Bieńkowska, Tusk, Havel

 

Wojciech Kukuczka: Nie jestem synem ojca

Dominik Szczepański, 18.12.2014
Jerzy Kukuczka

Jerzy Kukuczka (Materiały prasowe Silesia Film)

Nie chciałem być himalaistą, kosmonautą, strażakiem ani policjantem. Moje życie poszło w innym kierunku. Z Wojciechem Kukuczką, synem himalaisty Jerzego Kukuczki, rozmawia Dominik Szczepański
Nie lubi pan rozmawiać o ojcu?

– Rozmawiam czasem, bo mnie ktoś namówi. Ale szczególnie tego nie lubię.

Dlaczego?

– Dziennikarze często próbują rozmawiać bardziej o mnie niż o nim. Chętnie opowiadam o jego osiągnięciach, ale gdy ktoś, jak pan teraz, próbuje skierować rozmowę na mnie, na moje sprawy osobiste, to niezbyt dobrze się z tym czuję.

Do kin wszedł film „Jurek” o pana ojcu. To prawdziwy film?

– Żaden film nie jest prawdziwy. „Jurek” to najlepiej zrealizowany dokument, jaki powstał o moim ojcu. Sensownie poukładany, dobór wątków jest ciekawy. Wydaje mi się, że film jest dobry.

Mnie się podobał, bo nie pokazuje pana ojca jako herosa bez skazy. Ale czy to wystarcza, by podobał się on również panu? Wzbudził w panu jakieś emocje?

– Opowiada o osobie mi bliskiej, ale też takiej, z którą nie byłem mocno związany emocjonalnie. Gdy odpadł od południowej ściany Lhotse, miałem pięć lat. Słabo go pamiętam, zostały tylko mgliste wspomnienia. Film nie wzbudza więc we mnie nostalgii, romantycznych wrażeń, bo ojca ledwo pamiętam.

Skoro nie jest pan związany z nim emocjonalne, to dlaczego zakłada pan Wirtualne Muzeum Jerzego Kukuczki?

– Emocje nie muszą być jedynym bodźcem prowadzącym do takiego działania. Dokonania ojca szalenie mnie interesują, polubiłem grzebanie w archiwach, filmach i fotografiach. Mam do nich bezpośredni dostęp, więc zacząłem powoli to układać. Okazało się, że da się to profesjonalnie zarchiwizować, więc czemu tego nie zrobić? To może się przydać wielu osobom, mieć duży oddźwięk publiczny. Chcę pokazać to ludziom, bo mam poczucie, że są to rzeczy szalenie wartościowe, które powinny zostać opracowane i udostępnione.

Dla kogo jest to muzeum?

– Dla ludzi, których interesuje himalaizm i mój ojciec, chcą pisać o nim prace i robić filmy. Albo tylko wejść na stronę i sobie poczytać. Postawiliśmy na precyzyjne informacje. Chcemy także, by było to miejsce, gdzie ludzie będą mogli uzupełniać opisy, wrzucać zdjęcia, rozwijać to archiwum. Adres: http://www.jerzykukuczka.pl

Nie brzmi pan, jakby chciał budować pomnik dla ojca.

– Nie czuję się zobowiązany, by go budować. Tutaj chodzi o coś innego. O wartość, którą przedstawiają te materiały.

Miał pan kiedyś żal do ojca?

– Nigdy nic takiego nawet nie wpadło mi do głowy, bo niby z jakiego powodu? Realizował swoją pasję, był w tym dobry, miał ogromne osiągnięcia i dobrze się czuł z tym, co robi. Podziwiam go i szanuję za to, czego dokonał w górach.

A można kochać kogoś, kto zostawia bliskich dla gór i naraża ich na ciągły lęk?

– Nie użyłbym tak kategorycznych słów. Człowiek realizuje się na wielu płaszczyznach. To, że istniejemy tylko po to, by spędzać czas z rodziną, jest pewną koncepcją, z którą nie każdy musi się zgodzić. Wydaje mi się, że życie nie składa się tylko z przyjemności w gronie własnej rodziny. To nie jest największa wartość. Wręcz przeciwnie. Szukanie własnej ścieżki, własnych rozwiązań, tworzenie nowych rzeczy, pójście pod prąd przeciętnym konwencjom – to są wszystko rzeczy wartościowe.

Czuje się pan synem Jerzego Kukuczki czy Wojciechem Kukuczką? Da się to rozdzielić?

– Nie powiedziałbym o sobie, że jestem synem własnego ojca. Wręcz przeciwnie. Nie podzieliłem jego drogi życiowej. Mam świadomość, że był postacią znaną i cenioną, jego wątek pojawia się wokół mnie, bo jest osobą publiczną. Zawsze jestem o niego pytany i jest to dla mnie oczywiste. Ale nie czuję piętna i ciężaru ani chęci ucieczki od tej sytuacji.

Skoro nie ciężar, to może czuje pan dar?

– Też nie. Byliśmy osobnymi ludźmi, nie mieliśmy nawet okazji porządnie się poznać. Łączy nas pokrewieństwo, ale to spojrzenie bardzo proste. Gdy głębiej się nad tym zastanowić, to nasze więzi rodzinne nie miały szansy zaistnieć. Dlatego zawsze mnie dziwi szukanie tego typu zależności.

Ojciec zabrał pana pierwszy raz w góry?

– Jeśli nawet, to nie byłem tego świadomy. Byłem wtedy małym dzieciakiem, a ojciec w ostatnich latach życia koncentrował się głównie na swoich celach himalajskich. Rzadko bywał w domu.

Góry są dobrym miejscem, żeby pojechać i odpocząć. Trochę się wspinam, ale to tylko rekreacja. Nie jest to ani droga, ani cel mojego życia.

Nigdy nie chciał pan zostać himalaistą?

– Nie chciałem być himalaistą, kosmonautą, strażakiem ani policjantem. Moje życie poszło w innym kierunku.

To po co pojechał pan na Mount Everest?

– Bo miałem taką sposobność. Podkreślam – to nie była decyzja, która miała mnie poprowadzić w stronę gór na stałe. Była to wyprawa bez żadnych aspiracji himalajskich, bo nie trzeba ich mieć, żeby pojechać na Everest. Ja po prostu chciałem zobaczyć, jak wygląda świat, o którym tyle słyszałem i czytałem.

I jak wygląda?

– Cieszę się, że tam byłem. To była przygoda, która poszerzyła moje rozumienie świata. Nie żałuję. Oderwałem się od życia, które mam na co dzień. Wkroczyłem w inną rzeczywistość.

A czy jest to świat lepszy? Często o himalaistach mówi się, że uciekają do bardziej beztroskiego świata.

– To nie na tym polega. Dobre i przyjemne w tym wszystkim jest to, że człowiek może wrócić potem do normalnego życia. Proszę uwierzyć – nie ma przyjemności w siedzeniu w górach na dużej wysokości, gdzie każda czynność sprawia ogromny problem. Dla mnie był to post dla umysłu i ciała, który procentuje tym, że zwykłe rzeczy nabierają większego znaczenia. Można je docenić, nabrać nowych przekonań.

Gdy zginął ojciec, to matka zabroniła wam jeździć w góry?

– Nigdy nic takiego nie powiedziała. Zawsze, gdy szedłem się wspinać, to się martwiła. Gdy jechałem na Everest, była temu przeciwna, ale nigdy nie przybrało to rozmiarów ostrego zakazu. Raczej namawiała, żebyśmy inaczej spędzali wolny czas.

Rozmowa z Cecylią Kukuczką: Nie martw się, wrócę

Jakim chce pan być ojcem? Nie boi się pan, że pana syn będzie chciał pójść śladami dziadka?

– Nigdy o tym nie myślałem. Ale jeśliby się tak zdarzyło, wzbudziłoby to moje obawy, jednak bym tego nie blokował. Każdy człowiek musi sam ustalać swoją ścieżkę.

Akceptuje pan to, co robił pana ojciec?

– Tak. To było bardzo wartościowe.

Alpinizm to coś pożytecznego?

– Nie wiąże się z bezpośrednimi korzyściami dla świata, ale świat jest tak stworzony, że ważne są te rzeczy, które pomagają nam się rozwijać jako cywilizacji. Himalaiści nie pracują w szpitalu, nie pomagają ludziom bezpośrednio, ale czy np. piłka nożna jest pożyteczna? Wielu ludzi inspirowało się moim ojcem w poszukiwaniu własnej drogi. Wielu mu kibicowało, bo reprezentował cały naród, który chciał poczuć, że jest w czymś najlepszy. I w latach, w których Jerzy się wspinał, tak było. Więc tak – myślę, że alpinizm może być pożyteczny.

A obserwuje pan kierunek, w który zmierza alpinizm?

– Nie interesuję się tym tak bardzo. Docierają do mnie informacje o wyprawach, ale wiem zbyt mało, by kategorycznie je oceniać. Na pewno dziś himalaizm nie jest nakierowany na takie sukcesy jak w latach 80. Nie da się też ukryć, że nie odnosimy już takich sukcesów jak w złotej dekadzie. Alpinizm stał się bardziej komercyjny, ale też bezpieczny. Dąży do rekreacji. Ciężko ocenić, czy to dobrze, czy źle.

Pana ojciec odnalazłby się dziś w tym wszystkim?

– Nie musiałby się odnajdywać. Zawsze miał swoje cele. Więc dziś prawdopodobnie robiłby tak samo. Nie szedłby za trendem.

A to muzeum jest jakąś formą uporządkowania pana relacji z ojcem?

– Nie podzielam narracji, którą pan proponuje. Nie realizuję swoich emocjonalnych celów. Wiem po prostu, że te materiały powinny ujrzeć światło dzienne. Bo są tego warte. Bez budowania relacji ojciec – syn.

INFO;:
„Jurek”
, pełnometrażowy dokument o słynnym polskim himalaiście Jerzym Kukuczce w reżyserii Pawła Wysoczańskiego. W kinach.
Paweł Mossakowski, krytyk filmowy: „Bardzo ciekawy, skupiony i gęsty. I nieosądzający – choć czuje się podziw reżysera dla bohatera, nie został nakręcony na klęczkach i nie ukrywa kłopotliwych etycznie kwestii związanych z himalaizmem (i w dużym stopniu z samym Kukuczką), nie tuszuje jego ciemnej strony. Porządna robota od?strony warsztatowej: oprócz typowych dokumentalnych materiałów (archiwalne filmy z wypraw, wywiady z rodziną i przyjaciółmi himalaistami, fragmenty programów telewizyjnych itd.) mamy tu sceny zainscenizowane”.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Co brzydzi Polaka
Kucharka w przedszkolu: – Że dyrektorka bierze obiady gratis, a ja muszę płacić. Wizażystka: – Nieświeży zapach majtek eleganckich kobiet. Właścicielka kiosku: – Kiedy mężczyźni wyciągają z kieszeni spodni przepocone banknoty

Sprawa Ziętary. Polowanie na ”Księcia”
Prokurator Kosmaty do śledztwa w sprawie zaginionego dziennikarza wziął policjantów z krakowskiego wydziału Archiwum X. Nie pracują w tajemnicy, nagłaśniają zatrzymania, przesłuchania. – Bo im więcej hałasu, tym „Książę” bardziej będzie się bał, może popełni jakiś błąd, a ludzie uwierzą, że czas zacząć gadać

53 złote od łba. O wójcie, który od 25 lat siedzi na gminnym tronie
Organista niby muzyk, a ręce jak u górnika po szychcie. A u wójta wypieszczone jak u biskupa, chociaż on były szoferak

Mikołaju, żadnych upiornych lalek
Jakie prezenty dzieci chcą od Świętego Mikołaja, a jakich nie?

Moje wietnamskie tortury. 4 lata, 4 miesiące, 6 więzień
Strażnicy rzucili mnie więźniom na pożarcie. Przyglądali się z boku, jak mnie biją, kopią w piersi i głowę

Szwedzkie tabu: homofobia i białe łosie
Wszystko, co napisałem, jest prawdą. Musiałem bardzo dokładnie sprawdzać fakty, oskarżam mnóstwo ludzi, lekarzy, policjantów, dziennikarzy, podaję konkretne nazwiska

Świat według Orlińskiego
I Feel Good, czyli afromajteczki w afrokropeczki

Pożeracz serc…
czyli „Potop” jest wieczny [VARGA]

Wyborcza.pl

Krótkie nogawki dla Václava Havla

Václav Havel
Václav Havel Shutterstock

Podobno był to przypadek. W dniu, w którym odbyła się jego inauguracja na urząd prezydenta Czechosłowacji, Václav Havel wystąpił z za krótkimi nogawkami. „Podciągnąłem je przy śniadaniu i chwilę trwało, zanim nogawki opadły”. Z pozoru niewiele znacząca anegdota dobrze pokazuje stosunek Havla do państwowej celebry: ironiczny i zdystansowany, niewiele mający wspólnego z podejściem późniejszych włodarzy Czech. „Muszę przyznać, że mnie to nawet bawi. Traktuje to jako czuły sposób, aby ośmieszyć siebie”. W 2012 roku, w pierwszą rocznicę śmierci byłego prezydenta Czesi postanowili go upamiętnić, podwijając na 18 grudnia nogawki swoich spodni. Dzisiaj do akcji dołączają się Polacy.

Piwo pod Hradeczkiem
Kiedy Havel umarł 18 grudnia 2012 roku, pod jego górski dom w Hradeczeku Czesi ściągnęli z całego kraju, by oddać zmarłemu prezydentowi hołd. Pod płotem chałupy Havla pojawiali się z paczką jego ulubionych papierosów i dwiema butelkami piwa „Karkonosz”, które lubił. Na ogół puste w Czechach kościoły nagle wypełniły się tłumami. Rok później, na pierwszą rocznicę śmierci autora „Siły bezsilnych”, na placu Wilsona odsłonięto Chodnik Wolności z plakietą zmarłego prezydenta, ufundowaną przez jego amerykańskich przyjaciół; oficjalną mszę celebrował wówczas prymas Czech, kardynał Dominik Duka.

A Czesi? Podwinęli nogawki: „Uważamy”, powiedzieli wtedy organizatorzy akcji Kalhoty pro Václava Havla, „że Václav Havel jest jednym z najwybitniejszych Czechów w całej naszej historii. Szukaliśmy sposobu, aby uczcić pamięć Vaclava Havla w sposób, który byłby charakterystyczny, przyjemny i prosty, który mógłby połączyć wielu jego sympatyków”. Pomysł zaczerpnęli więc od fanów kultowego pisarza science-fiction Douglasa Adamsa, którzy w każdą rocznicę jego śmierci noszą ze sobą ręcznik.

„Ten lekko sarkastyczny, humorystyczny gest ma przypomnieć pierwsze wpadki Havla podczas jego prezydentury” – powiedział wtedy Oldrzich Neuberger. „Nie miałem wówczas za krótkich spodni tylko podciągnięte” – Havel tłumaczył się ze słynnej wpadki w jednym z wywiadów pod koniec życia. „Każdy facet wie, że spodnie się od czasu do czasu podciąga, a potem chwilę trwa zanim wrócą na swoje poprzednie miejsce”. Rocznica śmierci jest także dobrą okazją, by przypomnieć mniej znaną stronę zmarłego trzy lata temu prezydenta – człowieka ironicznego, bardziej pisarza niż polityka.

Odejścia
Pamiętam, jak jesienią 2009 roku siedziałem w jednym z warszawskich teatrów na premierze najnowszej sztuki Havla – „Odejść”, którymi skomentował swoją dziesięcioletnią prezydenturę. Ironizujący w swoich pierwszych dramatach – takich jak „Garden party” z początku lat sześćdziesiątych – z problemów władzy, biurokracji i urzędowego języka Havel nakreślił swój autoportret – człowieka, który w pułapkę tego języka wpada. Jego przeżywający utratę władzy prezydent, który rozlicza się z latami korupcji, uleganiu presji tłumu i bezustannej gorączki erotycznej był mały, śmieszny; zupełnie inaczej, niż bohater jego ostatniej sztuki napisanej przed objęciem urzędu prezydenta Czechosłowacji (a później Czech), „Largo desolato”, w której Havelironizował na temat swojego pisarskiego zaangażowania w dysydentyzm.

Czeskie zaangażowanie było zaś nieco inne, niż polskie. Dość powiedzieć, że aksamitna rewolucja, której Havel przewodził i która wywindowała tego potomka bogatej burżuazji na czołowego opozycjonistę Czech, swoją nazwę wzięła od amerykańskiego zespołu rockowego The Velvet Underground, którym z kolei inspirowali się czescy opozycyjni, undergroundowi rockmeni – The Plastic People of the Unvierse. Zresztą, kiedy Havel był już prezydentem, przyjął od Lou Reeda propozycję wywiadu: zaprosił go do zadymionej piwiarni na Hradczanach, gdzie z głośników leciały piosenki Plasticów; Reed był miło zaskoczony, odnajdując wariacje na temat swoich własnych utworów.

To wszystko, co było niejako wokół Havla jako polityka i do czego nawiązuje z pozoru błaha akcja podwijania nogawek – tak naprawdę jest bardzo istotne, ponieważ pokazuje, jak bardzo inny Havel był od pozostałych środkowoeuropejskich dysydentów, którzy po 1989 roku weszli na same szczyty władzy, a nie przeszli do mediów czy kultury. Inaczej niż Wałęsa, z którym w latach osiemdziesiątych spotykał się na szczycie Śnieżki, Havel pozostał luźny, nieformalny, niezepsuty przez lata przy świeczniku. Najbliższym w ostatnich latach życia przywódcą politycznym był dla niego Dalajlama.

Podwinięte nogawki
„Nie dziwi mnie, że taka akcja budzi zainteresowanie Polaków, bo jest zgodna z ich wyobrażeniem jak się żyje w Czechach” – ironicznie skomentował rok temu akcję Mariusz Surosz, dziennikarz, autor zbioru esejów „Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów”. I dodał, że o ile polskie media zauważyły piwo pod Hradeczkiem czy rockowy koncert ku czci zmarłego prezydenta, miały problem z zauważeniem, że tłumami wypełniły się w Czechach kościoły: „Tak, nie zawsze wierzący szli na msze żałobne w intencji Vaclava Havla”. Ale organizatorzy akcji podwijania nogawek twierdzą, że ich akcja nie jest błaha.

„Tym pozornie powierzchownym gestem, od chwili narodzin samej idei, chcieliśmy przede wszystkim wesprzeć pozytywną obywatelską dumę, odwagę by dołączyć się i umieć publicznie poprzeć określoną wartość oraz demonstrować własne poglądy. I ten właśnie obywatelski udział, bez którego społeczeństwo demokratyczne nie może istnieć, może mieć różne odsłony – czy dołączymy się podwijając nogawki swoich spodni, czy przypomnimy sobie któreś z dzieł Havla, czy tylko poddamy się refleksji nad wartościami ówczesnego świata” – piszą w polskiej wersji oświadczenia, zamieszczonej na oficjalnej stronie obchodów.

Facebookowa strona akcji ma już prawie dziesięć tysięcy fanów, w tym wielu z Polski. Na polskim Facebooku co prawda udział w akcji deklaruje niewielu użytkowników, jednak na międzynarodowej stronie wydarzenia – o wiele więcej. Ten pozornie powierzchowny gest, jak mówią o nim organizatorzy, jest z pewnością wart wykonania.

naTemat.pl

 

 

 

 

 

Good bye Havel

Portret prezydenta Havla na praskiej Kampie, z nieodłącznym papierosem.
Portret prezydenta Havla na praskiej Kampie, z nieodłącznym papierosem. fot.autor

Czeski zwrot na Wschód. Elity w trzecią rocznicę śmierci prezydenta Havla grzebią jego tradycję.

Good bye – może raczej Na shledanou. Nie, nie mylę się. Pożegnanie z Václavem Havlem nie odbyło się 3 lata temu. Odbywa się dopiero teraz i jest może jeszcze ważniejsze, bo to pożegnanie z myślą. Havlowska linia polityki zagranicznej – nacisk na prawa człowieka i przywiązanie do Zachodu – została oficjalnie odrzucona przez MSZ. U steru władzy patrzą na Wschód i zaczynają grać swoją własną grę.

Odszedł 3 lata temu
Minęły 3 lata. 18 grudnia 2011, w niedzielę, krótko przed południem media poinformowały, że Havel zmarł w swoim ukochanym domu, w Hradeczku. Powodowany doświadczeniem po śmierci Jana Pawła II i katastrofie smoleńskiej, dałem swoim czeskim przyjaciołom tydzień na jedność. Jeden tydzień na wiarę, że – powołując się na hasło Havla –prawda i miłość mogą ostatecznie zwyciężyć nad kłamstwem i nienawiścią.

Atmosfera havlowskiego tygodnia odpłynęła z Pragi wraz z wiązankami kwiatów i wieńcami, które ludzie zostawiali w prezydenckich miejscach. Zebrał je artysta David Černý i wysłał na barkach rzecznych w kierunku Niemiec. Kwiaty zatopiono w Łabie. Teraz zdaje się tonąć także havlowskie pravdoláskařství (pravda a láska – prawda i miłość z prezydenckiego hasła) i wartości związane z havlowskim sposobem patrzenia na świat.

Następca Havla – Václav Klaus, przy okazji 25 rocznicy wybuchu Aksamitnej Rewolucji, nazwał go nawet „komunistą reformowanym” i podkreślił, że Havel nie chciał standardowej demokracji. Nienawidził partii politycznych, odrzucał rynkowe reguły gry. Urzędujący prezydent Miloš Zeman, określił Havla mianem utopisty. Dla dużych chłopców, politycznych wyjadaczy jest połączeniem Gandhiego, Dalajlamy (z wyłączeniem artystowskiego zamiłowania do używek), ze zbyt wielkimi aspiracjami filozoficznymi. Ale to on był jedyną „marką” rozpoznawalną na światowych salonach i pozostaje nią do dziś. Klaus nie pogodził się z tym do dziś.

Wymiana marki
Teraz epoka „marki VH” dobiega końca, jak wynika z agendy czeskiego MSZ, nakreślającej założenia polityki zagranicznej na kilka następnych lat. Nacisk na prawa człowieka, zamiast prowadzenia dyplomacji czysto ekonomicznej, znalazł jeszcze naśladowcę w osobie Karla Schwarzenberga (szef MSZ do połowy 2013), który pod havlowskim sztandarem dzielnie walczył z Zemanem w wyborach prezydenckich.

Następca Schwarzenberga – Lubomír Zaorálek (z rządzącej ČSSD) – był oceniany jako osoba, która z Zemanem może więcej walczyć, niż współpracować. Okazuje się, że jest inaczej. Trzeba dodać, że Zeman nie siedzi na Zamku Praskim bezczynnie, ale kreuje. W ostatnich tygodniach to on stoi za sterem polityki zagranicznej, jest jej głosem. Na tyle kłopotliwym, że premier Bohuslav Sobotka podkreśla konieczność ustalania wspólnego stanowiska, a w zasadzie wielu stanowisk w różnych kwestiach.

Jeśli w tym kraju jesteś pravdoláskařem, a więc zwolennikiem tradycji havlowskiej – urzędujący prezydent nie tylko cię śmieszy, ale także (już) przestrasza. Komentatorzy zastanawiają się, czy to wpływ ego, czy może samego Kremla. Lista wpadek jest tak długa, że stanowi temat na kilka następnych tekstów. Wszystko wskazuje na to, że to już nie seria przypadków, ale trend.

Najpierw Zeman stwierdził, że Ukrainę powinno ratować NATO, by po kilkunastu tygodniach napomknąć o finlandyzacji…Na zaproszenie rosyjskiego oligarchy Vladimira Jakunina, poleciał na Rodos, gdzie w czasie konferencji wypowiadał się na temat szkodliwości antyrosyjskich sankcji (złośliwi mówią, że lubi przemawiać po rosyjsku). Poleciał do Chin, by „uczyć się, jak stabilizować państwo”. Szuka sprzymierzeńców wśród dyktatorów w Azji Środkowej. Na 70 rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz (międzynarodowe forum organizowane przez stowarzyszenia żydowskie odbędzie się w styczniu w Pradze i Terezinie) Zeman zaprosiłPutina. Na MSZ-cie głowią się teraz, jak z całej sytuacji wyjść z twarzą. Może się okazać, że spotkanie będzie nieformalnym szczytem UE-Rosja. Jeśli Putin przyjedzie.

Listę (nie zachowałem w niej chronologii) można zamknąć aferą radiową. Zeman na antenie Czeskiego Radia w wulgarny sposób wypowiedział się o członkiniach Pussy Riot (te otrzymały w tym roku nagrodę Václava Havla), a także z lekceważeniem o więźniach politycznych w Rosji.
W plebiscycie na najpopularniejsze słowo roku prowadzi właśnie „pussy”. Pojawiły się internetowe virale, ale także skargi do organów kontroli mediów. Zeman, ustami swojego rzecznika, przeprosin odmówił. Podkreślił nawet, że wulgaryzmy miał wcześniej przygotowane. Pod koniec listopada poparcie dla prezydenta spadło do 37 procent.

Oburzenie polityką Zemana było i jest spore. Jak inaczej ocenić publiczne zgromadzenia przeciwko prezydentowi z okazji 25 rocznicy wybuchu Aksamitnej Rewolucji. Obywatele pokazali Zemanowi czerwoną kartę w miejscu symbolicznym – na Alei Narodowej, gdzie upadek komunizmu rozpoczął się w brutalny sposób: od spacyfikowania studenckiej, pokojowej demonstracji. Zresztą i brutalność tych wydarzeń, Zeman zdążył na krótko przed świętem narodowym zakwestionować. Na praskim Albertovie, skąd 25 lat temu pochód studentów ruszył, został wygwizdany i obrzucany żywnością. [photo]299977[/photo Ostatnie kuszenie VH
W tym swoistym podsumowaniu czeskiego roku, znów chcę powrócić do samego Havla. Bo jak każda wielka postać – VH dzieli, w tych warunkach chyba jeszcze bardziej. Oliwy do ognia dolała pewna telewizyjna produkcja, która zyskała w 2014 wielką popularność. Jak inaczej ocenić serial, o którym dyskutuje się w piwiarniach?

W tym samym czasie, kiedy na polskiej „jedynce” rolnicy szukają żon, Czesi na swoim pierwszym programie tv rozprawiają się z historią najnowszą. Mowa o 9-odcinkowym serialu „České století” pisarza Pavla Kosatíka i reżysera Roberta Sedláčka. Serial właśnie się skończył, rozpoczęły się dyskusje na temat trafności interpretacji historii najnowszej. Chodzi przede wszystkim o dwa ostatnie odcinki dot. upadku komunizmu oraz transformacji ustrojowej. Nie muszę dodawać, że głównym bohaterem tych epizodów jest Václav Havel (grany przez Marka Daniela).

Pisarz Martin Milan Šimečka (jego ojciec był najbliższym współpracownikiem Havla) w tygodniku Respekt zarzucił twórcom serialu, że postać VH upodobnili do współczesnych, negatywnych postaci czeskiej polityki, by jego motywacje zrozumieli ludzie młodzi, którzy wzrastali już w polistopadowej rzeczywistości. Ludzie nie patrzą już na polityków inaczej, niż przez pryzmat Klausa i Zemana, polityka kojarzy się im z brudem i zaprzedaniem – argumentuje Šimečka. Ci, którzy pamiętają tamte dni – mają problem z oceną jak było, co dopiero ci, którzy tam wtedy nie byli? Decyzję Havla o prezydenturze nazywa „ofiarą”, w dodatku wcale nie łatwą, heroiczną.

Patrząc na serialowego, przyszłego prezydenta trudno o skojarzenia z ofiarnością. Początkowo Havel jest jak dziecko we mgle. W czasie negocjacji z komunistami jąka się, czyta z kartki, wraz z kolegami wygląda raczej jak uczeń na dywaniku u dyrektora. Jego prezydentura zostaje przyklepana w ciemnym magazynie Zgromadzenia Federalnego, który kilka godzin wcześniej „sprawdziła duńska firma” – Tu możemy rozmawiać otwarcie – zapewnia ówczesny premier Marián Čalfa. W rozmowie w cztery oczy politycznie Havla rozdziewicza. Od tej chwili będzie naciskał na komunistów, by wybrali prezydentem „burżuazyjnego synka”…Woda na młyn wszystkich, którzy twierdzą, że Havel w 1989 podał rękę diabłu i również odpowiada za ciemne strony transformacji. Dla mnie to dorastanie do decyzji jest w całej historii VH najciekawszy. „Kiedy się powiedziało A, trzeba powiedzieć B” – z wszystkimi konsekwencjami.

Zrozumienie Havla, to klucz do zrozumienia regionu, do zrozumienia tego szpagatu, w którym wszyscy się znaleźliśmy – między Wschodem (komunizmem) a Zachodem (kapitalizmem). Już sami komuniści wiedzieli, że obydwa światy są do siebie bliźniaczo podobne, trochę jak yin i yang, karmią tylko inną treścią. Sam Havel w swoich esejach dość szybko zrozumiał, mimo wielkiego uwielbienia Ameryki, że nie ma większej różnicy między komunistycznym urzędnikiem, a kapitalistycznym menadżerem. Ludziom chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o w miarę spokojne życie. Jeśli wierzył, że uda się między to imadło wcisnąć jeszcze dodatkową, nową treść (by nie użyć tu określenia „trzecia droga”) to w 1989 nie można było dłużej próbować z kawiarni, czy piwiarni, ale z Zamku Praskiego.

Zemsta bezsilnego?

Havel, dla większość ludzi, z którymi spaceruję po mieście, to luzak, który z własnymi poddanymi pił piwo i palił papierosy, a Clintonowi podarował saksofon. Havel to ten prezydent, który nie stoczył się politycznie jak Wałęsa i nie stracił przywiązania obywateli. Tak się Polakom kojarzy. Pisał też sztuki, w których piło się dużo alkoholu.

W rewolucyjnej Pradze AD 1989 zapytano o tę miłość i przywiązanie. Havla jako kandydata na prezydenta wskazał 1 proc. ankietowanychh i nie dowiedziałem się tego z wikipedi (z całym szacunkiem), ale z pierwszej polskiej biografii prezydenta VH, autorstwa Aleksandra Kaczorowskiego – „Havel. Zemsta bezsilnych”. Trzeba o tej książce mówić jak najwięcej, bo raczej nie zobaczycie jej w telewizji śniadaniowej.

Kaczorowski wykonał świetną pracę, uznając, że potencjalny czytelnik nie wie nic o czeskiej historii XX wieku. Jest to więc Havel i każdy jego krok zanurzony w kontekście wydarzeń dziejowych i to tak głęboko, że można się zawstydzić swoją niewiedzą. Wielokrotnie trzeba pokonywać wiele stron, na których nazwisko prezydenta nie pada w ogóle, bo autor do każdego historycznego zwrotu przygotowuje nas wytrwale i konsekwentnie. Monachium, wojna, dojście do władzy komunistów, Praska Wiosna…Znakomicie – zmniejszy się ilość głupkowatych dowcipów ze strony Polaków (przytaczać nie będę). Chciałbym napisać, że to swoisty „podręcznik”, ale to się zazwyczaj źle kojarzy.

Nie można Havla zrozumieć, bez zrozumienia czeskiego XX wieku – niby oczywiste, ale jak to przenieść na papier? Sprawdźcie u Kaczorowskiego i nie dziękujcie, że podpowiadam co godnego można położyć (i znaleźć) pod choinką. Niech to będzie kolejny element do refleksji na końcu tak ważnego roku. Skoro był to czas świętowania 25-lecia wolności, to bez Havla to świętowanie nie ma większego sensu.

Z Pragi

Piotrek Gawliński

Przewodnik po Pradze (http://www.gawlinskipopradze.pl/), od 2008 roku w jednym z najbardziej inspirujących miejsc świata, gdzie stara się rozwijać turystykę alternatywną, także w politycznym wydaniu.

Śledź czeskie i praskie wydarzenia także na:

twitterze

instagramie

naTemat.pl

Brukseli, ale jest za wcześnie, by ich skreślać

Tusk i Bieńkowska muszą nauczyć się Brukseli, ale za wcześnie, by ich skreślać.
Tusk i Bieńkowska muszą nauczyć się Brukseli, ale za wcześnie, by ich skreślać. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

W odstępie kilku dni mogliśmy przeczytać o tym, jak źle radzą sobie w Brukseli Elżbieta Bieńkowska i Donald Tusk. Ale nie przemawiają za tym niemal żadne fakty, a jedynie opinie. A oczywiste jest, że te będą krytyczne, bo brukselska biurokracja naturalnie reaguje tak na wszystko co nowe, inne i niosące niepewność. A tacy właśnie są Tusk i Bieńkowska, bo przyszli z zupełnie innej politycznej krainy.

W zaledwie kilka tygodni od rozpoczęcia pracy w Brukseli Donald Tusk już został okrzyknięty rozczarowaniem, choć nawet nie zdążył poprowadzić swojego pierwszego szczytu. Elżbieta Bieńkowska praktycznie już została zwolniona, chociaż związki zawodowe zaledwie rozesłały list, w którym dyskutują ze stylem zarządzania nowej komisarz ds. rynku wewnętrznego i przemysłu.

Tusk podpadł dziennikarzom
Zaczęło się od doniesień o oburzeniu zachodnich dziennikarzy na Donalda Tuska, który nie zorganizował konferencji prasowej po inauguracji swojego przewodnictwa w Radzie Europejskiej. – “Zagranicznych dziennikarzy zirytował nie tylko brak kontaktów z mediami, nie spodobał się także wywiad z Donaldem Tuskiem, zamieszczony na stronach internetowych Rady UE” – relacjonuje w RMF FM Katarzyna Szymańska-Borginon. To jak najbardziej słuszne zarzuty, ale nie są przecież wystarczającym powodem, by ocenić misję Tuska jako totalną klęskę.

Teraz były premier jest krytykowany za przygotowanie poświęconego Ukrainie szczytu Rady Europejskiej. Ale poza wypowiedzią anonimowego dyplomaty, są tylko wypowiedzi Pawła Kowala, który co prawda jest doskonałym ekspertem od spraw wschodnich, ale jego zdanie jest subiektywną opinią. Najważniejsze będzie to, co znajdzie się w konkluzjach ze szczytu. A o tym przekonamy się dopiero po jego zakończeniu.

Debiutanci
Tusk został więc zrecenzowany jeszcze zanim zaczął pracę. – Jean-Claude Juncker mówił w Parlamencie Europejskim, że spotka się z debiutantem Donaldem Tuskiem i obaj będą otwierać nowy rozdział Komisji i Rady – relacjonuje Lidia Geringer de Oedenberg, posłanka niezależna wybrana z list SLD.

– Po prostu jest za wcześnie, by komentować, Tusk jest jednym z najbardziej doświadczonych członków Rady, wie jak powinny wyglądać jej obrady, nie jest nową postacią dla liderów – dodaje. Tusk jest krytykowany także za nieobecność na szczycie Petra Poroszenki, choć jeszcze niedawno był uznawany za zbyt proukraińskiego. – Jest moim wielkim przyjacielem – powiedział w Sejmie o Tusku ukraiński prezydent.

Bieńkowska out?
W przypadku Tuska jest podobnie jak z Elżbietą Bieńkowską. Na początku skrytykowano ją za wysłuchanie przed komisją Parlamentu Europejskiego, gdzie nie spodobała się niektórym posłom. Trudno się dziwić, wszak zatwierdzanie komisarzy to jedna z niewielu realnych kompetencji Parlamentu Europejskiego i chcieli zaznaczyć swoją władzę. Później pojawiły się doniesienia o konflikcie między Bieńkowską a podległymi jej urzędnikami.

KATARZYNA SZYMAŃSKA-BORGINON

Okazuje się jednak, że ręczne sterowanie i rewolucyjne zmiany – zupełnie się tutaj nie sprawdzają. Bieńkowska, pracuje w Komisji raptem sześć tygodni, a już zraziła do siebie część współpracowników. Jest jedynym komisarzem w ekipie Jean Claude’a Junckera, który ma przeciwko sobie związki zawodowe działające w Komisji. Czytaj więcej

O sprawie pisaliśmy w naTemat, przypominając o specyficznym – i zupełnie obcym Polakom – podejściu brukselskich urzędników do hierarchii zawodowej i podejmowania decyzji. – Na ostatnich spotkaniach z Elżbietą Bieńkowską nie zauważyłam ostracyzmu, a byli tam i urzędnicy z Komisji, i z Parlamentu – wyjaśnia Geringer de Oedenberg.

Nic na siłę
– Nie wiemy jak sprawa wygląda wewnątrz – zastrzega posłanka z 11-letnim stażem. – Może się komuś nie spodobała jako szefowa i wysłał komentarz, który my z radością wałkujemy. Jak można się tym podniecać? Nie ma ważniejszych tematów? – oburza się europosłanka. Przypomina, że dopiero we wtorek Jean-Claude Juncker przedstawił plan pracy swojej Komisji, więc nie ma jeszcze żadnych decyzji nowych komisarzy, które można by ocenić.

Rozmówczyni naTemat zaznacza jednak, że w Brukseli siłą nic się nie uzyska. – Przez 11 lat nie wiedziałam siłowego rozwiązania, które byłoby dobre tylko dla jednej strony. Kompromis ma być dobry dla wszystkich, liczy się głos najmniejszego państwa, każdy patrzy z innej perspektywy. Staramy się małymi kroczkami zmieniać rzeczywistość w ważnych sprawach – opisuje.

Po owocach ich poznacie
Zupełnie inne jest też podejście do administracji, która w przeciwieństwie do polityków się nie zmienia. – To nie znaczy, że administracja jest skostniała i nie działa. U nas przyjęło się, że jak przychodzi nowa miotła, to przychodzą jej ludzie. Urzędnicy tutaj są apolityczni, to eksperci i nowy szef nie zmienia struktury, która dobrze działa – wyjaśnia Lidia Geringer de Oedenberg.

Tusk i Bieńkowska przychodzą do Brukseli z zupełnie innej politycznej krainy. Ale to nie znaczy, że nie przystosują się do unijnych zwyczajów. Na początku będzie bolało, ale mogą się jeszcze okazać dobrymi przewodniczącym i komisarzem. Niektórzy jednak wolą ich skreślić już na starcie. Nie na podstawie osiągnięć, ale dla wewnętrznych celów na naszym podwórku politycznym.

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: