Święta, Michnik (19.12.14)

 

Romaszewscy o próbie przejęcia ”S” przez grupę Michnika

Fragment książki ,,Romaszewscy. Autobiografia” wydanej w listopadzie nakładem wydawnictwa Trzecia Strona. Książka do nabycia w wielu księgarniach, m.in. w sieci Matras (w stacjonarnych Empikach brak).

 

Zofia Romaszewska: Jeszcze przed wyjazdem do USA (w 1985 r. – PS) dowiedziałam się, że Ludka Wujec (żona Henryka, działaczka KOR i „Solidarności”, wieloletnia przyjaciółka Zbigniewa i Zofii Romaszewskich – PS) poinformowana, iż podziemna „Solidarność” Instytutu mojego męża wypłaca mu ze składek pensję, próbowała te wypłaty zablokować. Argumentowała, że nie należy tego robić, bo to nie są środki na życie, tylko my te pieniądze przeznaczamy na działalność opozycyjną, lepiej więc te składki odprowadzać jak należy – do Regionu. Kiedy się o tym dowiedziałam, zastanawiałam się, jak jej się to w głowie układa. I doszłam do wniosku, że zgodnie ze środowiskową dyscypliną. Bo przecież dla nich (michnikowskiej części opozycji – PS) to jasne jak słońce, że to oni powinni wszystkim rządzić. W danym wypadku oczywiste, że my nie powinniśmy dostawać pieniędzy, bo skoro nie umieramy z głodu to możemy je przeznaczać na jakąś niekontrolowaną przez nich działalność. A prawidłowo powinno być tak, że te fundusze zostałyby odprowadzone do podziemnego Regionu, no a tam to już Helenka Łuczywo zadba, żeby przeznaczono je na właściwe i słuszne cele.

Zbigniew Romaszewski: W Ameryce Zosia zdobyła ogromne jak na ówczesne realia środki finansowe na działalność solidarnościową. Te fundusze pozwoliły nam wystartować.

PIOTR SKWIECIŃSKI: Sami Państwo nimi zarządzali?

Zbigniew Romaszewski: Najpierw chcieliśmy przekazać je jakiemuś szerszemu ciału. W tym celu spotkaliśmy się z Kuroniem. Ale oprócz pieniędzy Zosia przywiozła też informacje o infiltracji przez SB środowisk solidarnościowych na Zachodzie. Kuroń bardzo nie lubił tych tematów, a Zosia zaczęła o tym mówić. Kuroń chciał przerwać rozmowę, żeby już o tych przykrych sprawach nie słuchać, i już wiedząc że Zosia przywiozła jakieś pieniądze, ale nie wiedząc jeszcze – ile, powiedział: to weźcie sobie tę forsę na swoją działalność.

Zofia Romaszewska: Jacek zupełnie nie chciał słuchać o szpiclach w Brukseli i jak zaczęłam o tym mówić, to on zaczął się śpieszyć. „Dobra, dobra, malutka” – pogłaskał mnie po głowie i poszedł.

Zbigniew: Stworzyliśmy więc Polski Fundusz Praworządności. Instytucja taka była potrzebna, między innymi dlatego, że św. Marcin, Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom wycofywał się wtedy z pomocy dla opozycji, bo hierarchia w coraz większym stopniu uznawała, że to nie leży w profilu Kościoła. Opozycja była ze św.Marcina wypychana. Zbiegło się to z momentem, w którym władze zaczęły zwalczać opozycję za pomocą drakońskich grzywien. Kolegia taśmowo wymierzały po 50 tysięcy zł – to wtedy były trzy przeciętne miesięczne pensje. Zaczęto też konfiskować prywatne samochody, używane do przewożenia bibuły.

Podjęliśmy decyzję – dajemy skazanym pieniądze na zapłacenie grzywien. Zwracamy też pieniądze za skonfiskowane samochody. A gdy później, już w 1987 roku pojawiły się w zakładach pracy Komitety Założycielskie odradzającej się „S” zaczęliśmy też wspierać materialnie członków tych komitetów, których wyrzucano z pracy.

Wszystko to spowodowało intensyfikację działalności naszych struktur i ich wzmocnienie – bo wielu ukaranych, gdy zapłacono za nich grzywny czy oddano pieniądze za skonfiskowany samochód, zaczynało współdziałać już nie tylko z tymi opozycyjnymi organizacjami, w których byli aktywni dotąd, ale również z nami.

PIOTR SKWIECIŃSKI: Mówiąc krótko, tworzyli Państwo własne ogólnokrajowe struktury opozycyjne, niezależne od grupy, która wtedy coraz bardziej dominowała w ruchu solidarnościowym?

Zofia: W pewnym sensie tak, choć to w żadnym wypadku nie było naszym świadomym celem. To bardziej samo tak wyszło, no bo skoro w tej dominującej grupie nie bardzo nas chcieli, a my stanowczo chcieliśmy robić coś, co uważaliśmy za szczególnie palące i ważne, to radziliśmy sobie sami….

Zbigniew: Teraz widzę, że wtedy już zaczął się wyraźny proces spychania nas na margines polityczny za niesubordynację wobec grupy, która jak okazało się później, miała spiskować w Magdalence.

Zofia: Jeden z naszych kolegów, jak się potem dowiedzieliśmy, ewidentny agent SB, znany dobrze w niezależnym ruchu wydawniczym, tłumaczył nam wtedy na spacerze, że Rodzina jest strasznie potężna, i on to by się bał jej sprzeciwić. Miałam narastające wrażenie, że oni chcą nas odsunąć. Ale naprawdę nie mogłam pojąć, czemu.

PIOTR SKWIECIŃSKI: Rodzina?

Zofia: Tak już w latach 80 przyjęło się określać grupę Kuronia-Michnika. Dla podkreślenia jej zwartości i trwałości związku, łączącego tych ludzi. Tego, że trzymali się razem niezależnie od tego, co tak naprawdę myśleli o kimś z ich grupy – jeśli tylko ten ktoś pozostawał wobec tej grupy lojalny.

Zbigniew: Myślę, że Rodzina pamiętała nam MRKS (radykalną i opozycyjną wobec zdominowanych przez wpływy grupy „postkomandoskiej” strukturę podziemia z początku lat 80, pozostającą pod wpływem Romaszewskiego – PS)… Poza tym – nie nadawaliśmy się do polityki, w tym sensie w jakim oni rozumieli politykę. Bo oni zachowywali się coraz jawniej niedemokratycznie.

PIOTR SKWIECIŃSKI: W jaki sposób?

Zbigniew: Dziś widzę, że usiłowali wtedy przejąć kontrolę nad całym ruchem.

Zofia: Próbowali to zrobić, „otorbiając” Wałęsę, podlizując się mu i jeszcze dodatkowo pompując jego manię wielkości. W efekcie, ci, którzy myśleli, że będą nim rządzić, wyhodowali w nim poczucie pychy i wszechmocy. Monopolizowany był przepływ funduszy tylko do tych struktur podziemnych, które na prowincji były z nimi stowarzyszone. Inne nie dostawały złamanego grosza.

Zbigniew: Próbowali zbudować kontrolę, powołując na przykład bez konsultacji nowe, jawne władze „Solidarności” – Tymczasową Radę NSZZ „S”. Początkowo mnie w niej nie było, zostałem dokooptowany później.

Co prawda nie szło im to prosto, bo Wałęsa to też niezły cwaniak. Dla równowagi zatwierdził moją Komisję Interwencji. Ważne jednak pamiętać, iż wtedy podziały nie układały się dokładnie tak, jak potem, już w czasach niepodległości. Bo wtedy marginalizowani byli nie tylko ci, którzy, tak jak my czy Grupa Woli, znaleźli się potem w obozie szeroko pojętej tzw. prawicy, ale również ich przyszli sojusznicy, jak np. Jacek Merkel czy Andrzej Milczanowski.

Zbigniew: Elementem ich przewagi był podziemny „Tygodnik Mazowsze”. Po zapaści innych pism konspiracyjnych miał on niemal monopol na informację w podziemiu.

PIOTR SKWIECIŃSKI: W „Rozdrożach S” napisał Pan:

„Kolejne działania rożnych grup przedsiębrane w tajemnicy przed sobą nawzajem (…) stworzyły stan, który nie wahałbym się określić jako kryzys solidarności środowisk opozycyjnych, a to jest fakt, którego trudno nie docenić. Pewna zmowa milczenia, która pokrywa istniejące konflikty grupowe, gdyż programowych nikt nie próbował wyartykułować, ma stanowić namiastkę jedności i przekonać społeczeństwo, że jednak nie jest źle”.

Zbigniew: Dotyczyło to wielu środowisk, ale przede wszystkim – właśnie Rodziny. Ich cele programowe były ukrywane. A przecież już wtedy przygotowywali coś na kształt Okrągłego Stołu. Świadczy o tym choćby fakt, że w 1989 roku od razu mieli w tej sprawie jasne stanowisko, a inni, tak jak my, byli nową sytuacją początkowo zdezorientowani. Oni się po prostu tego spodziewali, widać mieli informacje, którymi nie dzielili się z kolegami.

W grudniu 1986 nastąpiło niestety zerwanie mojej wieloletniej przyjaźni z Heńkiem Wujcem. Nastąpiła między nami bardzo ostra kłótnia – właśnie na temat wypychania nas z procesów decyzyjnych. Ja miałem do nich pretensję np. o to, że nie zostałem powołany do Tymczasowej Rady „S”. On do nas – że nie informujemy Rodziny o swoich inicjatywach.

Wtedy już nie mieliśmy żadnego kontaktu z TKK i Regionalną Komisją Wykonawczą. Reszta opozycji zauważyła jednak, że rekompensujemy ludziom te grzywny bez końca. Czyli, że jesteśmy finansowo niezależni. I to zaniepokoiło Rodzinę.

Michnik przysłał do nas Jana Józefa Lipskiego z posłaniem. Chciał wiedzieć, ile mamy pieniędzy, od kogo i gdzie je trzymamy. Sam Lipski wiedział to, ale bez naszej zgody nie chciał Michnikowi powiedzieć. Nie zgodziliśmy się. Jan Józef się zafrasował i powiada: „Ale Adam mówi, że jak nie powiecie, to on nie będzie was uwiarygodniał na Zachodzie”. Zosia wściekła się. Krzyczała „mnie, wnuczkę senatora RP, ma uwiarygodniać syn żydowskiego komunisty?!”

Zofia: Rzeczywiście, dostałam szału. Michnika uważałam i uważam za człowieka bardzo zasłużonego. Ale ile trzeba tupetu i braku wrażliwości, żeby powiedzieć coś takiego, pochodząc z takiej rodziny i środowiska. Wtedy żyło jeszcze wielu więźniów stalinowskich. Przecież jeśli ktoś kogoś uwiarygadniał, to raczej my, czy ludzie nam podobni, w jakiś sposób poprzez wspólne działania uwiarygodnialiśmy całe to środowisko walterowców. Bo bez tego bardzo wielu dawnych akowców, czy ludzi ze starej emigracji nigdy nie spojrzałoby życzliwiej na dzieci stalinowców.

(…)

PIOTR SKWIECIŃSKI: W październiku 1986 napisał Pan:

„Zawsze zdumiewają mnie ci, którzy twierdzą, że czerwony jest po prostu czerwony, władza jest po prostu władzą czyli monolitem i nie ma się tutaj w ogóle czym zajmować, Zawsze budzi to we mnie podejrzenie, że (ci, którzy tak twierdzą – przyp. PS) sami nie są aż tak naiwni i bardzo szczegółowo śledzą grę wewnątrz partyjną, ale dla maluczkich mają wersję uproszczoną”.

Zbigniew:

Takie głosy były wtedy częste w różnych środowiskach. Ale chodziło mi głównie o Adama Michnika i jego kolegów. Na zewnątrz kreowali się wówczas na bardzo radykalnych i nieugiętych, teoretycznie odrzucali wszelką myśl o kompromisie. Tymczasem już wtedy mieli spotkania towarzyskie z PZPR-owcami. Tylko owi „maluczcy” mieli o tym nie wiedzieć, trwać w całkowitym odrzuceniu ludzi systemu. Używali instrumentalnie haseł radykalnych, a tak naprawdę chcieli daleko idącego kompromisu, ale koniecznie realizowanego przez nich, z pominięciem innych środowisk opozycyjnych. Nie byliśmy wciągnięci w tę grę i ich działania w tym kierunku. A one już się wówczas toczyły.

Tak myślę, że w jakimś sensie byliśmy dla nich pożytecznymi idiotami.

Ale nie tylko my, wiele osób budziło się wtedy z zauroczenia Michnikiem. Coraz więcej osób widziało, jak dalece ma instrumentalny stosunek do ludzi. Jak bez ceregieli porzuca tych, którzy stali się mu już niepotrzebni. Jak cynicznie gra. Michnik bardzo przeżył to, że w 1981 roku odmówiono mu (na tle nastrojów antykorowskich i antysemickich – PS) zaakceptowania jako działaczowi „S”. I miał rację, bo to było rzeczywiście paskudne.

Ale co najmniej od tego momentu widać było u niego taki nasilający się proces dystansowania się od Polski i Polaków. Można się było zastanawiać, czy Michnik w tym stanie mentalnym, a to przecież narastało w nim przez całe lata 80, będzie kiedykolwiek w stanie „ten kraj”, „tych ludzi” zrozumieć. Marian Brandys opowiadał, że mówił  mu z goryczą, że „w tym kraju nigdy nie będzie mógł zostać prezydentem, bo jest Żydem”. Były w tym i wielkie ambicje i kompleks pochodzenia, i dystans do kraju.

Już od lat 70 Michnik usiłował budować mosty z rewizjonistami z PZPR. Wydaje mi się, że gdzieś od połowy lat 80 zaczął wyobrażać sobie chyba, że on komunę po prostu ogra, uzależni ją od siebie i uczyni swoimi „poputczykami”, a ogrywając komunę, przesunie zarazem cały ruch opozycyjny, solidarnościowy czy jak go zwać – w lewo. Te jego wizje trwały długo. Wygląda, że załamały się chyba dopiero wraz z aferą Rywina. Stąd jego ówczesna wściekłość – okazało się w 2002 roku, że to komuna go ograła.

 

Salon24.pl

Święta na Marsie

Aleksandra Stanisławska, 19.12.2014
Pasterka w kombinezonie astronauty, choinka z drukarki 3D i frykasy marsjańskiej kuchni. Oto jak polski naukowiec planuje wigilię na czerwonej planecie. Już tam poleciał
Pierniki upieczone przez mamę i frykasy takie jak tuńczyk i łosoś w puszce. Nie brzmi zachęcająco? To zależy, jak dawno nie byłeś na Ziemi.- Mam jeszcze w planach czapkę Mikołaja i trochę świątecznych akcentów z domu. W ramach zajęć artystycznych spróbujemy ozdobić pomieszczenie motywami świątecznymi, a choinkę wydrukujemy na naszej drukarce 3D – mówi „Wyborczej” Michał Czapski, fizyk do niedawna związany z Organizacją Badań Jądrowych CERN. – Jestem przekonany, że to będą szczególne święta, które zapamiętam do końca życia.Swojego przekonania Michał nie opiera bynajmniej na wykwintnym menu wigilijnym. Szczególne jest to, że nasz rodak spędzi tegoroczne święta na Marsie.

Mars Desert Research Station – miejsce, do którego trafił Michał – jest możliwie wiernym odbiciem bazy, w jakiej mogliby zamieszkać pierwsi eksploratorzy Czerwonej Planety. Na ostatnie dwa tygodnie 2014 roku domem Michała staje się więc futurystyczny cylinder o średnicy 10 m ustawiony na pustyni San Rafael w amerykańskim stanie Utah. W środku znajdują się: pomieszczenie do spania, kuchnia, laboratorium, niewielka łazienka i śluza przy wyjściu. Budynek można opuszczać tylko raz dziennie w stroju żywo przypominającym kombinezony astronautów.

– Podobnie jak nasza baza jest analogiem habitatu marsjańskiego, tak i stroje kosmiczne są dość realistycznie wyglądającą symulacją – opowiada Michał, który jest trzecim Polakiem w historii Mars Desert Research Station. – Na spacery poza bazę wkładamy coś w rodzaju skafandrodresu uzupełnionego rękawicami i bańkowatym hełmem. Do tego trzeba dźwigać ciężki plecak, bo właśnie taki zestaw jest w stanie dać nam wyobrażenie o trudnościach w poruszaniu się na Marsie. Przygotowanie się do wyjścia odbywa się w specjalnej śluzie, co trwa nawet do kilkudziesięciu minut, niemal tak jak w Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.

Obok habitatu wystawiono niewielką szklarnię, a całością zabudowań zawiaduje międzynarodowa organizacja The Mars Society, która wspiera ideę eksploracji Czerwonej Planety. Nieopodal znajduje się obserwatorium astronomiczne ufundowane przez Elona Muska, szefa firmy SpaceX produkującej statki i rakiety kosmiczne i wizjonera, którego celem są wyprawy załogowe na Marsa.

Specjały marsjańskiej kuchni

Wraz z Michałem Czapskim, który w bazie pełni obowiązki zastępcy dowódcy, naukowca i dziennikarza pokładowego, na marsjańsko-pustynnym zesłaniu znaleźli się też Amerykanka dr Susan Jewell, dowódca misji, lekarka i kilkakrotna uczestniczka analogowych wypraw marsjańskich, Kanadyjka Julielynn Wong, która jest odpowiedzialna za opiekę medyczną i szklarnię, a także Włoch Matteo Borri, inżynier pokładowy misji. Wszyscy są ochotnikami zrzeszonymi w organizacji Mars Without Borders, a zespół utworzyli na potrzeby tej dwutygodniowej misji.

Tak więc, kiedy 24 grudnia nad amerykańską pustynią zacznie zapadać zmierzch, czworo odzianych w kosmiczne kombinezony marsonautów karnie ruszy do obserwatorium Elona Muska, by zgodnie z polskim zwyczajem wypatrywać pierwszej gwiazdki. Kiedy już ją dostrzegą, wrócą do habitatu, gdzie będzie na nich oczekiwała wydrukowana choinka. To pod nią następnego ranka znajdą się upominki przeznaczone dla każdego z uczestników misji. Prezenty będą anonimowe, zgodnie z tradycją Mars Secret Santa.

– Niestety, na pustyni próżno szukać nawet najmniejszego krzaczka ozdobnego, więc musieliśmy się uciec do pomocy technologii – mówi Michał, dodając, że świąteczny nastrój pomogą wyczarować płonące świece (pożyczone z zestawu służącego do jednego z planowanych eksperymentów) i nagrania z kolędami („na szczęście mamy tu sprzęt grający”). Na stole wigilijnym stanie tradycyjne nakrycie dla niespodziewanego gościa, mimo że na Marsie, nawet tym symulowanym, nie można tak po prostu przyjść do kogoś w odwiedziny. Procedury tu obowiązujące są tak restrykcyjne, że nie dopuszczają również późniejszego przyjazdu jednego z członków załogi, dlatego wśród uczestników 145. misji Mars Desert Research Station nie znalazł się Kanadyjczyk Ali Nasseri, który nie zdołał dojechać na czas. To właśnie jego nieobecność załoga upamiętni nadprogramowym nakryciem.

– Jestem ciekaw reakcji kolegów na przywiezione przeze mnie ryby w puszce, ale myślę, że uszanują nasze polskie postne obyczaje, bo tutaj trzeba koegzystować na wielu poziomach i być otwartym na poznawanie kultur pozostałych osób – mówi Michał. – W końcu zdrowie psychiczne załogi zależy w dużym stopniu od tego, na ile baza może symulować dom.

Po wieczerzy przyjdzie czas na śpiewanie znanych wszystkim anglojęzycznych kolęd, a jako że marsonauci od początku misji ćwiczą w ramach doraźnie utworzonego zespołu muzycznego, efekt może być bardziej niż satysfakcjonujący. Słowa kilku kolęd mają zostać zmienione, by miały akcent pozaziemski.

Przez cztery miesiące będą jeść, gotować, degustować, a czasem – wychodzić w kosmicznym skafandrze na spacer. Menu na Marsa

25 grudnia nie będzie, niestety, wolny od pracy – ostatecznie turnus trwa tylko dwa tygodnie, a załoga ma sporo zadań do wykonania. Mimo to gwoździem programu będzie możliwie wystawny obiad świąteczny. W tym dniu każdy dostanie zadanie stworzenia czegoś smacznego dla reszty załogi.

– Niestety, baza nie obfituje we frykasy – mówi Michał. – Dysponujemy głównie suchym prowiantem, zapasami przywiezionymi z domu i tym, co urodzi się w szklarnianym ogródku. Jest tu nawet poradnik kulinarny „kuchnia marsjańska”, który został napisany, aby pomóc załogantom urozmaicić jadłospis. Na razie w planach mamy upieczenie świątecznego ciasta drożdżowego z jabłkami i cynamonem, podanie gulaszu wołowego i kilku świeżych listków sałaty.

Podsumowaniem dnia będzie przesłanie życzeń świątecznych z Marsa do ziemskiego centrum kontroli misji.

Poza granice

Na to wszystko załoga będzie musiała sobie wykroić czas spośród licznych zajęć. Jakich?

Warunkiem zakwalifikowania zespołu do udziału w misji było przedstawienie sensownych projektów, które chce tam zrealizować. Załoga, do której należy Michał Czapski, będzie m.in. testować procedury związane z terenową akcją ratowniczą, poszukiwać struktur geologicznych powstałych pod wpływem wody i badać je pod kątem obecności organizmów żywych, mapować najbliższą okolicę z wykorzystaniem dronów i łazików marsjańskich, prowadzić obserwacje astronomiczne, testować wpływ jogi i medytacji na zdrowie psychiczne członków załogi, a także drukować na drukarce 3D, a następnie testować stworzone w ten sposób instrumenty lekarskie.

– W analogu bazy marsjańskiej studenci i naukowcy z całego świata prowadzą różnego typu badania, od geologicznych, przez medyczne, po te związane z ergonomią czy psychologią – mówi Robert Lubański z zarządu organizacji Mars Society Polska. – Wyniki tych badań są uważnie śledzone przez agencje kosmiczne, które chcą wykorzystać zdobytą w ten sposób wiedzę podczas organizacji rzeczywistych lotów załogowych na Marsa.

Bo plany wysłania ludzi na Czerwoną Planetę nie są li i jedynie wizją futurystów, ale mocnym punktem planów m.in. NASA czy prywatnych przedsiębiorców takich jak Elon Musk. To ma być powrót lotów kosmicznych w wielkim stylu – takim jak w latach 60. program Apollo i w latach 80. promy kosmiczne. Na początku grudnia tego roku odbył się pierwszy lot testowy statku załogowego Orion, którym – po koniecznych ulepszeniach i modyfikacjach – NASA chce w latach 30. XXI wieku zaatakować Czerwoną Planetę.

Nasz człowiek na Marsie. Orion będzie w połowie europejski

Elon Musk planuje podobną wyprawę już w latach 20. W tym celu SpaceX projektuje i buduje kolejne wersje testowanych obecnie statków Dragon i rakiet Falcon. Mają one zawieźć na Marsa pierwszych kilkudziesięciu kolonistów. Dostaną oni bilet w jedną stronę, bo poziom technologiczny sprzętu najprawdopodobniej nie pozwoli na powrót na Ziemię. Tym niemniej do programu zgłosiło się ponad 200 tys. ochotników, spośród których wyłonionych zostanie kilkudziesięciu uczestników misji noszącej nazwę Mars One. Tym, co budzi najwięcej emocji, jest formuła wyprawy, która ma zostać sfinansowana dzięki wsparciu sponsorów i promocji telewizyjnej w ramach reality-show. Dla Mars One pracuje m.in. jeden z pomysłodawców „Big Brothera”. Mimo to wielu ludzi traktuje ten projekt bardzo poważnie.

Jaki chłopiec nie chciałby polecieć na Księżyc czy Marsa? Polaków wyprawa na Marsa

– Mam jeszcze sporo do zrobienia i odkrycia na Ziemi, więc w podróż na Marsa się nie wybieram, ale znam osoby, które wzięły udział w eliminacjach do programu Mars One i twierdzą, że są gotowe tam polecieć i umrzeć na obcej planecie – mówi Michał Czapski. – Być może dla sławy. Być może po to, by udowodnić, że człowiek może i potrafi podbijać obce światy. To przecież cecha wszystkich odkrywców. Nie bylibyśmy ludźmi, gdybyśmy nie próbowali tej eksploracji poprowadzić dalej, poza znane dotąd granice.

Zgadza się z tym Robert Zubrin, twórca The Mars Society: – Podróż w jedną stronę na Marsa przyniesie wielkie sukcesy, ale i wiele łez – stwierdził w wywiadzie dla „Popular Science”. – Nie wszyscy wyjdą z tego bogatsi, ale wszyscy będą mieli szansę na nowy początek. To właśnie z tego powodu miliony ludzi ze Starego Świata sprzedawały wszystko, co miały, by kupić bilet na statek do Ameryki. Niektórzy z nich nie

Mars One to prywatny projekt wysłania ludzi na Marsa w 2025 roku. Bilet będzie w jedną stronę. Chętni mają tam umrzeć. Jak szybko umrzemy na Czerwonej Planecie

Sucho jak na Marsie

Zgodnie z tą strategią jedną z form przygotowania się do wypraw załogowych jest umieszczanie zespołów misji kosmicznych w zamkniętych bazach mających symulować bazy pozaziemskie.

– Misje analogowe pojawiły wtedy, kiedy zaczęto wysyłać ludzi w kosmos – mówi dr Agata Kołodziejczyk z Instytutu Nauk o Środowisku Uniwersytetu Jagiellońskiego, która tworzy obecnie polską załogę do analogu Mars Desert Research Station. – I od razu naukowcom rzuciło się w oczy to, że czynnik ludzki w misjach kosmicznych jest obarczony znacznie większym ryzykiem błędu niż technologia. Z drugiej jednak strony agencje kosmiczne zdają sobie sprawę z tego, że ludzie mogą uratować misję, która zawisa na włosku, kiedy zawodzą maszyny.

Na razie wygrywamy konkursy marsjańskich łazików. Na Ziemi. Ale to dopiero początek. Polaku, leć na Marsa

I dlatego trwają zaawansowane badania nad zachowaniem załóg w ograniczonej przestrzeni. Przecież sam wielomiesięczny lot na Marsa i biorący w nim udział astronauci muszą umieć przetrwać tego typu obciążenie.

– W kosmosie przebywało do tej pory kilkaset osób i jest to zbyt mała próba, by móc wyciągnąć ogólne wnioski z ich zachowań – dodaje dr Kołodziejczyk. – Symulacje, zwłaszcza te prowadzone w rejonach arktycznych czy pod wodą, dają już niejakie wyobrażenie o ludzkich możliwościach w ekstremalnych warunkach.

Najdłuższym do tej pory eksperymentem tego typu był Mars 500, rosyjski projekt zrealizowany w 2010 i 2011 roku we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną. Polegał na zamknięciu na ograniczonej przestrzeni sześciu ochotników przez 520 dni, a więc czas zbliżony do tego, jaki astronauci spędziliby w podróży na Marsa i z powrotem. Uczestnicy badania znajdowali się w symulatorze w Instytucie Problemów Biomedycznych w Moskwie, a program został tak przygotowany, by mieli silne wrażenie realności symulowanej podróży na Marsa, 30-dniowego pobytu na jego powierzchni i powrotu do domu. Obserwowanie załogi pozwoliło naukowcom zebrać pokaźną ilość danych na temat psychiki i możliwości monitorowania stanu zdrowia ludzi znajdujących się w odosobnieniu.

Badania tego typu prowadzone są też m.in. w podwodnym habitacie Aquarius Reef Base u wybrzeży Florydy czy w należącej do The Mars Society bazie Flashline Mars Arctic Research Station na wyspie Devon w kanadyjskiej Arktyce.

– Warunki panujące na wyspie Devon zbliżone są do marsjańskich: i tu, i tu jest sucho i bardzo zimno. Organizowane są tam dłuższe sesje niż na pustyni w Utah, a biorą w nich udział również naukowcy z NASA – mówi Robert Lubański z Mars Society Polska. Dodaje, że wkrótce rozpocznie się tam marsjański eksperyment, który potrwa równo rok. Jego losy będzie śledziła specjalistka w dziedzinie badań psychologicznych prowadzonych w habitatach, dr Sheryl Bishop z University of Texas Medical Branch, która opiekuje się również grupą Michała Czapskiego na pustyni w Utah.

– Wbrew pozorom to nie są wakacje. Podchodzimy do pobytu w bazie bardzo poważnie, bo wierzymy, że nasze zachowanie i prowadzone przez nas eksperymenty mogą wnieść wiele nowego do tego programu – mówi Michał. – Chociażby to, że moja drużyna jest pierwszą w historii habitatu, która dysponuje drukarką 3D i bada możliwości wykorzystania jej w tych warunkach. W ten sposób chcemy dorzucić własną małą cegiełkę do organizacji przyszłych misji załogowych na Marsa.

W ”Piątku Ekstra” czytaj też:

25 książek 2014 R.
Kryminał, horror, powieść historyczna czy komiks? Czasem decyzja jest za trudna. Bez tych książek po prostu nie wyobrażamy sobie mijającego roku. Kolejność przypadkowa.

Jedzenie to uczta zmysłów
Smaki świątecznych potraw mają dla nas ogromne znaczenie. Zapamiętujemy je z dzieciństwa i pielęgnujemy całe życie. Smak rzadko jednak jest oderwany od tła oraz innych zmysłów. Pamiętamy kształt i kolor zastawy babci, zapach i dźwięk, jaki wydawały smażone pierogi. Bo w przygotowaniu dobrej wigilijnej kolacji wszystko się liczy – także kolor zastawy, muzyka, nasz nastrój.

Wielkie pytania małych ludzi:
Jak astronauci robią siku i kupę?

Sarna w opałach
Czy zmiany klimatyczne mogą zagrozić sarnom? Jeszcze całkiem niedawno pomyślałbym, że to pomysł zupełnie niedorzeczny.

Polish Your English
Dziś w ”Polish Your English” krótki kurs lenistwa w pracy, nauka tweetowania po angielsku oraz porady, jak dawkować kota

wyborcza.pl/piatekekstra

Wszystkie barwy pakietu onkologicznego [ocenia szef Opolskiego Centrum Onkologii]

Rozmawiała Judyta Watoła, 19.12.2014
Dr Wojciech Redelbach mówi, że aby pakiet onkologiczny dobrze działał,<br /><br />
potrzebni są specjaliści i jasne przepisy. Braki są i tu, i tu

Dr Wojciech Redelbach mówi, że aby pakiet onkologiczny dobrze działał, potrzebni są specjaliści i jasne przepisy. Braki są i tu, i tu (MICHAŁ GROCHOLSKI)

– Dobra strona pakietu onkologicznego dla chorych to zniesienie limitów. Zła – to więcej papierkowej roboty – mówi dr Wojciech Redelbach, dyrektor Opolskiego Centrum Onkologii.
JUDYTA WATOŁA: Lekarze narzekają na pakiet onkologiczny, że jest źle przygotowany, że trzeba dodatkowych pieniędzy, a minister nie chce ich dać. Pakiet ma chyba też jednak dobre strony?DR WOJCIECH REDELBACH: Ma. To przede wszystkim zniesienie limitów na diagnozowanie i leczenie raka. Onkolodzy domagali się tego od dawna. Poza tym dzięki pakietowi dużo się teraz mówi o nowotworach. Pacjenci stają się bardziej czujni, przez co więcej ich zgłasza się do lekarzy, a to pierwszy krok na drodze do szybkiej diagnozy.Niestety, diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Przy okazji narzuca się lekarzom i pielęgniarkom mnóstwo dodatkowej papierkowej pracy. Z tego akurat pacjenci korzyści nie będą mieli.

Minister zapewnia, że po 1 stycznia to „system zaopiekuje się pacjentem”.

– Żeby system dobrze działał, potrzebne są jasne przepisy i wykwalifikowani ludzie. Tymczasem przepisy dotyczące pakietu są w wielu miejscach nieprecyzyjne. Brakuje nam też specjalistów. Po 1 stycznia w poradniach onkologicznych będą mogli przyjmować lekarze, którzy zaledwie rok wcześniej zaczęli specjalizację z onkologii. Wątpliwe, czy pacjenci na tym skorzystają.

Wiadomo za to, że sami chorzy domagali się karty, która umożliwi leczenie bez kolejki.

– W porządku, ale dlaczego jest to tak obszerny dokument z mnóstwem rubryk do wypełnienia? Komu jest potrzebne przepisywanie do karty całej dokumentacji medycznej, w dodatku ręczne, bo inaczej tego zrobić się nie da, a potem jeszcze do sprawozdania dla NFZ?

Mnożenie tej biurokracji jest niedobre, skoro walczymy o to, by pacjent miał wszystko szybciej. A karta to nie dość, że kulawe narzędzie, to jeszcze pożeracz czasu. Minister mógłby to jeszcze zmienić i przynajmniej kartę uprościć.

Zniesieniu limitów towarzyszy obniżenie stawek za diagnostykę onkologiczną.

– Z pewnością specjalista, który będzie przeprowadzał tylko wstępną diagnostykę nowotworów, będzie miał z tego powodu straty, bo stawki zostały mocno obniżone.

W tzw. diagnostyce pogłębionej jest lepiej, ale też są problemy. W pakiecie nie wymieniono na przykład rezonansu piersi, więc nie wiadomo, czy w ogóle będzie refundowany. Wszystkie badania, które mają pokazać, jaki to rak i jak jest rozległy, wyceniono na 960 zł, a sama tylko biopsja gruboigłowa, czyli mammotomia, kosztuje 1,7 tys. zł.

W naszym szpitalu jest radioterapia, za którą NFZ dobrze płaci. Z zysku za radioterapię mogę więc dołożyć trochę do deficytowej chirurgii czy diagnostyki, ale te ośrodki, które będą zajmowały się tylko diagnostyką, będą miały straty. Błędem jest też wyłączenie z pakietu leczenia bólu – jest potrzebne chorym w trakcie chemio- czy radioterapii. Uważam także, że niepotrzebne jest konsylium dla każdego pacjenta. Większość chorych ma standardowy przebieg choroby, więc trzeba ich leczyć zgodnie z wytycznymi towarzystw naukowych. Posiedzenie konsylium będzie w ich przypadku czystą formalnością. Potrzebne jest za to przy powikłaniach, trudnych przypadkach i wtedy, kiedy pacjent nie chce standardowej terapii. Są na przykład kobiety z rakiem piersi, które wolą jej całkowite wycięcie niż radioterapię, bo wtedy trzeba przez wiele tygodni przyjeżdżać do szpitala.

Skoro diagnostyka onkologiczna nie będzie się opłacać, wiele lecznic się wycofa się z leczenia raka.

– Na tym akurat pacjenci mogą skorzystać.

Mam na biurku mnóstwo próśb od małych i średnich szpitali, by zawrzeć z nimi umowę o współpracy. Nie mają dość specjalistów, a mimo to nie rezygnują z walki o pakiet onkologiczny. Mówią, że przecież od lat operują raka itd. Robią to jednak często z marnym skutkiem i ich pacjenci cierpią z powodu powikłań. Jeśli więc teraz takie lecznice odpadną, pacjenci skorzystają. Boję się za to, że będą zawiedzeni. Z reklam dowiadują się teraz, że wszystkie badania i leczenie będą mieli od ręki. W rzeczywistości rozporządzenia ministerialne mówią o osobnych kolejkach dla pacjentów z podejrzeniem raka. Te kolejki będą krótsze z powodu zniesienia limitów, ale sam minister zakłada, że nie da się ich od zera zlikwidować, bo brakuje specjalistów.

Jak ma działać pakiet onkologiczny?

* Po 1 stycznia każdy pacjent z podejrzeniem nowotworu dostanie od lekarza rodzinnego zieloną kartę. Leczenie pacjentów z zieloną kartą nie będzie objęte limitami narzuconymi przez NFZ w kontraktach z poradniami i szpitalami, o ile od momentu postawienia diagnozy do rozpoczęcia leczenia nie upłynie więcej niż dziewięć tygodni.

* Zieloną kartę będzie mógł też wydać lekarz specjalista i lekarz w szpitalu, ale dopiero wówczas, gdy będzie już pewny, że pacjent ma chorobę nowotworową. Karty nie będą mogli wydawać dentyści (np. pacjentom z rakiem w jamie ustnej).

* Zniesienie limitów nie obejmie leczenia bólu nowotworowego.

* Żeby ograniczyć nadużycia przy wydawaniu kart, NFZ obliczy dla każdego lekarza rodzinnego indywidualny wskaźnik rozpoznawalności nowotworów. Jeśli lekarz wyda 15 kart, a z tego 3 pacjentów będzie miało raka, dostanie z NFZ 120 zł za każdego. Im mniej trafień, tym NFZ będzie mniej płacił.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: