Kulczyk (03.08.2015)

 

Szydło chce rządzić, więc sprawdzamy, jak rządziła jako burmistrz w Brzeszczach. Gmina w ruinie?

Brzeszcze
Brzeszcze Fot. Wikipedia/CC BY-SA 3.0

Po internecie właśnie krążą memy o tym, że po siedmiu latach rządów kandydatka PiS zostawiła swoją gminę w fatalnym stanie. Mają o tym świadczyć zdjęcia zdewastowanych budynków i brudnych, zapuszczonych domów. ”Pani Szydło. Zostawia Pani Polskę w ruinie” – piszą internauci. Jaka jest prawda? Jak wygląda prawdziwe Brzeszcze?

Na pewno tonie w długach i ma ogromne kłopoty finansowe. Na pewno duża część mieszkańców to emeryci. Na pewno też większość ludzi żyje z kopalni, która ma być zlikwidowana. I – jak mówią mieszkańcy – na pewno strach wyjść po zmroku na ulice. A w najbliższą niedzielę ma się odbyć referendum o likwidacji straży miejskiej. Bo gminy zwyczajnie na nią nie stać.

– Pójdzie pani do parku, a tam menele z tanim piwem. Nikt nie ma odwagi wyjść wieczorem na osiedle. Nie ma nawet żadnego miejsca, gdzie mogłaby się spotkać młodzież. Była jedna pizzeria, ale miesiąc temu zamknęli. Dziś jest wystawiona na sprzedaż. Młodzież, która chce kulturalnie spędzić czas, musi jechać do Oświęcimia, Bielska albo Katowic – mówi pani Ewa, jedna z mieszkanek 11-tysięcznego miasta Brzeszcze. Jak większość ludzi, z którymi rozmawiam, nie zgadza się na podanie nazwiska. W końcu Beata Szydło wciąż tu mieszka. W pobliskiej wiosce ma dom, jest normalnym sąsiadem.

– Proszę pani, ja życzę pani Beacie Szydło jak najlepiej, ale jak ona za 10 lat zostawi Polskę w takim stanie, w jakim zostawiła Brzeszcze, to ja dziękuję. Swoje burmistrzowanie też dobrze zaczynała, ale dla gminy bardzo źle się ono zakończyło. Dziś nie jest to gmina, która może świecić przykładem – mówi.

Faktycznie, kilka sołectw chętnie odłączyłoby się od Brzeszcz. I przyłączyło do sąsiedniej gminy – Oświęcimia. Powód? Arogancja lokalnych władz i niemożność dalszego rozwoju. Skidziń i Wilczkowice już podjęły działania w tej sprawie. Bo w Brzeszczach, jak mówią ludzie, tak bardzo nic się nie dzieje, że nawet na Boże Narodzenie gmina nie wywiesza żadnego oświetlenia. – Jesteśmy mało świąteczną gminą – słyszę od jednego z mieszkańców.

Był parlament dzieci, konkursy, zabawy…
Beata Szydło rządziła tu w latach 1998-2005. I opinie o tym okresie słychać w mieście naprawdę skrajnie różne. Do dziś w gminie organizowane są np. rajdy rowerowe, które podobno zapoczątkowała była burmistrz – odbywają się co roku, w trzecią sobotę czerwca.

Anna, dziś lat 20 kilka, pamięta tamten czas doskonale. Bo burmistrz Szydło może i nie wszystkim dorosłym przypadała do gustu, ale dzieci – a przynajmniej wiele – ją uwielbiały. Bardzo bowiem zaangażowała się w szkolnictwo. Jak twierdzi Anna, za jej kadencji dzieci miały zapewnione zajęcia w gminie. Organizowała konkursy, koncerty, nawet parady talentów. – Było tyle dzieciaków, że ośrodek kultury nie był w stanie wszystkich pomieścić. Beata Szydło angażowała się ogromnie. Jako dziecko wspominam ją bardzo ciepło. Gdy odeszła nauczycielom szybko zabrakło jej entuzjazmu – mówi Anna.

W gminie działał nawet dziecięcy parlament. Z każdej szkoły – podstawowej i gimnazjum – byli typowani przedstawiciele każdego rocznika. I raz, dwa razy w miesiącu odbywali spotkania. Anna też była taką parlamentarzystką. – Byłam w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy zaczęłam uczestniczyć w tych spotkaniach. W gimnazjum byłam już wicemarszałkiem parlamentu. Wielu moich kolegów poszło potem na studia w tym kierunku – mówi. Burmistrz Szydło zapraszała też parlamentarzystów do urzędu gminy. Anna brała np. udział w planowaniu budżetu: – Braliśmy udział w normalnej sesji plenarnej z radnymi. Jako młodzież mogliśmy się wypowiadać. Zapisywane były nasze wnioski. Do dziś mam te dokumenty. Ale parlamentu już nie ma.

Nie ma głowy do inwestycji
– Parlament? Przecież to wydział edukacji tworzył, a syn pani Szydło był jego pierwszym przewodniczącym! To był czas, kiedy ona sama startowała do Sejmu – słyszę od lokalnego działacza, który zgadza się rozmawiać, ale oczywiście – anonimowo. Nazwijmy go Tadeusz. – U nas wręcz panuje psychoza. Albo mówić dobrze, albo wcale. Ale powiem szczerze, że jak burmistrz Szydło odchodziła, wszyscy odetchnęli z ulgą! – mówi.

Opinie, że to ona zostawiła gminę z długami, słyszę z kilku ust. Tadeusz nie owija w bawełnę. – Trzeba przyznać uczciwie, że była genialnym menadżerem kultury. Po prostu świetnym. Potrafiła coś zorganizować, zarazić innych, mobilizować. Ale do inwestycji i gospodarki głowy nie ma – mówi. Wspomina o budowie basenu, który – owszem – powstał, ale ciągle trzeba coś w nim naprawiać, np. dach. Mówi o zatrudnianiu wielu zbędnych ludzi. O propozycji wybudowania szkoły dla 70 dzieci. Za 70 mln zł dla. – Wiele inwestycji było rozdmuchanych. Wiele było robionych pod ambicje polityczne – mówi.

Nie ma ruiny, będą inwestycje
Gmina odpiera jednak te zarzuty. – To absolutnie nie jest prawda. Kłopoty finansowe zaczęły się nie od Beaty Szydło, ale od jej następczyni Teresy Jankowskiej, która ostatecznie została odwołana i na jej miejsce premier powołała mnie – mówi w rozmowie z naTemat burmistrz Brzeszcz Cecylia Ślusarczyk. Podkreśla, że miasto nie jest w żadnej ruinie. – Nigdy nie słyszałam podobnych komentarzy, a też tu przecież mieszkam. Sukcesywnie wychodzimy z zadłużenia. Przygotowujemy się do inwestycji w kwestii kanalizacji, oczyszczalni ścieków, remontu szkół. Uważamy, że dużym balastem jest straż miejska. Nie stać nas na nią – mówi.

Lokalny przedsiębiorca Mirosław Śmielak, właściciel firmy Koryta Mięsne, uważa, że jak ktoś dużo robi to zawsze może może się pomylić. A Beata Szydło, według niego, robiła dużo. – Była dobrym menadżerem. Gołym okiem widać, że jako burmistrz zasłużyła się dla gminy. Jeśli ktoś chce inwestować, musi się zadłużać. Wszyscy, którzy w tamtym czasie inwestowali, mieli długi – mówi naTemat. Co więcej, gdyby nie ona, nie byłoby restrukturyzacji kopalni. – Jeśli nie ma kopalni, nie ma Brzeszcz. I to Beata Szydło pomogła w rozmowach z rządem. Zawsze znajduje czas dla naszych spraw – mówi.

Największy problem – kopalnia
Kopalnia rzeczywiście spędza sen z powiek mieszkańców. Wszyscy rozmawiają tylko o niej. Jeszcze dwa lata temu pracowało w niej ponad 3 tysiące osób. Teraz około 1800. – To dziś nasz największy problem Restrukturyzacja trwa. W kopalni pracowała też rodzina pani Beaty Szydło – mówi burmistrz. Podkreśla, że z powodu kopalni poziom życia ludzi wcale nie jest najgorszy. Zdecydowanie gorsza jest niepewność, co dalej.

Radny Sławomir Drobny tłumaczy, że Beata Szydło dbała o gminę, tak jak na to pozwalały i czasy, i warunki. Bo przecież na przełomie wieków Polska przecież nie była jeszcze w Unii. Nie mogła zatem z unijnych funduszy korzystać.

A teraz – jak po mieście chodzą słuchy – jakieś pieniądze z UE gmina może nawet stracić. Bo, choć burmistrz mówi, że inwestycje będą, to ludzie i twierdzą, że nie zostały wykorzystane…

naTemat.pl

 

 

 

Prawica twierdziła, że to nie Tomasz Lis stał za emisją „Miasta 44” w Niemczech. W ZDF nie mają jednak wątpliwości

Braci Karnowscy przekonywali, że Tomasz Lis nie był tym, kto najsilniej zabiegał o emisję filmu "Miasto 44" w Niemczech. Niemiecka telewizja publiczna ma jednak inne zdanie...
Braci Karnowscy przekonywali, że Tomasz Lis nie był tym, kto najsilniej zabiegał o emisję filmu „Miasto 44” w Niemczech. Niemiecka telewizja publiczna ma jednak inne zdanie… Fot. ZDF.de

„Czy Lis rzeczywiście to załatwił” – już od kilku tygodni głowiła się redakcja prawicowego portalu braci Karnowskich. Chodziło oczywiście o sprawę emisji w niemieckiej telewizji publicznej ZDF filmu Jana Komasy „Miasto 44”. Karnowscy sugerowali, iż to nieprawda, że 2 sierpnia Niemcy zobaczyli ten film dzięki staraniom Tomasza Lisa u prezes wydawnictwa Axel Sprineger Mathiasa Döpfnera. Według polskich prawicowców, ci dwaj nie mieli z emisją filmu o Powstaniu Warszawskim w Niemczech zbyt wiele wspólnego. Jakież więc musiało być dziwienie Karnowskich i spółki w niedzielny wieczór…

Wersja polskiej prawicy

WPOLITYCE.PL

o Tomaszu Lisie i jego staraniach o emisję „Miasta 44” w niemieckiej telewizji

Emisja nawet 100 polskich filmów w niemieckich mediach nie przekona nas, że repolonizacja mediów jest błędem, ale to na marginesie. Ważniejsze jest pytanie: czy Lis rzeczywiście załatwił tę emisję? Czy rzeczywiście zdecydował dobry dzień i przychylny nastrój niemieckiego wydawcy? Mamy wątpliwości. Duże. Czytaj więcej

Bracia Karnowscy przekonywali już ponad dwa tygodnie temu, że to nieTomasz Lis doprowadził do tego, iż na 2 sierpnia niemiecka telewizja ZDF zaplanowała w świetnym czasie antenowym emisję „Miasta 44”. Dowodem na to miał być fakt, iż w polskiej telewizji publicznej wcześniej wyemitowano niemiecki wojenny hit, czyli kontrowersyjny „Unsere Mütter, unsere Väter„.

Autor tego materiału o Lisie i „Mieście 44” ukrywający się pod pseudonimem Media Watch cytował dodatkowo w pełni anonimowe źródło, rzekomo „zbliżone do kierownictwa TVP”. – Na Woronicza deklaracje Lisa, że to on załatwił emisję „Miasta 44”, przyjmowane są albo z ironicznymi uśmieszkami, albo z irytacją. To czysta megalomania – miał usłyszeć portal Karnowskich od swojego rozmówcy. Pointą pozostało im więc tylko postawić pytanie „czyżby Tomasz Lis przypisywał sobie cudze zasługi?”. Dla większości prawicowców retoryczne.

Tymczasem z odpowiedzią niespodziewanie w minioną niedzielę pośpieszyła sama stacja ZDF. Emisja „Miasta 44” dzień po rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego była dla tej niemieckiej telewizji jednym z najważniejszych wydarzeń dnia. Czas antenowy poświęcono więc nie tylko na sam film Jana Komasy, lecz także materiały informacyjne, które wyjaśniały dość słabo znającym historię powstania Niemcom, dlaczego jest ono tak ważne dla stolicy Polski.

Wersja Niemców z ZDF
I tu „wielkie zaskoczenie”. Kogo dziennikarze niemieckiej ZDF przedstawiają jako tego Polaka, który zabiegał, by ich rodacy zobaczyli „Miasto 44”? Tak, to jednak redaktor naczelny polskiej edycji „Newsweeka”, który w tamtejszych wiadomościach tłumaczył między innymi, że Polacy chcą, by Niemcy zobaczyli ten film nie dlatego, by licytować się na krzywdy, a po prostu lepiej się wzajemnie rozumieć. – Chodzi o to, by pokazać, że to jest dla Polaków szalenie ważne – tłumaczył Tomasz Lis na antenie ZDF.

W przygotowanym przez Niemców materiale „Warschau 44″: Aufstand für Freiheit” jest jeszcze wypowiedź reżysera „Miasta 44”, kilku młodych warszawiaków i to wszystko. Dlaczego ZDF nie rozmawiało zatem z tymi wszystkimi, o których pisali Karnowscy…? Niech i to będzie pytaniem jedynie retorycznym.

naTemat.pl

„Chciałbym, aby Andrzej Duda był również moim prezydentem” – wywiad z Cezarym Tomczykiem, rzecznikiem rządu Ewy Kopacz

Marcin Makowski dziennikarz i publicysta, specjalista ds. marketingu

03.08.2015

„Konstytucja mówi, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny i nie ma tutaj nad czym debatować. Jeśli mówimy o związkach partnerskich, to zupełnie inna sprawa” – odpowiada Cezary Tomczyk (PO), rzecznik prasowy rządu Ewy Kopacz. O profilu ideowym partii, gospodarce, pozycji zagranicznych dyskontów w Polsce i sztafecie pokoleniowej w partii, rozmawia z Marcinem Makowskim.

 

Marcin Makowski: Platforma Obywatelska zaczynała jako partia konserwatywna ideowo. Dzisiaj, z ust premier Ewy Kopacz słyszymy, że w szeregach PO jest miejsce dla socjaldemokraty i liberała, a ona sama „nie chce żyć w państwie wyznaniowym”. Jak by dzisiaj określił Pan profil partii?

Cezary Tomczyk (PO): Myślę, ze jesteśmy tak, jak zawsze się pozycjonowaliśmy, partią liberalno-konserwatywną. Możemy myśleć o gospodarce w sposób bardziej liberalny, a o wartościach w sposób bardziej konserwatywny. W Platformie zawsze było tak, że w związku z tym, że mamy dużą strukturę i wielu liderów, oni w różnych sprawach mają inne podejście – bardziej centrowe lub liberalne. W najważniejszych wypadkach prawie zawsze udawało nam się dojść do porozumienia.

Ja widzę siebie raczej w centro-prawicy. Natomiast w tej chwili te podziały są bardzo nieostre i od 100 lat ciężko mówić o partiach w Europie w sposób jednoznaczny, bo one często w kwestiach światopoglądowych są liberalne, w sprawach gospodarki natomiast po stronie socjalnej. Teraz chodzi po prostu o to, żeby być partią, która robi dobre rozwiązania dla Polski. Brzmi to jak banał, ale jest podsumowaniem wszystkiego, co się w tym znajduje. Nie warto, żeby partia była ideologiczna tylko dlatego, że to fajna metka, np. my jesteśmy liberałami albo konserwatystami.

Czyli Platforma z różnych idei wyszukuje te rozwiązania, które są jej zdaniem dla Polski skuteczne, ale sama nie chciałaby się definiować konkretnymi łatkami politycznymi?

Nie. Platforma była zawsze formacją liberalno-konseratywną.

A czy może mi Pan powiedzieć jak możemy dzisiaj interpretować te dwa człony? W czym Platforma jest dzisiaj konserwatywna ideowo, a w czym liberalna gospodarczo? Liberalizm ideowy widać chociażby w słowach premier o państwie wyznaniowym czy ustawie o in vitro. Z drugiej strony nie ma zapowiedzi zwiększenia kwoty wolnej od podatku. Trochę to wygląda, jakby te pierwiastki się odwróciły.

W jednym i drugim przypadku zmierzamy w kierunku złotego środka. Z naszych kiedyś bardziej wyraźnie konserwatywnych poglądów wybraliśmy złoty środek w takiej postaci, że nigdy na przykład nie będziemy zwolennikami aborcji na życzenie. To jest nasza granica i mam wrażenie, że nikt z nas nigdy nie będzie miał ochoty na zmiany w tym temacie.

A co z legalizacją małżeństw homoseksualnych?

Konstytucja mówi, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny i nie ma tutaj nad czym debatować. Jeżeli mówimy o związkach partnerskich, to jest zupełnie inna materia. Ta sprawa w najbliższych latach musi znaleźć rozwiązanie, nawet jeśli mówimy tylko o formie umowy cywilno-prawnej. W tym przypadku zupełnie nie chodzi o ideowość, tylko o to, że jeżeli dwoje ludzi ze sobą żyje, to mają prawo móc odwiedzić się w szpitalu.

Z drugiej strony mamy ustawę o in vitro, która kiedyś dla wielu członków platformy była trudna, a dzisiaj w dobrym i kluczowym momencie udaje się tę ustawę uchwalić i zrobić coś dobrego dla tysięcy ludzi w Polsce. Z jednej strony są granice, których nie przekroczymy, ale kiedy stwarza się jakiś konsensus i dobre rozwiązania, jak przy ustawie o in vitro, będziemy w tę stronę iść.

Jeżeli chodzi o gospodarkę, tutaj jest podobnie. Kiedyś Platforma była bardzo liberalna, ale im dłużej ktoś jest politykiem, tym bardziej dostrzega potrzebę pomocy ludziom, którzy sami nie są sobie w stanie pomóc. Oczywiście nie przez dawanie ryby, ale raczej wędki. Z drugiej strony jednak dzisiaj PO to ostatnia tama przed populistycznymi obietnicami gospodarczymi PiSu, który jeśli zrealizuje swoje postulaty, na pewno doprowadzi Polskę do stanu drugiej Grecji. A jak wiemy, jest ona w sytuacji takiej, że jej porty są obecnie zastawione w funduszach powierniczych i każde państwo może je odkupić. Ja sobie takiej sytuacji w Polsce wyobrazić nie mogę, ale jest ona coraz bardziej realna.

Tylko widzi Pan, czasem nie trzeba być drugą Grecją, aby tracić własne porty i stocznie. Wystarczy wymienić Szczecin i Gdańsk, które za sprawą Niemiec Polska nie mogła już wspierać finansowo i doprowadzić do restrukturyzacji.

Czy Pan ostatnio zwiedzał stocznie?

Tak, urodziłem się w Szczecinie. Do tej pory miasto nie może podnieść się po tej stracie.

Ja akurat wolę się odwołać do przypadku Gdańska. Oczywiście upadek stoczni był symboliczny, ale ja jestem wielkim zwolennikiem prywatyzacji i widzę, jak ona teraz staje na nogi. Poszukuje się pięć tysięcy osób do pracy i ich nie można znaleźć – ktoś po prostu musiał się za ten biznes wziąć.

W jednym z ostatnich wywiadów powiedział Pan, że premier Ewa Kopacz „jest pierwszym samodzielnym premierem z początkami swojej profesjonalnej politycznej działalności w wolnej Polsce. Jest symbolem nowej polityki”. Nie zapomniał Pan o czymś?

Nie sądzę, ale słucham.

A epizod w ZSL? Ewa Kopacz zapisała się do Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego w stanie wojennym, co potwierdził Krzysztof Kosiński z PSL.

Widzi Pan, dla mnie kluczem jest definicja profesjonalnej działalności politycznej a nie to, że ktoś gdzieś społecznie w młodości działał lub nie. Polityczna kariera zaczyna się wtedy, kiedy zostaje się posłem i zaczyna mieć wpływ na rzeczywistość. Mieliśmy wcześniej premiera o którym można powiedzieć podobnie, to Kazimierz Marcinkiewicz, jego rodowód polityczny to również wolna Polska, tylko z jedną różnicą – on nie był samodzielny.

Czyli kilka lat w partii to nie polityka?

Ja nie znam dokładnie tamtego epizodu, ale interesuje mnie moment, w którym Pani premier weszła na stałe do świata polityki z zamiarem zmieniania świata. Ten etap rozpoczął się w wolnej Polsce.

Premier otwarcie chwali w mediach zakupy w Biedronce, dyrektor sieci dostaje państwowe odznaczenie – czy rząd ma jednak pomysł, aby podobnym wsparciem obdarzyć również polski kapitał w sektorze spożywczym? W tej chwili to tylko 11 proc. rynku.

Pamiętam jak Jarosław Kaczyński pojechał do sklepu, w którym kupił cukier za sześć złotych. Wychodząc obraził pół Polski mówiąc, że on nie pojedzie do Biedronki, bo tam kupują tylko biedni ludzie. Sam wtedy zapisałem się do grupy na Facebooku „Kupuje w Biedronce” – mam taki sklep w bloku, choć częściej wybieram Lidla.

To miłe, Instytut Monitorowania Mediów wycenił jednak ekwiwalent reklamowy wypowiedzi premier Kopacz na ponad siedem mln złotych. 

O ile się nie mylę, po wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego, magazyn Press podał liczbę 22 mln zł, tylko różnica była taka, że Ewa Kopacz zachwalała polskie owoce i warzywa, a Pan Kaczyński obraził rodaków, bo do Biedronki bogacz z Żoliborza nie pójdzie. A przecież ta sieć to największy pracodawca prywatny w naszym kraju, płaci również najwyższy CIT.

Biedronka może być chlubnym wyjątkiem, Lidl już jednak uchyla się od płacenia podatków, a swoje zaplecze rozwinął w oparciu o preferencyjne kredyty z instytucji finansowych podległych Bankowi Światowemu.

Zgadzam się z tym, że system egzekwowania należności podatkowych od firm zagranicznych powinien być w Polsce zoptymalizowany, szczegółowo na ten temat mógłby się wypowiedzieć minister finansów albo urząd skarbowy.

Powróćmy do rozgrywek politycznych. Z kandydowaniem do Sejmu żegna się Radosław Sikorski i Jan Vincent-Rostowski. Nie żal Panu ich potencjału? Wygląda na to, że po aferze taśmowej Platforma sukcesywnie traci najbardziej wyrazistych graczy.

Faktycznie, strata Radosława Sikorskiego bardzo boli, ale była ona po części również konsekwencją stylu i języka, którego używał i o którym wcześniej mówiłem. Niemniej jednak zachował się on bardzo odpowiedzialnie i w imię odpowiedzialności za stan polskiej polityki uznał on, że usuwa się w cień, aby nie prowokować w kółko tych samych dyskusji. Na miejsce najważniejszych polityków PO wchodzi już jednak nowa fala – Rafał Trzaskowski, Jarosław Wałęsa czy choćby Cezary Tomczyk. My naprawdę zmienimy styl i zaczynamy na nowo, jeszcze dwa miesiące temu nie rozmawiałbym z Panem, bo byłem posłem merytorycznym z drugiego szeregu.

Czyli mówimy o sztafecie pokoleniowej w PO?

Można tak to określić, ale najlepsze jest to, że ta zmiana przychodzi naturalnie.

Naprawdę naturalnie? Chyba jednak coś jej pomogło.

Wyciągamy wnioski, ale one są konsekwencją tego, co się stało. To nie jest zmiana pokoleniowa na papierze.

Chyba jednak należałoby powiedzieć, że zmiana jest faktyczna, a nie „naturalna”.

A kiedy zmiany są naturalne? Gdy wynikają z obiektywnych czynników takich jak np. przegrane wybory. My nie poprzestaliśmy tylko na refleksji, ale również zaczęliśmy działać.

Czuje się Pan dzisiaj frontmanem tej zmiany?

Nie, tutaj nie chodzi po prostu o to, żeby nagle starych zastąpić młodymi. Ludzie dzielą się na mądrych i głupich, uczciwych i nieuczciwych. Młodość nie jest dla nas jakością nadrzędną, chodzi raczej o wyciąganie z drugiego i trzeciego szeregu takich działaczy Platformy, którzy wcześniej pracowali u podstaw, a dzisiaj mogą wziąć odpowiedzialność za los państwa. Pod tym względem jestem dobrym przykładem tych zmian. Dla Platformy ważne jest przywództwo Ewy Kopacz, to prawdziwy lider i świetny premier.

Czy Platforma ma ewentualny plan dialogu z PiS na jakimkolwiek odcinku? Z perspektywy przeciętnego wyborcy wygląda na to, że obecna polaryzacja może się tylko pogłębiać. Mamy się przygotować na kolejne cztery lata wojny na górze?

W pewnej mierze odpowiedź na to pytanie uzyskamy po 6 sierpnia po zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy. To będzie okres kohabitacji między koalicją rządzącą a teoretycznie opozycyjnym do niej prezydentem. My jesteśmy nastawieni na na konstruktywną współpracę w imię zasad konstytucji i mimo, że nie głosowałem na Dudę chciałbym żeby był również moim prezydentem.

To dziwne, w innym Pana wywiadzie stwierdził Pan, że Andrzej Duda grzeszy pychą, a teraz słyszę o „moim prezydencie”.

To się nie wyklucza, ale po prostu w samym zachowaniu prezydenta elekta widzę dysonans. Najpierw składa on legitymację PiSu, a później odsłania autobus Beaty Szydło, życząc jej zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. A ja bym chciał, żeby on faktycznie był prezydentem wszystkich Polaków.

A Bronisław Komorowski był faktycznie ponadpartyjnym prezydentem wszystkich Polaków? Przypadkowo oczywiście finansowanym i wspieranym przez PO. To trochę wygląda jak ślepota na jedno oko.

Proszę zwrócić uwagę na pewien paradoks. Lech Kaczyński jeszcze przed katastrofą cieszył się niskim poparciem społecznym ze względu na to, że oceniany był jako prezydent partyjny. Tymczasem Bronisław Komorowski, mimo przegranych wyborów, ma większe zaufanie społeczne niż elekt. O czymś to świadczy.

Już tak na koniec, boi się Pan Pawła Kukiza? Według niego jesteście uosobieniem całego zła, które występuje obecnie w polityce. 

Nie boję się.

Dlatego, że jego poparcie maleje i powoli przestaje być groźnym przeciwnikiem? Już raz Kukiza zbagatelizowaliście.

Trudno traktować serio człowieka, który nie ma programu dla 40-milionowego kraju w centrum Europy, członka NATO i Unii Europejskiej. Takie traktowanie polityki skazuje go na śmieszność i coraz więcej osób zmienia swoje zdanie na temat poparcia udzielonego Kukizowi. Moi znajomi, którzy głosowali na Kukiza wystawiając żółtą kartkę klasie politycznej czują się zwiedzeni jego ukłonami w stronę PiS.

Wiemy, że JOWy to ważna kwestia, sami wprowadziliśmy je przecież w wyborach do Senatu oraz w prawie 2000 gmin w Polsce. Nie rozwiążą one jednak kwestii poziomu płacy minimalnej czy polityki senioralnej albo poziomu bezpieczeństwa Polski w kontekście sytuacji na Ukrainie. Jeżeli ma się w programie tylko JOWy, to co z resztą – co z wydatkami na obronność, polityką społeczną czy finansową, warto znać odpowiedź na te pytania.

Myśli Pan że głosy zwiedzonych wyborców da się jeszcze odzyskać i wygrać jesienne wybory? Ale tak szczerze. 

Mam wiarę, że te wybory można wygrać. Musimy jednak ciężko pracować, pokazywać zmiany, które teraz zachodzą w Platformie, ukazać ten pozytywny ferment, który teraz trwa. Chcemy, żeby obywatele uwierzyli nam, że polityka, którą teraz prowadzimy – to wyjście do ludzi – będzie kontynuowana. Gwarantuję Panu, że to zmiana nie do odwrócenia, a premier Kopacz wyznaczyła w tym zakresie nowy standard. Czas starej polityki minął.

Przeczytaj część pierwszą wywiadu: „Przegrana PO to kwestia złego stylu, ale potrafimy się zmieniać„.

Onet.pl

Wielowieyska pyta o SKOK, a Kowal wściekły: Jak pani mierzy te afery? To nie pani rozstrzyga, kto jest aferzystą

klep, 03.08.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,18477379,video.html?embed=0&autoplay=1
– Nie może być tak, że siedzimy razem przy kawie i wyzywamy ludzi od aferzystów! – denerwował się Paweł Kowal w „Poranku Radia TOK FM”. Dominika Wielowieyska pytała gościa o powrót Grzegorza Biereckiego, szefa SKOK, do klubu PiS.

 

Według „Wprost” senator Grzegorz Bierecki, szef SKOK i jedna z osób zamieszanych w afery wokół kas, niebawem wróci do klubu PiS, gdzie wcześniej go zawieszono. Dominika Wielowieyska pytała Pawła Kowala z Polski Razem, czy to dobra wiadomość. – Nie znam szczegółów – uciął polityk.

– Człowiek odpowiedzialny za jedną z większych afer III RP wraca do partii i pan uważa, że to dobra wiadomość? Jestem zdumiona – stwierdziła Wielowieyska. – Czysta propaganda – obruszył się Kowal. – Jak pani mierzy te afery? Poznajemy je po tym, że aferzystą nazywamy tego, kto jest przeciwnikiem politycznym? Nie zgadzam się na taki sposób rozmowy. To nie jest tak, że Dominika Wielowieyska rozstrzyga, co jest w Polsce aferą. Dziwię się, że feruje pani takie wyroki – mówił polityk.

Zobacz także

 

TOK FM

„Niemożliwy napęd” znów przeszedł testy. I działa

Michał Rolecki, 03.08.2015
EM Drive

EM Drive (emdrive.com)

EM Drive wydaje się przeczyć prawom fizyki. Ale przecież nic im zaprzeczyć nie może. Czy to oznacza, że czegoś nie wiemy? A jeśli tak, to czego?
W ubiegłym roku świat podekscytowało odkrycie „niemożliwego napędu”. Niemożliwego, bo z punktu widzenia fizyki nie powinien działać. Dokładnie tak samo, jak nie działa próba rozpędzenia się na deskorolce poprzez ciągnięcie się samemu za rękę. Albo wprawienia w ruch łodzi poprzez dmuchanie załogi w żagiel. Żaden z tych sposobów nie zadziała, bowiem przeczy zasadzie zachowania pędu. Układ zamknięty nie może sam wprawić się w ruch.Wszystkie znane napędy kosmiczne polegają na tym, że pojazd kosmiczny jest pchany siłą odrzutu (testowane niedawno żagle słoneczne wykorzystują inną zasadę – ciśnienie światła słonecznego). Z dysz statku wyrzucane są gorące gazy spalinowe albo strumień rozpędzonych w polu elektrycznym jonów. To sprawia, że sam statek porusza się w stronę przeciwną.Roger Shawyer, który pracował przez 20 lat dla firmy satelitarnej EADS Astrium, wymyślił inny sposób. EM Drive (od electromagnetic drive, czyli napęd elektromagnetyczny) również jest układem zamkniętym. Przypomina szczelnie zamkniętą mikrofalówkę o nietypowym kształcie. Składa się z komory w kształcie stożka, do wnętrza której wpuszczane są mikrofale. Shawyer twierdzi, że promieniowanie mikrofalowe zamknięte w takiej szczelnej wnęce rezonansowej jakimś sposobem wytwarza siłę ciągu skierowaną w kierunku podstawy stożka.To niemożliwe. Ale działaAle EM Drive działa.Badała go amerykańska NASA. W eksperymentach potwierdzono, że silnik daje siłę ciągu 16 miliniutonów (równoważną ciężarowi 1,6 grama). W kolejnych było to już 30 miliniutonów. Taką siłą niewiele można zdziałać na Ziemi, ale w próżni, gdzie nie ma oporów ruchu, nawet tak niewielki ciąg jest w stanie utrzymać satelitę na orbicie lub dokonać małej korekty parametrów orbity. W zeszłym roku napęd badali też naukowcy z politechniki Xi’an w środkowych Chinach i uzyskali ciąg nawet czterdziestokrotnie większy.

Teraz zaś napęd przetestował Martin Tajmar, profesor politechniki dreźnieńskiej i znów wykazał, że EM Drive działa – choć nie wiadomo, dlaczego.

Wynalazca silnika tłumaczy, że jego napęd działa, bo w grę wchodzą efekty relatywistyczne, czyli związane z prędkością fali elektromagnetycznej. Część fizyków uważa, że mimo to nic – nawet efekty relatywistyczne – nie może łamać zasady zachowania pędu.

Część fizyków skłania się ku twierdzeniu, że w grę mogą wchodzić efekty termiczne, związane z promieniowaniem cieplnym (nikt dokładnie bilansu cieplnego kontrowersyjnego napędu nie badał). Nie byłby to pierwszy przypadek, gdy niewyjaśnione zjawisko okazuje się skutkiem takich efektów.

Anomalia sond Pionieer

Dziwne z punktu widzenia fizyki rzeczy działy się też z sondami Pionieer. Wystrzelone w 1972 i 1973 r. w kierunku Jowisza i Saturna bezzałogowa sondy zachowywały się tak, jakby naruszały znane prawa fizyki. Ich trajektorie lotu różniły się bowiem od tych wyliczanych na podstawie równań. Po uwzględnieniu wszystkich sił działających na pozjazdy, okazało się, że działa na nie mała, ale całkowicie nieznana siła przyspieszająca pojazdy w kierunku do Słońca.

Rozpatrywano wiele możliwych przyczyn ich dziwnego zachowania: od błędów pomiaru, przez hamowanie przez nieznane siły grawitacyjne. Spekulowano, że z zasilających sondy radioizotopowych generatorów elektrycznych wyciekają gazy, działa na nie ciśnienie wiwatu słonecznego, nieznane pole elektromagnetyczne. Stawiano też hipotezę, że za siłą stoją nieznane dotychczas prawa fizyki.

Po dokładnym przestudiowaniu wszystkich danych okazało się, że najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem niezwykłego zachowania się sond jest asymetryczne promieniowanie cieplne z generatorów radioizotopowych. W próżni, gdzie nie ma oporów powietrza i z dala od wpływu grawitacyjnego, nawet niewielka siła może mieć wpływ na trajektorię czy prędkość pojazdu. Promieniowanie cieplne działa jak niewielka siła, ale jednak siła odrzutowa i najpewniej tak właśnie było w przypadku sond Pionier.

Fizycy sugerują, że tak może być i w przypadku EM Drive. Nie ma żadnych nieznanych praw fizyki, zasada zachowania pędu obowiązuje, a za ciąg silnika mogą odpowiadać efekty odrzutowe promieniowania cieplnego.

– W gruncie rzeczy każda latarka z żaróweczką i parabolicznym lusterkiem jest rakietą napędzaną takim silnikiem – mówił Wyborczej prof. Piotr Pierański z Politechniki Poznańskiej.

Ale czy to właśnie jest zasada działania EM Drive? Dowiemy się najpewniej za kilka lat, gdy przestanie wzbudzać kontrowersje i zostanie gruntownie przebadany w ekeperymentach.

Zobacz także

wyborcza.pl

Bierecki i bezpieczeństwo wkładów w SKOK-ach

Bianka Mikołajewska, 03.08.2015
Grzegorz Bierecki

Grzegorz Bierecki ($Fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta)

Grzegorz Bierecki uciekł od odpowiedzialności za fatalną sytuację finansową SKOK-ów, rezygnując w 2012 r. z funkcji szefa Krajowej SKOK. Wcześniej jednak – dzięki politykom PiS – zdążył zabezpieczyć własne interesy.
Niedawno głośno było o Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych (FPZK). Przez 20 lat należała ona do systemu SKOK-ów. W 2011 r. jej majątek – o wartości 65 mln zł – przejęła spółka SIN należąca do Grzegorza Biereckiego (ówczesnego prezesa Krajowej SKOK, dziś senatora PiS), jego brata Jarosława (obecnie radnego PiS w sejmiku pomorskim) i Adama Jedlińskiego (wieloletniego przyjaciela Lecha Kaczyńskiego).Dziś opisujemy w „Wyborczej”, jak ta sama spółka wraz z fundacją, której szefuje Jarosław Bierecki, przejęły kontrolę nad Towarzystwem Ubezpieczeń Wzajemnych SKOK, a tym samym – nad mniej więcej 450 mln zł, które Kasy wpłaciły do TUW na ubezpieczenie oszczędności swoich członków, i całym jego majątkiem.Do przejęcia majątku Fundacji i kontroli nad TUW SKOK przypuszczalnie by nie doszło, gdyby Kasy zostały wcześniej objęte państwowym nadzorem. Ale ustawę o SKOK-ach z 2009 r. wprowadzającą taki nadzór prezydent Lech Kaczyński skierował do Trybunału Konstytucyjnego. Weszła w życie dopiero w 2012 r. Posłowie PiS podjęli jednak kolejny wysiłek, by ją obalić – znów kierując do Trybunału. W ubiegły piątek orzekł on, że państwowy nadzór nad Kasami jest zgodny z konstytucją.Politycy PiS usiłowali również zablokować nowelizację ustawy o SKOK-ach dającą im gwarancje Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (w przypadku bankructwa Kasy BFG wypłaca jej klientom oszczędności do 100 tys. euro). Poseł PiS Jerzy Szmit, przez wiele lat związany ze SKOK-ami, wnioskował we wrześniu 2012 r., by prace nad nowelizacją odłożyć do czasu, aż Trybunał Konstytucyjny rozpatrzy wniosek posłów PiS dotyczący ustawy o SKOK-ach. Bierecki i jego współpracownicy przekonywali w tym czasie w mediach, że żadne zewnętrzne gwarancje bezpieczeństwa nie są Kasom potrzebne, bo ubezpieczają się one w TUW SKOK.Dziś już wiadomo, że pieniądze zgromadzone w TUW SKOK nie wystarczyłyby nawet na wypłatę oszczędności klientom pierwszej Kasy, która ogłosiła upadłość – SKOK-u Wspólnota. BFG zwrócił im około 900 mln zł, a członkom kolejnego bankruta, SKOK-u Wołomin – ponad 2,2 mld zł.Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Andrzej Jakubiak mówił w Sejmie wprost, że gdyby Platforma Obywatelska nie przeforsowała ustawy dającej Kasom gwarancje BFG, system SKOK-ów już by dzisiaj nie istniał. Upadek pierwszej Kasy, której klientom nie zwrócono by pieniędzy, wywołałby panikę wśród klientów innych Kas. Nie wytrzymałyby masowych wypłat.Dla piewców rządów Grzegorza Biereckiego w Kasach i obrońców „starego porządku” boleśniejsza jest chyba inna prawda. Że dobro i stabilność Kas, o których tak często mówią ludzie z ekipy Biereckiego, są im w rzeczywistości obojętne. Gdyby tak nie było, TUW SKOK, nad którym przejęli kontrolę, nie wypowiedziałby Kasom umów ubezpieczenia oszczędności kilka miesięcy przed objęciem ich gwarancjami BFG.

Zobacz także

uciekłOdOdpowiedzialności

wyborcza.pl

Zbigniew Stonoga trafi do więzienia. Rok za kratkami za oszustwo

Mariusz Jałoszewski, 03.08.2015
Zbigniew Stonoga

Zbigniew Stonoga (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Skazany 16 razy przez sąd handlarz samochodami Zbigniew Stonoga ma zgłosić się do więzienia, by odsiedzieć wyrok za oszustwo. – Ja się was śmiecie nie boję – skomentował wezwanie sądu.
Zbigniew Stonoga do więzienia na warszawskiej Białołęce ma stawić się 31 sierpnia, by odsiedzieć tam rok więzienia za oszustwo.Chodzi o sprzedaż samochodu Lexus w jego komisie na Białołęce w 2009 r. Samochód do sprzedaży wstawiła mu klientka. Liczyła, że dostanie za niego ok. 70 tys. zł. Komis Stonogi sprzedał jednak auto za ok. 50 tys. zł. Kobieta nie dostała pieniędzy.Stonoga chciał, by obniżyła cenę. Zarzucał jej, że auto było po wypadku. Potem okazało się jednak, że w komisie uszkodzono skrzynię biegów, a Stonoga tym samochodem pojechał aż do Francji. W czerwcu tego roku uprawomocnił się wyrok skazujący Stonogę za lexusa.Obrońca Zbigniewa Stonogi chciał wstrzymać wykonanie kary, ale sąd wniosku nie uwzględnił. Decyzja jest niezaskarżalna. Stonoga złożył więc kolejny wniosek o odroczenie wykonania kary. Sąd go rozpozna 30 września.- Ten wniosek nie wstrzymuje jednak wykonania wyroku – informuje biuro prasowe Sądu Okręgowego Warszawa-Praga.Jeśli Stonoga sam nie stawi się w więzieniu, to sąd zleci policji doprowadzenie go do więzienia.Kim jest Zbigniew StonogaO Zbigniewie Stonodze głośno zrobiło się w czerwcu, gdy na swoim profilu na Facebooku zamieścił fotokopie akt śledztwa w sprawie nielegalnego podsłuchiwania polityków przez kelnerów. Za to ma postawione zarzuty.

Stonoga – tokarz z wykształcenia, dawny współpracownik Samoobrony – to częsty klient prokuratur i sądów. Tylko w sądach i prokuraturach dla prawobrzeżnej Warszawy miał 140 różnych spraw, w których występuje w różnej roli.

Do tego dochodzą liczne sprawy w innych sądach i prokuraturach. Najnowsze dwa śledztwa są w stolicy. Jedno dotyczy znieważenia w czerwcu tego roku sędzi, która prowadzi jego sprawę karną.

Drugie sprzedaży w styczniu tego roku na Facebooku akcji spółki Uboat – Line. Zawiadomienie w tej sprawie złożyła Komisja Nadzoru Finansowego. Śledztwo jest w sprawie, nikt nie ma zarzutów.

Od prokuratury do prokuratury

Stonoga ma bogatą kartotekę karną. Prawomocnie został skazany 16 razy. Po raz pierwszy w 2000 r. za oszustwo. W 1996 r. wziął 800 tys. zł pożyczki w Banku Śląskim w Oleśnie. Jako zastaw przedstawił dużą księgę. Miał to być mszał gregoriański cesarza bizantyjskiego Konstantego VII Porfirogeneta napisany w latach 900-930, wart 2,5 mln zł, co potwierdzała ekspertyza. Okazał się tylko rosyjską księgą liturgiczną z 1815 r. wartą 1,5 tys. zł. Wyrok – cztery lata więzienia.

W 2004 r. znowu trafił do aresztu. Wtedy toczyło się kilka śledztw, w których podejrzewano Stonogą np. w sprawie oszustw paliwowych. Wożono go od prokuratury do prokuratury. Złą passę przerwało uznanie Stonogi za wiarygodnego informatora przez prokuraturę apelacyjną w Białymstoku, która za czasów rządu PiS szukała tzw. Grupy Trzymającej Władzę; która miała stać za aferą Rywina.

Stonoga operatorem policji

Prokuratura nie chce powiedzieć, czy Stonoga miał cenne informacje – śledztwo w sprawie grupy w końcu umorzono. Jego zeznania wykorzystano jednak do sporządzenia dwóch aktów oskarżenia w sprawie lokalnych grup przestępczych. Potem już na wolności jeszcze za czasów ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który był wtedy szefem prokuratury, Stonoga jako tzw. operator policji pomógł zatrzymać skorumpowanego prokuratora.

Śledczy odwdzięczyli mu się za pomoc. Wnosząc w jego imieniu kasację do Sądu Najwyższego, doprowadzili do uchylenia wyroku więzienia za niespłacone przez niego karty kredytowe. Część spraw, za które trafił do aresztu zakończyło się uniewinnieniem w sądach.

Ale potem znowu Stonoga wszedł w konflikt z wymiarem sprawiedliwości. I tak dziś ma swojej kartotece karnej skazania m.in. za pomówienia i znieważania funkcjonariuszy publicznych, oszustwa. Sądy karały go grzywnami lub wyrokami w zawieszeniu.

Powstaje Stonoga Partia Polska

Do wykonania ma jeszcze jeden prawomocny wyrok pół roku więzienia za posłużenie się przed kilkunastu laty podrobionymi fakturami. Posiedzenie w sprawie wykonania tego prawomocnego wyroku odroczono do połowy września, by dać czas Stonodze na uzupełnienie dokumentacji medycznej (powołuje się on na problemy ze zdrowiem).

Problemy ze zdrowiem nie przeszkadzają mu jednak prowadzić promocji swojej osoby i kampanii wyborczej. Pod szyldem partii Stonoga chce zarejestrować swoich kandydatów do Sejmu, m.in. Danutę Hojarską z Samoobrony. Często jeździ na spotkania po Polsce i za granicę.

Wyrok? „Ja się was śmiecie nie boję”

Co ciekawe, Stonoga oficjalnie nie ma majątku. W oświadczeniach do sądu podawał, że mieszka w domu należącym do jego syna.

Stonoga kreuje się za ofiarę systemu, co wielu jego fanów kupuje, lajkując jego stronę na Facebooku. Zapewne pomocny jest w tym jego prosty i wulgarny przekaz.

Wezwanie do więzienia skomentował tak: „Posłuchajcie sądowo-polityczne prostytuty ja się was śmiecie nie boję i nie zamierzam się uspokoić jak radzą mi głuche telefony z ABW (numer tel 0000) myślę tylko skąd wynająć tym razem skutecznych adwokatów z Czeczenii czy z Afganistanu…”.

Zobacz także

stonogaMaSięStawić

wyborcza.pl

Stonoga przedstawił jedynki na swoich listach do parlamentu. Wśród nich Hojarska i zbuntowany policjant…

past, 03.08.2015
Była posłanka Samoobrony Danuta Hojarska, Kamil Całek – policjant, który w marcu zasłynął tym, że publicznie mówił o powodach odejścia ze służby – to niektórzy z 41 liderów list KKW Zbigniewa Stonogi, którzy chcą kandydować do Sejmu.
Danuta Hojarska | Zbigniew Stonoga

Danuta Hojarska | Zbigniew Stonoga (DOMINIK WERNER / ADAM STĘPIEŃ)

 

Stonoga Partia Polska – tak nazywa się ugrupowanie, które Zbigniew Stonoga chce wprowadzić do parlamentu. W niedzielę zamieścił on na Facebooku nazwiska, a także maile i numery telefonów liderów list do Sejmu.

Liderem w okręgu wrocławskiego jest Kamil Całek – były policjant, który zasłynąłgłośnym odejściem ze służby kilka miesięcy temu. Jako powód podawał „skandaliczne wydarzenia z udziałem policji”, a sam siebie nazywał „twarzą rewolucji” w tej służbie.

Już wtedy wywiad o powodach odejścia ze służby przeprowadził z nim właśnie Stonoga.

szanowniPaństwo

„Danka, wracasz na Wiejską”

O tym, że na listach Stonogi może znaleźć się też była posłanka Samoobrony, mówiło się już wcześniej. – Zbyszek zadzwonił do mnie i rzucił hasło: „Danka, wracasz na Wiejską” – powiedziała sama Hojarska w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”.

Hojarska była posłanką z list Samoobrony przez dwie kadencje, w latach 2001-2007. Nie uzyskała mandatu w kolejnych wyborach, a później wycofała się z polityki „z powodów zdrowotnych”. Obecnie jest sołtysem wsi Lubieszewo.

Była posłanka ma na koncie dwa wyroki. W 2002 roku skazano ją na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata za sfałszowanie przepustki do aresztu, w którym przebywał jej syn. Rok później dostała wyrok półtora roku w zawieszeniu za przywłaszczenie maszyn rolniczych, kupionych z kredytu. Oba wyroki uległy zatarciu.

„Na jesieni będzie trzęsienie ziemi”

Wśród liderów list Stonogi znajduje się wielu młodych ludzi, aktywnych w portalach społecznościowych. „Na jesieni będzie trzęsienie ziemi” – zapowiada jeden z nich pod wspólnym zdjęciem ze Stonogą.

naJesieni

Z kolei kandydatka z okręgu nowosądeckiego, Barbara Kleszyk, cytuje na swojej stronie na Facebooku ksenofobiczne hasła z manifestacji antyimigracyjnej: „Ewo Kopacz chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj!”.

takbyłoWSobotę

takbyłowSobotę1

Nazwisko Stonogi w 61 sprawach

Zbigniew Stonoga to przedsiębiorca, od lat toczy prywatną wojnę z rządem i policją.Głośno zrobiło się o nim w 2012 r., gdy stwierdził, że przez nieudolność skarbówki stracił 1,9 mln zł.

Na prowadzonym przez siebie salonie samochodowym wywiesił wulgarny baner o treści: „Wypier…ł nas Urząd Skarbowy W-Wa Targówek na kwotę 1 900 000 złotych. Dziękujemy ci, zasrany fiskusie”.

W przeszłości Stonoga był asystentem polityków Samoobrony. Według „Gazety Wyborczej” od 2006 r. jego nazwisko – głównie w roli pozwanego o zapłatę jako dłużnik lub oskarżony – widnieje w aktach 61 spraw.

O Stonodze znów zrobiło się głośno, gdy w czerwcu opublikował na Facebooku 20 tomów akt ze śledztwa prokuratorskiego ws. afery taśmowej. Stonodze postawiono zarzut bezprawnego upubliczniania informacji z postępowania dotyczącego podsłuchów, otrzymał też zakaz opuszczania kraju.

Pod koniec czerwca uprawomocnił się wyrok skazujący Zbigniewa Stonogę na rok bezwzględnego więzienia bez możliwości zawieszenia kary.

 

gazeta.pl

Pogrzeb Jana Kulczyka. Msza żałobna odbędzie się w kościele Karmelitów

sewek, 02.08.2015
Znamy szczegóły pogrzebu Jana Kulczyka. Podczas mszy żałobnej, która odbędzie się w najbliższą środę, Wzgórze św. Wojciecha będzie zamknięte dla aut, a do kościoła wejdą tylko rodzina zmarłego biznesmena i zaproszeni goście.
Jan Kulczyk

Jan Kulczyk (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Takie informacje zamieścił zakon karmelitów w Poznaniu na swojej stronie internetowej. To właśnie w kościele pod wezwaniem św. Józefa, należącym do zakonu, w środę 5 sierpnia o godz. 11.30 odbędzie się msza pogrzebowa Jana Kulczyka. Odprawi ją ojciec Ryszard.Do kościoła na mszę będą mogli wejść tylko członkowie rodziny Jana Kulczyka oraz zaproszeni goście. Dla pozostałych uczestników pogrzebu będą przygotowane dodatkowe miejsca pod kościołem.Jan Kulczyk spocznie w grobie rodzinnym obok swojego ojcaPo mszy uczestnicy uroczystości pogrzebowej przejadą na Jeżyce, gdzie Jan Kulczyk spocznie na cmentarzu przy ul. Nowina. Jednak kościół na Wzgórzu św. Wojciecha „ze względów bezpieczeństwa” będzie zamknięty aż do godz. 13.30. Karmelici poinformowali też, że „tego dnia całe wzgórze będzie zamknięte dla ruchu kołowego”.Zobacz też: Pogrzeb Jana Kulczyka. Urzędnicy i policja nic nie wiedząJan Kulczyk zmarł w minionym tygodniu wskutek powikłań po zabiegu chirurgicznym. Jego śmierć odbiła się szerokim echem nie tylko w Poznaniu, ale w całej Polsce. Kulczyk pochodził z Bydgoszczy, ale to w Poznaniu kończył studia i rozkręcał swoje pierwsze biznesy, od wielu lat otwierał listę najbogatszych Polaków.Kim był Jan Kulczyk? Przeczytaj sylwetkę najbogatszego Polaka.

pogrzebKulczyka

gazeta.pl

Prawicowy bloger i dziennikarz pracował przy kampanii Dudy. Teraz tłumaczy: „Jak by mnie się ktoś spytał…”

WB, 03.08.2015
Prawicowy bloger odpowiadał za media społecznościowe w kampanii Andrzeja Dudy. Nie byłoby w tym nic dziwnego (inny bloger odpowiada za kontakty Dudy z mediami), jednak Paweł Rybicki przez ten czas pozostawał także felietonistą „Gazety Polskiej”, gdzie chętnie krytykował Bronisława Komorowskiego. Bloger tłumaczy, że pracy dla Dudy nie ujawniał, bo… „nikt nie pytał”.
Andrzej Duda | Paweł Rybicki

Andrzej Duda | Paweł Rybicki (JAKUB OCIEPA | Twitter)

 

Paweł Rybicki, znany też jako bloger Rybitzky, od stycznia tego roku pracował dla sztabu Andrzeja Dudy, gdzie m.in. prowadził na Twitterze konto sztabu wyborczego kandydata PiS. Sprawa wyszła na jaw przy okazji wykładu Rybickiego w waszyngtońskim The Institute of World Politics.

sinceJanuary

 

 

Równolegle Rybicki pisał do „Gazety Polskiej Codziennie” i Niezależnej.pl felietony, w których krytykował prezydenta Bronisława Komorowskiego i chwalił kampanię Andrzeja Dudy.Bloger pojawił się także podczas spotkania Komorowskiego z mieszkańcami Warszawy, gdzie podsunął do podpisania książkę krytyczną wobec prezydenta. Później w felietonie „Prezydent i zwykli Polacy” opisywał spacery warszawskimi ulicami: „Obie te wyprawy skończyły się dla Komorowskiego wizerunkowymi wpadkami. Prezydent nie potrafił odpowiedzieć na poważne pytania zadawane mu przez różnych ludzi (w tym przeze mnie)”, a także: „Teraz jego sztab szuka winnych – i znajduje tych samych co zawsze: przebiegłych PiS-owców. Zdaniem ludzi prezydenta to PiS rozmieścił na trasie spaceru swoich ‚agentów'”.„Nie jest żadną zbrodnią wygłaszanie swoich opinii”Gdy na Twitterze pojawiły się doniesienia o „podwójnej roli” Rybickiego, bloger tłumaczył, że nie pisał o swoim udziale w kampanii Andrzeja Dudy, ponieważ… nikt go o to nie pytał.wieszJednocześnie stwierdził, że od lutego nie pracuje dla żadnej redakcji, a w „GPC” jedynie pisze felietony i będzie je pisał nadal, „bo nie jest żadną zbrodnią wygłaszanie swoich opinii”.tamTylko

Zobacz także

prawicowy

gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: