Uczty (03.08.2015)

 

EcoNaPoniedziałek

Zbyszek Cybulski zagra w nowym filmie we Wrocławiu. „Dziś to możliwe”

Magda Piekarska, 03.08.2015
Zbyszek Cybulski

Zbyszek Cybulski (TADEUSZ ROLKE / AGENCJA GAZETA)

Zbyszek Cybulski będzie przewodnikiem historii, którą kręci we Wrocławiu Janusz Zaorski. – To nie przypadek – zagrał w dziesięciu zrealizowanych we Wrocławiu filmach, a także przez swoją tragiczną śmierć stał się postacią ikoniczną dla tego miasta. A dzięki możliwościom, jakie daje animacja komputerowa, jego postać ożyje na ekranie – mówi reżyser.
Magda Piekarska: Na Nowe Horyzonty prowadzi pana sentyment do festiwalu czy do Wrocławia? Janusz Zaorski: Jedno i drugie. Nowe Horyzonty znam jeszcze z czasu cieszyńskich edycji. A spacerując po Wrocławiu mam rodzaj déja vu. Przecież tu zaczynałem – 45 lat temu, filmem „Uciec jak najbliżej”. Miałem 22 lata, kiedy mój szkolny film zauważył Tadeusz Konwicki. I byłem przeszczęśliwy, kiedy zaproponował mi fabularny debiut. Scenariusz napisał zresztą wrocławianin Zygmunt Lech, który później skończył łódzką Filmówkę.”Uciec” było fabularnym debiutem nie tylko dla mnie – tym filmem swoją przepustkę do kina dostał też Edward Kłosiński. I obaj nie wiedzieliśmy, na ile nas stać. Kiedy dziś oglądam ten film, wydaje mi się, że nie zdecydowałbym się na ten scenariusz, a na pewno nie zrealizowałbym go w ten sposób, pracując nad nim w biegu, na planie nanosząc poprawki w scenariuszu – z pierwotnego tekstu zostało może 20 procent. Ale wtedy miałem bezkompromisową odwagę młodości. I byłem kompletnie nieświadomy niebezpieczeństw, jakie na mnie czyhały.

Przez ten film poznawał pan wrocławskie plenery?

– Tak. Chociaż akcja zgodnie ze scenariuszem zaczyna się w miejscowości Piątek, w geograficznym centrum Polski. To stąd wyrusza bohater Bartek (Jerzy Góralczyk) ze znakami drogowymi do małej miejscowości, przy granicy z ówczesną Czechosłowacją. I na miejscu okazuje się, że przywiózł znaki zakazu i nakazu, zamiast ostrzegawczych, więc wraz z kierowcą musi ruszyć w powrotną drogę. 90 proc. zdjęć powstało we Wrocławiu i okolicach. Ale przede wszystkim zapamiętałem kabinę ciężarówki. Było lato stulecia, które w Polsce zdarza się raz na trzy lata, a kabinę dodatkowo grzały reflektory. Efekt był taki, że wewnątrz temperatura sięgała 60 stopni Celsjusza. Aktorzy omdlewali z tego gorąca, co pół godziny trzeba było robić przystanek i się chłodzić. Zdjęcia do „Awansu” i „Partity na instrument drewniany” powstawały już w hali zdjęciowej. A w międzyczasie dwa filmy telewizyjne – „Kaprysy Łazarza” i „Chleba naszego powszedniego” – miały tu już tylko postprodukcję.

Jaki był wtedy filmowy Wrocław?

– Wszyscy żyliśmy filmem na Wystawowej, tym bardziej że mieszkaliśmy w hotelu na terenie wytwórni. Zgodnie zresztą z tym, co kiedyś powiedział Rafał Marszałek, krytyk filmowy, pytany o najważniejszy film o pracy – że to „8 i 1/2” Felliniego. Bo praca w filmie trwa 24 godziny na dobę.

Wrocławska WFF miała rodzaj genius loci?

– Jeśli miała czakram, to mieścił się w bufecie. Zawsze tam siedzieli Sylwester Chęciński i Stanisław Lenartowicz, dwaj wspaniali koledzy po kamerze. Lenartowicz był opiekunem artystycznym mojego debiutu, z Chęcińskim przyjaźnię się do dziś. Ten wrocławski adres bardzo mi pasował – lepiej kręci się filmy z dala od domu, rodziny, przyjaciół, rozmaitych instytucji. A we Wrocławiu można było od tego wszystkiego się oderwać. W dodatku w tamtych czasach bez telefonów komórkowych, faksu i teleksu, a telefony do Warszawy trzeba było zamawiać i czekać dwie godziny na połączenie. To dawało wolność i szansę na skupienie się na pracy.

ZBYSZEK CYBULSKI, ANIA DYMNA…59 LAT W WYTWÓRNI FILMOWEJ

W dodatku otaczali mnie prawdziwi pasjonaci. Bo żeby reżyser był nie wiem jakim perszeronem, to sam nie pociągnie tego wozu z węglem pt. film fabularny. Pierwszy film montowałem z Krysią Komosińską, która robiła też „Rękopis znaleziony w Saragossie” z Hasem. Którejś nocy przyśniło mi się inne rozwiązanie sceny, którą już zmontowaliśmy. Zadzwoniłem do niej, żeby przyjechała natychmiast, święcie przekonany, że jest już rano. Po czym ku przerażeniu odkryłem, że to dopiero środek nocy, a dokładnie trzecia. Krysia jednak przyjechała i do ósmej scenę mieliśmy już gotową. Wiedziała pewnie, że to nie był wyskok pijanego filmowca, ale autentyczna potrzeba. Trzeba było zanotować tę myśl, żeby nie uleciała.

Tutaj debiutant miał luksusowe warunki – najlepsi z najlepszych czekali na nas z otwartymi ramionami. A wytwórnia była wizytówką miasta, dbało się o nią, władzom na niej zależało. Proponowano mi nawet, żebym tu zamieszkał, ale urodziło mi się dziecko, a żona słysząc o perspektywie przeprowadzki, zagroziła rozwodem.

A atmosfera?

– To była najmniejsza z polskich wytwórni. Pamiętam śniadania u legendarnej pani Waci, która smażyła nam jajecznice. I pytała: – Pieprzymy, panie reżyserze? – spłoniona jak burak. A ja odpowiadałem: – Pieprzymy, pani Waciu. I solimy też.

Dopieszczała nas, robiła kanapeczki, rozmaite potrawy, a na wszelki wypadek trzymała flaszki z wysokoprocentowym płynem. Ta wytwórnia to była wielka filmowa rodzina. Skończony film był świętem, które trzeba było uczcić. I było to wielkie wspólne przeżycie, żadna libacja. Ale trzeba pamiętać, że wtedy fabuła to było ponad pięćdziesiąt dni zdjęciowych, nie tak jak dziś – góra 28. Całość realizacji trwała rok. Wystarczająco, żeby się poznać, zakochać, wziąć ślub, a nawet i się rozwieść.

Dziś jest inaczej?

– Nie ma wątpliwości: to se ne vrati. Przy jednym z moich ostatnich filmów uprosiłem producenta, żeby zorganizował bankiet na zakończenie. I okazało się, że przy suto zastawionych stołach spotkało się kilka osób. Bo oświetlacze byli z Łodzi, rekwizytorzy z Wrocławia itd. i większość rozjechała się do swoich zajęć. Szkoda, bo kiedyś plan filmowy to było coś więcej niż praca.

Z drugiej strony jest łatwiej – są lepsze materiały, wyspecjalizowane firmy, animacją komputerową można dorobić coś, czego zabrakło w kadrze.

A kiedyś jak się czarowało?

– Sposobem. Musieliśmy udawać, używać podróbek. Byle jakie spodnie udawały dżinsy, a maluch samochód. Ale magia filmu i pasja ludzi sprawiały, że udawało się oszukać widownię – talentem, pracowitością, sprytem. Potem na festiwalach słyszałem pytania: „Jak to zrobiłeś, musiałeś mieć hollywoodzki budżet!”. I odpowiadałem: sposobem, sposobem.

A teraz wraca pan do Wrocławia. I to nie tylko na festiwal. – Po 45 latach od mojego debiutu w wytwórni okazałem się tym, który opowie jej historię. Robię film – „Pokolenia” – który podsumowuje jej dorobek. Mam nadzieję, że pokażę go tutaj za rok. Część materiału już nakręciłem – przez dwa dni w rynku, przed ekranem, na którym podczas festiwalu są wyświetlane filmy.To będzie dokument?

– Raczej hybryda różnych form, rodzaj eksperymentu. Dostałem propozycję z wrocławskiego Centrum Technologii Audiowizualnych – zaproponowano mi film, który uczci 60-lecie WFF. Dostałem scenariusz, ale go poważnie przerobiłem. Bo pomysł był tradycyjny – wywiady, gadające głowy. A ja starałem się znaleźć do tej rocznicy oryginalny klucz.

I gdzie pan go znalazł?

– W filmach, jakie tu powstawały przez lata. Postanowiłem opowiedzieć także historię WFF, ale przede wszystkim historię Polski poprzez cytaty z filmów zrealizowanych na Wystawowej. Układam je chronologicznie, ale nie pod względem dat produkcji, ale czasu filmowej akcji – od 1939 roku do współczesności. Dużo nie mogę zdradzić, ale pierwsza scena zostanie zaczerpnięta z „Pokolenia” Wajdy, które było zresztą pierwszym filmem zrealizowanym tutaj. Zbyszek Cybulski, Tadeusz Łomnicki, Ryszard Ber i Roman Polański grają nożami w pikuty i widzą hitlerowski pociąg z węglem.

ZBYSZEK CYBULSKI Z MARILYN MONROE? POMYSŁ NA MARKĘ MIASTA

Potem będą sceny z okresu wojny (np. „Giuseppe w Warszawie” Lenartowicza), czas tuż po jej zakończeniu (m.in. „Popiół i diament” Wajdy, „Nikt nie woła” Kutza), pociąg wiozący przesiedleńców w „Samych swoich”, czas stalinizmu („Dreszcze” Marczewskiego), rok 1968 („Marcowe Migdały” Piwowarskiego i „Indeks” Kijowskiego), stan wojenny w „Ostatnim promie” Krzystka.

Wymieniam tylko garść tytułów, ale do „Pokoleń” trafią cytaty z kilkudziesięciu. Jestem na etapie przeglądania, wybierania fragmentów. A przy okazji odświeżam sobie pamięć i zachwycam się na nowo.

To będzie fabuła ze zbiorowym bohaterem?

– Nie do końca. Zbyszek Cybulski będzie przewodnikiem po tej historii, rodzajem ciccerone. To nie przypadek – zagrał w dziesięciu zrealizowanych we Wrocławiu filmach, a także przez swoją tragiczną śmierć stał się postacią ikoniczną dla tego miasta. A dzięki możliwościom, jakie daje animacja komputerowa, jego postać ożyje na ekranie.

* Janusz Zaorski, ur. 1947, scenarzysta, reżyser, producent filmowy. Wyreżyserował m.in. „Awans”, prezentowaną na tegorocznej edycji Nowych Horyzontów „Matkę Królów”, „Baryton”, „Jezioro Bodeńskie” i „Piłkarskiego pokera”. Pięć pierwszych filmów w jego karierze powstało we wrocławskiej WFF.

Warto przeczytać: „Cześć, starenia!” – opowieści o idolu swego pokolenia Zbigniewie Cybulskim >>

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

Radio Maryja nie czuje się winne. „Mamy do czynienia z działaniami przeciwko wolności słowa”

Michał Wilgocki, 03.08.2015
O. Piotr Dettlaff CSsR, poseł PiS Andrzej Jaworski

O. Piotr Dettlaff CSsR, poseł PiS Andrzej Jaworski (fot. SŁAWOMIR KAMIŃSKI, DOMINIK SADOWSKI)

Prokuratura sprawdza, czy w Radiu Maryja w ubiegłym tygodniu doszło do znieważenia prezydenta. Rozgłośnia w tej sprawie nie czuje się winna, a poszkodowana.
Radio Maryja, „Aktualności dnia”, ubiegły piątek, kilkanaście minut po godz. 13. Prowadzący audycję o. Piotr Detlaff zapowiada pierwszy temat i gościa – to Andrzej Jaworski, poseł PiS, przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. przeciwdziałania ateizacji Polski.– Po tym jak ustępujący prezydent podpisał barbarzyńską ustawę o in vitro, odbyły się w Radiu Maryja „Rozmowy Niedokończone” z telefonicznym udziałem słuchaczy. Tej audycji przysłuchiwali się dziennikarze Gazety Wyborczej, którzy stwierdzili, że w tym programie rzekomo obrażono prezydenta Bronisława Komorowskiego – mówi o. Detlaff.Przypomnijmy – w programie emitowanym w nocy z 27 na 28 lipca słuchacze atakowali prezydenta za podpisanie ustawy o in vitro. Mówili, że jest gorszy od Hitlera, że jest rosyjskim agentem ukraińskiego pochodzenia, że ma oficera prowadzącego, albo że „nadaje się do szamba”. Wszystko przy aprobacie prowadzącego audycję redemptorysty. Kiedy sprawę opisała „Wyborcza”, prokuratura w Toruniu wszczęła postępowanie przygotowawcze. Sprawdza, czy nie doszło do znieważenia głowy państwa.- Działanie bardzo szybkie, intensywne. My bardzo często narzekamy na opieszałość polskich sądów, prawników, prokuratury, a tu proszę, można jakąś sprawę załatwić w tempie ekspresowym – stwierdził w „Aktualnościach dnia” o. Detlaff.

– Dokładnie jest tak jak ojciec mówi – przytaknął mu Jaworski. I wymienił przykłady, w których on sam, a także inne organizacje wielokrotnie zgłaszały przypadki obrazy uczuć religijnych czy obrażania (za życia lub już po śmierci) prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

– Mamy do czynienia z sytuacją, że po audycji, która miała charakter otwartego studia, mikrofonu, wystarczy, że jeden dziennik napisze swoje przemyślenia na ten temat, przemyślenia, które jak zawsze są w kierunku antychrześcijańskim, przeciwko Radiu Maryja i słuchaczom i natychmiast z urzędu prokuratura podejmuje działania. Co jest pokazaniem, że w Polsce mamy do czynienia z podziałem na równych i równiejszych – mówił poseł Jaworski.

– Warto przypomnieć, że dochodziło w wypowiedziach publicznych do rzeczy znacznie gorszych, mówił dalej poseł. Mieliśmy kilka lat temu na jednym z portali „Gazety Wyborczej” wpis wzywający do zabicia ojca Rydzyka. Nawet tak skandaliczny wpis nie był przez prokuraturę ścigany. Po kilku latach sprawa się powtórzyła i prokuratura nic z tym faktem nie zrobiła.

– Nawet przy umorzeniu napisano, że to niska szkodliwość czynu – dodał ojciec Detlaff.

Poseł Jaworski w tej sprawie powiedział tylko część prawdy. Rzeczywiście, na forum portalu Wyborcza.pl pod jednym z tekstów z 2012 r. pojawił się skandaliczny wpis, który został usunięty zaraz po zgłoszeniu go administracji. Prokuratura wszczęła w tej sprawie śledztwo, które później umorzyła. Zgłoszenie o popełnieniu przestępstwa złożył Ryszard Nowak, przewodniczący Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami.

Prokuratura tłumaczyła, że nie mogła skontaktować się z pokrzywdzonym o. Rydzykiem. Akta sprawy zostały przeniesione z Warszawy do Prokuratury Rejonowej Toruń-Zachód. – Wróciły z wiadomością, że o. Rydzyk „nie ma czasu na branie udziału w postępowaniu i nie czuje się osobą pokrzywdzoną” – powiedział wówczas PAP prokurator Przemysław Nowak.

W sprawie znieważania prezydenta Komorowskiego, poseł Jaworski przerzucał też odpowiedzialność na słuchaczy.

– Czasem ktoś dzwoni i świadomie, celowo, albo przez przypadek doprowadza do sytuacji, która może być dwuznaczna, albo wręcz niewłaściwa. Mamy wtedy do czynienia z sytuacją, która jest znana na całym świecie, że to ta osoba bierze odpowiedzialność za to, co mówi, a nie ten, kto tego typu informacje wyłącznie przekazuje, ponieważ nie kontroluje, kto i z jakim tematem zadzwoni – mówił poseł.

Radio Maryja, podobnie jak inne radiostacje, ma jednak narzędzia by z tym walczyć – choćby system identyfikacji słuchaczy czy narzędzie pozwalające wyciąć kilka sekund z programu na żywo.

Końcówka audycji. O. Detlaff komentuje: – Po raz kolejny mamy do czynienia z działaniami przeciwko wolności słowa, funkcjonowania mediów w naszej ojczyźnie. Pytanie zasadnicze – kiedy będziemy u siebie, kiedy będziemy gotowi o sprawach Polski rozmawiać po polsku, będąc zatroskani o przyszłość naszej ojczyzny? Bo przecież ta troska towarzyszy naszym spotkaniom na antenie Radia Maryja.

Jaworski tłumaczył, że trwa nagonka, której celem jest odciągnięcie niektórych słuchaczy od toruńskiej rozgłośni – nie tych zadeklarowanych, ale takich, którzy „jeszcze się wahają”.

– I niestety bardzo często się to udaje, ponieważ, jeżeli to jest zmasowany atak, a temat jest podchwytywany przez wiele prywatnych rozgłośni, dzienników, portali, to zgodnie z tą zasadą, że jeżeli będzie się kogoś obrzucało błotem, to coś przylgnie – stwierdził Jaworski.

Zobacz także

WRadiuMaryja

wyborcza.pl

Dudatour przed wyborami

Małgorzata Bujara, 03.08.2015
Andrzej Duda podczas kolejnego objazdu po kraju ma zawitać do sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie, gdzie w maju uroczystości kościelne zamieniły się w wiec poparcia dla kandydata na prezydenta  (na zdjęciu)

Andrzej Duda podczas kolejnego objazdu po kraju ma zawitać do sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie, gdzie w maju uroczystości kościelne zamieniły się w wiec poparcia dla kandydata na prezydenta (na zdjęciu) (JERZY CHABA)

Oficjalnie, by dziękować za wybór. Ale tak naprawdę prezydent Andrzej Duda będzie jeździł po kraju i wspierał kampanię PiS.
Na razie są tylko wstępne ustalenia bez dokładnych dat. Szczegóły będą ustalane już po zaprzysiężeniu Andrzeja Dudy, czyli po 6 sierpnia.- Myślę, że już 7 sierpnia będzie wiadomo więcej, będzie znany zarys kalendarza albo chociaż miejsca wizyt pana prezydenta. Choć należy pamiętać, że pierwszy tydzień urzędowania będzie zajęty organizowaniem Kancelarii Prezydenta. Trzeba będzie kalendarz wizyt krajowych zgrać z kalendarzem wizyt zagranicznych nowego prezydenta – mówi mi polityk PiS.Ale wszyscy działacze partii, z którymi rozmawiałam, przekonują, że nowy prezydent wyruszy już niedługo w objazd po kraju.- Oficjalny przekaz jest taki: Andrzej Duda przejedzie kraj w podziękowaniu za swój wybór – słyszę. – Po kampanii prezydenckiej pozostało mu 120 powiatów, w których nie zdążył być. Będzie też na pewno w tych, w których osiągnął najlepsze wyniki. Planuje podróżować po kraju do końca tego roku. Ale wiadomo, że szczyt tych wizyt przypadnie we wrześniu i w październiku – dodaje mój rozmówca.Podkarpacie prezydent Duda odwiedzi na pewno, i to prawdopodobnie będzie jedna z pierwszych jego podróży. To województwo, w którym dostał rekordowe poparcie. Otrzymał tam aż 71,39 proc. głosów. Nawet w swojej rodzinnej Małopolsce miał mniej zwolenników – 62,09 proc. Na Podkarpaciu były miejsca, gdzie niemal wszyscy wyborcy postawili krzyżyk przy jego nazwisku. Tak było np. w gminie Jeżowe, w której zagłosowało na niego 91,83 proc. wyborców. Były też rekordowe powiaty: leżajski i ropczycko-sędziszowski (po prawie 82 proc. głosów). Z naszych informacji wynika, że właśnie do tych powiatów przyjedzie prezydent Duda.

– Czekamy na przyjazd pana prezydenta do tych powiatów, których nie zdążył odwiedzić podczas kampanii, oraz tych, w których uzyskał największe poparcie. Oczekujemy go także w Rzeszowie, stolicy regionu, którego mieszkańcy najliczniej na niego głosowali. Już z nim na ten temat rozmawiałem – mówi europoseł PiS Stanisław Ożóg.

W Rzeszowie, który do tej pory był bardziej przychylny PO, w maju również wygrał Andrzej Duda – dostał 56,5 proc. głosów. Mimo że popularny przecież prezydent Tadeusz Ferenc mocno popierał Bronisława Komorowskiego.

Z kolei według posła PiS Andrzeja Szlachty niemal pewna jest wizyta prezydenta Dudy w Strachocinie, w sanktuarium św. Andrzeja Boboli. W kampanii prezydenckiej kandydat PiS był tam na mszy św. w sobotę 2 maja. Ta wizyta odbyła się w ramach ogólnopolskiej pielgrzymki wszystkich prawicowych ugrupowań politycznych. Dudzie towarzyszył wtedy prezes Jarosław Kaczyński, byli też Beata Szydło i Marek Kuchciński. Do Strachociny przyjechali także szefowie wyborczych koalicjantów PiS: Jarosław Gowin i Paweł Kowal z Polski Razem, Zbigniew Ziobro z Solidarnej Polski i Marek Jurek z Prawicy Rzeczpospolitej. Byli także działacze „Solidarności” i rolnicy.

– Dla prezydenta Andrzeja Dudy sanktuarium ma ogromne znaczenie. Jest zbieżność dat urodzenia – Andrzej Duda i św. Andrzej Bobola urodzili się 16 maja. Tak myślę, choć to tylko moje spekulacje, że rodzice wybrali Andrzejowi Dudzie imię na cześć świętego Andrzeja Boboli. Tego dnia są bowiem również imieniny Andrzeja – mówi poseł Szlachta.

W Strachocinie w maju uroczystości kościelne zamieniły się w wiec poparcia dla Dudy, wierni przynieśli transparenty z hasłami poparcia dla jego kandydatury. Po mszy Duda przemawiał z kościelnej mównicy: – Trzeba proces likwidacji Polski zatrzymać. Trzeba wspierać te regiony kraju, które są dzisiaj w najtrudniejszej sytuacji.

A kustosz sanktuarium ks. Józef Niżnik dziękował Jarosławowi Kaczyńskiemu i „wszystkim siłom prawicy”, że przyjechali do Strachociny. – Czy nie jest to ważny dzień dla Polski? Tutaj są najważniejsi przedstawiciele ugrupowań prawicowych przy ołtarzu. Jak się nie cieszyć, skoro widzę Marka Jurka, Zbigniewa Ziobrę, Jarosława Gowina? – mówił kustosz.

Zobacz także

wyborcza.pl

Magnackie uczty. Strzelanie z armat, wtrącanie do lochu, tygodniowe kace

Józef Krzyk, 03.08.2015
Uczta u Radziwiłłów, obraz Aleksandra Orłowskiego

Uczta u Radziwiłłów, obraz Aleksandra Orłowskiego (Fot. Muzeum Narodowe w Warszawie)

Na najbogatszych dworach dzień bez przyjęcia zdarzał się podobno tylko w poście. Jedzenia musiało być tyle, by wystawało i wylewało się z mis. Alkoholu – piwa i wina – miało być dość, by wszystkich zwaliły z nóg.
W najgorszej sytuacji był gospodarz, bo gościnność nakazywała, by pił ze wszystkimi aż do końca przyjęcia. To jego obowiązkiem było wzniesienie pierwszego toastu. Na baczności musieli się mieć goście Adama Małachowskiego (1706-67), krajczego koronnego, który był właścicielem najsłynniejszego kielicha w Rzeczypospolitej. Naczynie mogło pomieścić pół garnca, czyli 1,3 l wina. Małachowski sam na powitanie pił i oddawał puchar gościowi, żądając, by wychylił wszystko duszkiem. Niektórzy po takim wstępie już nie mieli sił na dalsze ucztowanie. Słabą głowę miał Karol „Panie Kochanku” Radziwiłł. Gdy wypił, rozdawał konie, pałasze, a nawet wsie. Zdarzało się, że pobił gości albo dla żartu kazał wtrącić do lochu, a także dawał ognia z armat.Aby ustrzec swoich synów przed skutkami posiadania słabej głowy, magnaccyrodzice pilnowali, by w programie wychowania znalazły się praktyczne zajęcia – przyzwyczajenie młodzieńca do wypijania sporej ilości alkoholu. Przerwę od pijaństwa na magnackim przyjęciu stanowiły tylko tańce. A korzyścią z wypijania litrów wina było neutralizowanie dużych ilości tłustych potraw. Na pańskim stole dominowały rosół, barszcz, bigos, słonina, kwaśna kapusta, gęś, flaki, kapłony. Mięso przyprawiano szafranem, migdałami, imbirem, pieprzem, miodem czy cytryną. Dopiero gdy zaczęto sprowadzać kucharzy z Francji, ten zestaw obowiązkowy został uzupełniony pasztetami i ostrygami.Pijaństwo i przejadanie się prowadziły do podagry, czyli dny, choroby wyniszczającej stawy. Na wszelki wypadek najwięksi magnaci mieli pod ręką zawsze medyków – Stanisław Lubomirski jednego doktora, dwóch cyrulików i dwóch aptekarzy. Podagrę nazywano chorobą królów lub chorobą ludzi bogatych. Władysław IV przez nią, zwłaszcza po pijatykach, tygodniami nie wychodził z łóżka (cierpiał też na kiłę, kamicę nerkową oraz reumatyzm). Podagra dotknęła też Jana Kazimierza, Michała Korybuta Wiśniowieckiego i Jana III Sobieskiego. Zwycięzca spod Wiednia miał też kiłę, kamicę nerkową i żółciową, zapalenie nerek i nadciśnienie. Z kiły leczono rtęcią, co powodowało zatrucie organizmu. Zmarł na wylew krwi do mózgu.Wiele chorób trapiło (na przekór przydomkowi) Augusta II Mocnego i jego syna Augusta III. Obaj mieli podagrę, choć młodszy, wychowany w protestanckiej atmosferze, raczej nie skłaniał się ku rozrywkom.Jeśli mimo wszystko magnaci żyli dłużej niż prosty lud, to zawdzięczali to lepszej higienie. W razie wielkich epidemii, które wybuchały bardzo często, mogli uciec do innej rezydencji, która znajdowała się w zdrowej okolicy. Największe spustoszenie powodowała dżuma, której przenoszeniu się sprzyjały wojny. Te same okoliczności towarzyszyły epidemiom tyfusu, czerwonki oraz ospy. Choroby sprawiały, że wieku dorosłego dożywał tylko co trzeci mieszkaniec XVIII-wiecznej Polski, również w magnackich dworach. Długowieczni Czartoryscy byli na tym tle raczej wyjątkiem.

W ”Objazdowym Muzeum Historii Polski” czytaj:

Hetman Branicki – klawe życie magnata
Historia bywa niesprawiedliwa. Chcielibyśmy, by pamięcią potomnych nagradzała tylko osoby wielkie i nieprzeciętne, skazując na zapomnienie ludzi małego formatu, poślednich talentów i marnego intelektu. A ona, jak na złość, często robi odwrotnie, czego dowodem Jan Klemens Branicki herbu Gryf

Majątki arystokracji. Fura, skóra i gipiura
Najwięksi arystokraci mieli po kilkaset wsi, własne miasta i prywatne armie. Olbrzymie dochody i (czasami) jeszcze większe wydatki.

Magnackie rezydencje
Białystok, Choroszcz, Tykocin, Bohoniki, Supraśl. Wszystkei możemy zwiedzić na Podlasiu

Białowieża. Historia czterech królewskich polowań
Królewskie łowy w Puszczy Białowieskiej trwały zwykle tydzień, angażowały kilkaset osób i były ulubioną rozrywką każdej koronowanej głowy. Strzelano, pito kawę, czytano książki i grano w karty.

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s