Duda (25.05.2015) (2)

 

„Kiedy mogę przestać spłacać mój kredyt we frankach?”. Wróbel pyta o obietnice Dudy. Ujazdowski w konfuzji

dżek, 26.05.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103454,17983780,video.html?embed=0&autoplay=1
Jedną z wyborczych obietnic Andrzeja Dudy było przewalutowanie kredytów we frankach. Prowadzący Poranek Radia TOK FM dopytywał europosła PiS, kiedy może liczyć na to, że wsparcie będzie mu udzielone.

 

– Mam kredyt we frankach. Kiedy mogę przestać spłacać? – pytał Jan Wróbel w Poranku Radia TOK FM Kazimierza Michała Ujazdowskiego. – To są pana sprawy prywatne. Jestem głęboko przekonany, że wszystkie obietnice wyborcze będą podejmowane. 6 sierpnia będą zdefiniowane wizje prezydentury i wtedy poznamy terminy spełnienia poszczególnych deklaracji. Wiem, że składał obietnice w dobrej wierze – mówił europoseł PiS. – Są możliwości ochrony interesów osób, które mają kredyty we frankach – potwierdzają to eksperci bankowi. To nie jest tak, że to jest populistyczny pomysł – stwierdził.

Andrzej Duda podczas kampanii zapowiadał, że udzielone będzie wsparcie tzw. frankowiczom; jego zdaniem kredyty we frankach powinny zostać przewalutowane tak, aby były spłacane po kursie z dnia ich zaciągnięcia. Duda zapowiadał też powołanie rzecznika klientów banków, który będzie bronił praw klientów w starciu z wielkimi instytucjami.

TOK FM

 

500 zł na dziecko i cofnięcie reformy emerytalnej. Co dokładnie obiecał Andrzej Duda? [PUNKTY]

jagor, PAP, 26.05.2015
Andrzej Duda przed stacją metra w centrum Warszawy

Andrzej Duda przed stacją metra w centrum Warszawy (PAWEL KOPCZYNSKI / REUTERS / REUTERS)

Wybory prezydenckie 2015. W czasie kampanii zwycięzca wyborów Andrzej Duda złożył szereg obietnic wsparcia dla rodzin, przedsiębiorców i kredytobiorców. Zapowiedział m.in. po 500 zł dodatku na dziecko i cofnięcie reformy emerytalnej. Mówił też o zabieganiu o bazy NATO w Polsce.

 

Andrzeja Duda zdobywając w niedzielnej II turze wyborów 51,55 proc. głosów został wybrany na prezydenta – ogłosiła w poniedziałek PKW podając oficjalne wyniki głosowania. Konkurenta Dudy, urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego poparło 48,45 proc. wyborców.

1. Cofnięcie reformy emerytalnej, dodatki dla dzieci

Duda zapowiedział cofnięcie reformy emerytalnej podnoszącej wiek emerytalny do 67. roku życia. Oznaczałoby to, że kobiety przechodziłyby na emeryturę w wieku 60 lat, mężczyźni – w wieku 65 lat. Zwycięzca wyborów opowiadał się też za wprowadzeniem systemu emerytalnego dla osób poświęcających się opiece nad rodziną kosztem życia zawodowego.

Obiecywał także dodatek w wysokości 500 zł miesięcznie na pierwsze dziecko w najbiedniejszych rodzinach, a na drugie i kolejne – w tych zamożniejszych. Wśród obietnic skierowanych do rodzin znalazło się także podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł.

Te obietnice bardzo krytycznie w czasie kampanii oceniali ekonomiści. Przede wszystkim zwracali uwagę, że prezydent ma ograniczone możliwości realizacji tego typu zobowiązań, podkreślali też, że byłyby one ogromnym obciążeniem dla budżetu, ich koszt mógłby przewyższyć deficyt budżetowy. Samo cofnięcie reformy emerytalnej mogłoby kosztować 15 mld zł, i to przy założeniu, że co najmniej 50 proc. osób w wieku powyżej 60 i 65 lat zdecydowałaby się na pozostanie na rynku pracy.

Dodatki na dzieci to koszt – jak wyliczali ekonomiści – 46 mld zł rocznie – prawie tyle, co zapisany w tegorocznej ustawie budżetowej deficyt w wysokości 47,5 mld zł.

2. Program mieszkaniowy, wsparcie frankowiczów

Kolejnym zobowiązaniem Dudy był program mieszkaniowy dla młodych małżeństw; mieszkania miałyby powstawać na gruntach skarbu państwa i być realizowane, pod nadzorem rządu, przez polskie firmy budowlane. Duda chciałby też udzielić wsparcia tzw. frankowiczom; jego zdaniem kredyty we frankach powinny zostać przewalutowane tak, aby były spłacane po kursie z dnia ich zaciągnięcia. Duda zapowiadał też powołanie rzecznika klientów banków, który będzie bronił praw klientów w starciu z wielkimi instytucjami. W ocenie Dudy potrzebna jest repolonizacja banków, która powinna nastąpić poprzez stopniowy ich wykup przez polskie instytucje finansowe.

 

3. „Pakt dla Śląska”

Duda obiecał także wsparcie dla górników. Jego „Pakt dla Śląska” przewiduje m.in. refundację z budżetu państwa ubezpieczenia społecznego przedsiębiorcom zatrudniającym osoby odchodzące z pracy w kopalniach.

4. Ulgi podatkowe dla przedsiębiorców

Zwycięzca wyborów zapowiadał także ulgi podatkowe dla przedsiębiorców. Mikroprzedsiębiorcy, którzy stworzą przynajmniej trzy nowe miejsca pracy, mogliby liczyć na obniżenie podatku CIT z 19 do 15 proc. Odliczenia podatkowe według Dudy mogłyby też stać się zachętą dla przedsiębiorców do inwestowania w innowacyjność.

5. Odbudowa polskiego przemysłu

Duda chce także podjąć działania na rzecz odbudowy polskiego przemysłu, zapowiadał modernizację polskiego przemysłu energetycznego i wydobywczego; na ten cel miałyby zostać poświęcone środki z funduszy unijnych.

6. Wsparcie dla zatrudniających młodych ludzi

Przyszły prezydent zapowiadał także wsparcie dla młodych w ramach programu „Polska mój dom”. Miałby to być system preferencji dla przedsiębiorców zatrudniających młodych ludzi oraz dla młodych ludzi, którzy mają pomysł na własną działalność gospodarczą.

7. Ochrona polskiej ziemi przed wykupem

Zwycięzca wyborów prezydenckich zapowiadał także „wprowadzenie w trybie pilnym” ustawy przeciwdziałającej „spekulacyjnemu wykupowi przez cudzoziemców polskiej ziemi”, której obrót w maju 2016 r. zostanie uwolniony.

8. Ochrona sześciolatków – wybór rodziców

Duda opowiadał się także za tym, by rodzice mogli mieć wybór, czy chcą posłać swoje dzieci do szkoły w wieku sześciu, czy siedmiu lat. Zapowiadał, że jeśli zostanie wybrany, złoży projekt ustawy dot. dzieci z rocznika 2009, dający rodzicom pełny wybór co do tego, czy chcą je we wrześniu wysłać do szkoły.

9. Sprzeciw wobec polityki dekarbonizacyjnej UE

W zakresie polityki zagranicznej Duda mówił wielokrotnie o „potrzebie prowadzenia suwerennej i podmiotowej polityki, ukierunkowanej na polskie interesy”. Oznaczałoby to np. sprzeciw wobec polityki dekarbonizacyjnej Unii Europejskiej. W jego ocenie sama Unia powinna być bardziej elastyczna i nie blokować krajom członkowskim możliwości korzystania np. z zasobów energetycznych.

10. Silne natowskie bazy w Polsce

Według Dudy podstawą bezpieczeństwa jest i powinno być NATO. Polska powinna też dążyć do coraz ściślejszych, bilateralnych relacji w dziedzinie bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi. Duda zapowiadał, że jako prezydent będzie dążył, by do czasu szczytu Sojuszu w Warszawie w 2016 r. pojawiły się w Polsce silne natowskie bazy. Inicjatywę taką określił mianem „Newport Plus”.

11. Polska w G20

Polska powinna też – zdaniem Dudy – zabiegać o członkostwo w G20 – grupie gromadzącej najbardziej wpływowe gospodarki na świecie. Duda opowiadał się za wzmocnieniem „w potencjale kadrowym, infrastrukturalnym i finansowym” placówek dyplomatycznych w najważniejszych krajach świata, które nazwał „diamentowymi ambasadami”. Zwycięzca wyborów opowiadał się także za wspieraniem współpracy w regionie Karpat, w jego ocenie kraje wschodnie i bałkańskie dążące do UE mogą być nową osią dynamiki polityki i rozwoju Europy.

12. Zamówienia dla armii to miejsca pracy w Polsce

Przyszły prezydent w czasie kampanii krytycznie wypowiadał się o przetargu na zakup śmigłowców wielozadaniowych, który wygrał francuski koncern Airbus Helicopters. Według niego wyposażenie dla armii powinno być tak zamawiane, by to w Polsce tworzyć miejsca pracy. – Dzisiaj ludzie w Świdniku są zrozpaczeni, nie wiedzą co będzie dla nich w przyszłości, dlatego że ich firmy ogromnie liczyły na ten kontrakt – mówił podczas debaty z Bronisławem Komorowskim. Nawiązywał do odrzuconych w przetargu ofert: PZL Świdnik i AgustaWestland ze śmigłowcem AW149 oraz konsorcjum Sikorsky Aircraft i PZL Mielec z maszyną Black Hawk.

13. Obrona dobrego imienia Polski

Duda proponował też utworzenie instytucji do obrony dobrego imienia Polski, która będzie się przeciwstawiała kłamstwom historycznym dotyczącym Polski, m.in. sformułowaniom „polskie obozy śmierci”.

14. Konwencja antyprzemocowa sprzeczna z polską kulturą, in vitro bez wsparcia

Podkreślał też, że nie ratyfikowałby konwencji Rady Europy przeciwdziałającej przemocy wobec kobiet jako sprzecznej z polską kulturą. W sprawie poruszanego wielokrotnie w czasie kampanii tematu in vitro mówił, że państwo polskie powinno postawić na skuteczne metody leczenia niepłodności i właśnie je powinno dofinansowywać; uznał, że „in vitro nie jest metodą leczenia niepłodności”.

15. Przywrócenie kontroli rządu nad prokuraturą

Mówił też o potrzebie reformy wymiaru sprawiedliwości. W jego ocenie należy zwiększyć kompetencje prokuratora generalnego i przywrócić kontrolę rządu nad prokuraturą. Według niego „prezydent nie musi podpisywać każdej nominacji sędziowskiej”. Zapowiadał, że jako prezydent będzie udzielał nominacji „po uważnym zbadaniu akt”.

gazeta.pl

Kopacz ucieka w centrolew

Renata Grochal, 26.05.2015
 Grzegorz Napieralski, Ryszard Kalisz, Ewa Kopacz, Wojciech Olejniczak, Andrzej Rozenek

Grzegorz Napieralski, Ryszard Kalisz, Ewa Kopacz, Wojciech Olejniczak, Andrzej Rozenek (fot. PAWEŁ MAŁECKI, SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Po porażce w wyborach prezydenckich PO szuka sposobu na ucieczkę do przodu. Premier rozważa zabranie na pokład lewicowych sierot oraz byłych współpracowników Leszka Balcerowicza – dowiaduje się „Wyborcza”
Wczoraj wieczorem zebrał się zarząd PO, by przeanalizować wyniki wyborów. Wcześniej prezydent Bronisław Komorowski spotkał się z premier Kopacz. Po południu Kancelaria Prezydenta poinformowała, że Komorowski wycofał projekt ustawy umożliwiającej przejście na emeryturę przed osiągnięciem wieku emerytalnego przez osoby z co najmniej 40-letnim stażem składkowym. Była to jedna z obietnic przed II turą wyborów. Kancelaria tłumaczy, że zostało za mało czasu, by przeprowadzić konsultacje społeczne i uchwalić ustawę przed upływem kadencji. 6 sierpnia zostanie zaprzysiężony Andrzej Duda.

Według naszych informacji rząd przygotuje jednak listę ustaw, które mają zostać uchwalone i podpisane jeszcze przed wymianą prezydenta. Mają być na niej m.in. priorytetowa dla Kopacz ustawa o bezpłatnej pomocy prawnej, a także ustawa o in vitro.

Politycy PO obawiają się, że przegrana Komorowskiego będzie wstępem do porażki w jesiennych wyborach parlamentarnych, a to byłaby dla partii katastrofa. Dlatego Kopacz chce uciekać do przodu i pozyskać nowych wyborców. Według naszych rozmówców szefowa rządu rozważa budowę szerokiej formacji centrowo-lewicowej. Bierze pod uwagę zaproszenie do PO m.in. byłych polityków SLD – Wojciecha Olejniczaka, Ryszarda Kalisza, Grzegorza Napieralskiego – a także byłego posła Ruchu Palikota Andrzeja Rozenka. Nie będzie zaproszenia dla Leszka Millera, który przed wyborami komplementował Dudę.

– Nasz kluczowy problem polega na tym, że manewrem z Dudą PiS przebił się do centrum, a dzięki Kukizowi zyskał możliwość mobilizowania młodego elektoratu – mówi ważny polityk PO. – Jeżeli Komorowski, konserwatywny katolik, przegrywa wybory i nie ma poparcia kościelnych hierarchów, to znaczy, że nam się kurczy prawa strona, a na lewicy jest posucha. Miller jest skompromitowany, Palikot też. Możemy zagrać in vitro, może związkami partnerskimi, co przysporzy nam nowych wyborców – dodaje nasz rozmówca.

Jego zdaniem Kopacz będzie próbowała przyciągnąć do PO także ekonomistę Ryszarda Petru, byłego wychowanka Leszka Balcerowicza. W ten sposób nie chce dopuścić do budowy nowej wolnorynkowej partii, która może odebrać PO kilka procent głosów. Jej powstanie zapowiedział niedawno Petru.

Budowa centrolewu może wzbudzić opór w Platformie. Już dziś część polityków upatruje przyczyn porażki Komorowskiego w zbyt mocnym akcentowaniu w kampanii spraw światopoglądowych. – Przegraliśmy dramatycznie wśród młodych. To, co mówimy, w ogóle do nich nie dociera. U mnie w regionie konwencja antyprzemocowa czy in vitro ludzi nie interesują, chociaż to są ważne sprawy. PO musi zorganizować kongres programowy i pokazać, że całkowicie odświeża wizerunek – mówił nam szef małopolskiej Platformy Grzegorz Lipiec.

Wielu naszych rozmówców uważa, że błędem było ogłoszenie przez Komorowskiego pomysłu referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. To nie przysporzyło głosów wyborców Kukiza, a zraziło część elektoratu PO. Ale rzecznikiem referendum, które ma się odbyć we wrześniu, jest minister w kancelarii premiera Michał Kamiński. – Wyborcy wysłali jasny sygnał: potrzebujemy zmiany. Referendum to ten moment, w którym partie polityczne zostaną zweryfikowane, czy chcą zmian, czy nie – mówi nam Kamiński.

Według części naszych rozmówców kampania referendalna może być szansą na powrót do korzeni Platformy i dyskusji na temat likwidacji Senatu czy redukcji liczby posłów o połowę.

Szefowie regionów najbardziej obawiają się, że porażka Komorowskiego doprowadzi do wzajemnych rozliczeń, a Ewa Kopacz wykorzysta to, iż kampanią kierowali ludzie Grzegorza Schetyny, by wyciąć ich z list. Jednak, jak zapewnia bliski współpracownik szefowej rządu, na razie nie ma takiego planu. Nie jest brany pod uwagę także plan wymiany lidera, bo do wyborów zostało za mało czasu. Poza tym Schetyna, który jako jedyny mógłby zagrozić Kopacz, wie, że otwieranie dziś wewnętrznej rywalizacji mogłoby oznaczać ostry zjazd poparcia.

– Jeśli schetynowcy i wspierająca Kopacz „spółdzielnia” chwycą się za łby, to będzie koniec. Wyborcy nie lubią, kiedy partie zajmują się same sobą, zamiast rozwiązywać ich problemy – mówi ważny członek PO.

Zobacz także

wyborcza.pl

Duda nie może być na telefon prezesa

Rozmawiała Agata Kondzińska, 26.05.2015
Andrzej Duda po ogłoszeniu sondażowych wyników drugiej tury przed sztabem wyborczym w Warszawie

Andrzej Duda po ogłoszeniu sondażowych wyników drugiej tury przed sztabem wyborczym w Warszawie (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Prezydent musi mieć kogoś, kto nie będzie się bał powiedzieć prezesowi PiS-u: proszę zadzwonić za dwie godziny, a jeszcze lepiej – jutro – mówi Ludwik Dorn
AGATA KONDZIŃSKA: Andrzej Duda prezydentem. Jest pan zaskoczony?

LUDWIK DORN, były marszałek Sejmu, b. wicepremier w rządzie PiS-u: Nie. Byłem trochę zaskoczony wynikami pierwszej tury, teraz już nie. Jestem tysiąc złotych do przodu, bo postawiłem na Andrzeja Dudę, a oddzielam zaangażowania polityczne od finansowych, które kalkuluję całkowicie na chłodno.

Na chłodno – to co się stało?

– Prezydent Komorowski zrobił błąd, który być może kosztował go reelekcję. Kontynuował kampanię sprzed pierwszej tury – straszenie tych, którzy mogli na niego zagłosować, ale zostali w domu. To był rzeczywiście jedyny zasób, do którego mógł sięgnąć.

Kolejnym błędem było pokazanie, że jak mu solidnie przyłożyć, to skłania się do zmian, czyli propozycja referendum i zmiany w reformie emerytalnej. To mogło spowodować, że na wybory zdecydowała się pójść część z tych, którzy uważają, że Polskę należy zmienić, ale ich głos się nie liczy. Pomyśleli jednak: jak ich ciśniemy – oddajemy głos na Kukiza, Dudę itd. – to soki puszczają, ciśnijmy dalej.

Jedna trzecia głosów nowych wyborców na Andrzeja Dudę wskazuje, że mobilizacja była po obu stronach. Jednak to Duda skupił się w kampanii na wątkach przynoszących korzyści, odrzucił boki i nie przegrał wyraźnie w debatach.

I runął szklany sufit na PiS?

– Niekoniecznie. Jest pytanie: czy ten szklany sufit został rozbity tak, że została otwarta droga do daleko idącej ekspansji? Czyli przypadek PO w 2007 r. i AWS w 1997 r. przekroczenia 40 proc. poparcia, choć nie dawało im to bezwzględnej większości.

Czy też, co wydaje się bardziej prawdopodobne, ten szklany sufit ogromnym wysiłkiem kandydata został podniesiony? Bo on może nadal być, tylko na poziomie wyższym o 3-4 pkt proc. niż przed wyborami prezydenckimi.

Co zwycięstwo Dudy oznacza dla PiS-u?

– To oczywisty sukces. Jego pozycja się wzmocniła. Ale co to będzie oznaczać, będzie wiadomo, kiedy dwa podmioty, które określają sytuację PiS, czyli nowy prezydent i Platforma, rozstrzygną różnego rodzaju dylematy, przed którymi stoją.

Co jest dylematem Dudy?

– Najpierw powinien odpocząć, bo wykazał się nieprawdopodobną odpornością psychofizyczną. Po wydaniu formalnego oświadczenia przez PKW, że jest prezydentem, powinien zniknąć na dziesięć dni, żeby się zregenerować i nie podejmować żadnych pochopnych decyzji. Poziom adrenaliny musi opaść.

A potem?

– Duda stoi przed bardzo trudnym zadaniem: zbudowaniem relacji ze swoją partią. Spójrzmy porównawczo, jak to robili inni. Pomijam przypadek Lecha Wałęsy, bo to był czas burzy i naporu. Ale Aleksander Kwaśniewski był szefem partii i miał w niej swój własny, biograficzno-kulturowo określony układ, bardziej postkomunistyczno-inteligencki niż aparatczykowski. I znaczną część tego układu wziął ze sobą do kancelarii. Miał z kim realizować swoją prezydenturę.

Lech Kaczyński, wprawdzie formalnie był nawet prezesem PiS-u, a potem honorowym prezesem, i mimo że nie lubił wszystkich partii, a najbardziej PiS-u, miał w nim potężny układ – brata bliźniaka, szefa PiS-u. Oczywiście, rodziło to realne problemy polityczne, ale z jego punktu widzenia partia nie była dla niego problemem. Zawsze mógł zadzwonić do brata bliźniaka i panowie mogli sobie pogadać. W ekipie kancelaryjnej nie było nikogo z PiS-u.

Był Michał Kamiński, który wrócił z europarlamentu.

– I Michał Kamiński, i Adam Bielan byli politykami dworskimi. Podzielili się, Adam obstawił Jarosława, a Michał – Lecha. W partii jednak nie mieli żadnej pozycji.

Lech Kaczyński budował swoją kancelarię z ludzi, z którymi pracował, gdy był wiceszefem „Solidarności”, potem z tych, gdy szefował Najwyższej Izbie Kontroli, na końcu z tych, z którymi rządzi w stołecznym ratuszu. Cała kancelaria i Biuro Bezpieczeństwa Narodowego składały się w największej części z ludzi z ratusza.

A jak robił Bronisław Komorowski, który nie miał w PO zbyt silnej pozycji i też nie miał swojego układu? Kiedy został prezydentem, to jedynym politykiem z PO był chyba Sławomir Rybicki, cała reszta to środowisko parlamentarne Unii Demokratycznej, z lewicy prof. Tomasz Nałęcz, ale też Krzysztof Król z KPN, to ludzie z sejmowych lat 90. Z okresu, w którym czuł się dobrze.

Duda takich zasobów nie ma.

– Nie ma żadnego układu wewnątrz partii, prezes Kaczyński już o to zadbał. Jest absolutnym singlem i nie ma z czego tworzyć własnej ekipy.

Chce łowić w środowisku prezydenckim, wśród ludzi, z którymi był w kancelarii prezydenta Kaczyńskiego.

– Ale to nie jest jego środowisko. Łowienie Jacka Sasina to łowienie człowieka, który do tej pory w hierarchii był wyżej niż Duda, a taka zamiana na ogół źle się kończy. Jedynym środowiskiem poza PiS-em, z którym Duda jakoś tam współpracował, jest Klub Jagielloński. Tylko że to jest środowisko politycznie nieopierzone.

Mnożą się pytania. Kto będzie rzecznikiem prezydenta? Jeśli rzecznik partii Marcin Mastalerek, to będzie to rzutować na dalszy rozwój tej prezydentury. Kto będzie trzymał kalendarz prezydenta? Kim będą ludzie, którzy będą zależni wyłącznie od niego, tylko na niego będą stawiali i będą buforem między nim a partią?

Będą telefony od prezesa PiS-u?

– Musi je zacząć odbierać z dużym opóźnieniem, bo jeśli tego teraz nie zrobi, to będzie odbierał je już zawsze. I będzie niedobrze. Musi mieć kogoś, kto nie będzie się bał powiedzieć prezesowi: proszę zadzwonić za dwie godziny, a jeszcze lepiej – jutro.

Był pan w tej partii i wie, że nie ma tam takich odważnych.

– Jak się jest prezydentem, to tak trzeba. Proces układania relacji będzie bolesny dla obu stron. Jarosław Kaczyński nie toleruje w swoim kręgu, poza tragicznie zmarłym bratem, polityków, którzy nie są na telefon. A prezydent nie może funkcjonować na telefon. Kwestia tego, czy rozstrzygnie się to już teraz, czy trochę potrwa. Bo jeśli Duda postawi na to, by montować swoją ekipę, mimo że nie ma zasobów ani rozeznania kadrowego, to musi mieć czas, by wyszperać ludzi, a kancelarię trzeba obsadzać już po 6 sierpnia. Chciał nie chciał, będzie się musiał oprzeć, przynajmniej w pierwszym okresie, na zasobie pisowskim. Pytanie, czy wyłącznie na nim.

A za chwilę wybory parlamentarne.

– To kolejny dylemat. Jak Duda przebrnie przez czas do wyborów parlamentarnych? PiS już sformułował swoje oczekiwania, że prezydent ma być ich narzędziem w tych wyborach. Politycy tej partii już zapowiedzieli, że Duda zgłosi projekty ustaw: skrócenia wieku emerytalnego i w sprawie kwoty wolnej od podatku.

A jaki jest pozapartyjny polityczny sens zgłaszania ustaw w sierpniu, na dwa i pół miesiąca przed wyborami? Nie ma żadnego. W kategoriach planu politycznego PiS-u jest jak największy, oto nasz prezydent chciał, ale wasz wstrętny rząd PO-PSL wam nie dał. Tylko że to oznacza instrumentalizowanie prezydentury na rzecz jednej partii.

To będzie kluczowe dla Dudy. Jeśli w to pójdzie, powstanie ogromna zależność od PiS-u i będzie mu się trudno wyrwać z bycia narzędziem prezesa Kaczyńskiego.

Całkowicie od PiS-u przecież się nie odetnie.

– Oczywiście, że nie może kopać PiS-u, to byłoby niemądre i niemoralne, nie spadł przecież z kosmosu.

Dobrze kwestię gry z własną partią opanował Komorowski. Dawał do zrozumienia, jaka partia jest najlepsza na świecie, ale było to bardziej dawanie do zrozumienia niż włączenie się w bezpośrednią grę wyborczą. Poza bliskimi mu kwestiami polityki prorodzinnej, w których naciskał na rząd, odgrywał rolę raczej obsługi notarialnej rządu, ale unikał wrażenia, że jest prezydentem na telefon.

Co dalej z PO?

– Różni wróżą różne rzeczy. Jakiś proces rozliczeń pewnie tam nastąpi, bo nie mogą zaśpiewać, że nic się nie stało. Strategicznie mają dwie możliwości. W niedzielę Komorowski zaproponował formułę pospolitego ruszenia przeciwko fali nienawiści i agresji. Wygodną, bo gdy rusza na nas nienawistna horda, to nie czas na rozliczenia, tylko kupą, mości panowie. Gdy Tadeusz Mazowiecki przegrał wybory prezydenckie, też w odruchu rozpaczy założył partię. Przez jakiś czas odgrywała nawet dużą rolę, ale od początku to było dziecko zakażone w łonie matki, bo to była partia powstała na klęsce.

Komorowski proponuje pospolite ruszenie przeciwko fali nienawiści i agresji. Tylko co, jeśli fali nie będzie? Sytuacja może być komiczna i może się w PO pojawić refleksja, że idziemy nie po to, aby odnieść zwycięstwo nad jakimiś oszalałymi siłami zła, ale po to, by zminimalizować straty i zachować zdolność operacyjną. PO musi wyjść z tego błędu, jakim było powiedzenie, że żadnych zmian nie trzeba, że żyjemy w okresie szczęśliwości, a cała reszta to frustracja.

Do tego dojdą walczyki przy układaniu list wyborczych. Bo biorąc pod uwagę wyniki wyborów prezydenckich i przewidywania wyborów parlamentarnych, klub PO w październiku po wyborach będzie śpiewał: „Ubyło, ubyło naszego stadka, już mniejsza, już mniejsza nasza gromadka”.

Oni inaczej niż na „Titanicu” widzą, że zderzą się z górą lodową, bo 24 maja zimny wiatr rozwiał mgłę. Pytanie, co zrobią. Albo rzucą się wykonywać zwrot, co wymaga wysiłku i zaangażowania na pokładzie i w maszynowni oraz sensownego kapitana i nie daje gwarancji ratunku. Albo padnie hasło „ratuj się, kto może” i wtedy załoga rzuci się do szalup ratunkowych, i jedni stratują drugich, bo wszyscy się nie pomieszczą.

Ten wariant wydaje się bardziej prawdopodobny.

Zobacz także

wyborcza.pl

Przećwiczyć PiS na sobie

Rozmawiała Agnieszka Kublik, 26.05.2015
Wyniki wyborów prezydenckich

Wyniki wyborów prezydenckich (Wyborcza.pl)

Niechby PiS wziął rząd i pokazał, jak się reaktywuje stocznie, obniża wiek emerytalny, podwyższa kwotę wolną od podatku, zapewnia młodym pracę i lepsze zarobki rolnikom. Rozmowa z profesorem Radosławem Markowskim
AGNIESZKA KUBLIK: Zwycięstwo Andrzeja Dudy to zdaniem komentatorów znak, że Polacy oczekują zmiany, że młodzi się zbuntowali, że to pokoleniowa rewolucja. Pan w to powątpiewa?

PROF. RADOSŁAW MARKOWSKI, SWPS, Centrum Studiów nad Demokracją: Nie widzę tego, że chodzi o wielką zmianę. Spójrzmy na elektorat Dudy i Kukiza. Dudę poparło 63 proc. mieszkańców wsi, 66 proc. rolników. Ich oczekiwania zmiany – formułowane np. przez Janusza Wojciechowskiego, który mówił o zapaści polskiej wsi i o rządzie, który celowo do tego doprowadził – są kompletnie inne niż wyborców Kukiza mających wyższe wykształcenie i szukających pracy w miastach. Złożenie z tych odmiennych protestów wielkiej zmiany jest niemożliwe. Mówmy raczej o kilku zmiankach.

Wyborca zbuntowany, czyli elektorat Kukiza, w większości zagłosował na Dudę.

– Ale jeszcze ciekawsze jest to, że 40 proc. z nich zagłosowało na Komorowskiego. To znaczy, że nie ma czegoś takiego jak elektorat Kukiza. Są tak różne podgrupy w tym elektoracie, że jedni wybierają Dudę, a drudzy Komorowskiego. Sam Kukiz będzie miał teraz problem, by z tego mozaikowego elektoratu coś sklecić. Część z nich protestuje słusznie, np. młodzi wykształceni bez szans na pracę, ale część to są tacy, którzy są zawsze niezadowoleni, bez względu na to, kto rządzi.

Kukiz raczej partię zbuduje, ale gdy wejdzie do Sejmu, to się nauczy, że zawsze coś jest kosztem czegoś, że jest budżet i jak się gdzieś doda, to gdzieś trzeba ująć.

Żeby zbudować partię, trzeba mieć program, pieniądze i struktury. Co ma Kukiz?

– Entuzjazm zdobycia 20 proc. w I turze. Na razie wystarczy. Schody się zaczną, gdy będzie w parlamencie i pomyśli o tym, jak wygrać następne wybory, jak zbudować sensowną partię, która może współrządzić, a jednocześnie nie stracić wyborców. Jesienią Kukiz może dostać jakieś 10-15 proc. Partia protestu powinna być w parlamencie, jeśli tylko będzie potrafiła nie jedynie protestować, ale także coś sensownego zrobić.

PiS już ogłasza, że premierem będzie Jarosław Kaczyński. Powrót na scenę byłego premiera, który w tym roku kończy 66 lat, to ma być dla młodych zmiana?

– Czyli jest w wieku emerytalnym.

W zachodnich, starych demokracjach sprawnie działa kohabitacja premiera i prezydenta. U nas, w demokracji młodej i niedojrzałej, kohabitacja nie wychodziła dobrze z wyjątkiem tej Kwaśniewski i Buzek. Może zatem lepiej, by PiS wziął władzę? Miał i prezydenta, i premiera? Ta kampania niezwykle podkręciła emocje, złożono wielkie obietnice. Politycy PiS mieli nieograniczoną zdolność mówienia rzeczy, które nie mają związku z rzeczywistością. Konfabulowali na temat rzeczywistości i możliwości jej zmiany. Więc to by była wielka inwestycja w polską demokrację na przyszłość, gdyby PiS wziął władzę, całą władzę. Nie będzie niekończących się sporów, że prezydent nie może zrealizować obietnic wyborczych, bo ma do czynienia ze złym rządem, który sabotuje państwo polskie.

Niechby PiS – być może z nową partią Kukiza – wziął rząd i pokazał, jak się reaktywuje stocznie, obniża wiek emerytalny, podwyższa kwotę wolną od podatku, zapewnia młodym pracę i lepsze zarobki rolnikom. A jednocześnie zakazuje in vitro, zaostrza ustawę antyaborcyjną. Może by wtedy młodzi zrozumieli, co miał na myśli prezydent Komorowski, kiedy mówił o wolności?

To mogłaby być kosztowna lekcja.

– Tak, nawet bardzo. Ale to inwestycja w demokrację, a ta jest bezcenna.

Kampania Komorowskiego to ewenement – im dłużej trwała, tym więcej i szybciej kandydat tracił. Pół roku temu ufało Komorowskiemu 80 proc.

– A potem zobaczyli jego kampanię i stanęli przed dylematem: oceniać go za to, jakim był prezydentem – a był niezłym, czy jakim był kandydatem – a był fatalnym, z tym że bardziej winię za to sztab wyborczy niż jego samego. I Polacy tak rozstrzygnęli ten dylemat: ważniejsze jest to, co usłyszeliśmy w ostatnich miesiącach.

I okazało się, że dobra kampania wystarczy, by z polityka mniej znanego zrobić prezydenta.

– Można to tłumaczyć tym, kto poparł Dudę: wyborcy ze wsi, słabo wykształceni i młodzi, którzy są sfrustrowani i z zasady mają rewolucyjne pomysły. Oni zagłosowali na kandydata, który miał dobrą, choć cyniczną kampanię.

Jacek Kurski miał rację, gdy w 2005 r. mówił: „Ciemny lud to kupi”.

– I wykształcony lud też to kupił, więc nie do końca miał rację. Zagrały dwa czynniki – była świetna kampania Dudy i nie było żadnej Komorowskiego. Oba sprzyjały Dudzie. Spójrzmy na to z innej strony: to cud, że przy tak nieudanej kampanii Komorowski dostał aż 48 proc. Dziw bierze, że prezydent nie dostał dużo mniej, np. ok. 40 proc., a Duda – 60.

Czerwona kartka dla Komorowskiego i dla PO.

– Dla tych w PO, którzy myśleli, że nie ma z kim przegrać. Ale faktycznie parę miesięcy temu wszystkie sondaże pokazywały, że Komorowski jest pewniakiem. Przegrał w zderzeniu z własną kampanią.

Zaczęła się już kampania parlamentarna. Czy PiS wygra?

– Nie wiem, mamy zawieruchę w polityce. Sam Duda może nie chcieć się angażować w kampanię. Ma problem – marzy, by pokazać, że jest prezydentem wszystkich Polaków, a wyborcy PiS będą oczekiwać, iż będzie ich prezydentem i będzie się w ich kampanię angażować. Choć Duda może mówić tak: angażuję się w partyjną kampanię, bo żeby spełnić wszystkie obietnice, nie mogę mieć rządu sabotażystów.

Duda obiecał, że zaraz po zaprzysiężeniu złoży projekty obniżenia wieku emerytalnego i podwyższenia kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł. Jeśli mu się to nie uda, poda się do dymisji.

– No właśnie, nie zrobi tego z rządem, który cynicznie doprowadza od lat polskie państwo do ruiny.

Ale przypominam, że szef Dudy – Jarosław Kaczyński – w 2005 r., patrząc Polakom prosto w oczy, obiecywał, że jeśli jego brat zostanie prezydentem, on nie będzie kandydował na urząd premiera.

Kaczyński się chował podczas kampanii i temu komentatorzy przypisują tak dobry wynik. Ale jak prowadzić kampanię parlamentarną bez Kaczyńskiego i gdy to on jest kandydatem na premiera?

– PiS ma teraz dylemat: co się bardziej opłaci – Kaczyńskiego schować czy eksponować? Mnie się wydaje, że PiS będzie otwarcie mówił, że to Kaczyński, dla nich chodząca polityczna mądrość i dobro, jest kandydatem na premiera.

Może nim zostać? To pierwsze wygrane przez Kaczyńskiego wybory od 2005 r.

– Proszę spojrzeć na ostatnie wybory europejskie sprzed roku i samorządowe sprzed pół roku. PO i PiS miały remis ze wskazaniem. I wynik wyborów prezydenckich też jest taki, to nie jest nokaut. Byłby, gdyby Duda dostał co najmniej 60 proc.

Dostał ponad 50 i to znaczy, że połowie wyborców „ciepła woda w kranie” nie wystarcza.

– Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej chciałyby mieć taką sytuację gospodarczą, jaka jest u nas. Ale aspiracje zostały tak nakręcone, że Polacy chcą więcej. Zresztą ludzie się buntują nie wtedy, gdy mają mało, tylko wtedy, gdy widzą, że mogliby mieć więcej.

Dlatego przydałby się Polsce eksperyment dubletowych rządów PiS. To byłoby bolesne, może doprowadzić do izolacji Polski na arenie międzynarodowej, ale chyba jest konieczne, by pokazać, czy obietnice w polityce są tak łatwo spełnialne. Widać Polacy muszą to przećwiczyć na własnej skórze.

Zobacz także

wyborcza.pl

Marcin Meller: Zestrachanym zwracam uwagę, że Duda jest pierwszym politykiem, którego Jarek nie może odwołać

Marcin Meller uspokaja lemingi zrozpaczone wygraną Andrzeja Dudy.
Marcin Meller uspokaja lemingi zrozpaczone wygraną Andrzeja Dudy. Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta

Była akcja, jest i reakcja. Po fali deklaracji o wyjeździe z Polski po wygranej Andrzeja Dudy pojawił się głos rozsądku. Marcin Meller uspokaja zrozpaczone lemingi, przekonując, że nic strasznego się nie stało. Przypomina, że Andrzej Duda nie jest już zależny od Jarosława Kaczyńskiego, bo prezes nie może go odwołać.

W niedzielny wieczór Facebooka zalała fala deklaracji o emigracji. Tak część lemingów zareagowała na wygraną Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. Marcin Meller, dziennikarz „Newsweeka” i TVN24 przekonuje, że za wcześnie na tak radykalne kroki. – Po pierwsze proponuję coś na uspokojenie. Po drugie nic takiego się nie zdarzyło – pisze dziennikarz w poście, który na Facebooku udostępniono już prawie 5,5 tys. razy.

Meller tłumaczy, że przegrana Bronisława Komorowskiego była karą dla „aroganckiej i zdemoralizowanej władzy”. Uspokaja też przed głosami wieszczącymi narodową tragedię. Przypomina, że ten sam Adam Michnik, który straszy dyktaturą jeszcze kilka miesięcy temu pisał, że Komorowski musiałby po pijaku przejechać przechodzącą na pasach zakonnicę w ciąży, żeby przegrać.

widzęŻeJestNowa

Dziennikarz gratuluje Dudzie i życzy mu spełnienia ” koncyliacyjnych obietnic z mowy po zwycięstwie”. Uspokaja też tych, którzy boją się zgubnego wpływu prezesa. – Wszystkim zestrachanym wizją pisowskich szwadronów śmierci, zwracam uwagę, że Duda jest pierwszym politykiem PiS-u, którego Jarek nie może odwołać – pisze Marcin Meller. I proponuje, by dać nowemu prezydentowi dwa lata, zanim zacznie się oceniać jego urzędowanie.

naTemat.pl

Potwór z Münsterbergu

Adam Leszczyński, 25.05.2015
Karl Denke (1860-1924) cieszył się dobrą opinią w swym niewielkim mieście Münsterberg na Dolnym Śląsku.

Karl Denke (1860-1924) cieszył się dobrą opinią w swym niewielkim mieście Münsterberg na Dolnym Śląsku. (Fot. BE&W)

W pierwszej połowie lat 20. Niemcom przyszło się zmagać nie tylko z powojenną nędzą i hiperinflacją – do tych i innych nieszczęść doszła jeszcze kolejna plaga: prawdziwy wysyp seryjnych morderców. Ówcześni czytelnicy gazet znad Renu i Odry mogliby pomyśleć, że czyhają na nich mroczne potwory.
21 grudnia 1924 r. około godziny 13 przerażony i zakrwawiony młody człowiek przybiegł na posterunek policji w małym mieście Münsterberg (dziś Münsterberg nazywa się Ziębice) na Dolnym Śląsku. Dwudziestoletni czeladnik stolarski (według innych źródeł robotnik kamieniarski) Vincenz Olivier uciekł śmierci niemal spod ostrza.Na początku nikt nie chciał uwierzyć w jego historię. Olivier przyjechał do miasta dzień wcześniej, przenocował w schronisku, a potem poszedł żebrać po domach, by zdobyć pieniądze na dalszą podróż. Kraj zwany teraz Republiką Weimarską nadal pogrążony był w kryzysie po przegraniu I wojny światowej, rewolucji i przejściu hiperinflacji. Od blisko dekady wielu Niemców wciąż przymierało głodem, a na dobre jedzenie stać było tylko zamożnych. W kraju, tak uporządkowanym i dostatnim za czasów cesarza Wilhelma II, roiło się teraz od włóczęgów i żebraków.

Olivier trafił do domu przy Teichstrasse 10 (stoi on nadal, tyle że przy ulicy Stawowej 10), gdzie mieszkał Karl Denke, samotnik cieszący się opinią niezbyt lotnego dziwaka, ale też solidnego i pobożnego drobnomieszczanina. Od małżeństwa Voigtów zajmującego sąsiednie mieszkanie Olivier dostał 20 fenigów, natomiast Denke zaprosił go do siebie i obiecał, że da mu kolejne 20 fenigów, jeżeli pomoże mu napisać list do brata. W propozycji nie było nic dziwnego. W tamtej epoce wielu gorzej wykształconych ludzi dyktowało innym listy, bo jeśli nawet radzili sobie z czytaniem, to pisanie szło im zwykle gorzej.

Olivier usiadł zatem przy stole i pochylił się nad kartką, a Denke stanął z tyłu i dyktował. Treść listu nie należała do życzliwych, jako że bracia nie przepadali za sobą, i kiedy dyktujący list wypowiedział słowa: „Adolf, ty tłusty bebechu”, Olivier wybuchnął śmiechem i odwrócił się w stronę gospodarza. Ten ruch uratował mu życie, bo w tym właśnie momencie Denke zadał mu cios zaostrzoną motyką (lub, jak chcą inne źródła, kilofem). Gdyby uderzył, tak jak zamierzał, czyli w tył głowy, zabiłby ofiarę jednym ciosem. Olivier rozpoczął walkę o życie i chociaż napastnik był mężczyzną postawnym i silnym, zdołał wyrwać mu z ręki zakrwawione narzędzie i wybiec za drzwi. Biegnąc, rzucił narzędzie niedoszłego mordu sąsiadowi i popędził na policję, a Denke biegł za nim, krzycząc, że włóczęga chciał go okraść.

Seryjni mordercy. Bestialstwo rosyjskiej dziedziczki

Szelki z ludzkiej skóry

– Karl Denke i mord? To śmieszne – miał powiedzieć komendant posterunku. Policjanci nie wiedzieli, komu dać wiarę: Denkego znali od lat i uważali go za uczciwego mieszczucha, który wspiera biedaków, zapraszając ich nawet do domu i proponując nocleg. Na wszelki wypadek zamknęli Oliviera w celi, sprowadziwszy uprzednio lekarza, by opatrzył mu rany, ale zatrzymali i Denkego – nic jeszcze nie podejrzewali, miał tylko zaczekać w areszcie na wyjaśnienie sprawy.

Kiedy 21 grudnia o godzinie 21.30 policjant Palke zajrzał do celi, Denke był już martwy. Gazety, na których podstawie opisała tę sprawę historyk Lucyna Biały, donosiły, że powiesił się na chustce do nosa. Według raportu policyjnego, do którego dotarł dokumentalista Krzysztof Miękus, powiesił się na własnych szelkach, których mu policjanci nie zabrali. Szelki, jak się okazało, zrobiono z ludzkiej skóry.

Następnego dnia krewni samobójcy zwrócili się do władz o wydanie zwłok. Dopiero w Wigilię policjanci poszli do mieszkania Denkego, żeby zabezpieczyć jego skromny, jak sądzili, majątek. Münsterberscy stróże prawa zajmujący się na co dzień drobnymi kradzieżami i pobiciami ujrzeli tam prawdziwy horror – w mieszkaniu i w szopie znaleźli beczki, kadzie i słoje z ludzkim mięsem. Jak wykazały badania przeprowadzone w Breslau (tak wówczas nazywał się Wrocław), pochodziło ono od trzech ofiar. Policjanci znaleźli też maszynę do produkcji mydła i oczyszczone kości ludzkie przygotowane do przeróbki. Odkryli również piły i siekiery służące do ćwiartowania, stos zakrwawionych ubrań i kolekcję dokumentów ofiar.

Słoiki z sosem śmietanowym

Według raportu policyjnego w czasie wizji lokalnej w domu Denkego w niewielkiej drewnianej beczce w solnym roztworze znaleziono 15 kawałków ludzkiego mięsa ze skórą: Dwa fragmenty pochodzą z klatki piersiowej, raczej owłosionej. Korpus przecięty został w poprzek około trzy palce ponad pępkiem. Z boku wieńczą go łopatki . Ustalono, że ofiary zostały prawdopodobnie poćwiartowane wiele godzin po śmierci. Brakowało części skóry i mięśni szyi, kończyn, głowy i narządów płciowych. Zwraca uwagę wyjątkowo czysty odbyt z fragmentami obydwu pośladków – odnotował autor raportu.

Oprócz beczułki policjanci ujrzeli też trzy średniej wielkości słoiki wypełnione sosem śmietanowym, w którym znajdowało się częściowo pokryte skórą (owłosioną) ludzkie mięso pochodzące prawdopodobnie z pośladków. Jeden ze słoików został w połowie opróżniony, co – zdaniem policji – wskazywało, że Denke zjadł część na krótko przed aresztowaniem.

W szopie na podwórku znaleźli większą beczkę pełną wygotowanych kości oczyszczonych ze ścięgien i resztek mięsa – ustalono, że należą co najmniej do trzech różnych osób. Odkryli także, że Denke pozbywał się szczątków ofiar w różnych zakątkach miasteczka, np. w małym stawie obok domu zabójcy znaleziono niekompletną ludzką nogę, a w miejscowym lesie – fragmenty szkieletów. W 2008 r. mieszkańcy Ziębic opowiadali Krzysztofowi Miękusowi, że jeszcze w latach 50. XX wieku w ogrodzie i w parku miejskim znajdowano ludzkie kości.

Seryjni mordercy. Wilkołak z Bedburga

Ślady na kościach

Raport policyjny wylicza pedantycznie kości przesłane do laboratorium kryminologicznego: szesnaście kości udowych, w tym jedną parę wyjątkowo silnych i dwie pary bardzo cienkich; sześć par i dwie lewe kości udowe; piętnaście średniej wielkości kawałków kości długich; fragmenty czterech par kości łokciowych; siedem kości promieniowych; dziewięć dolnych fragmentów kości promieniowych; osiem fragmentów kości łokciowych; para piszczeli; para kości łokciowych i promieniowych, których zakończenia pozostają wciąż dobrze ze sobą powiązane; para kości ramiennych oraz łopatek; para obojczyków; dwie łopatki; dwie kości piętowe oraz kości skokowe; sto dwadzieścia palców nóg oraz paliczków; sześćdziesiąt pięć kości stóp oraz dłoni; pięć pierwszych żeber oraz 150 fragmentów żeber .

Na kościach znajdowały się ślady cięcia siekierą i piłą, a lekarze sądowi ustalili, że należały do co najmniej ośmiu różnych osób, w wieku od około 16 do ponad 40 lat.

W mieszkaniu Denkego śledczych czekały kolejne makabryczne odkrycia – w dwóch blaszanych pudełkach z napisami „pieprz” i „sól” oraz w trzech papierowych torebkach po pieprzu znaleźli 351 ludzkich zębów, częściowo posegregowanych według rozmiarów i w dobrym stanie. Niektóre zostały wyrwane wiele lat wcześniej, co sugerowało, że Denke zabijał od bardzo dawna.

Znaleźli także trzy pary szelek, które nosił sam zabójca i które zostały wykonane z ludzkiej skóry. Mają około sześciu centymetrów szerokości i siedemdziesięciu centymetrów długości. Skóra nie jest gładka, a jeden pasek jest nawet pęknięty. Skóra nie wygląda na wygarbowaną, lecz jedynie wysuszoną. W jednym miejscu widać, że nacięcie zostało wykonane pod samymi sutkami, które pozostają wciąż widoczne. Cztery paski są łatane skórą pobraną z okolic narządów rodnych. Pod mikroskopem udało się dostrzec ślady wszy. Wszystkie szelki noszą ślady użytkowania .

Zabezpieczono także narzędzia, którymi Denke zabijał i ćwiartował ofiary: trzy siekiery, dużą piłę do cięcia drzew, piłę do drewna, kilof i trzy noże. Piłami, jak wykazały badania, ciął także drewno.

Seryjni mordercy. Dusiciele bogini Kali

Tajemnica Karla Denkego

Dlaczego mordował? Czy był kanibalem? Mimo obfitości znalezionych dowodów odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi: dokładnie nie wiadomo. Co nie znaczy, że śledczy nic nie ustalili.

Karl Denke urodził się w 1870 r. we wsi nieopodal Münsterbergu i od dzieciństwa uchodził za nieco ograniczonego umysłowo: w szkole należał do najgorszych uczniów, jako nastolatek regularnie uciekał z domu i był doprowadzany z powrotem przez policję. Kiedy w 1895 r. umarł ojciec Denkego, gospodarstwo odziedziczył starszy brat, który spłacił Karla, a ten za uzyskane pieniądze kupił w Münsterbergu gospodarstwo i ogród. Ponieważ radził sobie słabo i stopniowo tracił majątek, musiał w końcu sprzedać tę nieruchomość, a za uzyskane pieniądze nabył dom przy Teichstrasse 10. W latach powojennej nędzy przyszło mu sprzedać też dom, ale nie wyprowadził się, lecz został jednym z lokatorów. Na piętrze nad Denkem mieszkała rodzina kupca Gabriela, obok – rodzina nauczyciela Voigta.

Utrzymywał się z handlu starymi ubraniami i mięsem, które według oficjalnej wersji miał dostawać od brata, zamożnego chłopa. Chodził od domu do domu i sprzedawał skórzane paski, szelki, sznurowadła. Nie miał przyjaciół, nie utrzymywał kontaktów z kobietami (w miasteczku sądzono, że miał skłonności homoseksualne). Uchodził za dobrego człowieka pomagającego żebrakom i włóczęgom.

– Nie wiadomo, dlaczego zabijał – mówi Miękus. – Być może zaczęło się od odrzucenia przez kobietę, która mogła także się stać jego pierwszą ofiarą. Nic nie wskazuje jednak, żeby jego zbrodnie miały podtekst seksualny. Nie ma bezpośrednich dowodów, że zjadał ciała ofiar, być może też częstował nowe ofiary mięsem poprzedników.

Prawdopodobnie Denke mordował dla pieniędzy: sprzedawał szelki ze skóry, mydło z kości zabitych przez siebie ludzi i podroby mięsne. Ponoć miał straganik z mięsem na targu w Breslau.

Ile osób zabił?

Dokumentował swój proceder, ale lista jest niekompletna. W pokoju zabójcy znaleziono dużą liczbę dokumentów – dowodów tożsamości i różnego rodzaju pokwitowań na nazwiska różnych osób, a także zestaw luźnych kartek papieru, na których wypisał nazwiska 30 mężczyzn i kobiet z datą przed każdym, zapewne datą śmierci. Przy numerze 31 znajdowała się tylko data. Zapiski Denkego były chronologiczne, a numeracja zaczynała się dopiero od 11 i jak stwierdza się w raporcie policyjnym: W przypadku kobiet brakuje nazwisk. Notatki dotyczące mężczyzn są bardziej szczegółowe i obejmują na ogół datę urodzin, adres zamieszkania i stan cywilny danej osoby. Założenie, że jest to lista ofiar Denkego, znajduje potwierdzenie w fakcie, że dowody osobiste znalezione w jego domu należały do osób, których nigdy nie odnaleziono w inny sposób .

Pierwsza data na tej liście to 21 lutego 1909 r., natomiast ostatecznie z imienia i nazwiska zidentyfikowano 20 osób, wszystkie raczej ubogie, o niskim statusie społecznym – robotnicy, rolnicy, ślusarze, malarze, piekarze, także kowal i cukiernik. Tymczasem wspomniana wyżej Lucyna Biały szacuje liczbę ofiar Denkego na blisko 40 mężczyzn i kobiet.

– Ofiary były najprawdopodobniej żebrakami i włóczęgami, którym Denke proponował schronienie i nocleg – sądzi Miękus. – Jego dom znajdował się pomiędzy rynkiem miasteczka i dworcem kolejowym wybudowanym pod miastem. Mógł pójść sobie na dworzec, wynaleźć tam jakiegoś ubogiego podróżnego, którego nikt potem specjalnie nie szukał.

Co wiedzieli sąsiedzi? Wydaje się, że Denke nie krył się zbytnio, skoro wiadra z zakrwawioną wodą nosił do rzeki, która dziś nazywa się Oława, a kadzie z ludzkim mięsem trzymał w szopie na podwórku. Sąsiedzi zeznali, że wprawdzie słyszeli odgłosy rąbania i piłowania, ale niczego nie podejrzewali. Czy naprawdę w małym mieście – w którym ludzie dużo wiedzą o sobie nawzajem – nikt nigdy nie dziwił się, dlaczego Denke zakopuje kości w miejskim lasku?

Zdaniem Miękusa Olivier zapewne nie był też pierwszą ofiarą, która uciekła Denkemu, ale wcześniejsze nie zgłosiły się na policję, a sąsiedzi mordercy im nie pomogli. Już w 1922 r. policja ustaliła, że sąsiedzi rozmawiali z poranionym żebrakiem twierdzącym, iż zaatakował go Denke. Człowiek ten nie poszedł jednak na policję, bo bał się aresztu i wyroku za włóczęgostwo będące wówczas wykroczeniem karanym więzieniem.

Seryjni mordercy. Kuba Rozpruwacz wciąż nieprzenikniony

Rzeźnik z Hanoweru, wampir z Düsseldorfu

W całej sprawie opinię publiczną bodaj najbardziej zbulwersowało to, że Denke jeździł do Breslau, by pokątnie handlować tam „peklowaną wieprzowiną bez skóry”. Prasa informowała o „epidemii nerwowych chorób żołądkowych”, a masarze i rzeźnicy zanotowali chwilowy spadek obrotów. Władze starały się uspokoić sytuację, tłumacząc, że sprzedaż ludzkiego mięsa jest niemożliwa ze względu na częste kontrole, także wśród pokątnych handlarzy. Szybko wyciszono również informacje prasowe o „potworze z Münsterbergu”.

– Ważny jest także kulturowy kontekst sprawy – zwraca uwagę Miękus. – Ówczesne Niemcy przechodziły przez okres fascynacji teoriami eugenicznymi, które w skrajnej wersji głosiły konieczność „ulepszenia” gatunku ludzkiego przez eliminację niepożądanych osobników. Należało usuwać z niego żebraków, włóczęgów i psychicznie chorych.

Równocześnie Niemcy przechodziły w tym czasie całą epidemię seryjnych mordów i czytelnik gazet mógł pomyśleć, że za fasadą mieszczańskiego społeczeństwa czyhają mroczne potwory. 4 grudnia 1924 r. rozpoczął się proces Friedricha Haarmanna nazywanego przez gazety „rzeźnikiem z Hanoweru”, zabił bowiem blisko 50 osób, młodych chłopców, z którymi utrzymywał kontakty seksualne, a ich mięso sprzedawał na targach. Haarmann, który, jak się okazało, był także informatorem policji i przez długi czas pomagał jej w śledztwie w swojej własnej sprawie, został skazany na śmierć i ścięty w 1926 r. Inny głośny w latach 20. seryjny morderca, Peter Kürten z Düsseldorfu, zamordował dziewięć osób, również na tle seksualnym. Kürten odznaczał się tym, że wypijał krew ofiar, więc nazywano go wampirem.

Ta czarna seria pasowała do obrazu kraju, który po przegranej wojnie stacza się w otchłań upadku. Szalejąca hiperinflacja, zubożenie, utrata terytoriów na rzecz Polski i Francji, liberalizm erotyczny Republiki Weimarskiej, plaga seryjnych mordów – wszystko to znaczną część konserwatywnego społeczeństwa utwierdzało w przekonaniu, że potrzebny jest silny przywódca, który zaprowadzi porządek i przywróci państwu utraconą potęgę. Przywódcą tym okazał się Adolf Hitler.

A co się stało z czeladnikiem, który uciekł Denkemu spod motyki lub kilofa? Prawo nie okazało mu łaski – w styczniu 1925 r. został skazany na dziesięć dni aresztu za włóczęgostwo i wyrok odsiedział w całości.

Dziękuję Krzysztofowi Miękusowi za udostępnienie materiałów (m.in. tłumaczenia raportu policyjnego w sprawie Denkego). Korzystałem także z artykułu Lucyny Biały „Z ciemnych kart historii Ziębic – masowy morderca i kanibal Karl Denke”, Litteraria, t. XXXII, Wrocław 2001, oraz z książki Marii Tatar „Lustmord. Sexual Murder in Weimar Germany”, Princeton 1995. Policyjne zdjęcia z kolekcji prof. Tadeusza Dobosza udostępnił Krzysztof Miękus

W ”Ale Historia” czytaj:

Stacja kosmiczna Mir. Przetrwała pożar, kolizję oraz upadek komunizmu
Umieszczony w 1986 r. na orbicie okołoziemskiej Mir miał ponownie dać Związkowi Radzieckiemu prowadzenie w wyścigu kosmicznym z Ameryką i dostarczyć bezcennych doświadczeń dla przyszłych wypraw na Marsa

Potwór z Münsterbergu
W pierwszej połowie lat 20. Niemcom przyszło się zmagać nie tylko z powojenną nędzą i hiperinflacją – do tych i innych nieszczęść doszła jeszcze kolejna plaga: prawdziwy wysyp seryjnych morderców. Ówcześni czytelnicy gazet znad Renu i Odry mogliby pomyśleć, że czyhają na nich mroczne potwory

Szwedzki styl picia wódki
Na umór i nierzadko w samotności. Od ponad 150 lat kolejne szwedzkie rządy walczą o to, żeby obywatele pili mniej, ale nigdy nie wprowadziły prohibicji

Wielka Gra. Teleturniej wszech czasów
Pierwszy prowadzący „Wielką grę” musiał wyjechać z Polski podczas antysemickiej nagonki w 1968 r. Jego następczyni wyleciała z pracy za wisiorek w kształcie krzyżyka, który nosiła na wizji. Ostatecznie słynny teleturniej zniknął z ekranów, bo prawicowemu prezesowi TVP kojarzył się z minionym systemem

Bunt na „Bounty”
Kapitan był wyjątkowo okrutny. Każde przewinienie karał biciem – chodził z kijem nazywanym „dziewięć kocich ogonów”, zakończonym metalowym okuciem oraz rzemieniami, i okładał nim marynarzy. Kilka uderzeń „kocimi ogonami” powodowało zdarcie skóry z pleców, a dowódca często wymierzał kilkadziesiąt batów

Felek Zdankiewicz był chłopak morowy
Balladę o nim zna jeszcze wielu warszawiaków i niewarszawiaków, a wykonuje ją każda szanująca się kapela uliczna. To dzięki niej dawny król warszawskich złodziei stał się herosem miejskiego folkloru, choć prawda o nim poważnie odbiega od legendy

Wyborcza.pl

 

Wybory prezydenckie. Tomasz Piątek: IV RP i pół. Duda i przeklęte polskie cyferki

Tomasz Piątek, 25.05.2015
Wieczór Wyborczy Andrzeja Dudy

Wieczór Wyborczy Andrzeja Dudy (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Stało się. Badanie late poll pokazuje 4 pkt proc. przewagi Andrzeja Dudy nad Bronisławem Komorowskim. Te 4 pkt proc. to niemal 100 proc. pewności, że Duda wygrał. A dlaczego wygrał? Odpowiedź możemy znaleźć w innych liczbach.
Zwycięstwo Dudy to połowiczny powrót IV RP. PiS będzie mieć prezydenta. Tylko prezydenta i aż prezydenta. Bo każdy sukces tego obozu to „aż”. Bo PiS to chore sny o dyktaturze wyznaniowej i karaniu wszelkiej niemoralności. To wojny dyplomatyczno-propagandowe z kilkoma sąsiadami naraz. To antysemityzm, czasem kamuflowany obleśnym, protekcjonalnym „filosemityzmem” niektórych liderów. To bezwzględne wykorzystywanie smoleńskiej tragedii i bardzo wątpliwych teorii spiskowych. To niezdolność do ustępstw – bo PiS-owcy zawierają tylko taktyczne kompromisy, a sojuszników niszczą z równą zajadłością jak wrogów.W tej chwili może się zdawać, że PiS to przede wszystkim Duda. Ale PiS to Macierewicz: człowiek, który rozłożył polskie służby specjalne i opowiada historie tak nieprawdopodobne, że „Nowa Fantastyka” wstydziłaby się je opublikować. A przede wszystkim PiS to Kaczyński. Polityk, który tak długo używał nienawiści, że teraz nienawiść używa jego. Za nim z kolei stoją najbardziej średniowieczni z naszych katolickich biskupów i prałatów. Ci, którzy twierdzą, że ochrona praw kobiet i odrobina akceptacji dla gejów to zbrodnia gorsza od nazizmu.

Jak to się stało, że większość Polaków wybrała tak ewidentne zło? Moim zdaniem to wybór rozpaczy. Wybór rozpaczy i wynik biedy.

Tak, wiem, że mamy w Polsce wzrost gospodarczy. Pytam tylko: którzy my?

Nasze polskie przeklęte cyferki

Oto dane, które najlepiej tłumaczą sukces Dudy. Niektóre z nich podawałem w kilku poprzednich artykułach. Ale tylko niektóre. Po tym, co się stało, warto się pochylić nad Polską dokładniej.

Proszę państwa, co dziesiąty Polak zarabia co najwyżej płacę minimalną. A ona jest naprawdę „minimalna”, bo bardzo niska (1286 zł netto w 2014 r.). Większość z nas żyje za niewiele więcej. W 2012 r. połowa Polaków zarabiała mniej niż 2237 zł na rękę, a najczęściej wypłacanym wynagrodzeniem było 1600 zł netto! W 2014 r. zaśdwie trzecie polskich pracowników NIE DOSTAŁO NAWET ŚREDNIEJ KRAJOWEJ (ok. 2700 zł netto). I ta proporcja jest stała, w 2008 r. też była taka jak teraz (dane: Wyborcza.biz, Bankier.pl i raport GUS z 2014 r. o roku 2012).

Niskie zarobki są nieproporcjonalne do naszego tygodniowego czasu pracy (mamy drugi co do długości w Unii Europejskiej!) i do wydajności. Bo nasza wydajność pracy jest tylko o 5,4 proc. niższa niż w Estonii i o 14,6 proc. niższa niż w Czechach. A mediana przychodów domowych uważana za jeden z najlepszych wskaźników średniego poziomu życia jest u nas o 21,4 proc. niższa niż w Estonii i o 33 proc. niż w Czechach (dane: OECD, Eurostat).

Płace nie rosną też proporcjonalnie do wzrostu PKB. W ostatnich 12 latach nasz produkt krajowy się podwoił, ale realne zarobki – według obliczeń GUS uwzględniających wzrost cen – zwiększyły się o niecałą jedną trzecią. W Chinach zaś w latach 2006-13 PKB także się podwoił, a średnie realne – podkreślam: realne – zarobki w chińskich strefach uprzemysłowionych wzrosły o jakieś 116 proc.! Pensje wystrzeliły też w zacofanej głębi kraju – w latach 2009-14 nawet o 100 proc. (równo z PKB). Przypominam: wszystko to w krainie taniej pracy niewolniczej (dane: Bank Światowy, Trading Economics, Hays, Obserwator Finansowy i rząd chiński).

Chora wojna na górze, zgniły spokój na dole

Czemu w Polsce tak się dzieje? Bo nie ma nikogo, kto by bronił pracowników. Chińska tyrania rzuca biedakom ochłap, polska demokracja umywa ręce. Polska lewica niemal zanikła. A najgorsze jest to, że w Polsce poza kilkoma branżami nie ma związków zawodowych. Strajki są niezwykle rzadkie. Przewaga pracodawcy nad pracownikiem jest więc monstrualna. Tym bardziej że – według wyliczeń „Solidarności” – co trzeci polski pracownik robi na śmieciówce. Można go zwolnić z dnia na dzień (co zapewne przyczynia się do jego frustracji, podobnie jak brak prawa do publicznej służby zdrowia i brak szans na emeryturę).

Podstawowy konflikt społeczny pracodawca – pracownik jest więc zablokowany i zarazem bardzo zaogniony. Nie wyraża się i nie jest rozwiązywany w najzdrowszy i najkorzystniejszy dla społeczeństwa sposób, jakim jest nacisk pracowniczy i negocjacja podwyżek. Polacy próbują radzić sobie inaczej. Geograficznie, czyli emigrując. I politycznie kosmicznie: głosując na polityków z Księżyca, którzy obiecują, że za jednym zamachem podniosą pensje, obetną podatki i zwiększą wydatki na cele socjalne. Że cudownie ukrócą powszechną nieuczciwość (a wielu wyborców rozumie przez to nie tylko korupcję, lecz także wyzysk). Że pogonią złodziei, a przede wszystkim obcych złodziei. Bo to przez nich jest nam źle. Bo przecież zawsze nam było źle z powodu obcych. Tak uczą tradycja, szkoła, film, TV, internet, rekonstrukcje bitewne.

Na skutek tego wszystkiego mamy wojnę na górze. MAMY WOJNĘ NA GÓRZE, BO NIE MAMY ZDROWEGO CODZIENNEGO KONFLIKTU NA DOLE.

Nie tylko PiS zawinił

Wiele ostrych słów poświęciłem tu PiS-owcom. Ale winę za zwycięstwo Dudy ponosi też PO. Winę ponoszą neoliberalni ekonomiści, którzy gromią wszelkie pracownicze roszczenia, zamiast wspierać roszczenia rozsądne, mogące się przyczynić do ożywienia gospodarki przez wzrost popytu wewnętrznego. Winę ponoszą potężne media, które histerycznie reagują na nieliczne związkowe akcje protestacyjne. A przede wszystkim winę ponoszą pracodawcy, którzy płaczą: „Jak dam ludziom podwyżkę albo zapłacę im ZUS, to padnę, bo ledwo zipię, państwo mnie okrada, podatki wysysają ze mnie krew!”. A równocześnie kupują sobie nowe limuzyny.

Oni wszyscy blokują sensowny rozwój rynku pracy, który rozwija się sensownie tylko wtedy, gdy przewagę pracodawcy równoważy siła związkowców. Oni wszyscy zafundowali nam Dudę. A także Kukiza i Korwina, bo młodsi pracownicy są tak skołowani, że przejmują język pracodawców. Zaczynają się domagać niższych podatków i niższych kosztów pracy, czyli gorszego „socjalu” i niższych pensji dla siebie. Głośno wrzeszczą, by ukrócić „zasiłkowych darmozjadów”. Nie myślą o tym, że znikoma pomoc dla bezrobotnych sprawia, iż pracodawcy mogą jeszcze bardziej obniżać wszystkim zarobki. Bo znikoma pomoc dla bezrobotnych sprawia, że konkurencja na rynku pracy staje się jeszcze bardziej ostra i rozpaczliwa.

Jak to wszystko odkłamać?

Trzeba jasno powiedzieć: opowieści o ciężkiej doli pracodawców to groteskowe bajki. W Polsce pozapłacowe koszty pracy – zaliczka na PIT, składki, wszystko to, co pracodawca płaci na pracownika, a co nie idzie do kieszeni pracownika – są znacząco niższe niż średnia UE (16,7 do 23,7 proc. według Eurostatu). Pracodawcy mawiają, że koszt pracy w Polsce sięga 40 proc. Bo do swoich kosztów doliczają koszty… pracownika. Czyli to, co pracownik wydaje na swoje ubezpieczenia (płacone przez niego składki) i na korzyści wynikające z bycia obywatelem (zaliczka na PIT).

Jak widać, ktoś tu chce być męczennikiem na cudzy koszt. Bo w Polsce pracodawca płaci pół składki emerytalnej pracownika (czyli równowartość 9,76 proc. wynagrodzenia pracownika) oraz trochę ponad trzy czwarte znacznie niższej składki rentowej (czyli równowartość 6,5 proc. wynagrodzenia pracownika) i niską składkę wypadkową (ok. 1 proc.). Dla porównania: we Włoszech pracodawca ze swoich przychodów odprowadza średnio równowartość 32,7 proc. wynagrodzenia brutto pracownika na INPS, czyli włoski ZUS! A pracownik ze swojej pensji – tylko 9,19 proc.

Zupełnymi bajkami są opowieści o rzekomo wysokich polskich podatkach. W porównaniu z innymi krajami Unii NASZE PODATKI SĄ NISKIE. Według ostatnich analiz udział podatków w polskim PKB wynosi 32,5 proc. (średnia unijna: 39,4 proc.). I to nie jest dobrze! Doświadczenia Zachodu wykazują, że wysokie podatki dla najlepiej zarabiających są dobre dla gospodarki i społeczeństwa. Najwyższy wzrost PKB w Europie miała niedawno Szwecja, gdzie podatki są znacznie wyższe niż w Polsce. W USA w złotych dla kapitalizmu latach 50. najwyższa stawka podatku dochodowego nieraz wynosiła ponad 90 proc. I w tak wysoko opodatkowanych latach wzrost gospodarczy był niemal dwa razy wyższy niż teraz, bezrobocie zaś – dwa razy niższe.

A trzeba pamiętać, że wtedy globalne spekulacje znacznie słabiej niż dziś odciągały pracodawców od reinwestowania zysków w swoje firmy. Dzisiaj międzynarodowe fundusze kuszą ich obietnicami większych korzyści niż te, które mogłoby przynieść ponowne zainwestowanie zarobionej nadwyżki w przedsiębiorstwo. Piotr Kuczyński, analityk firmy Xelion, mówi, że utrzymując niskie podatki dochodowe dla najbogatszych, robimy sobie krzywdę. Bo te pieniądze nie ożywią naszej gospodarki, tylko wypłyną tam, gdzie się zarabia więcej. Do krajów niewolniczej pracy i do wirtualnego kasyna globalnej spekulacji. Niskie podatki dochodowe dla najbogatszych to sponsorowanie niewolnictwa za granicą, bezrobocia i biedy w Polsce, baniek finansowych wszędzie. Niskie podatki dla najbogatszych sponsorują Dudę.

Upadek polskich nowobogackich

Nie mam złudzeń: kapitalizm na tym polega, że wygrywają kapitaliści. Także w tym zdrowym konflikcie „związkowcy kontra pracodawcy”, którego nam brakuje, to przedsiębiorcy zachowaliby dla siebie największą, choć mniejszą niż dzisiaj część tortu (prawdopodobnie większego).

Byłoby to mądre zwycięstwo. Bo mądre zwycięstwo to takie, które nie unicestwia pokonanego, lecz czyni go sojusznikiem. Sojusznikiem, który ma prawo do negocjowania swoich interesów.

Polscy świeżo upieczeni kapitaliści do tej mądrości nie dorośli. Z głupiej chciwości sprowadzili pracowników do parteru (nawet do piwnicy, chciałoby się powiedzieć). Uporczywie lansowali i lansują wyśmianą już przez Johna Kennetha Galbraitha teorię, zgodnie z którą „biedni są za mało produktywni, bo wciąż za dużo zarabiają, a bogaci są za mało produktywni, bo wciąż zarabiają za mało”.

I to się teraz mści. Kapitalistyczna Polska tak bardzo broniła swojego młodego kapitalizmu, że zagroziła swojej młodej demokracji.

Zobacz także

wyborcza.pl

Komorowski za Kopacz, Kaczyński obstawi Dudę

Aleksander Smolar, politolog, prezes Fundacji Batorego, 25.05.2015
Wieczór wyborczy Andrzeja Dudy

Wieczór wyborczy Andrzeja Dudy (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Szokuje różnica pomiędzy wynikiem Dudy i Komorowskiego, bo wydawało się, że frekwencja sprzyja prezydentowi. Głos protestu zrobił furorę, w II turze nie był oddany w ciemno, tylko z przekonaniem. Głos na Kukiza, a teraz na Dudę.
To głos przeciwko władzy i sytuacji młodych, którzy pokazali siłę protestu i odrzucenia obecnego stanu rzeczy. Mało prawdopodobne, by zagłosowali oni na PO w wyborach parlamentarnych. Młodzi mówią: „rząd fatalny, płace niskie”. Oni nie pamiętają, że Polska była po wojnie zniszczona, że była zapóźniona. Nie pamiętają PRL-u.Do tego znudzenie PO, afery, niezrealizowane obietnice reform, okrojenie OFE. Ludzie z różnych powodów przypomnieli sobie o krzywdach i głosy protestu połączyły różne pretensje. Na to nałożyła się potrzeba zmian. Tak jest dziś w całej Europie.

To ma konsekwencje dla oceny rządu PO i perspektyw na jesienne wybory do parlamentu. Można założyć, że rozmiar klęski prezydenta będzie sprzyjał dezorientacji PO, a nie jej mobilizacji. Partia może stracić dynamizm i mieć problem z przywództwem.

Wydawało się, że premier Kopacz zastąpi Tuska, ale jej nieobecność w ostatnich miesiącach wpłynęła na wynik Komorowskiego. Prezydent chciał się dystansować od Platformy, ale okazało się, że to właśnie on został obciążony dziedzictwem ośmiu lat rządów PO. Wyborcy niestety zapomnieli o sukcesach, do głosu doszły osoby pokrzywdzone przez transformację i kryzys.

Komorowski powinien teraz stanąć na czele obozu przygotowań do wyborów parlamentarnych. Bo w PO brak jest przywódców. Kopacz tego nie uniesie, nie ma formatu politycznego. Była krótko, nie wiadomo, czy ma potencjał, by być przywódcą. A Komorowski ma autorytet i osobowość. Został naturalnym przywódcą, gdy zabrakło Tuska. A teraz został obciążony wadami tego rządu. Może jednak unieść ciężar konfrontacji z PiS i bezpośredniego starcia z Jarosławem Kaczyńskim.

PiS zyskał inicjatywę, która zwiększy jego popularność. Duda jako prezydent będzie mógł docierać do ludzi i oddziaływać przez media. Media publiczne będą teraz przychylnym okiem patrzeć na PiS. Jest spora kategoria ludzi, którzy biegną do zwycięzców.

Ale dyscyplina i zorganizowanie PO, większa groźba przejęcia władzy przez PiS mogą zmobilizować wyborców jak w 2007 r., również lewicowych i liberalnych.

Mało prawdopodobne, że Duda odetnie się od PiS. W okresie do wyborów jesiennych nie będzie objawów wyzwalania się Dudy. Ale Kaczyński musi być zaniepokojony jego sukcesem. To było widać w I turze, gdy nie był w sztabie, tylko pod Pałacem. Ma obawę, że Duda wyrośnie i stanie się zdrajcą, jak Zbigniew Ziobro. Mogą być pomiędzy nimi elementy napięcia i podejrzliwości. Sądzę, że otoczenie Dudy zostanie obsadzone ludźmi, by go obserwowali.

Duda nie jest zdolny do rewolty, ale nie będzie miał prezesa jako prezydent. Mogą być elementy dystansowania się, ale weta niekoniecznie będą.

Co PO może poprawić do jesieni? To zbyt krótki okres. Straszenie zagrożeniem PiS jest mniej wiarygodne, jest odbierane jako element kampanii, ludzie też przełamali swój strach przed PiS.

Nadzieję na klęskę PiS można wiązać z samym PiS. Mogą tę partię zgubić radykalne deklaracje, wejście na pierwszy plan Kaczyńskiego, napięcia na linii Kaczyński – Duda oraz konflikty Kukiza z PiS, bo będą walczyć o ten sam elektorat. Kukiz będzie musiał odbić tych, którzy głosowali na Dudę.

NOT. MAJ

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: