TV (11.08.2015)

 

Polska eksprostytutka robi oszałamiającą karierę w Niemczech. Ma miliony fanów, jest idolką młodzieży

Michał Wachnicki, 10.08.2015
Schwesta Ewa

Schwesta Ewa (fot. youtube.com)

Przy niej Popek jest grzecznym chłopcem ze strzeżonego osiedla. Największą gwiazdą w Niemczech jest obecnie urodzona w Koszalinie Ewa Müller, była prostytutka i narkomanka, a dziś raperka. Jej teledyski na YouTubie ogląda po 5 mln Niemców, a młode dziewczyny pytają, co zrobić, by osiągnąć to, co ona. Poznajcie Siostrę Ewę
Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydaje rocznie miliony euro na promocję Polski w Niemczech. Wystawy, koncerty i projekty edukacyjne docierają niestety głównie do wykształconych Niemców z dużych miast. Szerokie masy niemieckiego społeczeństwa – zwłaszcza na zachodzie kraju – wciąż Polaków prawie nie znają i postrzegają nas przez pryzmat (powoli zmieniających się) stereotypów.

W ostatnim czasie zyskaliśmy jednak w Niemczech ambasadora polskości, jakiego jeszcze w historii nie mieliśmy – nowoczesną kobietę sukcesu, której słów słuchają nastolatki w całych Niemczech, a której styl rodem z małego polskiego miasta nadaje dziś ton ulicom miast nad Renem, Łabą i Dunajem.

To urodzona w Polsce raperka Schwesta Ewa (Siostra Ewa). Na YouTubie jej piosenki w języku niemieckim mają miliony odtworzeń, bilety wykupione są na długo przed koncertami, a niemieckie, austriackie i szwajcarskie gazety ustawiają się w kolejce, by zrobić z nią wywiad. Jest obecnie największą gwiazdą za naszą zachodnią granicą.

Co takiego mówi Niemcom polska imigrantka, że wynieśli ją na szczyt popularności?

Na jednym rogu jelenia kabel, na drugim pasek

„Przychodzę z rapem gorącym jak z kuchni cracku/ Sprawdzasz tylko połowę, bo nie jesteś prawdziwy/ Próbuję się zalegalizować, dlatego rapuję, jak jesteśmy nielegalni /Kurwa [przekleństwo po polsku], mój biustonosz jest zrobiony z kevlaru” – to tłumaczenie jednego z jej najpopularniejszych utworów „Realität” (Rzeczywistość), który na YouTubie obejrzało już ponad 3 mln osób.

Bo właśnie rzeczywistość jest głównym tematem utworów urodzonej w Koszalinie w 1984 roku Ewy. Tyle że jej rzeczywistość w rozumieniu przeciętnego przedstawiciela klasy średniej mogłaby być synonimem koszmaru. Ba, nawet niewielu raperów z amerykańskich gett może się legitymować takim życiorysem.

Ewa wraz z matką uciekły z Polski, gdy dziewczyna miała trzy lata. Nie wyjechały jednak do Niemiec w poszukiwaniu lepszego życia. Jej ojciec był groźnym kryminalistą skazanym za zabójstwa, a bandyci chcieli mścić się na jego rodzinie. Matka z dziećmi uciekła ze strachu o życie. – Ojciec dostał jakieś 25 lat. Nie wiem dokładnie – opowie Ewa z mieszanką obojętności podszytej czymś w rodzaju „ulicznej dumy” serwisowi Zuio.tv

O swoim dzieciństwie i dalszym dorastaniu mówi mediom równie chętnie. W Kilonii na północy kraju mieszkały z matką i braćmi najpierw w domu dla kobiet z innymi imigrantami. – Dlatego do tej pory moje słownictwo nie jest oszałamiające – mówiła w wywiadzie dla dziennika „Die Welt”.

Pierwsze zdania po niemiecku napisała dopiero w wieku ośmiu lat.

Po jakimś czasie pojawia się jednak nadzieja na lepsze życie: matka Ewy poznaje Niemca i wychodzi za niego za mąż. Jednak w domu Ewy Müller (takie nosi nazwisko dzisiejsza Schwesta Ewa) jej dzieciństwo nie wygląda przyjaźnie – Mieliśmy w domu na ścianie poroże jelenia. Na jednym rogu był pasek, na drugim kabel. Do wyboru za karę – mówiła.

20 do 30 klientów dziennie, pobicia, gwałty

Ale prowadzący wywiady dla gazet i stacji TV zazwyczaj szybko kończą temat dorastania Ewy. W Niemczech historie o ciężkim dorastaniu dzieci imigrantów nie są już chodliwe. Można je znaleźć na pęczki i to w dowolnym odcieniu – polskim, serbskim, tureckim, kurdyjskim. To, czego media naprawdę od niej pragną, to pikantne opowieści o prostytucji – zawodzie, który wykonywała od 19. roku życia przez kolejnych 12 lat. Dzisiejsza popularność wyzywającej raperki wynika zresztą przede wszystkim z tego powodu. Polka Ewa rozbija jedno z ostatnich społecznych tabu w Niemczech: do tej pory nikt tak otwarcie nie mówił o prostytucji, i to w tak odważny sposób:

„Dziwki-eskorty tańczą w sex-shopach/Potem zarabiam kasę od alfonsów//Kurwa, normalnie/Drogie hotele, do których chodzą dziwki /Ach! Potrafię zmienić pedałów w hetero”

– Przeprowadziłam się do Frankfurtu nad Menem i od tej pory codziennie miałam od 20 do nawet 30 klientów – mówi Ewa kolejnym dziennikarzom dopytującym o szczegóły seksbiznesu. Opowiada, że dzięki prostytucji wreszcie stała się bogata. Pod koniec kariery prostytutki miała zarabiać około 20 tys. euro miesięcznie. Nie chodziło tylko o liczbę mężczyzn. Większość także okradała z pieniędzy. Jak mówi, potrafiła wysłać faceta pod prysznic i w tym czasie „wyczyścić mu portfel” albo nawet kupić coś na jego kartę kredytową. Nie zawsze odbywało się to bez problemów. – Nie znam żadnej dziwki, która nie zostałaby zgwałcona albo nie dostała pięścią w zęby – mówi.

eksprostytutkaeksprostytutka1

W tym czasie uzależniła się też od twardych narkotyków, w tym heroiny. – Po pewnym czasie wyglądałam tak okropnie, że nikt nie chciał mi płacić – wspomina tamten okropny czas Ewa. – Miałam szczęście z tego wyjść, ale tego się nie zapomina. Znałam 6-7 dziewczyn z czerwonej dzielnicy, które wpadły w nałóg narkotykowy i już ich nie ma.

„Możesz wyrwać dziwkę z burdelu, ale burdelu z dziwki nie wyrwiesz”

W końcu w 2011 roku Ewa podejmuje decyzję, by zerwać z prostytucją. Pomaga jej w tym znajomość nawiązana w czerwonej dzielnicy z producentem muzycznym, który wcześniej był jej klientem.

W ciągu kolejnych lat zaczyna śpiewać, a w styczniu 2015 wydaje swój debiutancki album. Pierwotnie jego tytuł miał brzmieć „Rozdziewiczenie niemieckiego rapu”, ale wytwórnia go nie przepuszcza. Wtedy Ewa postanawia użyć na okładce albumu słowa „Kurwa” w języku polskim. Od połowy stycznia na punkcie albumu szaleją całe Niemcy, Austria i niemieckojęzyczna część Szwajcarii. Piosenki mają na YouTubie średnio po 2-3 mln odsłon. Siostra Ewa, kiedyś kurwa z dzielnicy dworcowej/Dzisiaj jem w Vapiano i siedzę na plaży w Monte Carlo//Wczoraj jeszcze skręty i życie z napiwków/Dziś zgarniam grubą forsę

Dosadne kawałki, w których w niemieckie teksty co rusz wplecione są polskie przekleństwa, podobają się zwłaszcza młodzieży i odpowiednikom polskich dresiarzy, niemieckiej klasie robotniczej, ale też imigrantom. Imponuje sukcesem młodym dziewczynom, które chcą być jak ona. Tym bardziej że Ewa wydaje się im prawdziwa; nie tylko nie udaje, kim była, ale wręcz nie odcina się od wcześniejszego zawodu i tamtego środowiska. Przeciwnie, najchętniej powtarzanym przez nią cytatem jest „możesz wyrwać dziwkę z burdelu, ale burdelu z dziwki nie wyrwiesz”. – Spędziłam tam połowę życia, to na mnie wciąż wpływa – mówiła dziennikowi „Frankfurter Rundschau”.

„Nie jesteś nawet warty, żeby się z tobą pieprzyć”

Jak twierdzi, tam nauczyła się życiowej twardości jako taktyki przetrwania. Radzi swoim fanom, by się nad sobą nie użalać, bo to jeszcze bardziej podjudza nienawiść. „Słuchaj, każdy hejter to tylko jedno kliknięcie więcej/nie jesteś nawet warty, żeby się z tobą pieprzyć” – rapuje w kawałku „60 Punchbars”.

Przyznaje, że lata spędzone w domach publicznych zostawiły w niej trwały ślad. – Nie umiem przyjmować pomocy od ludzi. Jeśli ktoś otwiera przede mną drzwi, to wyzwala to we mnie agresję. Nie ufam też mężczyznom. Gdy widzę ich na ulicy, myślę tylko: „ten ma fetysz stóp, ten lubi być bity, a ten chce, bym udawała małą dziewczynkę” – opowiadała w wywiadzie dla tygodnika „Stern”.

– Miałam w swoim łóżku policjantów, bankierów, mężczyzn z obrączką na palcu i z fotelikiem dziecięcym w samochodzie. Czasami bardziej czułam się jak psycholog, a nie prostytutka. Przychodzą do mnie, leżę nago na łóżku, a oni zaczynają mówić: „Moja żona to, moja żona tamto…”. Jakbym była doradcą małżeńskim! „Co powinienem zrobić?” – pytają. A ja myślę: „Na pewno nie przychodzić do mnie”.

W tym może tkwić sekret popularności Siostry Ewy. Tak jak Polacy lubią słuchać o sobie z ust przedstawicieli obcych nacji, tak i Niemcy mają upodobanie w opiniach o nich samych wypowiadanych przez coraz to inny margines własnego społeczeństwa. Im bardziej egzotyczny, tym ciekawszy. W tę potrzebę wpisuje się eksprostytutka Ewa. Rzuca nowe światło na ukrytą wcześniej w cieniu stronę ich życia. Chcą jej słuchać, bo chcą słuchać o sobie.

Zobacz także

polskaEksProstytutka

wyborcza.pl

 

Pisarka, która wie, jak to jest być martwym

Agnieszka Fiedorowicz, 11.08.2015
Zespolenie nauki i seksu. To dziwne urządzenie to jeden z pierwszych elektrycznych wibratorów. Ich historię Mary Roach studiowała, przygotowując się do książki

Zespolenie nauki i seksu. To dziwne urządzenie to jeden z pierwszych elektrycznych wibratorów. Ich historię Mary Roach studiowała, przygotowując się do książki „Bzyk” (Fot. Profimedia)

Jak zostać Mary Roach, najpoczytniejszą amerykańską pisarką naukową? Mieć w sobie ciekawość 12-latka, być gotowym z entuzjazmem włożyć rękę do żołądka żywej krowy czy odbyć przejażdżkę w stanie nieważkości.
Gdyby dawano Oscary w kategorii najbardziej przykuwające uwagę pierwsze zdania książki, Mary Roach miałaby na półce swojego domu w Glenview na przedmieściach Oakland całkiem pokaźną kolekcję złotych statuetek. Wydany w 2003 roku „Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” zaczyna się od stwierdzenia „Bycie martwym nie różni się zbytnio od rejsu statkiem wycieczkowym. Większość czasu spędza się w pozycji leżącej. Mózg wyłączony. Ciało flaczeje. Nic nowego się nie dzieje i nikt się po tobie niczego nie spodziewa”. W opublikowanym siedem lat później „Ale kosmos. Jak jeść, kochać się i korzystać z WC w stanie nieważkości” stwierdza: „Dla naukowców zajmujących się rakietami problemem jesteś ty. (…) Ogniwo słoneczne czy dysza silnika rakietowego to elementy stabilne i niewymagające. Nie wypróżniają się, nie panikują i nie zakochują się w dowódcy wyprawy. I nie muszą spać”.

Życie w kosmosie: jak oni to robią?

Ektoplazma w pudełku po ciastkach

Pierwsze zdania to tylko przedsmak tego, co Roach serwuje dalej. Jej książki to potrawy przemyślane i wieloskładnikowe, a przy tym, choć traktują o tak poważnych sprawach, jak seks, życie pozagrobowe czy podróże kosmiczne, są lekkostrawne. Najważniejszy jest dobry temat, który jak tłumaczyła kiedyś prezenterowi radia NPR, musi mieć w sobie „trochę nauki, trochę historii, trochę humoru i szczyptę obrzydliwości. (…) Są pisarze stworzeni do pisania o rzeczach wielkich. To nie moja nisza. Ja jestem dziwnym, małym padlinożercą, który lubi węszyć w zakamarkach”. Faktycznie nie ma takiej szczeliny, gdzie ta 56-letnia pisarka nie wetknęłaby swojego ciekawskiego nosa, a także języka, ucha czy oka. Zabiera nas w miejsca, o których istnieniu nie śniliśmy – od laboratorium zajmującego się badaniem śliny począwszy, przez toaletę dla kosmonautów, a skończywszy na bibliotece Uniwersytetu Cambridge, gdzie (w ramach poszukiwania duchów!) otwieramy pudełko z … rzekomą ektoplazmą. „Przypomina pudełko ciastek kupionych w cukierni. (…) W środku znajduję bawełniany materiał z satynowym wykończeniem. Plamy na nim mają kolor wyblakłego brązu. Rozwijam to, żeby zorientować się w rozmiarze – na moje oko dziesięć stóp na trzy. Można nawet pomyśleć, że kustosz rękopisów i archiwów kiedyś po pijaku pomylił całun turyński z ektoplazmą Helen Duncan” – relacjonuje z przejęciem Roach, która na kolejnych stronach swych książek wkłada rękę do żołądka krowy i wprowadza się w stan nieważkości na pokładzie samolotu należącego do NASA. Pisząc „Gastrofazę”, połyka „cyfrowy aparat fotograficzny w kształcie multiwitaminowej pastylki”, by obejrzeć od wewnątrz swój układ pokarmowy i zachwycać się, że w żołądku „dominuje zielonkawy mrok z dryfującymi tu i ówdzie farfoclami, zupełnie jak na podwodnych fotografiach z wraku Titanica. (…) Kamera dokumentuje podróż jak nastolatek ze smartfonem, co sekundę robiąc zdjęcia” – pisze. Ona sama mawia, że ma „umysł 12-latka” i do każdego tematu podchodzi z dziecięcą ciekawością. I choć jest guru pisarzy popularnonaukowych, wciąż uważa się za „naukowego laika”. „Gdy skończę pisać kolejną książkę, daję ją do przeczytania kilku ekspertom, by sprawdzili, czy nie naplotłam gdzieś bzdur” – kryguje się w jednym z wywiadów. Ale to tylko poza. Do każdej książki przygotowuje się bardziej niż sumiennie, ślęcząc w archiwach, wertując publikacje naukowe, a nade wszystko przepytując naukowców. „Jestem profesjonalną dręczycielką” powtarza, a gdy jakiś problem przykuje jej uwagę, jest gotowa pojechać na drugi kraniec świata.

Pisząc „Bzyka”, odwiedziła w Kairze dr. Ahmada Shafika nie dlatego, że jest on światowej sławy urologiem, który dokonał pierwszej transplantacji pęcherza. Shafik uwiódł ją eksperymentem, w którym badał, czy rodzaj bielizny ma wpływ na życie seksualne, a upraszczając, sprawdzał, czy laboratoryjne szczury noszące poliestrowe majtki uprawiają seks rzadziej niż te noszące majtki bawełniane. Zbierając materiały do „Ducha”, przez tydzień towarzyszyła prof. Kirtiemu S. Rawatowi, dyrektorowi Międzynarodowego Centrum Badań nad Przetrwaniem oraz Reinkarnacją, z którym objeżdżała indyjskie wsie, opisując przypadki dzieci, które „pamiętały” swoje poprzednie wcielenia. A to wszystko i tak pikuś w porównaniu do szkolenia, w którym Roach uczestniczyła, pisząc „Sztywniaka”. Kurs z anatomii twarzy oraz liftingu dla chirurgów plastycznych zaczął się w sali, w której na stołach przykrytych lawendowymi obrusami leżało … 40 ludzkich głów. „Ludzka głowa jest mniej więcej tego samego rozmiaru i wagi co przygotowany do upieczenia kurczak. Nigdy wcześniej nie miałam okazji do takich porównań, bo nigdy przedtem nie widziałam głowy w brytfannie. Leżą twarzami do góry. (…) Obok haki do odciągania skóry oraz rozwieracze, rozłożone z miłą dla oka precyzją, z jaką układa się sztućce w restauracjach” – relacjonuje Roach.

Czy Jezus chodził po atolu?

Pisarka już jako dziecko odkryła, że to, co u rówieśników budzi odrazę, ją fascynuje. Na lekcjach biologii uwielbiała korzystać z bezgłowego plastikowego torsu. „Narządy w środku pasowały do siebie idealnie jak fragmenty przestrzennych puzzli, kolorowe i schludne jak towar na ladzie chłodniczej u rzeźnika” wspomina w „Gastrofazie”.

Jej ojciec miał w chwili jej urodzin 65 lat, młodość spędził, podróżując z trupą aktorską po Stanach, a o 20 lat od niego młodsza matka pisarki była sekretarką. „Często w głosie ludzi, którym o tym mówiłam, słyszałam Mój Boże, jakbym była co najmniej wykarmiona przez wilki. (…) Tymczasem mój ojciec poświęcał mi więcej czasu niż przeciętny tata koło trzydziestki. Emerytura była jak niekończący się urlop tacierzyński. (…) Nie biegał, nie jeździł na deskorolce. Ale był artystą. Kiedy miałam 11 lat, namalował na ścianie piwnicy naturalnej wielkości słonia, bo je uwielbiałam. Nauczył mnie rysować, zaczynał od szlaczka na papierze i zachęcał, bym dokończyła rysunek. Byłam kodą, która ukoronowała jego długie, spełnione życie – wspomina Roach w felietonie „Mój tata, zgred” w „New York Timesie”.

Matka Mary starała się zaszczepić w córce religijność. „Posyłała mnie na religię. Kupowała mi papierowe laleczki zakonnice, jak gdyby zabawa polegająca na zamianie welonu karmelitanek na biały szkaplerz benedyktynek mogła zainspirować mnie do gorliwej modlitwy” – wspomina pisarka we wstępie do „Ducha”. Czytanie Biblii prowokowało Mary do zadawania pytań. Czy to dźwięk trąb spowodował, że mury Jerycha runęły, czy może sprawiło to trzęsienie ziemi, które przyszło w tym momencie? Czy Jezus chodził po wodzie czy wykorzystał przybrzeżny atol, którego grań znajdowała się parę centymetrów pod powierzchnią wody? „Nie byłam w stanie uwierzyć, że te rzeczy zdarzyły się naprawdę, bo inny bóg, który nosił laboratoryjne gogle i wiedział, jak używać suwaka logarytmicznego, chciał też wiedzieć, jak w kategoriach nauki wszystkie te rzeczy były możliwe” – tłumaczy Roach, która wybrała się na studia psychologiczne na Wesleyan University, a następnie przeprowadziła się do San Francisco.

O pożytkach z gnicia

Jej kariera pisarska zaczęła się pośród ulubionych słoni, w biurze prasowym San Francisco Zoological Society. Początkowo Roach produkowała notki na temat słoniowych operacji, ale zaczęła też pisać felietony do „San Francisco Chronicle Sunday Magazine”. Z czasem jej teksty zaczęły być zamawiane przez tak renomowane pisma jak „New York Times” czy „National Geographic”. Od 1996 do 2005 roku działała w Grotto, syndykacie aspirujących pisarzy i twórców filmowych. „Wróżyliśmy sobie przyszłość i kiedyś kolega powiedział: Mary w tym roku podpisze kontrakt na książkę„. Na pomysł wpadła, pisząc felieton o zwłokach wykorzystywanych do testów bezpieczeństwa aut. Zaczęła pisać „Sztywniaka”. We wstępie do książki przyznała, że pisanie o trupach sprawia, że stajesz się „naznaczony”. „Poczułam coś takiego przy biurku bibliotekarza w bibliotece Wydziału Medycznego Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco. Młody człowiek patrzył na listę pozycji pod moim nazwiskiem:Balsamowanie – teoria i praktyka, Chemia śmierci, Rany postrzałowe. Później spojrzał na książkę, którą chciałam wypożyczyć: Sprawozdanie z IX konferencji dotyczącej wypadków samochodowych. Nic nie powiedział. Jego oczy mówiły wszystko”.

Pisząc „Sztywniaka”, Mary nie tylko wzięła udział w kursie anatomii, odwiedziła też słynną trupią farmę w Tennessee, na której naukowcy sprawdzają, jak rozkładają się ludzkie zwłoki („Mięśnie zjadane są nie tylko przez bakterie, lecz także przez mięsożerne żuki. Nawet nie przypuszczałam, że istnieją żuki, które żywią się mięsem, a tu proszę” – zanotowała), złożyła też wizytę badaczce, która opracowała metodę zmiany zwłok w kompost. Książka odniosła spektakularny sukces i okupowała tygodniami listę bestsellerów „New York Timesa”. W 2012 roku Roach otrzymała nagrodę Harvard Secular Society’s Rushdie Award.

Stosunkiem w czkawkę

Na każdą kolejną książkę poświęca dwa-trzy lata. „Moje książki to niekończący się ciąg rozrywek między okładkami. Wiele z nich zaczęło się od przeszukiwania PubMedu”[wyszukiwarki artykułów naukowych] – stwierdziła w wywiadzie dla „New York Timesa”. Kiedy pisała „Bzyka”, zaczęła od wpisania do PubMedu przymiotników „prąciowy” i „łechtaczkowy”. „Gdy wpiszesz w zwykłą wyszukiwarkę stosunek seksualny, to wyskoczą ci strony porno. Ale wpisz to do PubMedu, a znajdziesz tak fascynujące publikacje jak Stosunek seksualny jako potencjalne narzędzie leczenia czkawki” – argumentuje. Ale tajemnicą jej sukcesu jest nie tylko research, ale przede wszystkim sposób „zaserwowania” zdobytej wiedzy. Gdy w „Duchu” tropi zagadkę budzika papieża Pawła VI, który miał zadzwonić dokładnie w momencie jego śmierci, próbuje namierzyć papieskiego sekretarza Pasquale’a Macchi. Kontakt w Konferencji Biskupów Katolickich Stanów Zjednoczonych, odnajduje jego adres w … papieskiej książce telefonicznej! „Miałam ochotę zapytać, czy znajdują się w niej również papieskie żółte strony z papieskimi czyścicielami purpurowych obić czy papieskimi agencjami towarzyskimi” – komentuje Roach, która twierdzi, że nad większością tych passusów musi się napracować. Czasem jednak one wręcz wchodzą jej w ręce, jak podczas wywiadu z jednym z radzieckich kosmonautów, który przyznał, iż w kosmosie miał depresję i chciał się powiesić. „Ale tam nie ma grawitacji, więc i tak by to nie wyszło”.

Do czego nam seks

Szczęśliwa jako nerka

Czytelnicy zasypują pisarkę mailami i listami. Jej ulubiony pochodzi od Greka, który po publikacji „Bzyka” napisał, że ma orgazm, kiedy jeździ rowerem, więc czasami po prostu specjalnie wsiada na rower i jeździ tak długo, dopóki się nie zaspokoi, przez co ciągle się spóźnia na spotkania. Mile wspomina też wspomnianego już speca od reinkarnacji prof. Rawata, który po publikacji „Ducha” przesłał jej liścik; „Mary, twoja książka jest jak bukiet róż, wiele kwiatów, ale i kilka cierni”. „Sztywniak” sprowokował czytelników i dziennikarzy do dopytywania, czy pisarka zamierza oddać swoje zwłoki na cele naukowe. Roach potwierdziła: „Byłabym szczęśliwa jako nerka na półce”.

Zaklina się, że nie napisze książki o podatkach. Nie zjadłaby też gumbo, potrawy, w której skład wchodzi okra, warzywo, którego nie cierpi. „Mój mąż ma z kolei problem z gałkami ocznymi, nie może sobie nawet zakropić oczu. Scena z Psa andaluzyjskiego” [filmu Luisa Bunuela, w którym oko nacinane jest brzytwą] mogłaby go zabić” – dodała. Ale i jej mężowi Edowi, na co dzień grafikowi, nie można odmówić braku odwagi, skoro w ramach prac nad „Bzykiem” dał się wraz z Mary podłączyć do aparatu ultrasonograficznego 4D, a następnie uprawiał seks w laboratorium dr. Jinga Denga z University College London Medical School. Jak podsumowała Roach: „Tamto doświadczenie było dla niego bardzo trudne. Dla mnie nie. Ja tylko zbierałam materiały”.

Szaleństwa Mary Roach

Pisarka często wściubia nos tam, gdzie inni wstydzą się zajrzeć. Ma bardzo niestandardowe metody.

Podróże

Zbierając materiały, odwiedziła każdy kontynent przynajmniej dwa razy

Kosmos

Z geologiem dr. Ralphem Harveyem poszukiwała meteorytów na biegunie

Seks

Ze swoim mężem w imię nauki uprawiała seks podłączona do ultrasonografu

Napisała książki

„Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków”

„Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego”

„Bzyk. Pasjonujące zespolenie nauki i seksu”

„Ale kosmos! Jak jeść, kochać się i korzystać z WC w stanie nieważkości”

„Gastrofaza: Przygody w układzie pokarmowym”

Oglądaj wideo „Nauki dla każdego” i odkrywaj największe zagadki otaczającego Cię świata. Daj się wciągnąć, zafascynować, zadziwić. Spójrz na siebie i rzeczywistość z innej, naukowej strony!

W ”Nauce dla każdego” czytaj:

Przytul mnie, proszę
Dlaczego tak pociąga nas ekran dotykowy? Czemu dotykamy tego, co chcemy kupić? Bo dotyk to nasz najważniejszy zmysł.

Niebo dla każdego
Jak zacząć przygodę z obserwacją nieba? Już 12 sierpnia zobacz maksimum roju Perseidów

Jak fizycy budują zamki z piasku
Piaskologia czy też babkopiaskologia to całkiem poważna dziedzina wiedzy, a grzebanie się w piachu przystoi nie tylko dzieciom

Zielony fast food. Jak zepsuliśmy warzywa
Czyniąc warzywa i owoce słodszymi, może i sprawiamy, że chętniej sięgają po nie ci, których zwykle kłują one w zęby, ale „uszlachetniając” ich smak, robimy z nich zielony fast food

Pot. Co po nas spływa?
Pocimy się w upale, chroniąc się przed przegrzaniem. Poty wywołują też emocje i ćwiczenia fizyczne. Czego można się dowiedzieć z naszego potu?

taPisarka

wyborcza.pl

 

Narodowa Telewizja Polska? PiS: Media mają być nie publiczne, ale narodowe

Agnieszka Kublik, 11.08.2015
Barbara Bubula, była członkini KRRiT
i była posłanka PiS, autorka reformy ustawy medialnej

Barbara Bubula, była członkini KRRiT i była posłanka PiS, autorka reformy ustawy medialnej (fot. Michał Łepecki)

Prawo i Sprawiedliwość ma plan, który pozwoli jednym ruchem wymienić władze TVP i Polskiego Radia
Barbara Bubula, była członkini KRRiT i była posłanka PiS, jest autorką – jak sama mówi – „zasadniczej reformy”, którą zaprezentowała w Katowicach podczas lipcowej konwencji PiS.

PiS pracuje nad projektem ustawy medialnej, która ma być gotowa tuż po wyborach parlamentarnych.

– Wybór naszego prezydenta pokazał, że stworzyliśmy własne sposoby komunikowania się, które umożliwiły to zwycięstwo. Celem mądrej polityki naszego obozu politycznego powinno być wzmocnienie tego medialnego przebudzenia. Warto uspołecznić i zdekolonizować to, co w okresie 25 lat zostało w dziedzinie środków przekazu Polakom zabrane – tłumaczy Bubula.

– Zdekolonizować? – pyta Krzysztof Luft, członek KRRiT z rekomendacji prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Media publiczne są polskie, a nie niemieckie, rosyjskie czy jakiekolwiek inne.

Publiczne radio i telewizja są spółkami skarbu państwa. Ich władze wyłaniane są w drodze konkursów, które zatwierdza Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Dziś media publiczne są w rękach koalicji PO, PSL i SLD. PiS chce te spółki przekształcić w instytucje kultury lub instytucje wyższej użyteczności publicznej. Dzięki temu będzie mógł wymienić władze TVP i Polskiego Radia.

Mediami mają zarządzać prezesi wywodzący się „spośród autorytetów świata kultury i mediów”. Kto ich wybierze? – Są różne warianty – mówi Jarosław Sellin, były członek KRRiT i jeden z autorów projektu nowej ustawy. – Rozważamy, komu te nowe instytucje będą podlegać – ministrowi kultury czy skarbu.

Misją nowych mediów publicznych ma być „budowanie tożsamości narodowej”. Bubula ujawnia kilka pomysłów: pojawią się wielkie produkcje filmowe oparte na klasyce polskiej literatury; co roku mają powstawać przynajmniej dwa seriale historyczne „wypełniające białe plamy w świadomości historycznej polskiego narodu”; w porze największej oglądalności media pomogą „nadrabiać braki w edukacji obywatelskiej Polaków”.

Sellin mówi o konieczności prowadzenia „systemowej polityki historycznej”: – Powinna ona podtrzymywać dumę z naszej przeszłości i lansować nasz punkt widzenia w dialogu z innymi narodami.

PiS chce też zdjąć z mediów publicznych „komercyjną klątwę”, czyli kształtowanie ramówki pod reklamy. Proponuje, by „finansowane były w co najmniej 75 proc. ze środków publicznych”. Bubula mówi o „co najmniej 1 promilu PKB, czyli ok. 1,5 mld zł rocznie”, co „pozwoli na znaczne ograniczenie reklam w TVP”.

Radio jest finansowane dziś w 80 proc. z abonamentu. TVP tylko w 30 proc. – telewizja publiczna finansowana głównie z reklam to europejski precedens.

Luft: – Pytanie o pieniądze jest fundamentalne. Chciałbym, żeby PiS ujawnił, czy wprowadzi powszechną opłatę audiowizualną jak w większości krajów Europy.

Sellin pytany o źródło finansowania „narodowych mediów” – budżet, abonament, opłata audiowizualna? – odpowiada tajemniczo: „O szczegółach jeszcze rozmawiamy”.

PiS twierdzi, że argumentów za zmianą dostarczyła kampania prezydencka, bo – jak mówi Bubula – media publiczne „rzuciły wszystkie siły, aby pomóc urzędującemu prezydentowi, i to bez jakiegokolwiek umiaru i bezkarnie”.

Bubula jest przekonana, że telewizji KRRiT za to nie ukarze (bo „wiadomo, kruk krukowi oka nie wykole”).

Luft: – Zawsze badamy, jak media relacjonowały wybory, i zawsze media publiczne były najbardziej obiektywne.

PiS chce ograniczyć rolę KRRiT. Zlikwidować jej nie może, bo jest zapisana w konstytucji jako strażniczka „wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego w radiofonii i telewizji”.

Co z KRRiT? – pytam Sellina. – Chcemy z Radą współpracować, ale nie z tą obecną – zastrzega.

Kadencja Rady upływa w połowie przyszłego roku, ale można się jej pozbyć już w kwietniu, gdy prezydent, Sejm i Senat odrzucą jej roczne sprawozdanie.

Po wygranych wyborach w 2005 r. PiS potrzebował blisko roku, by przejąć media publiczne. Zaczął od ustawy medialnej, błyskawicznie przepchnął ją przez parlament, by drukować w sylwestrową noc 2005/06. Chodziło o to, by odwołać starą KRRiT i zastąpić ją nową, a potem wybrać nowe rady nadzorcze i nowe zarządy TVP i Polskiego Radia. Pytam Sellina, czy PiS powtórzy skok na media? – To niesprawiedliwa ocena. Media chorują od lat na upartyjnienie i komercjalizację. Trzeba je uzdrowić.

Zobacz także

telewizjaMaByćNarodowa

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s