmianę personalną wyłącznie chodzi. Kukiz miał dwie obietnice: JOW-y, które są słabą kiełbasą wyborczą, bo nikt nie rozumie, o co w nich chodzi, i właśnie zburzenie systemu. Więc może Polacy chcą tej zmiany.

– Jeśli już, to chce tego 20 proc. tych, którzy głosowali. Pozwoli pani, że zostanę na pozycji człowieka, który tego nie rozumie: po prostu nie wiem. I nie mam jak się dowiedzieć do czasu wyborów parlamentarnych.

W raporcie jest ciekawa diagnoza, że motorem zmian w Polsce było zawstydzanie mas przez elity, które mówiły: „Polacy, nie jesteście dość postępowi, dość europejscy, dość otwarci”. Ale wstyd już nie działa, jego miejsce zajął gniew. I Kukiz go przejął.

– To jest fascynujący esej, prawda? Czapki z głów dla profesora Czaplińskiego. To też uzmysławia człowiekowi, jak lekkomyślnie i brzemiennie w skutki politycy przekształcili ten błogosławiony wstyd w nieuzasadnioną dumę i zatrzymali możliwości modernizacji. Ten mechanizm idealnie pokazuje reakcja na słowa Donalda Tuska o moherowych beretach, kiedy ludzie zaczęli mówić: „Jestem dumny z tego, że jestem moherem”. Tak nie wolno robić.

Czy podział na oświecone elity i ciemne masy, które nie wiedzą, co dla nich dobre, nie jest błędem polskiej transformacji? Słychać ostatnio głosy, że może jednak terapia szokowa była trochę zbyt szokowa. Dołączy pan do tego chóru czy raczej powie za Margaret Thatcher: TWNA, there was no alternative?

– W pierwszym etapie musieliśmy zbudować prostą wersję kapitalizmu, inaczej ludzie by się nie ogarnęli. Naprawdę uważam, że Polska dostała wtedy dwa cudowne podarunki. Jeden to był Balcerowicz, uparty jak osioł, ale niebojący się zaproponować prostych rozwiązań, które dyktowała sytuacja gospodarcza. I Skubiszewski, który znajdował przyjemność w redagowaniu i podpisywaniu układów o dobrym sąsiedztwie. A mógł Macierewicz zostać wtedy ministrem spraw zagranicznych, dlaczego nie. Absolutnie się kwalifikował.

System, który wtedy powstał, zwracam jeszcze raz uwagę, daje 23. rok wzrostu gospodarczego, to jest fenomen.

Balcerowicz wiecznie w ringu

Ale wbrew obietnicom liberałów przypływ wcale nie podniósł wszystkich łodzi. Wciąż mamy 6,5 mln osób zagrożonych ubóstwem i 2,8 żyjących w skrajnym ubóstwie.

– Pozostajemy na piątym miejscu wśród najuboższych społeczeństw w Unii Europejskiej. Ale głębokość dziury, z której myśmy wyłazili, była imponująca. I jesteśmy społeczeństwem, które z tej dziury najdalej do góry zawędrowało.

Zacytuję Marcina Króla: „Wyszła nam tylko wolność, równość i braterstwo żeśmy sobie odpuścili. Zabrakło nam wyobraźni”.

– To bardzo skrzywiony obraz polskiej transformacji, choć nie ma wątpliwości, że było dużo błędów i niedokończonych rzeczy. Wciąż jesteśmy krajem, który przy tych rzekomo neoliberalnych reformach ma wielki kawał gospodarki – rolnictwo – który jest kompletnie na zewnątrz, nieobjęty podatkami. Wie pani dlaczego?

Bo PSL jest zawsze w koalicji rządzącej?

– Uzasadnienie oryginalne było takie, że na wsi jest zbyt niska świadomość podatkowa, żeby wprowadzić podatki. Czyli w zasadzie rasistowskie uzasadnienie.

A później PSL to utrwala, że rolnicy są za głupi, żeby zrozumieć podatki. Dalej – mamy zepsuty system ubezpieczeń zdrowotnych. Dzisiaj jestem też zdania, żeby wciągnąć ten system do budżetu, niech każdy będzie ubezpieczony na dowód osobisty albo legitymację szkolną. Mamy rozwalony system emerytalny – jakiegokolwiek młodego człowieka bym spytał o OFE czy ZUS, odpowiada: „Ja tam nie liczę na żadną emeryturę”. Więc widać, że coś trzeba z tym zrobić. Od nowa.

Czytał pan „Kapitał w XXI wieku” Piketty’ego?

– Tak. Słusznie zwraca uwagę na to, że dochody z kapitału rosną szybciej niż dochody z pracy. I że w długim okresie to nierównowaga, do której trzeba się odnieść. Jasne, proste i nikt tego w zasadzie nie kwestionuje. Pytanie: jak to zmienić? Piketty chce transferu od tych, którzy za dużo zarabiają, do tych, którzy zarabiają mniej, czyli zwiększając podatki.

Dobry pomysł?

– Wszystko ma swój czas. Jeśli ma pani okres, w którym chce pani, żeby kapitał się gromadził, to nie ma pani co opodatkowywać. Bo pani zależy na tym, żeby kapitał był w kraju, nie tylko za granicą. Czy pani nie chce mieć w ogóle kapitału?

Nie, ale nie podoba mi się, że 80 najbogatszych ma tyle samo, co biedniejsza połowa ludzkości.

– Teraz pani mówi o ludzkości, a ja mówię o kraju, który wyszedł z komunizmu, z gospodarki centralnie planowanej, gdzie nie ma kapitału, a przedsiębiorstwa bez tego się nie stworzy. Więc na początku premiuje pani akumulację kapitału, a nie utrudnia. Dlatego na przykład nie mam nic przeciwko temu, że Zyta Gilowska zniosła podatek od spadków i od darowizn w pierwszej grupie. Bo w Polsce to są rzeczy wypracowane w tym pokoleniu, a nie ktoś ma kasę z XV wieku, żyje z odsetek i jeszcze wydaje je w Monte Carlo. Chodzi więc o to, żeby i w Polsce byli ludzie, którzy mają pieniądze na inwestycje.

Ale przychodzi taki moment, kiedy pani mówi: zacznijmy wyrównywać. Tak samo jak z tą pracą: najpierw cenimy sobie sytuację, że praca jest niedroga, bo nie potrafimy nic drogiego produkować, ale kiedy otwierają się nowe możliwości, mówimy: hola, trzeba wycenę tej pracy podnieść.

A co pan sądzi o dochodzie podstawowym?

– Żeby każdemu płacić co miesiąc równą sumę?

Tak, zamiast innych transferów socjalnych.

– Ja tego nie dożyję. Bardziej mnie pociąga idea emerytury podstawowej, państwowej. I nie wiem, czy nie w tym kierunku powinniśmy zmierzać. Kiedy już znajdzie się ktoś na tyle odważny, żeby stworzyć system i przekonać ludzi, że można na nim polegać.

Młodsi ludzie czują, że na państwie nie można polegać, i to jest jedna z przyczyn niezadowolenia i potrzeby zmiany. Emerytury nie dostaną, ubezpieczenia zdrowotnego na śmieciówkach nie mają, z państwa zostaje im tylko bezpieczeństwo zapewniane przez policję i wojsko.

To jest aby liberalna utopia? Państwo jako stróż nocny?

– Nie chcę, żeby państwa było dużo więcej, ale w tych dziedzinach, w których musi, powinno funkcjonować super. Żebym wiedział, że jak coś się stanie, to jestem ubezpieczony niezależnie od mojej sytuacji życiowej. To jest europejski standard i nie widzę powodu, żeby od niego odchodzić.

I chcę mieć przekonanie, że jak dożyję, to dostanę emeryturę. Może być tak, że mi to wystarczy ledwie na chleb z margaryną, ale będę miał tę podstawę.

Amen. Ale co się stało, że z ikony (neo)liberalizmu w Polsce stał się pan liberałem w sensie amerykańskim, czyli socjaldemokratą właściwie.

– Nie ja jeden stwierdzam, że w Europie liberałom jest po drodze z socjaldemokratami, że to jest w tej chwili towarzystwo z tego samego osiedla. I że tutaj – nie u konserwatystów – są rozwiązania akceptowalne dla liberałów.

Stereotyp liberała w Polsce jest przerysowany i chamski – że chodzi tylko o kasę. My też myślimy o społeczeństwie, o pracy publicznej, żeby ludzie żyli lepiej. Rozwiązania, które proponujemy, mają służyć wzrostowi dochodu narodowego i możliwie równemu podziałowi tego dochodu.

Przecież wiemy – toż człowiek nie ma oczu zamkniętych i widzi, że społeczeństwa równiejsze lepiej się rozwijają, bardziej harmonijnie. Nie chodzi o anulowanie systemu kapitalistycznego, tylko o wprowadzenie pewnych działań wyrównawczych. Liberał nie jest za tym, żeby państwo było tylko nocnym stróżem, to jakieś strasznie uproszczenie.

Leszek Balcerowicz mógłby się z panem nie zgodzić.

– Teraz?

Teraz, wcześniej, zawsze.

– No pewnie, że się nie zgodzi. Nawet nie chcę myśleć, co on powie po przeczytaniu tego wywiadu. Muszę się z nim spotkać i pogadać. Co nie przeszkadza, że dalej uważam się za liberała. I się tego nie wstydzę.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W Magazynie Świątecznym:

Kulczyka biznes bez granic
Gdy staję samolotem obok innego samolotu, jego właściciel nie patrzy na mnie z góry. Mogę zaprosić go na kolację na moim jachcie. Nie jestem petentem, lecz partnerem

Biedna Rosja. Gaz, ropa, migi i 23 miliony nędzarzy
300 gramów chleba, dwie trzecie jajka. To nie dieta cud, tylko oficjalne dzienne minimum życiowe w putinowskiej Rosji. Miało się nazywać „fizjologiczne”, ale ministrowie uznali, że jakoś nie wypada

Cosby zbywał je pieniędzmi. „Kochanie, lepiej zamknij dziób”
To nic takiego. I sama się prosiłaś. Słyszały to przez dziesięciolecia aktorki, sekretarki, koleżanki z pracy, żony. W Ameryce, Wielkiej Brytanii, Polsce, wszędzie. Jest nadzieja, że po aferze Billa Cosby’ego taki tekst już nie przejdzie. Ani w domu, ani w komendzie

Wojciech Waglewski: Chciałbym tu jeszcze pobyć. I umrzeć z godnością
Wojciech Waglewski o płycie „Placówka 44”, Kukizie, wnukach i dziarganiu sobie łasiczki. – Zbyt dużo rzeczy w życiu mi się podoba, żeby te złe były w stanie zepsuć ogląd całości. Czyli w sumie jestem takim pogodnym idiotą – mówi lider Voo Voo

Liberał Olechowski pochyla się nad państwem
Nawet nie chcę myśleć, co Balcerowicz powie po przeczytaniu tego wywiadu. Z Andrzejem Olechowskim rozmawia Katarzyna Wężyk

Ryk suchoja na dobranoc
Kapitan się wkurzył. Do rozłożonego miga nie podchodzi się ot, tak sobie. „Ale ja chciałem tylko obejrzeć działko, to GSz-23!”. Ledwo od ziemi odrósł, a zna takie nazwy? Znaczy swój [LETNIA SZKOŁA OJCÓW]

Jest brudny, ale sexy. Śmierdzi, ale musi tak śmierdzieć
Wyjątkowość tego miasta polega m.in. na tym, że każdy ma tu swoją historię o tym, co robił, gdy runął mur

Somalia wraca do życia, ale „Mad Maxa” już tu nie nakręcą
Baszir ma sieć hoteli, plażę i skuter wodny. Aden maluje – obrazy, nie ściany. Czasem nawet jakiś sprzeda. Mogadiszu już nie jest jądrem ciemności

nawetNiechcę

Wyborcza.pl

Wrocławski profesor krytykuje Episkopat: za politykowanie i in vitro

KATARZYNA WIŚNIEWSKA, 01.08.2015

FOT . WOJCIECH NEKANDA TREPKA

Profesor Krasnodębski napisał mocny list do Episkopatu. „Akceptacja i faworyzowanie PiS przez Kościół umniejsza powagę sakramentu kapłaństwa” – wypomina. Czy biskupi mu odpowiedzą?
Ceniony wrocławski matematyk i ekonomista profesor Ryszard Krasnodębski napisał list do Episkopatu, w którym krytykuje polityczne zaangażowanie biskupów i negatywny stosunek Kościoła do in vitro. „Wyborcza” poznała treść tego listu.Naukowiec zarzuca Episkopatowi akceptację PiS, czyli „faworyzowanie nie dość refleksyjnie wierzących”. Jak czytamy, „akceptacja ta, w efekcie polityczna, bywa niekiedy bezpośrednia lub aluzyjna, a niekiedy głoszona od ołtarza w czasie Eucharystii”, co „umniejsza powagę sakramentu kapłaństwa”.

Zdaniem prof. Krasnodębskiego biskupi i duchowni niepotrzebnie nazywają inaczej myślących „wrogami Kościoła”: „Język ten zaprzecza językowi ewangelicznemu. Efekt jest zrozumiały: niechętnych Kościołowi czyni bardziej niechętnymi. Język taki pochodzi z ust osób duchownych, a niekiedy spod pióra publicystów uznawanych za katolickich”.

Biskupi: nie komentujemy

Prof. Krasnodębski określa też w swoim liście język polityków PiS jako „nieszczęsne pogwałcenie zasad chrześcijańskich”. Przejawia się to m.in. w insynuacjach na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej.

Prof. Krasnodębski wysłał list do prezydium Episkopatu, czyli abp. Stanisława Gądeckiego, jego zastępcy abp. Marka Jędraszewskiego i sekretarza Episkopatu bp. Artura Mizińskiego. List otrzymali też prymas Polski abp Wojciech Polak i kard. Kazimierz Nycz. Profesor przesłał list także do metropolity wrocławskiego abp. Józefa Kupnego.

Do tej pory na list odpowiedziano tylko z jednej archidiecezji. Jak powiedział nam rzecznik kard. Nycza, ks. Przemysław Śliwiński, odpowiedź wysłano z sekretariatu biskupów pomocniczych warszawskich. – To zwyczajowe potwierdzenie odbioru listu. Gdy kard. Nycz będzie obecny, przeczyta ten list i być może się do niego ustosunkuje – mówi ks. Śliwiński.

A czy na list zareaguje prezydium Episkopatu? Rzecznik Episkopatu ks. Paweł Rytel-Andrianik nie chciał z nami o tym rozmawiać. „Pragniemy poinformować, iż ten list nie miał charakteru otwartego i nie jesteśmy uprawnieni do komentowania prywatnej korespondencji” – takiego maila otrzymaliśmy z Biura Prasowego Konferencji Episkopatu.

Spytaliśmy rzecznika wrocławskiej kurii ks. Rafała Kowalskiego o reakcję arcybiskupa Kupnego. – Arcybiskup był na urlopie do końca lipca. Nawet jeśli list dotarł, nie mogę komentować jego treści, bo nie miałem okazji zapoznać się z tą sprawą – mówi nam ks. Kowalski.

Prof. Krasnodębski to znana postać we Wrocławiu. W czasie drugiej wojny był żołnierzem AK. We Wrocławiu zamieszkał w 1946 r. Brał udział w protestach w Marcu 1968 roku. Solidaryzując się ze studentami, głodował, za co wyrzucono go z uczelni. W latach 70. pracował w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej, na Politechnikę Wrocławską wrócił w 1981 r. Wykładał do 1985 r. Niedawno we wrocławskim ratuszu uroczyście obchodzono jego 90. urodziny. Laudację wygłosił prezydent Rafał Dutkiewicz. Prof. Krasnodębski jest też autorem kilku książek o demokracji i kondycji Polski, a także książki poświęconej duchowości pt. „Abraham i Melchizedek” wydanej przez benedyktynów z Tyńca.

In vitro i kościelne groźby

W liście profesora do Episkopatu sporą część zajmuje krytyka postawy Kościoła wobec metody in vitro, a także ostatnich prób ingerowania biskupów w ustawę o sztucznym zapłodnieniu. „Jest rzeczą niezwykle trudną do oceny, czy pewne decyzje są zgodne z prawem Boskim czy też przeciwstawiają się mu. Tak dzieje się w przypadku problemu in vitro. (…) Nie pominę problemu listów kierowanych do posłów i nie tylko do nich. Listów niepozbawionych pewnych instytucjonalnych gróźb, jakich są oni adresatami ze strony Episkopatu. Dobro wspólne nie jest pominięte w nauczaniu Kościoła. Dlatego też sumienie i tylko sumienie może rozstrzygnąć wątpliwość posła co do tego, czy głosować za daną ustawą czy przeciwko niej”.

Wedle prof. Krasnodębskiego Kościół powinien w kwestii in vitro „okazać zaufanie do intuicji i sumienia wiernych”, bo „brak tego zaufania wyrządza krzywdę wielu zainteresowanym”.

Prof. Krasnodębski stawia też tezę, że potępienie in vitro to jedna z przyczyn, dla których Episkopat popiera PiS (partia Jarosława Kaczyńskiego także jest niechętna tej metodzie).

Dostało się również Radiu Maryja, które zdaniem profesora „nadaje Kościołowi szkodliwą cechę polityzacji”. Rozgłośnia wyrządza też krzywdę katolikom, ponieważ „wielu słuchaczy ze względu na deklaratywną katolickość tego radia w dobrej wierze przyjmuje je za prawdziwe”.

To kolejny list do Episkopatu napisany przez osobę, która cieszy się dużym autorytetem – kilka lat temu list w podobnym duchu napisał znany dominikanin i wieloletni duszpasterz we Wrocławiu o. Ludwik Wiśniewski. Prof. Krasnodębski odwołuje się do tego listu.

Dlaczego wrocławski naukowiec zdecydował się napisać tak mocny list? Gdy go o to spytałam, nie chciał komentować.

– Wszystko, co miałem do wyjaśnienia, jest zawarte w liście – powiedział mi. Jak czytamy, „kroplą goryczy, która wywołała list”, były entuzjastyczne gratulacje, które Episkopat złożył prezydentowi elektowi Andrzejowi Dudzie natychmiast po ogłoszeniu wyników wyborów.

Z kolei przed wyborami prezydenckimi niektórzy duchowni jawnie udzielali poparcia Andrzejowi Dudzie, m.in. kustosz sanktuarium w Strachocinie chwalił go z ambony i pozwalał przemawiać w kościele.

faworyzowaniaPiS

wroclaw.gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: