Duda (09.08.2015)

 

Giertych? „Budzi alergię”. Kamiński? „Zły spin doktor”. Polityk PO ostro o kształcie list wyborczych

Michał Wilgocki, 09.08.2015
Paweł Zalewski

Paweł Zalewski (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Pawłowi Zalewskiemu nie podoba się pomysł, by PO wystawiła w wyborach do Sejmu Michała Kamińskiego i poparła w wyborach do Senatu Romana Giertycha. – To nazwiska-symbole tego, co obciąża PO – mówił dziś w TVN24.
Zalewski dziś rano ostro skrytykował obecność na listach PO Michała Kamińskiego, który ma otwierać lubelską listę partii.

– Czy możemy wiarygodnie walczyć z ubóstwem ze spin doktorem noszącym na ręce 37 tys.zł? Jego wykręty w tej sprawie bada CBA. Oceńmy je też sami – napisał na Twitterze były europoseł PO. – Wzywałem, by skompromitowani nie byli na listach. Skąd zatem p. Kamiński, który do września jest pod lupą CBA. Czy wtedy będziemy zmieniać listy?

Zalewski jest również przeciwnikiem poparcia PO dla kandydatury Romana Giertycha do Senatu w okręgu podwarszawskim. Były lider LPR i minister edukacji w rządzie Jarosława Kaczyńskiego co prawda nie jest kandydatem PO, ale partia nie wystawia przeciw niemu kontrkandydata.

nieMogęPojąć

Dziś o swoim wpisie mówił w „Faktach po Faktach” w TVN24.

– Kamiński, Giertych to nazwiska-symbole tego, co obciąża PO. Jeżeli pan widzi panią premier, która objeżdża Polskę, przekonuje ludzi do siebie, a z tyłu Michała Kamińskiego, który robi głupie miny, gdy pani premier walczy o Polskę, to bardzo przepraszam – oburzał się Zalewski. – Pan Michał Kamiński jest złym spin doktorem, którego jedynym pomysłem na kampanię jest straszenie PiS-em, co jest nieaktualne. I jest człowiekiem, który nie potrafił wyjaśnić swojej sytuacji prawnej. Jego majątek prześwietla CBA. We wrześniu będzie raport i co? Wtedy będziemy zmieniali listy? – pytał Zalewski.

– Pan Michał Kamiński najpierw skłamał, a potem cztery razy zmieniał powody, dla których na jego ręce znalazł się zegarek za 37 tys. Ze spin doktorem, który ma taki zegarek, trudno się słucha ludzi – mówił Zalewski.

Afera z zegarkiem Kamińskiego wybuchła po publikacji jednego z tabloidów. Kamiński – sekretarz stanu w KPRM – miał nie umieścić w oświadczeniach zegarka wartego 37 tys. zł, miał go wpisać dopiero do ostatniego oświadczenia, mimo że podobno posiadał go od kilku lat. Kamiński komentował, że są to informacje nieprawdziwe, bo w trzech oświadczeniach majątkowych wpisywał, że posiada zegarki, a w ostatnim doprecyzował ich wartość.

Przed miesiącem prokuratura umorzyła postępowanie w tej sprawie.

Ostre słowa z ust Zalewskiego padły także pod adresem Giertycha. – Roman Giertych stał się niemianowanym rzecznikiem PO. W wielu mediach wypowiada się po stronie Platformy, sprawiając wrażenie, że mówi w jej imieniu. Oddajemy mu pole w bardzo ważnym okręgu wyborczym. To wpłynie na wynik. Wyborcy PO mają swoją negatywną opinię o Michale Kamińskim, mają też negatywną opinię o Romanie Giertychu – mówił Zalewski. – Po drugie, brak kandydata do senatu może przełożyć się na zmniejszoną liczbę głosów do Sejmu. Powinniśmy rzucić wszystkie siły. A nie kogoś, kto – przepraszam, że to powiem – budzi alergię wśród wyborców PO.

Paweł Zalewski posłem został w 1991 roku z list Unii Demokratycznej. Po raz kolejny do parlamentu dostał się dopiero w 2005 roku z listy PiS. Krótko po kolejnych wyborach, w 2007 roku, został zawieszony w prawach członka partii, razem z Ludwikiem Dornem i Kazimierzem Ujazdowskim. W 2009 roku został europosłem z list PO. Pięć lat później nie uzyskał reelekcji. Obecnie Platforma proponuje mu trzecie miejsce na liście do Sejmu w okręgu podwarszawskim.

Zobacz także

GiertychBudziAlergię

wyborcza.pl

Świat islamski nie postrzega nas jako Zachód, lecz jako chrześcijan. „To spotkanie cywilizacji trwa od wieków”

MT, 31.07.2015
Muzułmanie w Indonezji po modlitwie z okazji Eid, końca Ramadanu

Muzułmanie w Indonezji po modlitwie z okazji Eid, końca Ramadanu (ANTARA FOTO / REUTERS / REUTERS)

Stoimy w punkcie rozkładu cywilizacji Zachodu, a Państwo Islamskie chce odbudować obszary islamskie w Europie – mówi prof. Piotr Ostaszewski w dyskusji na temat „Zderzenia cywilizacji” Samuela Huntingtona.

 

– Świat muzułmański nie postrzega nas jako Zachód. Świat islamski postrzega nas jako świat chrześcijański – zaznaczył na początku rozmowy o książce „Zderzenie cywilizacji” Samuela Huntingtona Cezary Łasiczka. Jego rozmówcą był prof. Piotr Ostaszewski, politolog, amerykanista, prorektor Szkoły Głównej Handlowej. – Z drugiej strony możemy być postrzegani jako świat ateistyczny, czyli ten, który jest najgorszy w świecie islamu – odparł Ostaszewski.

Politolog mówił o tym, że spotkanie cywilizacji chrześcijańskiej i muzułmańskiej istnieje już od wieków. – Ono istnieje od momentu, kiedy mamy wejście Arabów na Półwysep Iberyjski, w końcu następuje w ciągu kilkudziesięciu lat zburzenie państwa Wizygotów i Arabowie docierają aż do Poitiers – mówił Ostaszewski. – Tam Karol Młot pokonuje ich, to są terytoria dzisiejszej Francji, i następuje przez kilkaset lat spychanie Arabów z Półwyspu Iberyjskiego, do czego nawiązuje Państwo Islamskie, które mówi o odbudowie obszarów islamskich w Europie – zauważył. – Czyli zająć Bałkany i Półwysep Iberyjski, odtworzyć ten okres ekspansji – dodał.

 

Chrześcijaństwo ma się świetnie

– Czy stoimy w punkcie rozkładu cywilizacji Zachodu? – zapytał za Huntingtonem Łasiczka. – Niestety tak – odparł prof. Ostaszewski, tłumacząc między innymi, że elementem rozkładu jest rekompensowanie sobie przez Europę dekadencji w momencie, kiedy dojdzie do wysokiego poziomu konsumpcjonizmu, przekazywaniem niechcianych prac innym, czyli przybyszom. – Nie chcemy wykonywać pewnych prac, niech przyjdą inni i za nas to zrobią – stwierdził.

Łasiczka zauważył też, że Huntington pisze również o przyroście naturalnym, który obecnie niektórzy naukowcy kwestionują. – Mówią, że islam wcale nie wykazuje aż tak wielkich tendencji wzrostowych, natomiast tak naprawdę, jak spojrzymy na te zagadnienia, to widzimy, że islam staje się religią zdecydowanie przodującą i daje te podstawy ideologiczne, w których podstawy islamu rzeczywiście zaczynają spychać cywilizację chrześcijańską coraz bardziej na margines – przytoczył. Oboje stwierdzili, że nie zgadzają się w pełni z tym stwierdzeniem. Łasiczka zauważył przy tym, że jest to pogląd europocentryczny, ponieważ chrześcijaństwo z perspektywy świata „świetnie sobie radzi”, rozwijając się w Afryce, Azji i Ameryce Południowej.

„Zderzenie cywilizacji” to książka z 1996 r., w której Samuel Huntington opisał swoją teorię geopolityczną, zakładającą, że po zakończeniu zimnej wojny nie będziemy już mieć do czynienia ze sporami ideologicznymi, a ze sporami kulturowymi, w których świat Zachodu przeciwstawia on wpływom chińskim i islamskim. Podkreślał on, że Europa powinna ściśle współpracować ze Stanami Zjednoczonymi.

Zobacz także

 

ŚWiatIslamski

TOK FM

Senator Pęk tłumaczy się z leżenia na podłodze w hotelu sejmowym. „Zemdlałem. Powodem może być cukrzyca”

past, 09.08.2015
– Dwadzieścia lat jestem parlamentarzystą i zawsze bezkompromisowo walczę o sprawę, a potem jeden incydent i pod lód? Tak nie może funkcjonować demokracja – mówi senator Bogdan Pęk w rozmowie z portalem wPolityce.pl i dodaje, że nie pamięta incydentu. Podejrzewa jednak, że może cierpieć na cukrzycę.
Zdjęcie senatora PiS opublikował Super Express

Zdjęcie senatora PiS opublikował Super Express (Fot. Super Express)

 

„Super Express” opublikował w sobotę zdjęcie senatora Bogdana Pęka leżącego – jak wynika z artykułu – na korytarzu hotelu sejmowego. Pęk pytany o tę sprawę przez Polską Agencję Prasową odpowiedział: – Bez komentarza.

bogdanPęk

Teraz senator z rozżaleniem mówi o sprawie. – To przekreśla przecież cały mój kilkudziesięcioletni dorobek – powiedział w rozmowie z portalem wPolityce.pl. – Mogę zapewnić, że nie byłem pijany – dodaje.

Pęk twierdzi, że nie pamięta całego incydentu, a jedynie to, że szedł korytarzem z trzema innymi parlamentarzystami, a później obudził się w swoim łóżku. Uważa, że mógł zasłabnąć z powodu hiperglikemii. – Zrobię sobie kompleksowe badania – dodaje.

Zdjęcie może kosztować senatora start w wyborach

Senator Bogdan Pęk nie wystartuje w najbliższych wyborach z list PiS – poinformowała rzeczniczka PiS Elżbieta Witek. – Zdjęcie jest takie, jak każdy widzi. Nie usprawiedliwiamy tego w żaden sposób. Pan Pęk na pewno nie będzie startował z naszych list – stwierdziła.

– Zdjęcie jest kompromitujące. Nie będziemy udawać, że widzimy na zdjęciu coś innego niż wszyscy – dodała Witek. Obecnie trwają wakacje sejmowe, więc klub parlamentarny PiS nie może podjąć ewentualnej decyzji o wyrzuceniu senatora ze swoich szeregów.

Rzecznik PiS zaznaczyła, że decyzja w sprawie dalszych losów senatora będzie podjęta niedługo, na najbliższym posiedzeniu komitetu politycznego. Sam senator liczy, że partia wysłucha jego argumentów.

– Będzie miało miejsce wyjaśnianie tej sprawy wewnątrz PiS i nie jest to jakiś sąd kapturowy. Myślę, że wtedy te osoby, które były w tym czasie ze mną, potwierdzą moją wersję – mówi Pęk.

senatorPiS

gazeta.pl

Pokorni styliści

Dominika Wielowieyska, 08.08.2015
Rocznica Powstania Warszawskiego na Powązkach

Rocznica Powstania Warszawskiego na Powązkach (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Poniedziałek. „Politycy PO i ich medialne lizusy powinni dziękować Bogu, że spotykają ich tylko gwizdy i buczenie” – dawny PR-owiec PiS Stanisław Janecki w portalu wPolityce.pl komentuje gwizdy fanów Andrzeja Dudy na widok premier Ewy Kopacz na cmentarzu Powązkowskim w 71. rocznicę wybuchu powstania warszawskiego.
No pewnie, przecież powinni ją pobić. Świetny prognostyk, na ile prezydent Duda poradzi sobie z budowaniem wspólnoty narodowej.

Wtorek. W czasie inwazji na Irak miałam dziwną skłonność do oglądania ówczesnej irackiej telewizji z jej pieśniami wielbiącymi przywódcę i tańcami połączonymi z potrząsaniem bronią. I teraz to samo uczucie mi towarzyszy, gdy zaglądam do portalu wPolityce.pl braci Karnowskich. To twarde stawianie sprawy w stylu Janeckiego. Ta niezwykła poetyka, patos i strzelistość deklaracji.

„Nad prezydenturą Bronisława Komorowskiego unosił się, od pierwszego do ostatniego dnia, czarny dym smoleńskiego pogorzeliska” – to Michał Karnowski, prawdziwy mistrz tego stylu.

Środa. Karnowski o dziennikarzach „Gazety Wyborczej”: „Gdy znów poczują krew, gdy uznają, że znów wolno szydzić i nakręcać spiralę nienawiści, przemysł pogardy wróci w pełnej krasie”. A obok cała seria obraźliwych artykułów o Bronisławie Komorowskim. Ale to przecież nie jest przemysł pogardy, tylko słuszna krytyka.

Czwartek. „Dzieło naprawy Rzeczpospolitej rozpoczęte. » Wrogów naszego Narodu poznajemy po tym, jak się odnoszą do Boga i do moralności chrześcijańskiej «” – autorka Marzena Nykiel.

„Dziś święto Przemienienia Pańskiego. Dzisiejsza Liturgia Słowa pełna jest znaków, które wybrzmią wyjątkowo podczas Mszy św. za Ojczyznę w dniu zaprzysiężenia Andrzeja Dudy” – autor nieznany.

Piątek. „Witaj w domu, Prezydencie! Amerykański styl Andrzeja Dudy!”. „Czysta elegancja”, „Istna klasa” – styliści zachwyceni wyglądem rodziny prezydenckiej. Ale to fakt: rodzina prezydenta Dudy prezentowała się bardzo dobrze. I było coś wzruszającego w tym, jak ludzie na ulicy witali go i ściskali mu ręce. Poczuli, że to państwo jest także ich. To bardzo cenne. Niezależnie od męczącego lizusostwa niektórych „niepokornych”.

Zobacz także

MęcząceLizusostwo
wyborcza.pl

Duda zapewnia, że nie wycofuje się z obietnic i deklaruje: Chcę spotkać się z premier Kopacz

jagor, PAP, 09.08.2015
Prezydent Andrzej Duda podkreślił, że nie wycofuje się z żadnych obietnic złożonych w kampanii wyborczej i zapewnił, że jest otwarty na współpracę z rządem. Poinformował też, że chce spotkać się z premier Ewą Kopacz.
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

 

Prezydent Duda odniósł się w rozmowie z dziennikarzami w Suchej Beskidzkiej do słów premier Ewy Kopacz, która pytana o jego propozycję dotyczącą dopłat na dzieci, powiedziała: – Rozumiem, że pan prezydent chciał przekazać tylko jedną informację, że skoro skończyła się wyborcza kampania prezydencka, to wszystkie obietnice są nieaktualne.

500 zł na każde dziecko. „Słowa wycięte z kontekstu”

– Dziwię się trochę, że pani premier tak mówi. Cały czas powtarzam, że ja się z żadnych obietnic nie wycofuję. Proszę, by słuchano mnie z przychylnym podejściem (…), a nie wycinano z kontekstu poszczególne słowa i podawano, że to oznacza wycofanie się z obietnic – powiedział prezydent.

Duda w sobotę powiedział odnośnie propozycji dopłaty 500 zł na każde dziecko w rodzinach najbiedniejszych, a także na kolejne dzieci, poczynając od drugiego w rodzinach o średnim dochodzie, że „ten plan musi zostać zrealizowany w absolutnym współdziałaniu z rządem, bo rząd będzie musiał przygotować tutaj projekt ustawy”. – W każdym razie nie wyobrażam sobie możliwości przygotowania tego projektu bez bardzo ścisłej współpracy, bo to jest poważna kwestia finansowa. To też jest bardzo poważne wyzwanie dla państwa – mówił.

Kopacz: To nie rząd obiecywał, lecz prezydent w kampanii

Premier Kopacz w niedzielę mówiła, że to nie rząd obiecywał, lecz prezydent w kampanii. – Rozumiem, że pan prezydent chciał przekazać tylko jedną informację, że skoro skończyła się wyborcza kampania prezydencka, to wszystkie obietnice są nieaktualne. Bo jeśli dzisiaj tę obietnicę składał sztab i podczas kampanii prezydenckiej składali przedstawicie PiS, to trudno się spodziewać, żeby teraz przychodzili do opozycji i mówili: zróbcie to za nas – powiedziała.

– Jeśli dzisiaj pierwsza z tych obietnic – bardzo ważna, bo ponoć miała dotyczyć wszystkich dzieci w Polsce – jeśli z tej obietnicy się wycofują, to co pomyśleć o obietnicach dużo bardziej kosztownych z budżetu państwa, które były składane w czasie kampanii. To zaskakujące – powiedziała premier.

Duda: Mam świadomość możliwości prezydenta

Prezydent powiedział w niedzielę, że ma świadomość możliwości prezydenta. – Są rzeczy, które mogę zrobić sam, na przykład przygotować projekty niektórych ustaw, ale są i takie obszary, w których samemu bardzo trudno przygotować projekt bez konsultacji z rządem, bez jego wsparcia, bo to są tak olbrzymie dziedziny w funkcjonowaniu państwa – mówił.

Jak dodał, w pewnych sytuacjach chce być inicjatorem procesów, wzywać do zmian i wspierać oczekiwania społeczne autorytetem głowy państwa. – Jeśli ktoś chce to rozumieć, że ja się wycofuję z moich obietnic, to może to tak interpretować, ale ja się z tym nie zgadzam – podkreślił.

Współpraca z rządem: Na razie jakiegoś zdecydowanego oporu nie widzę

Prezydent Duda w rozmowie z dziennikarzami mówił o relacjach z rządem. Podkreślał, że jest otwarty na rozmowę, choć ma świadomość, że nie będzie ona łatwa, gdyż wywodzi się z innego obozu politycznego niż gabinet Ewy Kopacz. – Dziś jestem prezydentem. Nie należę do żadnej partii politycznej, ale mam program. Chciałbym bardzo go zrealizować. Wierzę, że jest on dobry dla Polski. Na pewno będę chciał rozmawiać na ten temat, by jakoś przeprowadzić podstawowe rzeczy, o których mówię. Mam nadzieję, że znajdę przychylność – powiedział.

Prezydent mówił, że nie dostrzega obecnie „jakiegoś zdecydowanego oporu” ze strony rządu. – Myślę, że może więcej jest przy tym szumu, niż jest go w rzeczywistości. Uważam, że słowa ministra Siemoniaka były przychylne. Spotkałem się też z ministrem Schetyną. Wydaje mi się, że również było to spokojne, merytoryczne spotkanie. Rozmawialiśmy o planach na najbliższe czasy, o wyjazdach i wizytach. Wydaje mi się, że raczej mogę liczyć na dobrą współpracę. Nie wiem, oczywiście, czy ze wszystkimi ministrami, ale zobaczymy. Jestem człowiekiem otwartym na rozmowę. Będę chciał negocjować – powiedział.

Rada Gabinetowa? Duda: Chcę spotkać się z premier Kopacz

Pytany o zwołanie Rady Gabinetowej – o co apeluje szefowa rządu – odparł, że z całą pewnością chce spotkać się z premier Kopacz. – Co do tego nie ma żadnych wątpliwości – podkreślił.

Prezydent pytany czy podpisze przyjętą w mijającym tygodniu przez Sejm nowelizację ustawy Prawo ochrony środowiska (tzw. ustawę antysmogową), która daje gminom narzędzia do skutecznego ograniczenia stosowania paliw kopalnych w gospodarstwach domowych, odparł, że najpierw musi się z nią zapoznać.

– Widziałem szczytne ustawy, do których wsadzano postanowienia powodujące, że były one sprzeczne z konstytucją. Czy prezydent, który ma czuwać nad przestrzeganiem konstytucji, może podpisać ustawę zawierającą w swojej treści niezgodność z ustawą zasadniczą (…)? Ustawa musi się znaleźć na moim biurku, zobaczę wtedy, jak została sformułowana i podejmę decyzję – powiedział, dodając zarazem, że cel jest w tej dziedzinie szczytny.

DudaMamŚwiadomość

gazeta.pl

Andrzej Duda: Wydaje mi się, że mogę liczyć na współpracę z rządem. Na razie nie widzę oporu

Andrzej Duda chce odbudować zaufanie do polityków.
Andrzej Duda chce odbudować zaufanie do polityków. Agencja Gazeta/ Marcin Kucewicz

Prezydent Andrzej Duda pojechał w niedzielę do Małopolski. Po południu spotkał się z mieszkańcami Suchej Beskidzkiej. Podczas wyborów prezydenckich na Dudę zagłosowało tam aż 68 proc. uprawnionych. Zapewniał, że ma plan naprawy Polski.

Prezydent został przywitany bardzo entuzjastycznie. Mieszkańcy powiatu suskiego zaśpiewali mu „Sto lat”. – Myślałem, że będziecie na mnie źli, bo jak trwała kampania, to nie dotarłem do Suchej. Wychodzę z założenia, że lepiej późno, niż wcale. Za to macie teraz prezydenta. Traktuje to jako ogromny wyraz zaufania, by zrealizować wszystko, co mówiłem – zapewniał Andrzej Duda.

Andrzej Duda powiedział, że zamierza powołać Narodową Radę Rozwoju, która zajmie się strategiami rozwoju Polski. – Chciałbym, żeby podczas mojej kadencji przynajmniej rozpoczęły się procesy naprawy wielu dziedzin. Myślę m.in. o służbie zdrowia, ubezpieczeniach społecznych. To zadania ekspertów, żeby te rozwiązania przygotować – powiedział.

W swoim przemówieniu skierowanym do mieszkańców Suchej Beskidzkiej powiedział, że chce aby obywatele zaufali politykom. –To jest wielkie zadanie. Jeśli pytamy, jak to się dzieje, że w Polsce frekwencja wyborcza jest tak niska, że w krajach na zachodzie Europy znacznie więcej ludzi w tych procesach demokratycznych bezpośrednio, osobiście uczestniczy, to myślę, że przyczyną tego złego zjawiska jest to, że ludzie nie wierzą politykom. Nie ufają im – stwierdził prezydent.

Prezydent Duda powiedział również, że sprawą priorytetową jest podniesienie poziomy życia w Polsce. Ma to być sposobem na zatrzymanie młodych w kraju. – Jeżeli my poziomem życia zbliżymy się do krajów Zachodniej Europy nie będzie potrzeby wyjeżdżać, nie będzie takiej potrzeby – powiedział prezydent podczas spotkania w Suchej Beskidzkiej.

Po spotkaniu z mieszkańcami Andrzej Duda odpowiadał na pytania dziennikarzy. Skomentował sprawę swojej współpracy z rządem. W sobotę zasugerował, że to rząd powinien zająć się ustawą, która miałaby gwarantować 500 złotych na dziecko w najbiedniejszych rodzinach. W odpowiedzi Ewa Kopacz stwierdziła, że Duda wycofuje się z wyborczych obietnic i zasugerowała, że w przyszłości może wycofywać się z kolejnych. Andrzej Duda stwierdził, że rząd nie chce przyjąć „wyciągniętej ręki”, na co premier odpowiedziała, że szanuje prezydenta i jest chętna do współpracy – podobnie jak jej rząd.

Podczas spotkania z dziennikarzami prezydent powiedział, że ma nadzieję, że uzyska przychylność rządu. – Na razie oporu nie widzę. Wydaje mi się, że mogę liczyć na współpracę z ministrami – stwierdził prezydent. Powiedział też, że spotka się z premier Kopacz, bo nie widzi innej możliwości.

– Ja się z żadnych moich obietnic nie wycofuje, tylko proszę żeby przychylnie do mnie podchodzić. Są sytuacje, kiedy trudno przygotować projekt ustawy bez pomocy rządu i wsparcia z jego strony. Jeżeli ktoś to interpretuje, że ja się wycofuje, to nie ma racji – mówił Andrzej Duda w nawiązaniu do słów Ewy Kopacz.

Źródło: TVP Info

andrzejDudaWydajeMiSię

naTemat.pl

Kazimierz Kutz: Duda to but uszyty na miarę nogi Kaczyńskiego. Jest jak wikary wykonujący zlecenia proboszcza

Kazimierz Kutz wieszczy państwo wyznaniowe pod rządami PiS i prezydenta Dudy
Kazimierz Kutz wieszczy państwo wyznaniowe pod rządami PiS i prezydenta Dudy Fot. Sławomir Kamiński / AG

– Ten prezydent będzie jak nowy but uszyty na miarę prawej nogi Kaczyńskiego. A to dopiero początek. Jeśli wybory dadzą PiS zwycięstwo pozwalające grzebać w konstytucji, to wkroczymy na najprostszą drogę do państwa wyznaniowego – mówi w wywiadzie dla “Newsweeka” reżyser i senator Kazimierz Kutz.

Po wyborze Dudy na prezydenta pojawiło się wiele pesymistycznych analiz i prognoz, ale niewielu komentatorów wypowiada je tak ostro, jak Kazimierz Kutz. Senator widzi prezydenturę Dudy jako jeden wielki fałsz, za którym czai się prezes PiS Jarosław Kaczyński z wizją państwa, którym praktycznie rządzi Kościół.

Pytany o to, czy wierzy Dudzie, kiedy mówi o dialogu, porozumieniu i wspólnocie, odpowiada: – To banały. Ja nawet rozumiem, że on musi w chwili wyświęcenia na prezydenta takie banały głosić, ale w tym przypadku za gładko brzmiącymi frazesami kryje się groźna polityka PiS.

Dalej Kutz tłumaczy “Newsweekowi”, że Duda z PiS-em chcą budować w Polsce państwo wyznaniowe. – Nowy prezydent już ogłosił, że jego głównym autorytetem jest Kościół i jako prezydent będzie robił wszystko, co uchwalił episkopat. Nie mam wątpliwości, że mówił prawdę – komentuje.

KAZIMIERZ KUTZ

Andrzej Duda jest jak zapobiegliwy i pracowity wikary wykonujący zlecenia proboszcza. Tyle że za chwilę możemy mieć dwóch proboszczów. Kościół i Kaczyńskiego, obu mających wielkie ambicje i równie wielki ciąg na władzę.

Zdaniem Kutza nietrudno sobie wyobrazić, że szef episkopatu będzie zapraszany na posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Według niego w Polsce rządzonej przez PiS zacznie się “upychanie” księży w różnych strukturach państwa.

– Cała historia PiS to pełzająca mątwa, która zmierza do władzy absolutnej. Jeśli Kaczyński wygra wybory, to mamy jak w banku 1926 rok. Przewrót – ocenia rozmówca tygodnika. Dostaje się również Platformie Obywatelskiej. Kutz przedstawia tę partię jako niezdolną do uratowania kraju. – Przecież to, co robi ta partia, jest żałosne. Układanie list wyborczych, które dla partii rządzącej powinno być dziecinną zabawą, rozwala ją od środka. PO utraciła życiowe soki. Może wegetować, ale nie zdoła odbudować swojej pozycji – podsumowuje.

Cały wywiad z Kutzem w najnowszym „Newsweeku”

dudaToWikary

naTemat.pl

Ludwik Dorn: Wszystko można, byle z ostrożna

Paweł Smoleński, 08.08.2015
Debata prezydencka w Warszawie

Debata prezydencka w Warszawie (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Mamy do czynienia z politykiem obiecującym, ale takim, który na własnej skórze jeszcze się nie nauczył, czym jest wielka polityka. Jeśli Andrzej Duda będzie uciekać od odpowiedzialności, to chętni do sterowania nim zawsze się znajdą.
PAWEŁ SMOLEŃSKI : Uda się prezydentowi Andrzejowi Dudzie?LUDWIK DORN: Dowiemy się za rok. Będzie popełniać błędy, bo każdy je popełnia. Musi się nauczyć samotności oraz ciężaru odpowiedzialności, czego jeszcze nie wie.

W tę samotność nie wierzę. Jarosław Kaczyński mu na to nie pozwoli.

– A mnie się zdaje, że pan Kaczyński do dzisiaj nie może uwierzyć, że Andrzej Duda wygrał wybory, i nie ma pomysłu na jego prezydenturę.

Czytałem ostatnio ciekawy wywiad z Ferencem Gyurcsányem, byłym premierem Węgier i pełnokrwistym politykiem. Jego partia ma 10 proc. w sondażach, co znaczy, że oczywisty trup polityczny ożył. Powiedział, że jedną z jego największych słabości było to, że za szybko został premierem, nie miał czasu na dojrzewanie.

Jaki będzie prezydent Duda

Nie należy się spieszyć do władzy.

– Andrzej Duda się nie spieszył, tylko został popchnięty.

Może nie trzeba pozwalać się popychać?

– Mamy do czynienia z politykiem obiecującym, ale takim, który na własnej skórze jeszcze się nie nauczył, czym jest wielka polityka. Jest w procesie przepoczwarzania się. Albo ten proces przejdzie pomyślnie, czego Polsce, sobie i panu prezydentowi bardzo życzę, albo poszuka ciepełka i nie udźwignie ciężaru zadań. Nie skreślę go za pierwsze błędy.

To będzie bardzo przyspieszone i bolesne dojrzewanie. Urząd może pociągnąć go w górę, ale będzie to wspinaczka po kolcach kaktusów i bardzo ostrych kamieniach. Rola prezydenta będzie w Polsce rosła, być może nawet wbrew jego chęciom i dążeniom. Najpewniej na jesieni wybierzemy Sejm wewnętrznie zablokowany, a wtedy prezydent stanie się głównym adresem politycznym. Czasy idą trudne, bo trzeszczy Unia Europejska, kilka lat temu rozdawczyni wyłącznie nadziei i pieniędzy, a dzisiaj także siedlisko kłopotów, nie jest bezpiecznie na Wschodzie, bezwzględne przywództwo Ameryki w świecie sięgnęło kresu. W wymiarze wewnętrznym kluczowa jest kwestia nierównej dystrybucji dóbr i szans życiowych, o której mówił Duda, dzięki czemu został prezydentem.

Nie jest jego winą, że nie jest dojrzałym politykiem. Był podsekretarzem stanu i europosłem, dzisiaj wszedł w zupełnie inne rewiry. Musi się zmierzyć z odpowiedzialnością, będzie podejmował decyzje, a nie podsuwał rozwiązania komuś innemu.

Dzisiaj nie mam wrażenia, że istnieje jakaś koncepcja polityczna sterowania nim. Jeśli będzie uciekać od odpowiedzialności, to chętni do sterowania zawsze się znajdą.

Andrzej Duda, człowiek z mgły

Podobało się panu czwartkowe orędzie prezydenta?

– Przede wszystkim dlatego było bardzo ciekawe, że kilka spraw się w nim nie znalazło.

Zacznijmy od spraw mniej ciekawych.

– Czyli od tego, co występowało już w kampanii wyborczej. Chodzi o silny nacisk na odbudowę wspólnotowego wymiaru Polski i, co akurat mi bardzo odpowiada, prezydent nie chce tego robić przez stawianie na spójną tożsamość Polaków, lecz zapewnienie poczucia wzajemnego szacunku. Pisałem o tym w książce, która wyszła w 2009 r., ale nie uzurpuję sobie, że Andrzej Duda szukał u mnie inspiracji. Od lat twierdzę, że paliwem tak namiętnego konfliktu politycznego, z jakim mamy do czynienia, jest walka o dystrybucję szacunku społecznego, jednego – idąc za Maxem Weberem – z trzech wymiarów zróżnicowania społecznego, oprócz dóbr materialnych i władzy. Szacunek społeczny jest trudno negocjowalny, bo dobrami oraz władzą można się jakoś podzielić i o tym dyskutować. Elementarny szacunek wymaga wzajemnego uznania, a wojny o to są najbardziej toksyczne i szkodliwe.

Już Machiavelli radził w „Księciu”, by władcy zabraniali swoim poplecznikom gwałcenia żon i córek poddanych, bo taka rana – uszczerbek na honorze – zostaje w sercu na dziesięciolecia, jątrzy się i nie zarasta. Prezydent złożył deklarację polityczną o odbudowie wspólnoty elementarnego szacunku wzajemnego, więc rodzi to pewne, a nawet duże, nadzieje. Ta deklaracja wcielona w życie może sprawić, że wobec prezydenta Dudy będzie bardzo trudno zmontować opozycję. Taka polityka, umiejętnie prowadzona, może stworzyć szansę nie na zakończenie ostrego konfliktu politycznego, ale na pozbawienia go toksyczności, która wyklucza jakąkolwiek współpracę.

Atak Andrzeja Dudy na rząd

Co pan sądzi o zapowiedzi korekty polityki zagranicznej?– Tu akurat połączę orędzie z wypowiedzią prezydenta sprzed paru dni dla PAP. Można się zgodzić z zapowiedzią korekty, choć nie jestem zapiekłym krytykiem tego, co działo się przez ostatnie lata. Tandem Sikorski – Tusk jest krytykowany za dostosowanie się do trendów europejskich i światowych, bo wyszedł z trzeźwego założenia, że kijem Wisły nie zawrócisz. Czasami to dostosowanie było zbyt gorliwe i wykorzystywane do zaciekłego ataku na Lecha Kaczyńskiego i PiS, co było akurat politycznym grzechem ciężkim.

Pod koniec 2008 r. minister Sikorski, który zdawał sobie sprawę, ku czemu idzie, próbował wywrzeć nacisk na USA i NATO, formułując koncepcję, by Sojusz uznał, że agresja Rosji na Ukrainę będzie przekroczeniem nieprzekraczalnej czerwonej linii wymagającej reakcji całego NATO. Propozycja zawisła w powietrzu, ogłoszono bezwarunkowy reset z Rosją. Pokazało to, że w nowych warunkach mamy ograniczoną siłę sprawczą.

Dlatego w wypowiedzi dla PAP zaniepokoił mnie pomysł prezydenta, by wrócić do polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego i tworzyć blok partnerski między Bałtykiem a Adriatykiem. Wysoko oceniam politykę zagraniczną zmarłego prezydenta, tyle że jest ona zamknięta w bańce czasu. W 2003 r. w związku z inwazją w Iraku Francja i Niemcy odwróciły się od USA, a więc Polska została największym kontynentalnym sojusznikiem Ameryki. Dostaliśmy pewne karty do gry, lecz przyszła wojna rosyjsko-gruzińska. Kaczyński zmontował koalicję głów państw i poleciał do Tbilisi, ale prezydent Gruzji kazał mu czekać w salonce, bo akurat rozmawiał z prezydentem Francji i poprzez niego z prezydentem Rosji. Kaczyński zrobił więcej, niż było wówczas możliwe, ale też zobaczył, że rola Polski, nawet przy mobilizacji całego regionu, jest mocno ograniczona, gdy przychodzi do twardej geopolitycznej gry. Zobaczyli to i zrozumieli także przywódcy państw regionu i atrakcyjność Polski dla naszych partnerów w regionie bardzo spadła, jeśli chodzi o rozgrywkę z Moskwą.

Prezydent Duda powinien o tym pamiętać, właściwie oceniać polskie zasoby i możliwości, gdyż – chociaż amerykańsko-rosyjski reset należy do przeszłości – nie mamy dziś nadwyżki mocy, i to nie z winy Tuska, Komorowskiego i Sikorskiego. Tymczasem zapowiedź budowy bloku partnerskiego między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym jest bardzo twardym językiem geopolityki, do którego Polska nie ma podstaw.

O zjednoczeniu Niemiec przed 1989 r. trzeba było bez przerwy myśleć, lecz nie należało o tym nigdy mówić. Deklaracja prezydenta Dudy musi wywołać dzwonki alarmowe w Moskwie, Berlinie, a nawet Waszyngtonie. Lepiej więc o tym myśleć, zapuszczać macki i budować przyczółki, ale niekoniecznie trzeba składać otwarte deklaracje.

Na szczęście w orędziu język polityczny prezydenta został bardzo w stosunku do wywiadu dla PAP rozmiękczony i nie budzi już sprzeciwu. Pozytywnie oceniam, że prezydent nie odniósł się wprost do wojny rosyjsko-ukraińskiej, ale mówił o zmianach sytuacji geopolitycznej i bezpieczeństwie Polski. Najwyraźniej nie chce zostać zaetykietowany jako prezydent od konfliktu z Rosją. Dobrze też, że padło stwierdzenie o korekcie, a nie rewolucji w polityce zagranicznej, co uspokaja wiele obaw wewnątrz i na zewnątrz.

A co np. z wiekiem emerytalnym, z zapowiedzią, że będzie Polakom lepiej i dostatniej się żyło?

– Trzeci element orędzia to konieczność korekty podziału dóbr materialnych i szans na ich osiągnięcie. Zgadzam się w stu procentach, że istotne jest to, jak to się zrobi. Czy w przypadku emerytur po prostu przywróci się poprzednie rozwiązania, co byłoby fatalne, czy też obniży się dla niektórych grup wiek emerytalny poprzez wprowadzenie kryterium stażu składkowego, choć oczywiście ostry spór może dotyczyć długości tego okresu. Podobnie jest z podniesieniem kwoty wolnej od podatku. Jednorazowe jej podniesienie do 8 tysięcy złotych może być ryzykowne dla finansów publicznych, ale rozciągnięcie w czasie do trzech lat z wprowadzeniem hamulców, które zadziałają, gdy zacznie nam zagrażać procedura nadmiernego deficytu, jest możliwe.

Bardzo jasne deklaracje ideowe prezydenta wskazują, że np. Kościół może mieć wobec niego bardzo konkretne oczekiwania.

– W czwartkowym przemówieniu prymasa Wojciecha Polaka nie było słowa triumfalizmu i rysowania linii kulturowego konfliktu. Może to dobry prognostyk.

A czego nie było w orędziu?

– Żadnego nawiązania do sporu kulturowo–cywilizacyjnego, a więc aborcji, in vitro, związków partnerskich. Myślę, że prezydent zrobił to świadomie, co znaczy, że rozumie, co w Polsce się stało przez ostatnie lata. Andrzej Duda nie zahaczył o in vitro, choć nie podobają mu się przyjęte rozwiązania, bo – mam nadzieję – wie, że byłoby to sprzeczne z głównym tematem orędzia, a więc dystrybucją społecznego szacunku i budową wspólnotowości. Jeśli takie były motywy, to czapka z głowy.

A co takiego się w Polsce stało?

– Zmieniliśmy się wręcz niewiarygodnie. W pierwszej połowie lat 90. w kwestiach obyczajowych, aksjologicznych, cywilizacyjnych został w wielkich bólach i atmosferze konfliktu przyjęty pewien kształt polsko-polskich relacji. Celowo nie mówię o kompromisie, bo to słowo nie na miejscu. Dorobiliśmy się takich rozwiązań, które dla najważniejszych sił społecznych były z grubsza akceptowalne, dawało się z nimi żyć, choć nikt spośród środowisk o „mocnych” ideowych identyfikacjach nie był do końca szczęśliwy. Ograniczenie prawa do aborcji, ale nie jego likwidacja, nauczanie religii, etyka w szkołach – to przykłady z tamtego czasu.

Teraz ten spór powrócił, bo wypracowane status quo nie obejmuje całej gamy nowych zjawisk i problemów. Dlatego środowiska bardzo wyraziste, niekiedy skrajne, dążą nie do kontynuacji, ale do nowego określenia ram współżycia społecznego, oczywiście po swojej myśli. Jedni wzywają do skończenia z „państwem wyznaniowym”, inni – do położenia kresu zgniliźnie i procesom rozkładowym.

Jacy szatani byli tu czynni, wymaga osobnej analizy. Ale nie ulega wątpliwości, że prócz bezrefleksyjnych i refleksyjnych deklaracji środowisk politycznych i opiniotwórczych mieliśmy do czynienia z prawdziwym naciskiem rzeczywistości. Te problemy po prostu się pojawiły: in vitro, związki partnerskie, społeczne role kobiet. Dlatego pewne, milcząco uzgodnione, sposoby rozwiązania tych problemów stały się niewystarczające. Znów kłania się dystrybucja społecznego szacunku, np. wobec środowisk homoseksualnych, kwestii różnego pojmowania płciowości czy ról z nią związanych, postępującej pluralizacji stylów życia. Wszystko to jest dla nas raczej nowe. W latach 90. też byli homoseksualiści, ale ich postulaty nie pojawiały się w takim nasileniu, że trzeba było wobec nich zajmować polityczne stanowisko. Do Polski, co nieuchronne, dotarły bardzo różne wzory kulturowe. Polacy dziś i Polacy sprzed ćwierćwiecza mają inne doświadczenia, inne kontakty.

A z drugiej strony społeczeństwo polskie wyznaje w ogromnej większości umiarkowany, liberalny konserwatyzm: wszystko można, byle z ostrożna, niewyraziście, z względnością dla innych, co akurat do białej gorączki doprowadza radykalne środowiska po różnych stronach sporu. Ale przecież istnieje coś takiego, co nazywam „apolityczną” albo „aideową towarzyskością Polaków”, która realizuje się przy niedzielnym rodzinnym obiedzie i na sąsiedzkich grillach. Możemy być bardzo różni, ale musimy być dla siebie względni, żeby nie psuć atmosfery. Jeśli spojrzeć na historię, to spory światopoglądowe nigdy nie były u nas przyczyną ostrych konfliktów. Jeżeli w przeszłości skakaliśmy sobie do gardeł, to tylko na okoliczność polityki, a nie z powodu religii czy światopoglądu.

Słowem – w ostatnich latach akceptowany niechętnie, ale powszechnie, kształt naszych rozwiązań kulturowych i aksjologicznych został zachwiany. Zderzyły się dwa postulaty: zmiany tego kształtu w stronę bardziej tradycjonalistyczną oraz wprowadzenia rozdziału Kościoła i państwa na wzór francuski, który jest swoisty dla Francji i był wypracowywany przez cały wiek XIX, do Polski zaś, moim zdaniem, ma się nijak, ale jest prosty, by nie rzec – prostacki, więc łatwy do zrozumienia. Polska przestrzeń publiczna wysterylizowana z religii nie styka się z polskim doświadczeniem historycznym, więc taki pomysł musi zostać odrzucony przez większość społeczeństwa. Podobnie jak dążenia do większej restrykcyjności.

Skoro więc prezydent Duda – bardzo pobożny katolik, czego nie ukrywa – nie zajmował się tymi sprawami w orędziu, to oznacza to, że wie, w jakim kraju żyje. To bardzo mi odpowiada, bo wydaje mi się, że prezydent postara się uchwycić nowy moment dynamicznej równowagi między polską podstawą aksjologiczną, która realizuje się w sposób świecki, ale wywodzi się z religii, a coraz bardziej zmieniającym się, spluralizowanym społeczeństwem, poszukującym coraz bardziej zróżnicowanych stylów życia w bardzo różnych dziedzinach, od kultury po realizację związków emocjonalnych. Duda nie mówi o konflikcie, choć wie, że on istnieje, bo jeśli go zaznaczy, to będzie musiał się opowiedzieć po którejś ze stron.

Podoba się panu pomysł powołania specjalnego urzędu do bronienia dobrego imienia Polski i Polaków?– Jeśli będzie bronić dobrego imienia, odwołując się do narzędzi prawa karnego czy cywilnego, to będzie to nieskuteczne i nic dobrego z tego nie wyniknie. Czym innym jest akcja uświadamiająco-edukacyjna wobec pełnych dobrej woli elit, np. w USA, które, jak dyrektor FBI w swojej sławetnej wypowiedzi, zniesławiają nas, nie zdając sobie z tego sprawy. Przeczytałem artykuły o historii Holocaustu na stronie amerykańskiego Muzeum Holocaustu. Dyrektor FBI powiedział to, co tam wyczytał, bo te artykuły pisali zwolennicy tezy Kanta o integralnym złu tkwiącym w naturze ludzkiej. Skoro to natura ludzka, to narodowość nie ma znaczenia.

MSZ w sprawie obrony dobrego imienia Polski robił naprawdę sporo, lecz to nie wystarcza. Patronat prezydenta nad instytucją, która weszłaby w roboczy dialog z elitami opiniotwórczymi i za pomocą konferencji, seminariów, dyskusji uświadamiała im, jak było naprawdę, miałby głęboki sens.

Ludwik Dorn – ur. w 1954 r., socjolog, w PRL-u działacz opozycji. Poseł na Sejm od 1997 r. (dziś Solidarna Polska). W latach 2005-07, w czasie rządów PiS-u, był szefem MSW, wicepremierem i marszałkiem Sejmu.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy i smacznych wątków. Co weekend poznasz ciekawy przepis, zasłuchasz się w interpretacji wiersza i przyznasz, że jest cudem, dowiesz się, co w trawie piszczy – w polityce, kulturze, nauce.

W Magazynie Świątecznym:

Dariusz Gawin: Pora na słuszny gniew. Konserwatysta ma dość poprawności
Tolerancja kiedyś znaczyła znoszenie tego, z czym się nie zgadzam. Dzisiaj zawiera w sobie żądanie akceptacji. Czy „tolerując” islam, mamy „akceptować” jego stosunek do kobiet?

Ludwik Dorn: Wszystko można, byle z ostrożna
Mamy do czynienia z politykiem obiecującym, ale takim, który na własnej skórze jeszcze się nie nauczył, czym jest wielka polityka. Jeśli Andrzej Duda będzie uciekać od odpowiedzialności, to chętni do sterowania nim zawsze się znajdą

O wyższości lania betonu
Rozkwit portów i stoczni to najlepszy dowód, jak usprawniona infrastruktura ożywia całą gospodarkę morską. To widać i słychać, chyba że ktoś głuchy i ślepy, jak piewcy „Polski w ruinie”. Z Januszem Lewandowskim rozmawia Adam Leszczyński

Śpię, a niebo gwiaździste nade mną. I Perseidy
Najsłynniejszy rój meteorów najlepiej będzie widać w przyszłym tygodniu, pomiędzy 12 i 13 sierpnia, po godzinie pierwszej i nad ranem. Dlatego tę magiczną noc najlepiej spędzić pod gołym niebem. Sposoby są różne

Yesterday. Jak powstała najlepsza piosenka XX wieku
Koledzy kręcili nosem. Nie brzmiała jak piosenka Beatlesów, ale była zbyt dobra, aby z niej zupełnie zrezygnować. Umieścili ją na płycie „Help!” na przedostatnim miejscu

Ten przeklęty skwar. List z Toskanii
Zamiast o lecie, które jest wolnością, Włosi śpiewają dziś o nieznośnym rytmie codziennych rytuałów życia i o społecznej zawiści

Żałoba nigdy się nie kończy
– Żyjemy w świecie obrazu, wszechobecnej mody, gdzie trzeba dobrze wyglądać. To „wyglądanie” ma przesadzoną wartość i za dużo kosztuje – mówi Mazarine Pingeot, francuska pisarka, filozofka, nieślubna córka François Mitterranda

My mamy Kukiza, Amerykanie – Trumpa
Miliarder megaloman i rozczarowany rockman, jeden w garniturze, drugi w koszulce z wilczą paszczą. Dwie strony tego samego medalu

kaczyńskiDoDzisiaj

wyborcza.pl

Dlaczego przeprosiliśmy

Rozmawiała Katarzyna Wiśniewska, 08.08.2015
- To, co się ostatnio działo, zaczęło przekraczać granice gorliwej troski o Kościół i obróciło się przeciwko konkretnej osobie - właśnie prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu 
(na zdjęciu) - mówi ks. Sowa

– To, co się ostatnio działo, zaczęło przekraczać granice gorliwej troski o Kościół i obróciło się przeciwko konkretnej osobie – właśnie prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu (na zdjęciu) – mówi ks. Sowa (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Przepraszając prezydenta Komorowskiego, nie sprzeciwiliśmy się ani biskupom, ani Kościołowi. Zrobiliśmy to, żeby atakowany prezydent nie czuł się przez Kościół odrzucony.
Rozmowa z ks. Kazimierzem Sową, b. dyrektorem telewizji Religia.tvKATARZYNA WIŚNIEWSKA: Na mszy w intencji prezydenta Komorowskiego księża przeprosili go za niesprawiedliwe, podłe słowa wypowiadane przez innych ludzi Kościoła. Coś takiego w Kościele się jeszcze nie zdarzyło. Za co były te przeprosiny?

KS. KAZIMIERZ SOWA: Były to słowa przeprosin za takie opinie, oceny, porównania, które uwłaczały prezydentowi Komorowskiemu zarówno jako głowie państwa, jak i dobremu człowiekowi oraz dobremu chrześcijaninowi.

Z prezydenta uczyniono apostatę, porównywano go w Radiu Maryja do Hitlera. Sugerowano, że zdradził, zaparł się wiary. Nie chodzi nawet o oficjalne komunikaty Kościoła, ale o to, co mieści się w ramach publicystyki nazywanej katolicką.

Biskupi skrzywdzili Bronisława Komorowskiego, zaangażowanego katolika, pisząc, że nie powinien przystępować do komunii świętej? Bo prezydent i jego rodzina, z tego, co wiem, bardzo to przeżywali. Czy takie sformułowanie ze strony Episkopatu nie były zbyt radykalne?

– Te sformułowania były zbyt radykalne, ale to moje prywatne zdanie. Niewątpliwie osiągnęły swój efekt. Jeśli biskup mówi „nie powinien”, to stu pobudzonych komentatorów, publicystów i pewnie jeszcze księży zrobi z tego od razu akt apostazji i zdrady.

Ksiądz prof. Wierzbicki, komentując komunikat abp. Dzięgi o konsekwencjach dla polityków popierających in vitro, powiedział mi, że „przesada w stosowaniu prawa może okazać się krzywdząca”.

– Zgadzam się. Jeśli popatrzymy na przebieg dyskusji o in vitro w ostatnich latach, widać, że zabrakło pewnej rozwagi ze strony Kościoła.

Nie jesteśmy episkopoi (biskupami) – powiedział ks. Seniuk na czwartkowej mszy. Czy to znaczy, że zwykłym księżom wolno więcej, mogą mieć inne zdanie niż Episkopat np. w kwestii in vitro?

– Nie. Chodziło o to, żeby nikt z obecnych nie myślał, że ma do czynienia z wykładnią nauczania Kościoła, opinią wypowiadaną w imieniu Kościoła. Jesteśmy księżmi, którzy tak, a nie inaczej oceniają pewne zjawiska, dlatego tak się wypowiedzieliśmy. Tzn. księża Luter i Seniuk zrobili to w naszym imieniu, ale dajemy temu pełną autoryzację.

Nie obawia się ksiądz konsekwencji za te słowa? Ks. Lemański sprzeciwił się swojemu biskupowi, no i jest suspendowany. Tomasz Terlikowski napisał: „Grupa kapłanów, w tym ks. Kazimierz Sowa, złożyła podczas mszy świętej deklarację schizmy”.

– Jeśli kogoś się obawiam, to samozwańczych obrońców wiary i Kościoła, którzy ubierając się w piórka czystości dogmatycznej, zaczynają bardziej przypominać Savonarolę niż katolików, którzy chcą zwrócić uwagę na jakiś problem.

Nie sprzeciwiliśmy się ani biskupom, ani Kościołowi. Jeśli ktoś wskazuje, że dzieje się coś złego w przestrzeni publicznej, nie jest rewolucjonistą czy schizmatykiem. Zrobiliśmy to po to, żeby atakowany prezydent nie czuł się odrzucony przez Kościół.

Tak się złożyło, że wszyscy, którzy byliśmy w czwartek przy ołtarzu, znamy prezydenta trochę dłużej i może nawet trochę lepiej niż niektórzy biskupi. I pamiętamy, że w latach 80., gdy nikt nie miał takiej wielkiej odwagi, uczył historii w seminarium duchownym. Paradoksalnie, wychowywał księży.

Symptomatyczne było też, że ten przeklęty prezydent ze swoją rodziną i z połową kancelarii szli do komunii. Nie robili tego dla manifestacji, to po prostu od dawna ich sposób przeżywania religijności. Jeśli ktoś taki nagle staje się uosobieniem wszelkiego zła, bo podpisał ustawę o in vitro, nie jest to chyba zgodne z nauczaniem Chrystusa, żeby nigdy nie przekreślać człowieka.

Czy jesteście ostatnimi sprawiedliwymi czy też reprezentantami większej grupy duchownych?

– Nie jestem niczyim reprezentantem. Ale oczywiście było mi miło, że kilku księży pisało do mnie po mszy: „Dobrze zrobiliście”. Powtarzam: zrobiliśmy to we własnym imieniu. Niech się więc Tomasz Terlikowski nie boi – nie zarejestrujemy oddziału księży wyklętych czy też niepokornych a rebours.

Mam zresztą wrażenie, że niektórzy odetchnęli z ulgą, iż takie słowa padły ze strony ludzi w koloratkach. To, co się ostatnio działo, zaczęło przekraczać granice gorliwej troski o Kościół i obróciło się przeciwko konkretnej osobie – właśnie prezydentowi.

Mam wrażenie, że Kościół idzie w stronę coraz silniejszego upolitycznienia. Jeśli PiS dojdzie do władzy, Kościół może zyskać jeszcze więcej przywilejów. To spodoba się biskupom, ale czy będzie dobre dla Kościoła?

– Nie demonizujmy sytuacji, w której biskupi wysyłają listy do polityków i proszą o wzięcie ich pod uwagę. Tak robią różne grupy lobbujące za różnymi rozwiązaniami. Poczekajmy, czy PiS dojdzie do władzy czy nie. Jeśli następuje proces upolitycznienia, to dokonuje się on z dwóch stron. Z jednej jest ktoś, kto obiecuje, z drugiej – ktoś, kto oczekuje. PiS może obiecać złote góry, bo nie rządzi. Jeśli zacznie, ta optyka może się zmienić.

Sądzę, że Kościół jest trochę zagubiony w tej całej rozgrywce. Z jednej strony są księża, których nie interesuje polityka, z drugiej są ci, którzy w zmianach w prawie widzą szansę dla Kościoła. Jesteśmy naprawdę bardzo zróżnicowaną grupą.

A ksiądz widzi szansę w zmianach ustaw po myśli Kościoła?

– Jeśli kogoś nie zmieniła Dobra Nowina, to nie zmieni go ani nie zostanie świętym przez dobrą ustawę.

Co się wydarzyło w kościele Wizytek

6 sierpnia w warszawskim kościele Sióstr Wizytek odprawiono mszę w intencji b. prezydenta Bronisława Komorowskiego i jego rodziny. Mszę koncelebrowali: rektor kościoła Wizytek ks. Aleksander Seniuk, ks. Kazimierz Sowa, ks. Andrzej Luter i ks. Stanisław Opiela. Księża przeprosili prezydenta „za wiele niesprawiedliwości, także bardzo podłych” wypowiadanych „przez ludzi, których nazywamy ludźmi Kościoła”, za „słowa, które ranią, zwłaszcza dotyczące pana wiary, sumienia, wierności Kościołowi”. Ks. Seniuk informował, że pod przeprosinami podpisują się też kapłani, którzy chcieli być tego dnia na mszy, ale nie mogli, m.in.: Tomasz Dostatni, Adam Boniecki, Alfred Wierzbicki, Wacław Oszajca i Maciej Zięba.

 

 

WYJAŚNIENIE KS. ALEKSANDRA SENIUKA

W relacji „Wyborczej” z 7 sierpnia z mszy świętej w intencji Bronisława Komorowskiego, jego Małżonki i rodziny, niedokładnie zacytowano moją wypowiedź. Podaję fragment tekstu, który wygłosiłem. „My nie jesteśmy episkopoi, my jesteśmy tylko prezbiteroi, a jednak czujemy się odpowiedzialni na naszą miarę za te niesprawiedliwości rzucane na Pana”.

Jeszcze mój komentarz: Te słowa nie oznaczają przeciwstawiania się biskupom, tylko są sensownym rozróżnieniem w kontekście dalszych słów. Po reakcji zebranych w Kościele na słowa: „My nie jesteśmy episkopoi” natychmiast dodałem: „Chyba Państwo nie zrozumieliście dobrze moich słów”.

 

 

Zobacz także

dlaczegoPrzeprosiliście
wyborcza.pl

Smutny prezydent Duda

09.08.2015

Wbrew wielu spekulacjom i nieuniknionym kombinacjom intelektualnym przeprowadzanym przez dziennikarzy, po prezydenturze Andrzeja Dudy nie spodziewam się praktycznie niczego. Będzie trochę okazji do komentarzy z racji niezręczności i małego politycznego obycia prezydenta oraz z racji jego przesadnie demonstrowanej wiary, ale to raczej kwestia słów niż czynów.

Pod względem czynów, jak sądzę, prezydent Duda będzie pozornie aktywny, a faktycznie bierny. Przede wszystkim bardzo mało umie i przez pierwsze dwa lata będzie się obawiał wyraźnych działań, a ich skuteczność będzie zależna od rządu, którego natury jeszcze nie znamy. Przez następne dwa lata będzie się szykował do następnych wyborów, do drugiej kadencji i też niewiele zdziała. A potem będzie kampania wyborcza. Słowem – bierność z przylepionym uśmiechem i patriotyczno-religijnym wielosłowiem.

Jednak tak będzie pod warunkiem, że sytuacja europejska pozostanie – tak jak obecnie – niepewna, ale stabilna. Zupełnie nie wiem – i pewnie on sam nie wie – jak prezydent Duda potrafiłby dać sobie radę w trudnych momentach, kiedy trzeba podejmować rzeczywiste decyzje, mające konsekwencje nawet w postaci wysyłania ludzi na front walki. Wprawdzie znalazł kilka sensownych osób (na przykład przyszłego szefa BBN), ale w trudnych sytuacjach potrzeba intuicji i umiejętności podejmowania decyzji. Dopiero wtedy okazuje się, jakim kto jest politykiem.

Trudne czasy nie muszą wynikać z napiętej sytuacji międzynarodowej. Wydaje się niewątpliwe, że koniunktura gospodarcza po raz kolejny pogorszy się i w takiej sytuacji, kiedy dochody państwa spadną, także proponowane przez Andrzeja Dudę wydatki będą niemożliwe do realizacji. To z kolei wywoła strajki i inne ostre konflikty, a mam wrażenie, że Duda nie jest prezydentem, który umie sobie radzić w sytuacjach konfliktowych. Świadczy o tym jego zachowanie – dotychczas – np. w sprawie drugiej pracy akademickiej na marnej uczelni, o czym nie wiedział rektor jego uczelni macierzystej. Nie miał odwagi jasno tego rozwiązać.

Sądzę więc, że kadencja ta będzie przebiegała pod znakiem unikania kłopotów. W istocie jest to niedobre dla całej Polski, nie tylko dla PiS – bo polityków potrzebujemy jak wody w te upały.

Pozostała jeszcze kwestia dla mnie tajemnicza. Otóż Andrzej Duda należy do pokolenia europejskiego, liberalnego, ze wszystkimi stypendiami i studenckimi kombinacjami. Do pokolenia nieznoszącego świętoszków i hipokryzji. Do pokolenia pluralizmu wartości. Nie wiem, jak dalece on sam jest taki jak to pokolenie, ale po części być musi. Może się okazać, że po prostu w czapce świętoszka nie wytrzyma.

Więcej na kulturaliberalna.pl

Już w najbliższy wtorek nowy numer „Kultury Liberalnej” poświęcony nowemu prezydentowi.

Marcin Król

profesor filozofii, historyk idei. Wykładowca Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW. Ostatnio opublikował m.in. „Europa w obliczu końca” (2012), „Klęska rozumu” (2013) oraz „Byliśmy głupi” (2015).

TOK FM

Duda: To rząd musi wprowadzić dopłaty dla dzieci. A Kopacz: To nie rząd obiecywał, tylko prezydent w kampanii

klep, PAP, 09.08.2015
Prezydent Andrzej Duda zaskoczył wczoraj, mówiąc, że to rząd musi przygotować projekt dopłat dla dzieci. – Rozumiem, że pan prezydent chciał przekazać tylko jedną informację, że skoro skończyła się wyborcza kampania prezydencka, to wszystkie obietnice są nieaktualne – stwierdziła Ewa Kopacz.
Ewa Kopacz

Ewa Kopacz (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

 

– Deklarowałam chęć współpracy, bo uważam, że prezydentowi wybranemu w sposób demokratyczny należy się szacunek. Dla instytucji i dla człowieka, który wygrał te wybory. Dzisiaj chcę współpracować jako szefowa rządu i mój rząd do takiej współpracy jest gotowy – powiedziała Ewa Kopacz, odwiedzając targ śniadaniowy na warszawskim Mokotowie.

Podkreśliła, że będzie nadal zwracała się do prezydenta o zwołanie Rady Gabinetowej. – Wtedy powiemy, nad czym rząd w tych ostatnich trzech miesiącach będzie pracował. Pewnie pan prezydent będzie miał też okazję z nami – nie poprzez media – porozmawiać i zapytać, jakie są plany na przyszłość. Chciałabym też usłyszeć, jakie są oczekiwania pana prezydenta – powiedziała Ewa Kopacz.

„To nie rząd obiecywał, tylko pan prezydent w kampanii”

Premier była pytana również o propozycję prezydenta dotyczącą 500 zł dopłaty na każde dziecko w rodzinach najbiedniejszych, a także na kolejne dzieci, poczynając od drugiego w rodzinach o średnim dochodzie. – Ten plan musi zostać zrealizowany w absolutnym współdziałaniu z rządem, bo rząd będzie musiał przygotować tutaj projekt ustawy. W każdym razie nie wyobrażam sobie możliwości przygotowania tego projektu bez bardzo ścisłej współpracy, bo to jest poważna kwestia finansowa. To też jest bardzo poważne wyzwanie dla państwa – mówił w sobotę prezydent w Kopaninie Kaliszańskiej.

– To nie rząd obiecywał, tylko pan prezydent w kampanii. Rozumiem, że pan prezydent chciał przekazać tylko jedną informację, że skoro skończyła się wyborcza kampania prezydencka, to wszystkie obietnice są nieaktualne. No bo jeśli dzisiaj tę obietnicę składał sztab i podczas kampanii prezydenckiej składali przedstawiciele PiS, to trudno się spodziewać, żeby teraz przychodzili do opozycji i mówili: zróbcie to za nas – skomentowała tę wypowiedź Kopacz.

– Jeśli dzisiaj z pierwszej z tych obietnic – bardzo ważnej, bo ponoć miała dotyczyć wszystkich dzieci w Polsce – się wycofują, to co pomyśleć o obietnicach dużo bardziej kosztownych z budżetu państwa, które były składane w czasie kampanii. To zaskakujące – powiedziała premier.

„Ja tę rękę wyciągam, i to po raz któryś”

Dziennikarze pytali też premier Kopacz o sobotnie słowa prezydenta Dudy o tym, że niektórzy politycy nie chcą z nim współpracy, „nie chcą podjąć tej wyciągniętej ręki”.

– Ja tę rękę wyciągam, i to po raz któryś. (…) Ja generalnie lubię ludzi i to powinno być zasadą. Niezależnie od tego, czy się jest w polityce, czy w życiu, powinno się lubić ludzi. Jeśli nie będziemy lubić ludzi, to polityka będzie tylko i wyłącznie podgrzewać atmosferę, w której będziemy się nienawidzić. A tej nienawiści sporo jest. (…) Nie narzekam, taka jest polityka, ale chciałabym to zmienić. Liczę, że pan prezydent będzie pierwszym, który zwróci się do swojego elektoratu, do swoich zwolenników, żeby złagodzić ten język. Nie proszę o cokolwiek. Ale wydaje mi się, że Polacy czekają dzisiaj nie na złość, ani na nienawiść, ale na odrobinę sympatii i zrozumienia – powiedziała szefowa rządu.

dudaChce

gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: