Wietnam (18.12.14)

 

30 tys. ludzi kupiło kupę w ładnym opakowaniu. Producent uprzedzał, co tam jest

Łukasz Woźnicki, 18.12.2014
Pudełko z kupą oferowane przez Cards Against Humanity

Pudełko z kupą oferowane przez Cards Against Humanity (fot. Cards Against Humanity)

– Wycofujemy ze sprzedaży wszystkie nasze produkty. Zamiast tego oferujemy wam jedyną w życiu okazję, aby nabyć trochę byczego gówna – poinformowała klientów firma Cards Against Humanity. W ciągu dwóch godzin sprzedała 30 tys. pudełek z kupą. – Jak mogliście nam coś takie sprzedać? – złoszczą się zaskoczeni nabywcy
Kupę w pudełku można było zamówić tylko w jeden dzień – 27 listopada. To wtedy w Stanach Zjednoczonych przypadał tegoroczny czarny piątek. Czyli pierwszy piątek po Dniu Dziękczynienia, który rozpoczyna sezon bożonarodzeniowych zakupów. Z tej okazji wiele sklepów w USA oferuje klientom promocje i obniżki. A ludzie masowo szturmują sklepy, kupują, co tylko wpadnie im w ręce. Ale także wyrywają sobie paczki, tratują się, a nawet walczą o produkty.

– Nienawidzimy czarnego piątku. Ten dzień wypada zaraz po Święcie Dziękczynienia, gdy ludzie powinni być wdzięczni za to, co mają. Ale my co roku oglądamy w mediach ten sam wielki spektakl. Ludzie biją się między sobą, aby zaoszczędzić na telewizorze 50 dolarów – mówi Max Temkin, jeden z twórców gry”Cards Against Humanity” (ang. Karty przeciw Ludzkości).

Ocalić klientów przed bezsensownym wydawaniem pieniędzy

„Karty dla okropnych ludzi” są bardzo popularną w USA grą towarzyską. Polega na jak najzabawniejszym uzupełnianiu zdań za pomocą mało wybrednych zwrotów z wylosowanych kart. W 2010 roku twórcy gry zebrali w internecie 15 tys. dolarów i rozpoczęli dystrybucję. Popularność gry nie mija do dziś.

Przed rokiem Cards Against Humanity po raz pierwszy próbowała „ocalić” swoich klientów przed bezsensownym wydawaniem pieniędzy w czarny piątek. Firma zamiast obniżyć ceny, podwyższyła je. W tym roku zdecydowała się na rozwiązanie o wiele bardziej radykalne. Poinformowała klientów, że w czarny piątek wycofuje swoje produkty ze sprzedaży, aby mogli zaoszczędzić. Ale jednocześnie zaproponowała zupełnie nowy, ekskluzywny produkt: „Pudełko byczego gówna”. „Bycze gówno” to po angielsku „bullshit”, co oznacza także bzdurę.

Czy to, co sprzedajecie, to kupa? Tak

Karty Przeciw Ludzkości przygotowały 30 tys. pudełek z kupą. Cena: 6 dolarów za jedno. Wszystkie zostały zamówione w niespełna dwie godziny. Na nic zdały się powtarzane kilkakrotnie przez sprzedawców ostrzeżenia, że sprzedają dokładnie to, co reklamują.

– Tłumaczyliśmy to wielokrotnie i dokładnie. Każdy mógł przeczytać w opisie produktu, że dostarczymy im pod drzwi kupę od prawdziwego, żywego byka. W opisie były też nasze odpowiedzi na pytania: Czy sprzedajecie dziś jakiekolwiek swoje normalne produkty? – Nie. Czy to, co sprzedajecie, to kupa? – Tak. Czy w pudełku jest coś, co nie jest kupą? – Nie. Czy mogę zwrócić produkt, gdy zorientuję się, że w środku jest kupa? – Nie – opowiada Max Temkin.

Twórca gry opowiada, że pomysł na pudełka z kupą powstał podczas żartów: jak by to było, gdyby ludziom rzeczywiście sprzedać gówno. Firma znalazła w internecie ranczo w Teksasie, które oferuje wysuszone krowie łajno. Zostało tylko zaprojektować ładne pudełko. Powstało w tej samej firmie, która produkuje opakowania dla Apple.

– Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że aż tylu ludzi zrobi wszystko, aby nie dopuścić do świadomości, że kupują pudełko z kupą – mówi Temkin.

To nie może być kupa. W środku muszą być karty

Eleganckie, czarne pudełka dotarły do 30 tys. klientów w ubiegłym tygodniu. Dostawę poprzedziła masa spekulacji, co naprawdę jest w środku. Amerykanie snuli w internecie dywagacje, że pewnie znajdą tam nowe karty do gry albo coś innego, co sprawi, że warto było nabyć kupę.

Wreszcie do domów nabywców przyszły paczki z pudełkami. Każde opatrzone słowem „Bullshit” i wizerunkami uśmiechniętej kupy. Na opakowaniach można było przeczytać, że „pudełko zostało wyprodukowane w Chinach, a kupa w USA”.

– O kur…! To naprawdę tylko kupa. Jestem pewien, że to prawdziwa, wysuszona kupa – mówi jeden z nabywców, który sfilmował moment otwarcia pudełka. Nie dowierza. Dokładnie ogląda kupę i pudełko.

– Nie sądzę, aby było tu cokolwiek jeszcze, aby były tu jeszcze jakieś karty. To po prostu kupa. Nie wiem, czego się spodziewałem – mówi. Dla pewności przełamuje kupę na pół. Nie, w środku też nie było żadnych kart.

W rzeczywistości sprzedaliśmy wam wartościową lekcję

Twórcy gry otrzymali dziesiątki wiadomości od rozżalonych klientów. Ludzie starali się anulować zamówienie, gdy odkryli, co jest w pudełku. – 30 tys. ludzi wyłożyło po 6 dolarów, aby kupić od was pieprzone gówno! Jak mogliście nam wysłać coś takiego? – złościł się jeden z nabywców w mailu opublikowanym przez firmę.

„Jeśli kupujesz kupę i spodziewasz się, że będzie czymś, co nie jest kupą, to w rzeczywistości kupujesz wartościową lekcję za sześć dolarów” – odpisał nabywcom na Twitterze Max Temkin.

30 tys. nabywców zapłaciło Kartom Przeciw Ludzkości 180 tys. dolarów. Po odjęciu kosztów produkcji i przesyłki firmie zostało 6 tys. Twórcy gry przekazali pieniądze na jedną z organizacji dobroczynnych.

Zobacz także

wyborcza.pl

40 lat temu urodziła się „jądrowa” Marysia. Był przy tym sam Edward Gierek

Jacek Krywko, 18.12.2014
Promieniowanie Czerenkowa w reaktorze Maria

Promieniowanie Czerenkowa w reaktorze Maria (Jacek Krywko)

Maria – nasz jedyny reaktor jądrowy – zaczęła życie 17 grudnia 1974 roku. Odwiedził ją wtedy I sekretarz PZPR Edward Gierek. W ciągu tygodnia swojej pracy pomaga 100 tys. chorych na raka pacjentów. Zapewnia niemal jedną piątą światowych dostaw technetu 99m, pierwiastka wykorzystywanego w większości terapii onkologicznych. I jest jedynym polskim reaktorem nuklearnym.
40 lat temu Maria po raz pierwszy osiągnęła stan krytyczny. Od tego momentu zaczęła w niej zachodzić samopodtrzymująca się reakcja łańcuchowa. Pierwotnie miała służyć badaniom na potrzeby planowanej wtedy elektrowni atomowej Żarnowiec. Z elektrowni wyszły nici, ale Maria odnalazła się w tych niewesołych okolicznościach. Zajęła się nauką i medycyną. Jej moc to 30 MW. W pierwszym okresie swojej działalności pracowała z taką mocą niemal bez przerwy. Teraz jednak, ze względu na oszczędność paliwa, osiąga z reguły nieco poniżej 20 MW.

Maria jest reaktorem o konstrukcji basenowo-kanałowej. Pręty z paliwem jądrowym, w tym wypadku niskowzbogaconym uranem, są zanurzone w głębokim na 7 m. basenie. Basen, kiedy reaktor nie pracuje, jest otwarty. Podczas pracy na powierzchnią wody umieszczane są specjalne pokrywy. Jedna z nich ma jednak okienko, przez które można zobaczyć reaktor i wydobywające się z niego tajemnicze, błękitne światło.

Jest to zjawisko powstające, gdy elektrony poruszają się w wodzie z prędkością wyższą od prędkości światła (jest to możliwe, ponieważ światło w wodzie zwalnia). Maria to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można je podziwiać gołym okiem. Promieniowanie Czerenkowa jest wyraźnie widoczne, ale nieszkodliwe dla zdrowia.

Basen z reaktorem można otworzyć, dlatego ze względów bezpieczeństwa, na otaczających go barierkach umieszczono koła ratunkowe. Są tam na wypadek gdyby ktoś do basenu przez przypadek wpadł. Jaki los czekałby nieszczęśnika chętnego na kąpiel w towarzystwie Marii? Niezbyt spektakularny. Woda oczywiście jest skażona, ale dawka promieniowania jaką otrzymalibyśmy wpadając do basenu byłaby bardzo niewielka. Oczywiście, trzeba by się po całym zajściu dokładnie umyć, ale nieumiejętność pływania przysporzyłaby znacznie więcej problemów niż sam reaktor. Do tej pory nic takiego się nie wydarzyło, choć podobno komuś wpadły do basenu okulary.

Czterdziestka to dla reaktora stosunkowo młody wiek. Na świecie pracują starsze. Maria zatem jeszcze na długo z nami zostanie. Po przeprowadzeniu odpowiednich modernizacji ma działać do 2060 roku.

Zobacz także

wyborcza.pl

Nieznane zdjęcia z Grudnia ’70. Pierwsze, które pokazują stanowisko strzeleckie

Dorota Karaś, 18.12.2014
Wojsko pod bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej im. Lenina, 16 grudnia 1970 roku

Wojsko pod bramą nr 2 Stoczni Gdańskiej im. Lenina, 16 grudnia 1970 roku (Fot. Dariusz Molik)

Dwie unikatowe fotografie z Grudnia ’70 trafiły do Europejskiego Centrum Solidarności. Zrobił je mieszkaniec wieżowca stojącego przy bramie dawnej Stoczni Gdańskiej im. Lenina. – To unikalne zdjęcia, na których widać stanowisko karabinu maszynowego wycelowane w stronę stoczni – mówi historyk Andrzej Trzeciak.
Wieżowiec, w którym mieszka Dariusz Molik, stoi tuż przy stoczniowej bramie nr 2. W nocy z 15 na 16 grudnia 1970 r. pan Dariusz nie spał dobrze. Budziły go odgłosy czołgów jadących w kierunku Gdyni. Zasnął dopiero nad ranem. Gdy wstał ok. godz. 7, przez kuchenne okno zobaczył żołnierzy i czołgi ustawione na terenie budowy zajezdni tramwajowej – przed bramą Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Dziś w tym miejscu stoi pomnik Poległych Stoczniowców.- Wyglądało to groźnie, zrobiłem przez okno dwa zdjęcia – mówi Dariusz Molik. – Dzień był szary, w pierwszym momencie nie widziałem wszystkich szczegółów. Zauważyłem gromadzących się wojskowych i czołgi. W pewnym momencie usłyszałem krótką serię z broni. Wtedy zwróciłem uwagę na stanowisko strzeleckie ustawione na górce na budowie.

„Strzelaj, Polaku”

Dariusz Molik uważa, że strzały, które usłyszał, oddano właśnie z broni maszynowej znajdującej się na stanowisku.

– Gdyby strzelali żołnierze ustawieni w szpaler, odgłosów byłoby więcej – mówi. – Rozstawiono ich w tym miejscu raczej po to, by odwrócić uwagę od stanowiska strzeleckiego.

Autor zdjęć pamięta również, jak po serii strzałów jeden ze stoczniowców podszedł do żołnierzy, rozerwał drelich i zawołał: „Strzelaj Polaku!”

Po zrobieniu zdjęć Dariusz Molik poszedł do Instytutu Morskiego, w którym był zatrudniony.

– Nie dało się tego dnia normalnie pracować – opowiada. – Zdjęć nie wywoływałem, nie znałem się na tym. Jestem fotografem amatorem. W latach 80. przez nasze mieszkanie zaczęło się przewijać wielu dziennikarzy niereżimowych gazet, którzy dokumentowali odsłonięcie pomnika Poległych Stoczniowców czy wizytę papieża w Gdańsku.

Niewywołany film trafił do jednego z fotografów, po jakimś czasie gdańszczanin otrzymał od niego odbitki. Dopiero niedawno Janina Molik, żona pana Dariusza, opowiedziała pracownikom Europejskiego Centrum Solidarności, które mieści się tuż przy stoczniowej bramie nr 2, o zdjęciach, które jej mąż zrobił w grudniu 1970 r.

Nowe światło na Grudzień ’70

Zdaniem historyka Andrzeja Trzeciaka, pracującego w Europejskim Centrum Solidarności, dwie fotografie rzucają nowe światło na wydarzenia Grudnia ’70.

– To jedyne znane mi obrazy, przedstawiające stanowisko przed bramą stoczni, z którego prowadzono ostrzał z broni maszynowej – mówi Andrzej Trzeciak. – Z tego powodu zdjęcia są unikalne. Dzień, gdy robotnicy próbowali opuścić stocznię i zostali ostrzelani, był jednym z najbardziej dramatycznych momentów wypadków grudniowych na Wybrzeżu. Zgodnie z instrukcjami podpisanymi przez Gomułkę żołnierze mieli oddać najpierw strzały ostrzegawcze, następnie serię w bruk. Nie wiadomo jednak, jak wyglądało to w praktyce, czy ostrzał nie był kierowany w ludzi.

Do protestów doszło po ogłoszeniu podwyżek cen żywności. W poniedziałek, 14 grudnia 1970 r., robotnicy Stoczni Gdańskiej im. Lenina odmówili podjęcia pracy. Liczący kilka tysięcy osób tłum ruszył pod siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. We wtorek do strajku przyłączyli się pracownicy innych zakładów pracy. Od rana na ulicach Gdańska trwały starcia milicji z protestującymi, podpalona została siedziba partii. Wojsko i milicja zablokowały porty i stocznie. Padły pierwsze strzały.

Podczas protestów na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku zginęły najprawdopodobniej 43 osoby, ponad tysiąc zostało rannych (dokładna liczba ofiar nie jest znana). Dwa tysiące ludzi zatrzymano – wiele z nich pobito, zwolniono z pracy i szykanowano.

TRÓJMIASTO JEST CORAZ PIĘKNIEJSZE. ZOBACZ INWESTYCJE Z 2014 R. [ZDJĘCIA]

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

Moje wietnamskie tortury. 4 lata, 4 miesiące, 6 więzień

Aleksandra Szyłło, 18.12.2014
Wietnamka Do Thi Minh Hanh

Wietnamka Do Thi Minh Hanh (FOT. BARTOSZ BOBKOWSKI)

Strażnicy rzucili mnie więźniom na pożarcie. Przyglądali się z boku, jak mnie biją, kopią w piersi i głowę
Artykuł otwarty
Do Thi Minh Hanh wysłuchała Aleksandra SzyłłoPrzesiedziałam w wietnamskim więzieniu cztery lata i cztery miesiące. Broniłam robotników wyzyskiwanych w fabrykach, chłopów pozbawianych ziemi, niepełnosprawnych, czyli jak nazwał to reżimowy sąd, byłam „zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego i próbowałam obalić ustrój”.Skazano mnie 26 października 2010 roku, po jednej rozprawie, na której nie pozwolono mi mieć adwokata. Sama mogłam odpowiadać tylko na pytania: „tak” lub „nie”.Od czasu zatrzymania byłam w sumie w sześciu różnych więzieniach.

Na rozprawę czekałam w areszcie nr 35 w Sajgonie. Ponieważ toaleta w celi nie była niczym oddzielona, unosił się potworny smród. Po miesiącu przychylono się do mojej prośby i na dzień otwierano skrzydło podwójnych drzwi do mojej celi. Mieszkała tam ze mną niezliczona ilość szczurów. Oraz przez większość czasu jeszcze jedna kobieta. Próbowała przepytywać mnie dzień i noc. Na pewno była podstawiona przez milicję.

Na rozprawę przewieziono mnie do innej miejscowości – Tra Vinh. Celowo, by jak najmniej osób wiedziało o procesie i próbowało przyjść.

Na ławie oskarżonych siedzieli też moi koledzy: Doan Huy Chuong i Nguyen Hoang Quoc Hung. Gdy się do nich odezwałam, milicjant chwycił mnie za włosy i uderzył moją głową o pancerną szybę.

Doan Huy Chuong i ja zostaliśmy skazani na siedem lat, Nguyen Hoang Quoc Hung – na dziewięć. Potem jeszcze czekaliśmy na apelację, bo nasz reżim zachowuje pozory praworządności i miałam prawo odwołać się od wyroku. Przed apelacją chyba moich kolegów gdzieś przeniesiono, bo wszelkie informacje o nich się urwały. A sąd apelacyjny oczywiście podtrzymał wyroki.

W Tra Vinh czekałam na proces w celi bez okien, sama. Dokuczały chmary komarów, od których zaczęły mi się choroby skórne na całym ciele i świąd, posiłki były niejadalne. Ale wtedy nie traktowano mnie bardzo źle. To zaczęło się później, po wyroku.

Przewieziono mnie do zakładu karnego w Long An. Przez całą kilkugodzinną podróż miałam skute ręce i nogi. Zamknięto mnie w ogromnym pustym pomieszczeniu, które wyglądało jak dekoracja do niskobudżetowego horroru. Zmieściłoby się w nim ze sto osób, a byłam sama. Pod sufitem przez całą dobę migała żarówka. W rogu stał zbiornik z wodą – tak wielki, że musiałam się na niego wspinać. Zarówno kadź, jak i woda w niej były niewiele czystsze od toalety, potwornie śmierdziały. Ta woda służyła mi do higieny i do picia.

Raz wspięłam się na tę kadź i ona pękła pod moim ciężarem, w pomieszczeniu zrobiła się powódź. Zbierałam tę wodę godzinami – rękami i ubraniem. Ale i tak przez kilka dni spałam potem na mokrej podłodze. Bo spałam na podłodze. Nie dano mi koca.

Tam po raz pierwszy odwiedziła mnie mama. Chciałam jej wszystko opowiedzieć, ale gdy ją zobaczyłam, nie mogłam wydusić z siebie słowa. Choć i tak z wyrazu jej twarzy domyśliłam się, że wszystko wie. Poza tym podczas widzenia cały czas stał nade mną funkcjonariusz.

W nocy czasami przychodziła mnie pilnować milicjantka. Zastanawiałam się: po co? Czego ona pilnuje, co ja tu mogę zrobić?

Milicjant, który przynosił mi jedzenie, wrzeszczał, że jestem zdrajczynią i dlatego muszę być izolowana. Zdarzało się, że przychodził wrzeszczeć poza porami posiłków.

Napisałam na niego skargę. Owszem, dostałam kartkę i długopis. I nie wiem, czy to był bezpośredni skutek skargi, ale przeniesiono mnie. Nikt mi niczego nie tłumaczył.

Korea Północna przyznaje się do obozów pracy: ”Ludzie tam pracują nad swoją mentalnością”

Smażyłam gołymi rękoma

Przewieziono mnie do obozu pracy w Binh Thuan. Pamiętam, że przywitał mnie krzyk: „Jesteś tylko więźniarką, zerem, szmatą, masz być posłuszna”.

Na początku smażyłam ryby na eksport. Pracowałyśmy w systemie zmianowym. Na zmianie było siedem kobiet. Nie miałyśmy do smażenia pałeczek ani żadnych innych narzędzi, wszystko musiałyśmy robić gołymi rękoma. Kobiety, które były tam dłużej, miały całkowicie spalone palce.

Jeśli ktoś odmawiał pracy, karano inną osobę. Izolatką, kopaniem w genitalia.

Taki system odpowiedzialności zbiorowej powoduje, że nie możesz zaprotestować, bo miałabyś przeciwko sobie inne więźniarki. Godzisz się na stałe poniżanie cię krzykiem, na to, że praktycznie nikt nie nazywa cię inaczej niż „szmata”.W obozie w Binh Thuan z tego, co wiem, byłam jedyną „polityczną”, reszta to osoby skazane za pospolite przestępstwa kryminalne. Proporcja była taka: nas 40 kobiet i tysiące mężczyzn.Panowała fala – starsi znęcali się nad nowo przybyłymi. Próbowałam organizować samopomoc wśród kobiet. Mówiłam, że damy radę tylko wtedy, jeśli będziemy solidarne. Żeby skończyć z tym, że gdy jedna jest krzywdzona, reszta odwraca wzrok. Wtedy przegrywamy wszystkie.

Human Rights Watch: Praca przymusowa i tortury w ośrodkach odwykowych w Wietnamie

Codziennością były pobicia bez powodu albo z wymyślonego powodu. Więźniowie bili więźniów. Z tą samopomocą udało mi się częściowo. W naszych barakach były też kobiety całkowicie zrezygnowane. Oddawały się strażnikom w zamian za lżejszą pracę lub z nadzieją na skrócenie wyroku.

Wszystkie miałyśmy grzybicę i silne zapalenie dróg rodnych. Nie było możliwości utrzymania podstawowej higieny. A pewnego dnia na codziennym apelu ogłoszono nam nowe zasady nadesłane przez ministra spraw wewnętrznych Le Heng Anha. Jedna z nich: mamy obowiązek „być schludni”.

Obóz w Binh Thuan jest położony w dżungli. Na całym ciele masz paprzące się rany od insektów, które obłażą cię w nocy, bo śpisz na podłodze. Kobiety mają okres, a nie dostają ani kawałka papieru. Co to znaczy w takich warunkach „być schludnym”?

Następnie przeniesiono mnie do pracy w kamieniołomie. Rodziny części osadzonych, jeśli były w stanie zebrać pieniądze, płaciły, by więzień dostawał przydział do lżejszej roboty. Ja tego nie próbowałam. Głównie dlatego, że jestem przekonana, że od nas nikt by nie wziął łapówki. Wiadomo było, że jestem „polityczna”, że wiele osób ze skrajnie różnych stron mnie obserwuje. Za duże ryzyko. Co innego brać od zwykłego kryminalisty, którym nikt nigdy się nie zainteresuje.

Posłusznie pracowałam

Zarówno przy rybach, jak i w kamieniołomie pracowaliśmy osiem godzin dziennie – teoretycznie. W praktyce – kilkanaście. Normy tak ustawiono, że nie było możliwości zdążyć. Codziennie biłam się z myślami, czy nie odmówić wyjścia do pracy. Wiedziałam, że wtedy inni więźniowie mnie pobiją. Ale nie wiedziałam już, co wolę. Ostatecznie zawsze przeważała jedna myśl: mama przecież stara się wciąż o widzenie i któregoś dnia tu przyjedzie. W każdej chwili może być. Nie może zobaczyć mnie pobitej. Szłam posłusznie do pracy.

O dziwo, kolejnymi podaniami wywalczyłam, że oddzielono w obozie kobiety od mężczyzn, zyskałyśmy trochę spokoju. Ale każdy kij ma dwa końce. Od teraz na naszym, wyłącznie kobiecym terenie same rąbałyśmy drewno na opał i dźwigałyśmy ogromne gary z ryżem. Wcześniej mogłyśmy liczyć na pomoc mężczyzn.

Ominęło mnie wydobywanie kauczuku w dżungli i przetwarzanie go. Ale widziałam, że więźniowie, którzy tam pracowali, przechodzili ciężkie zatrucia chemiczne. Chyba od oparów. Mnie paradoksalnie uratowała kara. Ponieważ byłam jedyną osobą, która domagała się papieru, by pisać petycje, która mówiła więźniom o ich prawach, w końcu mnie odizolowano. Zostałam przeniesiona do izolatki, kazano mi sprzątać biura. To była wymarzona praca dla wszystkich więźniów.

Za moich czasów w Binh Thuan zmienił się dyrektor obozu. Nowy zaraz po objęciu stanowiska powołał Fundację Złotych Dusz, która, jak ogłosił, miała działać na rzecz poprawy losu więźniów. Ogłoszono zbiórkę na fundację. Więźniowie strasznie się bali, jeśli nie dostali od rodziny na czas pieniędzy, by je wpłacić. Każdy oddawał, co miał. Niedługo potem była kolejna zbiórka. Na rzecz „dwóch chorych na raka strażników”. Nikt tych strażników nie widział na oczy, nikt nic o nich nie słyszał.

Traciłam przytomność

W kolejnym obozie, w Xuan Lec, byli już inni „polityczni”. Dotransportowano mnie tam, wtrącono do celi, trzaśnięto drzwiami. Oczywiście bez słowa – co, jak, dlaczego, co mnie czeka – jak zawsze. W środku nocy. Więc skuliłam się i zasnęłam. Gdy tylko się obudziłam, podeszłam do toalety, żeby spróbować trochę się ogarnąć. Umyć. Rozebrałam się. I w tym momencie wpadł do celi strażnik. Skuł mnie w kajdany, zaczął ciągnąć na zewnątrz. Protestowałam, szarpałam się, byłam naga.

Jednak za strażnikiem przybiegło dużo osób. Wszyscy widzieli mnie nagą. W końcu strażnik pchnął mnie i kazał się ubierać. Iść na apel.

Wyszłam z baraku i zobaczyłam morze ludzi. Ledwo stojących na nogach, wyniszczonych, wszyscy wyglądali tak samo staro, niezależnie od wieku. Byli też inwalidzi niezdolni do samodzielnego poruszania się, podtrzymywani przez współwięźniów. Stali wiele godzin na baczność na placu, czekając na mnie. Nikt mi nic nie powiedział o żadnym apelu. Więźniowie cierpieli na słońcu przekonani, że świadomie odmawiam wyjścia z celi.

Na tym placu zostałam im rzucona na pożarcie. Bili mnie, a strażnicy przyglądali się z boku. Kopali mnie w piersi i głowę. Ktoś w tej szarpaninie pchnął mnie do celi i zatrzasnął za mną drzwi. Uratował mnie. Nie dostrzegłam twarzy tego człowieka. Straciłam przytomność.

Zamieszkałam w baraku z kryminalistkami o najdłuższych wyrokach. Atmosfera była napięta. To ja szorowałam toaletę po wszystkich i ja musiałam wszystkim prać ubrania. Postawiły sprawę jasno: zgubię coś, to oberwę. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu. Nasze ubrania to była kupa rozchodzących się w rękach szmat. Nietrudno było coś zgubić.

Xuan Lec też jest obozem pracy. Przydzielono mnie do obierania pistacji. Powiedziano mi, że więźniowie dostali nakaz przygotowania mi stanowiska pracy (po godzinach) i że są wściekli. Bałam się tam pójść. Położyłam się więc w celi na ziemi i nie wychodziłam. Więźniowie znów stali na słońcu na baczność i czekali na mnie. Tym razem wiedziałam już, że tak jest. Wiedziałam też, że cokolwiek zrobię, czeka mnie to samo. Wtedy pobito mnie najmocniej.

Dwie kobiety wlekły mnie po ziemi przez kawał obozu. Znów było kopanie w piersi i głowę. Nie mogłam wydać z siebie żadnego dźwięku. Ktoś wrzeszczał, że uderzy mnie tyle razy kokosem, aż skorupa pęknie. Pękła.

Wtedy poznałam więźniów politycznych. Zaczęli przychodzić do mnie, opatrywać mnie. Zdaje się, że ktoś ze służb się przestraszył, co będzie, jeśli umrę. Bo jednak cały czas ktoś się o mnie upominał. Światowe organizacje broniące praw człowieka, dyplomaci zachodni. Po tym pobiciu nastąpił przełom. Strażnicy wydali więźniom całkowity zakaz zbliżania się do mnie.GłodowałamMojej mamy w tym czasie nie było już w Wietnamie. Zdołałam ją uprosić, by wyjechała. W więzieniu milicjanci szantażowali mnie, że mama „może mieć wypadek”. Za granicą o wiele bardziej mogła mi pomóc. I zrobiła ogromnie dużo. Wcześniej nie podróżowała i nagle zjechała pół świata, opowiadając moją historię. Wystąpiła przed Kongresem Stanów Zjednoczonych, udzieliła mnóstwa wywiadów, organizowała pikiety, występowała z moim zdjęciem na spotkaniach organizowanych przez Wietnamczyków mieszkających na Zachodzie.Niedługo po tym, gdy zostałam pobita, w obozie wybuchł bunt. O jedzenie. „Prowokatorom” zwiększono wyroki. Odizolowano ich. Mnie wrzucono do celi razem z nimi. To byli wyłącznie „polityczni”. Czterech mężczyzn oraz Mai Thi Dung, buddyjska opozycjonistka. Bardzo schorowana, wówczas już nie była w stanie samodzielnie postawić dwóch kroków, potrzebowała pomocy przy najdrobniejszej czynności. Prosiliśmy o lekarza. Podjęliśmy decyzję o strajku głodowym.

Lekarz nie przyszedł. A za strajk nas obie wpakowano do ciężarówek i wywieziono do innego obozu – Thanh Xuan, odległego o 2 tysiące kilometrów. Ja w jednej ciężarówce, a Mai Thi Dung w drugiej. Obie jechałyśmy ze skutymi rękami i nogami, na metalowej podłodze. Na wybojach uderzały mnie bagaże, niczym nieprzywiązane do ścian. Wołałam o pomoc, ale nikt mi nie odpowiadał. Podczas postoju błagałam, by pozwolono mi jechać razem z Mai Thi Dung. Ona traciła przytomność. Chciałam przy niej być, bałam się, że umrze. Nie pozwolono mi.

Podczas dwudniowej podróży ani razu nie rozkuto mi nóg. Miałam akurat miesiączkę i ciało umazane krwią.

W Thanh Xuan nie przydzielono mi pracy, miałam całkowity zakaz kontaktu z innymi więźniami. Ale oczywiście widziałam, co się tam dzieje. Więźniowie w tym obozie to niemal wyłącznie przedstawiciele mniejszości etnicznych z gór. Wykorzystuje się ich do niewolniczej pracy: wyrabiają kadzidła, odznaki do mundurów, pracują w szwalniach. Po kilkanaście godzin dziennie. Przy taśmie obowiązuje zakaz wychodzenia do toalety. A jeśli chcesz po pracy wyjść na świeże powietrze, musisz pisać wniosek.

Napisałam taki wniosek o spacer. Nie dostałam zezwolenia.

Nagle wyszłam na wolność

26 czerwca tego roku mnie zwolniono. Dwa i pół roku przed terminem. Zostałam skazana na siedem lat, odsiedziałam cztery lata i cztery miesiące.

Nie powiedziano mi, dlaczego zostaję zwolniona. Ale ja wiem. Żyję dzięki temu, iż nie przestawały się o mnie upominać organizacje takie jak Amnesty International. W obozie odwiedzili mnie posłowie – niemieccy i norwescy. Przyjechali też australijscy, ale ich nie wpuszczono. Dyplomaci kanadyjscy, amerykańscy, australijscy regularnie nękali w mojej sprawie wietnamskie władze. Wietnam musi utrzymywać na tyle poprawne relacje międzynarodowe, by nie szkodziło to handlowi. A partyjne szychy mają zazwyczaj silne powiązania z biznesem. Bardziej opłacało się zwolnić mnie przed czasem, niż tłumaczyć się z mojej śmierci.

Wypuszczono mnie z więzienia, ale z kraju już nie chciano. Gdy pojechałam na lotnisko z biletem, aresztowano mnie. Bez żadnego zarzutu. Po kilku godzinach wypuszczono, ale dostałam stałą obstawę. Wynajęłam pokój w hostelu w Hanoi. Jak tylko wychodziłam na ulicę, milicja szła za mną. Przyjechało wtedy do mnie kilku opozycjonistów, niezależnych blogerów. Żeby porozmawiać, spróbować pomóc. Jednego chłopaka na moich oczach milicjanci dotkliwie pobili. Wsiadł ze mną do taksówki. Milicjanci zatrzymali wóz i wyrzucili go na chodnik.

Milicja dawała mi do podpisania absurdalne zobowiązania. Że pojadę wyłącznie odwiedzić za granicą matkę. Że nie spotkam się z dziennikarzami. Ani z politykami.

Niczego nie podpisałam.

Za drugim razem mnie wypuścili, ale niedługo wrócę. Przyleciałam do Europy ze względu na mamę, która trafiła na OIOM. Jest w szpitalu w Wiedniu od czterech miesięcy. Jej krytyczny stan był oficjalnym powodem mojego przedterminowego zwolnienia. Mam szczęście, że obcy ludzie, Wietnamczycy żyjący w Austrii, zapłacili za leczenie mamy. Same nigdy nie miałybyśmy na to pieniędzy.

Poza byciem z mamą spotkam się oczywiście z niemieckimi i norweskimi politykami, którzy odwiedzili mnie w więzieniu. Wezmę udział w kilku konferencjach. I wracam.

Dlaczego? Moi współwięźniowie nadal siedzą. Skazani z politycznych paragrafów. Skoro mnie nie pozostawiono samej sobie, nie mogę teraz ja ich zostawić. Nie mogę zacząć prowadzić wygodnego życia na Zachodzie.

Wietnamscy pracownicy w Polsce: Uciekaj stamtąd, dziecko, czyli Szwalnia Jest Najważniejsza

CV

Do Thi Minh Hanh. Ma 29 lat. Jako studentka zaczęła współpracę z twórcami wietnamskiego KOR (powstał w 2006 r. na wzór polskiego). Najsłynniejszą akcją Hanh była organizacja strajku w fabryce obuwia My Phong w miejscowości Tra Vinh w 2010 r., w którym wzięło udział 10 tys. robotników.

Jest współautorką listu otwartego, w którym opisała zwyczaje panujące w fabryce. Opisała, jak jedna z pracownic na oczach całej zmiany dostała od szefa butem w twarz. Normą były uwagi w stylu: „Bez fabryki byłabyś dziwką, dzięki mnie masz co jeść, zamknij się”. Hanh, razem ze współautorami apelu, wezwała właścicieli fabryki, by przeprosili robotników, oraz upomniała się o wynagrodzenia (prawo w takich fabrykach jest notorycznie łamane, nie płaci się za nadgodziny, a przeciętna pensja wynosi ok. 58 dolarów, co nawet jak na warunki i standardy wietnamskie jest sumą głodową).22 stycznia 2014 r. opublikowaliśmy w „Dużym Formacie” rozmowę z matką Hanh – Tran Thi Ngoc Minh

Polsko, ratuj 15 tysięcy Wietnamczyków

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Co brzydzi Polaka
Kucharka w przedszkolu: – Że dyrektorka bierze obiady gratis, a ja muszę płacić. Wizażystka: – Nieświeży zapach majtek eleganckich kobiet. Właścicielka kiosku: – Kiedy mężczyźni wyciągają z kieszeni spodni przepocone banknoty

Sprawa Ziętary. Polowanie na ”Księcia”
Prokurator Kosmaty do śledztwa w sprawie zaginionego dziennikarza wziął policjantów z krakowskiego wydziału Archiwum X. Nie pracują w tajemnicy, nagłaśniają zatrzymania, przesłuchania. – Bo im więcej hałasu, tym „Książę” bardziej będzie się bał, może popełni jakiś błąd, a ludzie uwierzą, że czas zacząć gadać

53 złote od łba. O wójcie, który od 25 lat siedzi na gminnym tronie
Organista niby muzyk, a ręce jak u górnika po szychcie. A u wójta wypieszczone jak u biskupa, chociaż on były szoferak

Mikołaju, żadnych upiornych lalek
Jakie prezenty dzieci chcą od Świętego Mikołaja, a jakich nie?

Szwedzkie tabu: homofobia i białe łosie
Wszystko, co napisałem, jest prawdą. Musiałem bardzo dokładnie sprawdzać fakty, oskarżam mnóstwo ludzi, lekarzy, policjantów, dziennikarzy, podaję konkretne nazwiska

Świat według Orlińskiego
I Feel Good, czyli afromajteczki w afrokropeczki

Pożeracz serc…
czyli „Potop” jest wieczny [VARGA]

Wyborcza.pl

53 złote od łba. O wójcie, który od 25 lat siedzi na gminnym tronie

Jacek Hugo-Bader, Rys. Krzysztof Ostrowski, 18.12.2014

Rys. Krzysztof Ostrowski

Organista niby muzyk, a ręce jak u górnika po szychcie. A u wójta wypieszczone jak u biskupa, chociaż on były szoferak
Od kilku lat losujemy. To konieczność w tych trudnych czasach i wobec ciągle powiększającej się rodziny. Z roku na rok coraz ciaśniej ustawiamy krzesła, talerze i prosimy Boga, żeby nie przywędrował żaden włóczęga, bo nakrycie od biedy dla siebie znajdzie, ale na siedzisko nie ma co liczyć.
Ze 30 osób siada u moich rodziców w bloku do wigilijnego stołu. I wyobraźcie sobie – kupić dla każdego prezent pod choinkę! Wszyscy więc losujemy wcześniej osobę, której sprawimy gwiazdkowy podarunek. I ustala się kwotę w granicach 50 zł. W bardzo wielu rodzinach tak się robi.To teraz wyobraźcie sobie… Co tam wyobraźcie – przyjmijcie do wiadomości. Że co roku właśnie taki prezent każdy z was sprawia swojemu burmistrzowi albo wójtowi. Którego pewnie nigdy w życiu nie widzieliście na oczy.Mieszkańcy gminy Rutka-Tartak na Suwalszczyźnie mają lepiej, bo ich wójt rozpoczął właśnie siódmą kadencję, zasiada więc na gminnym tronie nieprzerwanie od 25 lat. Nie ma nikogo, kto by go nie znał, i on zna każdego.- Bo ja tu jestem od dziecka – powiada wójt – znam każdy zagonek, drzewo, każdego człowieka…

Ten prezent każdego z was z podatków dla burmistrza albo wójta oczywiście może być mniejszy niż 50 zł albo nieco większy. Wszystko zależy, jakie wójt dostaje wynagrodzenie z kasy gminy. Tę kwotę należy podzielić przez liczbę mieszkańców i tak dowiadujemy się, ile każdy co roku na niego płaci.

65-letni Henryk Krawczyk rządzi gminą od 40 lat. Najdłuższy wójt świata

Wójt ze wsi Rutka-Tartak jest wyjątkowy w skali całego kraju nie tylko dlatego, że rządzi nieprzerwanie od 1990 roku, kiedy odbyły się pierwsze wolne wybory samorządowe w Polsce, i że tylko raz w tym czasie objawił się jeden konkurent do jego tronu, ale także dlatego, że jest najkosztowniejszym wójtem w powiecie, jednym z najdroższych w całej Polsce. W 2013 roku zarobił 130 tys. Płacą na niego po 53 zł od łba. Statystycznego. A konkretnie 52 zł i 90 gr.

A co można by za pięć dyszek w takiej Rutce?

Pazury – 6 zł za sztukę

Na przykład przespać się w pensjonacie Anita nad sklepem ze spożywką w dawnym magazynie zbożowym geesu, który prowadzi pani Krystyna z córką Anitą. A jeśli zrezygnujesz z kolacji i śniadania, to zostanie jeszcze dycha z tej pięćdziesiątki.

Pani Krystyna pokazuje zeszyt, w którym zapisuje klientów kupujących na krechę. To zakupy jedzenia za 20-30 zł, pięćdziesiątka jest rzadkością. „Na zeszyt” biorą także najprawdziwsi rolnicy z gospodarstwami, bo teraz wiele jest takich, przy których nie da się wyżywić. Tradycyjne gospodarstwa, w których była odrobina kartofli, były kury, jajka, krowa żywicielka, gdzie biło się świniaka dwa razy do roku, to teraz rzadkość. Na Suwalszczyźnie gospodarstwa to małe fabryczki mleka, i tylko to mają swojskie, a po resztę chodzą do sklepu. Często muszą brać „na zeszyt”. Rozliczają się, kiedy dostaną emeryturę, zasiłek, zapłacą im za odstawione mleko…

Pani Krystyna mówi, że wszyscy dłużnicy oddają. Absolutnie zawsze. Choć czasem na raty. Tacy niedzisiejsi są. W oczy patrzą bez umykania w bok, po chłopsku poważni, szczerzy, dobrzy i uczciwi, prawie naiwni. Maślany wzrok.

Wszystkie sklepy w Rutce dają „na zeszyt”. Wszystkie trzy i oba rolno-przemysłowe z mydłem i powidłem.

– Co jeszcze można w Rutce za 50 zł? – pytam panią Krystynę.

– Są tacy, co za to trzy pary butów kupią – odpowiada właścicielka Anity. – Oczywiście w szmateksie u pani Janki, który jest w piwnicy pod restauracją Kalinka. Albo można pomalować pazury u Natalki. Bierze 6 złotych od jednego.

– To tylko na osiem palców wystarczy – liczę szybko na kartce.

– Ale to małe arcydzieła malowane we wzory pędzelkiem. Rzęsy też robi, makijaż, 50 czy 60 zł, ale nie wiem dokładnie, bo nigdy nie byłam. Natalka była menedżerką w Kalince, gdzie po śmierci męża robiłam różaniec.

– U nas się to stypa nazywa.

– A u nas różaniec.

– I odmawiacie?

– Tak. A jak jest różaniec śpiewany, to bardzo długo to trwa. Ciasta można przynieść swoje, a zupy, ciepłe, zimne i alkohol jest od nich. Tam nawet 80-100 osób się zmieści. A wcześniej pogrzeb. Ksiądz mówi niby „co łaska”, ale nie wiadomo, co będzie, jak dasz mniej od innych. 700 zł trzeba. Dodatkowo kościelny za 100 i organista za 200.- A miejsce na cmentarzu? – pytam.- U nas za to się nie płaci. Pole na cmentarz za darmo dał parafii jeden gospodarz, to nie uchodzi teraz brać pieniędzy za miejsce.- A na resztę ile?

– Trumna, ubranie nowe kupić… Grabarza nie mamy. Rodzina sama kopie dół i nie muruje. W ziemi chowamy. A po pogrzebie na różaniec prosimy. W 6 tysiącach za wszystko się nie zmieścisz.

Opłatek – co łaska

Trzydzieści lat grał w Rutce-Tartak ludziom na ślubach i pogrzebach (dłużej nawet niż wójt Racis zasiada na tronie), pięciu proboszczów przeżył, uprawiał ich czy też parafialne pole, aż przyszedł nowy, młody ksiądz, co nie miał zrozumienia dla sytuacji życiowych, jak mówi organista Ryszard Anuszkiewicz.

– Mieliśmy swoje mleko, tucznika, z tego pola sami się utrzymywaliśmy z dziećmi i do państwa sprzedawaliśmy, ale nowy ksiądz powiedział, że dopłaty unijne do gospodarstwa on chce brać, bo nie może tak być, żeby organista zarabiał więcej niż proboszcz.

Matko kochana! Takie zarzuty! A weź, człowieku, „Ave Maria” zagraj! To trzeba umieć. Ja po to się uczyłem, żeby zarabiać, a tu przeciętnie 16-17 pogrzebów w roku miałem, trzy-cztery śluby, ledwo koniec z końcem wiążę, a czuję się jak oskarżony, jak podsądny w sprawie finansów parafii. I normalnie zwolnił mnie z pracy.

– Ksiądz, co jest w wieku naszej córki – podpowiada pani Lucyna, żona byłego rutkowego organisty. – Kilka miesięcy mąż kompletnie nie miał co ze sobą zrobić. Najgorsze były niedziele.

Od świtu do nocy siedział i pisał partytury dla chóru.

Aż Ryszard Anuszkiewicz się podniósł. Od 1 listopada znalazł pracę w sąsiednich Wiżajnach i nawet nieźle na tym wyszedł, bo to dwa razy ludniejsza parafia, 3 tysiące dusz. Więcej pogrzebów, ślubów, więcej opłatków bożonarodzeniowych do rozniesienia po chałupach, bo zgodnie ze świętą, liczącą setki lat tradycją to robota organisty i jego podstawowy, największy zarobek w roku. Idzie od domu do domu, daje opłatki i zbiera pieniądze za rok pracy, za rok grania w parafii.

– Jedne rodziny dają 5, inne 10, 20, 30 zł – opowiada pan Ryszard. – 50 to wielka rzadkość, a raz w życiu dostałem w Rutce 70, ale w tamtym domu mieszkały dwie rodziny.

– Skąd pan bierze opłatki?

– Do hurtowni dzwonię i przywożą. Na Rutkę kupowałem co roku za 250 zł, ale jak stary organista w Wiżajnach zmarł i mnie tam wzięli, to parafia była już zaopłatkowana. Nie będzie zarobku. Malutką pensyjkę od księdza dostanę, żeby przeżyć.

Gaz – z wielkiej butli

Mówienie, że miejsca w Radzie Gminy Rutki-Tartak wyglądają na dziedziczne, to gruba przesada. Nazwiska się powtarzają, ale ich właściciele często nie są ze sobą spokrewnieni, albo są, ale tak jak polskie żubry – nic o tym nie wiedzą, żyją od setek lat w jednym miejscu i są szczęśliwi, że nad ich głowami nie przewalają się wędrówki ludów, nie przybywa nazwisk, genów, obyczajów. Nazwisko Jana Racisa na przykład, ich wójta, jest tutaj bardzo popularne. Podobnie jest z Andruszkiewiczami, Anzulewiczami i Anuszkiewiczami. Obcemu niełatwo się połapać. W samych Potopach na przykład aż w trzech chałupach mieszkają Anuszkiewicze, do tego organista z Rutki i jeszcze dwie chałupy w innej wsi.

Jadę więc na Potopy do pana Andrzeja, który przez 25 lat był przewodniczącym rady w gminie. Po drodze w Rutce zatrzymuję się na ulicy Szkolnej w sklepie z artykułami rolno-przemysłowymi, żeby sprawdzić, co można kupić fajnego za 50 zł.

Na przykład dwie małe siekierki z drewnianym, najpewniej akacjowym trzonkiem, kawał ładnego ocynkowanego łańcucha, 3,5 do 6 metrów, w zależności od tego, jaki gruby, ale brzydkie łańcuchy bez ocynku są dużo tańsze. Węgla „orzech” albo „kostka” („płukany, bez miału” jest napisane flamastrem na kartce) za pięćdziesiątkę można kupić 67 kg albo jakieś 2,5 worka ekogroszku do palenia w centralnym.

50 zł wystarczy także na trzy metalowe wiadra, na zestaw szpadla z szuflą, ale ciut, ciut zabraknie na krajowe poidło dla bydła i worek koncentratu paszowego dla prosiąt, ale już za gaz (bez butli, która kosztuje stówę) trzeba zabulić dokładnie 53 zł, a to jest niemal dokładnie tyle samo, ile każdy mieszkaniec gminy płaci w ciągu roku na utrzymanie swojego wójta.

Jerzy Stępień: Samorząd nam się wykoślawił

Bożenie Anuszkiewicz, która sprzedaje w tym sklepie, taka butla wystarcza na dwa-trzy tygodnie gotowania.

– Bardzo wielu klientów bierze „na zeszyt” – mówi pani Bożena i pokazuje stukartkowy zeszyt zapisany nazwiskami i liczbami. – To są przeważnie grubsze zakupy, oleje, pasze, czasem opał. To nie jest mój sklep, ale ja decyduję, komu dać na kredyt. To znaczy wszystkim. Znam tych ludzi od dziecka.

Tak się więc złożyło, że wychodzę od organisty Anuszkiewicza, zatrzymuję się w sklepie u Bożeny Anuszkiewicz i gnam dalej do Anuszkiewicza w Potopach, o których u mnie w stolicy by się mówiło, że „zbieżność nazwisk jest przypadkowa”. Tylko że w tej gminie mieszka jakieś 1600 osób.

– Nasz wójt to świetny organizator – słyszę od Anuszkiewicza z Potopów po dotarciu na miejsce. – Ma do tego smykałkę, chociaż był tylko kierowcą w geesie i nigdy nie był na kierowniczym stanowisku. Chcieli, żebym ja, ale ja mam wielką gospodarkę, a on ma dar, że nie uśnie, dopóki nie załatwi tematu. U nas z budżetu gminy przez 25 lat co roku 10 kilometrów asfaltowej drogi kładł, do wszystkich chałup dociągnął wodę, telefony, zrobił kanalizację, aż w 2005 roku ogłosili go w telewizji Wójtem Roku. I nawet nie narobił gminie żadnych długów.

Zdumienie – na temat ludzi

Andrzeja Anuszkiewicza w jego 57-letnim życiu spotkały tylko dwie rzeczy, których za nic w świecie nie może zrozumieć mimo wielu miesięcy i lat starań. Wysiłek ten jest tak wielki, że wyraz zdumienia na jego twarzy został na zawsze.

Prawdziwy, krzepki chłop po studiach rolniczych, posągowy gospodarz z wąsem, rolnik o urodzie, postawie, powadze i surowym majestacie Wincentego Witosa, którego mu nie ubywa, chociaż łazi przede mną w gaciach, w kalesonach szarych właściwie. I nie łazi, tylko kuśtyka po kuchni z pewnym trudem, bo go dopadła rwa kulszowa. Zawsze zastanawia się długo, zanim coś wygłosi albo wykona, nie daj Boże, niepotrzebny ruch. Całe życie rusza się przy robocie, to po co jeszcze gestykulować po próżnicy? Gęba szczera, uczciwa, naiwna nawet. Zdumiona przede wszystkim i skrzywiona z bólu. W oczach więcej pytań niż emocji.

Smaży jaja na śniadanie dla siebie, swojego pomocnika Zbyszka, reportera i weterynarza Andrzeja Majki, który przyjechał odrobaczyć jego krowy. Na patelni więcej tłuszczu niż jaj. Lekkie, męskie, starokawalerskie śniadanko. Gospodarz wykłada chleb, ale zamrożony, więc rozbija go jednym, potężnym ciosem kułaka. Bochenek pocięty fabrycznie na kromki rozsypuje się jak talia kart, którą gospodarz rozkłada na stole jak do pasjansa. Szybciej będą tajać. Zalewa parząchę, którą w PRL-u z jakiegoś powodu nazywaliśmy „po turecku”. Kubas, proszek, woda. To dla mnie. Sam pije mleko z blaszanej parzymordy wielkiej jak jego głowa. Mleko jeszcze ciepłe, z pianą, z porannego udoju. Do tego wino z antonówek własnej roboty, rocznik 2013. Byłaby baba w domu, toby narobiła w słoiki na szarlotkę, a tak jabłka leżą po próżnicy pod drzewem i gniją, ranią do żywego jego praktyczne, chłopskie serce.

– Bo ożeniłem się z dziewczyną miastową – mówi. – Miałem prawie 40 lat. Przyszła do mnie na gospodarkę, kupiłem jej „malucha” i jeździła do Suwałk do pracy, bo ona lekarz, otolaryngolog. W życiu krowy nie doiła. Jej matka jest góralką, a to strasznie ostrzy ludzie, niesamowite temperamenty. Kiedy urodził się mój syn Janek, sprowadziła się do Suwałk, żeby być bliżej córki. I tak żona była coraz bardziej z matką i coraz dalej ode mnie. Wreszcie zaczęło się! Żeby sprzedać gospodarkę! No jak?! Ja po to żyję, żeby tutaj być! Sprzedam ojcowiznę i gdzie znajdę swoje miejsce? To powiesić się przyjdzie. Tak właśnie nam się rozpadło. Poszły. Pojechały, uciekły, wybyły.

Janek miał wtedy dwa lata. Teraz ma 18.

– Pokończył wszystkie kursy żeglarskie, więc żeby był dalej ode mnie i mojej gospodarki, nastawiły go na marynarza – opowiada pan Andrzej. – To ja mówię: „Jasiu, ty patrzysz na te filmy, ty widzisz tych marynarzy bez zębów, bez oka, bez nogi, to pijaki są! To dla Cyganów dobre życie. Taka poniewierka”.

Muskuły – brudny interes

Prawie 40 proc. Polaków mieszka na terenach wiejskich i od dekady ciągle ich przybywa, chociaż wcześniej migracja odbywała się ze wsi do miasta. Mamy 1,9 mln gospodarstw, ale ponad połowa z nich to maleństwa poniżej 5 hektarów, które nie wytwarzają niczego na sprzedaż, ale produkują czasem na własne potrzeby.

Średnie polskie gospodarstwo ma zaledwie 10 hektarów, w gminie Rutka – 15. Andrzej Anuszkiewicz uprawia 30 hektarów ziemi własnej i kilkanaście dzierżawionej, bo tylko w takich wielkich i silnych gospodarstwach produkcja rolna się opłaca, z takich gospodarstw pochodzi 63 proc. polskiej żywności, chociaż to zaledwie 1,2 proc. wszystkich gospodarstw. Na przełomie wieków dochody rolników stanowiły 38 proc. dochodów ludności miejskiej, teraz niemal się zrównały.

Gospodarze w gminie Rutka-Tartak często przyjmowali mnie na skórzanych kanapach, a gdy czegoś nie wiedzieli, odpalali tablety. Chodzą do biblioteki, do dentysty, myją zęby, jeżdżą do sanatoriów, na zagraniczne wczasy, a temperatury w chłodni z mlekiem zapisują na pendrive’ach. Poziom ich wykształcenia rośnie w zawrotnym tempie. Rzecz jasna, tych od 63 proc. polskiej żywności. Pozostali w ciągu 20-30 lat będą musieli odejść.

W przedszkolu, podstawówce i gimnazjum w Rutce uczy się 270 dzieciaków, z których 117 trzeba dożywiać z budżetu gminnego ośrodka pomocy społecznej. Dostają obiad w szkole. Poza tym ośrodek otacza opieką około 300 osób z 50-60 rodzin, a to jest niemal piąta część mieszkańców gminy, w której co roku udaje się zebrać od mieszkańców zaledwie pół miliona złotych z podatków. Trzy razy tyle dostają na utrzymanie od państwa.

– A ja nie mogę ścierpieć, że młodzi ludzie uciekają do miasta, żeby w Kauflandzie siedzieć na kasie za 1200 zł – mówi wójt Rutki-Tartak Jan Racis. – Paluchy już mają pokręcone od tych telefonów, gier, komputerów… Trzeba prężyć muskuły i się rozwijać, dawać ludziom pracę.

– A mnie ciekawi, jak się panu udało utrzymać władzę tyle lat? – pytam.

– Bo zasuwam i ludzie to doceniają. Dzisiaj na przykład jestem na urlopie, a siedzę z panem w urzędzie i rozmawiamy. Ale nie było łatwo, szczególnie na początku. Dwa razy w moim domu tłukli wszystkie szyby w oknach. To była ta nasza twarda, komunistyczna opozycja, byli milicjanci.

W ostatnich latach wójt stawia na gospodarkę. W upadłym tartaku z jakąś poznańską uczelnią otwiera wytwórnię oleju napędowego i energii elektrycznej wytwarzanych z plastikowych śmieci, której konstrukcja, jak twierdzi, jest prosta jak bimbrownia. Produktem ubocznym będzie ciepło, które wykorzysta do założenia centralnego ogrzewania w Rutce. Już mają sortownię śmieci, które przywożą aż z Suwałk, a wójt spodziewa się polsko-litewskiej wojny gospodarczej o ten bezcenny surowiec.

Chyba że projekt padnie jak pomysł na elektrownię wiatrową.

Daj pan pegeerowcowi robotę, a zobaczysz, jak będzie zapieprzać. Potu nie będzie miał czasu z czoła zetrzeć. Pokrzywa parząca i nieparząca

Szmaty – tobół miksa

Ale pani Beata, instruktorka z gminnego ośrodka kultury, zupełnie do tej brudnej roboty się nie nada. Ma pół etatu, za które dostaje od gminy niemal tyle samo co wspomniane przez wójta kasjerki w Kauflandzie – 1153 zł.

Pytam, jak ona by mogła zaszaleć z końcówką swojej wypłaty.

– Za 53 zł można pójść na obiad do Kalinki – mówi o restauracji w byłej gospodzie geesu przy głównej ulicy we wsi. – Ale miejscowi nigdy tam nie chodzą, bo drogo. Ja raz poszłam z mężem na walentynki. Siedzieliśmy sami w wielkiej, stuosobowej sali.

Zamówili pewnie kiszkę ziemniaczaną albo kartacze za 15 zł porcja, czyli wielkie kartoflane pyzy z mięsną nadziewką, które przyjezdni nazywają czasami, pewnie z racji rozmiaru, cepelinami. Do tego zupa i piwo albo po dwa piwa zamiast zupy.

W Kalince wszystkie drugie dania, poza baraniną, są po piętnastaku. Nawet kołduny, schabowy, golonka z kapustą, tyle że trzeba poczekać do maja, bo od roku knajpa działa tylko w sezonie. Wchodzę więc od piwnicy, gdzie Janina Kalinowska, matka restauratora, prowadzi sklepik z używanymi ciuchami.

– Żeby odskoczyć od codzienności, do pracy sobie pojechać dla rozrywki – mówi ze śmiechem. – Bo mnie się nudzi w domu, a od syna nie chcę pieniędzy, ani się u niego zatrudniać, bo za dużo bym się wtrącała.

Pani Janina nie przestaje się śmiać. W całej Rutce nie widziałem tak pogodnego człowieka, z tak wyszukanie pomalowanymi w rokokowe zawijasy pazurami, i który nigdy nie narzeka. Otwiera codziennie o 9 rano, a gdy byłem u niej o 14, miała już 140 zł utargu od trzech klientów. – I to mi wystarczy – mówi. – Stówkę to ja prawie codziennie mam. Nie jest źle. W najgorszych miesiącach mam 2-2,5 tys. dochodu, a w sobotę zawiozłam koleżance do Wiżajn dwa futerka za 50 zł. Tak sobie w wolny dzień zarobiłam.

– A to futerko? – pokazuję palcem na wieszak.

– To płaszczyk. Aksamicik za 50 zł, ale utargować coś można. Najbardziej lubię, jak nowy towar przyjdzie. Kupuję tobół miksa po 10 zł za kilogram i dzwonię po klientkach, bo znam gusty, rozmiary, wiem, czego szukają. Bardzo lubię swoją pracę, a synkowi pomagam tylko czasami. On ma tę restaurację i katering wozi po całej Polsce. W Suwałkach wygrał przetarg na szpital psychiatryczny i na 600 obiadów do szkół średnio po 2,70 za zupę z wkładką albo drugie na przemian. Ale mamy też dużo zamówień na poziomie. Zaczęło się od tego wesela na 350 osób za 90 tys. pod Filipowem. Jakiś warszawiak na poziomie się żenił.

– A dziewczyna? – pytam.

– Stąd. Tam był gość z Warszawy, spodobało mu się i polecił nas w tym roku na dożynki prezydenckie w Spale. Cały katering tam przywieźliśmy i posypały się zamówienia. Robimy w tym roku wigilię w Ministerstwie Rolnictwa i u stałego przedstawiciela Polski przy Unii Europejskiej na 250 osób.

– No i co podacie w Brukseli? Na tę polską wigilię.

– Rybę po grecku, karpia po żydowsku, ruskie pierogi… Szwedzki stół ma być.

Polski rolnik na dorobku. Wieś się bogaci [RAPORT]

Mustang – rozchwianie szyn

W ośrodku zdrowia z punktem aptecznym, gabinetem rehabilitacyjnym, lekarza rodzinnego i dentystycznym sprawdzam, co da się zrobić za 50 zł.

– Jak ktoś ma chorą jedyneczkę, dwójeczkę albo trójeczkę i trzeba ją przeleczyć kanałowo, to może za darmo z Narodowego Funduszu Zdrowia, ale za czwóreczkę i wszystkie następne już musi zapłacić, bo nie podlega – mówi doktor Katarzyna Petrosyan. – Chyba że pacjent jest nieletni, to wtedy za nic nie płaci.

– A dorosły co może za pięć dych? – pytam, a pani Katarzyna, która uwielbia zdrabniać wszystkie rzeczowniki, bo często leczy dzieci, pokazuje mi cennik zawieszony na drzwiach gabinetu.Proteza akrylowa od jednego do siedmiu zębów – 400 zł, a całkowita – 550. Jednak proteza zrobiona z nylonu kosztuje już 1200 zł. Koronki porcelanowe są po 600 zł „za jeden punkt”, a wypełnienie zęba stałego ze znieczuleniem po 150. Za pięćdziesiątaka można tylko zrobić prześwietlenie albo za 40 zł zafundować sobie szynowanie rozchwianych zębów. – Bo jak jest dużo złogów, to ząbek odsuwa się od dziąsełka, zaczyna się kiwać, więc się szynuje, żeby utrzymać go na miejscu – tłumaczy doktor Katarzyna. – Przedłuża to czas pobytu ząbków w jamie ustnej.Tak jak 21-letni Patryk z warsztatu naprzeciwko urzędu gminy przedłuża życie samochodów. Nazywa je zgnilakami. Kupuje za parę stów, a potem rychtuje, żeby wyglądały prawie jak nowe. Takie zabytkowe cacko można sprzedać za grube tysiące, dziesiątki czasem tysięcy, albo jeszcze poczekać, żeby z wiekiem nabrały wartości. U jego wuja w stodole na przykład dojrzewa tak przepiękne audi 80 z 1982 roku.Od maja aż do teraz chłopak pracował nad swoim samochodem. To prawdziwy rarytas – po strażacku czerwony golf jedynka Volkswagena z 1989 roku. Wśród miejscowej ludności w poważaniu są tylko samochody niemieckich marek, a w zasadzie tylko volkswageny (najchętniej nieśmiertelne golfy dwójki), audi i mercedesy, ale na nowe nikogo nie stać, więc z całej Polski, a także Litwy ściągają taniutkie zgnilaki, które takie warsztaciki jak Patryka przywracają do życia.

– No bo ford gówna wort – mówi chłopak.

– A co u ciebie można za pięć dych?

– Zmienić opony z wyważeniem – mówi i oczy mu się zapalają. – A wie pan, że poluję na mustanga?

– Tutaj? Chyba na jelenia, łosia…

– O Jezu… Forda mustanga! Znajomy szuka mi zgnilaka w Ameryce.

Senior – od ognia, piorunów

Kilka domów dalej, za rzeczką Szeszupą, mieszka Tadeusz Boniszewski, syn przedwojennego wójta gminy Rutka. Pan Tadeusz wiele lat był miejscowym radnym, teraz już zrezygnował, a jego miejsce w radzie zajął syn Grzegorz, który od tej kadencji jest jej przewodniczącym.

– Ja jestem zadowolony z naszego wójta – mówi Boniszewski senior. – Wykształcenia nie ma, ale bystry, jak to się mówi, chłop, uczy się, stara i słucha ludzi, dba o ich interesy, a jak trzeba, to koniaczek też wypije. To też jest, jak to się mówi, poświęcenie.

– Oooo, nie powiedziałbym.

– Zależy z kim. Ścieżki wydeptał już do wyższych instancji. I o to chodzi. A świeży przyjdzie, to musi się uczyć. On tylko raz miał konkurenta, 12 lat temu. To był emerytowany oficer straży granicznej z naszego terenu. Dostał parę procentów i już nikomu nie chciało się wojować z wójtem.

– Trochę sporo mu płacicie. 53 zł na głowę.

– To dużo?

– U mnie mandat za parkowanie, 10 litrów benzyny, litr czyściochy…

– To pogada pan z synem.

Idę więc do chałupy obok, gdzie mieszka drugi syn pana Bronisława – Jerzy, który jest agentem ubezpieczeniowym. I żyje raczej z ubezpieczeń komunikacyjnych, a nie rolnych, bo gospodarze nie chcą kupować polis, chociaż ubezpieczenia na uprawy i budynki są obowiązkowe.

– Za 50 zł coś się da? – pytam nieśmiało.

– Może jedną starą stodołę albo pół hektara kukurydzy.- A zwierzęta?- Można. Od padnięcia, ale jest bardzo drogie, gdzieś 15 proc. rocznie od wartości zwierzaka, więc w naszej gminie nikt tego nie ma, bo dobra krowa teraz to nawet 10 tys. zł. Ale można ubezpieczyć ją od nieszczęśliwych wypadków, od ognia, pioruna. Średnio za jedną krowę 25 zł, to za 50 – aż dwie.

Kobiety są motorem zmian, a mężczyznom zwisa i staliby cały dzień pod sklepem.Aleksandra Fuchs, liderka, sołtyska

Zdumienie – na temat zwierząt

Andrzej Anuszkiewicz, gospodarz z Potopów, były przewodniczący Rady Gminy Rutka-Tartak, opowiadał o żonie, teściowej, jedynym synu. A teraz będzie historia, która pana Andrzeja dziwi jeszcze bardziej. Bo będzie o krowach.

– Przyjechali po dziesiątej w nocy – opowiada. – Byłem przy dojeniu, a wcześniej w Smolnikach na festynie, i oni, że ja pijany. No tak, dwa-trzy kieliszki wypiłem, a oni, że straszny wypadek ja spowodował, ręce do tyłu i kajdanki zakładać. A tam dojarka włączona! Podłączona do cycków! Nie dają zadzwonić, żeby kogo znaleźć do tych krów. To policjant był i kobieta ze straży granicznej, a na moim samochodzie nawet jednej rysy nie ma.

Co wcale nie jest łatwo stwierdzić, bo gospodarz, na podwórku którego stoi nowiutki ciągnik John Deere za 300 tys., jeździ starym, 15-letnim zgnilakiem, audi 80, które wygląda, jakby spadło ze szczytu Giewontu.

– Ja tu z wójtem jeszcze za komuny „Solidarność” Rolników Indywidualnych zakładałem – pana Andrzeja dusi coś za gardło. – Wygraliśmy pod tym szyldem pierwsze wolne wybory samorządowe i potem przez 25 lat bez przerwy byłem radnym, to komuś na pewno podpadłem, teraz ten ktoś na mnie napuścił, a sąd nie chciał dać wiary, że nie było żadnej kolizji. A jeszcze tej dojarki policjant nie dał mi wcześniej wyłączyć! Jak można krowę zostawić podłączoną?! Ja nie mogę tego pojąć. Tam zwierzę zostało, cierpi! Męczy się! Wy psy jedne! Łapsy, mordy, gnoje… Sąsiedzi dopiero w obiad wydoili krowy do końca. Zapalenia wymion były, jedna krowa padła, zmarnowała się…

– To przez tę historię po raz pierwszy od 1990 roku nie startował pan w wyborach do rady gminy?

– Tak. Kandydat na radnego nie może być karany, a mnie zabrali prawo jazdy i dali 1000 zł grzywny za jazdę w stanie wskazującym na spożycie, 0,6 promila i spowodowanie kolizji.

Wybory te zresztą wcale się nie odbyły. Elektorat 28 wsi gminy Rutka-Tartak w lokalach wyborczym dostał tylko karty do głosowania do sejmiku wojewódzkiego, rady powiatu i na wójta, a radnymi w gminie zostali, jakby przez aklamację, kandydaci z komitetu pana wójta Racisa Jana, których akurat było dokładnie tylu, ile miejsc w radzie. Bo opozycja żadna w Rutce się nie objawiła, nie działa żadna organizacja partyjna, nigdy do wyborów nie zgłosił się żaden komitet poza wójtowym. Pięciu obecnych samorządowców to nowi ludzie, pozostali zasiadali w radzie w poprzednich kadencjach.

– A co u pana jest za 50 zł? – pytam z innej beczki weterynarza Andrzeja Majkę, który przysłuchuje się Anuszkiewiczowej opowieści.

– Na pokrycie krowy najtańszym nasieniem zabraknie 20, ale mogę zaszczepić dwa psy przeciwko wściekliźnie albo 17 krów od gza – odpowiada Andrzej Majka. – Albo czterem krowom doustnie dać lekarstwo na motylicę.

– To ode mnie za tyle samo dostanie pan 50 litrów mleka. Od zeszłego roku ceny w skupie spadły o trzecią część, do 1 złotego. Mam 10 tys. straty miesięcznie – zajęczał po chłopsku Andrzej Anuszkiewicz, tyle że to nieprawda, żadna strata, tylko dochód ma mniejszy o 10 tys. Ale dla niego strata. Tak jak dla złodzieja, który jak nie ukradnie, to jakby zgubił.

Jeszcze miałem zapytać Andrzeja Anuszkiewicza, czy to prawda, że jego przyjaciel Jan Racis, wójt Rutki-Tartak, ma tylko siedem klas, jak ludzie gadają, i dlaczego członkowie rady gminy pod jego przewodnictwem tak dużą pensję mu dali, ale mi przeszło, ciekawość zupełnie wyparowała, skoro po tylu dniach w Rutce nie usłyszałem o nim ani jednego złego słowa.

Ale na razie siedzimy w kuchni przy gorącym piecu we czterech, gapimy się w okno i marzymy, żeby nie wychodzić do tego odrobaczania krów, co na nas czeka. Prószy na biało. Na jeziorze łowią ryby spod lodu, a my we wszystkich kościach czujemy, że Boże Narodzenie wybuchnie już dosłownie za parę chwil.

– Janek przyjedzie na święta – mówi gospodarz i maślanymi oczami pokazuje zdjęcie syna. – Ja jemu mówię: ty musisz patrzeć na to wszystko jak następca. Bo ci to wszystko przepiszę, żeby ciągłość była, a ta wolność, Jasiu, co na gospodarce będziesz miał, to jest najważniejsza w życiu. Jesteś u siebie, tylko ty sam decydujesz, tylko ty będziesz dziedzicem. Tak mu mówiłem. Teraz Janek przyjedzie, zarzucimy w jeziorze sieci i jeszcze raz pogadamy. Jest dziecko, jest nadzieja.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Co brzydzi Polaka
Kucharka w przedszkolu: – Że dyrektorka bierze obiady gratis, a ja muszę płacić. Wizażystka: – Nieświeży zapach majtek eleganckich kobiet. Właścicielka kiosku: – Kiedy mężczyźni wyciągają z kieszeni spodni przepocone banknoty

Sprawa Ziętary. Polowanie na ”Księcia”
Prokurator Kosmaty do śledztwa w sprawie zaginionego dziennikarza wziął policjantów z krakowskiego wydziału Archiwum X. Nie pracują w tajemnicy, nagłaśniają zatrzymania, przesłuchania. – Bo im więcej hałasu, tym „Książę” bardziej będzie się bał, może popełni jakiś błąd, a ludzie uwierzą, że czas zacząć gadać

Mikołaju, żadnych upiornych lalek
Jakie prezenty dzieci chcą od Świętego Mikołaja, a jakich nie?

Moje wietnamskie tortury. 4 lata, 4 miesiące, 6 więzień
Strażnicy rzucili mnie więźniom na pożarcie. Przyglądali się z boku, jak mnie biją, kopią w piersi i głowę

Szwedzkie tabu: homofobia i białe łosie
Wszystko, co napisałem, jest prawdą. Musiałem bardzo dokładnie sprawdzać fakty, oskarżam mnóstwo ludzi, lekarzy, policjantów, dziennikarzy, podaję konkretne nazwiska

Świat według Orlińskiego
I Feel Good, czyli afromajteczki w afrokropeczki

Pożeracz serc…
czyli „Potop” jest wieczny [VARGA]

Wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s