Kult Słońca (22.05.2015)

 

Tajemnica milczenia Umberta Eco

Jarosław Mikołajewski, 22.05.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,145246,17965222,video.html?embed=0&autoplay=1
Co chciałby pan robić, zamiast odpowiadać na moje pytania? Bawić się z wnuczką, która ma 15 miesięcy – z Umbertem Eco (naprawdę i w myślach) rozmawia Jarosław Mikołajewski. Właśnie ukazuje się siódma powieść naukowca-pisarza „Temat na pierwszą stronę”.
W iadomość, że wychodzi jego nowa książka, przyjąłem z ulgą. Jak ktoś, kto podziwia, ale nie ma już wielkiej nadziei na niespodziankę. Z jeszcze większą ulgą, nawet z radością, książkę przeczytałem. Bo ta krótka powieść jest bardzo dobra. I aktualna.

„Temat na pierwszą stronę” (tłum. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc) jest siódmą powieścią Eco, semiologa, eseisty i publicysty, który odniósł też wielki sukces jako pisarz. Jego debiut prozatorski – średniowieczny kryminał „Imię róży” z 1980 r. – rozszedł się w blisko 30 mln egzemplarzy i doczekał się w 1986 r. ekranizacji Jean-Jacques’a Annauda z Seanem Connerym.

***

Akcja „Tematu na pierwszą stronę” rozgrywa się w roku 1992 – w czasie pierwszych zatrzymań w ramach wielkiej akcji włoskiej prokuratury, która przeszła do historii jako „Tangentopoli” (Łapówkogród) i przekopała włoski system polityczny. Oto wyrachowany człowiek o niejasnej przeszłości, niejaki Simei, zatrudnia nieznanych szerzej, choć doświadczonych dziennikarzy do redagowania zerowych numerów dziennika, który ma nosić tytuł „Jutro”.

Chodzi o to, że – o czym redaktorzy nie wiedzą – gazeta ma się nigdy nie ukazać. Została wymyślona, żeby szantażować nią ludzi ze świecznika władzy i sławy. Jedynym wtajemniczonym jest Colonna, magister (dottore) bez dyplomu, którego zadaniem jest prowadzenie dziennika tych przygotowań. Na jego podstawie ma powstać książka, która stanie się bestsellerem.

Na główną akcję nakładają się wątki pracy redakcyjnej: rozmowy o warsztacie, etyce dziennikarskiej, zabawy intelektualne – echo dziennikarskich doświadczeń i refleksji Eco i jego przyjaciół.

Od pewnej chwili w całej tej mistyfikacji, jaką jest robienie nowej gazety, coraz większą rolę odgrywa jeszcze jedna mistyfikacja, co do której wcale nie możemy być pewni, że nie jest prawdą. Otóż jeden z redaktorów, niejaki Braggadocio, zaczyna się dzielić z Colonną przekonaniem, że Mussolini nie został rozstrzelany 28 kwietnia 1945 r., lecz wywieziono go do Argentyny, gdzie jeszcze w latach 70. XX w. czekał na możliwość powrotu do Włoch. Ten „fakt” – zamiast Duce stracony został sobowtór – tłumaczy według Braggadocia wszystkie powojenne afery i tragedie włoskie, włącznie z porwaniem i zabójstwem Aldo Moro, nagłą śmiercią Jana Pawła I i zamachem na Jana Pawła II.

Dlaczegóż mówię, że domysły Braggadocia równie dobrze mogą być prawdą? Bo we włoskich narracjach prawda i zmyślenie ze sobą sąsiadują. Przykładem są wydarzenia, które nastąpiły kilka dni po porwaniu Moro, w 1978 r. Cokolwiek o tym sądzić, trzej bolońscy profesorowie ekonomii zorganizowali wtedy seans spirytystyczny. Na pytanie: „Gdzie jest Moro?”, talerzyk odpowiedział: „Gradoli”. Jeden z nich, przyszły premier i przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi, pospieszył z sugestią ducha do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, późniejszego prezydenta Cossigi. Cossiga wysłał karabinierów do podrzymskiej miejscowości Gradoli. Na pytanie żony Moro, dlaczego nie pośle policji na ulicę Gradoli w Rzymie, Cossiga odpowiedział, że takiej ulicy nie ma. Po śmierci Moro okazało się, że ulica nie tylko istnieje, ale jeszcze mieszkał na niej główny sprawca zamachu.

***

„Nie spoileruj” – mówią córki, kiedy opowiadam czytaną książkę. Nie będę więc. Nie opowiem, jak kończy się powieść, do której wkraczają też wątki miłosny i kryminalny. Zamiast tego powiem coś o samym Eco.

Nie spodziewałem się, że profesor zgodzi się na rozmowę o najnowszej książce. Od kilkunastu lat obserwuję, jak traci ochotę do tej formy kontaktu ze światem. Nie mogę narzekać: udzielił mi długiego wywiadu w 2001 r., po ukazaniu się „Baudolina”, potem w 2007 r., po wyjściu „Historii brzydoty”.

Zapraszam do kuchni – rozmowa Umberto Eco z Jarosławem Mikołajewskim z 2001 roku.

„Mikolajewski!” – zawołał pewnego dnia od stolika, kiedy szedłem z mediolańskiego Zamku Sforzów do katedry, posadził obok i poświęcił mi dwie godziny. Wiadomość o przyjeździe do Bolonii Wisławy Szymborskiej przyjął tak: zadzwonił do mnie (byłem wtedy szefem Instytutu Polskiego w Rzymie) i spytał, czy podczas spotkania może odczytać swój ulubiony wiersz jej autorstwa – „Możliwości”. Włączył go właśnie do „Szaleństwa katalogowania” – książki, która towarzyszyła wystawie w Luwrze.

Spotkanie Szymborska – Eco w Bolonii pokazało mi profesora, który wciąż potrafi się rozgorączkować jak chłopczyk. Wygłupiał się, żartował, obiecywał wyprawić jej urodziny u siebie w domu, w Mediolanie. Ale były to raczej eksplozje radości w nieuchronnym i pogłębiającym się procesie gorzknienia – przynajmniej tak to odbieram. Taką tonację miały wypowiedzi Eco o złym użytku, jaki świat robi z jego intelektu.

– Wielką tragedią współczesnych mediów jest to – mówił mi – że przekształcają intelektualistów w wyrocznie. Kiedy w mojej rodzinnej Alessandrii w 1994 r. powódź zalała miasto, dziennikarze dzwonili do mnie i pytali, co myślę o powodzi. Więc wrzeszczałem do słuchawki: „A co ja, do jasnej cholery, mam myśleć o powodzi?! Chce pan usłyszeć ode mnie, że jestem zadowolony? Że jest mi przykro?”. Kiedy umarła Greta Garbo, pytali mnie, co ja o tym myślę. Więc znowu wrzeszczałem: „A co pan chce, żebym powiedział?! Że jestem szczęśliwy, że ta stara baba wreszcie umarła?! Mogę powiedzieć: ‚O tak, umarła wielka aktorka’, ale proszę zwrócić uwagę, że to samo może powiedzieć pański dozorca. Niech pan zapyta dozorcę, o takie rzeczy nie trzeba pytać intelektualistów!”.

– Nie chodzę już – opowiadał z żalem – na żadne wystawy i koncerty, bo kiedy chodzę, to zaraz mnie proszą o opinię na jakiś temat. Tak naprawdę to utrzymuję kontakty tylko z kilkoma przyjaciółmi. Nawet minimum sukcesu, nawet jeżeli ktoś wygra jeden etap w kolarskim wyścigu Giro d’Italia, sprawia, że ludzie przychodzą, żeby spytać o zdanie.

Jestem pewny, że tu właśnie, w poczuciu utraty prawdziwej rozmowy, jest początek gorzknienia Eco.

***

Świadomy tego wszystkiego – jego drogi do intymności, woli odpublicznienia – nieśmiało proponuję profesorowi wywiad. Piszę bezpośrednio do niego, odpowiedź przychodzi od sekretarki: „Profesor jest osaczony prośbami o wywiad, które próbuje odrzucać…”.

Kiedy mija szaleństwo włoskiej premiery, która winduje „Temat…” na szczyty bestsellerów, próbuję raz jeszcze. Proszę o spotkanie, bo wiem, że tylko tak możemy porozmawiać po ludzku. Niestety, jest zgoda na wywiad mailowy. Wyszedł on następująco:

Ali Agca strzelał do papieża, bo Mussolini przeżył koniec wojny… Ludzie gotowi są uwierzyć we wszystko?

– Zajmowałem się wielokrotnie syndromem spisku. Braggadocio jest kwintesencją teorii spiskowej. Informacje, które nie mają ze sobą związku, potrafi powiązać w taki sposób, żeby dało się z nich wyczytać sekretny plan. Cechą wyznawcy teorii spiskowej jest to, że jego wymysł wydaje się racjonalny i prawdopodobny. I tego właśnie chciałem: żeby czytelnik uznał za prawdopodobną rekonstrukcję, która, jeśli dobrze się nad nią zastanowić i skonfrontować jej przesłanki, okazuje się fałszywa i pokrętna. Ale jeśli już jakiś czytelnik w taką teorię uwierzy, to znaczy, że nie da się już go nawrócić.

Włoska historia powojenna poddaje się najbardziej nieprawdopodobnym interpretacjom. Weźmy epizod z Prodim, który wywołuje duchy, i Cossigą…

– Porwanie Moro wyzwoliło mnóstwo spiskowych fantazji. Co zaś dotyczy Cossigi – rozmawiałem z nim wielokrotnie i doszedłem do wniosku, że w spiski wierzył naprawdę.

Wszyscy mamy paranoję – rozmowa Umberto Eco z Miładą Jędrysik z 2011 r.

Dlaczego akcję powieści umieścił pan w roku 1992?

– To był rok przełomowy, a raczej: rok fałszywego przełomu. Kiedy prokuratura zaczęła ścigać korupcję, uważaliśmy, że historia Włoch i włoskich partii politycznych się zmienia. Dwa lata później zaczęło się dwudziestolecie Berlusconiego, a korupcja wciąż kwitnie. Powiem więcej: wtedy kradło się, żeby pieniądze dać partii, dziś się kradnie, żeby je zagarnąć dla siebie. Jeśli dobrze się zastanowić, jest to rezultat społeczeństwa płynnego, o którym pisze Bauman.

Simei, w imieniu tajemniczego przedsiębiorcy, zakłada gazetę, która ma się nigdy nie ukazać. Celem jest szantaż. Nie liczy się już informowanie?

– Informowanie pozostaje rzeczą fundamentalną i nie przez przypadek powieść kończy się programem BBC, który jest doskonałym przykładem informacji. Jeśli już, to problem stanowią źródła informacji. Kiedyś ludzie ufali gazetom, programom radiowym i telewizyjnym. Wiedzieli mniej więcej, jakie były ich polityczne poglądy, i starali się wypośrodkować. Dziś w internecie jesteśmy atakowani ogromem informacji i prócz nielicznych przypadków nie wiemy, czy źródło jest wiarygodne, czy nie. Dlatego wciąż potrzebujemy poważnych gazet, którym można zaufać. Ale istnieje również dziennikarstwo, którego celem jest szantaż, więc pisząc powieść, oparłem się na prawdziwych wydarzeniach.

Dlaczego włoskie media interesują się tak bardzo życiem prywatnym postaci publicznych?

– Nie tylko włoskie. To zjawisko powszechne. Żeby zniszczyć polityka, kiedyś się go zabijało, jak Lincolna czy Kennedy’ego. Od czasów Clintona polityka próbuje się niszczyć, mówiąc o jego życiu prywatnym. Gdyby ten system istniał już w czasach Henryka VIII, ten król przepadłby już po dwóch pierwszych żonach. Mnożeniu plotek sprzyja również dynamika mediów. Kiedyś gazety podawały nowe, nieznane doniesienia o tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia. Obecnie to, co wydarzyło się wczoraj, od dawna wiemy już z telewizji. Gazety docierają dziś do odbiorców z opóźnieniem, więc siłą rzeczy upodabniają się do tygodników. Ale tygodniki mają tydzień na przygotowanie artykułu, gazety zaś jedno popołudnie. Żeby wypełnić 60 stron, muszą więc poświęcić jednemu wydarzeniu kilka kolumn, i tak ześlizgują się w plotkę.

Jaki jest najbardziej powszechny mechanizm manipulacji?

– Składanie niepowiązanych ze sobą wiadomości w kolejną informację. Jeżeli w czterech różnych miastach dochodzi do zabójstw, po jednym w każdym mieście, nikogo to nie dziwi. Lecz jeśli informacje o tych czterech zabójstwach skupię na jednej stronie, dam początek przekonaniu, że wybuchła prawdziwa epidemia morderstw. Z kilku doniesień prawdziwych tworzy się kolejne, fałszywe.

W „Temacie na pierwszą stronę” zabawnie oddaje pan klimat rozmów redakcyjnych, w których również pan brał udział. Naszpikowanych inteligentnymi grami. Nie lepiej było zapobiegać temu, co się teraz dzieje z mediami?

– Nie umiem odpowiedzieć.

Nie ma pan ochoty na mniej wykoncypowane powieści, oparte bardziej na mądrości niż inteligencji?

– Mam dopiero 83 lata, proszę o cierpliwość.

Co chciałby pan robić, zamiast odpowiadać na moje pytania?

– Bawić się z wnuczką, która ma 15 miesięcy.

***

Do życia intelektualnego urodził się jako idealista marzyciel. Na studiach chciał być dziennikarzem, uprawiać coś w rodzaju „wzniosłego dziennikarstwa kulturalnego”. Porzucił marzenia, gdy jako reporter spędził kilka dni w więziennym szpitalu.

Jeden ze starszych kolegów zasugerował mu prostszą drogę do tego, by pisać to, na co ma ochotę: zamiast dziennikarzem zostać profesorem. Wtedy – zapewniał kolega – „Corriere della Sera” sama zaproponuje mu napisanie artykułu na dowolnie wybrany temat.

Poszedł za radą, ale temperament nie pozwolił mu się ograniczać do nauki. Jeszcze na ostatnich latach studiów pracował w telewizji, w redakcji programów kulturalnych, potem w wydawnictwie. Dopiero wtedy zaczął się oddawać pracy uniwersyteckiej i badawczej. Przez myśl mu nie przeszło, że kiedyś napisze powieść.

Brzydota jest nieskończona – rozmowa Umberto Eco z Jarosławem Mikołajewskim z 2007 r.

Eco był członkiem Grupy 63, która zawiązała się na kongresie w Palermo w 1963 r. jako ruch nowej awangardy. W latach 1963-65 przeżył ewolucję od pochwały literatury jako społecznego skandalu do negacji utartych rozróżnień pomiędzy eksperymentem a tradycją.

Eco był jednym z najbardziej znanych członków Grupy. Miał już za sobą współpracę z telewizją publiczną i z wydawnictwem Bompiani, w którym był szefem redakcji eseju, wykładał na uniwersytecie w Turynie (obecnie wykłada w Bolonii), był autorem dwóch książek o estetyce średniowiecznej, studium poświęconego poetyce Joyce’a i najsłynniejszej swojej pracy teoretycznej – „Dzieła otwartego” (1962). Brał czynny udział w dyskusjach o nowej sztuce i literaturze. Już od 1965 r. był przekonany, że w chwili gdy sztuka osiągnęła poziom białego płótna, musi wejść na drogę ironicznej reinterpretacji.

To samo dotyczyło powieściopisarstwa. W tych latach zaczęli wydawać autorzy południowoamerykańscy, tacy jak Gabriel Garc~a Márquez. To ich książki ośmieliły Eco do tego, by samemu snuć opowieści – nie tak, jak się to robiło kiedyś, ale znajdując smak w ironicznym traktowaniu tradycyjnych form. „Niektórzy – mówił – nazywają to postmodernizmem, ale ja nie lubię tego określenia. Nigdy tak naprawdę nie zrozumiałem, co oznacza słowo ‚postmodernizm’. Jest prawie obraźliwe, bo znajduje zastosowanie w każdej sytuacji”.

***

Pisywał wiersze, ale – jak wspomniał również Szymborskiej – poza nielicznymi przypadkami uważał poezję za coś w rodzaju masturbacji. „Wszyscy próbowali pisać wiersze pomiędzy 16. a 22. rokiem życia, ale dzielimy się na tych, którzy zamknęli je w głęboko szufladzie, i na kiepskich poetów, którzy je publikują”.

Miał własną wizję zaangażowania w politykę: komentowanie ważnych wydarzeń i – ta myśl byłą zdobyczą ’68 roku – rewolucja przez zaangażowanie we własną pracę. „W moim przypadku – mówił – oznaczało to radykalne zaangażowanie w kształcenie studentów. Ale to oczywiście żadne bohaterstwo. Nauczanie to przede wszystkim przyjemność, to sposób na kontakt z młodzieżą. To również wyzwanie – być może teatralne. Po 40 latach nauczania nauczyciel musi być jak dobry aktor, który nawet przy 50. powtórce ‚Hamleta’, kiedy podnosi się kurtyna, sprawia, że ludzie czują dreszcz jak na premierze. Jeżeli go nie wywoła, to znaczy, że źle odegrał swoją rolę. Jeżeli mam jakiś powód do satysfakcji, to tylko ten, że poświęciłem życie nauczaniu, a nie wydawaniu pism pornograficznych”.

W 1968 r. pojechał na kongres semiologiczny do Polski. Kiedy zatrzymał się w Pradze, wjeżdżały tam czołgi Układu Warszawskiego. Dotarł przez Wiedeń do Warszawy, próbował opisać, co widzi. Pod pseudonimem Telesio Malaspina (przybrał go z obawy, że prawdziwym nazwiskiem wkopie swoich rozmówców, m.in. Leszka Kołakowskiego) pisał do tygodnika „Espresso” reportaże z Pragi i Warszawy.

***

Ale ten rok był znaczący również na Zachodzie, również we Włoszech. Zrewoltowani studenci głosili nowy porządek, niezależność od mistrzów i ojców. – W 1968 r. miałem 36 lat i byłem już profesorem – mówił mi Eco. – Owszem, młodym, więc łatwiej mi było prowadzić dialog ze studentami. Ale też kłócić się z nimi.

Recenzja książki Umberta Eco „Mój 1968. Po drugiej stronie muru”.

Kiedy pytałem, co tamten ruch zmienił, odpowiadał: „Przede wszystkim doprowadził do radykalnych zmian na płaszczyźnie obyczajowej. Na pewno dzisiaj nie mówiłoby się tak odważnie o wielu zjawiskach, na przykład o feminizmie, gdyby nie było roku 1968. Natomiast w polityce zmienił bardzo mało. Tragedią 1968 r. jest to, że zmienił wszystko oprócz tych młodych ludzi, którzy go tworzyli. Oni sami przeżyli to jako doświadczenie ludyczne, podniecające, rodzaj karnawału, a dziś widzimy, że połowa z nich wylądowała w wielkich przedsiębiorstwach, w partiach prawicowych lub innych dziwnych miejscach. Wielu przeżyło rozczarowanie polityką. Sam ruch, a także klimat, który się wtedy wytworzył, były nazbyt silne, by w sposób krytyczny mogły je przeżyć 18-latki. Nic dziwnego zatem, że z ruchu tego wyrosły również rozmaite dewiacje. Wspominałem już o tych, którzy trafili do skrajnej prawicy, ale przecież byli i tacy, którzy weszli na drogę terroryzmu. Tylko ci, którzy przeżyli rozczarowanie tym, co z 1968 r. wyrosło, w dalszym ciągu chodzą w swetrze i w mokasynach. Ale oni w ogóle unikają jakiejkolwiek styczności ze społeczeństwem.

Niektórzy z uczestników tamtej rewolty, owszem, zasilili klasę polityczną i intelektualną, ale w stosunku do innych generacji są oni w mniejszości. Najlepszym dowodem jest to, że ja za pół roku skończę 70 lat, a należę do pokolenia, które jest w dalszym ciągu u władzy. Nie chodzi tylko o władzę w złym tego słowa znaczeniu, o władzę Dickensowskiego Scrooge’a, lecz również o kierownictwo grupy badawczej, redakcji gazety albo o funkcję proboszcza czy biskupa. My przejęliśmy władzę w wieku 30 lat. Fakt, że do dziś jesteśmy skazani na jej sprawowanie, oznacza, że następna generacja jakoś się wypaliła i władzy nigdy nie uzyskała. A to znaczy, że coś się z tym pokoleniem stało”.

***

Karierę Eco – błyskawiczną katapultę na szczyty światowej sławy i powolne osuwanie się w rozczarowanie społeczną rozmową o najważniejszych sprawach – przyniosło „Imię róży”.

„Kiedy ją napisałem – mówił w 2001 r. z właściwą sobie retoryką, w której każda chwila powagi nieuchronnie umyka w sarkazm – miałem 48 lat, opublikowałem ponad dziesięć książek tłumaczonych na wiele języków, miałem katedrę uniwersytecką, nie chciałem zostać ani premierem, ani rektorem i nie wiedziałem, co jeszcze mogę robić. W tym wieku człowiek na ogół ucieka ze striptizerką, a ja uznałem, że lepiej będzie napisać powieść. Striptizerka w ciągu tych 20 lat pewnie już dawno by mnie rzuciła, a powieści wciąż dotrzymują mi towarzystwa”.

Był jeszcze inny powód: zawsze lubił opowiadać historie. A sam pomysł „Imienia róży” zrodził się przypadkowo: „Przyszła do mnie znajoma, która redagowała w jednej z gazet dodatek kulturalny, i powiedziała: ‚Chcemy wydać serię krótkich opowiadań kryminalnych napisanych przez osoby, które nie są powieściopisarzami, np. przez socjologów czy filozofów. Czy napiszesz coś dla nas?‚. Odpowiedziałem, że nie mam talentu do dialogów. Dla śmiechu powiedziałem jej również, że gdybym miał napisać opowiadanie kryminalne, jego akcja rozgrywałaby się na pewno w średniowiecznym klasztorze, a sama książka miałaby co najmniej 500 stron. Ale kiedy tylko wróciłem do domu, proszę mi wierzyć, natychmiast zacząłem sporządzać listę imion zakonników. A więc mogę powiedzieć pod słowem honoru, że nawet nie poprzedniego dnia, lecz trzy godziny wcześniej, zanim zacząłem ‚Imię róży’, nie myślałem, że kiedykolwiek napiszę powieść”.

***

Jest w naszej świadomości i wyobraźni: powieściami, „Zapiskami na pudełku od zapałek”, czyli filozoficzno-publicystycznymi refleksjami o współczesności, przekrojowymi esejami o sztuce. Jest zgłaszany do Nobla, choć jedni mówią, że Nobel dla niego byłby czymś za małym, inni – że byłby czymś nieadekwatnym.

Jan Gondowicz o książce Umberta Eco „Historia krain i miejsc legendarnych”

Coraz mniej jest obecny jako ten, który w czasach, kiedy mędrców jest jak na lekarstwo, miałby szansę objaśnić świat, powiedzieć, co jest dobre, co złe – jak dawniej mówił filozof Benedetto Croce, kładąc kres wszelkim sporom. Jeszcze w 2001 r. Eco wyznawał mi, że martwi się o spójność nowej i starej części Unii. Wierzył, że od europejskiej solidarności zależą los protokołu z Kioto i szansa na ratowanie globalnego klimatu.

Dziś, wobec nowych wyzwań, brakuje głosu Eco. A przecież przyznajmy: posłuchalibyśmy chętnie, co ma do powiedzenia o międzykontynentalnej niesolidarności, o odradzających się autorytaryzmach, o zasypanych źródłach sztuki, która nie wie już, jak się rozmawia. O świeckości i religijności. O przyszłości demokracji. O przesycie i głodzie.

Cóż, bądźmy cierpliwi i trochę bardziej dyskretni. Może jeszcze przemówi jak dawniej, kiedy bardziej lubił ludzi i miał ochotę coś zmieniać.

Więcej o kapitalnej powieści Eco „Temat na pierwszą stronę” we wtorkowej „Wyborczej” zdradzi Wojciech Orliński.

W tę niedzielę Uniwersytet Łódzki wręczy prof. Umbertowi Eco doktorat honoris causa. Uroczystość jest częścią trwającego do 7 czerwca festiwalu „Labirynt znaków. Umberto Eco w Uniwersytecie Łódzkim”

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego! Wybierz się na niezapomnianą, kulinarną wyprawę do Szwecji z „Minta od kuchni”. Poznaj bliżej Umberta Eco i sprawdź, jak wiersz Krzysztofa Karaska interpretuje Piotr Polk.

Zobacz także

Wyborcza.pl

W Irlandii liczą głosy

DODANE 2015-05-23

PAP |

W Irlandii zakończyło się w piątek głosowanie w referendum w sprawie legalizacji „małżeństw” jednopłciowych. Do głosowania na „tak” namawiały wszystkie partie polityczne oraz celebryci ze świata sportu, muzyki i kina, w tym aktor Colin Farrell i lider U2 Bono.

W Irlandii liczą głosy  AIDAN CRAWLEY/EPA/PAPUczestnicy referendum przed lokalem gdzie odbywa się głosowanie

Było to pierwsze na świecie ogólnokrajowe referendum w tej sprawie. Obliczanie wyników referendum rozpoczęło się w sobotę rano.

Według sondaży exit polls zawieranie „małżeństw” jednopłciowych zaaprobowano w stosunku 2:1. Irlandia stałaby się w ten sposób pierwszym krajem na świecie, w którym takie związki byłyby legalne na mocy ogólnokrajowego referendum.

W 2010 roku w Irlandii zalegalizowano homoseksualne związki partnerskie, w 2013 roku komisja ds. reformy konstytucyjnej zaleciła pełną legalizację małżeństw jednopłciowych, a premier Enda Kenny tę rekomendację poparł.

Uczestnikom referendum przedstawiono propozycję zmiany konstytucji tak aby odpowiedni zapis mówił o małżeństwie jako związku „dwóch osób, bez rozróżnienia ich płci”. Aby stało się to faktem, w referendum potrzebna była zwykła większość.

Przyjęcie rozwiązania na „tak” oznaczałoby przyłączenie się Irlandii do grupy 18 krajów, w tym 13 w Europie, w których małżeństwa osób tej samej płci są legalne. Takie związki zostały zalegalizowane w 2014 roku w Wielkiej Brytanii, z wyjątkiem Irlandii Północnej.

Do głosowania na „tak” namawiały wszystkie partie polityczne, w tym Fine Gael premiera Kenny’ego oraz celebryci ze świata sportu, muzyki i kina, w tym aktor Colin Farrell i lider U2 Bono. Natomiast przeciwnicy takiego rozwiązania prowadzili energiczną kampanię, w której przekonywali, że małżeństwo powinno być zarezerwowane dla związku kobiety i mężczyzny pragnących założyć rodzinę.

gosc.pl

hymnSzkolny

Szkolny hymn: „Kiedy otwarte są drzwi Chrystusowi” [TWÓJ PROBLEM – MOJA SPRAWA]

23.05.2015

Napisał do mnie pan Wojciech (imię zmienione), który ma dziecko w Zespole Szkół w Łazach pod Warszawą. Konkretnie w podstawówce. Jak mówi, odważył się ujawnić problem po moim tekście w sprawie szkolnego hymnu w jednej ze szkół na Lubelszczyźnie TEKST JEST TUTAJ

W szkole w Łazach, noszącej imię Jana Pawła II – nadmienię, że to publiczna i duża szkoła- też jest hymn, który jest częścią szkolnego ceremoniału. Hymn w bezpośredni sposób nawiązujący do postaci patrona, Papieża-Polaka.

Refren: ”Patronie nasz, my Twoim śladem chcemy się piąć, aż po zwycięstwo. Tyś dla nas jest żywym przykładem, ślij z nieba nam błogosławieństwo”.

Pierwsza zwrotka: Nie mamy lękać się w życiu niczego, kiedy otwarte są drzwi Chrystusowi. ”Bóg i Ojczyzna” hasłem każdego, kto krzyżem pierś swą odważnie zdobi.

– W szkole bardzo dużo dzieci nie chodzi na religię(…). Do szkoły chodzą również dzieci innych wyznań niż katolickie. A hymn, z którym powinni identyfikować się wszyscy uczniowie, a nie tylko uczniowie – katolicy jest jaki jest – mówi pan Wojciech, rodzic. Nie kryje też, że każdy uczeń musi nauczyć się tego hymnu na pamięć i szkoła sprawdza jego znajomość.

Na stronie szkoły jest informacja, że słowa i muzykę hymnu napisał ks. prof. Hieronim Chamski. ”Znajomość słów hymnu to ważny obowiązek uczniów. Podczas wykonywania tego utworu uczniowie zachowują się podobnie, jak w czasie wykonywania hymnu państwowego, tzn. stoją na baczność” – informacja ze strony internetowej Zespołu Szkół Publicznych im. Jana Pawła II w Łazach.

Co na to szkoła?

Początkowo rozmawiałam z panią wicedyrektor, ale ostatecznie informacji w sprawie hymnu udzielił mi jeden z wychowawców klas młodszych, Waldemar Dymek. Hymn, jak mi przekazał, powstał w 2006 roku, gdy Rada Pedagogiczna, Rada Rodziców i Samorząd Szkolny podjęły decyzję o nadaniu szkole imienia właśnie Jana Pawła II. Wtedy też pojawił się hymn. Jest śpiewany na wszystkich szkolnych uroczystościach.

W. Dymek potwierdził mi również, że każde dziecko musi zaliczyć znajomość słów hymnu – na lekcjach muzyki. Z reguły dostaje kartkę ze słowami pieśni, z lukami do wypełnienia. Szkoła twierdzi, że nigdy nikt się w tej sprawie nie skarżył, nie było żadnych niepokojących sygnałów.

Co ważne, Zespół Szkół w Łazach to szkoła duża, ponad 500 uczniów. Jak mnie poinformowano, około 85 procent z nich chodzi na lekcje religii. Pozostali jednak na te lekcje nie chodzą, są wśród nich również przedstawiciele innych wyznań. – Jesteśmy szkołą wielokulturową – mówi mi nauczyciel.

Pan Wojciech, rodzic który się ze mną skontaktował, nie był jedyną osobą, z którą rozmawiałam, miałam też kontakt z innymi rodzicami, którzy odbierają hymn publicznej szkoły jako pieśń typowo religijną.

Co na to MEN? Przy poprzednim hymnie, o którym pisałam, Justyna Sadlak napisała mi, że szkoła publiczna powinna być neutralna światopoglądowo. Z drugiej zaś strony, że ”kwestie ceremoniału(…) są sprawą dyrektora, rady rodziców, rady pedagogicznej i uczniów”.

Czy w szkołach Waszych pociech też są hymny?

tokfm.pl

Nieoficjalnie: Irlandczycy poparli małżeństwa jednopłciowe w referendum

klep, PAP, AP, 23.05.2015
Irlandia głosuje w sprawie legalizacji małżeństw jednopłciowych

Irlandia głosuje w sprawie legalizacji małżeństw jednopłciowych (Peter Morrison / AP)

Irlandczycy poparli w referendum legalizację małżeństw jednopłciowych – wynika z sondaży exit polls po zakończonym wczoraj głosowaniu. Z dużym entuzjazmem o wynikach referendum wypowiadał się też Aodhan O’Riordain, minister ds. równouprawnienia. Ostateczne wyniki głosowania dziś po południu.

Aodhan O’Riordain, sekretarz stanu Irlandii ds. równouprawnienia, ocenił, że w referendum dotyczącym małżeństw jednopłciowych wyborcy dużą większością opowiedzieli się za ich legalizacją. O’Riordain wypowiadał się wkrótce po rozpoczęciu liczenia głosów.

Pierwsze sondaże wskazują zwycięstwo zwolenników zmiany

O’Riordain powołał się na rezultaty, jakie widział i wskazał, że w regionach na prowincji, „które niekoniecznie muszą być liberalne”, ludzie w znacznej mierze głosowali na „tak”. Końcowe wyniki referendum oczekiwane są dziś po południu. Obliczanie zaczęło się o godz. 10 czasu polskiego.

Jak podano wczoraj wieczorem, frekwencja w referendum była wysoka (ponad 60 proc.), co zdaniem analityków faworyzuje zwolenników legalizacji małżeństw jednopłciowych. Z sondaży exit polls cytowanych przez agencję Reutera wynika, że zawieranie małżeństw jednopłciowych zaaprobowano w stosunku 2:1.

To pierwszy taki kraj na świecie

Jeśli przewaga zwolenników takich małżeństw potwierdzi się, Irlandia będzie pierwszym krajem na świecie, w którym związki te staną się legalne na mocy ogólnokrajowego referendum. W 2010 roku w Irlandii zalegalizowano homoseksualne związki partnerskie. W 2013 roku komisja ds. reformy konstytucyjnej zaleciła pełną legalizację małżeństw jednopłciowych, a rekomendację poparł premier Enda Kenny.

W Irlandii nie można głosować korespondencyjnie, dlatego wiele osób na co dzień mieszkających w Londynie, Nowym Jorku, Bangkoku czy Nairobi zaplanowało w ten weekend podróż do domu.

 

Irlandczycy wracają głosowaćNiektórzy dokumentują swą podróż na Twitterze, oznaczając posty hashtagiem #HomeToVote („Wracam do domu głosować”) lub, w przypadku tych mieszkających w Wielkiej Brytanii, #GetTheBoatToVote („Bierz łódkę i głosuj”). W sieci pojawiły się nawet zdjęcia przystrojonych w tęczowe barwy pociągów.Associated Press pytała wychodzących z lokali referendalnych o ich opinie. Reporterzy mówią o generacyjnej przepaści. Przygniatająca większość głosujących poniżej 40. roku życia są na „tak”, starsi głosowali „nie”. Ale nie wszyscy.

Mary O’Donoghue, mimo swych 101 lat, ubrana w tęczowy sweterek poszła do lokalu wyborczego. – Mam 101 lat. Wierzę w równe prawa dla wszystkich obywateli. Dlatego zagłosuję na „tak” – stwierdziła.

Kościół obawia się zmian

– Można dać homoseksualistom prawa bez zmieniania całej instytucji małżeństwa. Proszą o zbyt wiele – mówi 61-letnia Bridget Ryan, która głosowała w kościele. Aodhan O’Riordain zarzekał się natomiast, że to jego najważniejsze głosowanie w życiu. – Z tym referendum wiążą się takie oczekiwania, jak z żadnym innym – mówił.

Irlandzki Kościół katolicki przewodzi opozycji, przekonując, że pozytywny wynik referendum podważy pozycję małżeństwa jako fundamentu społeczeństwa i spowoduje niezamierzone konsekwencje prawne.

Wszystkie partie były na „tak”

Do głosowania na „tak” namawiały wszystkie partie polityczne, w tym Fine Gael premiera Kenny’ego oraz celebryci ze świata sportu, muzyki i kina, w tym aktor Colin Farrell i lider U2 Bono. Natomiast przeciwnicy takiego rozwiązania prowadzili energiczną kampanię, w której przekonywali, że małżeństwo powinno być zarezerwowane dla związku kobiety i mężczyzny pragnących założyć rodzinę.

W referendum Irlandczycy są jeszcze pytani o obniżenie minimalnego wieku kandydata na prezydenta z 31 do 25 lat. Oczekuje się, że ta propozycja zostanie odrzucona.

Zobacz także

TOK FM

 

Złożyli wniosek o Chrystusa na placu. Ale mają kłopot: czasu na zgodę coraz mniej

Piotr Bojarski, 23.05.2015

ŁUKASZ CYNALEWSKI

Figura Chrystusa wjedzie do Poznania ul. Krzywoustego. Przejedzie obok Malty i ul. Solną oraz al. Niepodległości dojedzie na pl. Mickiewicza. A jeśli miasto nie zdąży wydać pozwolenia? – Nie wyobrażamy sobie tego – komentuje prof. Stanisław Mikołajczak
Komitet Odbudowy Pomnika Wdzięczności złożył w piątek u miejskiego konserwatora zabytków wniosek o opinię w sprawie wystawy czasowej „Wdzięczni za niepodległość” na placu Mickiewicza, w tzw. strefie ochrony konserwatorskiej. Elementem wystawy, przypominającej historię przedwojennego pomnika Wdzięczności (który komitet chce odbudować nad Maltą) ma być 5-metrowa figura Chrystusa z brązu. – Został przesłany do nas mail, ale nie o zgodę na figurę, lecz o opinię o wystawie czasowej – precyzuje Joanna Bielawska-Pałczyńska, miejska konserwator zabytków. – Jestem w Niemczech, opinii jeszcze nie wydałam. Zwykle, jeśli nie ma ingerencji w architekturę i powierzchnię placu, piszemy, że nie wnosimy uwag. Bo konserwator miejski nie ma innych kompetencji w przypadku wystawy czasowej.Wszystko w rękach ZDMO zgodzie na wystawę i figurę zdecyduje Zarząd Dróg Miejskich. Komitet Odbudowy Pomnika Wdzięczności już 13 maja złożył wniosek w ZDM, ale okazał się on niekompletny. – Poprosiliśmy wnioskodawcę o uzupełnienie dokumentów. Brakuje m.in. pozytywnej opinii Biura Miejskiego Konserwatora Zabytków oraz koordynatora do spraw estetyki i wizerunku Miasta Poznania, a także dokumentu potwierdzającego złożenie w Wydziale Urbanistyki i Architektury Urzędu Miasta zgłoszenia. Wyrażenie zgody uzależnione jest od spełnienia wymagań formalnych – informuje Dorota Wesołowska, rzeczniczka ZDM.Komitet pomnikowy nie uzupełnił na razie wymaganej dokumentacji. Zgodnie z Kodeksem postępowania administracyjnego urzędnicy z ZDM mają na wydanie decyzji 30 dni. Decyzja będzie prawomocna po upływie kolejnych 14 dni (bo przez dwa tygodnie można się od niej odwoływać). Tymczasem wystawa o pomniku Wdzięczności, której elementem ma być figura – wierna kopia przedwojennej rzeźby Chrystusa autorstwa Marcina Rożka – ma rozpocząć się już 31 maja. Tego dnia o godz. 17 komitet odbudowy pomnika planuje uroczystość powitania figury na placu. Do przyjazdu figury pozostało tylko osiem dni. Co będzie, jeśli do 31 maja komitet nie otrzyma pozwolenia od konserwatora?- W ogóle sobie tego nie wyobrażamy, żeby miasto powodowało obstrukcję w sprawie wystawy na placu! – komentuje prof. Stanisław Mikołajczak, przewodniczący komitetu.”Wyborcza”: Przecież pan wie, że nie chodzi o wystawę, tylko o figurę.

Prof. Mikołajczak: – Ona jest elementem wystawy o pomniku, więc o co chodzi?

Profesor przyznaje, że „wszystko odbywa się w niedoczasie”, ale jest dobrej myśli: – Mam nadzieję, że jeśli urzędnicy podejdą do naszego wniosku życzliwie, to zdążymy. Bo sprawa jest oczywista, figura powinna stanąć na wystawie.

A jeśli figura stanie na placu bez decyzji władz miasta? Paweł Łukaszewski, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego, tłumaczył nam niedawno, że byłaby to samowola budowlana: – To byłby obiekt małej architektury. Z przepisów prawa budowlanego wynika, że aby taki obiekt mógł stanąć na jakimś terenie, musi nastąpić skuteczne zgłoszenie. Inicjatorzy muszą przedstawić szkic i informacje oraz mieć tytuł prawny do nieruchomości. W przypadku pl. Mickiewicza i braku zgody władz miasta będziemy mieli do czynienia z samowolą budowlaną i musielibyśmy wszcząć postępowanie sprawdzające, czy dopełniono formalności. Jeśli nie, będziemy zmuszeni do usunięcia figury.

Jak pojedzie figura

Choć nie wiadomo jeszcze, czy komitet dostanie zgodę na postawienie figury na placu, jego działacze ustalili już trasę, którą Chrystus z brązu dojedzie na pl. Mickiewicza. – Figura przyjedzie trasą katowicką, potem zjazdem w ul. Jedności Słowiańskiej, ulicami Chartowo, Baraniaka, Jana Pawła, Solną do Alei Niepodległości, a nią już prosto na plac – zapowiada prof. Mikołajczak.

Figura przyjedzie do Poznania z pracowni w Małopolsce. Wiadomo, że komitet z powodów organizacyjnych zrezygnował z zatrzymywania się z figurą po drodze i „witania” jej w każdym z wielkopolskich miast, przez które będzie przejeżdżać.

Zobacz także

poznan.gazeta.pl

SUTOWSKI O KSIĄŻCE KRÓLA: CZY MOŻNA BYŁO INACZEJ?

MICHAŁ SUTOWSKI , 23.05.2015

Król zdaje się sądzić, że o losach polskiej transformacji przesądziły spory inteligentów. To tylko częściowa odpowiedź na pytanie o Polskę po 1989 roku.

„Żyliśmy we własnym świecie”, pisze Marcin Król w swej najnowszej książce – i może to byłby lepszy dla niej tytuł niż efekciarskie Byliśmy głupi. Twórca elitarnej „Res Publiki”, wybitny historyk idei oraz wychowawca legionu polskich konserwatystów pod strzechy Facebooka trafił kilka miesięcy temu – gdy „Gazecie Wyborczej” i Grzegorzowi Sroczyńskiemu udzielił wywiadu z kilkoma mocnymi tezami.

 

Mówił w nim o tym, dlaczego Solidarność (i solidarność) w III RP trafił szlag, jak myślały elity, czego pragnęły i kto jest winien, że poszło nie tak. Tezy rozwinął w tym eseju – dość wyjątkowym w kraju, gdzie samokrytyka oznacza zazwyczaj bicie się w cudze piersi, społeczną empatię zbywa się szyderstwami o przyjaciołach ludu, a źródła procesów historycznych zbywa formułą, że „widać do nich dojść musiało, skoro doszło”. Jednocześnie autor to przecież chodząca inteligenckość, więc na minione dwudziestopięciolecie patrzy z góry – niekoniecznie z lotu ptaka, ale zawsze z perspektywy elity, której niewątpliwie był częścią. Tej samej, która transformację zainicjowała i przeforsowała, choć wyobrazić jej sobie nie była już w stanie. I między innymi o tym paradoksie jest ta książka. A także o alienacji społecznej inteligentów, o niezdolności do różnienia się nie tyle „pięknie”, ile sensownie, a wreszcie: o wielkich aktorach politycznych (Kościół!), którzy swych przywilejów nadużywali, a role rozumieli opacznie.

 

Król źródeł klęski solidarnościowego projektu – bo nie ma wątpliwości, że III RP pod względem solidarności społecznej się zwyczajnie nie udała – szuka przede wszystkim w błędach własnej formacji.

 

Błędach intelektualnych i politycznych, bo pod względem moralnym gotów jest oddać jej cześć. Najważniejszym wydarzeniem tamtych czasów, które zdaniem Marcina Króla zaważyło – symbolicznie i realnie – na kolejnych dekadach, był rozpad obozu solidarnościowego przed wyborami prezydenckimi 1990 roku i bratobójczy spór Mazowieckiego z Wałęsą. Jego źródeł autor szuka jednak dużo wcześniej. W szlachetnej, choć błędnej idei antypolityczności i w braku społecznej wyobraźni inteligentów.

 

Pisząc o antypolityczności, Król przywołuje klasyka tej idei. W słynnej Sile bezsilnych Vaclava Havla czytamy, że to „polityka jako moralność stosowana w praktyce”, „służba prawdzie”, „najgłębsza ludzka i kierująca się ludzkimi kryteriami troska o bliźnich”. Ale co to miałoby znaczyć w praktyce? Havel w prywatnej rozmowie z autorem książki stwierdził, że jego ojczyznie nie jest potrzebny żaden polityczny program, bo Czechosłowacja ma wielką tradycję Masaryka. Król stwierdza – na użytek nasz, bo Havlowi tego nie powiedział – że taki program jest niepowtarzalny, bo przecież oświecony, platoński liberalizm czechosłowackiego międzywojnia wiązał się ściśle z osobą ówczesnego prezydenta tego kraju. I dalej pisze, że „złudzenie Unii Demokratycznej było podobne do złudzenia Havla. Sądziła, że ma program, bo przecież ma Solidarność”. Tymczasem tradycja, mit ani etos nie zastępują konkretnego, wypracowanego w demokratycznym sporze programu politycznego – co można równie dobrze jak do nieboszczki UD odnieść do wcześniejszego Komitetu Obywatelskiego. On też nie zdołał przetworzyć kapitału Solidarności na ruch polityczny z programem reform. I to właśnie jego przedwczesne rozwiązanie i gorszący spór solidarnościowych elit miały być, zdaniem Marcina Króla, błędem założycielskim niepowodzeń III RP.

 

Inteligencja („Mazowiecki”) daje się wciągnąć w niepotrzebny konflikt Wałęsie (i Kaczyńskiemu), torując – w imię doraźnych ambicji, prywatnych obsesji większych i mniejszych liderów – drogę do władzy formacji postkomunistycznej. Zamiast sporów („nie poglądów, lecz skrywających brak poglądów”) należało jedność obozu Solidarności utrzymać – twierdzi Król. Tylko po co? Zamieszczony w książce zapis burzliwej dyskusji liderów KO jest naprawdę fascynujący. Opinia publiczna zapamiętała głównie hasło „stłucz pan termometr” (Wałęsa do Wielowieyskiego à propos badań opinii publicznej wskazujących na rosnące niezadowolenie społeczeństwa), ale historia powinna zapamiętać przede wszystkim wypowiedzi Adama Michnika i Jarosława Kaczyńskiego – bo to ich tezy ustawiły spór polityczny w Polsce na wiele lat.

 

Redaktor naczelny „Wyborczej” mówi, że kluczowym kryterium podziału jest „stosunek do rządu, do tego niedoskonałego, koalicyjnego rządu, który prowadzi nas od ładu totalitarnego do demokracji […]. W moim przekonaniu korzenie filozofii politycznej rządu tkwią w Solidarności, są realizacją tego, co w etosie i tradycji Solidarności było najcenniejsze”. Jarosław Kaczyński jako zasadniczy wskazuje z kolei podział między nomenklaturą postkomunistyczną a resztą społeczeństwa, po czym dodaje (w kontekście społecznego „termometru”): „Można by wymyślać różne teorie, dlaczego doszło do strajku kolejarzy, dlaczego mamy do czynienia z niepokojami na wsi, napięciem w różnych działach gospodarki. Ale tak naprawdę trudno uchylić tutaj zarzut, że wynika to po prostu z fatalnej sytuacji ekonomicznej. Być może, że ta sytuacja jest w tej chwili nie do naprawienia. Można by w tej sprawie dyskutować, ale na pewno żadnej radykalnej poprawy szybko się nie uzyska. Wobec tego trzeba szukać jakichś innych czynników życia społecznego, które potrafiłyby jakieś potrzeby społeczne zaspokoić, obniżyć to napięcie”. Po czym, jako środek „obniżenia napięcia” (!) proponuje likwidację dotychczasowego układu władzy: Jaruzelski-Mazowiecki. Nie ma tu dwóch odmiennych wizji transformacji gospodarczej (tę faktycznie przeprowadzaną, w duchu podobnym do wypowiedzi Michnika, aprobuje też wcześniej Jerzy Turowicz), są tylko różne formuły legitymizacji obranej drogi (zaufanie do etosowego rządu kontra antykomunistyczne igrzyska).

 

A zatem: czy najpoważniejszym problemem naprawdę był brak jedności obozu solidarnościowego? A może raczej zorganizowanie sporu wokół kwestii drugorzędnych (na co zresztą Marcin Król wielokrotnie w swej książce zwraca uwagę)? Może od żądzy władzy Jarosława Kaczyńskiego gorsza była niezdolność wypracowania alternatywy programowej właśnie – wewnątrz tego samego obozu dawnej opozycji?

 

Przywołany w książce Piłsudski, który „nie rozumiał zasady demokracji, ale oczekiwał poparcia dla wolnej Polski” – to niezła analogia dla sposobu myślenia środowiska rządu Tadeusza Mazowieckiego, tyle że niepełna. Niechęć do sporów programowych wynikała bowiem nie tylko z niezgody na partyjniactwo i z poczucia, że etos środowiska i umoralnienie polityki wystarczą Polsce do szczęścia, ale również z poczucia bezalternatywności programu gospodarczego. Z tą oczywiście różnicą, że międzywojenne fetysze „silnego pieniądza” i „niezadłużania się” zastąpiły obezwładniające metafory „terapii szokowej” i „nieuniknionych kosztów transformacji”.

 

Pisząc o tym, kluczowym przecież, aspekcie transformacji, Marcin Król skłania się niestety ku koncepcji „błędu komunikacyjnego”, dominującej w autonarracji dawnej Unii Demokratycznej i otoczenia premiera Mazowieckiego. W największym skrócie mówi ona, że wprawdzie mieliśmy rację, ale niewystarczającą wagę przykładaliśmy do objaśnienia jej społeczeństwu. Słuszność samej terapii szokowej nie jest tu obarczona choćby najmniejszym znakiem zapytania. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że autor książki argumentem „z weimarskiej hiperinflacji” uprawia swoiste reductio ad Hitlerum na gruncie polemiki ekonomicznej – tak jakby wszystkie wątpliwości trzeba było rozstrzygać na korzyść Leszka Balcerowicza.

 

Nie miejsce tu na rozstrzyganie adekwatności podjętych w czasie przełomu działań. Rzecz w tym, że uznanie planu Balcerowicza za nienegocjowalny, względnie „obiektywnie konieczny” musiało – w kontekście jego dramatycznych dla robotniczej Solidarności skutków – doprowadzić do degradacji Solidarności jako ruchu i jako źródła solidarnościowego etosu. Dokonała się swoista „redukcja mitologiczna” Solidarności, która w roli mitu właśnie mogła jeszcze zadziałać jako tarcza osłonowa legitymizująca rynkowe reformy, ale już nie jako inspiracja dla nowej etyki społecznej. Tej samej, której rozpaczliwy brak Marcin Król dobitnie wykazuje.

 

A czy mogło być inaczej? Czy Solidarność mogła stanowić społeczne i polityczne zaplecze jakiegoś hipotetycznego projektu alternatywnej transformacji? Autor książki nie rozważa nawet takiej możliwości, bo nie uważa samej alternatywy za możliwą i pożądaną. Wiele wskazuje jednak, że takiego potencjału nie było. Karol Modzelewski zwięźle odparł kiedyś na pytanie, czy Solidarność mogła powstrzymać plan Balcerowicza: „Nie mogła, bo jej nie było”. W 1989 i 1990 roku była już bowiem mitem, a nie ruchem – i nie dlatego, że jej inteligenckie autorytety zaczęły gorszące spory, tylko dlatego, że stan wojenny zamienił masowy ruch w kadrową organizację podziemną, a zaangażowane niegdyś masy zepchnął w masową prywatność.

 

Alternatywy gospodarczej nie stworzyły również elity intelektualne dawnego ruchu – skądinąd głównie lewicowej proweniencji. Zabrakło sporów o generalną wizję wejścia Polski w kapitalizm: rolę kapitału zagranicznego, miejsce Polski w globalnym podziale pracy, granice polityki przemysłowej czy wreszcie tempo tworzenia kapitalistycznych instytucji. Najbardziej jednak o rozpoznanie społecznego wymiaru reform, które wykraczałoby poza kwestię „wielkości osłon dla przegranych transformacji”. I tu tkwi chyba najpoważniejszy zarzut, jaki Marcin Król stawia swojej formacji: „Pytanie zatem wobec reformy 1990 roku brzmi następująco: czy ktokolwiek przewidział zmianę społeczną, taką właśnie zmianę społeczną? Bo co innego reforma Balcerowicza, a co innego polityka społeczna i sprawiedliwość społeczna. Na pewno wielki Jacek Kuroń nie był dobrym ministrem. Ale nie w tym rzecz. On sam rozumiał ogrom niesprawiedliwości, ale też popierał gospodarkę wolnorynkową i nie zdążył znaleźć z tego roztropnego wyjścia. Rzecz w tym, że nikt z nas nie miał śladu wyobraźni socjologicznej, żeby zobaczyć przyszłe kształty nowej Polski”.

 

Na użytek wywodu pomińmy kwestię, że „co innego reforma Balcerowicza”, choć to właśnie makroekonomiczny szok odpowiadał za część źródeł (bezrobocie!) wspomnianej niesprawiedliwości. Mamy tu bowiem jedno z najważniejszych zdań tej książki. Jak pisał klasyk tematu, C. W. Mills, wyobraźnia socjologiczna to zdolność zrozumienia „szerszej sceny historycznej w kategoriach jej znaczenia dla życia wewnętrznego i zewnętrznej kariery różnorodnych jednostek”. Skąd brak tej zdolności u tak oczytanych przecież humanistycznych inteligentów polskich? Marcin Król tłumaczy to stylem życia w inteligenckiej enklawie, gdzie pieniądz się w zasadzie nie liczył, bo wszyscy mieli go mało, źródłem statusu było wykształcenie i wiedza, a społeczna większość, względnie „środek” pomiędzy władzą a zbuntowaną inteligencją pozostawał poza zasięgiem inteligenckiego wzroku. „Byłem uprzywilejowany, jak byli wszyscy moi koledzy z opozycji”, pisze autor, i z brutalną szczerością dodaje: „Nie wiem, czym żyła reszta. Zapewne strachem przed utratą pracy. Zapewne biedą, bylejakością, kolejkami i awansem społecznym, którego zasad nie pojmowałem. Zapewne tak samo jak zawsze. Nikt ich nie znał. Nikt nie wiedział. Czy sądziłem, że będą szczęśliwi, gdy minie komunizm, gdy przyjdzie wolność? Nie wiem, nic o nich nie sądziłem. Ani dobrze, ani źle”.

 

Ta opowieść brzmi gorzko i trzeźwo, acz momentami aż nazbyt prosto. Bo czy wszystko da się wytłumaczyć względną izolacją społeczną wielkomiejskiej inteligencji? Pełnego analiz społecznych „Robotnika” redagowano jednak w bloku na Stegnach, a nie w kamienicy w Alei Róż, a 16 miesięcy karnawału – i wcześniejsze lata działalności KOR-u, o współpracy z WZZ-ami nie wspominając – powinny jakoś zakorzenić moli książkowych w społecznej substancji. Wśród opozycyjnej inteligencji byli ekonomiści i socjolodzy naprawdę wielcy, ocierający się o światowe salony naukowe. Skala wyobraźni na temat przyszłości wyznaczona formułą: „żeby było normalnie”, to znaczy „tak samo jak w Wiedniu, Paryżu, Berlinie” brzmi dziwacznie na tle szerokich horyzontów intelektualisty. Bo przecież komuna komuną, ale polskiej inteligencji, zwłaszcza tej „światowej”, problem, że w Warszawie nie jest tak samo jak „w Wiedniu, Paryżu, Berlinie” spędzał sen z powiek co najmniej od czasów Prusa, wczesnego Sienkiewicza i Brzozowskiego.

 

Peryferyjność, prowincjonalność, odstawanie, nienormalność – nawet jeśli normą i wzorcem niemal nieodmiennie pozostawał Zachód – nie zrodziły się z winy ani w efekcie komunistycznej „zamrażarki”, lecz były przedmiotem inteligenckich rozważań od ponad stulecia, a zapisy tych rozważań Marcin Król i jego przyjaciele już pół wieku temu mieli w małym palcu.

 

Wątków krytyki – własne formacji, dominujących pojęć, błędów cudzych – jest w tej książce więcej. Krytyka roli Kościoła po 1989 (ale i w latach 80., o czym słychać dużo rzadziej) wyrażana z pozycji konserwatywnej brzmi nieraz wiarygodniej niż ta zgłaszana przez antyklerykalną lewicę – poza rytualnymi zarzutami o nadmiar upolitycznienia, Marcin Król pisze bowiem ostro o roszczeniach majątkowych („zachłanność w tym wypadku przekroczyła granice humoreski”), o porzuceniu przez Kościół poszkodowanych transformacji („uparcie na ten temat milczał i milczy”) i degrengoladzie intelektualnej („nauka społeczna Kościoła jest w stanie tragicznym”). Dezawuuje jako fałszywe i wobec ludzi zwyczajnie niesprawiedliwe pojęcie homo sovieticus, które – na nieszczęście – łatwiej dotarło pod inteligenckie strzechy niż o po stokroć cenniejsza Tischnerowska idea solidarnościowej „etyki pracy”. Choć sam jest liberałem, do lektury o gospodarce poleca Dziecięcą chorobę liberalizmuRafała Wosia.

 

Niektóre tematy potraktowano w książce dość powierzchownie, a nad trzeźwą analizą zwycięża nieraz resentyment – np. przy wszystkich wadach formacji postkomunistycznej sprowadzenie jej roli po 1989 roku do „obniżenia akcyzy na wódkę” brzmi co najmniej dziwacznie. Z pewnością też zbyt wielką sprawczość Marcin Król przypisuje inteligenckim konfliktom sprzed niemal ćwierćwiecza – atomizacji społecznej w większym stopniu sprzyja peryferyjna forma naszego kapitalizmu i brak rozwojowej wizji wśród politycznych elit niż wieczny Grunwald Michnika z Kaczyńskim. Nie ma jednak wątpliwości, że zagubienie tradycji Solidarności – rozumianej nie tyle jako przeżycie metafizycznej jedności narodu, ile praktyka realnej wspólnoty i poczucia wzajemnej, pozytywnie rozumianej zależności jednostek – to jeden z kluczy do zrozumienia społecznego kryzysu dzisiejszych czasów.

 

Pytanie, czy możliwy jest powrót (?) do solidarności społecznej i do prawdziwej polityki autor pozostawia bez odpowiedzi. Z pewnością nie będzie ona możliwa, jeśli zabraknie nam nie tylko „społecznej empatii”, ale także wyobraźni.

 

Nasza kultura, pojęcia i kody wyraźnie nie nadążają za gwałtowną zmianą społeczną, przez co zupełnie nowym typom więzi i tożsamości towarzyszą kuriozalnie, nieraz anachroniczne, symbole i martwe odwołania historyczne. Niezdolność pomyślenia wspólnoty na nowo to niebywałe wyzwanie.

 

Zwłaszcza że smutną puentę do tej książki dopisały wybory prezydenckie. Żaden z kandydatów nie próbował nawet głosić, że wszyscy jedziemy na jednym wózku – solidarność nie mieści się już nawet na sztandarach.

 

 

 

 

Marcin Król, Byliśmy Głupi, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015

 

**Dziennik Opinii nr 143/2015 (927)

 

Sąd skazał Marię Kołakowską

Radio Maryja, 23.02.2015

Gdański Sąd Rejonowym skazał Marię Kołakowską na 20 godzin prac publicznych za próbę uniemożliwienia odczytania obrazoburczej pseudosztuki „Golgota Picnic”. Obrona odwoła się od wyroku.

fot. R. Sobkowicz/Nasz Dziennik

W ubiegłym roku, w świetlicy Krytyki Politycznej w Gdańsku, dziewczyna rozpyliła dezodorant w obecności lewackich aktywistów. Sąd wymierzył jej karę w postaci 40 godzin prac społecznych. Dziewczyna zaskarżyła jednak wyrok. Wówczas jej obrona bezskutecznie wniosła o uniewinnienie.Sąd nie uznaje naszego prawa do protestu. Wyrok skazujący jest skandaliczny.– wskazuje Andrzej Kołakowski, ojciec Marysi.

– Adwokat na poprzednim posiedzeniu sądu wykazał bezzasadność zarzutów, natomiast sędzia – jak sądzę – kierując się powodami politycznymi, wydała wyrok skazujący i uznała ją za winną naruszenia porządku publicznego. Odbieramy to, jako zakaz wyrażania protestu. Pojawiają się pytania: czy mogliśmy w inny sposób zaprotestować przeciwko bluźnierczemu przedstawieniu? Tak, mogliśmy i protestowaliśmy, jednak sądy nie uznały tych form protestu. Sądy zlekceważyły to i dlatego szliśmy czynnie zaprotestować przeciwko obrażaniu Pana Boga – tłumaczy Andrzej Kołakowski.     

Pseudosztuka „Golgota Picnic” obfituje w lubieżne sceny, podczas których drwi się z męki Jezusa Chrystusa.

Wskutek licznych protestów środowisk katolickich i patriotycznych, odwołano w ubiegłym roku pokaz na Malta Festival Poznań, jednak w kilkudziesięciu miastach Polski odczytywano scenariusz tego pseudo spektaklu.

RadioMaryja

Niezwykła podróż kapłanki kultu słońca

Michał Skubik, 22.05.2015
Ozdobna klamra wykonana z brązu.

Ozdobna klamra wykonana z brązu. (National Museum of Denmark)

Dzięki badaniu izotopów strontu zawartych we włosach, zębach i paznokciach dziewczyny naukowcy ustalili z dużym prawdopodobieństwem miejsce jej pochodzenia. Wszystko wskazuje na to, że pochodziła z możnego rodu zamieszkującego tereny Szwarzwaldu.
Prawie 100 lat temu podczas wykopalisk prowadzonych w okolicach Egtved naukowcy zbadali długi na 30 m i wysoki na 4 m kurhan. Odkryli w nim dębową trumnę, w której na wolej skórze spoczywały ludzkie szczątki. Ze względu na kwaśny odczyn bagiennej gleby w kurhanie panował specyficzny mikroklimat, więc ciało uległo prawie całkowitemu rozkładowi. Pozostały jedynie włosy, paznokcie i nieliczne zęby. Dzięki wstępnym badaniom ustalono, że szczątki należały do młodej dziewczyny w wieku 16-18 lat, mierzącej w przybliżeniu 160 cm wzrostu. Pochowano ją w bluzce z krótkimi rękawami i krótkiej spódniczce, biodra miała przepasane wełnianym pasem zdobionym klamrą z brązu, na której były wyryte spiralne symbole. Całość została przykryta wełnianym kocem, na którym ułożono kwiaty. Wraz z dziewczyną w trumnie pochowano skremowane zwłoki dziecka w wieku około 5-6 lat.Odnalezione wcześniej na tych terenach figurki właśnie tak przedstawiały kobiety związane ze skandynawskim kultem solarnym. Dlatego też naukowcy przypuszczają, że dziewczyna mogła być jego kapłanką.Pierwsze badania dendrologiczne wskazały, że pochowano ją pomiędzy 1370 a 1390 r. p.n.e., a kwiaty krwawnika, które położono na kocu, wskazywały, że pochówku dokonano w lecie.Przybyła z dalekaTeraz rozwój technik badawczych pozwolił naukowcom z duńskiego Muzeum Narodowego i uniwersytetu w Kopenhadze dokładniej przyjrzeć się pozostałościom odkrytym podczas wykopalisk. Zbadano zawartość izotopów strontu w szatach i szczątkach dziewczyny.Stront jest pierwiastkiem, który występuje w całej skorupie ziemskiej, ale ze względu na zróżnicowanie geologiczne na różnych terenach jego zawartość w glebie jest inna. Z ziemi przenika on do wody i roślin, a następnie z pożywienia jest wchłaniany przez ludzi i zwierzęta. Badając zawartość jego izotopów w organizmie, a następnie porównując wyniki z glebą z różnych terenów, można z wysokim prawdopodobieństwem określić pochodzenie próbki.Pierwszemu badaniu poddano zęby trzonowe dziewczyny, które wykształcają się w organizmie do 4. roku życia.Pozwoliło to stwierdzić z dużym prawdopodobieństwem, że pochodziła ona ze Szwarzwaldu, a zatem z regionu oddalonego od Półwyspu Jutlandzkiego o blisko 800 km na południe. Z tego samego miejsca pochodziła wełna, z której wykonano jej ubranie.O wiele ciekawszych informacji dostarczyły badania paznokci i włosów dziewczyny. Jedna z autorek pracy Karin Frei wyjaśnia, że stront odkłada się we włosach po mniej więcej miesiącu przebywania na danym terenie. Ponieważ włosy rosną z prędkością około 1 cm na miesiąc, można bardzo dokładnie określić trasę, którą przebyła dana osoba. Dzięki jej długim na 23 cm włosom stwierdzono, że ostatnie dwa lata swojego życia dziewczyna z Egtved spędziła w podróży. Najpierw z półwyspu udała się w rodzinne strony, by powrócić do miejsca zamieszkania na krótko przed śmiercią. Za teorią pochodzenia dziewczyny przemawiają silne związki handlowe, które w tym czasie łączyły południe dzisiejszych Niemiec z terenami Danii.

– W epoce brązu południowe Niemcy i Jutlandia stanowiły dwa silne ośrodki władzy, formą rządów zbliżone do królestw. Dzisiaj znajdujemy wiele archeologicznych dowodów świadczących o silnym powiązaniu obu tych terenów. Prawdopodobnie dziewczyna z Egtved została wydana za mąż za przedstawiciela możnego rodu jutlandzkiego w celu umocnienia sojuszu pomiędzy dwoma potężnymi rodzinami – mówi prof. Kristian Kristiansen z uniwersytetu w Goeteborgu.

Zgodnie z teorią Kristiansena na Półwyspie Jutlandzkim znajdowały się wówczas bogate złoża bursztynu, którym handlowano z cywilizacjami basenu Morza Śródziemnego, a mieszkańcy terenów południowych Niemiec w tym pośredniczyli. Ponieważ w tamtym okresie miedź była surowcem tak cennym jak dzisiaj ropa naftowa, handel bursztynem sprawił, że plemiona z terenów dzisiejszej Danii były wyjątkowo bogate.

– Bursztyn napędzał ekonomię epoki brązu, a w celu utrzymania szlaków handlowych możne rody związywały sojusze przez małżeństwa – uważa prof. Kristiansen.

Właśnie w ten sposób młoda dziewczyna musiała trafić do dalekiej krainy. Jednak nie zerwała ona więzów z domem rodzinnym, o czym świadczą jej podróże.

Frei i prof. Kristiansen planują badanie kolejnych szczątków z tego okresu, by lepiej poznać gospodarkę i kontakty handlowe dawnych mieszkańców dzisiejszej Danii.

Źródło: University of Copenhagen

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s