Kopacz, Ziętara (18.12.14)

 

Sprawa Ziętary. Polowanie na ”Księcia”

Marcin Kącki, Piotr Żytnicki, Wojciech Czuchnowski, 18.12.2014
 im więcej hałasu, tym

im więcej hałasu, tym „Książę” bardziej będzie się bał, może popełni jakiś błąd, a ludzie uwierzą, że czas zacząć gadać (REPR. KRZYSZTOF M. KAZMIERCZAK)

Prokurator Kosmaty do śledztwa w sprawie zaginionego dziennikarza wziął policjantów z krakowskiego wydziału Archiwum X. Nie pracują w tajemnicy, nagłaśniają zatrzymania, przesłuchania. – Bo im więcej hałasu, tym „Książę” bardziej będzie się bał, może popełni jakiś błąd, a ludzie uwierzą, że czas zacząć gadać
Sprawa zniknięcia Jarosława Ziętary, dziennikarza „Gazety Poznańskiej”, miała pozostać niewyjaśniona. Bo zdarzyła się pod koniec tamtego wieku, nie ma zwłok, zabójcy, narzędzia zbrodni, jednego choćby odcisku palca podejrzanych. Bo motyw niejasny. Poległo na niej kilku prokuratorów, policyjne specgrupy, a dziennikarzy historia znużyła.

Wierzyła tylko wąska grupa przyjaciół z Poznania, dziennikarzy skupionych wokół „Gazety Poznańskiej” pod wodzą Krzysztofa Kaźmierczaka. Walczyli, by śledztwo, systematycznie umarzane, wyrzucono z Poznania.

Trzy lata temu pięć skąpych tomów akt, dowód śledczej bezradności, wylądowało w Krakowie na biurku prokuratora Piotra Kosmatego. To niepokorny nerwus. Nie ugiął się nawet przed Zbigniewem Ziobrą, gdy ten naciskał, by ścigał lekarzy, rzekomych zabójców medycznych jego ojca. Kosmatego lubią policjanci, bo nad sztywne, nieludzkie przepisy przedkłada intuicję.

Nie chciał z nami rozmawiać, ale dotarliśmy do jego współpracowników, prokuratorów, policjantów. Utkaliśmy kulisy śledztwa w sprawie Ziętary.

Pomożecie? Pomożemy

Gdy Kosmaty dostał akta sprawy, nie wiedział nawet, jak poprawnie pisze się nazwisko Ziętary. Zobaczył w aktach galimatias wątków: porwanie, zabójstwo, ucieczka, nieszczęśliwa miłość, bóle brzucha, emigracja. Żadnych dowodów, tylko protokoły przesłuchań. Pięć tomów akt jawnych i kilkadziesiąt z podsłuchami prywatnych rozmów, które spina słowo „kurwa”.

Kosmaty chce do sprawy włączyć policjantów z krakowskiego wydziału Archiwum X badającego niewyjaśnione śledztwa. Stara, doświadczona gwardia, która lubi porzucone przed laty detale. I lubi Kosmatego.

Piętnaście lat temu zaginął radca prawny z Chrzanowa. Dziesięć lat temu Archiwum X uznało, że morderca musiał być blisko ofiary, więc chcieli przeszukać dom, w którym mieszkała córka i konkubina radcy. Dowody słabe, szefowie nie dają zgody. Policjanci idą do Kosmatego, wiceszefa prokuratury w Chrzanowie.

– Co macie? – pyta.

Mówią o przypuszczeniach. Że córka radcy rzuciła pracę, rozbija się po świecie, bo ma spadek.

– Rozjadą nas, jeśli przestrzelimy – wzdycha Kosmaty, ale wypisuje nakaz przeszukania. Jadą, znajdują ślady zbrodni.

Córka, jej znajoma i jeszcze konkubina radcy udusiły 70-letniego mężczyznę, na strychu poćwiartowały, a potem wrzuciły do Wisły. Wyroki: dożywocie, 25 lat więzienia. Sukces, choć Kosmaty ryzykował postępowanie dyscyplinarne.

Trzy lata temu policjanci z Archiwum X słyszą od niego, że czas na sprawę Ziętary. Biorą akta, analizują. Zdziwieni, że tylko pięć tomów, choć dochodzenie ciągnie się już 20 lat.

– Trudna sprawa – mówi im Kosmaty. – Jeśli coś spieprzymy, media i szefowie nas rozniosą.

Wytaczają szlak śledztwa: żadne tam samobójstwo czy wyjazd do Anglii, ale porwanie, zabójstwo, bo dziennikarz trafił zapewne na ciekawy temat.

Kosmaty nie wie wtedy, kim okaże się zleceniodawca zabójstwa, gdzie doprowadzi go śledztwo. W rozmowach z policjantami nazywa go „Księciem”. Ale uznaje, że „Książę z Poznania” jest mocny lub przekonany o posiadaniu mocy. Dlatego prokurator nie pracuje w tajemnicy, nagłaśnia, ile może: rysopisy, zatrzymania, przesłuchania dziennikarzy.

– Im więcej hałasu, tym „Książę” bardziej będzie się bał, może popełni jakiś błąd, a ludzie uwierzą, że czas zacząć gadać – mówi jednemu z policjantów.

Na początku lat 90. nie było telefonów komórkowych, billingów – śladów po rozmowach. Kosmaty nie spodziewa się też po zbrodni odcisków palców, śladów krwi, nagranych rozmów. Zostają mu tylko ludzie i ich pamięć. Zakłada, że jeśli świadkowie zobaczą go wiele razy w telewizji zdeterminowanego, to zaufają, zadzwonią.

To był dobry plan.

Kosmaty jedzie do Poznania, staje na ulicy Kolejowej, przy której Ziętara mieszkał i na której ostatni raz go widziano. Widzi okna drugiego piętra, gdzie mieszkał dziennikarz, chodnik, asfaltową ulicę, słyszy w kamienicy skrzypiące schody.

Te obrazy się przydadzą, gdy zaczną się telefony z aresztów całego kraju.

Dziennikarza Jarosława Ziętarę pobito, potem próbowano przekupić. Dlaczego zginął Ziętara?

Maszyna

Nikt takich danych nie zbiera, ale można założyć, że Kosmaty przeprowadził najwięcej badań na wykrywaczu kłamstw w historii polskich śledztw po 1989 roku. Tylko do sprawy Ziętary kilkadziesiąt.

Wozi ze sobą wariograf jak szczotkę do zębów. Adwokaci go za to nie lubią. Sędziowie nie uznają badań na wykrywaczu kłamstw za twardy dowód, ale Kosmaty wie, że ładnie wygląda w aktach: „Zatrzymany poddał się dobrowolnie badaniom, reakcja organizmu wykazuje, że kłamie”.

Prokuratorzy z Poznania utknęli w chaosie, bo sprawdzali latami wątki podrzucane z aresztów przez osadzonych, którzy o Ziętarze nasłuchali się „pod celą”, a którzy uczynili z tego sposób na przepustki. Kłamiąc, rzucając fałszywe tropy, choć na kilka godzin mogli odetchnąć od celi.

Kosmaty przez pierwszy rok śledztwa też dał się wciągnąć w tę grę.

Dzwoni do niego osadzony w areszcie w Krakowie. – Ziętara – mówi – zakopany jest na cmentarzu pod miastem.

Pudło.

Policja wiezie Kosmatemu skazańca ze Świętokrzyskiego, który wie wszystko. „Kark”, twardziel, dyktuje warunki, że powie, ale jak go wypuszczą, bo musi się rozliczyć z dziewczyną, która go zdradza. Wie, gdzie są zwłoki, wie, kto zabił. Kosmaty obiecuje, że napisze do sądu pozytywną opinię, może skrócą „karkowi” wyrok. Po sześciu godzinach negocjacji policjanci widzą, jak Kosmaty wybucha.

– Słuchaj, koleś! Jeśli pojedziesz ze mną teraz, pokażesz zwłoki, to wychodzisz dzisiaj, biorę to na siebie! Ale już! Teraz! Bierz kurtkę! – ciągnie „karka” do drzwi.

– No, co pan, chyba żarty jakieś… – „kark” się opiera, wykręca.

Tu Kosmaty nie potrzebował wykrywacza kłamstw.

Potem dzwoni z aresztu drobny złodziejaszek, który mówi, że wie wszystko, opracował nawet portret pamięciowy zabójcy Ziętary.

Pudło.

Dzwoni kolejny, też z aresztu, że Ziętara zakatowany i zakopany w Wieliczce w piwnicy.

Pudło.

Kolejny widział, jak do Ziętary strzelano. Kosmaty sprawdza, że w latach 1991-93 siedział w więzieniu bez przepustek, więc musiałby to widzieć przez kraty.

Dajcie tu rysownika!

W aktach sprawy było pięć odcisków palców pobranych z mebli w mieszkaniu Ziętary. Nie należały do niego i jego dziewczyny. Dziwne odciski, bo przy sprawach o zaginięcie nie robi się badań daktyloskopijnych. Kosmaty każe wrzucić je do programu komputerowego AFIS, który porównuje z bazą kilkunastu milionów odcisków osób podejrzanych, skazanych albo notowanych nawet za błahe przestępstwa, jak alimenty. Czeka na wynik, a telefony się urywają.

– Widziałem porwanie na tej Kolejowej, pamiętam nawet, że ulica była brukowana.

Pudło, myśli Kosmaty, bo sam widział, że asfaltowa. Ale sprawdza. Policjanci donoszą mu, że są dziury w asfalcie, a w nich błyszczy kostka brukowa. Asfalt położono już po porwaniu Ziętary. Świadek kłamał, ale Kosmaty mówi policjantom, że musi się pilnować, nie poddać rutynie, bo umkną mu szczegóły.

Kolejny kryminalista zeznaje, że to policjanci porwali Ziętarę. Podaje nawet nazwiska. Kosmaty sprawdza sprawę kryminalisty: podał nazwiska policjantów, którzy go dopadli. Złośliwiec. A jeszcze poległ na wariografie.

Tworzy tablicę poglądową potencjalnych sprawców: 700 zdjęć kryminalistów, policjantów, milicjantów, esbeków, biznesmenów, większość z Poznania.

Każdemu świadkowi, nawet najmniej rozgarniętemu, każe opisać wygląd rzekomych zabójców i sporządzać portrety pamięciowe. Szef wydziału krakowskiej policji nadzorujący rysownika przestanie Kosmatego lubić. Bo jedna z rozmów wygląda tak:

– Dajcie rysownika, będzie nowy portret.

– Znowu? Rysownik na urlopie.

– Nie obchodzi mnie to! Dajcie rysownika choćby ze studia animacji!

Kosmaty pyta Telekomunikację Polską, czy jest cień szansy, by zachowały się rejestry połączeń telefonicznych z początku lat 90. Doszedłby do numerów, z którymi łączył się Ziętara. TP SA odpisuje, że nie tylko rejestru, ale nawet spisu numerów z tamtych lat nie ma. To były dane analogowe, teraz wszystko jest zapisane na nośnikach cyfrowych. Numery z lat 90. prędzej znajdzie w starych książkach telefonicznych.

A może Urząd Ochrony Państwa? Przesłuchany przez Kosmatego Krzysztof Kaźmierczak z „Głosu Wielkopolskiego” forsuje tezę o niejasnej roli służb specjalnych rodzącej się wtedy III RP. Urząd Ochrony Państwa zapewniał, że Ziętary nie werbował, nie znał.

Kosmaty chce to wyjaśnić do końca. Jedzie do Agencji Wywiadu w Warszawie, która zastąpiła UOP, siada naprzeciwko jednego z szefów i pyta, co mają. Starą teczkę, słyszy, w której oficer prowadzący wywiadu opisuje spotkania z Ziętarą. W 1992 roku oficer przyglądał się poznańskim dziennikarzom, wykształconym, ze znajomością języków, by zwerbować ich na agentów za granicę. Ziętara znał francuski, rosyjski, uczył się angielskiego, interesował się polityką – pracę magisterską pisał o rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Agent zaprasza Ziętarę na spotkanie, oferuje pracę. Ziętara nie mówi „nie”. Ale na kolejnym spotkaniu odmawia. Tłumaczy, że się nie nadaje do wykonywania rozkazów, woli dziennikarstwo. Agent kończy werbunek.

Tak przynajmniej wynika z akt, które widział Kosmaty, a o których mówił współpracownikom. Dlaczego UOP w Poznaniu zaprzeczał dziennikarzom, że próbował werbować Ziętarę? Przyczyna może być prozaiczna. Chodziło o wywiad, a jego akta znajdują się w Warszawie. Poza tym służby specjalne na całym świecie z reguły kłamią i dezinformują w kwestii tematów agenturalnych.

Kosmatego fascynuje Ziętara: jeszcze dzieciak, a taki niepokorny, zawzięty, skryty, wierzący w dziennikarską misję. Na początku śledztwa zlecił opracowanie profilu psychologicznego dziennikarza, by wiedzieć, kim właściwie był, czy mógł mieć skłonności samobójcze. Nie znamy wyniku.

Z relacji znajomych Ziętary wynika, że na pewno był ambitny, na granicy obsesji, skryty, a to mogło go zgubić. Może porywacze wyciągnęli z niego przed śmiercią, że nikomu nie powiedział o prowadzonym przez siebie śledztwie, i pozbyli się jedynego problemu?

Jeśli rzeczywiście, jak sugeruje dzisiaj prokuratura krakowska, pracował nad sprawą przemycanego alkoholu, to nawet jego dziewczyna, brat, koledzy z pracy dowiedzą się o tym dopiero w listopadzie tego roku, gdy zatrzymany zostanie Aleksander G., b. senator, biznesmen.

Zatrzymany ws. Jarosława Ziętary: Kim jest Aleksander G.?

Czy Ziętara miał silną konstrukcję psychiczną niezbędną w dziennikarstwie śledczym? Sęk w tym, że nie zajmował się takim dziennikarstwem. Pisał o lokalnej polityce, urzędnikach. Przed zniknięciem donosił o problemach z prywatyzowanym PKS w Śremie. We „Wprost” próbował sił jako dziennikarz śledczy, ale miał problemy z weryfikowaniem źródeł. Redakcja musiała przepraszać bohatera jego tekstu. Ziętara po tej wpadce po prostu nie przyszedł już tam do pracy.

Był młody, niedoświadczony, nie miał autorytetów, a dziennikarstwo śledcze po PRL-u było w powijakach.

Narzekał na silne bóle żołądka. 3 września, dwa dni po zniknięciu, umówiony był z gastrologiem. Wrzody nerwicowe? Coś gorszego? Nie wiadomo.

Przyprowadź szefa

Wiosna 2012 roku. Kosmaty jest już wykończony kłamczuchami, badaniami na wariografie, ślepymi uliczkami. Dzwonią policjanci z Archiwum X.

– Zgłosił się kolejny, spod celi, ale mówi dziwne rzeczy.

– Jakie? – pyta Kosmaty.

– Wymienia nazwiska, które pasują do naszej teorii, lecz nikt ich dotychczas nie wymieniał.

To starzy milicjanci, teraz biznesmeni.

Kosmaty zaintrygowany, bo wiedzie go to do szlaku, który obrał po analizie akt. Na końcu szlaku była jedna z grup biznesowych z Poznania ochranianych przez układ dawnych milicjantów.

Mężczyzna, który dzwonił z więzienia, odsiadywał wyrok za zabójstwo. Nigdy nie był przesłuchiwany w sprawie Ziętary, nie przewijał się nawet w materiałach operacyjnych – notatkach policji, które nie trafiają do akt prokuratora.

Kosmaty spotyka się z nim. Słyszy o miejscu zakopania zwłok: poligon w podpoznańskim Biedrusku. Bierze georadar, speca od DNA, lądują na poligonie. Na monitorze radaru wyświetla się obraz zmienionej struktury ziemi, w kształcie grobu. Kopią, pusto. Biorą próbki. To materiał biologiczny, ale zbyt zabrudzony, by wyizolować DNA.

Kosmaty sądzi, że ktoś wyjął zwłoki i trwale zniszczył, gdy Prokuratura Generalna przeniosła sprawę do Krakowa.

Wkrótce dzwoni telefon.

– Wiem wszystko – mówi nieznany Kosmatemu mężczyzna.

– Podaj nazwiska.

– Czyje?

– Jakiekolwiek, ale związane z tą sprawą.

– Zaraz oddzwonię.

– Kim jesteś?

Mężczyzna przedstawia się, a Kosmaty zdobywa jego zdjęcie paszportowe i krótkie dossier. Niekarany, zwyczajny szary obywatel. Mężczyzna oddzwania, podaje te same nazwiska, które Kosmaty usłyszał w więzieniu. Jedzie do Poznania w dyskretnej obstawie policji. Chce się spotkać w publicznym miejscu, by nie ryzykować. Nie wie, czy to nie pułapka. Na spotkanie przychodzi mężczyzna, który nie wygląda na kryminalistę, raczej średni szczebel biznesu.

– Przysłał mnie ktoś, kto ma wiedzę.

Kosmaty nie chce pośrednika, chce rozmawiać z jego szefem.

W ten sposób pozyskuje kolejnego świadka. Nie wiemy, kim jest, ale ma czystą kartotekę i ponoć na początku lat 90. współpracował z poznańskimi biznesmenami.

Przychodzi odpowiedź z programu AFIS: pięć odcisków palców zabezpieczonych przed laty w mieszkaniu Ziętary nie ma swoich właścicieli.

Przepraszam, czy pan startuje?

Informatorzy Kosmatego wymieniają kilka nazwisk: zleceniodawcy, porywaczy, bo sami mieli być świadkami rozmów o porwaniu.

Czy Kosmaty ma inne dowody? Nie wiemy. Ale dalszy rozwój śledztwa wskazuje, że zeznania dwóch niezależnych informatorów to najmocniejszy jego atut.

W październiku 2014 r. Kosmaty idzie do przełożonych, szefów prokuratury krakowskiej, mówi, że chce zatrzymać Aleksandra G., byłego senatora – zleceniodawcę porwania. Nie ma twardych dowodów, zwłok Ziętary, mordercy. No, ale zatrzymuj, słyszy. Zdają się na jego słynną intuicję?

Aleksander G., były senator, biznesmen, odsiedział osiem lat za wyłudzenia VAT. Po zatrzymaniu przez Kosmatego za zlecenie porwania Ziętary udawał chorego, ale lekarz uznał, że zdrowie ma dobre.

Przed sądem mówił, że to sprawa polityczna, że nie jest zaskoczony, spodziewał się nawet, bo został uprzedzony (!) przez dziennikarzy „Wyborczej”. Tak naprawdę pytaliśmy go, czy zna faceta z portretu pamięciowego, który Kosmaty opublikował kilka tygodni wcześniej. Bo o G. jako podejrzanym w sprawie Ziętary słyszeliśmy od kilku lat.

Słynny biznesmen podejrzany po latach. Czy Aleksander G. kazał zabić?

Kosmaty szukał mężczyzny, który wyglądał jak Frankenstein i mówił po rosyjsku. Opublikował jego portret pamięciowy specjalnie, przyglądając się, co zrobią G. i inni.

Gdy pytaliśmy Aleksandra G., czy znał mężczyznę z portretu, był zaintrygowany. Oddzwonił po godzinie, bo sprawdził w internecie, że chodzi o sprawę Ziętary. Zaprzeczył, rzucił podejrzenia na innego biznesmena, bankiera. Ale miał powód do zemsty: pokłócili się przed laty o pieniądze.

Ze śledztwa Kosmatego ma wynikać, że kilka miesięcy przed zniknięciem Ziętary Aleksander G. przyszedł do siedziby Elektromisu należącego do Mariusza Świtalskiego i powiedział jego ochroniarzom, że trzeba zrobić porządek z dziennikarzem.

G. i Świtalskiego łączyły interesy: Ziętara miał chodzić za tematem sprzedawanego przez nich spirytusu.

G. rozsiadł się w pokoju przesłuchań, uśmiechnął się do Kosmatego.

– Kto zdecydował, że mam być zatrzymany 4 listopada? – spytał nadąsany.

– To jakiś szczególny dzień?

– Trwa kampania wyborcza.

– Pan startuje? Przepraszam, że przeszkodziłem.

– Nie, ale żądam, by w dzień wyborów zabrano mnie do urny wyborczej.

G. nie wziął udziału w głosowaniu, przekazał, że nie chce mu się „tłuc do Poznania”

Kosmaty nie wie, na ile G. jest poważny w tych rozmowach, więc każe go zbadać psychiatrycznie. G. twierdzi, że jest niewinny, wrobiony i chętnie pomógłby złapać zbirów, ale nic nie wie.

– Udowodnię to. Ma pan wariograf? – pyta Kosmatego.

– Pod ręką. Robimy?

– Robimy – rzuca ochoczo G.

G. poległ na większości pytań o Ziętarę.

„Lala” chce kapcie

Kosmaty, zatrzymując G., zaczął od góry, jeśli przyjąć, że to zleceniodawca porwania. A co z resztą? Nie bał się, że uciekną? Kosmaty zwykł mawiać policjantom: schować się mogą tylko w slumsach, w Indiach, żyjąc za dolara dziennie, który cwaniak na to pójdzie?

Nie mylił się. Kolejni zatrzymani to „Ryba” i „Lala”, byli antyterroryści, ochroniarze Świtalskiego, którym G. miał wydawać polecenia.

„Lala” po osadzeniu w areszcie śle do Kosmatego żądania: chce do celi dezodorant, pościel i kapcie.

Podczas przesłuchania obydwaj są spokojni, pewni, że Kosmaty nic na nich nie ma. Kosmaty ponoć sam się bał, że dowody nie wystarczą na ich aresztowanie. Ale sąd obydwu zamknął na trzy miesiące.

Kim są podejrzani o „pomoc w zabójstwie” Ziętary?

„Ryba”, 180 cm, atletyczna budowa. Uczynny, ambitny, w latach 80. wojowniczy na macie dżudo, ale również w pracy. Dżudo trenował w milicyjnym klubie Olimpia Poznań. To czasy, gdy dobry sportowiec dostawał fikcyjny etat w milicji, by mieć na życie. Pracuje w kompanii antyterrorystycznej, w latach 90. przechodzi do pracy w Elektromisie. Jeden z byłych milicjantów, również trener dżudo, wspomina: – „Ryba” poszedł tam, bo była moda, że wielcy i silni ludzie ze sportu byli zatrudniani jako „bodyguardzi” od ochrony osobistej. Po trzech latach pracy u „Świtka” dom sobie wybudował.

„Ryba” miał wyszkolenie bojowe, specjalizację w walkach wręcz. Chronił nie tylko samego Świtalskiego. Gdy Elektromis wysyłał w Polskę ciężarówki z kawą, alkoholem, pilnowali tego ochroniarze, a ich – „Ryba”.

Żona „Ryby” była policjantką w służbach prewencji.

– I siedziała tam, gdy mąż miał tak dobrą pracę u Świtalskiego?

Były milicjant: – Opłacało się mieć żonę w policji.

„Ryba” do dnia zatrzymania miał chronić Świtalskiego.

„Lala” miał podobne warunki fizyczne, umiejętności, ale inną osobowość. Również pracował w kompanii antyterrorystycznej, ale po odejściu z milicji widywany był w poznańskich knajpach z półświatkiem.

Instruktor komandosów milicyjnych, dzisiaj w branży ochrony w Poznaniu, wspomina: – Karierowicz, mało talentu. Był zwykłym ochroniarzem u Świtalskiego i nagle awansował na szefa ochrony Biedronek, gdy kupili je Portugalczycy.

„Lala” chronił przedstawicieli firmy Jeronimo Martins, gdy przyjechali do Polski na rekonesans, by kupić sieć sklepów. Obwoził ich po rozrywkowych przybytkach, w jednym z nich obronił menedżera przed pobiciem. Gdy Jeronimo kupiło sieć, zaproponowali „Lali” posadę szefa ochrony. „Lala” nie był lubiany przez pracowników Biedronki, bo był zbyt wyniosły.

A Aleksander G.? Jeden z jego byłych ochroniarzy, obecnie biznesmen w tej branży (chce pozostać anonimowy), nie wierzy w zarzuty: – On kupował dziennikarzy. Znam takich z telewizji, którym sam dawałem koperty po konferencji w siedzibie Interpressu w Warszawie. Wyciągałem je z opisanymi nazwiskami, wręczałem, dziękowali. No to po co miał zabijać?

Ale Ziętara podobno odmówił łapówki za odstąpienie od pisania o interesach G. Dlatego senator miał powiedzieć: „To zróbcie z nim porządek”.

Telefon z Czerwonej Torebki

Nie wiemy, czy „Ryba” i „Lala” współpracują z Kosmatym. Nie przyznali się do winy, ale złożyli „obszerne wyjaśnienia”. To tajemnicze sformułowanie prokuratury i nie wiadomo, co się za nim kryje.

Kilka dni po ich zatrzymaniu Kosmaty przeszukał jednak dawne magazyny Elektromisu w Poznaniu, a obecnie Czerwonej Torebki, kolejnego biznesu Mariusza Świtalskiego. Tam miał być przetrzymywany Ziętara tuż po porwaniu. Kosmaty wezwał biegłych i sprowadził sprzęt do ujawniania tkanek biologicznych, bo Ziętara miał być ranny. Prokurator liczył na to, że znajdzie choćby jedno oczko z łańcucha jego DNA.

Magazyny były wiele razy remontowane, skuwano podłogi. Biegły wzruszył ramionami: – Nawet Bóg tu nie pomoże.

W dniu przeszukania do Kosmatego zadzwonił menedżer Czerwonej Torebki. Ostrzegł, że informacje o magazynach to insynuacje.

– Co jest!? – klnie po rozmowie. – Skąd mieli numer mojej komórki?!

Nie podawał też nikomu adresu przeszukania.

Kosmaty nie ufa poznańskiej policji, prokuratorom? Do pomocy przy przeszukaniu magazynów wziął Żandarmerię Wojskową. Próbuje też wyjaśnić samobójczą śmierć ochroniarza Świtalskiego, który miał strzelić sobie w głowę dwa lata po zniknięciu Ziętary. Ze śledztwa wycieka już, że to też mogło być zabójstwo.

To wszystko wzburza byłych funkcjonariuszy policji z Poznania, którzy na początku lat 90. nie wyjaśnili, kto zabił Ziętarę.

Były oficer poznańskiej komendy – sam do nas zadzwonił: – Próbujecie lansować tezę, że w Poznaniu działały jakieś esbeckie szwadrony śmierci. To bzdura!

Potem dzwonił jeszcze kilka razy, podrzucał różne tropy, mówił, że zabójca Ziętary zginął w 1993 r. w wypadku samochodowym pod Poznaniem, a zabójstwo zlecił – też nieżyjący – ochroniarz Elektromisu.

Maciej Szuba, były szef poznańskiej policji, dziś prywatny detektyw: – Prokuratura robi szum wokół tej sprawy, bo potrzebuje wielkiego sukcesu. Prędzej czy później dowiemy się, kim jest „świadek incognito”, wtedy będzie można ocenić jego motywy.

Jego zdaniem śledztwo się nie klei.

– Po co G. prosiłby chłopaków z Elektromisu, by zrobili krzywdę Ziętarze? Przecież miał wtedy kontakty z mafią pruszkowską. No i po co prokurator szuka w tych magazynach? Myśli, że jeśli była tam krew, to nie skuli posadzki? Wychodzi na to, że stali za tym kompletni idioci!

Zbierajcie na fundusz pośmiertny

Kosmaty zatrzymał dwóch ochroniarzy Świtalskiego, przeszukał magazyny jego dawnej firmy i obecnej – Czerwonej Torebki.

Świtalski milczy. Przez adwokata Wiesława Michalskiego przekazał nam tylko, że nie ma ze sprawą nic wspólnego, nie będzie rozmawiał. A ten sam adwokat broni teraz „Ryby” i „Lali”.

– Jestem w szoku. Zarzuty są podłe – tyle powiedział Świtalski 20 lat temu, gdy „Gazeta Wyborcza” zacisnęła pętlę na szyi jego Elektromisu. Dziennikarze śledczy opisali splot spółek handlowych holdingu w Poznaniu, których przedstawiciele mieli potem procesy za niepłacenie podatku.

Gdy wcześniej interesy Elektromisu próbował tropić Jan Przeworski, dyrektor poznańskiego urzędu celnego, został pobity, sprawcy nie złapano. – Chcieli mnie tylko przestraszyć, dlatego dostałem pałką gumową, a nie metalową – mówił dziennikarzom. – Chciałbym jeszcze trochę pożyć – dodał, gdy został odwołany za zbytnią dociekliwość.

Świtalski otoczony był dawnymi milicjantami ciaśniej niż gen. Wojciech Jaruzelski u szczytu kariery. Jeden ze wspólników Świtalskiego pracował wcześniej w milicji i ścigał nawet przestępców gospodarczych. Gdy poszedł na żołd do Świtalskiego, został sponsorem poznańskiej policji.

Dwa tygodnie przed porwaniem Ziętary policja podjechała pod bramę magazynu Elektromisu, ale strażnicy przez godzinę nie podnieśli szlabanu, bo „nie mieli zgody kierownictwa”. W tym czasie z piskiem opon odjechała z magazynu tajemnicza ciężarówka.

Gdy zatrzymywano w końcu współpracowników Świtalskiego, w wielkim śledztwie z połowy lat 90., oskarżał prokuraturę o manipulacje, o zagrożenie dla demokracji. Sam uniknął prokuratora, ale jego kilkunastu ludzi stanęło przed sądem. Świtalski formalnie był tam tylko szefem zakładowej straży pożarnej, nikt nigdy przeciwko niemu nie zeznał. Ale żadnemu dziennikarzowi nigdy też nie wytoczył procesu za teksty o jego interesach. Nie lubił prasy, nie występował publicznie. Aby chronić swój wizerunek, zadzwonił tylko do Moniki Olejnik, znanej już wówczas dziennikarki radiowej.

– Wie pani, kim jestem – usłyszała w słuchawce. – Dziennikarze tak na mnie naskakują, może zostałaby pani moim rzecznikiem?

Odmówiła. A Świtalski tego nie lubił. Do reszty przestał tolerować media.

Zapewne przygląda się teraz śledztwu Kosmatego, choćby ze względów finansowych. Po zatrzymaniu jego ochroniarzy notowania Czerwonej Torebki na giełdzie zapikowały w dół.

Kim jest jeden z najbardziej tajemniczych biznesmenów, któremu Kosmaty wysyła zniuansowane sygnały?

Wychował się w domu dziecka w Szamotułach. Koledzy z tej ochronki to trzon jego przybocznych – wierni, lojalni. Świtalski żyje dzisiaj jak szejk. Biedronki sprzedał Portugalczykom, ale ma sieć Czerwonych Torebek, Małpek, sklep internetowy Merlin, pomógł synowi założyć studio gier komputerowych. W Sowińcu pod Poznaniem ma pałac z pasem startowym, stadninę koni i klub do gry w polo. W herbie klubowym kazał umieścić swoje inicjały i dwa konie. Z dwoma synami tworzy drużynę polo i organizuje z tej okazji wystawne przyjęcia, na które przychodzą damy z manierami pod ręką i w kapeluszach. Konie kupuje na aukcjach, przebija arabskich szejków. Zgolił wąsy, odsłonił sympatyczny, misiowaty uśmiech.

Wiadomo, że w interesach jest szybki, bezwzględny, nie ma sentymentów do tworzonych przez siebie marek.

Piotr Najsztub, jeden ze współautorów tekstu o Elektromisie z 1994 roku i korupcji w poznańskiej policji, przyznaje, że atmosfera była wtedy napięta.

– Czuliśmy realne zagrożenie. Miało wyjść na nas zlecenie zabójstwa ze strony negatywnych bohaterów tekstów.

Najsztub dowiedział się w prokuraturze o zagrożeniu swego życia przed 20 laty. Po Ziętarze mieli zabić Najsztuba

– Szkodzisz mojej firmie. Powinienem cię unieszkodliwić – powiedział wtedy Najsztubowi jeden z poznańskich biznesmenów. Najsztub nie chce powiedzieć, o kogo chodzi. Boi się procesu.

– To ty się zastrzel – odparł dziennikarz. – Bo przez ciebie twoja firma ma kłopoty. Unikałeś mediów, zamknąłeś się, kusiłeś aurą tajemniczości.

– To zostań moim rzecznikiem prasowym.

Najsztub odmówił.

Grożono też redakcji „Wprost”, gdy jeszcze przed „Wyborczą” szykowała tekst o Elektromisie. Po pierwszym artykule kazano jej w anonimowym telefonie zbierać „na fundusz pośmiertny”.

Autor artykułu Mirosław Cielemięcki przyznał, że redakcja wahała się, czy publikować materiały o Elektromisie, z obawy przed zemstą holdingu. Zdecydowała się dopiero po reportażu Najsztuba i Gorzelińskiego.

Kosmaty, jak wiemy z informacji ze śledztwa, zamierza zatrzymać jeszcze co najmniej dwie osoby. Nadal się nie obawia, że uciekną do slumsów w Indiach.

Jarosław Ziętara

Jest jedynym polskim dziennikarzem, który przepadł bez wieści. Rankiem 1 września 1992 r. wyszedł do pracy z mieszkania na poznańskim Łazarzu. Ostatnia widziała go jego dziewczyna. Ślad urywa się za rogiem, jakby dziennikarz zapadł się pod ziemię. Gdy zniknął, pracował w „Gazecie Poznańskiej”. Miał 24 lata i doświadczenie z pracy w kilku redakcjach. Pochodził z Bydgoszczy. Na studia wyjechał do Poznania. Zaczynał jako dziennikarz w Uniwersyteckim Centrum Radiowym – został nawet szefem tego akademickiego radia. Publikował we „Wprost” i „Gazecie Wyborczej”. Próbowano zwerbować go do pracy w Urzędzie Ochrony Państwa. Grał w siatkówkę, był zakochany w górach. Jego symboliczny grób znajduje się na cmentarzu w Bydgoszczy, obok mogił rodziców.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Co brzydzi Polaka
Kucharka w przedszkolu: – Że dyrektorka bierze obiady gratis, a ja muszę płacić. Wizażystka: – Nieświeży zapach majtek eleganckich kobiet. Właścicielka kiosku: – Kiedy mężczyźni wyciągają z kieszeni spodni przepocone banknoty

53 złote od łba. O wójcie, który od 25 lat siedzi na gminnym tronie
Organista niby muzyk, a ręce jak u górnika po szychcie. A u wójta wypieszczone jak u biskupa, chociaż on były szoferak

Mikołaju, żadnych upiornych lalek
Jakie prezenty dzieci chcą od Świętego Mikołaja, a jakich nie?

Moje wietnamskie tortury. 4 lata, 4 miesiące, 6 więzień
Strażnicy rzucili mnie więźniom na pożarcie. Przyglądali się z boku, jak mnie biją, kopią w piersi i głowę

Szwedzkie tabu: homofobia i białe łosie
Wszystko, co napisałem, jest prawdą. Musiałem bardzo dokładnie sprawdzać fakty, oskarżam mnóstwo ludzi, lekarzy, policjantów, dziennikarzy, podaję konkretne nazwiska

Świat według Orlińskiego
I Feel Good, czyli afromajteczki w afrokropeczki

Pożeracz serc…
czyli „Potop” jest wieczny [VARGA]


    Kopacz: Putin chce podzielić UE, musimy pokazać jedność ws. Ukrainy i sankcji

    jagor, PAP, 18.12.2014
    Premier Ewa Kopacz

    Premier Ewa Kopacz (ANNA JARECKA)

    – Państwa unijne muszą sobie odpowiedzieć podczas szczytu UE w Brukseli, czy w sprawie Ukrainy nadal są jednością – oświadczyła przed rozpoczęciem obrad premier Ewa Kopacz. Jej zdaniem prezydent Rosji Władimir Putin chce podzielić kraje unijne.
    Putin powiedział w Moskwie podczas dorocznej konferencji prasowej, że to Zachód buduje nowe mury odgradzające go od Rosji, a obecna sytuacja gospodarcza jego kraju jest wywołana przede wszystkim przez czynniki zewnętrzne.- Jego wypowiedzi są bardzo jednoznaczne: mówi, że wszystko, co się dzieje w jego kraju, czyli ten kryzys, który ma tam miejsce, (…) za to jest odpowiedzialny Zachód – oceniła Kopacz. Dodała, że rosyjski przywódca chce też obciążyć Zachód za wojnę domową na Ukrainie.

    „W sprawie sankcji jesteśmy jednością”

    Jak podkreśliła szefowa polskiego rządu, wypowiedzi Putina są obliczone na to, by podzielić kraje UE. Zdaniem Kopacz państwa unijne, które do tej pory były dość ostrożne we wprowadzaniu sankcji, mogą po wysłuchaniu słów prezydenta Rosji być jeszcze bardziej powściągliwe niż wcześniej.

    – Musimy sobie na tej Radzie Europejskiej odpowiedzieć na jedno pytanie. To jest pytanie, czy w dalszym ciągu jesteśmy jednością? Ja uważam, że w sprawie sankcji jesteśmy jednością – oceniła premier.

    Kopacz podkreśliła, że kraje UE muszą mieć „jeden czytelny przekaz”, że sankcje, które w tej chwili Unia nałożyła na Rosję, są tylko i wyłącznie skierowane przeciwko polityce Putina, a nie wobec Rosji.

    W jej ocenie dyskusja w gronie unijnych przywódców na temat Ukrainy będzie bardzo ciekawa. Przypomniała, że we wnioskach końcowych z poprzednich szczytów UE niezależnie od tego, jak toczyła się dyskusja, w jednoznaczny sposób potępiono agresję na Ukrainie.

    – Tu nie było żadnych wątpliwości i wszyscy to wiedzą, natomiast dziś będziemy pewno rozmawiać o tym, czy należy na Rosję nałożyć kolejne sankcje – zapowiedziała premier.

    Szczyt m.in. na temat sytuacji na Ukrainie

    Rozpoczynający się dziś szczyt UE jest poświęcony sytuacji na Ukrainie oraz planowi inwestycyjnemu szefa KE Jean-Claude’a Junckera; to pierwszy szczyt pod przewodnictwem nowego przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, który sprawuje tę funkcję od 1 grudnia.

    Kopacz wyraziła przekonanie, że Rada Europejska pod przewodnictwem byłego szefa polskiego rządu na pewno będzie przebiegała sprawnie. Jak zaznaczyła, Tusk także wtedy, gdy był premierem „zawsze był bardzo konkretny i kiedy chciał zakończyć jakiś problem, dążył do tego, żeby w konsensusie go rozwiązać; nie przegadywał tematów”.

    „Tusk? Jest bardzo konkretny”

    – Jest bardzo konkretny, a po efekcie tej dyskusji będziecie państwo go oceniać. Jestem przekonana, że ta Rada Europejska będzie naprawdę bardzo sprawnie i skutecznie przebiegała – powiedziała premier polskim dziennikarzom.

    Premier była też pytana o pojawiającą się w Polsce krytykę Tuska za to, że nie zaprosił na szczyt ukraińskiego prezydenta Petra Poroszenki.

    Kopacz zaznaczyła, że Rada Europejska to debata wszystkich szefów państw i rządów krajów UE. – Sytuacja, w której będziemy mówić o kraju, który reprezentuje prezydent Poroszenko, czyli o Ukrainie, pewnie się odbędzie, a ambasadorów będzie dużo – dodała szefowa rządu.

    Podkreśliła, że ona sama z prezydentem Poroszenko rozmawiała w środę podczas jego wizyty w Warszawie. – Powiedziałam: pan może być pewien, że sprawy Ukrainy mają swoich mocnych ambasadorów w Radzie Europejskiej – zaznaczyła Kopacz.

    Jak dodała, nie mówiła tylko o Polsce. – Rzeczywiście, Polska bardzo mocno, bardzo stanowczo mówi o tym, że powinniśmy mówić jednym głosem, jeśli chodzi o sankcje nałożone na Rosję, ale są inne kraje, które mnie bardzo wspierają – zaznaczyła. Podkreśliła, że jest to m.in. Wielka Brytania.

    „Wszyscy w sali weselnej płakali”. Mąż naprawdę zaskoczył swoją żonę>>

    Zobacz także

    TOK FM

    Kowal: Jeżeli Putin to przetrwa, za kilka miesięcy będzie znacznie silniejszy

    Wiktoria Beczek, PAP, 18.12.2014
    Paweł Kowal

    Paweł Kowal (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

    Prezydent Rosji podczas konferencji prasowej wydawał się zadowolony i zrelaksowany. Sytuacja gospodarcza kraju jest jednak bardzo zła, a Unia jeszcze zaostrza sankcje. – To jest unikalny moment, kiedy władza Putina jest słaba. On o tym wie, wie też jego otoczenie i należy jeszcze raz spróbować twardych dyplomatycznych negocjacji – ocenił Paweł Kowal w rozmowie z Tokfm.pl.
    Konferencja Władimira Putina, na której odpowiadał na pytania dziennikarzy, trwała ogółem ponad trzy godziny – jeden z operatorów kamer podobno zasłabł. Prezydent Rosji był jednak w niezmiennie dobrej formie i cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Pierwszeństwo mieli ci, którzy „współpracowali z Kremlem przez cały rok”.Putin zapewnił, że Rosja w dwa lata odbuduje gospodarkę, obwinił Zachód za sytuację na Ukrainie i stwierdził, że Europa buduje nowy mur berliński.

    „Jeżeli Putin to przetrwa…”

    – Zachowuje się profesjonalnie, ma minę gracza – ocenił Paweł Kowal, były wiceminister spraw zagranicznych i współpracownik Kolegium Europy Wschodniej.

    – To jest unikalny moment, kiedy władza Putina jest słaba. On o tym wie, wie też jego otoczenie i należy jeszcze raz spróbować twardych dyplomatycznych negocjacji – stwierdził i dodał, że Unia musi przestać się obawiać, że po ewentualnym upadku prezydenta, jego następca może się okazać jeszcze gorszy. Takie myślenie może się, zdaniem Kowala, okazać „zastrzykiem siły dla Putina”. – Jeżeli Putin to przetrwa, to za kilka miesięcy będzie znacznie silniejszy – ocenił.

    „Interes jest wspólny”

    Polityk odniósł się też do nowych sankcji Unii Europejskiej wobec zaanektowanego przez Rosję Krymu. Wprowadzono zakaz sprzedaży technologii do wydobycia ropy i gazu, zakaz inwestowania w firmy na Krymie, co będzie mieć konsekwencje np. dla podmiotów rosyjskich, które chciałyby inwestować w rozwój półwyspu, a także zakaz prowadzenia tam działalności przez firmy turystyczne z Unii Europejskiej.

    – Na nasze nieszczęście, w tle kołacze się rywalizacja UE z USA – kto jest silniejszy i czyje sankcje działają. Wszyscy podejrzewają, że za cenami ropy stoją ruchy rynkowe, za którymi z kolei stoją Stany Zjednoczone, i w Unii coraz więcej osób mówi „nasze sankcje są najmocniejsze”. Najlepiej by było, gdyby Unia ze Stanami się koordynowały i żeby nie było konkursu na to, kto ma piękniejszy ogonek, bo interes jest wspólny – podsumował Kowal.

    Zobacz także

    TOK FM

    Reklamy

    Skomentuj

    Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

    Logo WordPress.com

    Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

    Zdjęcie z Twittera

    Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

    Zdjęcie na Facebooku

    Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

    Zdjęcie na Google+

    Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

    Connecting to %s