Kryminał (25.05.2015)

 

Miasteczka zbrodni. Polska prowincja zyskuje markę dzięki kryminałom

Zamek Królewski w Sandomierzu. W jego podziemiach ma miejsca akcja niektórych scen "Ziarna prawdy" Zygmunta Miłoszewskiego.
Zamek Królewski w Sandomierzu. W jego podziemiach ma miejsca akcja niektórych scen „Ziarna prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. fot. Jakub Hałun / domena publiczna

Bez chłopomanii, ale i bez demonizowania. Dzięki rodzimym kryminałom polska prowincja zyskała w ostatnich latach silną reprezentację w literaturze, która szturmem zdobywa zachodnie rynki. Czy Sandomierz albo Hajnówka mają szansę powtórzyć sukces małych, skandynawskich miasteczek z prozy Henninga Mankella albo Ninni Schulman?

Ślady zbrodni
Przez długi czas kryminał był gatunkiem kojarzonym z wielkim miastem; nic zresztą dziwnego. Trudno sobie chandlerowskiego Philipa Marlowe’a, z jego jasnym trenczem, papierosem w ustach i szklanką whisky wyobrazić w sielskim i anielskim, wiejskim krajobrazie. Ten stan utrzymywał się do 2011 roku, kiedy polski Marlowe, białowłosy seksista Teodor Szacki, porzucił skrywającą ubeckie tajemnicę Warszawę z „Uwikłania” na rzecz zagubionego wśród wzgórz Sandomierza z „Ziarna prawdy”. Do czasu opublikowaniapowieści Zygmunta Miłoszewskiego Sandomierz przywodził na myśl innego detektywa – czyli ojca Mateusza z popularnego serialu.

Przez długi czas dało się słyszeć głosy, że Miłoszewski zrobił swoim kryminałom Sandomierzowi wielką krzywdę. Wyciągnął wszak na wierzch tę miejską atrakcję, którą trudno uznać za chlubną: wiszący w sandomierskiej katedrze obraz Karola de Prevot, na którym przedstawiony jest żydowski mord rytualny; w dodatku, w swojej powieści wykpił tropiciela zbrodni w sutannie, podobno ulubieńca miejskich władz. Pisarz podkręcał atmosferę, chwaląc się dokumentacją, jaką zrobił do powieści o prokuratorze Szackim – przez kilka miesięcy mieszkał w Sandomierzu, dzięki czemu miało mu się udać opisać miasto z pełną drobiazgowością.

Efekt? – Nie ma drugiego miasta w Polsce, które by się tak kojarzyło z występkiem i zbrodnią – stwierdził kilka miesięcy temu Jacek Kowalczyk, dyrektor departamentu promocji w urzędzie marszałkowskim województwa świętokrzyskiego. Ale nie mówił tego tonem krytyki: dzięki powieści Miłoszewskiego i jej adaptacji w reżyserii Borysa Lankosza Sandomierz stał się popularnym celem wizyt turystów, a miasto zaczęło poważnie myśleć o zorganizowaniu w nim letniego festiwalu filmów kryminalnych. To, co miało Sandomierz oczerniać, nieoczekiwanie – przynajmniej dla niektórych – przyczyniło się do stworzenia swoistej marki.

Pomiędzy Wyklętymi a układem
– Tak, jak nie istnieje miasteczko Twin Peaks, tak nie ma też Hajnówki potwornej w sposób, w jaki opisałam ją w „Okularniku” – zastrzega Katarzyna Bonda. Do księgarń wchodzi właśnie jej nowa powieść, druga część tetralogii o policyjnej profilerce Saszy Załuskiej. Każdy z tomów sagi autorstwa Bondy dzieje się w innym mieście w Polsce; w pierwszym, zeszłorocznym „Pochłaniaczu”, na warsztat wzięła Trójmiasto. W tym jest to Hajnówka, dwudziestotysięczne miasteczko na skraju Puszczy Białowieskiej. Jej rodzinne miasteczko. – Hajnówka jest dla mnie przede wszystkim soczewką: w małym miasteczku wszystko widać jak pod lupą – mówi.

W 1946 roku w okolicznych lasach ukrywała się 3. Brygada Wileńskiego Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowodzona przez kapitana Romualda Rajsa, „Burego”. Początkowo nastawieni do okolicznej ludności pokojowo, żołnierze dokonali rzezi okolicznych wsi. Gdy natrafiła na tę historię, Bonda chciała poświęcić jej osobną książkę; dopiero potem spostrzegła, że historii opowiedzianej w „Okularniku” nie da się od niej rozdzielić. – Ten temat Hajnówkę rozpala – mówi. – Są tu ludzie prowadzący pod banderą „Polska dla Polaków” towarzystwo historyczne, i ci, którzy działają w Bractwie Prawosławnym i krzyczą: Bury, nie nasz bohater!

Powrót w rodzinne strony był dla Bondy trudny; opisała miasto rozpięte między historią a panującymi tam dzisiaj, lokalnymi układami. – Spotkałam w Hajnówce osobę, która nie należy do lokalnego układu, człowieka światłego, niesamowicie inteligentnego. Dlaczego poszedł w polski ultranacjonalizm? Ponieważ nie był w stanie niczego wywalczyć – opowiada. Wie, że w Hajnówce jej powieść jest oczekiwana. Jakiej reakcji się spodziewa, gdy przyjedzie do miasta na wakacje? – Nie wiem – odpowiada po chwili zastanowienia, gdy rozmawiamy na tydzień przed premierą „Okularnika”. – Właśnie dlatego jadę tam dzisiaj.

Co pociąga turystę?
„Maybe I will visit Miedzyzdroje one day…” – napisał czytelnik z Hiszpanii na facebookowym profilu Michała Witkowskiego, gdy autor „Lubiewa” wrzucił na tablice okładkę swojego świeżo wydanego w Hiszpanii „Drwala”. I ta deklaracja czytelnika z kraju Cervantesa jest chyba najlepszym potwierdzeniem tezy o tym, że literatura kryminalna, która w sposób do bólu realistyczny – od czasu do czasu to i owo podkręcając, by fabuła trzymała w napięciu – przedstawia scenografię detektywistycznej intrygi, jest najlepszym sposobem na zagraniczną promocję miasta, zwłaszcza miasta nieobfitującego w turystyczne atrakcje.

Międzyzdroje w „Drwalu” Witkowskiego nijak się mają do popularnego, wakacyjnego kurortu pełnego roześmianych dzieci i budek z watą cukrową. To miasto po sezonie, na molo wiatr rozwiewa jesienne liście, które nie lecą nikomu w twarz z prostego powodu – nikogo w tym mieście już nie ma i łatwo o domek u ponurego, przypominającego wiekowego borsuka mężczyzny, który naprowadzi wyjętego z Polski wielkomiejskiej i turystycznej niezależnie od sezonu pisarza na trop kryminalnej zagadki. Jest brudno? Jest. Jest mało pociągająco? Jest. I właśnie dlatego jest atrakcyjnie.

Przez kilkanaście lat ci polscy autorzy, których książki bywały polskim towarem eksportowym, szukali w polskiej prowincji Macondo ze „Stu lat samotności” Marqueza – odrobinę mitologicznej krainy, w której nawet miejscowi kloszardzi spod sklepu monopolowego wyglądają urokliwie, nadając tłu pewnego kolorytu. Dzięki kryminałom, udało się z tego rodzaju tendencją skończyć i wydobyć na światło dzienne to, co dotychczas było ukrywane. Co dalej? Trzeba pewnie poczekać kilka albo kilkanaście lat na tłumaczenia, by nie tylko turysta z Hiszpanii chciał odwiedzić Międzyzdroje, ale też inni, z innych krajów – Sandomierz i Hajnówkę.

Napisz do autora: wojciech.engelking@natemat.pl

Tekst powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.

naTemat.pl

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: