Petru (02.08.2015)

 

Andrzej Duda na okładkach: „Prezydent bez limuzyny”. „Od naukowca do prezydenta” [W TYGODNIKACH]

ks, 02.08.2015
Zaprzysiężenie Andrzeja Dudy na prezydenta zdominowało tematy najnowszych wydań tygodników. We „Wprost” przeczytamy o „nowym stylu rządzenia” nowego prezydenta. Z kolei redakcja „W Sieci” powątpiewa, czy Duda będzie dobrze chroniony przez służby, które „cementowały układ”.
Okładki tygodników

Okładki tygodników (Fot. Gazeta.pl)

 

Zobacz wszystkie okładki tygodników>>>

„Ludzie, program i styl Andrzeja Dudy” jutro w najnowszym „Wprost”. Redakcja tygodnika zaznacza, że nadchodzi zmiana nie tylko w polityce, ale i w stylu jej prowadzenia. Według „Wprost” widać to w szczegółach: brak limuzyny prezydenta elekta, urzędowanie na poddaszu pałacyku przy ul. Foksal, gdzie przez wysokie temperatury nie da się pracować. „Mimo oczywistej prowokacji współpracownicy Andrzeja Dudy otrzymali zakaz atakowania Komorowskiego. Nowy prezydent nie chce zaczynać urzędowania od konfliktu” – pisze redakcja. Więcej >>>

Również „Do Rzeczy” poświęca swój numer Andrzejowi Dudzie. W poniedziałkowym numerze znajdziemy raport specjalny o „prezydencie z Krakowa”. „Zrealizował polską wersję amerykańskiego mitu – od biedaka do milionera” – czytamy w zapowiedziach. Redakcja przybliża drogę politycznej kariery Dudy, który zaczynał jako „szerzej nieznany naukowiec”, po czym sięgnął „politycznego szczytu i fotela prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej”. Więcej >>>

„W Sieci” z kolei pochyla się nad bezpieczeństwem nowego prezydenta. Czy Andrzej Duda będzie odpowiednio chroniony? „Czy można mieć zaufanie do służb, które albo układ cementowały, albo zrywały się spod jakiejkolwiek kontroli, prowadząc własne gry” – zastanawia się redakcja. Więcej >>>

Jedynie „Newsweek” nie poświęcił swojej okładki prezydentowi elektowi. W poniedziałkowym wydaniu najważniejszym tematem są „ciche samobójstwa”, czyli takie, które mogą być utajone. „Są takie sytuacje, kiedy nie wiadomo, czy ktoś miał wypadek, czy jednak odebrał sobie życie” – pisze redakcja. W 2011 r. było niespełna 4 tys. samobójstw, a rok temu już niemal 6,2 tysięcy. Więcej >>>

gazeta.pl

Arcybiskup co pachnie krwią

Tomasz Piątek, 02.08.2015
Abp Marek Jędraszewski

Abp Marek Jędraszewski (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

Wczoraj w Łodzi abp Marek Jędraszewski powiedział z ambony, że jesteśmy morderczą czerwoną zarazą. Że my wszyscy – walczący z biciem kobiet, popierający prawa transseksualistów i niepłodnych małżeństw – jesteśmy jak stalinowcy. Że chcemy, by Polacy „legli pokotem”.
Według niego jesteśmy zdrajcami i jesteśmy jak epidemia. Dosłownie: arcybiskup użył słowa „zaraza”. I dodał „lewacka”. „Ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak przerażający w skutkach jest jej zamiar, byśmy legli tu wszyscy pokotem?” – zapytał.>>Abp Jędraszewski: In vitro i konwencja to zdrada wartości Powstania

Takie słowa coraz częściej padają w Polsce. W internecie i w prasie prawicowej trwa „patriotyczne wzmożenie”, które sprawiło, że słowo „patriota” trudno traktować inaczej niż wyzwisko. Gorzkie wyzwisko. Im bliżej władzy jest PiS, tym częściej czyta się i słyszy „prawdziwych Polaków”, którzy wciąż mówią o stryczku i kuli w łeb. To dla lemingów, bo dla imigrantów internauci – i to wcale nie anonimowi – chcą otwierać obozy zagłady. „Dzień pomsty” za in vitro zapowiadają nawet dziennikarze sportowi, jak Paweł Zarzeczny z „Polska The Times”. „Fronda” otwarcie wychwala palenie „czarownic” na stosach. A już od wielu – zbyt wielu – miesięcy w polskich mediach straszy ksiądz Oko przypisujący homoseksualistom cechy nieludzkie, a ateistom – mordercze.

Takich słów nie używa się bez konsekwencji. Mówienie o ludzkiej zarazie niesie śmierć. Hasło „ŻYD=WSZY=TYFUS PLAMISTY” poprzedziło Holocaust. W latach 30., tuż przed Wielką Rzezią, miała miejsce eksplozja „słownej agresji przygotowawczej”. Nie tylko w Niemczech. „Czysta, niczym nie zmącona nienawiść stanowiła dominującą cechę życia społecznego już w drugiej połowie lat trzydziestych” – pisze Frederic Spotts o Francji w książce „Haniebny pokój”. „Sytuacja była na tyle nieciekawa, że Georges Simenon, człowiek prawicy, którego trudno posądzić o społecznikowskie odruchy, postanowił powołać organizację mającą na celu neutralizowanie tego zjawiska. Przygotowano specjalne naszywki ze sloganem BEZ NIENAWIŚCI i wydrukowano plakaty z hasłem: TY MASZ SWOJE POGLĄDY, JA MAM SWOJE – WYRAŻAJMY JE BEZ NIENAWIŚCI (…) Cała akcja nie przyniosła żadnych widocznych rezultatów”.

No właśnie. Co mógł dać apel pisarza – nawet tak zdolnego i poczytnego jak Simenon – gdy z radia i gazet lała się bez przerwy czysta nienawiść do Żydów i masonów?

I dzisiaj – gdy podobna nienawiść do lewicowców, feministek i homoseksualistów leje się nawet z najwyższych ambon – co może przynieść apel tak zdolnego pisarza jak Wojciech Tochman?

„Znam tę ludobójczą gadkę z Rwandy. To mowa nienawiści, która poprzedza zabijanie. To gęstniejący zapach pogromu. Jeśli do niego dojdzie, historia zapamięta, że stało się to za prezydentury Andrzeja Dudy. Polaka katolika, który ocalił hostię” – kilka dni temu napisał Tochman w tekście pod tytułem „Zapach”.

Tochman pyta: co jest nie tak z katolickim wychowaniem prezydenta Dudy i innych polskich katolików? Oni z coraz większym zapałem wykluczają, piętnują i potępiają swoich bliźnich. Robią to w sposób jednoznacznie zapowiadający pogrom, terror, może nawet wojnę domową. Jak to jest, że religia katolicka, ze swym nauczaniem i swą moralnością, nie ochroniła ich przed kultem hejtu?

Odpowiedź jest straszna. To nie jest tak, że katolicyzm słabo chroni umysły katolików przed nienawiścią. Katolicyzm w katolickich umysłach tę nienawiść nieustannie zaszczepia – i to coraz bardziej zawzięcie. Potwierdził nam to właśnie abp Jędraszewski.

Oczywiście, wiem, że katolicyzm to nie tylko to. To także Franciszek z Asyżu i Franciszek w Rzymie. To Jan Turnau, którego czytam. To wybitny charyzmatyczny kaznodzieja dominikański Adam Szustak, którego słucham – czasem z uśmiechem, ale czasem z podziwem. To kilka osób bardzo dla mnie ważnych, z którymi się przyjaźnię.

Ale w Polsce XXI wieku katolicyzm stał się przede wszystkim tym. Inspiracją dla nienawiści, która przywołuje sznur i kulę, a czasem nawet komorę gazową. Trudno tej inspiracji nie rozpoznać – i nie nazwać po imieniu – gdy kolejny hejter rozczula się nad kilkukomórkowymi zarodkami (bo one są „ludźmi”). A zaraz potem chce zabijać gejów (bo oni żyją w grzechu i są „zarazą”, więc prawo do życia im nie przysługuje).

W tej sytuacji katolicy „otwarci” stają się w Polsce kwiatkiem do kożucha. Kożucha, który coraz bardziej śmierdzi krwią.

Oczywiście, zaraz ktoś przytoczy tu statystyki, z których wynika, że ci „otwarci” stanowią w Polsce większość. Według CBOS ortodoksyjni katolicy – znający i wierzący we wszystkie dogmaty katolickie, równocześnie odrzucający wszelkie elementy wierzeń pozachrześcijańskich – stanowią tylko 5 proc. Polaków. Masy katolickie wierzą w bardzo różne rzeczy.

Jednak to nie znaczy, że są one „otwarte”. Wśród różnych rzeczy, w które te masy wierzą, jest też płynąca z ambon kato-nienawiść. I najwyraźniej jest ogromnie popularna. Bo w innych sondażach, sondażach politycznych, kato-nienawistny PiS zbliża się do 50-procentowego poparcia. A razem z narodowcami, Kukizami, Korwinami, Braunami i innymi kato-nienawistnikami zbierze się tego więcej niż połowa narodu. Na pewno frustracja wynikająca z biedy ma wpływ na takie wybory polityczne. Ale ona właśnie pomaga ludziom akceptować nienawistne ideologie. I tak się dzieje, że ze wszystkich nienawistnych ideologii najchętniej akceptowany jest kato-hejt. Oczywiście nierozłącznie stopiony w jedno z nacjonalizmem („Polak-katolik”). Nawet gdy nienawidzący tłum nie uznaje lub nie rozumie rozmaitych katolickich dogmatów i innych teologicznych subtelności, to chętnie akceptuje „teologiczne” usprawiedliwienie dla rozkoszy nienawiści. A katoliccy duchowni i publicyści jeszcze chętniej mu tego usprawiedliwienia dostarczają.

W tej sytuacji muszę zapytać wszystkich katolików naprawdę „otwartych”: czemu jeszcze bierzecie w tym udział? Choćby bierny – znosząc cicho nienawiść z ambony? Czemu głośno nie przerwiecie księdzu, nawet i arcybiskupowi, gdy podczas kazania wymiotuje żółcią na was i pół Polski? Czemu nie wystąpicie z polskiego Kościoła katolickiego, który coraz mniej godny jest miana Kościoła? Czemu samą pasywną obecnością w strukturach i papierach tej organizacji nabijacie jej statystyki?

Przecież dobrze wiecie, że Chrystus i chrześcijaństwo nie ograniczają się do jednej firmy.

Mój apel zapewne zostanie oceniony jako przesadny (polskim katolikom trudno jest sobie wyobrazić, jak w Polsce czuje się niekatolik). I zapewne nic nie da, bo apele pisarzy rzadko są skuteczne (nawet Simenon w swoim czasie nie dał rady).

Ale nie mogę nie apelować. Bo się boję. Boję się tego, co może się stać w naszym kraju. Pamiętam, co się działo w 1991 roku w Mławie. Był pogrom Romów. Pamiętam katolickie ataki na dom dzieci zarażonych wirusem HIV. A 15 lat temu w Płocku był nawet pogrom „satanistów”. Katolicy z nożami biegali za długowłosymi mężczyznami.

Boję się, że będą bić. Zaczynam się bać, że będą zabijać. A przede wszystkim boję się, że zabiją mi duszę. Że się do nich upodobnię i zduszę w sobie to, co ludzkie i boskie. Że walcząc z nimi, zacznę walczyć podobnymi metodami. Że kato-faszyści zrobią ze mnie stalinistę.

Po przeczytaniu kazania abp. Jędraszewskiego złapałem się na tym, że myśląc o katolikach, użyłem w głowie tego słowa.

Zaraza.

Zobacz także

katolicyCzemu

wyborcza.pl

Wybory 2015. Mucha: Lista jest silna. Młodzi: Ale bez nas

Michał Jackowski, 02.08.2015
Beata Stepaniuk-Kuśmierzak (z lewej) i Magdalena Gąsior-Marek

Beata Stepaniuk-Kuśmierzak (z lewej) i Magdalena Gąsior-Marek (Fot. GW)

Wybory 2015. – Im partia bardziej jest demokratyczna, tym więcej krwi upuszcza się podczas tworzenia list. Tym razem uważam, że przez ten proces przeszliśmy suchą stopą – mówi Joanna Mucha, liderka lubelskiej listy PO do parlamentu. – To defensywna taktyka. Partia nie odrobiła lekcji – komentuje przedstawiciel Młodych Demokratów, których pominięto w wyborczej układance.
Liderem lubelskiej listy PO w jesiennych wyborach parlamentarnych będzie Joanna Mucha. To zaskoczenie, bo jeszcze kilka miesięcy temu mówiło się, że Mucha nie może liczyć na poparcie regionalnych struktur. Miała dostać propozycję startu do Senatu, a to na Lubelszczyźnie dla przedstawiciela PO oznacza niemal pewną porażkę.Nie pije whisky, nie pali cygar

Była minister sportu sama o sobie mówi, że nie potrafi budować partyjnego zaplecza. – W polityce rządzą mężczyźni, a w sporcie jeszcze bardziej. Oni załatwiają sprawy przy wódce, whisky i cygarach. Nie potrafię tego robić, więcej – nie zamierzam się uczyć – mówiła po swojej dymisji w wywiadzie dla „Wyborczej”.

Jej pozycja w Platformie wzrosła, po tym jak premier Ewa Kopacz zdecydowała się na zmiany w rządzie po kolejnej odsłonie afery podsłuchowej. Premier, która kiedyś za Muchą nie przepadała [w kuluarach miała mówić o niej „nasza panna” – red.], chciała zmienić wizerunek PO i postawić na lubianych polityków. A posłanka z Lubelszczyzny na poparcie wyborców nie może narzekać. W swoim pierwszym starcie w wyborach przegrała tylko z ówczesnym liderem lubelskiej PO Januszem Palikotem. W ostatnich wyborach, mimo że startowała z „dwójki” (a początkowo miała dostać jeszcze niższe miejsce) wygrała w cuglach.

– Wydaje się, że jestem najbardziej akceptowaną osobą przez mieszkańców Lubelszczyzny, ale to zobowiązuje. Muszę być liderem, proponować i nadawać ton kampanii. Jedynka na liście to ogromna nobilitacja, ale nie oznacza to, że już teraz zaczynam świętowanie. Wręcz przeciwnie, zamierzam zakasać rękawy i brać się do jeszcze cięższej pracy. W tej kampanii będę musiała pogodzić pracę w sztabie w Warszawie i w regionie. Ale chcę tak to ułożyć, żeby nie odbiło się to na moich relacjach z wyborcami – przekonuje Mucha.

Mucha: Lista jest silna. Idziemy zwarci

Posłanka zaznacza, że piątkowe układanie list odbyło się w najspokojniejszej atmosferze od 2003 roku, kiedy wstąpiła do PO. – Im partia bardziej jest demokratyczna, tym więcej krwi upuszcza się podczas tworzenia list. Tym razem uważam, że przez ten proces przeszliśmy suchą stopą. Obyło się bez niepotrzebnych kłótni. Świadczy to o tym, że nasza lista jest po prostu silna i cała lubelska PO idzie zwarta do wyborów – zaznacza.

Na kolejnej pozycji znajduje się były minister skarbu i szef lubelskich struktur Włodzimierz Karpiński. Należał do grona osób potajemnie i nielegalnie nagranych. Od tego momentu trwała debata, czy szef PO na Lubelszczyźnie powinien ubiegać się o mandat posła. Broniła go m.in. Mucha, która przekonywała, że obciąża go tylko to, że zacytował czyjeś słowa [np. opisując niechęć jednego z profesorów do inwestowania we wschodnich regionach słowami „Ch…j tam z Polską wschodnią – red.] – Rzeczywiście użył paru wulgaryzmów, ale prawda jest taka, że prawie każdy z nas tak mówi, gdy rozmawia prywatnie – mówiła.

Co więcej, wydaje się, że Karpiński po aferze wyszedł wzmocniony. Z trzeciej i czwartej pozycji startują „jego” ludzie – Magdalena Gąsior-Marek i wojewoda Wojciech Wilk. Przypomnijmy, że przed czterema laty partia Ewy Kopacz w lubelskim okręgu (nr 6) zdobyła cztery mandaty.

Nadchodzi zima

32-letnia Gąsior-Marek jest posłanką od dwóch kadencji, ma być rekomendowana zarządowi krajowemu partii jako kandydatka młodych, bo taki warunek każdemu regionowi postawiła premier Kopacz. Tyle że Młodzi Demokraci proponowali na to miejsce kogoś zupełnie innego, czyli 27-letnią Beatę Stepaniuk-Kuśmierzak. Lubelska radna w wyborach jednak nie wystartuje.

– Zmiany na liście nadal mogą jeszcze być. Ktoś może przecież zrezygnować. Nie jest wykluczone, że na to miejsce wskoczyłby przedstawiciel Młodych Demokratów – twierdzi Joanna Mucha.

Młodzi działacze lubelskiej PO są jednak rozżaleni tym, że partia nie wzięła od razu pod uwagę ich stanowiska. – To jest lista defensywna. Partia nie odrobiła lekcji z wyborów prezydenckich. Wyborcy pokazali wtedy, że chcą zmiany, nowych twarzy. A co daje im lubelska PO? Tych samych ludzi co zawsze. To taktyka na przezimowanie czterech lat w opozycji. Najważniejsi politycy z trudem, ale prześlizgną się do Sejmu. Nie powalczono jednak o coś więcej – mówi anonimowo polityk Młodych Demokratów.

Zobacz także

lublin.gazeta.pl/lublin

 

Arcybiskup w kazaniu w rocznicę Powstania Warszawskiego: „Obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza”

MT, 02.08.2015
„In vitro i konwencja antyprzemocowa to zdrada wartości moralnych Powstania”. Tak abp Marek Jędraszewski z Łodzi zakończył kazanie podczas mszy w rocznicę Powstania Warszawskiego.
Abp Marek Jędraszewski

Abp Marek Jędraszewski (Fot. Marcin Stępień/AG)

 

– Nie możemy – po tylu już latach – nie patrzeć na Powstanie jako wielkie zobowiązanie moralne, które spoczywa na kolejnych pokoleniach Polaków, aby strzec tego, co najważniejsze w życiu poszczególnych ludzi i całego naszego narodu – mówił w kazaniu abp Jędraszewski, wcześniej przytaczając różne aspekty historii Powstania Warszawskiego oraz wystąpienie Jana Pawła II na forum UNESCO w roku 1980. Był to wstęp do odniesienia tego do dzisiejszej polityki.

Najpierw hierarcha wspomniał o ostatniej wizycie prezydenta Bronisława Komorowskiego w Berlinie, gdzie wziął udział w uroczystościach upamiętniających m.in. nazistowskiego pułkownika Klausa von Stauffenberga, autora nieudanego zamachu na Hitlera, znanego jednak z pogardliwego stosunku do Polaków. Nazwał to „w pełni świadomym lekceważeniem” wspomnianego wcześniej zobowiązania moralnego.

„Lewacka zaraza”

Potem przeszedł do niedawnych prac Sejmu. – Jak berlińskie wystąpienie prezydenta RP podważyło prawdę historyczną o Powstaniu Warszawskim, tak ostatnio uchwalone przez polski parlament i podpisane przez prezydenta RP: tak zwana konwencja antyprzemocowa i ustawa o in vitro oraz przyjęta przez Sejm ustawa „o uzgodnieniu płci” mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło – stwierdził w kazaniu duchowny.

Dalej było już tylko gorzej. – Odnosząc natomiast przemówienie Jana Pawła II do wspomnianych ustaw, trzeba uznać je jako jedno wielkie kłamstwo o człowieku, jako poważny błąd antropologiczny, wynikający z odrzucenia klasycznej prawdy o człowieku na rzecz współczesnych, skrajnych, lewackich ideologii – stwierdził arcybiskup. – Nawiązując do wiersza Józefa Andrzeja Szczepańskiego pod tytułem „Czerwona zaraza”, będącego jednym wielkim oskarżeniem czerwonego bolszewizmu, musimy jednoznacznie stwierdzić: obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza – powiedział.

 

aecybiskupWkazaniu

gazeta.pl

Politycy o gwizdach na Powązkach: To nie powinno się zdarzyć

mw, 02.08.2015
Joanna Mucha

Joanna Mucha (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

– Przez te wiele lat zauważyłam, że ludzie, którzy przychodzą, dzielą się na tych, którzy chcą oddać cześć poległym, i na tych, którzy przychodzą na manifestację polityczną. To jest oczywiście grupa, być może niezorganizowana, ale która zachowuje się w bardzo podobny sposób na wszystkich uroczystościach państwowych. I to jest złe – tak o wczorajszych gwizdach na Powązkach mówił Joanna Mucha w TVN24 w programie „Ława polityków”.
Podczas wczorajszych uroczystości na Powązkach Wojskowych pojedyncze gwizdy rozległy się pod adresem Ewy Kopacz. Natomiast prezydent elekt Andrzej Duda został przywitany burzą oklasków.- Nie mam zamiaru oceniać tych, którzy tam przychodzą i w sposób autentyczny reagują. Ale to są autentyczni ludzie. Stałem tam, wśród nich. Nikt tych ludzi nie zwołuje, przychodzą tam z potrzeby serca. Nie będę potępiał tych ludzi, którzy tam przychodzą i tak spontanicznie reagują. Nie podobają mi się te zachowania, ale to są emocje związane z przeżywaniem tej rocznicy i zachowaniami polityków, które są niedobre. Nie było prezydenta Komorowskiego, ale nie zdziwiłbym się, gdyby on tam też został wygwizdany – stwierdził Jacek Sasin z Prawa i Sprawiedliwości.- Przez te wiele lat zauważyłam, że ludzie, którzy przychodzą, dzielą się na tych, którzy chcą oddać cześć poległym, i na tych, którzy przychodzą na manifestację polityczną. To jest oczywiście grupa, być może niezorganizowana, ale która zachowuje się w bardzo podobny sposób na wszystkich uroczystościach państwowych. I to jest złe – komentowała z kolei Joanna Mucha, rzeczniczka sztabu wyborczego Platformy Obywatelskiej.Zdaniem Andrzeja Rozenka z Biało-Czerwonych, Polacy gwiżdżą, bo nie mają szacunku dla władzy.

– Nie ma cały czas szacunku dla państwa wśród sporej rzeszy Polaków. Ten brak szacunku wynika z tego, że rządy są nie takie, jak należy, że państwo poważnie nie traktuje swoich obywateli. Być może za dużo w szkole jest religii, a za mało historii – stwierdził Rozenek.

– Pan Sasin powiedział, że nie będzie oceniał tych zachowań. Ale cmentarz nie jest miejscem do takich zachowań – stwierdził Włodzimierz Czarzasty z SLD. – Będę je potępiał, bo dopóki klasa polityczna nie stanie w jednym szeregu, to będą gwizdy, buczenie, to, co przy takich okazjach nie powinno się zdarzyć.

Paweł Kowal, Zjednoczona Prawica: – Myślę, że już trochę młócimy słomę. Była grupa osób, która buczała. Wczorajsze obchody były pokrzepiające, jeżeli patrzeć na nie w całości, zobaczyć, ilu ludzi przystanęło, albo ilu ludzi było na śpiewankach na pl. Piłsudskiego. Jeżeli dołączymy do tego obecność wspólną polityków, jak to razem oceniamy, to jest bardzo pokrzepiające – stwierdził Kowal.

Ilona Antoniszyn-Klik z PSL przypomniała, że w jej rodzinie była dwójka powstańców, w tym ciocia, która była łączniczką i zginęła podczas walk.

– Te dyskusje są nie na miejscu. Nikt z mojej rodziny nie chciałby tego słyszeć. Nie interesuje ich opinia tych ludzi, którzy tam stoją i buczą. Takie podskórne przyznawanie im racji jest nie na miejscu. Doprowadzimy do tego, że za chwilę znajdzie się z drugiej strony ktoś, kto za rok zbierze tych ludzi i przywiezie autobusem ludzi, by buczeli Dudzie – stwierdziła wiceminister gospodarki.

– Nie życzę panu, jeżeli będzie pan nie daj Boże chował kogoś z rodziny, żeby przyszedł jakiś głupek i buczał – powiedział na koniec dyskusji Czarzasty do Jacka Sasina.

Zobacz także

wyborcza.pl

gwizdyNaPowązkach

Leonid Cypkin, przeoczony geniusz [Susan Sontag]

Susan Sontag, 01.08.2015
Za jego życia czytało go parę osób - żona, syn, dwoje przyjaciół syna. Ile trzeba mieć wiary w literaturę, by pisać bez nadziei na publikację?

Za jego życia czytało go parę osób – żona, syn, dwoje przyjaciół syna. Ile trzeba mieć wiary w literaturę, by pisać bez nadziei na publikację? (Mikhail Tsypkin)

W poniedziałek Drozdow powiadomił Cypkina, że go zwalnia z pracy. Tego samego dnia Michaił zadzwonił z Ameryki do Moskwy i powiedział, że w minioną sobotę ojca wreszcie wydrukowali.
Susan Sontag – Ur. w 1933 r., zm. w 2004 r., wybitna amerykańska pisarka i eseistka, teoretyczka kultury i obrończyni praw człowieka. Po polsku wyszły m.in. jej powieści „Zestaw do śmierci” (1989), „Miłośnik wulkanów” (1997) i „W Ameryce” (2003) oraz eseje „Notatki o kampie” (1979), „O fotografii” (1986) i „Widok cudzego cierpienia” (2003).Literatura drugiej połowy XX wieku to dziedzina gruntownie przebadana. Trudno sobie wyobrazić, by można było jeszcze odkryć przeoczone arcydzieło, napisane w dodatku w jednym z tych języków, które znajdują się w centrum uwagi. Mimo to dziesięć lat temu, przeglądając podniszczone okładki książek w jednym z antykwariatów na londyńskiej Charing Cross Road, odkryłam taką właśnie książkę: „Lato w Baden”.Nie nastręcza większych trudności odpowiedź na pytanie, dlaczego pozostawała długo nieznana. Głównie dlatego, że jej autor nie należał do grona pisarzy profesjonalistów. Leonid Cypkin był lekarzem, wybitnym naukowcem, który opublikował około stu prac w Związku Sowieckim i poza jego granicami. Nie snujmy jednak łatwych analogii z Czechowem i Bułhakowem, gdyż Cypkin nie zobaczył swojej powieści w druku.Cenzura i kłopoty z nią związane – to tylko część tej historii. Do oficjalnej publikacji proza Cypkina w ogóle się nie nadawała, nie krążyła też w samizdacie. Z różnych przyczyn – z dumy, z nieustannego poczucia beznadziejności, z obawy bycia odrzuconym przez nieoficjalny literacki establishment – Cypkin pozostawał poza niezależnymi środowiskami literackimi, które działały w Moskwie w latach 60. i 70. Pisał w tym czasie do szuflady. Pisał dla siebie. Pisał dla literatury.

Właściwie powieść „Lato w Baden” ocalała niemal cudem.

Leonid Cypkin urodził się w Mińsku w 1926 roku, w rodzinie żydowskiej. Matka, Wiera Polak, leczyła gruźlicę płuc. Ojciec, Borys Cypkin, był chirurgiem ortopedą. W 1934 roku, na początku wielkiej czystki, został aresztowany, oczywiście pod absurdalnym zarzutem. Kiedy jednak targnął się w więzieniu na własne życie, rzucając się z podestu klatki schodowej, wypuszczono go na wolność, do czego w dużym stopniu przyczyniła się interwencja wpływowego znajomego. Brat i dwie siostry Borysa Cypkina zmarli w łagrach.

Mińsk dostał się pod niemiecką okupację latem 1941 roku. Matka Borysa Cypkina, jego siostra i jej dwaj synowie zginęli w getcie. Jemu zaś, jego żonie oraz ich piętnastoletniemu synowi Leonidowi pomógł w ucieczce przewodniczący pobliskiego kołchozu, dawny pacjent.

W 1947 roku Leonid ukończył studia medyczne w Mińsku, do którego wrócił z rodzicami po wojnie. Wkrótce ożenił się z Natalią Micznikową, z zawodu ekonomistką. Ich jedyny syn Michaił przyszedł na świat w roku 1950. Do tego czasu rozpoczęta rok wcześniej stalinowska kampania państwowego antysemityzmu nabrała impetu i Cypkinowi przyszło się ukrywać na wsi pośród pracowników szpitala psychiatrycznego. W 1957 udało mu się zamieszkać z rodziną w Moskwie – zaproponowano mu stanowisko anatomopatologa w prestiżowym Instytucie Heinego-Medina i Wirusowego Zapalenia Opon Mózgowych.

„Pod znakiem Saturna” – Susan Sontag o katastrofach kultury [RECENZJA]

***

Cypkin zawsze coś pisał bez myśli o publikacji. Gdy był niespełna dwudziestoletnim studentem, brał pod uwagę porzucenie medycyny na rzecz literatury. Targany przez wieczne rosyjskie pytania – jak żyć bez wiary? bez Boga? – wielbił Tołstoja, który z czasem ustąpił miejsca Dostojewskiemu. Inną pasją Cypkina było kino, a do jego ulubionych reżyserów należał Antonioni – nigdy natomiast nie polubił Tarkowskiego. Na początku lat 60. nosił się z zamiarem wstąpienia na wieczorowy wydział Wszechrosyjskiego Państwowego Instytutu Kinematografii im. Gierasimowa, by studiować reżyserię, ale jak później przyznał, trzeba było zapewnić byt rodzinie.

Wtedy też zajął się poważnie literaturą. Wiersze pisał pod silnym wpływem Cwietajewej i Pasternaka, których fotografie wisiały nad jego małym biurkiem. We wrześniu 1965 roku postanowił pokazać coś z tego, co napisał, Andriejowi Siniawskiemu, lecz kilka dni przed wyznaczonym spotkaniem pisarza aresztowano. Cypkin stał się jeszcze ostrożniejszy. „Ojciec nie był skłonny dużo mówić czy myśleć o polityce – opowiada mieszkający w Kalifornii Michaił Cypkin. – W naszej rodzinie panowało przekonanie, że sowiecki reżim to wcielone Zło”.

Nie mogąc nigdzie opublikować swoich wierszy, Cypkin odsunął literaturę na bok i skupił się na doktoracie, którego temat brzmiał: „Badanie morfologicznych i biologicznych właściwości komórkowych kultur tkanek poddanych trypsynizacji”. Po pomyślnej obronie dostał podwyżkę, dzięki czemu nie musiał już dorabiać nocami jako prosektor w szpitalu rejonowym. Znowu zaczął pisać, ale już nie wiersze, lecz prozę.

Zaczęło się od nowel, potem spod jego pióra wyszły dłuższe opowiadania o bardziej skomplikowanej fabule, następnie dwie powieści autobiograficzne: „Most przez Nierocz” i „Norartakir”, a na koniec największe dzieło: „Lato w Baden”, swego rodzaju powieść-sen, w której śpiący – sam Cypkin – siłą wyobraźni przeplata swoje życie życiem Dostojewskiego w potoku niepowstrzymanej, namiętnej narracji.

Amerykańska legenda. Dzienniki Susan Sontag

***

Praca literacka wypełniała mu każdą wolną chwilę. „Od poniedziałku do piątku – mówi Michaił Cypkin – dokładnie za kwadrans ósma ojciec wychodził do pracy. Do domu wracał o szóstej, a po kolacji i krótkiej drzemce siadał do pisania – jeśli nie prozy, to artykułów naukowych. O dziesiątej kładł się spać, czasem wcześniej szedł jeszcze na spacer. W dni wolne też zazwyczaj pisał. W ogóle ojciec wykorzystywał każdą okazję, by pisać, ale tych okazji nie miał wiele. Męczył się nad każdym słowem, bez końca poprawiał rękopis. Skończywszy redagowanie, przepisywał teksty na stareńkiej, lśniącej czystością niemieckiej zdobycznej erice, którą podarował mu w 1949 wujek. W takiej postaci zachowały się też jego rękopisy. Nie rozsyłał ich do redakcji, nie chciał, by krążyły w samizdacie, bał się » rozmów «z KGB i utraty pracy”. Ile trzeba mieć wiary w literaturę, by pisać bez nadziei na publikację? Za jego życia czytało go parę osób – żona, syn, dwoje przyjaciół syna. Z moskiewskimi kręgami literackimi nic go nie łączyło.

W rodzinie osobą blisko związaną z literaturą była młodsza siostra matki Cypkina, literaturoznawczyni Lidia Polak. Czytelnicy „Lata w Baden” natrafiają na nią już na pierwszej stronie powieści. W pociągu odjeżdżającym do Leningradu narrator otwiera książkę, która sądząc po jego czułej uwadze, jaką obdarza detale okładki i wzorzystą zakładkę, jest mu naprawdę bliska. Tę zniszczoną i niemal rozsypującą się książkę, stanowiącą wydanie „Dziennika” Anny Grigoriewny Dostojewskiej, drugiej żony pisarza, Cypkin „wziął od swojej ciotki, posiadaczki wielkiej biblioteki, i w głębi ducha nie zamierzał jej oddawać”. Zaniósł ją do introligatora, który „nadciął strony tak, że wszystkie stały się równe, jedna w drugą, i zamknął je w twardej okładce, na którą nakleił pierwszą, tytułową stronę książki”.

Niewymienioną z imienia ciotką jest Lidia Polak. Przedstawicielka moskiewskiej inteligencji z szerokimi kontaktami literackimi pracowała od lat 30. w Instytucie Literatury Powszechnej i pozostała w nim nawet po zwolnieniu z Uniwersytetu Moskiewskiego, co nastąpiło podczas antysemickiej czystki. Jej młodszym kolegą w instytucie był Andriej Siniawski. To właśnie ona umówiła Siniawskiego z Cypkinem. O twórczości siostrzeńca nie miała jednak dobrego zdania i nie traktowała jej poważnie, o co Cypkin miał do niej żal.

***W 1977 roku Michaił i jego żona Jelena zdecydowali się wyemigrować. Natalia Micznikowa, bojąc się, że poufny charakter jej pracy może synowi przeszkodzić w wyjeździe, zwolniła się z Państwowego Komitetu Zaopatrzenia Materiałowo-Technicznego, gdzie zajmowała się wyposażeniem drogowym i budowlanym, w tym dla przemysłu wojskowego. Pozwolenie na wyjazd wydano i Michaił z Jeleną wyjechali do USA. Kiedy KGB powiadomiło o tym Siergieja Drozdowa, dyrektora Instytutu Heinego-Medina, Cypkina natychmiast przeniesiono na stanowisko młodszego pracownika naukowego, nie zważając na jego stopień naukowy i dwudziestoletni staż. Jego płacę – teraz jedyne źródło domowych dochodów – zmniejszono o 75 procent. Cypkin codziennie chodził do instytutu, mimo że pozbawiono go możliwości prowadzenia badań laboratoryjnych, z definicji – kolektywnych. Wszyscy koledzy ze strachu odmówili z nim współpracy.W czerwcu 1979 roku Cypkin wraz z żoną i matką złożył dokumenty o wyjazd. Na decyzję czekali prawie dwa lata, w kwietniu 1981 roku otrzymali odpowiedź odmowną. Przypomnę, że w 1980 wyjazdy z ZSRR do USA rzeczywiście się urwały, popsuły się bowiem stosunki między obydwoma krajami z powodu sowieckiego ataku na Afganistan.Wtedy właśnie Cypkin napisał dużą część „Lata w Baden”.

Książkę zaczął pisać w roku 1977, ukończył ją w 1980. Napisanie powieści poprzedziły lata przygotowań: praca w bibliotekach, zwiedzanie miejsc związanych z Dostojewskim i jego bohaterami. Opisane przez Dostojewskiego miejsca Cypkin fotografował o tej samej co u Dostojewskiego porze roku, a nawet – jeśli zachodziła taka potrzeba – o tej samej porze dnia lub nocy. Od lat młodzieńczych był miłośnikiem fotografii i jeszcze na początku lat 50. zaopatrzył się w aparat.

Rozumie się samo przez się, że opublikowanie powieści w Związku Sowieckim było niemożliwe, pozostawała nadzieja na wydanie zagraniczne – tak wtedy postępowali najlepsi pisarze. Cypkin poprosił swojego przyjaciela Azarija Messeriera, który na początku 1981 roku otrzymał zgodę na wyjazd, by przemycił rękopis i kilka fotografii. Messerier przesłał powieść przez małżeństwo znajomych Amerykanów, moskiewskich korespondentów agencji UPI.

W końcu września 1981 roku Cypkinowie ponownie złożyli podanie o pozwolenie na wyjazd. 19 października w wieku 86 lat zmarła Wiera Polak, a tydzień później przyszła kolejna odpowiedź odmowna.

Na początku marca 1982 roku Cypkin udał się do dyrektora moskiewskiego Wydziału Wiz i Rejestracji Cudzoziemców, który mu oznajmił: „Doktorze, wam nigdy nie pozwolą wyjechać”. 15 marca, w poniedziałek, Drozdow powiadomił Cypkina, że go zwalnia z pracy. Tego samego dnia Michaił, kształcący się na aspiranturze Uniwersytetu Harvarda, zadzwonił do Moskwy i powiedział, że w minioną sobotę ojca wreszcie „wydrukowali”. Messerierowi udało się załatwić publikację „Lata w Baden” w „Nowej Gaziecie” – rosyjskim tygodniku wydawanym w Nowym Jorku. Pierwszy fragment powieści z kilkoma fotografiami pojawił się w numerze z 13 marca 1982 roku.

W następną sobotę, w dniu swoich 56. urodzin, Cypkin siadł z samego rana za biurkiem, żeby przetłumaczyć z języka angielskiego tekst medyczny – przekład techniczny stanowił dla zwolnionych z pracy jedno z nielicznych źródeł zarobku. Poczuł się jednak słabo, położył się i zawołał żonę. Chwilę potem zmarł na zawał. Z druku fragmentu swojej powieści cieszył się równo tydzień. +

tłum. Robert Papieski

Fragment szkicu Susan Sontag z książki Leonida Cypkina „Lato w Baden”, która ukazuje się nakładem Zeszytów Literackich w tłumaczeniu Roberta Papieskiego. Copyright by Susan Sontag, 2001.

Tytuł, lead i skróty od redakcji „Magazynu Świątecznego”

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W Magazynie Świątecznym:

Kulczyka biznes bez granic
Gdy staję samolotem obok innego samolotu, jego właściciel nie patrzy na mnie z góry. Mogę zaprosić go na kolację na moim jachcie. Nie jestem petentem, lecz partnerem

Biedna Rosja. Gaz, ropa, migi i 23 miliony nędzarzy
300 gramów chleba, dwie trzecie jajka. To nie dieta cud, tylko oficjalne dzienne minimum życiowe w putinowskiej Rosji. Miało się nazywać „fizjologiczne”, ale ministrowie uznali, że jakoś nie wypada

Cosby zbywał je pieniędzmi. „Kochanie, lepiej zamknij dziób”
To nic takiego. I sama się prosiłaś. Słyszały to przez dziesięciolecia aktorki, sekretarki, koleżanki z pracy, żony. W Ameryce, Wielkiej Brytanii, Polsce, wszędzie. Jest nadzieja, że po aferze Billa Cosby’ego taki tekst już nie przejdzie. Ani w domu, ani w komendzie

Wojciech Waglewski: Chciałbym tu jeszcze pobyć. I umrzeć z godnością
Wojciech Waglewski o płycie „Placówka 44”, Kukizie, wnukach i dziarganiu sobie łasiczki. – Zbyt dużo rzeczy w życiu mi się podoba, żeby te złe były w stanie zepsuć ogląd całości. Czyli w sumie jestem takim pogodnym idiotą – mówi lider Voo Voo

Liberał Olechowski pochyla się nad państwem
Nawet nie chcę myśleć, co Balcerowicz powie po przeczytaniu tego wywiadu. Z Andrzejem Olechowskim rozmawia Katarzyna Wężyk

Ryk suchoja na dobranoc
Kapitan się wkurzył. Do rozłożonego miga nie podchodzi się ot, tak sobie. „Ale ja chciałem tylko obejrzeć działko, to GSz-23!”. Ledwo od ziemi odrósł, a zna takie nazwy? Znaczy swój [LETNIA SZKOŁA OJCÓW]

Jest brudny, ale sexy. Śmierdzi, ale musi tak śmierdzieć
Wyjątkowość tego miasta polega m.in. na tym, że każdy ma tu swoją historię o tym, co robił, gdy runął mur

Somalia wraca do życia, ale „Mad Maxa” już tu nie nakręcą
Baszir ma sieć hoteli, plażę i skuter wodny. Aden maluje – obrazy, nie ściany. Czasem nawet jakiś sprzeda. Mogadiszu już nie jest jądrem ciemności

wSobotęWtdrukowali

Wyborcza.pl

Abp Jędraszewski: In vitro i konwencja to zdrada wartości Powstania

Michał Wilgocki, 02.08.2015
Abp Marek Jędraszewski

Abp Marek Jędraszewski (Fot. Marcin Stępień/AG)

Przyjęte niedawno przez Sejm ustawy o leczeniu niepłodności i uzgodnieniu płci, a także antyprzemocowa konwencja to zdaniem abp. Marka Jędraszewskiego z Łodzi „zdrada wobec wartości moralnych, dla których wybuchło Powstanie Warszawskie”. Wczorajszą rocznicę zastępca przewodniczącego Episkopatu wykorzystał także do ataku na prezydenta Bronisława Komorowskiego.
– Powstania Warszawskiego nie można uczciwie ocenić bez uwzględnienia wymiaru moralnego, który od samego początku dogłębnie go przenikał. Podobnie jak nie możemy – po tylu już latach – nie patrzeć na Powstanie jako wielkie zobowiązanie moralne, które spoczywa na kolejnych pokoleniach Polaków, aby strzec tego, co najważniejsze w życiu poszczególnych ludzi i całego naszego narodu – mówił abp Jędraszewski podczas mszy w łódzkiej Bazylice Archikatedralnej. Kazanie w całości publikuje strona archidiecezji łódzkiej. Dlaczego w emocjonalnej homilii metropolita łódzki zdecydował się mówić o „moralnym zobowiązaniu”, które zostawiło Powstanie Warszawskie? Odpowiedź przyszła chwilę później – dzięki temu arcybiskup mógł zaatakować obóz rządzący Polską.- Patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni i dni, z bólem trzeba nam, niestety, stwierdzić, że pewne osoby, które z demokratycznego mandatu aktualnie sprawują władzę w naszym Kraju, tego moralnego zobowiązania albo nie dostrzegają, albo je w pełni świadomie lekceważą. W dniu 8 lipca tego roku prezydent RP włączył się w niemieckie obchody poświęcone uczczeniu wspomnianego wcześniej płk. Klausa von Stauffenberga – mówił hierarcha.Dlaczego prezydent pojechał do Berlina? W najnowszej niemieckiej historii nic nie jest bowiem czarno-białe – komentarza Bartosza T. Wielińskiego. – Jak berlińskie wystąpienie prezydenta RP podważyło prawdę historyczną o Powstaniu Warszawskim, tak ostatnio uchwalone przez polski parlament i podpisane przez prezydenta RP: tak zwana konwencja antyprzemocowa i ustawa o in vitro oraz przyjęta przez Sejm ustawa „o uzgodnieniu płci”, mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło – stwierdził zastępca przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski.

– Nie ulega żadnej wątpliwości: powstańcy warszawscy nie rezygnowali z prawdy o swoim człowieczeństwie i nie chcieli budować przyszłości Polski na fałszywych imperatywach – stwierdził arcybiskup.

Cytował również napisany podczas Powstania wiersz „Czerwona zaraza” Józefa Szczepańskiego. Po co? By za chwilę stwierdzić, że także dziś zaraza grozi Polsce.

– Nawiązując do wiersza Józefa Andrzeja Szczepańskiego pod tytułem „Czerwona zaraza”, będącego jednym wielkim oskarżeniem czerwonego bolszewizmu, musimy jednoznacznie stwierdzić: obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza. Dlatego też z całą powagą musimy zadać sobie szereg pytań inspirowanych utworem bohaterskiego „Ziutka”: Ilu z nas widzi w tej zarazie zbawienie dla siebie, a ilu „wita ją z odrazą”? Ilu z nas wie, jak „znowu będzie strasznie potem i powie sobie, że znów z nas zakpili”? Ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak przerażający w skutkach jest jej zamiar, „byśmy legli tu wszyscy pokotem”? Ilu jeszcze naprawdę wierzy, że „nowa zwycięska Polska mimo wszystko się narodzi? – stwierdził hierarcha.

abpJędraszewski

wyborcza.pl

Ryszard Petru o wypowiedzi Szydło w Nowej Soli: PiS żyje w Matrixie

aliu, 01.08.2015
W sobotę lider stowarzyszenia NowoczesnaPL Ryszard Petru zwołał konferencję na wrocławskim Rynku. – Apeluję do pani prezes Szydło, żeby nie przedstawiała Polski, jako tej w ruinie. Takie przekonanie buduje się później na świecie – odniósł się do piątkowej wypowiedzi wiceprezes, podczas spotkania z mediami w Nowej Soli.
Ryszard Petru podczas sobotniej konferencji na wrocławskim Rynku.

Ryszard Petru podczas sobotniej konferencji na wrocławskim Rynku. (TOMASZ PIETRZYK)

Konferencja rozpoczęła się tuż po 17 – godzinie wybuchu Powstania Warszawskiego. Petru zaczął swoją wypowiedź od upamiętnienia walczących w nim osób. Następnie przeszedł do tematu piątkowej wypowiedzi Beaty Szydło. Przypomnijmy – w ruinach fabryki nici mówiła ona, że Nowa Sól potrzebuje odbudowy tego terenu. Stwierdziła także, że od 8 lat nie słychać od rządzących, by robili cokolwiek dla wsparcia polskiego przemysłu.- Fabryki nie ma, ale w tym czasie powstało kilkanaście nowych przedsiębiorstw, w których zatrudnionych zostało dwa tysiące pracowników – skontrował słowa Szydło Petru. Zauważył także, że problemem fabryki nici są poszczególne rządy, które nic z nią nie zrobiły. – My pokazujemy problem i pokazujemy też to, co dzieje się w innych częściach Nowej Soli. To jest wyjątkowo przedsiębiorcze miasto z wyjątkowo przedsiębiorczym prezydentem – powiedział.Całość wypowiedzi Szydło ocenił jako nostalgię za PRL-em. Podkreślił, że te czasy już nie wrócą, a państwo nie może finansować czegoś, co jest nierentowne. – Trzeba tworzyć warunki do tego, żeby polscy przedsiębiorcy mogli realizować się w tym kraju i tworzyć nowe miejsca pracy, bardziej wydajne i z lepszymi zarobkami. Propaganda PiS-u, która mówi – przywrócimy to, co było w PRL-u – jest drogą do bankructwa. Ryszard Petru zapowiedział też, że niedługo przedstawi kandydatów NowoczesnejPL do Sejmu i poszczególnych okręgów. Kryteriami jego wyboru będzie dorobek polityków i poglądy zgodne z programem stowarzyszenia. – Nie oczekujcie państwo znanych twarzy politycznych ani celebrytów – uprzedził.

gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s