Duda (10.08.2015)

 

Prezydent Andrzej Duda w Jędrzejowie. Zasadził dąb, dostał medal. „Nie jestem tu anonimowy” [ZDJĘCIA]

Grzegorz Walczak, 10.08.2015
– Przyjeżdżam tu nie jako kandydat, ale jako prezydent. Myślę, że to nawet lepszy interes – mówił w poniedziałek w Jędrzejowie Andrzej Duda. Zasadził tu dąb, dostał też medal od „kadrówki”.
Jędrzejów, prezydent Andrzej Duda w Archiopactwie Cystersów

Jędrzejów, prezydent Andrzej Duda w Archiopactwie Cystersów (PAWEŁ MAŁECKI)

Na początku wizyty prezydent odwiedził Archiopactwo Cystersów w Jędrzejowie. Chwilę witał się z mieszkańcami. – Wreszcie Polska ma prawdziwego prezydenta – wykrzyczał w tłumie jeden z mężczyzn. W opactwie prezydent ucałował relikwie św. Wincentego Kadłubka, zwiedzał i wysłuchał koncertu muzyki organowej. Złożył też kwiaty pod tablicą upamiętniającą Marię i Lecha Kaczyńskich i pozostałe ofiary katastrofy smoleńskiej.

Spotkał się również ze świętokrzyskimi politykami Prawa i Sprawiedliwości oraz lokalnymi samorządowcami. Wizytę prezydenta do Jędrzejowa organizował świętokrzyski poseł PiS Andrzej Bętkowski.

Duda już zdobył Jędrzejów

W Jędrzejowie Andrzej Duda wygrał zdecydowanie w drugiej turze wyborów prezydenckich. Uzyskał 60 proc. głosów. W całym powiecie – ponad 68 proc.

– Bardzo się cieszę, że jestem w Jędrzejowie, gdzie – powiedzmy delikatnie – nie jestem osobą anonimową – mówił podczas otwartego spotkania z mieszkańcami w parku miejskim. Przypomniał, że do Parlamentu Europejskiego dostał się z listy małopolsko-świętokrzyskiej. Dziękował za głosy oddawane na niego w wyborach. – Mój wynik w Jędrzejowie i w powiecie był bardzo dobry. Jestem za to ogromnie wdzięczny – stwierdził.

Jego przemówienie miało kurtuazyjny charakter. Oprócz podziękowań przypomniał, że kontynuuje swoją trasę po Polsce do tych powiatów, których nie zdążył odwiedzić w kampanii wyborczej. – Nie było tutaj kandydata na prezydenta Andrzeja Dudy, ale za to przyjechał prezydent. Myślę, że to nawet lepszy interes – mówił, zbierając oklaski od mieszkańców.

Stwierdził, że swoje zobowiązania z kampanii wyborczej będzie „prowadził do samego końca”.

To zapewne reakcja na słowa premier Ewy Kopacz, która sugerowała, że po kampanii obietnice Andrzeja Dudy są już nieaktualne. Przypomnijmy: w sobotę w Kopaninie Kaliszańskiej prezydent deklarował, że jego plan wypłaty 500 zł na każde dziecko w rodzinie „musi zostać zrealizowany w absolutnym współdziałaniu z rządem”. Premier ripostowała, że rząd nie odpowiada za obietnice wyborcze prezydenta.

Prezydent będzie upominać

– Złożę ustawy, które solennie obiecałem, i będę prowadził działania, o których mówiłem. Mam poczucie, że prezydent Rzeczypospolitej jest wybrany przez naród i ma w związku z tym szczególną legitymację – mówił do mieszkańców Jędrzejowa. Nie wyjaśnił, jakie ustawy ma na myśli. Choć zapewnił, że zdaje sobie sprawę ze swoich konstytucyjnych kompetencji, to dodał, że jego kompetencją jest mówić „w sprawach narodu, społeczeństwa”. – Mówić, inspirować działania, czasem upominać, jeśli jest taka konieczność – stwierdził. – Możecie być państwo pewni, że moje zobowiązania wyborcze będę realizował na różne sposoby. Tam, gdzie mogę i gdzie się da, działając bezpośrednio, to znaczy samemu składając projekty ustaw, przygotowując strategię działania – uzupełniał.

W tym drugim ma mu pomóc Narodowa Rada Rozwoju, której powołanie niebawem zapowiedział. Ogólnie opowiadał o tym, że będzie starał się prowadzić też działania inspirujące.

– Poprzez nawoływanie do wprowadzenia pewnych rozwiązań i nawoływanie do zaniechania niektórych działań, jeżeli takie będą i uznam, że są niekorzystne dla państwa polskiego – wyjaśnił lakonicznie.

Duda jak kadrówka. „Panie prezydencie, szczęść Boże”

Na pamiątkę wizyty w Jędrzejowie zasadził w parku dąb. Otrzymał też odznakę honorową „Uczestnikowi Marszu Szlakiem Kadrówki”. Została ona ustanowiona w 1981 r., w czasie pierwszego powojennego Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów do Kielc. Otrzymali ją wcześniej m.in. prezydenci Lech Kaczyński i Ryszard Kaczorowski. -Wierzymy głęboko, że tak jak 6 sierpnia 1914 r. legioniści szli i doszli do wolnej Polski, tak od 6 sierpnia 2015 r. – od początku wędrówki pana prezydenta – dojdziemy do wielkiej, potężnej i najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Panie prezydencie, szczęść Boże. Witamy w szeregach kadrówki – mówił do Andrzeja Dudy Jan Józef Kasprzyk, honorowy komendant marszu. „Kadrówka” w niedzielę przeszła przez Jędrzejów, w środę dojdzie do Kielc.

Zobacz także

DudawJędrzejowie

gazeta.pl

Badanie: PO i Kopacz obiektem największego hejtu

10.08.2015

Norbert Maliszewskiekspert (dr hab., Uniwersytet Warszawski) zajmujący się zachowaniami politycznymi

Firma Newspoint zbadała liczbę komentarzy w Internecie, ich wydźwięk, a także odsetek wpisów „hejterskich” dla partii oraz ich liderów. Najczęściej dyskutowano o Ewie Kopacz, ale była liderką liczby komentarzy o wydźwięku negatywnym, z których aż jedna trzecia była internetowym „hejtem”. Premier wyprzedziła w tym rankingu Beatę Szydło i Jarosława Kaczyńskiego. Dla partii obraz wyników był bardziej złożony. PiS był liderem liczby komentarzy, ale to o PO pisano najczęściej w negatywnym kontekście. Dodatkowo, firma Ariadna przeprowadziła sondaż, w którym sprawdzano, jak badani sądzą, kto jest obiektem największego hejtu. Nie tylko z bezpośredniej analizy komentarzy, ale także z doświadczenia internautów wynika, że obiektem największego hejtu jest PO i premier Ewa Kopacz.

 

Premier Ewa Kopacz obiektem największego "hejtu", fot.  PAP/ Michał Walczak

Premier Ewa Kopacz obiektem największego „hejtu”, fot. PAP/ Michał Walczak
Badanie Newspoint: 1) liczba komentarzy; 2) wydźwięk; 3) odsetek "hejterskich", fot. tajnikipolityki

Badanie Newspoint: 1) liczba komentarzy; 2) wydźwięk; 3) odsetek „hejterskich”, fot. tajnikipolityki

Podczas kampanii prezydenckiej popularna wśród komentatorów była teza, iż jednym z powodów przegranej prezydenta Bronisława Komorowskiego były źle zaplanowane działania w mediach społecznościowych i „internetowy hejt”. W czerwcu rozpoczęła się kampania parlamentarna. Dlatego podjęliśmy próbę zbadania, który z polityków, a także jaka partia jest teraz obiektem tzw. hejtu. Zdefiniowaliśmy go jako obraźliwe, emocjonalne, komentarze, które są przejawem złości, agresji i nienawiści.

Firma Newspoint zrealizowała niniejsze badanie w trzech krokach. Po pierwsze, w internetowej próbie program komputerowy automatycznie zliczał komentarze dotyczące partii i ich przywódców. Pełne dane są prezentowane na http://www.tajnikipolityki.pl. Natomiast tutaj tylko zaprezentowano wyniki dla liderów rankingu.

Najczęściej dyskutowano o Ewie Kopacz (66 tys. wzmianek). Co więcej, w porównaniu z czerwcem liczba komentarzy wzrosła o 4 punkty procentowe. Premier prowadzi kampanię wizerunkową, podczas której stara się zredukować tzw. dystans władzy. Pokazuje, że jest blisko swoich wyborców, ich rozumie. Prowadzi ofensywę medialną, stąd m.in. jej przewaga.

Beata Szydło była pięć razy rzadziej obiektem komentarzy (12 tys.) niż premier Kopacz. Stratedzy PiS próbują przejąć inicjatywę w mediach, więc o liderce kampanii pisze się coraz częściej (wzrost o 6 punktów proc.). Wprowadzenie umiarkowanego polityka – Beaty Szydło ma sprzyjać przejmowaniu elektoratu Pawła Kukiza i wyborców niezdecydowanych. Jarosław Kaczyński mógł ich zniechęcać. Niegdyś nazywany był politykiem – „papryczką chilli”, wyborcy „kochali go lub nienawidzili”. Niemal każda jego wypowiedź wzbudzała kontrowersje. W lipcu o Jarosławie Kaczyńskim internauci osiem razy rzadziej dyskutowali o nim niż o Ewie Kopacz. O swoistym „schowaniu” prezesa PiS świadczy fakt, iż liczba wpisów, w porównaniu z czerwcem, spadła aż o 22 punkty procentowe.

Internauci dyskutują o premier Ewie Kopacz, ale aż 31 proc. wpisów ma charakter negatywny. Firma Newspoint zbadała wydźwięk komentarzy, a zliczał je komputerowy program. Premier prowadzi intensywną kampanię, ale jest bardzo krytykowana w Internecie. Beata Szydło nie wzbudza takich kontrowersji. Najciekawszy jednak jest wynika dla Jarosława Kaczyńskiego. Na straszeniu nim opierały się kampanie wyborcze (np.http://www.rp.pl/artykul/397805.html), a teraz przestał budzić tak silne emocje.

W trzecim kroku badacze firmy Newspoint analizowali odsetek „hejtu” dla tych trzech wybranych polityków. W tym celu wylosowano próbę po 300 komentarzy dla każdego polityka. Negatywne komentarze klasyfikowali, czy są „hejterskie”, a więc  jako obraźliwe, emocjonalne; przejaw złości, agresji i nienawiści.

Obiektem największego „hejtu” była premier Ewa Kopacz (31 proc.). Co więcej, ta agresja wobec premier rośnie, gdyż ten odsetek wzrósł w porównaniu z czerwcem o 3 punkty proc. Hejt wobec Beaty Szydło jest sporadyczny (7 proc.), częstszy jest wobec Jarosława Kaczyńskiego (17 proc.).

Podobne analizy przeprowadzano dla partii (poniższy wykres tylko dla liderów rankingu, szczegóły na http://www.tajnikipolityki.pl).

Badanie Newspoint: 1) liczba komentarzy; 2) ich wydźwięk;  3) odsetek "hejterskich", fot. tajnikipolityki

Badanie Newspoint: 1) liczba komentarzy; 2) ich wydźwięk; 3) odsetek „hejterskich”, fot. tajnikipolityki

PiS jest na fali, gdyż jest liderem komentarzy Internautów. Co więcej, w porówaniu z czerwcem ta liczba wzmianek wzrosła o 6 punktów procentowych. Ciężar kampanii PiS jest rozłożony bardziej na całą partię, a jeśli chodzi o liderów, to panuje swoisty triumwirat (Beata Szydło, Jarosław Kaczyński, prezydent Andrzej Duda). Koszt koncentracji na premier Ewie Kopacz to mniej uwagi na samej Platformie, spadek liczby komentarzy w lipcu aż o 28 punktów proc.

Platforma Obywatelska traci wizerunkowo, gdyż to ona (41 proc.), a nie PiS (36 proc.) jest liderem rankingu negatywnych komentarzy. Przez lata to PiS prowadziło w tym niechlubnym rankingu. Ponadto, najwięcej w tych wpisach o PO „hejtu” (32 proc.), na temat PiS jest on mniej częsty (25 proc.).

W badaniu tym nie ustalamy, czy „hejt” jest spontaniczny, czy planowany przez politycznych oponentów. Przeciętny Internauta tego nie analizuje, kiedy zapoznaje się z komentarzami pod tekstem. Natomiast może ulegać normatywnemu wpływowi większości. Jeśli o danej partii pisze się negatywnie, jest obiektem „obciachu”, to nie warto na nią głosować. To samo dotyczy polityków. Nie ma empirycznych dowodów na to, iż taki proces wystąpił dla Bronisława Komorowskiego. Natomiast to badanie dostarcza takiego wstępnego materiału odnośnie premier Ewy Kopacz i Platformy.

Normatywny wpływ większości badaliśmy za pomocą sondażu firmy Ariadna (badanie przeprowadzono w dniach 1–4 sierpnia 2015 na ogólnopolskiej próbie Polaków liczącej N=1053 osób)*. Zadaliśmy następujące pytanie: „w Interenecie można spotkać się z tzw. hejtem, czyli z obraźliwymi, emocjonalnymi, komentarzam, które są przejawem złości, agresji i nienawiści. To wszelkie formy uderzenia w kogoś, nie tylko słowem (chociaż głównie nim), ale i grafiką czy filmem. Z hejtem wobec jakiej partii spotykasz się najczęściej?”

Nie tylko z bezpośredniej analizy komentarzy, ale także z doświadczenia internautów wynika, że obiektem największego hejtu jest premier Ewa Kopacz.

Z hejtem wobec jakiego polityka spotykasz się w Internecie  najczęściej?, fot. tajnikipolityki

Z hejtem wobec jakiego polityka spotykasz się w Internecie najczęściej?, fot. tajnikipolityki

Analizowaliśmy, jak na to pytanie odpowiadają sympatycy różnych partii. Wyborcy PO i Pawła Kukiza najczęściej wskazują na premier Ewę Kopacz jako obiekt „hejtu”. Odmienne rezultaty uzyskano dla sympatyków PiS. Wyborcy tej partii sądzą, że to Beata Szydło jest obiektem najbardziej agresywnych ataków.

Z hejtem wobec jakiego polityka spotykasz się w Internecie  najczęściej - sądy wyborców różnych partii, fot. tajnikipolityki

Z hejtem wobec jakiego polityka spotykasz się w Internecie najczęściej – sądy wyborców różnych partii, fot. tajnikipolityki

Analogiczne pytanie dla partii ujawnia, że zdaniem badanych to PO (37 proc.), a nie PiS (28 proc.) jest obiektem największego „hejtu”.

Z hejtem wobec jakiej partii spotykasz się w Internecie  najczęściej?, fot. tajnikipolityki

Z hejtem wobec jakiej partii spotykasz się w Internecie najczęściej?, fot. tajnikipolityki

Symatycy Platformy i Pawła Kukiza uważają, że to PO jest obiektem „hejtu”. Natomiast wyborcy PiS są wciąż przeświadczeni, że to ich partia jest przedmiotem stygmatyzacji w Internecie.

Z hejtem wobec jakiej partii spotykasz się w Internecie  najczęściej - sądy wyborców różnych partii, fot. tajnikipolityki

Z hejtem wobec jakiej partii spotykasz się w Internecie najczęściej – sądy wyborców różnych partii, fot. tajnikipolityki

Trudno już dziś dostarczyć bezpośrednie dowodów na wpływ internetowego hejtu na zmianę poparcia dla partii/lidera. Niemniej jednak publicystyczna teza z wyborów prezydenckich może mieć zastosowanie w wyborach parlamentarnych. W każdym razie to nie PiS, Jarosław Kaczyński, czy Beata Szydło jest teraz obiektem najbardziej intensywnego internetowego hejtu. Natomiast doświadcza go premier Ewa Kopacz i PO. Partie te zamieniły się rolami w internecie. To PiS było niegdyś przedmiotem szyderstwa, stygmatyzacji. Teraz ten negatywny proces dotyczy premier Ewy Kopacz i PO. Partie te zamieniły się też miejscami w sondażach. Przedmiotem kolejnych analiz będzie to, na ile „hejt” jest powodem strat wizerunkowych, a na ile skutkiem działań politycznych? Na ile „hejt” jest spontaniczny, a na ile zaplanowany przez oponentów? To zjawisko bardzo niepożądane społecznie, więc będziemy go starali się co miesiąc monitorować, aby ograniczać jego negatywne skutki.

*Badanie przeprowadzono w dniach 1–4 sierpnia 2015 roku metodą CAWI na ogólnopolskiej próbie Polaków liczącej N=1053 osób dobranych z panelu Ariadna. Próba losowo-kwotowa. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji Polaków w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejscowości .

Onet.pl

„Gazeta Polska” zbiera pieniądze na publikację przeprosin. Apeluje do czytelników

Tomasz Sakiewicz, naczelny "Gazety Polskiej"
Tomasz Sakiewicz, naczelny „Gazety Polskiej” Fot. Kuba Atys/AG

Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz zaapelował do czytelników „Gazety Polskiej” o wsparcie finansowe. Nie zgadza się z wyrokiem Sądu Apelacyjnego, ale musi zapłacić. Ten bowiem zmienił swój wyrok sprzed lat.

– Szanowni Państwo, jak Państwo wiedzą „Gazeta Polska” i skupione wokół niej media podejmują tematy, którymi inni boją się zajmować. Staramy się m.in. wskazywać wpływ służb specjalnych na media – zaczął swój list do czytelników redaktor naczelny Gazety Polskiej.

Jak donosi Press.pl, redakcji nie stać na wykonanie decyzji Sądu. A obecna sytuacja to wynik batalii między „Gazetą Polską” a Milanem Suboticem. Chodziło o ujawnienie informacji o współpracy mężczyzny z tajnymi służbami.

W 2006 roku Sąd oddalił roszczenia Subotica, teraz po apelacji zmienia zdanie. Redakcja z Sakiewiczem na czele opłacić przeprosiny w mediach („Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, co może kosztować nawet 250 tys. zł. – Wydawca „Gazety Polskiej” będzie zmuszony wykonać ten wyrok, niemniej jednak potrzebuje na ten cel kwoty znacznie przekraczającej swoje możliwości – kończy Sakiewicz w liście cytowanym przez Press.pl.

Źródło: Press.pl

gazetaPolskamaZapłacić

naTemat.pl

Ksiądz przeprosił Komorowskiego. Wkracza w to kuria. „Kościół nie powinien wpisywać się w żadną narrację polityczną”

kk, PAP, 10.08.2015
Rzecznik kurii zapowiada: kardynał Kazimierz Nycz ma się spotkać z księdzem Seniukiem. Chodzi o wyjaśnienie dwóch ważnych kwestii i zbadanie sprawy mszy w intencji prezydenta Komorowskiego.
Kardynał Kazimierz Nycz, ks. Aleksander Seniuk

Kardynał Kazimierz Nycz, ks. Aleksander Seniuk (fot. BARTOSZ BOBKOWSKI, Waldemar Kompaa / AG)

Ks. Seniuk w imieniu koncelebrujących księży przeprosił prezydenta Komorowskiego za niesprawiedliwości, wypowiedziane również przez „ludzi Kościoła”. Kuria warszawska będzie chciała wyjaśnić sprawę ks. Seniuka, gdyż „nie chce opierać się na doniesieniach medialnych i z tego powodu musi dojść do spotkania kapłana z kard. Kazimierzem Nyczem”, zapowiedział rzecznik ks. Przemysław Śliwiński. Dodał, że na razie nie potrafi określić terminu spotkania.

„To żaden precedens”

Ks. Śliwiński podkreślił, że kuria będzie wyjaśniała tę sprawę tak, jak w każdej innej sytuacji, gdy podczas mszy dochodzi do zdarzeń budzących kontrowersje medialne. „I nie jest to żaden precedens, tylko jest to normalne działanie kurii” – zaznaczył. Dodał, że chodzi o wyjaśnienie dwóch kwestii. Czy rzeczywiście doszło do „pewnego rodzaju narracji politycznej” podczas mszy, bo „Kościół nie powinien wpisywać się w żadną narrację polityczną i musi stać ponad podziałami, musi być apolityczny”.

Po drugie – jak podkreślił rzecznik kurii – chodzi o wyjaśnienie, czy „nie doszło przynajmniej do stworzenia wrażenia, tj. pewnego rodzaju dezawuowania słów biskupów, ponieważ to biskupi są odpowiedzialni za swoją misję, za swoje zadania, które w ostatnim czasie wykonywali”.

Podłe rzeczy wypowiadane przez tzw. ludzi Kościoła

Ks. Seniuk w czwartek mówił m.in.: „W ostatnim czasie spotkało pana, panie prezydencie, wiele niesprawiedliwości, także bardzo podłych. I niestety, były one wypowiadane przez ludzi, których nazywamy ludźmi Kościoła. Zostały przez nich samych wypowiedziane i innych, z ich błogosławieństwem. Słowa, które nigdy nie powinny się pojawić w ustach takich ludzi. Święte słowa miłość i miłosierdzie były poniewierane wśród słów nikczemnych”.

„My nie jesteśmy episkopoi (z gr. biskupi), my jesteśmy tylko presbiteroi (kapłani) (…) a jednak czujemy się odpowiedzialni na naszą miarę za te niesprawiedliwości rzucane na pana” – dodał ks. Seniuk.

„Więc proszę przyjąć, panie prezydencie, pani Anno (…) i mówię to w imieniu, myślę, wielu kapłanów – przepraszamy was, prosimy o wybaczenie nam i także tym wszystkim, którzy nie wiedzą, co czynią” – powiedział ks. Seniuk.

ksiądzPrzeprasza

Gazeta.pl

„Dzieci z in vitro nie są ludźmi ułomnymi w żadnym stopniu. Wbrew temu, że niektórzy moi koledzy tak, niestety, mówią”

Anna Siek, 10.08.2015
Ks. Andrzej Draguła

Ks. Andrzej Draguła (Agata Michalak / Agencja Gazeta)

Ks. prof. Andrzej Draguła krytykuje język, jakim polski Kościół mówi o in vitro. – Mam wielu znajomych młodych ludzi. Wiem, że coraz trudniej jest z poczęciem dziecka, z jakimi problemami borykają się ludzie, którzy pragną być rodzicami. Takie osoby pojawiają się w kościele i słyszą, że rozważanie in vitro to egoizm, że takie dziecko to produkt. Tak nie można mówić! – mówił w TOK FM.

 

Ks. Prof. Draguła nie ma wątpliwości, że sposób komunikowania się polskiego Kościoła z wiernymi w kwestiach dotyczących in vitro „nie jest wystarczająco przepracowany”.

– Często o kwestiach związanych z życiem seksualnym, małżeńskim, prokreacją mówią księża, którzy – miejmy nadzieję – mają na te tematy wiedzę, ale nie mają własnego doświadczenia. A jeżeli taki ksiądz ma niekompletną wiedzę, a do tego brak wrażliwości, to może się skończyć dramatem, że będziemy o tych kwestiach mówić w sposób nie do przyjęcia – ocenił ks. Draguła z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego, dyrektor Instytutu Filozoficzno-Teologicznego im. Edyty Stein w Zielonej Górze.

Nie można z pola widzenia stracić ludziCzęsto mówi się, że dziecko to boże błogosławieństwo, że „to Bóg dał dziecko”. – Czy więc możemy o dziecku poczętym metodą in vitro powiedzieć, że to nie jest błogosławieństwo dla rodziców? Czy możemy powiedzieć, że to nie jest człowiek? Czy możemy powiedzieć, że jest mniej kochane przez Boga? A, niestety, wydaje mi się, że w odbiorze wielu kazań może się pojawić takie wrażenie – mówił ks. prof. Draguła, wykładowca i autor m.in. książki „Czy Bóg nas kusi? 55 pytań o wiarę”.Gość TOK FM podkreślał, że dzieci urodzone dzięki in vitro „mają taką samą godność” jak inni ludzie. Dlatego tak ważny jest język, jakim polscy duchowni mówią o in vitro. – Dzieci urodzone dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu nie są mniej ludźmi. Nie są ludźmi ułomnymi w jakikolwiek sposób, wbrew temu, że niektórzy moi koledzy z branży tak niestety mówią.Zdaniem ks. prof. Draguły ludziom polskiego Kościoła wypowiadającym się ostro na temat in vitro brakuje m.in. wrażliwości na emocje uczucia wiernych. Często znajdujących się w bardzo trudnej sytuacji.- Mam wielu znajomych młodych ludzi, m.in. dlatego, że jestem wykładowcą. Wiem, że coraz trudniej jest z poczęciem dziecka, z jakimi problemami borykają się ludzie, którzy pragną być rodzicami. Takie osoby często długo starają się o dziecko, „po bożemu”, ale dziecka nie ma. Potem ci ludzie pojawiają się w kościele i słyszą, że rozważanie zapłodnienia in vitro to egoizm, że takie dziecko to produkt. Tak nie można mówić! Taki sposób mówienia o problemie nie liczy się z ludzkimi uczuciami.

Według duchownego w Polsce księża bardzo często wypowiadają się na tematy związane nie tylko z in vitro, ale i z innymi problemami dotyczącymi seksualności, prokreacji, życia małżeńskiego. – Miejmy nadzieję, że mają na te tematy wiedzę, ale nie mają własnego doświadczenia. Ale jeżeli tacy księża mają niekompletną wiedzę i do tego brak wrażliwości, to może się skończyć dramatem. Że będziemy o tych kwestiach mówić w sposób nie do przyjęcia.

In vitro od dawna ”boli” część duchownych. Na księdzu Longchamps de Bérier, który mówił o bruździe dotykowej, nie zostawiono suchej nitki. W ostatnich dniach temat ”konsekwencji” za podpisaniu ustawy o in vitro dotyczył Bronisława Komorowskiego. Część kleru uważa, że wystąpił przeciwko wierze i nie zasługuje na to, by otrzymać komunię. Za te słowa kilku księży przepraszało byłego prezydenta.

„Ustawa o in vitro to tykająca bomba. Zmieni ludzki genom”>>>

Zobacz także

ksDraguła

TOK FM

John Godson nie chce wynagrodzenia. Wystartuje z listy PSL, by zostać posłem społecznym

John Godson wystartuje w wyborach do Sejmu z listy PSL
John Godson wystartuje w wyborach do Sejmu z listy PSL Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta

John Godson zamierza kontynuować poselską karierę. Dlatego będzie ubiegał się o miejsce w Sejmie z listy PSL. Godson podkreśla, że choć wystartuje z ramienia ludowców, to będzie kandydatem niezależnym.

Zapowiedzi posła idą zresztą dalej. Przytaczając jego słowa, Polskie Radio podaje, że jeśli Godson zdobędzie mandat, to nie będzie pobierał poselskiego wynagrodzenia (9 829 zł brutto). Do szczęścia wystarczy mu parlamentarna dieta, czyli wyrównanie kosztów związanych z wykonywaniem obowiązków służbowych (2 569 zł).

BędęPonownieKandydował

Od lutego Godson należy do Klubu Parlamentarnego PSL. Nie jest jednak członkiem partii. W jesiennych wyborach wystartuje z drugiego miejsca w okręgu łódzkim. „Jedynką” będzie tam Marek Działoszyński, były komendant główny policji.

źródło: Polskie Radio

JohnGodsonNie chce pieniędzy

naTemat.pl

Duda: Zwiększmy wpływ prezydenta na armię, politykę zagraniczną i sądownictwo

MIG, 10.08.2015
Andrzej Duda chce zwiększenia wpływu prezydenta na armię, politykę zagraniczną i sądownictwo. – Może warto się zastanowić, czy nie powinien mieć wpływu na dobór ministra obrony – powiedział w wywiadzie dla „W Sieci”.
Prezydent RP Andrzej Duda podczas wystąpienia przed Pałacem Prezydenckim

Prezydent RP Andrzej Duda podczas wystąpienia przed Pałacem Prezydenckim (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

 

Konstytucjonaliści od lat mówią, że prezydent ma silny mandat i ograniczone uprawnienia. Można mu przyznać silniejszą pozycję w zwierzchnictwie nad armią. Może warto się zastanowić, czy nie powinien mieć wpływu na dobór ministra obrony – powiedział w wywiadzie dla tygodnika „W Sieci” Andrzej Duda. Prezydent zastrzegł jednak, że nie chce, by prezydent wprost wskazywał osobę na stanowisko ministra, ale warto to uzgadniać. – Trzeba znaleźć kogoś takiego, kogo głowa państwa zaakceptuje – zaznaczył.

Duda chce większego wpływu na sprawy zagraniczne Polski

Duda chce też zwiększenia wpływu prezydenta na „stosunki międzynarodowe”, czyli politykę zagraniczną Polski. W Radzie Europejskiej są „szefowie państw i rządów” – przypomniał. Czy oznacza to powrót do klimatu z czasów trudnej kohabitacji Kaczyński-Tusk, gdy obaj jeździli na posiedzenia RE w Brukseli? Prowadzący wywiad i prezydent nie rozwinęli tematu, nie wiadomo więc, czy sam Duda planuje reprezentować Polskę na tych szczytach razem z Ewą Kopacz.

Prezydent podkreślił też w rozmowie z „W Sieci”, że jego koncepcją polityki zagranicznej nie jest szukanie wrogów. – To koncepcja szukania najróżniejszych europejskich sojuszników w imię wspólnego dobra.

Według Dudy prezydent powinien mieć też większy wpływ na wymiar sprawiedliwości. Jak podkreśla, to przecież „prezydent powołuje sędziów”.

Skąd pieniądze? Duda ma odpowiedź

W dalszej części wywiadu prezydent mówił m.in. że „dziś nie ma zrównoważonego rozwoju”: – Inwestuje się w rozwój infrastruktury niezbędnej dla rozwoju biznesu tylko w niektórych częściach Polski, bardzo niesprawiedliwie. I są inne części, do których wręcz trudno dojechać. Największy problem ma Polska wschodnia – podkreślił. Dopytywany o swoje – kosztowne – plany reform – mówił:

– Kiedy słyszę argumenty „skąd pieniądze”, przychodzi mi do głowy prosty przykład z życia: gdy nam się zepsuje auto, nie zakładamy rąk i nie ogłaszamy, że nic się nie da zrobić. Szukamy pieniędzy, nawet pożyczamy w miarę potrzeby. I naprawiamy samochód który zresztą dla wielu ludzi jest narzędziem pracy – tłumaczył. Jak zaznaczał, chce, by „w Polsce przestała obowiązywać bylejakość”.

– Ona się przejawia tym, że po roku od budowy nową drogę trzeba naprawiać. Bo inwestorzy oszukali, bo inspektorzy przymknęli oczy – argumentował prezydent.

W rozmowie pojawił się też wątek umów śmieciowych. Duda stwierdził, że „trzeba znaleźć drogę dojścia do ich likwidacji”. Gdy prowadzący wywiad Zaremba wskazał, że drobny biznes obawia się nadmiernego obciążenia kosztami pracy, Duda odpowiada „to trzeba usiąść i podjąć pracę nad nowym rozłożeniem tych kosztów. I przyznaje, że „nie jest ekspertem akurat w tej dziedzinie”.

„Gdybym zamknął się w pałacu…”

Duda odniósł się też w rozmowie z „W Sieci” do pojawiających się w mediach stwierdzeń, że kontynuowany przez niego po wyborze na prezydenta objazd Polski jest włączeniem się w kampanię PiS. – Gdybym zamknął się w pałacu, to by powiedzieli, że się „izoluję politycznie”. Nie ukrywałem PiS-owskich korzeni, rozstałem się z partią, ale nie będę udawał kogoś, kim nie jestem – skwitował. Dziś mojej apolityczności najbardziej agresywnie pilnują ci, którzy są zawiedzeni, że to ja a nie Bronisław Komorowski, zostałem wybrany – dodał.

 

dudaJużWskazuje

gazeta.pl

„Za rządów PiS brała dotacje, teraz boi się IV RP”. Krystyna Janda pod ostrzałem prawicy

Krystyna Janda krytykowana za wpisy o PiS-ie i patriotyzmie
Krystyna Janda krytykowana za wpisy o PiS-ie i patriotyzmie Fot. Jakub Orzechowski / AG

Krystyna Janda porównała na swoim blogu dwie wersje patriotyzmu: “prawicową” i “nowoczesną”. Teraz może pożałować, Prawicowe portale od razu przypomniały jej wypowiedź sprzed kilku miesięcy, w której ostrzega przed rządami PiS. I “ujawniają”, że “zakłamana Janda” w tamtym czasie brała dotacje od pisowskich władz.

Psie kupy kontra krzyż
Facebookowy wpis Jandy o rządach PiS pochodzi z maja tego roku. Powodem, dla którego przypomniano go właśnie teraz, jest ostatni tekst aktorki o patriotyzmie. Janda podsumowała go wymowną infografiką, w której “nowoczesny patriotyzm”, polegający m.in. na płaceniu podatków, kasowaniu biletów w autobusach i głosowaniu w wyborach, przeciwstawiany jest “prawicowemu patriotyzmowi”. Ten drugi to np. “herezja smoleńska”, hasła typu “żydo-masono-euro-komuny” i “Jarosław, Polskę zbaw!”.

Na prawicy takie porównanie spotkało się z oburzeniem. “Ależ wielki musi być żal niektórych celebrytów, którzy przez ostatnie pięć lat razem z Bronisławem Komorowskim krzewili nowoczesny patriotyzm. No i oczywiście obrażali wszystkich, którzy myślą inaczej” – podsumował serwis braci Karnowskich.

“Janda to aktorka jednej, rozhisteryzowanej roli. Świetnie by zagrała Kopacz w jakimś filmie”, “Pani Janda to taka Olejnik kina” – można było przeczytać w komentarzach na Twitterze.

Pieniądz od wroga
Szybko okazało się, że wpis aktorki nie przejdzie bez echa i reakcji. Deklaracja po stronie “nowoczesnego patriotyzmu” spowodowała, że Jandzie przypomina się teraz, co pisała o PiS. W maju, w szczycie kampanii przed wyborami prezydenckimi, życzyła: “niech wszystko rozwija się i kwitnie tak, jak przez ostatnie 25 lat i niech nikt temu nie przeszkadza”. “Tylko raz zakłócono ten swobodny bieg wydarzeń i spraw, podczas dwuletniego panowania PiS-u. Nie chcę powrotu” – skwitowała na Facebooku.

Boję się, że gdyby wygrał PiS awangarda może się pakować, aktorzy zakrywać golizny, język ugrzeczniać, sprawy krystalizować w stronę prawą, jedyną słuszną. A na dzikość i wolność serca i umysłu trzeba by wziąć leki uspokajające i na przeczekanie. Nie chcę.

Prawicowi komentatorzy także z tamtymi słowami mają spory problem. Tym bardziej, że po portalach typu wPolityce.pl i Niezalezna.pl krąży teraz list Arkadiusza Czartoryskiego, posła PiS, byłego wicemarszałka województwa mazowieckiego odpowiedzialnego za kulturę.

Czartoryski w rozesłanym do mediów liście otwartym pisze o tym, jak wyglądały relacje Jandy z politykami i samorządowcami PiS w czasach „IV RP”, kiedy on sprawował funkcję wicemarszałka, a aktorka rozkręcała swój teatr.

„W czasie mojego wicemarszałkowania na Mazowszu odpowiadałem za kulturę i to wówczas nabyła Pani od marszałkowskiej instytucji kino ‚Polonia’, które stało się siedzibą Pani teatru. (…) Pamiętam Pani szczere i wielokrotnie wypowiadane podziękowania dla PiS-owskich władz Warszawy, w tym dla mnie też, bo dodatkowo wejście do sali teatralnej i hol wynajęte zostały przez PiS-owski Urząd Miasta. Za chwilę – w 2006 roku – otrzymała Pani od PiS-wskiego Ministerstwa Kultury milion złotych na remont sali Pani teatru” – wylicza.

Na tym nie koniec. Dalej podaje kwoty dotacji od ministerstwa kultury w czasie rządów PiS na premiery spektakli wystawianych w teatrze Jandy. Wszystko to ma przeczyć „rzekomej krzywdzie”, jakiej aktorka miała doznać pod rządami Kaczyńskiego.

„Czasem sam się człowiek dziwi, jakim jest zapominalskim. Prawda, Szanowna Pani? Serdecznie pozdrawiam i życzę więcej wyrozumiałości dla tych, którzy na PiS postanowili głosować” – podsumowuje Czartoryski.

„PiS oznacza cenzurę”
W ten sposób państwowa pomoc dla teatru stała się biczem na Jandę, która zabrała głos ws. patriotyzmu. Sama zainteresowana do listu Czartoryjskiego się nie odniosła, ale wątek dotacji od władz za rządów PiS poruszyła już kilka miesięcy temu, przy okazji kontrowersyjnego wpisu.

„Wtedy co prawda stworzyłam Fundację i Teatr, bez niczyjej zresztą pomocy (oprócz Waldemara Dąbrowskiego ówczesnego Ministra Kultury i Sztuki), sama, nikt mi nie pomógł z władz, ale trzeba przyznać i nie przeszkodził. Potem raz chcieli mi zdjąć ze sceny sztukę ‚Darkroom’ o przyjaźni geja z dziadkiem z Radia Maryja. Nie zdjęłam. Kazali mi więc oddać te kilka złotych, które mi niby do tej produkcji dodali. Zwróciłam” – napisała.

Jej obawy dotyczyły właśnie takiego stosunku PiS do „niepoprawnej” kultury. „Boję się, że gdyby wygrał PiS awangarda może się pakować, aktorzy zakrywać golizny, język ugrzeczniać, sprawy krystalizować w stronę prawą, jedyną słuszną. A na dzikość i wolność serca i umysłu trzeba by wziąć leki uspokajające i na przeczekanie” – skwitowała.

zaRządów PiS

naTemat.pl

Dudek: Duda nie jest hipokrytą, on ma talent

Rozmawiała Agata Kondzińska, 10.08.2015
Prof. Antoni Dudek, historyk i politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego

Prof. Antoni Dudek, historyk i politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego (Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Wśród ludzi, którzy nie mają żadnych związków z PiS, nastąpiło zmęczenie PO. A ponieważ nie ma innej alternatywy dla PO, to oni się zgodzą, żeby PiS przez jakiś czas porządził. Nawet za cenę tego, że później mogą być rozczarowani czy oburzeni.
ROZMOWA Z PROF. ANTONIM DUDKIEM, historykiem i politologiem z Uniwersytetu Kardynała Stefana WyszyńskiegoAGATA KONDZIŃSKA: Czy czegoś panu zabrakło w orędziu prezydenta Andrzeja Dudy?PROF. ANTONI DUDEK: Na miejscu prezydenta bardziej rozwinąłbym przekaz skierowany do osób, które na niego nie głosowały, bo po wyborach prezydenckich Polska zawsze jest przepołowiona, i dobrze, gdy prezydent próbuje, zwłaszcza w pierwszym okresie urzędowania, mówić do tych, których głosu nie dostał.Były prezydent Bronisław Komorowski uważa, że orędzie było osadzone w logice wyborczej.– Rzeczywiście miało elementy kampanijne, prezydent wchodził w styl wiecowy, ale wyjście z logiki kampanii wymaga czasu. Jednak przy wszystkich słabościach wolę przemówienie wygłaszane z głowy, bez kartki. Odczytywane byłoby zapewne bardziej stylistycznie poprawne i nasycone treścią. Ale od premiera i prezydenta oczekuję, że będą mówić z głowy, ewentualnie tylko zerkać do notatek.Było jeszcze ostrzejsze wystąpienie – przed Pałacem Prezydenckim.– Siłą rzeczy takie musiało być, bo przed Pałacem prezydent mówił do swoich wyborców. Nie czyniłbym zarzutu, że prezydent inaczej rozkłada akcenty w zależności od odbiorcy. To nie jest hipokryzja, to talent polityczny.Prezydent zapowiedział budowanie wspólnoty jak za czasów „Solidarności”.

– Jestem sceptyczny. Bardzo bym chciał, żeby wrócił w Polsce optymizm, który panował przez te kilka miesięcy na przełomie 1980 i 1981 r. Ale dziś często zapominamy, że ten optymizm zaczął wygasać już przed wprowadzeniem stanu wojennego. Mamy do czynienia z mitologizowaniem pierwszej „Solidarności”, w której też były podziały i toczyła się ostra walka wewnętrzna. Prezydent uległ trochę tej mitologii.

Dziś trzeba szukać nowych sposobów na budowanie wspólnoty. Ta solidarnościowa była oparta w dużym stopniu na poczuciu wspólnego wroga, którym było państwo rządzone monopolistycznie przez PZPR. Obecnie nie ma takiego punktu odniesienia. Chociaż ktoś powie, że można budować wspólnotę wokół zagrożenia rosyjskiego. Na szczęście Andrzej Duda tego nie zrobił. W polityce wobec Rosji potrzebujemy dużo zdrowego rozsądku i ostrożności, a jak najmniej emocji.

Czy na tak podzielonej scenie politycznej między PO a PiS prezydent z rodowodem z jednej partii może zbudować wspólnotę?

– To bardzo trudne. Ale w dniu zaprzysiężenia mogliśmy zauważyć, że do bijących brawo posłów PiS w pierwszej kolejności dołączali posłowie lewicy i PSL. PO najrzadziej i najpóźniej, co pokazuje, że podział między PiS a PO jest najsilniejszy i jego osłabienie będzie najtrudniejsze.

Paradoksalnie jednak Duda z socjalnymi postulatami może znaleźć zrozumienie części polityków ruchu ludowego i nawet lewicy, ale nie spod znaku Palikota, ale raczej Leszka Millera, choć chyba już bez samego Millera. PiS i SLD różnią się fundamentalnie w sferze tożsamości historycznej, ale mają punkty wspólne w polityce społeczno-gospodarczej.

Ale to z rządem PO prezydent będzie teraz współpracować.

– I nie spodziewam się, żeby się wiele wydarzyło. To będzie nieufne obwąchiwanie się. Myślę, że po stronie PO będzie kalkulacja, czy opłaca się iść na konflikt z prezydentem, czy raczej go unikać. Nie bardzo rozumiem, dlaczego premier Ewa Kopacz tak usilnie domaga się zwołania Rady Gabinetowej przez prezydenta. Wszyscy poprzedni premierzy niezwykle niechętnie traktowali takie żądanie, tymczasem doczekaliśmy premiera, który reaguje zupełnie odwrotnie. Nie wiem, o co tu chodzi.

Może to ruch uprzedzający.

– Ale co uprzedzający? To jest proszenie, żeby prezydent przyszedł i powiedział rządowi, że nie podoba mu się jego polityka. Przecież mówił o tym już wielokrotnie.

Rady gabinetowe mają sens, gdy rząd jest na starcie, gdy szykuje wielkie projekty i ważne jest, czy prezydent je poprze, czy nie. A nie na końcu kadencji, gdy do wyborów zostały niecałe trzy miesiące i żadnych większych zmian już nie będzie.

Zobaczymy jeszcze, co prezydent na to odpowie. Bo to powinna być jego inicjatywa i wola, czy chce skorzystać ze swojego uprawnienia, czy nie. Prośba pani premier jest jak wywoływanie prezydenta do tablicy. Widzę tu zarzewie konfliktu i pewnej gry, która raczej PO sukcesu nie przyniesie.

Przewiduje pan konstytucyjną większość dla PiS po październikowych wyborach parlamentarnych?– To jeden z czterech scenariuszy, mniej prawdopodobny. Bardziej realne wydaje się, że PiS będzie miał większość niekonstytucyjną, albo – że nie będzie miał bezwzględnej większości, ale będzie największym klubem parlamentarnym i znajdzie koalicjanta do rządzenia: albo w ruchu Kukiza (jeśli wejdzie), a w drugiej kolejności w Zjednoczonej Lewicy, jeśli ta przekroczy ośmioprocentowy próg, lub w PSL.Jest jeszcze scenariusz, że PiS będzie największym klubem, rządu nie stworzy, bo powstanie kordonowa koalicja, czyli wszyscy przeciw PiS. Przy obecnym prezydencie wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Chociaż po ostatnich wyborach prezydenckich nie mam odwagi twierdzić kategorycznie, że coś jest nieprawdopodobne. Dopuszczam każdy z czterech scenariuszy.Wynik wyborów zaskoczył wielu.– Do kwietnia trudno było znaleźć kogoś, kto twierdziłby kategorycznie, że Komorowski przegra, a Duda wygra. Te wybory pokazały, że po latach stabilnych zachowań elektoratów okopanych w obozach PO i PiS zaczęła się ucieczka wyborców PO w różnych kierunkach. Doszła też grupa nowych wyborców, którzy do tej pory nie głosowali. Jesteśmy świadkami destabilizacji, której beneficjentem może być PiS.Aleksander Kwaśniewski mówi, że idzie fala.– W anglosaskiej politologii nazywa się to bandwagon effect: ludzie przyłączają się do partii, która ma szansę wygrać. Chcą być w obozie zwycięzców. To działa na korzyść PiS, a uruchomiło ten proces zwycięstwo Dudy. Premier Kopacz próbuje to powstrzymać, ale jest to niezwykle trudne. Dlatego PO wybrała ostatni możliwy termin wyborów, żeby mieć jak najwięcej czasu, by tę falę osłabić czy nawet zatrzymać. Moim zdaniem to jednak mało realne.PO będzie grać na to, żeby wyborcy nie dali pełni władzy PiS.

– Jej politycy już się tym argumentem posługują. Ale czy on działa? Wszak PO przez pięć lat miała całość władzy ze słabym koalicjantem, czyli PSL. Czy w drugą stronę to Polaków przerazi?

W „Wyborczej” Barbara Labuda mówiła, że nie jest przerażona wizją PiS przy władzy. W podobnym tonie wypowiadał się Waldemar Dubaniowski, wieloletni współpracownik Kwaśniewskiego. To pokazuje, że wśród ludzi, którzy nie mają żadnych związków z PiS, nastąpiło zmęczenie Platformą. A ponieważ nie ma innej alternatywy dla PO, to oni się zgodzą, żeby PiS przez jakiś czas porządził. Nawet za cenę tego, że później mogą być rozczarowani czy oburzeni.

Napisał pan w życzeniach do prezydenta, żeby działał tak, by za pięć lat nikt nie postawił mu chorągiewki z logo PiS. Uda mu się to?

– Do wyborów październikowych na pewno się nie odróżni od PiS. Tylko przy rządach tej partii jest w stanie zrealizować swoje obietnice. Dlatego nie oburza mnie, że będzie w różny sposób wspierał PiS. Oczywiście jest granica, której nie powinien przekraczać, czyli wzywać wprost do głosowania na PiS.

Pytanie jest, co będzie później. Jeśli PiS wygra wybory, powstanie triumwirat: Duda, Szydło, Kaczyński. Czy wtedy Duda będzie realizował wyłącznie to, co ustalą Szydło z Kaczyńskim, czy też od czasu do czasu będzie mówił: na to się nie zgadzam.

Może Duda chce być liderem obozu tej zjednoczonej prawicy, skoro wygrał dla niego pierwsze wybory od lat.

– Wprost przywódcą politycznym być nie może. Ton może nadawać, ale kadrowym tego obozu nie będzie. Do Dudy w naturalny sposób będą zmierzali wszyscy, którzy nie będą się zgadzać z decyzjami Szydło czy Kaczyńskiego. Będzie poddawany różnym naciskom. Tak jak był poddawany Komorowski, gdy ludzie skłóceni z Tuskiem chodzili do niego i szukali wsparcia. Nie znaleźli go, bo Komorowski unikał starcia z Tuskiem, jak mógł. Czy będzie tak z Dudą?

Ja bym nawet chciał, żeby tak było. Od kiedy w 1990 r. wbudowaliśmy do ustroju parlamentarno-gabinetowego prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych, mamy wadliwie skonstruowaną, wewnętrznie niespójną władzę wykonawczą. W efekcie historia III RP jest pełna konfliktów kolejnych premierów z prezydentami, w różnym natężeniu oczywiście. Nawet jak nie było kohabitacji, to pamiętamy szorstką przyjaźń Millera z Kwaśniewskim. Ten konflikt powinien być łagodzony, aż w końcu zdecydujemy się na system prezydencki lub kanclerski. Każdy będzie lepszy od tego, co jest obecnie.

Dziś kolejna miesięcznica smoleńska, co powinien zrobić prezydent?

– Trudne zadanie przed prezydentem i PiS, bo zdają sobie sprawę, że jeśli zaczną teraz ostro wracać do tematyki smoleńskiej, to stracą centrowych wyborców. Kwestia smoleńska ma kilka poziomów, ale wszystko przesłania ten najbardziej emocjonujący: czy był zamach czy nie.

Ale to jest retoryka sprzed Pałacu.

– To prawda. Nie wiem, co zrobi prezydent. Zakładam, że nie będzie dyskutował o zamachu. Może jednak dyskutować o upamiętnieniu i już wraca sprawa pomnika na Krakowskim Przedmieściu. To centrowych wyborców chyba nie zraża. Mnie nie zraża, bo uważam, że to największa katastrofa od czasów II wojny światowej i nie może być sprowadzona do pomnika na uboczu.

Zapytam brutalnie: co było ważniejsze dla historii Polski? Katastrofa smoleńska czy książę Józef Poniatowski? Nie przekonuje mnie teza, że nie można przenieść pomnika Poniatowskiego.

W piątek prezydent przedstawił swoją ekipę. Mocną?

– Na pewno są to ludzie obdarzeni zaufaniem prezydenta i jest szansa, że nie będzie takich awantur jak w otoczeniu Lecha Kaczyńskiego. A czy oni się sprawdzą? Są dla mnie otwartą kartą z dwoma wyjątkami. Można się nie zgadzać ze Szczerskim, ale wiedzę o sprawach międzynarodowych ma. Paweł Soloch też jest człowiekiem z dużym doświadczeniem.

Pozostaje pytanie o doradców prezydenta. Kim będą? Nazwisk nie będę sugerował, ale mógłby nas prezydent zaskoczyć i powołać kogoś z drugiej strony barykady.

Krytycy zarzucają, że prezydent nie będzie umiał utrzymać przyjaznego rozdziału państwa od Kościoła.

– Też się tego obawiam. Nadmierny związek Kościoła z władzą nigdy nie wychodził mu na dobre. Odwrotna sytuacja, czyli wojna między Kościołem a władzą, też nie. Jest potrzebny rozsądny dystans. I on będzie zależał od Andrzeja Dudy. Wiem, że wielu ludzi lewicy razi udział prezydenta w uroczystościach kościelnych. Mnie nie. Ale raziłoby mnie, gdyby prezydent zaczął stosować w swej polityce kryteria religijne.

Zobacz także

dudaHipokrytą
wyborcza.pl

Katarzyna Wrona, czytelniczka „Wyborczej”, odpowiada prezydentowi Dudzie: Proszę pozwolić żyć nam szczęśliwie

Katarzyna Wrona, 07.08.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Wierzę w Pana, Panie Prezydencie, i dołączam się do życzeń. Niech Pan nie realizuje obietnic, ale pozwoli nam żyć każdego dnia według naszego własnego harmonogramu – pisze w liście do prezydenta RP Katarzyna Wrona.
W przededniu zaprzysiężenia, prezydent Andrzej Duda napisał list do czytelników „Wyborczej” (dzień wcześniej napisał inny list do czytelników „Gazety Polskiej” ).Czytelnicy „Wyborczej” odpowiadają na list prezydenta Andrzeja Dudy.Szanowny Panie Prezydencie,W odpowiedzi na Pana list, skierowany do Czytelników oraz Redakcji „Gazety Wyborczej”, pozwolę sobie poruszyć parę ważnych dla mnie kwestii.Na początku chciałabym serdecznie podziękować „Gazecie Wyborczej” za umożliwienie mówienia własnym głosem tak młodej osobie jak ja. Tyle mówimy o wolności prasy, a przecież nie byłoby wolnej prasy, gdyby nie my, cenni Czytelnicy.Jestem młodą, pracowitą i wykształconą kobietą mieszkającą w Krakowie, znającą również wartość państwa, w którym żyję. Jestem studentką. Jestem pracownikiem międzynarodowej korporacji. Jestem także katoliczką, osobą pełną wiary i pasji.Jestem „rozczarowanym wyborcą Platformy Obywatelskiej”. Nie głosowałam na Pana w wyborach, a jednak – gratuluję serdecznie. Gratuluję Panu zwycięstwa politycznego, a co za tym idzie sukcesu zawodowego. Gratuluję Panu także siły, wytrwałości, poświęconego czasu i zaangażowania, a także ogromnego trudu włożonego w pracę nad kampanią i wyborami. Pana przeciwnik nie traktował swej opozycji poważnie, a jak widać nawet taką opozycję należy brać pod uwagę. Ja będę traktować Pana z szacunkiem. Jest mi jednak bardzo przykro, że przez te wszystkie lata, gdy rządziło PO, Pan nie traktował z szacunkiem mnie.Powinien Pan za to przeprosić wszystkich swoich „niewyborców”, jeśli chce Pan być prezydentem wszystkich Polaków. Identyfikuje się Pan z partią, która wyborców PO nieustannie obrzucała błotem. Jestem osobą inteligentną. Nie będę na nikogo pluła jadem, nienawiścią, nie będę na nikogo krzyczeć i nikogo obrażać tylko dlatego, że moje emocje mi na to pozwalają. Mnie reprezentują emocje ujarzmione i sprawiedliwe.

Odkąd uzyskałam swoje prawa do głosowania w 2008 roku, regularnie wypełniam swój obywatelski obowiązek. Interesuję się na bieżąco sprawami władzy, zarówno w trzech formalnych filarach, jak i czwartym, nieformalnym, jakże silnym i bezwzględnym. Jestem świadoma zachodzących procesów we wszystkich czterech sferach państwowości, podchodzę do nich z rozsądkiem, lecz nie z dezynwolturą.

Uzyskanie przeze mnie praw wyborczych nie oznacza jednak, że nie wiem, jak wyglądały rządy i państwo, w którym żyję w latach 90. Wiem, że kiedy teraz idę do urzędu, do lekarza, szkoły czy innej państwowej instytucji – jest w nich widoczny postęp. Nie tylko postęp technologiczny (nowe maszyny, aparatura), ale także postęp związany z międzynarodową wymianą doświadczeń systemowych, kompetencji zawodowych obsługujących mnie pracowników. Proszę pamiętać, Panie prezydencie, że najważniejszy dla Polaków jest ich dzień. Każdy jeden dzień, przeżyty w wolnym i dobrym kraju.

Panie prezydencie, mam kilka próśb do Pana

Jestem młoda. Przede mną całe życie, za tydzień wychodzę za mąż i zakładam rodzinę. Czuję się bezpiecznie w państwie, w którym żyję. Wszystko jest dla mnie dostępne, nikt nie narzuca mi swojej wiary i swoich przekonań. Nikt mnie nie nachodzi, nie ogranicza moich swobód obywatelskich, czuję się wolna. Moi przyjaciele, którzy są zawsze przy mnie – czują się szczęśliwi w państwie, w którym żyją. Są to także homoseksualiści, są to wyznawcy Jehowy, są to Włosi, Żydzi i Afroamerykanie. Oni cenią mój kraj. Tęsknią za Polską, gdy wyjeżdżają, bo tutaj czują się wolni. Tutaj żyją szczęśliwie – jak chcą, każdego jednego dnia. Podaję te przykłady i podpieram je swoją ogromną prośbą – niech Pan prezydent nie zabiera mi przyjaciół, tworząc z Polski kraj wyznaniowy, nieekumeniczny, homofobiczny, prawnie ograniczający swobody obywatelskie i wolność prasy. Każdy chce przeżyć swój dzień według swojego własnego harmonogramu.

Europa jest dla młodych ludzi drogą do wolności. Już w XIV wieku najbardziej wartościowymi były podróże – właśnie do Europy. Europa jest dla nas bogactwem doświadczeń zawodowych i społecznych, pięknej architektury i krajobrazu, źródłem wiedzy.

Europa dla starych ludzi to szansa na zdrowie, nowoczesne technologie, pomoc międzynarodowych instytucji, podróże. Proszę nie zamykać nam drogi do Europy, bo to dla nas gwarancja szczęśliwego życia.

Proszę nie podwyższać wieku emerytalnego, ponieważ młodzi ludzie w wieku 25 lat będą musieli płacić składki dla swoich rodziców, którzy pójdą na emeryturę w wieku pięćdziesięciu lat. Panie prezydencie, ja nie utrzymam wszystkich finansów publicznych z mojej korporacyjnej pensji.

Proszę nie wspomagać frankowiczów moimi podatkami – sama płacę kredyt w złotówkach, lecz ja w przeciwieństwie do nich wzięłam go z rozwagą. System bankowy w Polsce sprawia, że państwo funkcjonuje sprawnie i sukcesywnie – proszę o tym pamiętać.

Proszę pozwolić tym, którzy nie mogą mieć dzieci, skorzystać z nowoczesnych technologii. Proszę im pozostawić wybór, a mnie pozwolić iść do komunii świętej.

Jestem dumna z mojego kraju i z tego, że jestem Polką

Od lat 90. jest mi tutaj tylko lepiej. Mogę wyjechać, ale nie potrzebuję tego. Pamiętam rządy Pana partii. Nie wspominam ich z nostalgią. Boję się ich. Boję się wiecznych afer, awantur, wojen, przepychanek, spisków, ukrytych prawd, fałszerstw, oszczerstw. Cenię sobie święty spokój. Nie rozumiem tylko, dlaczego wszyscy pamiętają „musi znaleźć inną pracę i wziąć kredyt”, a nie pamiętają „spieprzaj dziadu”? Pan prezydent Komorowski otworzył nam okno na świat. Umożliwił bycie kosmopolitami i wspierał każdą obywatelską inicjatywę. Ale my, obywatele, też musimy sami pracować na siebie, nie zrzucać winy na państwo.

Moi rodzice nie mając nic, zapewnili sobie i mnie bezpieczeństwo finansowe do końca życia, dochodząc do wszystkiego własną pracą i zaangażowaniem, wykorzystując możliwości kraju, w którym żyją.

Wierzę w Pana. Niejednokrotnie rezygnuję z marzeń i pasji, bo muszę co dnia iść do stresującej pracy w korporacji. Nie uważam, aby to było coś złego. Uważam, że dobrze jest mieć pracę i pasję. Jestem zadowolona z życia w nowoczesnym państwie, jestem dumna z bycia Polką, gdy wybieram się za granicę.

Jestem szczęśliwa w tym kraju, cieszę się, że nie ma w nim wewnętrznych, jak i zewnętrznych granic czy konfliktów. W dzisiejszych czasach cenię pokój i zgodę. Mogę tu spełniać marzenia, oszczędzać na podróże i podróżować, kształcić się i rozwijać, czuć się bezpiecznie. Już Platon wiedział, że koncepcja idealnej wspólnoty państwa nie ma racji bytu. Mam wrażenie, że został Pan wybrany przez utopistów, którzy zdają się wierzyć Platonowi. Został Pan wybrany przez tych, którzy myślą, że państwo zrobi za nich wszystko, że państwo ułoży im życie. Zagubiliśmy gdzieś pierwszą zasadę – ideę państwowości i definicję państwa w ogóle. Państwo ma nam, młodym, zdolnym, zaangażowanym ludziom, dać możliwości, narzędzia i propozycje – nie ma zbudować za nas życia.

Wierzę w Pana, Panie prezydencie, i dołączam się do życzeń, które złożył Panu pierwszy zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, Pan Jarosław Kurski. Niech Pan nie realizuje obietnic, ale pozwoli nam żyć każdego dnia według naszego własnego harmonogramu. Szczęśliwie.

Dziękuję jeszcze raz „Gazecie Wyborczej” za to, że mogłam oddać swój głos.

Drodzy Czytelnicy „Wyborczej”!
List prezydenta elekta Andrzeja Dudy adresowany jest – za naszym pośrednictwem – do Was. Jeśli chcecie się do niego odnieść, przysyłajcie swoje odpowiedzi drogą elektroniczną na adres listy@wyborcza.pl. Najciekawsze listy – ale tylko te podpisane z imienia i nazwiska, wraz z podanym miejscem zamieszkania – opublikujemy.

listDoAndrzejaDudy

wyborcza.pl

„Dziennikarze niepokorni nie chcą zmiany, lecz zemsty. Jeśli Duda stanie się narzędziem ich pragnień – w kraju rozpęta się piekło”

Anna Siek, 10.08.2015
Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. AG)

Wg Tomasza Lisa, by „w dzisiejszej Polsce być prezydentem dobrym, niezbędna jest wielkość”. „Albo więc Andrzej Duda okaże się prawdziwym mężem stanu, albo będzie prezydentem złym” – ocenia publicysta. Zdaniem Lisa, największym testem dla nowego prezydenta będzie postawa wobec tzw. dziennikarzy niepokornych.

 

Jak ocenia Tomasz Lis w najnowszym numerze „Newsweeka”, Andrzej Duda podczas inauguracji kadencji, kilkukrotnie nazywając siebie „człowiekiem niezłomnym”, któremu zawsze wszystko się udaje, zwiesił sobie poprzeczkę niezwykle wysoko.

„Wspaniałą okazją do zademonstrowania niezłomności będą relacje z kościelną hierarchią, która jest dziś w Polsce w bezceremonialnej i bezprecedensowej ofensywie ideologicznej. A także relacje z własną partią. Tu test już się zaczyna. Czy prezydent rzeczywiście będzie arbitrem. Czy też adiutantem PiS w walce o całą pulę” – zastanawia się publicysta.

Kolejną okazją dla nowego prezydenta będą relacje z prawicowymi mediami. Z dziennikarzami, którzy sami siebie nazywają „niezłomnymi”, a dziś są „wobec nowego prezydenta pokornym absolutnie”. Ta grupa, jak podkreśla Tomasz Lis, „nie chce zmian, lecz zemsty”.”Jeśli Andrzej Duda stanie się narzędziem ich pragnień, w kraju rozpęta się piekło., a prezydent będzie miał przeciw sobie nie tylko ową „druga Polskę”, ale w którymś momencie – większość Polski. Zobaczymy, czy prezydent Duda będzie niezłomny, gdy trzeba będzie powiedzieć „dość” nie tylko oponentom,, lecz także swoim. To będzie test najtrudniejszy, ale i najważniejszy” – uważa redaktor naczelny „Newsweeka”.
Zobacz także

dziennikarzeNiepokorni

TOK FM

Niemiecka gazeta: Andrzej Duda narusza kompromis z Newport. To grozi konfliktem z Rosją i wewnątrz NATO

kospa, pap, 10.08.2015
Niemiecka prasa komentuje pierwsze oświadczenia Andrzeja Dudy. Uważa, że prezydent narusza postanowienia z Newport

Niemiecka prasa komentuje pierwsze oświadczenia Andrzeja Dudy. Uważa, że prezydent narusza postanowienia z Newport (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Domagając się rozlokowania w Polsce większych sił NATO, prezydent Andrzej Duda narusza kompromis z Newport, co grozi konfliktem nie tyle z Rosją, ile wewnątrz Sojuszu – pisze niemiecki opiniotwórczy dziennik „Sueddeutsche Zeitung”.
Autor komentarza Daniel Broessler pisze, że Andrzej Duda domaga się, by na przyszłorocznym szczycie NATO w Warszawie przywódcy państw Sojuszu Północnoatlantyckiego podjęli decyzję o stacjonowaniu większej liczby żołnierzy w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Jak zaznacza, realizacja tego postulatu oznaczałaby „wykroczenie poza decyzje szczytu w Newport z ubiegłego roku”.„Deklaracja walki” skierowana przeciw Rosji i… własnym sojusznikomTa „deklaracja walki” jest zdaniem komentatora tylko na pierwszy rzut oka skierowana przeciwko Rosji. W rzeczywistości jest ona skierowana przeciwko własnym sojusznikom – pisze Broessler.Narodowo-konserwatywny polityk, jakim jest Duda, mówi o planie „Newport plus”. Jednak w rzeczywistości narusza on osiągnięty w trudnych negocjacjach kompromis – ocenia „SZ”. Broessler wyjaśnia, że polskiemu prezydentowi przeszkadza ustalona w Walii formuła uwzględniająca zarówno obawy wschodnich członków Sojuszu przed agresją ze strony Rosji, jak i niepokój innych krajów NATO przed nową spiralą zbrojeń.Istotą kompromisu jest z jednej strony stworzenie tzw. szpicy, aby móc szybko zareagować na zagrożenie któregoś z krajów bałtyckich, z drugiej zaś rezygnacja z rozlokowania większych oddziałów na terenie nowych krajów Sojuszu.Dotychczasowe działania podjęte przez NATO, będące największą przebudową Sojuszu od zakończenia zimnej wojny, świadczą o skoncentrowaniu się NATO na obronie terytorium i przygotowaniu do szybkiej reakcji, a także do odparcia wojny hybrydowej.Niemiecki dziennik: Konflikt wewnątrz NATO służy Władimirowi PutinowiPolski prezydent, który otrzyma być może niebawem wsparcie od nowego narodowo-konserwatywnego rządu, uważa, że kroki podjęte przez NATO mogą okazać się w obliczu rosyjskiego ataku niewystarczające. Obecny rząd, który też życzyłby sobie większej obecności NATO, zdaje sobie sprawę z tego, że w Sojuszu obowiązuje zasada jednomyślności i nawet szczególna rola USA nie jest w stanie tego zmienić – czytamy w „SZ”.Wśród polskiej prawicy – pisze Broessler – głęboko zakorzeniona jest natomiast wiara, że za pomocą dyplomatycznej ofensywy i dobrych kontaktów z Waszyngtonem można osiągnąć niemal wszystko. Naraża to na szwank pragmatyzm, dzięki któremu w trudnych czasach po zimnej wojnie udało się utrzymać, także dzięki Polsce, jedność NATO – ostrzega „SZ”.

Broessler zastrzega, że jeśli chodzi o podejście do Rosji, „nie istnieje tylko jedna prawda”. Rację mają ci, którzy domagają się, aby agresję ze strony Moskwy traktować poważnie. Rację mają także ci, który w umiarkowanej reakcji Zachodu na agresję Rosji widzą dowód siły, a nie słabość. NATO potrzebuje nadal kompromisu pomiędzy obu stanowiskami – podkreśla komentator „SZ”. Konflikt wśród członków NATO – uważa Broessler – służy prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi.

Zobacz także

dudaNarusza

wyborcza.pl

Egzamin z politycznej uczciwości

Jacek Żakowski, tygodnik „Polityka”, 10.08.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

„Rząd ma większe kompetencje i w wielu obszarach prezydent sam może nie wystarczyć do przygotowania dobrych rozwiązań” – mówił w sobotę prezydent Andrzej Duda, wyjaśniając, dlaczego nie składa m.in. projektu ustawy zapewniającej rodzicom po 500 zł na dziecko.
Dla tych, którzy obietnice Dudy traktowali poważnie, musi to być rozczarowujące. Bo kiedy przedstawiciele rządu twierdzili w czasie kampanii, że obietnice kandydata Dudy są nie do zrealizowania, słyszeliśmy, że wszystko jest policzone. Teraz się dowiadujemy, że prezydent „z żadnych obietnic wyborczych się nie wycofuje”, ale chwilowo nie można ich realizować, bo „ci państwo chyba nie chcą tej współpracy”.Nie jest to wystarczający powód, by stwierdzić, że PiS oszukał wyborców i wyłudził prezydencki mandat, ale jest powód, by pytać, czy tak się nie stało.Skoro rząd przed wyborami twierdził, że jakieś rozwiązanie nie jest obecnie możliwe, trudno oczekiwać, żeby po wyborach sam je przygotował. Przygotować je muszą ci, którzy uważają, że jest ono możliwe.Rząd oczywiście powinien prezydentowi pomóc, udostępnić mu informacje i ustosunkować się do każdego prezydenckiego projektu. Ale przy najlepszej woli nie może opracować projektu, nie znając przesłanek, na podstawie których prezydent Duda wierzy, że „to się uda”.Prezydent ani PiS nigdy nie ujawnili szczegółów swoich planów. To sprawia, że rządowi trudno jest im pomóc w realizacji wyborczych obietnic, nawet gdyby bardzo chciał. Rozwiązaniem może być Rada Gabinetowa, o której zwołanie poprosiła prezydenta Dudę premier Kopacz.Podczas Rady rząd i prezydent oraz jego ministrowie mogliby swobodnie rozmawiać o konkretach i nawiązać merytoryczną współpracę w naprawianiu (jak chce PiS) lub dalszym rozwoju (jak woli PO) Polski.Nie da się – zwłaszcza w warunkach kampanii wyborczej – konstruktywnie współdziałać, okładając się oskarżeniami za pośrednictwem mediów. Dotyczy to nie tylko realizacji obietnic wyborczych, ale też spraw, które wynikły po wyborach, a przed objęciem urzędu przez Andrzeja Dudę. Na przykład ratującej warszawskie szkoły, szpitale i parki „małej ustawy reprywatyzacyjnej”, którą ustępujący prezydent – wbrew Platformie – skierował do Trybunału Konstytucyjnego.Wycofanie ustawy reprywatyzacyjnej z Trybunału, podpisanie jej i ewentualne skierowanie do TK niektórych jej przepisów byłoby nie tylko dobrym początkiem konstruktywnej współpracy z obecną większością, ale też potwierdzeniem, że nowy prezydent i PiS chcą bronić interesów wspólnoty przed różnymi lobby cwaniaków i uprzywilejowanych.”Niektórzy dziennikarze i niektórzy politycy ochoczo manipulują moimi słowami, mówiąc, że wycofuję się z obietnic wyborczych” – mówi prezydent Duda. Ja tak jeszcze nie twierdzę. Ale sprawa jest bardzo poważna. Obietnice Dudy żyrował PiS na czele z Beatą Szydło. Wiarołomność Dudy rzutowałaby więc na wiarygodność wszystkich PiS-owskich obietnic. W świetle nadchodzących wyborów jest to kluczowa sprawa. Prezydencki Tour de Pologne tej sprawy nie załatwi. Prezydent musi udowodnić, że obietnice składał uczciwie, poważnie i odpowiedzialnie. Albo swoją partię pogrąży.

Zobacz także

niechPrezydent

wyborcza.pl

Polska w ruinie:-) Internauci wyśmiali hasło, Szydło łagodzi przekaz PiS

Agnieszka Kublik, Iwona Szpala, 10.08.2015
Zdjęcia z facebookowego profilu

Zdjęcia z facebookowego profilu „Polska w ruinie” (WWW.FACEBOOK.COM/PAGES/POLSKA-W-RUINIE-OFFICIAL)

Wyborcze hasło PiS obróciło się przeciw PiS. W internecie mnożą się zdjęcia pokazujące, że Polska jednak się rozwija. Zaskoczona Beata Szydło nie mówi już o Polsce w ruinie, tylko o źle zarządzanym kraju
6 sierpnia prezydent Andrzej Duda przemawiał przed Pałacem Prezydenckim do tłumu zwolenników. Powtórzył hasła z kampanii wyborczej o fatalnym stanie Polski. Mówił: „Tracimy powoli nasz kraj wtedy, kiedy znikają kolejne instytucje, czy to połączenia komunikacyjne, czy to instytucje kultury, szkoły, muzea, domy kultury. Państwo wiecie, że tak się dzieje”.Hasło „Polska w ruinie” pomogło PiS i kandydatowi tej partii wygrać wybory prezydenckie. Narrację wprowadził sam Duda, w jednym z pierwszych spotów wyborczych przywoływał doświadczenia minionych pokoleń Polaków: „To oni odbudowali Polskę ze zgliszcz. I ja mówię wszystkim: my też potrafimy!”. W kwietniu mówił o obecnym rządzie: „Budowano Polskę z dykty. Bez ładu i składu”.Podchwycili to zwolennicy PiS – w internecie hashtagami #polskawruinie i #zgliszczapl oznaczali zdjęcia ruin z różnych stron Polski.- Hasła wyszły ze sztabu PiS podczas kampanii prezydenckiej. To wypróbowana w Stanach Zjednoczonych strategia, by atakować najsilniejsze punkty przeciwnika – mówi Jarosław Jóźwiak (PO), wiceprezydent Warszawy. – Robili to już podczas stołecznego referendum w 2013 r. Wiedząc, że mocną stroną prezydentury Hanny Gronkiewicz–Waltz jest komunikacja miejska, zaczęli nas gnębić za ceny biletów. Teraz historia się powtarza. W PiS wiedzą, że atutem rządu PO są infrastrukturalne inwestycje i działania modernizacyjne, wymyślili więc swoją wersję rzeczywistości, czyli „Polskę w ruinie”.Zbuntowali się, celnie pokazując, gdzie jest fałszPierwszy „ruiny” wyśmiał aktor Mateusz Damięcki. Już po wyborach prezydenckich, 11 czerwca, napisał na swoim koncie na Facebooku: „Jadę obrzydliwym pociągiem, o zgrozo! Jest bezczelnie nowoczesny, chamsko czysty, mam żenująco dużo miejsca na nogi, co powoduje mą konfuzję i wywołuje lęk egzystencjalny. Mój i smutnych współpasażerów”.Wpis bił rekordy popularności. Krytyków było niewielu, reszta podchwyciła groteskowy ton i publikowała podobne wpisy. Pojawiły się statystyki i dane przeczące upadkowi kraju. Hashtagami #polskawruinie i #zgliszczapl podpisywano zdjęcia pokazujące, jak rozbudowują się miasta i zmienia Polska prowincja.Liderem jest facebookowy profil „Polska w ruinie”, który wystartował w czerwcu z apelem: „Przesyłajcie zdjęcia swoich miast w RUINIE! Niech wszyscy zobaczą, jak jest >>źle<<„.Wśród polityków krążą pogłoski, że profil jest projektem PR, a nie spontaniczną akcją. – I co z tego? Jeśli nawet, to projekt się udał, ludzie wrzucają fotki spontanicznie – komentuje polityk PO.

Ktoś dodał zdjęcie kolorowej fontanny przed pałacykiem po renowacji i podpisał: „rozpadający się plac przed pałacem Dernałowiczów 🙂 Mińsk Mazowiecki szaro i ponuro”.

Inny dodał zdjęcie nowoczesnej fabryki. To „zrujnowany Mielec :-(nie ma żadnych zakładów pracy”.

Zdjęć i komentarzy jest mnóstwo.

– Hasło „Polska w ruinie” jest fałszywe, wywołało więc fundamentalną niezgodę – mówi prof. Mikołaj Cześnik, politolog z Uniwersytetu SWPS. – Ludzie poczuli, że narusza ich poczucie godności, podważa ich sukcesy. Zbuntowali się, celnie pokazując, gdzie jest fałsz.

W spontaniczny ruch internautów wątpi prof. Jacek Raciborski, socjolog z UW. – Hasło „Polska w ruinie” jest oczywiście nonsensowne, ale bardzo wiele nonsensów przechodzi bez echa. W okresach wyborczych życie internetu jest mało spontaniczne. Może jednak to jakaś reakcja na ofensywę ideo-logiczną PiS i triumfalizm wielu działaczy tej partii? Może pokorne oblicze Platformy, ze zmęczoną premier, z pobitym prezydentem, usuwa PO z linii strzałów internetowych żartownisiów i hejterów? – zastanawia się.

Nowa Sól – stare ruiny

Gdy na początku wakacji przekaz zaczął się sypać, na pomoc ruszyli prawicowi publicyści. Rafał Ziemkiewicz o „Polsce w ruinie” mówił w TVP: „Zwolennicy PO starają się wyszydzić to określenie. Wrzucają do internetu zdjęcia ładnych budowli z ładnych miast. Prawda jest taka, że takie zdjęcia można zrobić w każdym kraju afrykańskim. Wszędzie są ładne budyneczki”.

Ale i sam PiS nienajlepiej przygotował się do wykorzystania narracji ruin. W Nowej Soli bolesną wpadkę zaliczyła kandydatka PiS na premiera Beata Szydło. Pod koniec lipca jej Szydłobus zaparkował blisko nowoczesnego portu zbudowanego za unijne pieniądze. Ale konferencję prasową sztabowcy ustawili na tle opuszczonej fabryki nici „Odra”, by Szydło mogła powiedzieć, że Polska się zwija i jest w totalnych zgliszczach.

Nie zdzierżył prezydent Nowej Soli Wadim Tyszkiewicz (związany z NowoczesnaPl): – Szkoda, że nie wspomniała, że przez dwa lata, kiedy PiS był przy władzy, rząd nic nie zrobił dla tego miasta i tej fabryki, dalej rozprzedając jej majątek. Przez lata pracowaliśmy na swoją markę i wizerunek, żeby teraz przez zapotrzebowanie polityczne być pokazanym całej Polsce jako miasto ruin i chwastów – napisał na FB.

Internauci wytknęli Szydło, że firma produkująca nici nadal działa, tyle, że pod inną nazwą.

Prezydent Tyszkiewicz pokazywał, że istnieje inna Nowa Sól ze strefą przemysłową, kilkunastoma nowoczesnymi fabrykami, a bezrobocie w mieście spadło z 40 do 10 proc. – Do jakich kłamstw i manipulacji są gotowi posunąć się politycy oszukując wyborców, żeby dorwać się do władzy? – pytał.

A jak jest w Brzeszczu

Szukanie ruin doprowadziło internautów do Brzeszcza – rodzinnej miejscowości Beaty Szydło, kandydatki PiS na premiera. Siedem lat była tu burmistrzem (1998-2005). Stąd kandydowała do Sejmu. Po internecie krążą memy i zdjęcia tutejszych zdewastowanych budynków. „Pani Szydło, zostawia Pani Polskę w ruinie” – kpią internauci.

Brzeszczanie chętnie opowiadają dziennikarzom, że miasto żyje głównie z kopalni, która ma zostać zamknięta, że strach wyjść po zmroku, a straż miejska ma być zlikwidowana, bo gminy na nią nie stać.

Beata Szydło złagodziła przekaz PiS. „Nie mówimy, że wszystko jest złe, że Polska jest w ruinie. Ale dziś Polska jest z pewnością bardzo źle rządzona” – cytuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

Zobacz także

internauciWyśmiali
wyborcza.pl

Zgodnie z wolą bożą. Jak zakonnice walczą z niepłodnością?

Katarzyna Wiśniewska, 10.08.2015
Noworodek

Noworodek (fot. Shutterstock)

– Naprotechnologia jest dużo tańsza niż in vitro. A przy tym skuteczniejsza i bardziej bezpieczna – mówi boromeuszka s. Ewa Jędrzejak. Specjaliści nie zostawiają na tej metodzie suchej nitki: – To tragifarsa intelektualna! Kiedy z leczenia robi się misję, mamy do czynienia z sekciarstwem – mówi ginekolog prof. Waldemar Kuczyński
W niewielkiej salce w budynku dawnego szpitala na ul. Rydygiera wiszą zdjęcia w antyramach: uśmiechnięci rodzice z dziećmi. Siostry boromeuszki trzymające na rękach niemowlęta. Kobiety, które tu wchodzą, zerkają na nie raz po raz. Instruktorka podchwytuje te spojrzenia. – To owoce naprotechnologii – rzuca, wskazując na zdjęcia.Czym jest naprotechnologia? Nazwa metody to skrót od Natural Procreative Technology, czyli technologii naturalnej prokreacji. Jej twórcą był amerykański ginekolog Thomas W. Hilgers, zagorzały katolik. Natchnęła go encyklika Pawła VI „Humanae vitae” z 1968 r., w której papież potępił sztuczną antykoncepcję. Hilgers postanowił opracować metodę naturalną, dzięki której można byłoby uniknąć zapłodnienia. Dopiero potem zainteresował się leczeniem niepłodności. I tu też miała pomóc naprotechnologia, pozwalająca na precyzyjne określenie momentu owulacji.Hilgers jest dyrektorem Instytutu Pawła VI w Omaha w stanie Nebraska – na jego działalność Jan Paweł II przez 20 lat przekazywał 50 tys. dol. rocznie. Naprotechnologia padła na podatny grunt w Irlandii, gdzie ekspertem w tej dziedzinie jest dr Phil Boyle – twierdzi, że dzięki tej metodzie przyszło na świat ponad 800 dzieci.Cud we wrocławskim szpitalu? Zatruty rtęcią chłopak przeżył, chociaż lekarze nie dawali mu szansKrzysztof KaduskiewiczW Polsce też jest promowana przez Kościół jako „alternatywa dla in vitro”. Jej propagatorzy nie wspominają, że metoda oparta na precyzyjnym monitorowaniu cyklu miesięcznego przydaje się tylko w niektórych przypadkach, np. jeśli przyczyną niepłodności są np. problemy z owulacją. A jest kompletnie bezskuteczna, kiedy kobieta cierpi np. na niedrożność jajowodów, na endometriozę albo problem z płodnością ma mężczyzna.Prof. Waldemar Kuczyński z zarządu Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego: – Naprotechnologia nie jest alternatywą dla in vitro. Jeśli ktoś tak twierdzi, jest to z gruntu nieuczciwe. Przy poważniejszych schorzeniach ta metoda nic nie pomoże. Naprotechnologię można traktować jako podstawową wiedzę dotyczącą edukacji seksualnej, płodności kobiety. Tyle że taką wiedzę można zdobyć u każdego lekarza ginekologa, nie trzeba za to płacić. I nie mam nic przeciwko temu, żeby właśnie tak potraktować naprotechnologię. Jeśli jednak uznamy ją za metodę umożliwiającą zajście w ciążę, cofniemy się o 40 lat.Biały dzidziuś w tabeliO spotkaniu dla kobiet zainteresowanych naprotechnologią dowiaduję się ze strony organizacji pozarządowych ngo.pl. Ogłoszenie zamieściły tam wrocławskie siostry boromeuszki z Evangelium Vitae – fundacji, która oprócz „Centrum Troski o Płodność” prowadzi m.in. tzw. okno życia, gdzie kobiety mogą anonimowo zostawiać swoje nowo narodzone dzieci.”NaProTechnologia zajmuje się dziedziną zdrowia ginekologicznego i prokreacyjnego. Niesie pomoc małżeństwom mającym trudność z poczęciem lub donoszeniem dziecka oraz rozwiązuje wiele innych dolegliwości kobiecych. Fundacja Evangelium Vitae zaprasza na bezpłatne spotkania, na których można się zapoznać z działaniem tej metody” – czytam.

Na spotkanie idę incognito, jako jedna z potencjalnych klientek fundacji. Na spotkanie zapisuję się, wysyłając maila (alternatywą jest bezpośredni telefon do instruktorki Beaty Wiśniewskiej). Czuję lekki dyskomfort, gdy przy kilku innych uczestnikach instruktorka zwraca się do mnie po nazwisku. O „godność” pyta też wszystkich pozostałych. Jest też coś w rodzaju sprawdzania listy obecności tuż po rozpoczęciu spotkania. Nikt nie protestuje, że może „pani Iksińska” nie życzy sobie, by wszyscy wiedzieli, że nie może zajść w ciążę.

Po paru minutach okazuje się, że bezpłatne jest tylko pierwsze spotkanie. Instruktorka reklamuje metodę jako „wiarygodną, szanującą godność kobiety i integralność małżeństwa i stosunkowo niedrogą”. Żeby z niej skorzystać, trzeba jednak kupić materiały za 100 zł i przez osiem miesięcy brać udział w spotkaniach z instruktorem – każde z nich to kolejne 150 zł – niezależnie od czasu jego trwania.

Półtoragodzinny wykład to dopiero wprowadzenie w temat. Instruktorka informuje, że naprotechnologia to „nowa gałąź medycyny w dziedzinie rozrodczości”. Po paru minutach kręci mi się w głowie od anglojęzycznych haseł: „Naprotracking”, „Fertility care”. Albo „instrukcja SPICE” która służyć ma „rozbudowie więzi małżeńskiej”.

Drag queen: Dla Polaków facet w szpilkach to zboczeniecCzytaj więcej

Kilkanaście minut zajmuje lekcja anatomii – mieszanka informacji oczywistych, na poziomie szkoły podstawowej, i tych bardziej skomplikowanych. – Plemnik składa się z główki i z witki – informuje instruktorka, demonstrując olbrzymie plemniki na slajdzie, by po minucie zagłębić się w zawiłościach związanych ze „skryptami szyjki macicy”.

Z oficjalnych stron poświęconych naprotechnologii dowiemy się, że metoda ta jest o wiele skuteczniejsza niż in vitro. Że daje 60-70 proc. skuteczności dla par niepłodnych. W porównaniu z tym 25 proc. skuteczności in vitro ma wypaść blado. Instruktorka podaje imponujące statystyki (bez powoływanie się na źródła): 20-40 proc. przypadków niepłodności „przy zastosowaniu obserwacji” zakończonych ciążą, „przy obserwacji i leczeniu” – do 80 proc. Pokrótce demonstruje też samą metodę – wyniki obserwacji dni płodnych i niepłodnych wpisane w specjalną tabelę.

Uczestnicy płatnego kursu w zestawie materiałów dostaną właśnie taką tabelę oraz zestaw naklejek: czerwonych (?), zielonych (?) i „białych dzidziusiów” (na oznaczenie dni płodnych). Instruktorka w kilku zdaniach przedstawia też sedno metody: – Wszystkie obserwacje są wykonywane na zewnątrz, kobieta musi obserwować papier toaletowy podczas korzystania z ubikacji.

Dalsze stopnie wtajemniczenia – czyli rozróżnianie różnych kolorów i konsystencji śluzu pochwowego – staną się udziałem uczestników indywidualnych, płatnych szkoleń.

Witaminy na niepłodność

Wśród 15 uczestników jest para. Na oko oboje zbliżają się do czterdziestki. Przyszli na spotkanie po raz pierwszy, o fundacji nic nie słyszeli. Po prostu przeczytali ogłoszenie. Są katolikami. O dziecko starają się od dwóch lat – i nic. – Może ta naprotechnologia wreszcie będzie strzałem w dziesiątkę – mówią. Bo w in vitro nie wierzą.

Joanna (32 lata) jest sama, jej mąż nie wierzy w „cuda”. Ona z kolei nie ma przekonania do in vitro. Bo skoro Kościół tak protestuje, coś musi być na rzeczy. Słyszała, że in vitro dehumanizuje ludzi, że mężczyźni oddający nasienie muszą się wcześniej masturbować, a to jest upokarzające. – Na in vitro lekarze łapią ludzi, żeby ściągnąć od nich duże pieniądze, a napro jest tańsza – tłumaczy. Poza tym przekonują ją liczby: 80-procentowa skuteczność to naprawdę dużo. A czytała o tym w internecie.

Joanna o dziecko stara się od czterech lat. Lekarz powiedział jej ostatnio, że trzeba coś zrobić sztucznie. Ale ona mu nie wierzy.Instruktorka po spotkaniu zaprasza na rozmowy indywidualne. Ustawiam się w kolejce.- Co, jeśli mimo stosowania metody nie zajdę w ciążę, np. w ciągu dwóch lat? – pytam Beatę Wiśniewską.- Znam pary, którym nawet po pięciu latach udaje się uzyskać poczęcie – uśmiecha się w odpowiedzi.- Ale jednak, jeśli się nie uda? – naciskam.- Dla niektórych najlepszym rozwiązaniem okazuje się adopcja.- Ginekolog mówi mi, że są takie schorzenia, przy których tylko metoda sztucznego zapłodnienia może pomóc zajść w ciążę.Instruktorka macha ręką z lekceważeniem. – No właśnie, tak lekarze mówią… Tymczasem czasem wystarczy zażywanie witaminy B6. Albo luteiny. A wiele schorzeń można już leczyć, tylko ludzie o tym nie wiedzą.Metoda tańsza i ekologiczna

Spotkania w fundacji sióstr boromeuszek prowadzą instruktorzy. Na stronie Evangelium Vitae przy większości nazwisk czytam, że to „instruktor w trakcie szkolenia”. Konkretów – gdzie odbywa się szkolenie, kto wydaje certyfikaty – brak. O swoim przygotowaniu merytorycznym nie wspomina też Beata Wiśniewska. Więcej pisze o swoim zainteresowaniu metodą i życiu osobistym – „Jestem szczęśliwą Żoną wspaniałego Męża. Od ponad 9 lat należę do wspólnoty Communione e Liberazione, której założyciel Luigi Giussani zafascynował mnie swoim patrzeniem na rzeczywistość, która zawsze jest pozytywna” – czytamy w jej biogramie.

Co ciekawe, w Polsce prowadzi się niewiele szkoleń dla naproinstruktorów – niedawno organizował je Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. W internecie znalazłam jedynie szczątkowe informacje o szkoleniach w Irlandii. Pozostali instruktorzy – na stronie fundacji są telefony do kilkunastu – również nie informują o szkoleniach, jakie przeszli. Większość za to podkreśla swoją przynależność do Kościoła katolickiego, wielu z nich to też działacze katolickich wspólnot.

Jak fundacja sióstr boromeuszek sprawdza ich kompetencje? Siostra Ewa Jędrzejak, prezes Fundacji „Evangelium Vitae”: – Znamy kompetencje instruktorów, byli przygotowywani przez prof. Hilgersa, zanim otrzymali certyfikat, zdawali bardzo wymagające egzaminy.

Pytam siostrę Jędrzejak, czy koszty spotkań nie są jej zdaniem zbyt wygórowane? – Są porównywalne z innymi tego typu usługami. Instruktorzy ponieśli duże koszty przygotowania do nauczania metody. A spotkań zwykle jest osiem, chociaż zdarza się, że przynoszą owoce już za drugim czy trzecim razem. Poza tym ta metoda jest tańsza niż in vitro, a kosztów in vitro media na ogół nie kwestionują – odpowiedziała mi s. Jędrzejak. I zapewnia: – Fundacja nie czerpie zysków ze spotkań z instruktorami. Zależy nam, by promować tę ekologiczną metodę jako tańszą, skuteczniejszą i bezpieczną. Nie prowadzimy działalności gospodarczej.

Tablica z łezką

Kilka dni po spotkaniu u sióstr dzwonię do instruktorki Agnieszki Leibmann. Proponuje spotkanie w czwartek. Z czasem u niej kiepsko, bo właśnie urodziła trzecie dziecko. Poleca innych instruktorów. Gdy pytam o kwalifikacje, słyszę: – Wszyscy jesteśmy po profesjonalnym, trzynastomiesięcznym kursie u prof. Hilgersa, który przyjeżdżał do Polski, do Łomianek. Mieliśmy dwa egzaminy i praktyki u irlandzkich położnych.

Na zakończenie słyszę: – Cieszę się, że interesuje się pani tą metodą. Życzę powodzenia i spełnienia pani oczekiwań zgodnie z wolą Bożą.

Prof. Waldemar Kuczyński: – 40 lat temu bolało nas, że stosowanie metod naturalnych powoduje ograniczenie intymności życia seksualnego: planowanie seksu co do dnia i prawie co do minuty. Przychodzą do mnie kobiety po leczeniu naprotechnologicznym, nieskutecznym, trwającym latami, np. z zaawansowaną endometriozą. I mówią, że zostały oszukane. Oglądam te ich tablice wyklejone uśmiechami, łezkami… Całe życie zdominowane przez obserwację śluzu. To tragifarsa intelektualna! Gdzie tu technologia, medycyna? Spędziliśmy tysiące godzin z mikroskopem, żeby pomóc ludziom, a teraz mają się tym zająć tajemniczy trenerzy, siostry zakonne? To absurd! Uważam, że naprotechnologia to dla niektórych sposób na robienie pieniędzy i ideologizowanie medycyny. Kiedy z leczenia robi się misję, mamy do czynienia z sekciarstwem.

Polska ma potencjał

Prof. Thomas W. Hilgers o naprotechnologii Bez mrożenia braci i sióstr „Podstawową zaletą naprotechnologii jest jej bezpieczeństwo i zgodność z etyką. W przeciwieństwie do metody in vitro życie nie jest sztucznie tworzone w szalce Petriego przez technika laboratoryjnego. Nie ma mowy o mrożeniu braci i sióstr dziecka. W przypadku naprotechnologii szukamy przyczyn niepłodności, a nie próbujemy jej „obejść” z pomocą sztucznego zapłodnienia, skazując przy okazji 5-15 innych żywych embrionów na śmierć” (ze szkolenia w Łomiankach prowadzonego przez Hilgersa, cytat za: „Gość Niedzielny”) Polska napropotęgą „Obecnie powstała wręcz cała kultura, która zdaje się mówić, że jedynym rozwiązaniem w przypadku problemów z płodnością jest in vitro. Jestem przekonany, że Polska ma potencjał i możliwości, aby stać się centrum naprotechnologii w Europie. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie byłoby tylu zainteresowanych naprotechnologią ginekologów i położników” (z wykładu Hilgersa w Poznaniu, cytat za: Katolicka Agencja Informacyjna)

zakonniceLeczą

wroclaw.gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: