Pomnik (29.05.2015)

 

Grupiński o przemówieniu prezydenta elekta: Ingerowanie przez Dudę w prace rządu i parlamentu – niewłaściwe

mkd, PAP, 29.05.2015
Prezydent elekt Andrzej Duda z szefową sztabu, posłanką PiS Beatą Szydło

Prezydent elekt Andrzej Duda z szefową sztabu, posłanką PiS Beatą Szydło (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

„Niezręcznością, która nie powinna się zdarzyć” nazwał Rafał Grupiński, szef klubu PO, słowa Andrzeja Dudy skierowane do rządu i parlamentu. Rząd i większość sejmowa powinna – zdaniem prezydenta elekta – do jego zaprzysiężenia powstrzymać się od podejmowania ważnych decyzji.

 

Kotrowersyjny apel Dudy znalazł się w przemówieniu, które wygłosił podczas uroczystości przekazania uchwały PKW stwierdzającej jego wybór na prezydenta w Wilanowie. Skierował go przede wszystkim do premier Ewy Kopacz, ministrów, „a także do przedstawicieli większości parlamentarnej”. – Chciałem prosić, aby w tym okresie – w pewnym sensie przejściowym, kiedy z jednej strony jest nowo wybrany prezydent, którego czasem nazywa się prezydentem elektem, i jest prezydent RP urzędujący – państwo zachowali taką powagę w pracach parlamentarnych i w pracach rządu – podkreślił prezydent elekt.

Jak mówił, prosi, aby „w tym okresie, kiedy wola wyborców już została uzewnętrzniona, nie dokonywano poważnych zmian, przede wszystkim zmian ustrojowych ani takich, które mogą budzić jakieś niepotrzebne w społeczeństwie emocje, niestety także kreować konflikty”.

Brak doświadczenia?

– Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej nie przewiduje okresu przejściowego, nie ma takiego okresu przejściowego. Prezydent elekt Andrzej Duda 6 sierpnia obejmie rządy prezydenckie. Niewłaściwe z jego strony jest jakiekolwiek ingerowanie w obecną sytuację prac konstytucyjnych organów państwa, czyli rządu i parlamentu – powiedział Grupiński w piątek dziennikarzom.

Jak ocenił, apel Dudy o powstrzymanie się przez rząd i większość parlamentarną od istotnych prac to „niezręczność, która nie powinna się zdarzyć”. – Kładę to na karb pewnego braku doświadczenia, nie ma w naszym porządku konstytucyjnym okresu przejściowego, dzisiaj władzę sprawuje Bronisław Komorowski do dnia 6 sierpnia – podkreślił polityk Platformy.

Politycy PiS za Dudą

Tymczasem do apelu Dudy odnosili się uczestniczący w uroczystości politycy PiS.

Były szef CBA, wiceprezes PiS Mariusz Kamiński, pytany później przez dziennikarzy w kontekście apelu Dudy, jakich zmian ustrojowych jego zdaniem nie należy dokonywać, wskazał na kwestię uchwalonej w tym tygodniu przez Sejm nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. – To jest dość oczywiste, widzieliście państwo w Sejmie przeforsowanie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym – powiedział. Jak dodał, „przyśpieszono prace i nagle w ciągu 30 dni mamy wybierać sędziów TK”.

– To jest bardzo poważna sprawa i widać, że ta ekipa zrobi wszystko, by uniemożliwić w przyszłej kadencji nowo wybranym władzom funkcjonowanie – ocenił Kamiński. Według niego nowi sędziowie TK powinni być wybrani wtedy, gdy „ta reprezentacja będzie oddawała nastroje społeczne i opinie obywateli”.

„Są różne rozwiązania”

Do tej samej sprawy nawiązał szef klubu PiS Mariusz Błaszczak. Podkreślił, że liczy na pozytywną odpowiedź ze strony większości koalicyjnej na apel Dudy. – Zobaczymy, jaka będzie odpowiedź. Mam nadzieję, że nie powtórzy się sytuacja ze skoku na Trybunał Konstytucyjny, z czym mieliśmy do czynienia podczas ostatniego głosowania (…) To pokazuje brak wiary w zwycięstwo w obozie PO i skok na stołki – powiedział dziennikarzom.

– Są różne rozwiązania, które mogą utrudnić życie nowej władzy. Mam nadzieję, że nie będą wprowadzane – mówił wiceszef PiS Adam Lipiński.

Uchwalona przez Sejm w środę ustawa dot. TK przygotowana została w Kancelarii Prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jej celem jest m.in. skrócenie czasu rozpatrywania spraw w Trybunale. Ma temu służyć możliwość rozpatrywania mniej skomplikowanych spraw na posiedzeniu, a nie na rozprawie (np. gdy do wydania wyroku wystarczą pisemne stanowiska stron). Odstąpiono też od zasady dyskontynuacji, co umożliwia badanie przez trybunał wniosków posłów minionej kadencji Sejmu.

Sejm zdecydował też, by kandydatury pięciu sędziów TK, w miejsce tych, którym kończy się kadencja, składać w 30 dni od wejścia w życie ustawy. Przedstawiciele PiS podnosili, że oznacza to, iż Sejm tej kadencji wybierze 5 nowych sędziów, choć powinien powołać 3, a następny – 2, bo takie są terminy zakończenia kadencji poszczególnych sędziów.

TOK FM

Chcą całkowicie zakazać aborcji. Projekt ustawy gotowy, podpisy zebrane

Paweł Kośmiński, 29.05.2015
W komitecie inicjatywy ustawodawczej zasiadł odwołany dyrektor Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie prof. Bogdan Chazan

W komitecie inicjatywy ustawodawczej zasiadł odwołany dyrektor Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie prof. Bogdan Chazan (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

– 100 tys. podpisów zebrane. Na tym nie poprzestajemy! – zapowiada Fundacja Pro – Prawo do życia, która chce złożyć w Sejmie projekt ustawy całkowicie zakazującej aborcji. W komitecie inicjatywy ustawodawczej zasiadł odwołany dyrektor Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie prof. Bogdan Chazan.
Obecnie aborcja jest w Polsce dopuszczalna jedynie w trzech przypadkach: gdy ciąża jest wynikiem gwałtu, gdy zagraża życiu lub zdrowiu kobiety bądź w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Regulująca to ustawa to wynik kompromisu wypracowanego jeszcze na początku lat 90.

Fundacja Pro – Prawo do życia chce wykreślenia z ustawy wszystkich tych przesłanek. W myśl prawa karnego każdy zatem, „kto za zgodą kobiety przerwałby ciążę, podlegałby karze pozbawienia wolności do lat trzech”.

„Nie popełnia przestępstwa lekarz, jeżeli…”

– Nie można karać dziecka za czyny przestępcze jego rodziców. Jak najbardziej surowo należy ukarać gwałciciela, a nie karą śmierci – dziecko. Bo aborcja to śmierć – przekonuje w rozmowie z „Wyborczą” Krzysztof Kasprzak z Fundacji Pro.

Nie zgadza się, że projekt jest bardzo restrykcyjny. – W przypadku bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia kobiety można będzie podjąć również takie działania lecznicze, które potencjalnie zaszkodzą dziecku. Np. zastosować chemioterapię. Leczyć kobiety można, nawet narażając życie dziecka. Celowo zabijać nie wolno – przekonuje.

Wskazuje na paragraf, który miałby zostać dopisany do kodeksu karnego: „Nie popełnia przestępstwa lekarz, jeżeli śmierć dziecka poczętego jest następstwem działań leczniczych koniecznych dla uchylenia bezpośredniego niebezpieczeństwa grożącego zdrowiu lub życiu kobiety ciężarnej”.

– Żaden lekarz nic nie zrobi właśnie dlatego, że będzie działał ten mrożący efekt w postaci przepisów prawa karnego – ocenia w rozmowie z „Wyborczą” karnistka prof. Monika Płatek. – W tej ustawie chodzi wyraźnie o to, by przekazać władzę nad kobiecą płodnością w ręce ideologów. Na jakiej podstawie możemy nakazać zgwałconej kobiecie rodzenie? To dzielenie ludzi na tych, którzy mogą o sobie decydować, i na tych, o których to my decydujemy.

Bez „prawa dostępu do informacji, edukacji…”

– „Obrońców życia” pytam, w jaki sposób ustawa, która ma chronić życie, w takiej postaci będzie chronić życie kobiety? W jaki sposób zadbają o realizację ustawy o planowaniu rodziny, która uznaje prawo reprodukcyjne jako prawo do samodzielnego decydowania, kiedy, z kim, ile ktoś chce mieć dzieci? Co zrobili w celu ograniczenia produkcji broni i rzeczywistego ograniczenia sytuacji, w których giną ludzie? A może chodzi tylko o produkcję mięsa armatniego i wykorzystania do tego kobiet? – pyta prof. Płatek.

Fundacja Pro chce zmienić nawet tytuł ustawy „o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży” na „o ochronie życia i zdrowia ludzkiego od poczęcia”.

Z preambuły do ustawy wykreślono m.in. fragmenty, w których mowa o tym, że „troska o życie i zdrowie należy do podstawowych obowiązków państwa, społeczeństwa i obywatela”, czy o „uznaniu prawa każdego do odpowiedzialnego decydowania o posiadaniu dzieci oraz prawa dostępu do informacji, edukacji, poradnictwa i środków umożliwiających korzystanie z tego prawa”. W to miejsce wstawiono zdanie o „respektowaniu wyrażonej w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej zasady prawnej ochrony życia każdego człowieka”.

Do artykułu mówiącego o nauczaniu w szkole wiedzy o życiu seksualnym dopisano zastrzeżenie, że „nauczanie w tym zakresie musi respektować normy moralne rodziców i wrażliwość uczniów”, z ustawy wykreślono punkty mówiące o „dostępie do informacji i badań prenatalnych”.

Lista posłów, którzy „głosowali przeciw życiu”

Fundacja Pro informuje, że pod projektem ustawy udało się już zebrać wymagane 100 tys. podpisów, które daje możliwość złożenia inicjatywy obywatelskiej w Sejmie. – Na tym nie poprzestaniemy! – zapowiadają jednak członkowie komitetu inicjatywy ustawodawczej „Stop aborcji”: Kaja Godek, prof. Bogdan Chazan i Mariusz Dzierżawski. I zapowiadają dalsze zbieranie podpisów.

Projekt ustawy wraz z wymaganymi podpisami fundacja złoży w Sejmie na początku lipca. – Z kalendarza wynika, że Sejm zajmie się ustawą jeszcze w tej kadencji. Będziemy informować – także w trakcie kampanii wyborczej – o tym, którzy posłowie głosowali przeciw życiu. Takie kampanie prowadzimy zawsze głównie lokalnie, w okręgach wyborczych. Jeżeli parlamentarzyści nie słuchają głosu narodu, setek tysięcy obywateli, to trzeba ich wymienić – zapowiada Kasprzak.

To kolejny projekt, który fundacja składa w Sejmie. Poprzedni – w porównaniu z tym dużo mniej radykalny – wprowadzał zakaz aborcji w przypadku nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Nie odnosił się jednak do gwałtu czy przypadków zagrożeniu życia lub zdrowia kobiety. Podpisało się pod nim ponad 400 tys. osób.

Podczas głosowania we wrześniu 2013 r. przeciw jego odrzuceniu opowiedzieli się wszyscy obecni na sali posłowie PiS i Solidarnej Polski oraz większość z PSL. Ale walka z prawem do aborcji ma dłuższą historię. Bo projekt z 2013 r. był w istocie tym, który w 2012 r. złożyli w Sejmie posłowie Solidarnej Polski. Jeszcze w ubiegłej kadencji Sejm rozpatrywał już projekt Fundacji Pro przewidujący całkowity zakaz przerywania ciąży.

Obowiązująca w Polsce ustawa już teraz należy do najbardziej restrykcyjnych w Europie. Na razie jedyny kraj europejski, w którym aborcja jest całkowicie nielegalna, to Malta.

Zobacz także

wyborcza.pl

„Tożsamość Polak-katolik była zastępczą, na czas rozbiorów i zniewolenia. Wtedy pomagała, dziś nie może się sprawdzić”

klep, 29.05.2015
Dominika Kozłowska

Dominika Kozłowska (Youtube)

Dominika Kozłowska, naczelna miesięcznika „Znak”, krytykowała w Radiu TOK FM wizytę Andrzeja Dudy na Jasnej Górze i zaangażowanie Kościoła w kampanię prezydencką. – Tożsamość Polak-katolik była tożsamością zastępczą na czas rozbiorów, zniewolenia. Wtedy pomagała, ale to nie może funkcjonować dziś – wskazywała.

 

Dzień po wyborach prezydenckich Andrzej Duda odwiedził Jasną Górę. Dziennikarzom powiedział, że zawsze w ważnych dla siebie chwilach odwiedzał sanktuarium.

„To jest zgubne dla religii katolickiej”

Dominika Kozłowska, redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, wskazywała w Radiu TOK FM, że wizytę prezydenta elekta w Częstochowie trzeba odczytywać także jako gest polityczny.

– Takie wplątywanie się w polityczne sojusze jest zgubne dla religii katolickiej. Zwłaszcza że tożsamość Polak-katolik była tożsamością zastępczą na czas rozbiorów, zniewolenia, wojny, PRL. Wtedy pomagała, przez to, że nośnikiem tego co narodowe był Kościół, a to co religijne było niesione przez tradycję narodową. Pozwalało to przetrwać jednemu i drugiemu. Ale to nie może funkcjonować dziś, to się dziś nie może sprawdzać – mówiła publicystka.

„Polityka osłabia autorytet Kościoła”

Kozłowska zwróciła uwagę na rolę Kościoła w wyborach prezydenckich. – Józefa Hennelowa, którą cenię jako katoliczkę i publicystkę, na stronie klubów „Tygodnika Powszechnego” napisała, że wszyscy komentatorzy powinni zauważyć, jak ogromną rolę w poparciu elekta odegrał Kościół polski. Kościelne media, a z wyjątkiem „Tygodnika Powszechnego”, opowiadały się jednoznacznie po jednej stronie – wskazywała.

Naczelna „Znaku” zwróciła uwagę na komentarz ks. Tomasza Jaklewicza na stronie internetowej „Gościa Niedzielnego”, który stwierdził, że „ci, którzy są katolikami, wiedzą na którego kandydata powinni głosować. I wiedzą, że to nie obecny prezydent”. Zdaniem publicystki takie zaangażowanie tylko osłabia autorytet Kościoła.

Kozłowska stwierdziła, że prezydent, w poszanowaniu polskiej tradycji współistnienia religii, powinien raczej starać się występować podczas nabożeństw ekumenicznych.

Zobacz także

 TOK FM

Co dalej, zbawicielu? Po co Prawu i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński

Paweł Wroński, 29.05.2015
Jarosław Kaczyński gratuluje Andrzejowi Dudzie po otrzymaniu uchwały o wyborze na prezydenta

Jarosław Kaczyński gratuluje Andrzejowi Dudzie po otrzymaniu uchwały o wyborze na prezydenta (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Przysłowie mówi, że najgorsze mogą być marzenia, które się spełniają. Wygrana Andrzeja Dudy to dla Jarosława Kaczyńskiego problem. Wygrał bowiem polityk, którego główną zaletą jest to, że nie jest Jarosławem Kaczyńskim. Przegrał Bronisław Komorowski – polityk z generacji Kaczyńskiego, którego główną wadą było to, że nie pasował do dzisiejszych czasów. A czy Kaczyński pasuje?
Kaczyński jest ojcem sukcesu Dudy. To on wybrał tego kandydata. Oddał mu machinę wyborczą PiS, usuwając w cień siebie i najbardziej wyrazistych polityków PiS. Teraz jednak po wygranej Andrzej Duda jest na stanowisku prezydenta formalnie niezależny od Kaczyńskiego, nie jest też psychicznie od niego uzależniony jak Lech Kaczyński. Co więcej, widział jako minister w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, że uzależnienie od własnej partii to przyczyna niepopularności prezydenta, a w przypadku Bronisława Komorowskiego jedna z przyczyn klęski wyborczej po pierwszej kadencji.Teraz przed PiS i jego prezesem stoi zdanie poprowadzenia kampanii wyborczej do parlamentu, która – według deklaracji – ma wynieść Kaczyńskiego na stanowisko premiera.

Nie przypuszczam, aby Kaczyński przed wyborami wierzył w wygraną Dudy. Raczej przypuszczał, że sukcesem będzie przejście do drugiej tury i uzyskanie w niej dobrego wyniku, który wydatnie osłabi PO. To był element planu, który miał w jesiennych wyborach doprowadzić PiS do władzy.

Dziś problem Prawa i Sprawiedliwości jest podobny do tego, jaki ma Platforma Obywatelska. Duża część społeczeństwa odrzuca bowiem twardy podział, który rządzi polską polityką – podział na plemiona „platfusów” i „pisiorów”. Obie formacje korzystały z siebie nawzajem jak spragnione krwi wampiry.

Teraz Kaczyński staje się ofiarą sytuacji, w której ta dychotomia robi się nieistotna. Z linii strzału usunął się Donald Tusk, przegrał wybory Bronisław Komorowski. Prezes błąka się po Sejmie, mrucząc: „A niech ich diabli porwą”, na widok sali zajętej przez klub PO. Po przegranej Komorowskiego to on jest w istocie ostatnią figurą „starej polityki”, która kształtowała Polskę przy Okrągłym Stole i potem.

W Polsce kończy się tradycyjny model uprawiania polityki. Po zawarciu przez PiS koalicji z Samoobroną zanikł podział na Polskę postkomunistyczną i solidarnościową. Teraz kończy się podział na wielkie bloki wspierane przez ludowców i postkomunistów. Nadchodzi koniec klasy politycznej związanej z III Rzecząpospolitą, kończą się tradycyjne media jako źródło informacji. Wybory rządzą się logiką cywilizacji cyfrowej, a nie analogowej, do której należał zarówno Komorowski, jak i jeszcze bardziej archaiczny Kaczyński.

Jello Biafra, lider punkowego zespołu Dead Kennedys, dostał zaledwie 4 proc. głosów, gdy startował na burmistrza San Francisco, ale było to przed epoką internetu, Twittera, przemysłowego produkowania hejtu i paranoi. Paweł Kukiz, były lider Piersi, dostał w wyborach prezydenckich 20 proc. i według CBOS cieszy się największym zaufaniem społecznym. Owszem, jest politycznym Nikiforem. Ale czy jego ambicje zaspokoi rola „przystawki” PiS, jaką mu Kaczyński rezerwuje? Czy też Kukiz spróbuje walczyć o całą pulę – wygraną w wyborach? Jest na fali. Czy on czy też PiS jest bardziej wiarygodny w opowieściach o Polsce zrujnowanej, zniszczonej i poddanej władzy Berlina, Kremla i Brukseli?

Owszem jest partia, która dobrze Kaczyńskiemu życzy i pragnie, by w polityce pozostał. To Platforma Obywatelska. Dla partii Ewy Kopacz jego obecność jest jednym z jej ostatnich atutów w wyborach parlamentarnych. Jest nadal w Polsce elektorat, który głosuje na zasadzie: byle nie PiS, a raczej – nie „partia Jarosława Kaczyńskiego”.

PiS stoi przed trudnym dylematem: Czy odesłać Kaczyńskiego do Sulejówka? Kaczyński zaś stoi przed decyzją, czy w imię dobra partii na ten Sulejówek się zgodzić. W TV Republika już z deklaracji bycia premierem Jarosław Kaczyński zaczął się wycofywać.

To musi być bolesne. Kilka lat temu Kaczyński z dumą powtarzał, że na wiecach ludzie skandują: „Jarosław, Polskę zbaw”. A tu misję zbawienia trzeba powierzyć innym.

Zobacz także

wyborcza.pl

Dlatego przegrał Komorowski

Prof. Andrzej Rychard socjolog, Instytut Filozofii i Socjologii PAN, 29.05.2015
Bronisław Komorowski

Bronisław Komorowski (Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

System powoli się zamyka, aspiracje nie zawsze mają szanse realizacji. Część sfrustrowanych wychodzi „poza system” – przez emigrację czy poparcie ruchów poza- lub antysystemowych. Ta frustracja odegrała rolę w porażce Komorowskiego
Prezydent cieszący się jeszcze niedawno tak wysokim poparciem przegrał z kandydatem, który też jeszcze niedawno praktycznie nie istniał na scenie politycznej. Pojawiają się pierwsze próby wyjaśnień.Teoria masochizmu i niedoinformowania

Niektóre z nich są moim zdaniem chybione. Nawet więcej: diagnozy w nich zawarte są obarczone właśnie tymi błędami, które przyczyniły się do porażki prezydenta. Jedną z nich formułuje Adam Michnik: „Te wybory pokazały, że większości wyborców nie wystarcza Polska stabilizacji; wzrostu gospodarczego; demokracji i praw obywatelskich; tolerancji; mediów pluralistycznych i wolnych od cenzury; Polska niepodległa; zabezpieczona przynależnością do UE i NATO; wolna od konfliktów religijnych i etnicznych; szanowana w stolicach innych krajów. Ten model Polski został zakwestionowany w imię zmiany” („Wyborcza”, 25 maja). Krótko mówiąc: większości Polaków nie wystarcza raj, i został zakwestionowany.

Czyli większość Polaków nie chce, żeby było dobrze. To teoria społecznego masochizmu.

Inną koncepcję formułuje prof. Radosław Markowski: „Duda rzucił też hasło powrotu Polski na drogę szybkiego wzrostu, bo słusznie uważa, że jego elektorat nie wie, iż żyje w kraju o najszybszym rozwoju gospodarczym w Europie, deflacji, malejącym bezrobociu i deficycie bud-żetowym. A także w kraju o malejących nierównościach, świetnych międzynarodowych ocenach naszej oświaty i znaczącej roli kobiet w życiu publicznym (patrz raport w » The Economist «, 7 marca br.)” („Wyborcza”, 16 maja). Czyli elektorat późniejszego zwycięzcy nie wie, że jest dobrze, a on to niedoinformowanie cynicznie wykorzystał. To więc z kolei teoria społecznego niedoinformowania: ludzie nie wiedzą, że jest im dobrze. Trzeba było po prostu poinformować niedoinformowanych o tym, że jest im dobrze, i rozpowszechnić raport „The Economist”. Dlaczego nikt w sztabie na to nie wpadł?

Teoria masochistyczna i koncepcja niedoinformowania coś przypominają. Czy wizja społeczeństwa, które nie wie, co dla niego dobre, nie jest podobna do pewnych nietrafnych swego czasu koncepcji Unii Wolności?

Nie uważam, że społeczeństwu trzeba populistycznie schlebiać, że nie ma społecznych irracjonalizmów, że wszyscy są doskonali i trzeba ich w tym utwierdzać. To byłaby druga skrajność. Jednak w swej większości społeczeństwa są jakoś racjonalne, próbują się skutecznie dostosowywać do sytuacji, czasami starają się ją zmieniać. I polskie społeczeństwo przez 25 lat (i nie tylko) w większości takie było. Dokonało tych wszystkich rzeczy, które skądinąd słusznie przypominają Michnik i Markowski. Czy więc ludzie nagle zgłupieli? Tylko przy takim założeniu można by uznać trafność obu przytoczonych tu sądów. To jednak założenie absurdalne.

Teoria: Komorowski – dobry prezydent, zły kandydat

Są też koncepcje szukające przyczyn w samej kampanii: Komorowski – dobry prezydent, zły kandydat; dobra prezydentura, zła kampania. Tak, kampania była zła (początkowa bierność, potem popłoch, nagłe wolty, pewne lekceważenie oponentów). Ale Komorowski – mimo błędów – wcale nie był najsłabszym jej elementem: najlepsze momenty kampanii to dwie debaty, w których nie wypadł źle, a pierwszą zdecydowanie wygrał. A to właśnie ta pierwsza miała być najtrudniejsza, bo dziennikarze, jak przed debatą twierdzili niektórzy, mieli być stronniczy. Wcale nie byli.

Ale przede wszystkim tak ostre przeciwstawianie złej kampanii wspaniałej prezydenturze jest uproszczeniem. Nawet mocniej: słabość kampanii w części odzwierciedlała słabe aspekty samej prezydentury. Chodzi mi o niezbyt dużą aktywność, pewną pustkę programową, raczej reaktywność niż kreatywność. To w jakimś stopniu była prezydentura taka, jakby świat i to, co wokół nas, wciąż tkwiły – powiedzmy – w roku 2010. Jakbyśmy byli po wejściu do UE, a przyszłość była jasna. Mocno to wyostrzam.

To nie jest pełna ocena: doceniam to, co robił prezydent w kwestiach Ukrainy – to były silne elementy kadencji. Dostrzegam też, że konstytucyjna rola prezydenta jest ograniczona. Jednak trochę zabrakło wizji, której oczekuje się od politycznego lidera. Szczególnie w sytuacji pewnego ideowego zamieszania i wyczerpywania się dotychczasowej drogi rozwoju. I tak dochodzimy moim zdaniem do najistotniejszych przyczyn porażki Bronisława Komorowskiego i wygranej Andrzeja Dudy.

Koniec pewnej obietnicy rozwoju?

Przez ostatnie 25 lat dynamikę Polski napędzały trzy główne cele: rynek, demokracja i Europa. Organizowały zbiorowe wysiłki i indywidualne strategie. Jednak od pewnego czasu ta wizja już nie jest tak jasna. Jak pisałem w innych miejscach, przez 25 lat kwestią otwartą była w zasadzie tylko (aż?) prędkość, z jaką osiągniemy cele związane z tymi hasłami, z jaką będziemy zmierzać do z grubsza znanego modelu.

Teraz jest inne wyzwanie: sam model staje się nieco zamglony. To oznacza pewne wyczerpywanie się dotychczasowej drogi rozwoju. Ale w żadnym wypadku to nie jest zakwestionowanie samego rynku, demokracji i Europy w tym sensie, w jakim ujmuje to przywoływany na początku Adam Michnik. To raczej potrzeba nowego sposobu zdefiniowania tych celów. Obecnie bowiem Europa z oczywistych względów przestaje być kotwicą pewności, powiewa z niej niepewnością i dezintegracją. Nawiasem mówiąc, osłabia to główny nurt w Unii, co powoduje, że w pewnym sensie wychodzenie poza ten nurt będzie mniej dostrzegane, mniej widoczne. Wcale nie wiem, czy to dobra wiadomość.

Także społeczne obietnice związane z rynkiem i demokracją tracą moc motywującą. Polityczne uczestnictwo jest słabe. Kryzys ekonomiczny wciąż jest pewnym zagrożeniem. A przede wszystkim osłabia się dynamika budowy ładu merytokratycznego, gdzie za bardziej wartościową pracę jest wyższa płaca. Dokumentuje to prof. Henryk Domański, pokazując, jak od roku 2005 przestaje rosnąć siła związku między wykształceniem a zarobkami – wykształcenie przestaje się opłacać tak jak kiedyś.

Inni socjologowie (badania POLPAN zespołu K.M. Słomczyńskiego) ukazują, że ludzie są często wycofani z rynku i jak rośnie znaczenie podziałów klasowych, jak silnie dostrzegają Polacy konflikty polityczne i ekonomiczne, jak oczekują zaangażowania państwa w redukcję nierówności społecznych.

To źródła społecznej frustracji, która odegrała swą rolę w porażce Komorowskiego. Wyczerpywanie się systemu, który gdzie indziej nazwałem systemem „obietnicy transformacyjnej”, w którym jest jasna droga awansu (wyższe wykształcenie), a aspiracje są zaspokajane. Ten system powoli zamyka się, aspiracje nie zawsze mają szanse realizacji. Część sfrustrowanych wychodzi „poza system” – przez emigrację, nieuczestnictwo w życiu publicznym czy poparcie ruchów poza- lub antysystemowych.

Ta przyczyna porażki ma charakter strukturalny. Nie zależy od jakości kampanii. Nie wynika ze społecznej niewiedzy czy z niechęci do tego, aby Polska się rozwijała. Przeciwnie, wynika z tego, że dla wielu grup nie rozwija się tak, jak tego oczekują. Można w ogromnym uproszczeniu powiedzieć, że w Polsce są dwie grupy sfrustrowanych: grupa „starych niezadowolonych”, których rozgoryczenie wynika z tego, że transformacji było za dużo, że im zagraża. To zwykle starsi, słabiej wykształceni.

Ale jest i grupa druga: to „nowi niezadowoleni”. Oni, odmiennie od pierwszej grupy, są niezadowoleni z tego, że transformacja nie spełniła swej obietnicy, że – w pewnym sensie – było jej za mało. Ci są zwykle młodsi od osób z grupy pierwszej. W jakiejś części głosowali na Kukiza. A Andrzejowi Dudzie udało się pozyskać poparcie obu grup. Jak długo uda mu się je utrzymywać, mimo różnic interesów obu grup, to kwestia otwarta.

Mimo, że procesy te zachodzą już od pewnego okresu, sam też sądziłem, że Bronisław Komorowski wygra wybory. I niewiele brakowało – różnica jest tak niewielka, że istotnie lepsza kampania sama mogłaby wystarczyć do wygranej. Ale i tak warto spojrzeć na głębsze przyczyny niezadowolenia i porażki.

Zobacz także

wyborcza.pl

USA: Nauczyciel przeczytał na lekcji wiersz. I został zwolniony

ro, 29.05.2015
Allen Ginsberg

Allen Ginsberg (fot. wikipedia.org)

David Olio, wykładowca poezji amerykańskiej z South Winsdor w Connecticut, właśnie stracił pracę. Wcześniej przeczytał uczniom wiersz Allena Ginsberga.
David Olio, siwiejący nauczyciel poezji amerykańskiej, zamilkł. Uczniowie w jego klasie zamarli. On właśnie zdał sobie sprawę z tego, co przeczytał. Oni wciąż jeszcze byli pod wrażeniem wiersza „Please, Master”, który w latach 60. napisał Allen Ginsberg.I tak, małe 25-tysięczne miasto South Winsdor w Connecticut podzieliło się na tych, którzy chcą Olio zlinczować, i tych, którzy go bronią.

Proszę, mistrzu

Jak podaje „The Daily Beast”, wszystko dlatego, że Olio poprosił swoich uczniów, aby na jego lekcję przynieśli wiersze, które nimi wstrząsnęły. Planował przeczytać je na głos, omówić język poetów i ich środki wyrazu. Jeden z uczniów wybrał właśnie wiersz Ginsberga. Olio bez zastanowienia przeczytał go na głos.

– Proszę, mistrzu, czy mogę dotknąć twego policzka? Proszę mistrzu, czy mogę klęknąć u twych stóp? Proszę mistrzu, czy mogę rozpiąć twoje niebieskie spodnie – czytał swoim uczniom w wieku od 17 do 18 lat dosadny wiersz o homoseksualnym zabarwieniu.

Już w 24 godziny po tej lekcji Olio dowiedział się, że zostanie zwolniony. 72 godziny później wszczęto przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne. A w trzy tygodnie później pod naciskiem złożył rezygnację.

Zarząd szkół publicznych w South Winsdor uznał, że Olio pokazał rażący brak profesjonalizmu i błędy w ocenie. W oświadczeniu wydanym przez przełożonych nauczyciela czytamy: – Robiąc to, zniszczyłeś zaufanie pokładane w tobie jako nauczycielu, przyniosłeś hańbę szkołom publicznym w South Windsor, podkopałeś pewność, jaką mieli wobec ciebie rodzice, i naraziłeś zdrowie emocjonalne niektórych uczniów.

„Nie mogę napisać testu, bo wciąż myślę o wierszu”

„The Daily Beast” zauważa, że bezceremonialne zwolnienie ukochanego przez wielu nauczyciela sprawiło, że miasteczko zawrzało. Lokalna prasa potępia go we wstępniakach, a mieszkańcy miasta i uczniowie Olio na wyścigi biegną do zarządu szkoły, aby zeznawać na jego korzyść. Robią to też absolwenci. Jeden z nich deklaruje, że wstydzi się za szkołę, która „pozbywa się takiego nauczyciela”. Pastor kościoła, do którego chodzi Olio, dodaje, że twarz profesora „rozjaśnia się za każdym razem, kiedy mówi o uczeniu”. – Pojawia się nagle pozytywna energia. Wierzę, że Bóg stworzył go po to, aby uczył innych – zapewnia.

Olio broni też uczeń, który przyniósł na lekcję feralny wiersz. Tłumaczy, że nauczyciel zachęcał go, aby też uczył angielskiego. Jego rodzice lamentują, że jeden błąd nie może przekreślić niczyjej kariery.

Niektórzy członkowie szkolnej społeczności twierdzą, że problemy zaczęły się, kiedy następnego dnia po lekcji poezji jeden z uczniów powiedział, że nie może napisać testu, bo wciąż myśli o usłyszanym wierszu.

Ta wymówka szybko podbiła media społecznościowe, co skwapliwie podchwyciły lokalne media. Machina ruszyła. – Bardzo współczuję tym nauczycielom, którzy będą teraz cenzurowali siebie samych, nawet na poziomie szkolnictwa wyższego – napisała do lokalnej gazety jedna z matek.

„Ten wiersz to nic nowego”

Oprócz rodziców i uczniów w obronie Olio stanęły też autorytety, Helen Vendler, uznana w USA krytyczka literacka, wysłała list do zarządu szkoły, w której pracuje odwołany nauczyciel. – Dodanie wiersza Ginsburga do listy, na której są już Twain czy Faulkner, to odmawianie wolności dzielenia się swoimi przemyśleniami i fascynacjami. Biorąc pod uwagę to, co uczniowie oglądają w telewizji, ten wiersz nie mówi im nic nowego – przekonuje.

Dyrektorka szkoły South Windsor Kate Carter podaje jednak inną wersję wydarzeń. Cytowana przez NBC przekonuje, że Olio sam przyniósł kontrowersyjny wiersz i nalegał na to, aby podzielić się nim z uczniami. Kiedy niektórzy z nich protestowali, włączył nagranie, na którym Ginsberg sam odczytuje swój utwór. Carter zaznacza też, że Olio nie ostrzegł uczniów przed homoseksualną tematyką wiersza. Nie skonsultował się też z przełożonymi.

Jak podaje NBC Connecticut, Olio nie zostanie przywrócony do pracy. Ale będzie otrzymywał pensję do końca 2015 roku i przez cały 2016 rok.

Zobacz także

wyborcza.pl

Duda dla „Rz”: Nie jestem spokojniutki i grzeczniutki

look, 29.05.2015
- Śmieję się, bo najpierw słyszałem, że jestem potworem, którym należy straszyć ludzi, bo będzie wsadzał do więzień, kamienował ludzi, zrobi tu Teheran i średniowiecze - mówił Andrzej Duda

– Śmieję się, bo najpierw słyszałem, że jestem potworem, którym należy straszyć ludzi, bo będzie wsadzał do więzień, kamienował ludzi, zrobi tu Teheran i średniowiecze – mówił Andrzej Duda (Fot. Marcin Wojciechowski / Agencja Gazeta)

Słyszałem, że jestem potworem, którym należy straszyć ludzi, bo będzie wsadzał do więzień, kamienował ludzi, zrobi tu Teheran i średniowiecze. To nie zadziałało, Polacy nie dali się przestraszyć, więc teraz co, plastik? – mówi prezydent elekt Andrzej Duda w „Rzeczpospolitej” w rozmowie z Robertem Mazurkiem.
Wybrany prezydent pierwszego dużego wywiadu po wyborach udzielił „Rzeczpospolitej”. Obszerną rozmowę Roberta Mazurka z Andrzejem Dudą publikuje weekendowy magazyn „Plus Minus”. Przyszłemu prezydentowi przyszło się w niej zmierzyć ze swoim własnym wizerunkiem „plastikowego człowieka, idealnego produktu marketingu politycznego”.- Śmieję się z tego, bo najpierw słyszałem, że jestem potworem, którym należy straszyć ludzi, bo będzie wsadzał do więzień, kamienował ludzi, zrobi tu Teheran i średniowiecze. To nie zadziałało, Polacy nie dali się przestraszyć, więc teraz co, plastik? – mówił Duda.Jak mężczyzna z mężczyzną, jak ojciec z ojcem

Mazurek wspominał Dudę sprzed dwóch lat, kiedy „był spięty, sztywny, mówiący prawniczą nowomową”. – Wyszkolono pana na potrzeby kampanii – pytał. – Wyszkoliło mnie kilka tysięcy uściśniętych dłoni, tysiące ludzi, z którymi rozmawiałem w 240 powiatach. Mówię to z całą odpowiedzialnością, nikt mnie nie szkolił na potrzeby kampanii.

Duda opowiadał, że wbrew swojemu wizerunkowi nie jest „spokojniutki i grzeczniutki”. Kiedy Mazurek powątpiewał, odpowiedział: – No to szkoda, że mnie pan nie widział, jak się spotkałem z Tomaszem Lisem. Na osobności rozmawialiśmy ostro i twardo jak mężczyzna z mężczyzną, jak ojciec z ojcem – mówił Duda o przypisaniu jego córce przez Tomasza Lisa wpisów z fałszywego konta na Twitterze.

Podtrzymywał swoje obietnice z kampanii: obniżenia wieku emerytalnego czy podniesienia kwoty wolnej od podatku.

Siądę z gejami i szczerze porozmawiamy

Podobnie jak podczas kampanii Duda zapowiedział, że Pałac Prezydencki będzie otwarty, a on sam przyjmie każdą reprezentatywną grupę społeczną. – Przyjdą geje z propozycją małżeństw i co? – pytał Mazurek.

– Siądziemy przy jednym stole, bo są ludźmi takimi samymi jak ja i należy im się szacunek. – Powiem im szczerze, że nie zgadzam się na małżeństwa jednopłciowe ani nie widzę powodu, by legalizować związki partnerskie. Za to chcę ułatwić życie wszystkim obywatelom. Myślę, że byłoby możliwe uznanie statusu osoby najbliższej, która mogłaby choćby dowiadywać się w szpitalu o stan zdrowia czy odbierać korespondencję – mówił Duda.

Dopytywany opowiadał, że ma przyjaciół homoseksualistów, a ich orientacja nie ma dla niego żadnego znaczenia.

Dziś z polskim zdaniem nikt się nie liczy

Duda zapowiada, że doprowadzi do budowy pomnika smoleńskiego przy Krakowskim Przedmieściu. Zapowiedział rozmowy z konserwatorem zabytków, który nie zgadza się na tę lokalizację.

W rozmowie z Mazurkiem przedstawiał się jako orędownik silnego państwa, czyli takiego, które jest mocne gospodarczo i liczy się na świecie. – Powiedzmy sobie brutalnie. Dziś z polskim zdaniem nikt się nie liczy, nikt nas o nic nie pyta. Widziałem do bardzo wyraźnie w PE, widać to było w sytuacjach konfliktów, widać to było przy wojnie w Donbasie – mówił.

Cały wywiad w weekendowym magazynie „Rzeczpospoliej” „Plus Minus”

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Minister kultury: Przed Pałacem nie ma miejsca na pomnik. „Nawet skromny krzyż?” „Ja jestem przeciwniczką nawet skromnych drzew”

olg, PAP, 29.05.2015
Małgorzata Omilanowska, minister kultury i dziedzictwa narodowego

Małgorzata Omilanowska, minister kultury i dziedzictwa narodowego (Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta)

Przed Pałacem Prezydenckim nie ma miejsca na żaden pomnik – oceniła minister kultury prof. Małgorzata Omilanowska, odnosząc się do słów prezydenta elekta Andrzeja Dudy, że przy Krakowskim Przedmieściu powinien stanąć pomnik upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej.

– Problem polega nie tylko na tym, że szukamy odpowiedniej lokalizacji, ale także na tym, że tak naprawdę mówiąc Krakowskie Przedmieście, myślimy o tym kilkudziesięciometrowym odcinku chodnika przed Pałacem Prezydenckim. Tu przed Pałacem Prezydenckim, na żaden pomnik miejsca nie ma – podkreśliła w radiowej Trójce minister kultury i dziedzictwa narodowego.

„Pomnik świateł” też nie jest rozwiązaniem?

Dopytywana, czy nie mógłby to być np. skromny krzyż, dodała, że ona osobiście jest przeciwniczką nawet skromnych drzew stojących na dziecińcach barokowych, klasycystycznych budynków.

– Jeśli mówimy o Krakowskim Przedmieściu, to może trzeba zadać pytanie, czy jest na Krakowskim Przedmieściu jakieś miejsce upamiętnienia, z którego można zrezygnować, przenieść istniejący już pomnik w inne miejsce i na jego miejscu upamiętnić rzeczy istotniejsze. Pod warunkiem, że odspoimy się od myślenia o tym chodniku przed Pałacem Prezydenckim. Bo tam naprawdę, merytorycznie, nie ma możliwości zrobienia tego – dodała.W jej opinii rozwiązaniem nie jest też „pomnik świateł”. Taka koncepcja dot. upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej zakłada umieszczenie w chodniku przed Pałacem Prezydenckim 96 lamp.- Pomnik pełni w przestrzeni publicznej pewne bardzo istotne zadania. Jest miejscem ceremonialnym, miejscem, w którym odbywają się pewne rytuały. On musi w związku z tym być widocznym znakiem. Pomnik światła, co do istoty jest widoczny po zmroku. W polskich warunkach geograficznych oznacza to, że od kwietnia do października widoczny będzie tylko późnym wieczorem. Natomiast wszystkie ceremonie, o których mówimy, na których zależy zarówno rodzinom, jak i wszystkim Polakom, którzy chcą upamiętniać pamięć zmarłych, mogą być celebrowane w ciągu dnia. A wtedy w chodniku będą tylko oczka ze szklanymi szybkami. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak można technicznie przeprowadzić jakąkolwiek ceremonię przed pomnikiem, którego nie ma – powiedziała minister.- Ofiary katastrof są upamiętniane na całym świecie w widoczny w przestrzeni sposób. Tak, aby można tam było złożyć kwiaty, wieńce w odpowiednie rocznice, tego się nie da zrobić na reflektorach – dodała.

Duda chce pomnika przed Pałacem

Podkreśliła również, że temat miejsca upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej, to temat, który „nie powinien być wygrywany politycznie, a jest nieustannie, od pięciu lat”. – Dobrze by było, żeby pomnik powstał, jeśli jest taka wola większości, i dobrze by było, żeby jego forma i kształt były godne i odpowiednie dla tego upamiętnienia. Ja powiem szczerze, że obserwując tę dyskusję, nie widzę szans, żebyśmy zeszli z pułapu politycznego na dyskurs merytoryczny – dodała.

Temat upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej pojawił się ponownie w mediach po pierwszych wywiadach prezydenta elekta Andrzeja Dudy. W czwartek w wywiadzie dla RMF FM powiedział on, że „pomnik upamiętniający ofiary tragedii smoleńskiej powinien stanąć w miejscu, które jest symbolem dla Polaków – tamtej tragedii i dni, które nastąpiły później”.

– Czyli powinien stanąć na Krakowskim Przedmieściu, koło Pałacu Prezydenckiego – dodał. – Jeżeli będą prowadzone rozmowy ze mną, a wierzę, że tak będzie, to będę się opowiadał za tą opcją – zadeklarował prezydent elekt.

Premier Ewa Kopacz oceniła, że nie jest ważne miejsce, w którym powstanie pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej, ale ważna jest intencja, z jaką ludzie będą ten pomnik odwiedzali.

W kwietniu br. Rada Warszawy zdecydowała, że pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej ma stanąć u zbiegu ul. Focha i Trębackiej. Przeciwny takiej lokalizacji jest PiS, który zwraca uwagę, że do tego terenu są roszczenia; wcześniej postulowało, wraz z częścią rodzin ofiar, by pomnik stanął na Krakowskim Przedmieściu.

Według prezydent Warszawy pomnik powinien powstać w ciągu dwóch lat.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s