Bezdomność (17.12.14)

 

Parlamentarzyści: słowa Poroszenki w Sejmie przełomowe

PAP, 17.12.2014
„Decyzja przełomowa”, „sygnał, że Ukraina przyjmuje wyraźnie prozachodni kurs” – tak politycy większości ugrupowań parlamentarnych komentują słowa prezydenta Petra Poroszenki z jego wystąpienia w Sejmie o rezygnacji z pozablokowego statusu Ukrainy, oznaczające chęć zbliżenia z NATO.
W ocenie słów Poroszenki zgodne są nawet Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość.

Zdaniem senatora PO i byłego szefa MON Bogdana Klicha deklaracja prezydenta Poroszenki o tym, że Ukraina zamierza zerwać z doktryną pozablokowości i obrać kurs na NATO, jest „przełomowa”. „Ukraińcy przygotowywali się do tego od pewnego czasu, ale też tak jasno, w sposób tak oczywisty prezydent zadeklarował to po raz pierwszy” – powiedział dziennikarzom Klich.

Senator uważa, że słowa Poroszenki oznaczają jednoznaczne zerwanie z przeszłością i obranie kursu na struktury atlantyckie, przede wszystkim na Sojusz Północnoatlantycki. „Jeśli się jest poza jakąkolwiek organizacją bezpieczeństwa międzynarodowego w dzisiejszych czasach, zwłaszcza tak trudnym obszarze jak Europa Wschodnia, to się jest wydanym na pastwę silniejszego i ten silniejszy może z tym słabszym zrobić, co mu się podoba” – zaznaczył Klich.

Wyraził nadzieję, że zgodnie z deklaracją Poroszenki w niedługim czasie Ukraina zerwie z nieszczęśliwą doktryną pozablokowości. „Nieszczęśliwą, ponieważ ona nie tylko pozostawiała Ukrainę w szarej strefie bezpieczeństwa, ale też jest powodem śmierci co najmniej 4 tys. obywateli Ukrainy w nierównej walce z Rosją” – podkreślił.

Z kolei w ocenie Krzysztofa Szczerskiego (PiS) deklaracja Poroszenki oznacza bardzo wyraźnie, że prezydent Ukrainy wybiera kurs zachodni. „Warszawa jest dobrym miejscem do tego, by o tym powiedzieć” – powiedział dziennikarzom Szczerski. Uznał, że deklaracja padła w Warszawie nieprzypadkowo – oznacza to – mówił – że Ukraina liczy na wsparcie Polski w jej dążeniach do integracji z Zachodem.

Poseł PiS dodał, że obecność Ukrainy w NATO jest perspektywą odległą, ale w najbliższych miesiącach powinna paść odpowiedź na tę deklarację ze strony NATO. „Teraz pozostaje pytanie, czy państwa zachodnie podejmą tę deklarację Poroszenki, powiedzą, że tak, bardzo chętnie widzielibyśmy Ukrainę na ścieżce do NATO i zabierzmy się za to. Wtedy by to oznaczało, że Ukraina nie jest w tej deklaracji samotna, że w państwach zachodnich odbija się ona echem” – podkreślił Szczerski.

W jego ocenie bez takiej deklaracji ze strony szefa NATO Ukraina znajdzie się w szarej strefie i Rosja może zacząć silniej naciskać na Ukrainę. Jeżeli jednak NATO odpowie na deklarację Poroszenki z Warszawy wsparciem, Rosja poczuje – zdaniem Szczerskiego – że NATO chce Ukrainę przyjąć i że konflikt z Ukrainą jest konfliktem z Zachodem. „Dzisiaj nie jest to takie oczywiste” – mówił. „Jeśli Rosja nie wyobrażała sobie Ukrainy w Unii Europejskiej, to tym bardziej nie wyobraża sobie Ukrainy w NATO” – zaznaczył Szczerski.

Były wiceszef BBN i b. wiceminister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski (PiS) uważa natomiast, że deklaracja Poroszenki ws. zrzeczenia się przez Ukrainę statusu państwa pozablokowego „niestety może być w Rosji, która rości sobie pretensje do decydowania o losach Ukrainy, odebrana w sposób nerwowy”.

Waszczykowski uważa, że wypowiedź Poroszenki to była „jasna, stanowcza deklaracja, że żaden kraj trzeci nie ma prawa dyktowania drogi Ukrainie”. „Mam nadzieję, że Polska i inne kraje Zachodu Ukrainie w tym pomogą” – zaznaczył. Według posła dla Polski decyzja Poroszenki oznacza wzmocnienie polskich interesów w zakresie bezpieczeństwa. „Jeśli Ukraina ciągle byłaby krajem obrotowym, neutralnym, przedmiotem rozgrywek międzynarodowych, oznaczałoby to większą destabilizację” – ocenił Waszczykowski.

Z kolei zdaniem Tadeusza Iwińskiego (SLD) słowa Poroszenki o UE i sugestie dotyczące NATO brzmiały zbyt optymistycznie. Na Ukrainie bowiem „proces reform bardzo słabo postępuje”, jest poważny problem korupcji, działają prywatne armie oligarchów, a gospodarka ukraińska jest w dramatycznej sytuacji. „Jeśli chodzi o Unię Europejską, będzie bardzo trudno wstąpić tam Ukrainie nawet za 15 czy 20 lat” – powiedział Iwiński.

Według posła PSL Stanisława Żelichowskiego Polska powinna się czuć wyróżniona faktem, że deklaracja ukraińskiego prezydenta padła w Warszawie. Dodał jednak, że jeśli Ukraina będzie chciała wstąpić do NATO, to jest przed nią jeszcze „bardzo daleka droga”, bo „we współczesnym świecie niewiele można zrobić bez zgody największych graczy, w tym Rosji”.

„To było bardzo ważne wystąpienie, zarówno dla stosunków polsko-ukraińskich jak i dla samej Ukrainy, która zmaga się z rosyjską napaścią” – ocenił wystąpienie Poroszenki szef klubu Sprawiedliwa Polska Jarosław Gowin. Zaznaczył, że docenia to, iż Poroszenko podkreślał konieczność przeprowadzenia reform wewnętrznych oraz przyśpieszenia w dążeniach do dołączenia do instytucji europejskich i zachodnich, jak NATO.

Ale polskim parlamentarzystom nie wszystko się w wystąpieniu Poroszenki podobało. W ocenie Szczerskiego zabrakło dwóch spraw; pierwsza to deklaracja ze strony Ukrainy, że nie wyobraża sobie rozmowy o przyszłości swojego państwa bez udziału Polski.

„Odwrotnie, padło zdanie o tym, że trzymamy się +formatu mińskiego+, gdzie Polski nie ma. To niestety pokazuje, że ten brak Polski przy stole ukraińskim jest na razie trwały” – powiedział poseł PiS. Druga sprawa, której według Szczerskiego zabrakło, to ustalenia dwustronnej agendy na temat tego, co w najbliższych miesiącach Polska i Ukraina wspólnie zrobią. „To sygnał, że w Polsce jest za mało inicjatyw w kierunku większego planu dla Ukrainy, oprócz samorządu, który jest ważny, ale nie najważniejszy” – mówił Szczerski.

Prezydent Petro Poroszenko zapowiedział w środę w polskim Sejmie, że po powrocie do swego kraju złoży w parlamencie wniosek o zrzeczenie się przez Ukrainę statusu państwa pozostającego poza blokami wojskowo-politycznymi. Zapewnił, że Ukraina wróci na kurs ku integracji z przestrzenią bezpieczeństwa euroatlantyckiego.

Uchwalona w lipcu 2010 r. ustawa o zasadach polityki wewnętrznej i zagranicznej, wykreśliła z nich dążenie Kijowa do członkostwa w NATO. W ustawie była mowa o „utrzymaniu przez Ukrainę polityki pozablokowości”, co oznacza „nieuczestniczenie w sojuszach wojskowo-politycznych” – a więc w NATO. Zawarto w niej jednocześnie sformułowanie o kontynuowaniu „konstruktywnego partnerstwa” z sojuszem.

wyborcza.pl

FAQ Włochy. Cały kraj strajkuje, ludzie protestują przeciwko reformom rynku pracy

Setki tysięcy Włochów wyszły na ulice protestować przeciwko reformom Renziego.
Setki tysięcy Włochów wyszły na ulice protestować przeciwko reformom Renziego. Fot. screen z youtube.com

Setki tysięcy Włochów wyszły na ulice miast od Mediolanu po Palermo. Protestują przeciwko reformom rządu premiera Matteo Renziego wymierzonym w rynek pracy, szczególnie stanowczo sprzeciwiając się zmianom art.18, który chroni pracowników przed zwolnieniem. Renzi, pod presją ze strony UE i MFW, mówi, że zmiany są konieczne. Przedstawiciele związków zawodowych odpowiadają: Musimy zatrzymać upadek kraju. Jeśli reformy, to tylko w porozumieniu ze związkami zawodowymi.

Pierwszy strajk generalny od dawna

W 2002 roku Włochy zatrzymały się podczas strajku generalnego – pierwszego od dwudziestu lat. Także wówczas protestowano przeciwko zmianom artykułu 18. W piątek Italia zatrzymała się ponownie, a na ulice największych włoskich miast wyszły setki tysięcy ludzi. Strajkowali wszyscy – pracownicy lotnisk, szkół, szpitali. Odwołano połowę lotów, nie jeździły pociągi. Studenci i robotnicy nie zgadzają się na rządowe reformy, które – zdaniem związków zawodowych, organizatorów strajku, będą miały fatalny wpływ na włoski rynek pracy.

Premier Matteo Renzi przekonuje, że swoim flagowym projektem znanym pod nazwą „Jobs Act” chce sprawić, by rynek pracy był bardziej elastyczny, zaś związki zawodowe, a wraz z nimi setki tysięcy Włochów uważają, że przez reformę art. 18 łatwiej będzie zwalniać pracowników. Są zdania, że istniejące regulacje są niezbędne, by chronić pracowników. Sytuacja jest poważna – po raz pierwszy dwa największe związki zawodowe są przeciw reformom centro-lewicowego rządu, przy czym warto pamiętać, że lewicowa i centro-lewicowa administracja tradycyjnie ma dobre relacje ze związkami zawodowymi.

Kto protestuje i przeciw czemu

Strajk generalny, który sparaliżował Włochy, zorganizowały dwa największe związki zawodowe UIL i Cgil. Protestują przeciwko całemu pakietowi reform forsowanych przez Renziego – który z kolei jest pod presją ze strony Unii Europejskiej oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego – jednak najbardziej zależy im na utrzymaniu art. 18 w takim kształcie, w jakim jest. Obowiązuje on od 1970 roku i stanowi, że pracodawca nie może zwolnić pracownika bez właściwego, usprawiedliwionego powodu.

– Trzeba zrozumieć, że we Włoszech art.18, który chroni niesprawiedliwe zwolnionego pracownika, jest podstawą kultury pracy. Ten artykuł jest częścią Statuto dei Lavoratori, który chroni prawa i wolności fundamentalne dla zatrudnionego zarówno na czas nieokreślony, jak i part-time. Przez lata jednak okazało się, że art. 18 stworzył zbyt sztywną regułę, która wymagała natychmiastowego ponownego zatrudnienia pracownika, z takimi samymi obowiązkami i pensją – wyjaśnia naczelny „Gazzetta Italia” Sebastiano Giorgi.

Elastyczność na rynku pracy Renzi rozumie jako większą swobodą zatrudniania i zwalniania pracowników, podczas gdy art. 18 chroni pracowników dużych i średnich firm przed zwolnieniem. Krytycy tego artykułu uważają, że spowalnia on gospodarkę i powoduje zator na rynku pracy, ponieważ pracodawcy będę mniej chętniej zatrudnić pracowników, których potem nie będą mogli zwolnić.

Uważają, że utrzymanie artykułu stworzy dwubiegunowy rynek pracy – z jednej strony będą starsi pracownicy, chronienie przez art.18, z drugiej – młodzi, z małymi szansami na znalezienie pracy. Kolejne rządy próbowały zabrać się za reformę art. 18 – bez powodzenia. Obejmując w lutym urząd premiera Matteo Renzi obiecał m.in. stworzenie jednolitego, elastycznego rynku pracy.

– Od 40. lat podejmowane są próby zreformowania art.18. W zbiorowej wyobraźni art. 18 jest przedmurzem praw pracowniczych i żadna siła polityczna nie była do tej pory w stanie go ruszyć. Jedynym sukcesem na tym polu było zwiększenie możliwości zwolnienia pracownika, co nastąpiło w 2012 roku – mówi redaktor naczelny „Gazzetta Italia” w Polsce Sebastiano Giorgi.

Co mówią związkowcy

– Nie poddamy się „Jobs Act”. Do rządu należy wybór – próbować eskalować konflikt czy rozmawiać. Musi być jasne, że my się nie zatrzymamy. Będziemy przeciwdziałać złym wyborom po to, by mieć w tym kraju perspektywę zatrudnienia – mówiła Susanna Samusso z Cgil.

Wtórował jej Carmelo Bargallo z Uil. – Wszystkie dane wskazują na to, że kraj się stacza. Chcemy zatrzymać ten upadek i sprawić, by kraj ruszył z miejsca – mówił, dodając, że oczekuje, iż obecny rząd, chcąc wprowadzić reformy, będzie rozmawiał o nich ze związkami zawodowymi.

Premier Matteo Renzi komentuje krótko: – Politycy muszą mieć odwagę, by przeprowadzać reformy. Zwłaszcza we Włoszech, gdzie zmiany są konieczne.

Dlaczego jest tak źle

Sytuacja gospodarcza Włoch jest katastrofalna, a znalezienie pracy graniczy w cudem. Wskaźniki bezrobocia należą do najwyższych w Europie, a szczególnie wysokie są wśród młodych – w tej grupie wynosi aż 43 procent. O powadze sytuacji świadczy liczba Włochów, którzy decydują się na emigrację – w ubiegłym roku z kraju wyjechały 82 tys. osób. Najwięcej od dekady. Wielu z nich szuka pracy w Polsce – szacunki redakcji „Gazzetta Italia” pokazują, że nad Wisłą mieszka już nawet 10 tys. Włochów.

Zadłużenie wewnętrzne kraju należy do najwyższych w strefie euro, zaś wskaźniki wzrostu są niskie – od 2000 roku PKB spadło o prawie 7 proc., czyli więcej niż w Grecji, na Cyprze i w Portugalii. Do słabej dynamik wzrostu i bezrobocia dochodzą tradycyjne problemy, z którymi Italia zmaga się od lat – nadmiernie rozbudowana demokracja i brak innowacyjności. Sytuacja jest tak zła, że coraz częściej pojawiają się analogie do scenariusza greckiego i głosy o wyjściu Włoch ze strefy euro.

naTemat.pl

 

 

 

 

 

Pierwszy mecz w historii polskiej kadry. Przegrali, ale byli niesamowicie dumni

Reprezentacja Polski przed swoim pierwszym w historii meczem (18.12.1921)
Reprezentacja Polski przed swoim pierwszym w historii meczem (18.12.1921) Domena publiczna

Ten mecz musiał zakończyć się porażką polskiej reprezentacji, debiutującej w oficjalnych rozgrywkach. Skazywani na pożarcie nasi piłkarze grali w jaskini lwa – podejmowała ich w Budapeszcie o wiele wyżej notowana drużyna Węgier – a zakończyło się najniższym wymiarem kary. Polska uległa Węgrom zaledwie 0:1. „Sukces polskiego sportu piłki nożnej” – pisało wigilijne wydanie „Przeglądu Sportowego”.

18 grudnia 1921 roku – tę datę powinien znać każdy miłośnik futbolu. Bo wtedy właśnie, zaledwie trzy lata po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, narodowa reprezentacja stoczyła pierwszy bój. Na boisku oczywiście, choć nie umilkły jeszcze echa po walce o kształt granic odrodzonego państwa. A Polski Związek Piłki Nożnej zawiązano ledwie dwa lata wcześniej…

Jako że „Polak i Węgier – dwa bratanki”, nasi futboliści przyjęli zaproszenie od bratniego narodu i wyjechali do Budapesztu. Na miejscowym stadionie, przy widowni liczącej ok. 8 tys. widzów (według „PS” aż 10 tys.), rozegrali pierwszy oficjalny mecz piłki nożnej – w barwach narodowych.

Nasi wybiegli na murawę w ofensywnym ustawieniu 1-2-3-5 (pięciu napastników), podobnie zresztą jak ich przeciwnicy. Witani oklaskami Polacy zaczęli w składzie: Jan Loth II – Ludwik Gintel, Artur Marczewski – Zdzisław Styczeń, Stanisław Cikowski, Tadeusz Synowiec (kapitan) – Stanisław Mielech, Wacław Kuchar, Marian Einbacher, Leon Sperling – Józef Kałuża. Szkoleniowcem był… Węgier – Imre Pozsonyi, który na co dzień prowadził Cracovię (w 1921 roku zdobyła tytuł mistrza Polski).

Za najbardziej znanego polskiego piłkarza uchodził Wacław Kuchar, uczestnik obrony Lwowa w latach 1918-1919, żołnierz Wojska Polskiego, wszechstronnie uzdolniony sportowiec. Jako pierwszy zdobył tytuł na „sportowca roku” w plebiscycie organizowanym przez „PS”.

Większość wymienionych graczy polskiej kadry – siedmiu – było zawodnikami Cracovii, trzech Polonii Warszawa, dwóch Pogoni Lwów i jeden – poznańskiej Warty. To nie pomyłka, do stolicy Węgier pojechało zaledwie 13 piłkarzy. A jechali pociągiem, bez wygód przez… półtorej doby.

Pierwszy gwizdek sędziego Emila Grätza z Czechosłowacji rozległ się o godzinie 14 czasu miejscowego. Murawa była mokra i grzęska, w trakcie spotkania padał śnieg. Pomimo złych warunków grę od razu zdominowali faworyci. Polacy nie zamierzali jednak tak łatwo odpuszczać, pomimo nerwowości, która wkradła się w ich szeregi. – Za to wszyscy grali z szaloną ambicją i ofiarnością, którą zgodnie chwalą dzienniki węgierskie, przeciwstawiając się obojętności i zblazowaniu węgierskich graczy – napisał „PS” z 24 grudnia 1921 roku.

Ostatecznie piłka załopotała w polskiej siatce jedynie raz – gola dla Węgrów zdobył w 18 minucie Jenö Szabo. – W 18 min. Wiener II. centruje; robi się tłok pod bramką polską, z którego korzysta Szabo, strzelając po wyminięciu Marczewskiego z bliskiej odległości pierwszą i jedyną bramkę dla Węgrów. Loth, który w tym momencie biegł w przeciwny róg, zdołał jeszcze załapać piłkę ręką, lecz strzał był za silny – relacjonował „PS”.

Madziarzy mieli wiele więcej sytuacji bramkowych, nie wykorzystali nawet rzutu karnego. Bardzo dobrze bronił polski bramkarz, którego absolutnie nie można było obwiniać za utratę jedynej bramki. Zresztą taki wynik przed meczem Polacy braliby w ciemno.

Nasza reprezentacja uległa potentatom minimalnie – to było spore zaskoczenie, zważywszy na fakt, że Węgrzy zadebiutowali na piłkarskich boiskach już w 1905 roku, a więc szesnaście lat przed Polakami. Mieli za sobą sporo zwycięskich meczów z mocnymi przeciwnikami. Przed meczem z Polską w pokonanym polu zostawili m.in. Niemcy (zwycięstwo Węgier 3:0) i Szwecję (4:2). Tymczasem nasi wygrali wcześniej z takimi „potęgami” jak reprezentacje: Bielska, Krakowa i Lwowa.

Ale nie tylko umiejętności zaważyły na ostatecznym wyniku meczu. Przecież nasi piłkarze mieli za sobą trud 36-godzinnej jazdy pociągiem. Stąd też, według „PS”, powinna płynąć nauka na przyszłość dla polskiego związku piłkarskiego. – Powinno to być dla P.Z.P.N. wskazówką na przyszłość, by przed ważnymi zawodami drużyna miała dzień wypoczynku po dłuższej podróży – czytamy w popularnej sportowej gazecie.

Na uwagę zasługuje też entuzjazm, z jakim na jej łamach przyjęto rezultat meczu. – A wynik ten jest naprawdę nadzwyczaj chlubny. Ponieśliśmy najmniejszą porażkę, jaką zna ten sport (…). Przez wynik ten doprowadziliśmy do tego, że od razu stajemy się państwem, z którem zagranica w sporcie piłki nożnej liczyć się musi – tłumaczono w „PS”.

Kończąc tym optymistycznym akcentem, pozostaje nam patrzeć z nadzieją w przyszłość i liczyć na sukcesy polskiej reprezentacji, bijącej się o awans na Mistrzostwa Europy we Francji.

naTemat.pl

Były oficer wywiadu o planowanych zamachach w Polsce: To nie jedyny przypadek. Trzeba wzmóc czujność

Były oficer wywiadu o planowanych zamachach w Polsce: To nie jedyny przypadek. Trzeba wzmóc czujność
Były oficer wywiadu o planowanych zamachach w Polsce: To nie jedyny przypadek. Trzeba wzmóc czujność Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

– Moment ujawnienia tych informacji o planowanych zamachach w Polsce jest bardzo adekwatny do sytuacji – mówi w „Bez autoryzacji” Vincent V. Severski, były oficer polskiego wywiadu. Jego zdaniem, polskie społeczeństwo powinno się obudzić i zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy zaściankiem.

Gen. Paweł Pruszyński, były zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ujawnił wczoraj, że w Polsce miało dojść do zamachów terrorystycznych na dużą skalę. Dobrze, że ta informacja wypłynęła?

Vincent V. Severski: I dobrze i nie dobrze. Zależy, jak na to spojrzeć, podobnie jak z więzieniami CIA w Polsce. Społeczeństwo będzie podzielone. Część będzie uważała, że terrorystów trzeba zamęczyć, inni że nie wolno. Tak samo jest z tą informacją.

W obecnej sytuacji napięcia i tych wszystkich błędów, które były popełniane, mimo wszystko przychylam się na stronę tych, którzy uważają, że trzeba w końcu wzmóc czujność społeczeństwa i podnieść dyscyplinę, ujawniając tego typu informacje. To może wywołać sensację wśród niektórych dziennikarzy, ale ogólny efekt społeczny jest pozytywny. Dzięki tej informacji może wzrosnąć odpowiedzialność i zostanie przypomniane nasze miejsce i rola we współczesnym świecie. A nie jesteśmy zaściankiem niestety, jak to wielu sobie wyobrażało.

A to, w jaki sposób ujawniane są tego typu informacje, czyli niemal przypadkiem w czasie rozmowy w telewizyjnym studiu, to jest w porządku?

A jak powinno się odbywać? Wyobraża pan sobie oświadczenie szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Orędzie prezydenta? Powiedział to generał, były zastępca szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który się tymi sprawami zajmował. Forma przekazania może być sensacyjna, ale to nie jest jakiś tam sobie przeciek dziennikarski, tylko mówi to wysoki funkcjonariusz służb specjalnych Polski.

Dlaczego nie mogło to zostać ujawnione wcześniej?

Nie mogę odpowiedzieć na pytanie, czy stoi za tym jakiś mechanizm zaplanowanego działania, czy też premedytacja władz. Ja w tym nie uczestniczyłem. Ale z punktu widzenia skutków uważam, że jest to dobry moment. Dlatego że zagrożenie terrorystyczne, co widać gołym okiem, gwałtownie wzrasta i myślę że taka informacja ma podobny skutek , co kubeł zimnej wody dla wielu rozgrzanych głów.

Powiedział pan na początku rozmowy, że zna sprawę. Zna ją pan dopiero od wczoraj?

Bez komentarza.

A czy sądzi pan, że to była jedyna tego typu planowana akcja w Polsce na dużą skalę?

Nie jedyna. Nic więcej nie mogę powiedzieć. Działalność służb z założenia jest tajna, z oczywistych powodów tłumaczyć tego przecież nie można. Zawsze należy zakładać, że to co się ujawnia, jest elementem jakiejś większej całości, większej liczby zdarzeń, które istnieją. W końcu agenci służb specjalnych po to są. Moment ujawnienia tych informacji jest bardzo adekwatny do sytuacji.

naTemat.pl

Świętuję plan Balcerowicza

Bogusław Chrabota 17-12-2014

Trudno dziś, po 25 latach, oderwać projekt reform od nazwiska ich twórcy, ale spróbuję, bo choć Tadeusz Mazowiecki powierzył to dzieło Leszkowi Balcerowiczowi, to przecież nie chodziło tu o przeprowadzenie jakiegoś autorskiego eksperymentu, tylko o ratowanie upadającego kraju.

Ktoś musiał podjąć to wyzwanie; ktoś musiał przemyśleć główne słabości ówczesnej Polski i znaleźć na nie receptę. Na dodatek zaordynowane leki musiały być skuteczne, bo podobnej choroby nigdy wcześniej nie leczono, i terapia, choć trudna, musiała być konsekwentna, a to wymagało niebywałej siły woli.

Każda perspektywa historyczna narzuca swoją optykę. Dziś jako beneficjenci tamtych reform możemy dyskutować o błędach, przypominać o sferach wykluczenia, wyliczać zakłady pracy, co to mogły przetrwać, a nie przetrwały, albo biadolić nad potrzebą odbudowy przemysłu. Jednak wtedy Polska stanu wojennego i bankrutującego socjalizmu była na progu ostatecznego załamania. Karnawał „Solidarności” i stan wojenny podważyły jakąkolwiek legitymację komunistycznej władzy. Byliśmy jako naród w stanie rewolty wobec własnego państwa.

Widoczne to było nie tylko w polityce, ale również w ufundowanej na fałszywych przesłankach gospodarce. To z jednej strony jej nakazowo-rozdzielczy charakter, z drugiej zaś uwikłanie w absurdalny, skrajnie zideologizowany system o nazwie RWPG, z tzw. rublem transferowym czy elementarnym brakiem poszanowania reguł podaży, popytu i konkurencji. W ten system wkalkulowano również zalegalizowaną kradzież, czyli przywileje gospodarcze dla tzw. jgu (jednostek gospodarki uspołecznionej), wobec których prywatna własność z zasady była na pozycji przegranej. W tamtej Polsce stało się w całonocnych kolejkach po żywność, kupowało się na kartki, a kaleka odsprzedający bułki z drobnym zyskiem był skazywany za spekulację. I najważniejsze: etos ludzkiej pracy sięgał przysłowiowego bruku.

Alternatywa? Czy była możliwa, wyobrażalna? Bo niewątpliwie konieczna. Komuniści mieli tego świadomość. Szukali jakichś rozwiązań pośrednich, bredzili o „trzecich drogach”, słowo „kapitalizm” wciąż było przeklęte. Jednak świadomość katastrofy zmusiła ich do poluzowania w gospodarce. Już w 1988 roku premier Mieczysław Rakowski zdecydował się poprzeć tzw. ustawę Wilczka, która dawała szerokie pole prywatnej przedsiębiorczości. Świadomość potrzeby fundamentalnych reform była powszechna. Tylko jak je zacząć? W którą stronę poprowadzić? Jak się do nich zabrać? Skala wyzwań do dziś rzuca na kolana.

Plan Balcerowicza był więc niezbędny. Powstał szybko. Nie był aż tak brutalny, jak się dziś uważa. Jego skutki były dla niektórych okrutne, ale wciąż pytam, czy mogło być inaczej? Zatrzymał inflację. Uwolnił kurs złotego. Wyrównał szanse przedsiębiorstw niezależnie od form własności. Zmusił do spłacania kredytów. 
I całkiem naturalnie wprowadził do języka słowo, które wcześniej było zakazane: kapitalizm. Za to jestem szczególnie wdzięczny. Nastąpiła demitologizacja obu pojęć będących w komunizmie symbolami dobra i zła: socjalizmu i kapitalizmu, które od tamtych czasów funkcjonują jako równoprawne koncepcje organizacji życia gospodarczego.

Na początku nie było łatwo. Upadek produkcji przemysłowej. Bankructwa. 
A w ślad za nimi ryczące – w przenośni i dosłownie – bezrobocie. Niemal dwucyfrowa recesja. Spadek realnej płacy o jedną czwartą. Powszechne ubożenie. W istocie, można było załamać ręce! Ale jednocześnie ta siermiężna, wychylająca się przez lady ulicznych szczęk kapitalistyczna Polska zaczęła nabierać kolorów. Ludzie z mniejszych ośrodków ruszyli do miast. Praca zaczęła znowu nabierać sensu. Wchodziliśmy w epokę wolności.

Czy żal mi tych obrzydliwych, zaniedbanych fabryk, hut i oblepionych błotem PGR-ów? Nie żal. Żal mi ludzi, którzy nie umieli się z nich wyrwać, chociaż jestem pewien, że gdyby mieli tkwić w nich przez kolejne dziesięciolecia, nie byliby szczęśliwsi. Czy można było mądrzej, wrażliwiej, uważniej? Pewnie tak, ale moim zdaniem i tak było mądrzej, wrażliwiej i uważniej, niż działo się to za wschodnią granicą. I dziś, zwłaszcza kiedy stamtąd wracam, myślę, że mimo wszystkich naszych błędów i słabości trzeba cenić Polskę, która wyłoniła się z niebytu komunizmu dzięki Mazowieckiemu i jego Ludwigowi Erhardowi. I świętować plan Balcerowicza.

W specjalnym dodatku

„25 lat reformy Balcerowicza”

przeczytasz także:

– Jacek Żakowski, komentator „Polityki” oceniając dokonania Balcerowicza posłużył się efektownym porównaniem: Plan Balcerowicza był jak pendolino. Kiedy go uchwalano, był zgodny z trendami zachodniej makroekonomii i nowoczesnej polityki gospodarczej, chociaż w istocie stanowił dość marnotrawny eksperyment. Czytaj więcej

– Prof. Ryszard Bugaj narzeka: Reformowanie przedsiębiorstw państwowych oznaczało w praktyce ich likwidację. Próby ocalenia przynajmniej części tych firm traktowane były jako próby ratowania dawnego systemu.  Czytaj więcej

– Prof. Stanisław Gomułka podkreśla dokonania ważne z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego: Liberalizacja cen, która miała na celu zlikwidowanie niedoborów, przyniosła efekty już po trzech–czterech miesiącach: zniknęły kolejki przed sklepami.  Czytaj więcej

– Efektem tego, że mieliśmy kompleksowy plan Balcerowicza, był fakt, że nie musiały go nam narzucać międzynarodowe instytucje, np. MFW – mocno podkreśla szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich Ryszard Petru.  Czytaj więcej

– Zdaniem Andrzeja Sadowskiego, wiceprezesa Centrum im. A. Smitha plan Balcerowicza już ma swoje miejsce w historii Polski.  Czytaj więcej

– Jaka była Polska gdy Balcerowicz ogłaszał swój plan? Socjalistyczna gospodarka nakazowo-rozdzielcza doszła do kresu możliwości. Znalazła się na skraju bankructwa, trzeba było ją natychmiast reanimować, wprowadzając jednocześnie podstawowe zasady wolnego rynku: wolny przepływ kapitału i pracy. W styczniu 1989 r. ceny w sklepach były o ponad 80 proc. wyższe niż rok wcześniej. Potem było jeszcze gorzej. W lipcu roczna inflacja wynosiła już 104 proc., w październiku – ponad 400 proc., w grudniu – ponad 600 proc. W szczytowym momencie, w lutym 1990 r. sięgała już prawie 1200 proc. Czytaj więcej

– Wdrożenie planu nastąpiło wraz z początkiem 1990 r. Ruszył prywatny handel zagraniczny, kasa państwa zanotowała nadwyżkę (była to jedyna nadwyżka do dzisiaj). Inflacja zaczęła się kurczyć. Spadała produkcja przemysłowa. Polacy biednieli, bo płaca realna obniżyła się o 25 proc. Ruszyła fala bankructw przedsiębiorstw państwowych i zwolnień pracowników. Z czasem plan Balcerowicza pomógł gospodarce wyjść z głębokiego nurkowania. Koszty reform w Polsce nie były ani tak głębokie, ani tak długotrwałe jak u naszych sąsiadów.  Czytaj więcej

Archiwalne wywiady z Leszkiem Balcerowiczem oraz inne ciekawe artykuły „Rzeczpospolitej”:

Wywiady:

Szukam młodych, którzy zmieniliby polską politykę

Tylko nacisk opinii publicznej uzdrowi Temidę

Odkładane reformy kosztują najwięcej

Skok na emerytalne oszczędności

Balcerowicz: Jego styl to stanowczość i brak agresji

Zachód zareagował za słabo

Platforma sama sobie szkodzi

Prawdziwy cel narodowy

Propagandowe chwyty, fałszywe dylematy

Źle znoszę wciskanie Polakom kitu

Marek Belka powinien ustąpić

Musimy gonić najbogatszych

Reformować państwo, a nie straszyć

Leszek Balcerowicz: Kryzys grecki nam nie grozi – dzięki Konstytucji RP

Nie wierzcie w fałszywych świętych Mikołajów

Artykuły:

Mija 25 lat od planu Balcerowicza

Szok, który wyprowadził kraj na prostą

Faszyzm i komunizm to jedna rodzina

Usiłowano kupczyć niezależnością NBP

Thatcher – mądrość i odwaga

Balcerowicz: to pogarda dla prawa

Balcerowicz o zmianach w waloryzacji emerytur: propagandowa zagrywka

Balcerowicz kontra Karta nauczyciela

Jabłoński: Balcerowicz musi zostać

Balcerowicz chce szybszej rezygnacji prezesa swojej fundacji

Prawie jak liberał

Balcerowicz wzywa do protestu przeciw reformie OFE

SLD idzie na wojnę z… Balcerowiczem

Leszek Balcerowicz nie chce odejść

Balcerowicz ostro krytykuje rząd

FOR: prof. Leszek Balcerowicz laureatem nagrody Miltona Friedmana

Jest polski licznik długu

OFE: nie będzie debaty Balcerowicz-Rostowski

Balcerowicz wygrał debatę

Balcerowicz: Tadeusz Mazowiecki był człowiekiem zasad

Balcerowicz, herbaciany lider

Z reformami nie można zwlekać

Kapitalizm czy politycy odpowiadają za kryzysy

rp.pl

Pomoc dla bezdomnego z Anglii? Jednak się dało

Sławomir Skomra, 17.12.2014
Lublin, grudzień 2013 r. Wigilia Starego Miasta organizowana przez dominikanów

Lublin, grudzień 2013 r. Wigilia Starego Miasta organizowana przez dominikanów (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Pan Paweł we wtorek wieczorem dotarł z Londynu do Lublina. Czekało na niego łóżko w noclegowni, a rano zajęli się nim pracownicy socjalni. Tak kończy się historia bezdomnego z Anglii, któremu chciała pomóc nasza czytelniczka
Ta historia zaczęła się kilka dni temu, gdy do redakcji „Wyborczej” zadzwoniła pani Iwona. gdy do redakcji „Wyborczej” zadzwoniła pani Iwona. Na co dzień pracuje w Londynie w pozarządowej organizacji społecznej jako tłumacz i pracownik socjalny. Urlop spędza w Lublinie.

W tym czasie z panią Iwoną skontaktowali się znajomi z organizacji Barka, która chciała pomóc Pawłowi – bezdomnemu Polakowi z Londynu. Mężczyzna po latach spędzonych w Anglii chciał wrócić do rodzinnego Lublina.

Barka pomogła bezdomnemu wyrobić w konsulacie tzw. „zjazdówkę” – dokumenty potrzebne do opuszczenia Anglii, kupiła mu bilet na autokar i dała parę groszy na drogę. Pani Iwona została poproszona o jedną, drobną rzecz – żeby odebrała mężczyznę z dworca autobusowego i zaprowadziła go do noclegowni, gdzie czekałoby na niego łóżko.

Urzędnicy na dywanik

Kiedy jednak czytelniczka poprosiła o wsparcie Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, zderzyła się ze ścianą urzędniczą. Pracownicy MOPR nie byli w stanie zarezerwować dla pana Pawła miejsca w noclegowni, dziwili się w ogóle, że mężczyzna wraca, i radzili: „jak ktoś chce, to w Anglii zawsze znajdzie pracę”.

Po naszym artykule sprawy potoczyły się inaczej. Urzędnicy wygłaszający takie opinie trafili na „dywanik”, a miejsce w noclegowni udało się zarezerwować.

– Odebrałam Pawła we wtorek o godzinie 20. Widać, że był zmęczony podróżą, zdezorientowany, wycofany – mówi pani Iwona. – Zawieźliśmy go do noclegowni przy ul. Młyńskiej 8. Czyli tam, gdzie zależało mi od samego początku, bo to zaledwie parę kroków od Dziennego Ośrodka Wsparcia dla Bezdomnych i nie musiał jeździć komunikacją miejską po mieście, którego już nie zna – opowiada.

Pomoc przed zimą

W środę rano kobieta odwiedziła pana Pawła. Urzędnicy socjalni przeprowadzili z nim wywiad, żeby ustalić, jakiej pomocy potrzebuje. – Jesteśmy w stanie udzielić mu szerokiej pomocy. Od zagwarantowania ciepłego posiłku, odpowiednich na zimę ubrań, przez pomoc w znalezieniu dachu nad głową, po wsparcie finansowe. Potrzebne jest choćby dlatego, by ten pan zrobił sobie zdjęcia do dowodu osobistego, bo nie ma żadnych dokumentów – mówi Magdalena Suduł, rzecznik MOPR w Lublinie.

Dużo o panu Pawle nie możemy napisać, bo aby ujawnić takie dane, MOPR musi mieć jego zgodę, a tej nie udało się zdobyć. Wiemy, że studiował na KUL, w Anglii był 13 lat, przynajmniej od kilku jest bezdomny.

Zobacz także

lublin.gazeta.pl

Bezdomny oddał studentce ostatnie pieniądze. Dziewczyna zebrała dla niego ponad 22 tys. funtów

Karolina Brzezińska, 17.12.2014
 Dominique Harrison-Bentzen

Dominique Harrison-Bentzen (Fot. Facebook)

Bezdomny z Wielkiej Brytanii w niesamowity sposób postanowił pomóc 22-letniej studentce. Dziewczyna nie miała za co wrócić w nocy do domu, więc mężczyzna zaproponował, że odda jej swoje ostatnie pieniądze. Za ten ciepły gest spotkała go wielka nagroda.
Dominique Harrison-Bentzen, studentka sztuki z Preston, zebrała ponad 22 tys. funtów dla bezdomnego, który wspomógł ją trzema funtami, by mogła bezpiecznie wrócić do domu.

Wcześniej 22-latka zgubiła kartę kredytową i nie miała gotówki na powrót do domu późnym wieczorem.

Napotkany przypadkowo bezdomny zaoferował jej swoje ostatnie pieniądze na taksówkę.

I choć studentka odmówiła, to była jednak tak wzruszona jego gestem i uprzejmością, że postanowiła zorganizować dla niego pomoc.

To było wzruszające

– Stałam na ulicy, gdy nagle podszedł do mnie obcy mężczyzna i wręczył pieniądze. Chciał mieć pewność, że bezpiecznie dotrę do domu. Byłam tym tak wzruszona, że postanowiłam go odnaleźć – mówi Harrison-Bentzen.

Po powrocie do domu stworzyła stronę internetową, za pomocą której ludzie mogli wpłacać pieniądze, by odwdzięczyć się bezdomnemu za piękny gest. Zdobył serce internautów i w krótkim czasie udało się zebrać ponad 22 tys. funtów.

Okazało się, że bezdomny jest dobrze znany lokalnej społeczności. Mieszka na ulicy od siedmiu miesięcy.

W mieście słynie głównie z tego, że pomaga ludziom – zwraca przechodniom zgubione portfele, a nawet oddaje bardziej potrzebującym części swojej garderoby np. szaliki.

– Zorganizowałam zbiórkę, która szybko rozprzestrzeniła się w internecie. Tak wiele osób chciało pomóc, że strona była wielokrotnie przeciążona – opowiada młoda studentka.

Za zebraną kwotę organizatorzy akcji chcą wynająć mężczyźnie wygodne lokum, a także pomóc innym bezdomnym w Preston.

Wielka siła małych gestów

To nie pierwsza taka historia. Rok temu w mediach głośno było o innym bezdomnym który popisał się podobną bezinteresownością.

Pewna kobieta w Kansas City przez pomyłkę wrzuciła mu wtedy do kubka wraz z drobnymi pierścionek z diamentem. Bezdomny okazał się uczciwy i zwrócił kobiecie pierścionek.

Zachwycona postępowaniem mężczyzny właścicielka postanowiła zorganizować w internecie zbiórkę pieniędzy. W ciągu kilku dni do akcji włączyło się kilka tysięcy osób.

W podziękowaniu za uczciwość bezdomny otrzymał prawie 90 tys. dolarów.

Inna historia rozegrała się w Niemczech. Tam trójka studentów pomogła zbierającemu na ulicy mężczyźnie w bardzo kreatywny sposób.

– Mogę pożyczyć wiaderko? Chcę na nim zagrać – zapytał bezdomnego jeden ze studentów. Po chwili przysiedli się inni studenci, którzy zaczęli śpiewać i grać. Bezdomny był wyraźnie zaskoczony.

Zebrane w taki sposób pieniądze również ofiarowali mężczyźnie.

Zobacz także

wyborcza.pl

Internauci wybrali wersję logotypu mającego promować Polskę

Bartosz Chyż, 17.12.2014
W internetowym głosowaniu oddano ponad 187 tys. głosów. Wybrany projekt zostanie przekazany na rzecz skarbu państwa i każdy będzie się nim mógł posługiwać
Przez dwa miesiące na stronie logodlapolski.pl internauci mogli wybrać między trzema wersjami potencjalny znak handlowy naszego kraju. Wszystkie trzy propozycje miały oddawać wizję Creative Tension (kreatywne wrzenie) stworzoną kilka lat temu przez Wally Ollinsa z brytyjskiej firmy konsultingowej i reklamowej Saffron Brand Consultants. Według Ollinsa Polskę i Polaków rozsadza energia, a energię najlepiej oddaje sprężyna. Dlatego wpisał ją do trzech wersji logotypu i spośród nich internauci dokonali wyboru.

Zwycięski projekt chyba najbardziej przypomina mapę Polski, zdecydowanie też wyprzedził pozostałe. Zdobył ponad połowę wszystkich głosów – 96 tys. Druga wersja logotypu miała ich 56 tys. Na najmniej popularny znak oddano 35,5 tys. głosów.

Głosowanie trwało od 14 października i miało się zakończyć po dwóch tygodniach. Jednak organizatorzy plebiscytu, czyli Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR, Konfederacja Lewiatan, Krajowa Izba Gospodarcza, Pracodawcy RP oraz fundacja Marka dla Polski, zdecydowali o przedłużeniu głosowania. Prawdopodobnie wpływ na to miała niewielka liczba oddanych głosów. Wtedy było ich 164 tys. Teraz doszło zaledwie 23 tys. Według nieoficjalnych informacji organizatorzy liczyli na milion głosów.

Tę niewielka liczbę głosów zdają się zauważać organizatorzy plebiscytu. W komunikacie piszą o „dalszym procesie prowadzenia dialogu społecznego oraz procesu informacyjno-edukacyjnego w obszarze brandingu narodowego”

Sprężyna nie podoba się wszystkim

Zauważają ponadto, że obok głosów poparcia projekt spotkał się również z krytyką. Najczęściej podnoszono, że Polska już ma swój logotyp, jest nim godło i właśnie białym orłem na czerwonym tle nasz kraj powinien się promować.

Nie przeszkadzało to Marcinowi Kalkhoffowi, strategowi marek. – Godło i flaga nie muszą być tożsame z logotypem. Spośród znanych mi państw jedynie Szwajcaria wykorzystuje swoje godło w ten sposób. Przeszkadza co innego: wszystkie wersje znaku są zbyt podobne do siebie – komentował dla Wyborcza.biz Marcin Kalkhoff. Podobnie zauważył Bartłomiej Brak z markidobrzeopowiedzine.pl. – Dla obcokrajowca [polskie godło] będzie to jeszcze jeden z orłów niewiele różniący się od godła Niemiec, Rosji czy Serbii. Orzeł nie mówi o nas – ani kim jesteśmy, ani dlaczego warto z nami współpracować. Orzeł ”nie sprzedaje” naszego kraju.

Co dalej?

Wyniki konkursu są wiążące. Ale nie oznacza to, że nasze logo przybrało już postać finalną. – Powinniśmy przeprowadzić w branży debatę wśród specjalistów. Dlatego nie wybierzemy teraz logotypu ostatecznie, tylko nadal będziemy szukać sposobu na najlepszy sposób komunikowania marki Polska – powiedział dla „Rzeczpospolitej” Paweł Tyszkiewicz, pełnomocnik zarządu SKM SAR.

Organizatorzy chcą, by logotyp zastąpił wiele obecnie funkcjonujących znaków, tworzonych przez różne rządowe agendy i instytucje. Nowe logo, którym zarządza fundacja Marka dla Polski, po opracowaniu szczegółowych zasad wykorzystania ma zostać przekazane na rzecz skarbu państwa. wtedy też „sprężynę”, np. na opakowaniach swoich produktów, mogliby umieszczać polscy przedsiębiorcy.

Inicjatorzy akcji chcieliby też, by wybrany logotyp wykorzystywały organy państwa. Te jednak mogą to zrobić nie wcześniej, niż po przekazaniu praw do niego przez fundację. Jednak wstępna zgoda już jest. W czerwcu promocję Polski za pomocą „sprężyny” i hasła „Poland. Spring into New” zaakceptowała Rada Promocji Polski. Jest to instytucja pomocnicza Rady Ministrów kierowana przez szefa MSZ. W jej skład wchodzą przedstawiciele ministerstw.

Przygotowanie projektu kosztowało ok. 220 tys. euro. Złożyli się na nią sponsorzy: PKO BP, Lott, grupa Adamed oraz Dentsu Aegis Network.

Zobacz także

wyborcza.biz

Do trzech razy sztuka? Nie. Sejm znów nie zajął się projektem ustawy o związkach partnerskich

Ewa Siedlecka, kb, PAP, 17.12.2014
Związki partnerskie od lat są postulatem warszawskiej Parady Równości

Związki partnerskie od lat są postulatem warszawskiej Parady Równości (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

To było trzecie podejście do ustawy o związkach partnerskich. Sejm nie wprowadził do porządku obrad obecnego posiedzenia Sejmu projektu ustawy o związkach partnerskich autorstwa klubu Twojego Ruchu.
Za wprowadzeniem tego punktu było 185 posłów, 235 było przeciwko, 18 wstrzymało się od głosu.

Projekt ustawy o związkach partnerskich autorstwa Twojego Ruchu przewiduje umożliwienie zawarcia związku parom hetero- i homoseksualnym. Przewiduje też, że partnerzy mają w związku równe prawa i obowiązki oraz udzielają sobie „wzajemnej pomocy i wsparcia, a także dbają o utrzymanie więzi pożycia”.

Sprawa uregulowania związków partnerskich ma w tym Sejmie długą historię. Najpierw, w lipcu 2012 roku, posłowie prawicy i część PO zablokowali pierwsze czytanie dwóch projektów: Ruchu Palikota (dziś – Twój Ruch) i SLD. Były identyczne, bo powtarzały projekt wniesiony do Sejmu poprzedniej kadencji, a przygotowany przez koalicję osób i organizacji pozarządowych działających na rzecz praw osób LGBT.

Do pierwszego czytania projektów doszło w styczniu 2013 roku. Wtedy swój projekt złożyła też PO. Napisał go Artur Dunin, nie przewidywał związków partnerskich, tylko umowę cywilną z ograniczonymi prawami partnerów, na wzór umowy gospodarczej – spółki prawa cywilnego.

Wszystkie projekty Sejm odrzucił. Projekty SLD i RP przepadły większością 146 głosów – prawicy i PO. W Platformie 101 na 202 głosujących posłów było za odrzuceniem.

Projekt Dunina przepadł większością 17 głosów, 96 posłów PO głosowało za jego odrzuceniem.

Donald Tusk, ówczesny premier i przewodniczący PO, wstrzymał się od głosu przy projektach lewicy, ale głosował za projektem Dunina. Dzisiejsza premier i przewodnicząca PO Ewa Kopacz głosowała wtedy za wszystkimi projektami.

Wbrew opinii wyrażanej przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina i wiceministra Michała Królikowskiego żadna z opinii konstytucjonalistów, biura analiz sejmowych ani opinia pierwszego prezesa Sądu Najwyższego nie stwierdzała, że projekt TR zrównuje pozycję związku partnerskiego z pozycją prawną małżeństwa w Polsce.

Część opinii stwierdzała jedynie, że gdyby tak było, naruszałoby to art. 18 konstytucji, który mówi, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej”.

Ale były też opinie stwierdzające, że ten przepis konstytucji nie stoi na przeszkodzie zrównania w prawach związków partnerskich i małżeństwa. Na przykład w opinii dr. Ryszarda Piotrowskiego, konstytucjonalisty z UW, to właśnie brak uregulowania prawa osób homoseksualnych do zawarcia prawnie uregulowanego związku narusza konstytucyjną godność człowieka, zakaz dyskryminacji i swobodę kształtowania swojego życia rodzinnego.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: