Markowski (18.12.14)

 

PIĘCIU BISKUPÓW ZA SZESNAŚCIE MILIONÓW

CEZARY MICHALSKI, 18.12.2014

Nuncjusz papieski wymusił odejście pięciu biskupów z komitetu patronackiego marszu Prawa i Sprawiedliwości 13 grudnia. Trzy dni później klub parlamentarny Platformy Obywatelskiej zgłosił w Sejmie wniosek o udzielenie kolejnej dotacji na niekończącą się budowę monstrualnej wyciskarki do cytrusów na Wilanowie – oops, przepraszam, Świątyni Opatrzności Bożej – na sumę szesnastu milionów złotych z budżetu przeznaczonego na kulturę i ochronę narodowego dziedzictwa. To kolejna dotacja na wyciskarkę z tego funduszu zaproponowana i przeprowadzona przez rządzącą Platformę. Po raz kolejny budzi tę samą złość, wciąż tak samo bezsilną, dopóki ta złość nie napędza żadnej skutecznej świeckiej polityki (ruchy miejskie wychwalane przez niektórych bardzo sympatycznych ludzi jako nowa jakość w polskiej polityce posłużyły do tego, przynajmniej w Warszawie, by wprowadzić do samorządów paru kolejnych wiplerystów i chazanistów, tym razem ze zwiniętym sztandarem, który dopiero teraz rozwijają z dumą).

 

Kościół jest na tym tle rozsądny, jak był tutaj zawsze (ks. Popiełuszko to nie był Kościół, to był zwyczajny rozgorączkowany człowiek, Kościół to był prymas Glemp). Lepiej sprzedawać się komuś, kto rządzi, więc może zapłacić, niż oddawać się za darmo komuś, kto co prawda obiecuje wszystko, ale władzy nie będzie miał nigdy. A Kaczyński władzy nie będzie miał nigdy. Narodowcy odebrali mu prawicową młodzież (przeciętna wieku uczestników marszu Kaczyńskiego była o ok. 30 lat wyższa niż przeciętna wieku uczestników Marszu Niepodległości). Biskupów, bez których ponoć w Polsce rządzić się nie da, odebrał Kaczyńskiemu nuncjusz. A Piechociński wyskakując zza węgła, odebrał mu elektorat rolniczy, bez którego długi marsz wsi i prowincji przeciwko „upadłym moralnie metropoliom lemingów” zawsze będzie się dla Kaczyńskiego kończył na dalekich przedmieściach (PiS w wyborach samorządowych stracił nie tylko Elbląg i Radom, stracił nawet Wołomin, gdzie wieloletni burmistrz PiS, choć wspierany przez żwawy i wyposażony w gazrurki wołomiński SKOK, musiał ustąpić miejsca kandydatce wspartej przez PSL).

 

Ale powróćmy do meritum. Pięciu biskupów za szesnaście milionów. W tym biskup Depo z Częstochowy, strażnik „świętej wieży” (tym razem dokładny cytat z piosenki Staszczyka). Depo lubi porównywać dzisiejsze polskie państwo do szwedzkiego potopu, a siebie i PiS do obrońców jasnogórskiego klasztoru.

 

Jak więc z tej przez samego biskupa stworzonej historycznej analogii wynika, gdyby Szwedzi zapłacili 16 milionów (w ówczesnej walucie), ks. Kordecki pobłogosławiłby im kolubrynę, a sekretną biografię Babinicza vel Kmicica sypnął jakiemuś szwedzkiemu Markowi P.

 

Takie jest nasze prawdziwe odwieczne narodowe czytanie Trylogii. Jeśli oczywiście czytamy ją Brzozowskim, a nie Komorowskim, na którego nawet taki pies wartowniczy III RP jak ja będzie w stanie się zmusić zagłosować dopiero w II turze. I wyłącznie, jeśli w tej drugiej turze alternatywą będzie Andrzej Duda.

 

Macie swój kościółek prawicowcy z PiS-u. Macie swój kościółek prawicowcy z PO. Macie swój handelek dewocjonaliami z Janem Pawłem II na skalę kosmiczną – panowie i panie z każdego miejsca tutejszych „cywilizowanie konserwatywnych” mediów. Szesnaście milionów za pięciu biskupów. W dodatku Fundusz Kościelny czy konsekwencje działania Marka P. w Komisji Majątkowej wysokość tego rachunku znacznie jeszcze podnoszą. Ja wiem, że jeśli Platforma tych szesnastu milionów Kościołowi nie da, jeśli spróbuje zamienić Fundusz Kościelny na dobrowolny kościelny podatek albo przyjrzy się – nie daj Boże – konsekwencjom działania Marka P. w Komisji Majątkowej, to nuncjusz papieski do następnego marszu PiS wydeleguje 20 biskupów i będzie gorąco.

 

Przy całym jednak zrozumieniu dla ryzyka, jakie niesie obecność biskupów w tym czy innym marszu, wydaje się, że nie są oni warci aż takich pieniędzy. Albo może się mylę, może wciąż przeceniam siłę polskiego świeckiego państwa, podczas gdy realistycznie wycenia tę siłę jedynie Bartłomiej Sienkiewicz.

 

Tak czy inaczej, Chrystusa nie ma dziś ani w „Kościele toruńskim”, ani w „Kościele łagiewnickim”, no bo przecież nawet Jan Maria Rokita, kiedy to barwne przeciwstawienie budował, nie myślał o Chrystusie, ale o doraźnym partyjnym wykorzystaniu Kościoła. Nie wiem, jak ludzie z Łagiewnik, ale mnie jako torunianina sama nazwa „Kościół toruński” na określenie Kościoła o. Rydzyka obraża. Obraża i rani tym bardziej, że jest w tym niestety odrobina prawdy. My, toruńscy mieszczanie, niemieccy, polscy, „tutejsi” (cyt. za bracia Mackiewiczowie, którzy wyjątkowo nie przepadali za państwem narodowym), potrafiliśmy u progu Renesansu złamać zakon krzyżacki, który zabraniał nam ten próg Renesansu przekroczyć. To dziś może być trudne do wyobrażenia, ale I Rzeczpospolita wydawała się wówczas mieszczanom toruńskim państwem bardziej świeckim i bardziej nowoczesnym niż państwo zakonne.

 

Dziś jednak zakon o. Rydzyka złamał moje miasto całkowicie. My nawet miewaliśmy wcześniej w hanzeatyckim Toruniu chrześcijaństwo. Choć ostatecznie katolickie, to jednak z wyraźnym higienizującym wpływem protestantyzmu z sąsiedniej ulicy. Z kultem Boga, ale bez przesadnego kultu idoli i bożków. W toruńskich kościołach modlono się kiedyś do Jahwe, Jezusa i Gołębicy, a nie do Putina albo do papieża. Tymczasem dziś duszę miasta zatruwa coś, co w ogóle już nie jest chrześcijaństwem. A prezydentem miasta jest od stu lat koleś z „Ordynackiej” dzielący się władzą z Rydzykiem i oddający mu miasto, bo bez poparcia Rydzyka prezydentury by nie miał. Kultywujcie swoją nostalgię za PRL-em, będziecie w ten sposób kultywować nostalgię za oportunizmem i najgorszą konserwą.

 

Już słyszę głosy oburzenia odpowiedzialnych konserwatystów z PO i prezydenckiego pałacu. „Jak można zestawiać ze sobą fakty tak niepowiązane, czyli odpowiedzialne odwołanie przez nuncjusza pięciu biskupów z marszu Kaczyńskiego z równie odpowiedzialnym przeznaczeniem kolejnych szesnastu milionów z budżetu kultury na budowę Świątyni Opatrzności Bożej i muzeum Jana Pawła II w jej wnętrzu. Tylko będąc takim nihilistą jak Brzozowski, Heine czy Brecht można te dwie zupełnie niepowiązane ze sobą odpowiedzialne decyzje tak nieodpowiedzialnie ze sobą powiązać”.

 

To jednak będą głosy oburzenia tak samo przekonujące, jak oburzenie Marka Lasoty, kiedy mu wypomniano, że porzucając Platformę i zostając kandydatem PiS na prezydenta Krakowa, zatrudnił przy okazji dwie swoje córki, wciąż jeszcze studentki, jako asystentki europarlamentarzysty i prezydenckiego kandydata PiS Andrzeja Dudy, „bo są utalentowane” (cytuję Lasotę). Pamiętam, jak wszystkich śmieszyło, kiedy Waldemar Pawlak przyłapany na tym, że zatrudnił swoją matkę na publicznym etacie, pytał z oburzeniem: „Jak można było nie zatrudnić mamy?”. Ale on przynajmniej nie zasłaniał własnego nepotyzmu Bogiem i Historią, może z naiwności. Tymczasem profesor Lasota to tak przy okazji dyrektor krakowskiego oddziału IPN, co świetnie pokazuje, jak łączyć w Polsce moralizowanie na temat przeszłości z załatwianiem drobnych biznesów w teraźniejszości.

 

Ja rozumiem wymagania naszego odzyskanego śmietnika. Ja nawet lojalnie odczuwam radość z tego odzyskanego wielopartyjnego śmietnika, bo jednopartyjny śmietnik PRL-u bywał jeszcze bardziej skorumpowany i jeszcze bardziej okrutny.

 

Ale zaciąganie do tego partyjnego śmietnika Boga, Kościoła, 13 grudnia, ofiar z kopalni Wujek, ludzi zastrzelonych w Lubinie i we Wrocławiu, Grzegorza Przemyka, Bogdana Włosika… to zwyczajne bluźnierstwo. Równie przykre, kiedy bluźni PiS, Platforma czy kiedy bluźnią biskupi.

Dziennik Opinii KP

Filmy roku 2014: polski film amerykański i inne specjały [RANKING SZCZERBY]

Jacek Szczerba, 18.12.2014

„Grand Budapest Hotel” (Fot. materiały dystrybutora)

„Najbardziej czekałem na film Polańskiego o Dreyfusie, ale ten wciąż nie może powstać” – oto najlepsze dziesięć filmów 2014 roku według Jacka Szczerby.
10. „Wolny strzelec”, reż. Dan Gilroy Nie lubię Jake’a Gyllenhaala, który jest tu jeszcze bardziej odstręczający niż zwykle. Tyle że tym razem tak miało być – to aktor idealnie nadający się do zagrania człowieka „nawiedzonego”, dziennikarskiej hieny.Postać grana przez Gyllenhaala mówi do współpracowników: „Jedno, co mogę wam obiecać, to to, że nie będę od was wymagał tego, czego sam bym nie zrobił”. Ale my wiemy, że on nie ma moralnych hamulców. „Wolny strzelec” to niby nic oryginalnego, natura mediów jest znana nie od dziś – gdy jednak zdarzało mi się po nim trafiać na newsowe stacje, co rusz mówiłem sobie: „O, tu ktoś zupełnie jak Gyllenhaal, i tu, i tu”.

Przeczytaj recenzję Jacka Szczerby

9. seriale z Ameryki

Na tej pozycji mieści się nie jeden tytuł, lecz cała masa amerykańskich seriali błyskotliwie prowadzonych w kolejnym sezonie. Przez błyskotliwe prowadzenie rozumiem na przykład pierwszą scenę drugiej serii „Hannibala”, w której oglądamy śmiertelną bójkę Jacka Crawforda (Laurence Fishburne) z FBI z dr. Hannibalem Lecterem (Mads Mikkelsen), z której wynika, że pierwszy zdemaskował zbrodnie drugiego, a potem… akcja cofa się o dwa tygodnie. Mógłbym tu wymienić tylko jeden tytuł, choćby „Detektywa” z Matthew McConaugheyem i Woodym Harrelsonem – ale akurat ten seryjny kryminał mnie nie przekonał.


Mads Mikkelsen jako Hannibal Lecter

8. „Molier na rowerze”, reż. Philippe Le Guay

Lubię tę poważną komedię, bo lubię „Mizantropa” Moliera, bo podziwiam aktora Fabrice’a Luchiniego i doceniam sposób, w jaki prawdziwe życie połączono tu z fikcją się do niego odwołującą. Luchini naprawdę jest świetnym interpretatorem klasyki. Naprawdę mieszka na deszczowej północy Francji jak jego filmowy bohater. Bohater, do którego przyjeżdża inny aktor, gwiazdor telenoweli (Lambert Wilson), by namówić go na wspólne wystawienie w Paryżu „Mizantropa”. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć czegoś o kabotyństwie aktorów i o psychicznych kosztach uprawiania tego zawodu, to powinien sięgnąć po fabułę Le Guaya.

Przeczytaj recenzję Jacka Szczerby

7. „Co jest grane, Davis?”, reż. Joel i Ethan Coen

Trudno lubić film z niesympatycznym bohaterem. A Llewyn Davis (Oscar Isaac), nowojorski muzyk z lat 60., jest wyjątkowo niesympatyczny. Da się go znieść wyłącznie wtedy, gdy śpiewa. Choć i to wychodzi mu niespecjalnie, więc właściciel klubu w Chicago (F. Murray Abraham), wysłuchawszy uprzejmie jego popisu, mówi: „Nie widzę w tym szansy na duże pieniądze”. Dlaczego zatem wybrałem ten film? Z powodu zawiłej konstrukcji, z akcją wędrującą po okręgu? A może udanego przemieszania w nim jawy i snu? Nie, z powodu rudego kota (czy dwóch kotów, bo i to nie jest pewne). Niewiele rzeczy wstrząsnęło mną w tym kinowym roku tak silnie jak scena, w której Davis porzuca rudego kota w samochodzie z martwym, a może jedynie naćpanym, Johnem Goodmanem.

Przeczytaj recenzję Jacka Szczerby

6. „Wielkie piękno”, reż. Paolo Sorrentino

Nie należę do tych, których ten film oburza – jako świętokradcze wtargnięcie na teren zawłaszczony na wieki przez Felliniego, z jego „Słodkim życiem” i „Rzymem”. Ja tę opowieść o dziennikarzu Jepie Gambardelli (Toni Servillo), który świętując swe 65-lecie, wędruje po ukochanym Wiecznym Mieście i wstydliwych zakamarkach pamięci, biorę za przykład kina transowego. Albo się temu transowi poddajemy, wytrzeszczając oczy w zachwycie, albo nie. Pseudogłębokie analizy „Wielkiego piękna” mało mnie obchodzą, bo nie widzę sensu odbierania go intelektualnie. A że jest to przy okazji hołd złożony Felliniemu, to już inna sprawa.

Przeczytaj recenzję Jacka Szczerby

5. „Zaginiona dziewczyna”, reż. David Fincher

Oglądając ten thriller, myślałem o Hitchcocku. Wszystko zostało skrojone jakby wedle jego upodobań: ciemnowłosy przystojniak (Ben Affleck) jest podejrzewany o zamordowanie żony, która zniknęła w piątą rocznicę ślubu, a zimna atrakcyjna blondynka (Rosamund Pike) okazuje się gorącym lodem. Fabuła jest przewrotna, celnie opisuje medialną histerię, która wybucha w związku z parą bohaterów. A jako puentę mamy specyficzne mrugnięcie okiem a la Hitchcock. Jakby autorzy filmu pytali: „Drodzy widzowie pozostający w związkach małżeńskich, czy to nie dotyczy jakoś was wszystkich?”.

Przeczytaj recenzję Jacka Szczerby4. „Bogowie”, reż. Łukasz Palkowski Nie podzielam międzynarodowych zachwytów nad „Idą” Pawła Pawlikowskiego, ale film Palkowskiego ujął mnie od razu. Ujął fachowością na każdym odcinku filmowej roboty. Taka fachowość to w polskim kinie rzadkość, bo u nas jak zdjęcia są świetne, to znowu scenariusz już niekoniecznie. Tomasz Kot zagrał Zbigniewa Religę minimalistycznie, lepiąc go z kilku charakterystycznych psychofizycznych cech. Zwracam uwagę, że nie ma tu żadnej patetycznej sceny, w której Religa wykładałby swoje credo.

Przeczytaj recenzję Jacka Szczerby

3. „Tajemnica Filomeny”, reż. Stephen Frears

Ten film ma coś, czego w kinie nie lubię – natrętny „przekaz ideowy”. Oto okrutny irlandzki Kościół katolicki odbierał młodym matkom pozamałżeńskie dzieci zaraz po narodzinach i sprzedawał je do adopcji. Na dokładkę syn poszukiwany przez bohaterkę po prawie 50 latach okazuje się gejem. Schemat do kwadratu.

Na szczęście tę prawdziwą skądinąd historię opowiedziano bez krztyny plakatowości. To przede wszystkim zasługa Steve’a Coogana, który napisał scenariusz i zagrał dziennikarza wspierającego bohaterkę w poszukiwaniach. Judi Dench, choć dobra jak zawsze, wydaje się jednak źle obsadzona. Całą karierę grała kobiety błyskotliwe (od Elżbiety I po bondowską M) i nieprzeciętną inteligencję ma wypisaną na twarzy, więc trudno nagle uwierzyć, że jest poczciwiną czytającą tandetne romanse. Znam brytyjską aktorkę, która byłaby bardziej na miejscu – Imeldę Staunton, której trzecie imię brzmi Filomena.

Przeczytaj recenzję Tadeusza Sobolewskiego i wywiad ze Stephenem Frearsem

2. „Grand Budapest Hotel”, reż. Wes Anderson

Nikt w światowym kinie nie ma dziś tak subtelnie „cieniutkiego” i złośliwego poczucia humoru jak Wes Anderson. Nie dziwota, że mieszka w Europie. A ta hotelowa historia to chyba najlepsza, obok „Genialnego klanu”, rzecz, jaką dotąd popełnił. Johnny Depp przewidziany do roli szefa hotelowej obsługi, monsieur Gustave’a, nie przyjął jej. I bardzo dobrze, bo raczej nie byłby tak wspaniały jak Ralph Fiennes. Skądinąd cały tabun gwiazd zadowala się u Andersona epizodami, na których rozmiary krzywiliby się u innych reżyserów.

Przeczytaj recenzję Tadeusza Sobolewskiego

1. „D.”, reż. Roman Polański

Kinowy rok 2014 nie był specjalnie urodzajny, pozwalam sobie więc zamknąć listę filmem, który… w ciągu tych 12 miesięcy nie powstał (nie dopięto budżetu), choć taki był zamiar. Łatwo jednak go sobie wyobrazić, gdy zna się fabuły Polańskiego i przeczytało książkę Roberta Harrisa „Oficer i szpieg” będącą literackim rozwinięciem scenariusza, który napisali wspólnie Polański i Harris.

Rzecz jest o skandalu, który podzielił Francję na przełomie XIX i XX w. Pułkownik Georges Picquart (w tej roli widzę Francuza Vincenta Cassela) odkrywa, że kapitan Alfred Dreyfus, za którym Picquart osobiście nie przepada, także z powodu żydowskiego pochodzenia Dreyfusa, został niesłusznie skazany za szpiegostwo na rzecz Niemiec. Chcąc sprawę „odkręcić”, Picquart będzie miał przeciwko sobie zarówno wojskowych zwierzchników, jak i podkomendnych z wywiadu.

Filmowe w tej opowieści są nawet drobiazgi, jak choćby zachowanie w łóżku dwóch kochanek Picquarta: młodsza wyzywająco demonstruje swą nagość, starsza ją zasłania. Mam nadzieję, że „D.” nie pozostanie jedynie wytworem mojej imaginacji.

Zobacz także

wyborcza.pl

Chamówa w Sejmie. Kaczyński: – Są niżsi ode mnie

Agata Nowakowska, 18.12.2014
http://www.gazeta.tv/plej/19,75248,17150066,video.html?embed=0&autoplay=1
W Sejmie awantura o „wielkie żarcie” posłanki Krystyny Pawłowicz (PiS). Posłowie Twojego Ruchu zwrócili jej uwagę, że „to nie bar mleczny”. W odpowiedzi posłanka i lider PiS Jarosław Kaczyński zaatakowali marszałka Sejmu.
Pawłowicz przyniosła za sobą na salę plastikowy pojemnik z jedzeniem. Jednorazowym widelczykiem co raz w najlepsze podjadała. Jedzenie i woda stały na jej poselskim pulpicie.Armand Ryfiński (koło poselskie Bezpieczeństwo i Gospodarka) chciał, by Konwent Seniorów „nauczył kultury panią poseł”, ale marszałek Sejmu Radosław Sikorski poprosił władze klubu PiS o zwrócenie uwagi posłance.- Co pan popija, panie marszałku? – krzyknęła w odpowiedzi Pawłowicz. Sekundował jej Antoni Macierewicz (PiS).- Z trudem mogę się pogodzić z tym, że zamieniono tę Izbę w wyszynk, bar mleczny. A obrazki, które widzieliśmy na tej sali przed chwilą, przypominały sceny z filmu „Wielkie żarcie” Marco Ferreriego – zirytował się Andrzej Rozenek (TR). I zaproponował przerwę, by posłanka PiS „mogła wynieść brudne naczynia i sztućce z tej sali, żebyśmy nie musieli w takich warunkach pracować”.

Pawłowicz postanowiła się bronić. Oskarżyła marszałka Sikorskiego, że „nie wykonuje obowiązków”. – Proszę o zwrócenie uwagi tej lewej stronie. To prześladowanie, gnębienie. Ci wszyscy ludzie powinni być wykluczeni z tej sali – mówiła posłanka.

Rozenek jej nie odpuszczał: „Posprzątaj naczynia”, „Talerze wynieś”.

Marszałek Sikorski: „Czy pani poseł zaprzecza, jakoby konsumowała na sali?” (śmiech).

Do obrony posłanki poczuł się wywołany Jarosław Kaczyński (PiS). Zażądał zwołania Konwentu Seniorów „w celu przywołania do porządku marszałka Sejmu, żeby tę grubiańską stronę sali przywoływał do porządku”.

Wtedy Ryfiński z sali krzyknął do prezesa PiS: „Siadaj, kurduplu”. – Rzeczywiście jestem niewysokiego wzrostu, ale są tu niżsi, np. pewien pan profesor – odpowiedział Kaczyński.

Marszałek Sikorski próbował wypytać lidera PiS, w jakim trybie zabiera głos. Gdy ten na początku nie odpowiadał, polecił: „Panie pośle, proszę do mnie”. Ponownie wywołało to wesołość na sali.

Zanim doszło do tej sejmowej przepychanki, na posłankę Pawłowicz skarżył się na sali sejmowej poseł SLD Dariusz Joński. Zarzucił jej atak najpierw na dziennikarkę TVN24, a potem na niego. Apelował do prezesa Kaczyńskiego, by „opanował posłankę, bo nie przystoi takie zachowanie posłowi RP”.

Jak tłumaczy „Wyborczej” poseł Joński, posłanka PiS zaatakowała go słowami: „Ty chamie jeden”. Chodziło o jego wypowiedź, że prokuratura powinna zbadać sprawę rozliczeń także b. ministrów oraz posłów PiS za podróże po kraju służbowym samochodem. Zawiadomienie w tej sprawie, dotyczące także Pawłowicz, wpłynęło do prokuratury.

Gdy Pawłowicz szła na mównicę, koledzy krzyczeli do Jońskiego: „Darek, uciekaj!”.

– Tylko posłance Pawłowicz zdarzają się takie wybryki. Nie zamierzam odpuścić tej sprawy, zwrócę się do komisji etyki – zapowiada Joński.

Według Janusza Palikota (Twój Ruch) posłanka obrażała także innych posłów. – Rzucała wiązki pod adresem posłów. Do posła Jońskiego: „Ty chamie” , do Andrzeja Rozenka: „Stul pysk!” , do Radosława Sikorskiego: „Zamknij ryj!” . To nie była kwestia polityki, tylko niebywałego chamstwa – mówił w Radiu ZET lider Ruchu.

Jego zdaniem to „wstrząsające, że dopiero po interwencji Jarosław Kaczyński wziął ją na rozmowę i zwracał jej uwagę”.

Pawłowicz znana jest z ostrych wypowiedzi. O posłance Annie Grodzkiej mówiła czytelnikom „Gazety Polskiej”, że „jak ktoś nażre się hormonów, to nie staje się od razu kobietą”. – Jak widzę faceta obok siebie, to jak mam mówić proszę pani? – kpiła dorzucając coś jeszcze o „twarzy boksera”.

Przez te wypowiedzi kilkakrotnie władze PiS zakazywały jej występu w mediach.

W czwartek posłanka zabrała głos na Facebooku. Zarzuciła Sikorskiemu, że ustala „niehigieniczny porządek obrad”, głosowania nad budżetem trwały wiele godzin. Jej zdaniem posłowie często ratują się napojami, słodyczami czy kanapkami. – Marszałek Sikorski sam popijał różne płyny (…). Lepiej posilić się kanapką, niż zachowywać się jak po spożyciu… lub zażyciu…”.

wyborcza.pl

„Ja, obywatel Markowski, boję się PiS. To jest partia destrukcji demokracji polskiej”

dżek, 18.12.2014
Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości

Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości (ADAM STĘPIEŃ)

PiS to partia destrukcji instytucjonalnych fundamentów demokracji. Boję się, bo kilka milionów ludzi chce wesprzeć zawrócenie Polski z demokratycznych procedur – mówił w Poranku Radia TOK FM prof. Radosław Markowski.
Poranna dyskusja publicystów o prawicowych mediach wprawiła ich w doskonały nastrój. Popsuł go politolog prof. Radosław Markowski. – To, co piszą, byłoby śmieszne, gdyby nie to, że 2 mln ludzi biorą to na poważnie. I wierzą w to, co jest tam napisane – ubolewał politolog.Marsz PiS to „wariactwo”– Nie pochyliliśmy się poważnie nad marszem PiS „W Obronie Demokracji i Wolności Mediów”. Komentarze były takie: demokracja jest, każdy może mówić, co chce. Ale ja uważam, że od czasu tego wariactwa, które zapanowało po trotylu na tupolewie (chodzi o tekst Cezarego Gmyza z października 2012 r. – red.), to był kolejny pokaz wariactwa politycznego. Niestety – ubolewała Paradowska.Nie rozumiem ekscytacji marszem PiS. Mamy demokrację. Każdy może głosić hasła. Nawet głupieKto poważnie traktuje Kaczyńskiego?

– Powtarzam już kolejny raz, że bezrobotny Trybunał Stanu powinien mieć prerogatywy upominająco-moralne i reagować na wypowiedzi takie jak Kaczyńskiego. Jeżeli ktoś ogłasza: wy sfałszowaliście wybory, to to podpada pod paragraf – mówił prof. Markowski. – Moim zdaniem wielkim sukcesem prezesa PiS jest to, że sędziowie napisali list. On ma teraz poczucie, że ktoś go potraktował poważnie. Poważni ludzie jego słów poważnie nie traktują – stwierdził w TOK FM politolog. Chodzi o słowa Kaczyńskiego o spisku prezydenta i sędziów.

Obywatel Markowski się boi PiS

– Chwileczkę. Przecież ta partia ma 30 proc. poparcia! Może rządzić. Co pan wypowiada – oponowała Paradowska.

– Ja przeciwko PiS nic nie mam w sprawie meritum jej polityk sektorowych. Ale tych akurat ostatnio nie znam. Powód, dla którego jako obywatel, nie naukowiec, się boję, jest taki, że PiS to jest partia destrukcji demokracji polskiej, destrukcji instytucjonalnych fundamentów demokracji. Kilka milionów ludzi chce wesprzeć zawrócenie z demokratycznych procedur – mówił politolog.

Markowski przypomniał, że w latach 2005-2007, za czasów rządów PiS, orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego kwestionowano tak, że wylewano wiadra łajna na konkretne osoby za ich biografie. Tu rośnie pokolenie młodych ludzi, które wyrasta ze świadomością, że Polską rządzą agenci Rosji, zdrajcy, Komoruscy… To jest dramatyczne uderzenie w świadomość demokratyczną młodego pokolenia, za które zapłacimy po kilku latach – straszył prof. Markowski.

Zobaczył wyniki wyborów i się wściekł

Z kolei Paweł Wroński uważa, że Jarosław Kaczyński po tym, jak zobaczył wyniki wyborów samorządowych się „wściekł” i „poleciał do Wprost” (w wywiadzie dla tygodnika mówił o fałszerstwie wyborczym). – I wykrzyczał swoją frustrację na marszu – stwierdził dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Jego zdaniem za rok w wyborach parlamentarnych porażka PiS może się powtórzyć.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s