Kaczyński ukradkiem szykuje nam katastrofę, wyprowadza Polskę z Unii Europejskiej

Posted: 7 marca 2017 in Polityka
Tagi: , , , , , , , , , ,

CAŁA HISTORIA W JEDNYM OBRAZKU

Niepoparcie Donalda Tuska przez PiS jest jednym z elementów wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński wyprowadza Polskę z Unii. Gdzie wyprowadza? Na manowce.

Pisze o tym na Koduj24.pl Wojciech Maziarski.

Kaczyński ukradkiem wyprowadza Polskę z UE

Celem nie jest Donald Tusk – w tej rozgrywce chodzi o to, by szefem Rady Europejskiej przestał być Polak.

Prezes PiS chce przesunąć Polskę na peryferia UE, a potem może nawet w ogóle z niej wystąpić. Komentatorzy bezradnie rozkładają ręce i pytają: czy Jarosław Kaczyński naprawdę nie rozumie, że z punktu widzenia interesów naszego kraju Polak na stanowisku szefa Rady Europejskiego jest wielką wartością? Nawet jeśli tym Polakiem jest jego osobisty wróg Donald Tusk…

To błędnie postawione pytanie. Jarosław Kaczyński doskonale rozumie, że Polak jako nieformalny „prezydent” Europy jest wielką wartością. Tyle że – jego zdaniem – wartością negatywną. Właśnie dlatego podjął próbę usunięcia go z tego stanowiska.

Zabieg z Jackiem Saryuszem-Wolskim nie ma na celu osadzenia nadambitnego renegata z PO w brukselskim fotelu. Jarosław Kaczyński doskonale wie, że to kompletnie nierealne – i mało go to obchodzi. Tak naprawdę liczy się tylko jedno – by pozbyć się z Brukseli Tuska. I to nie tylko dlatego, że ten polityk stał się w ostatnich latach prawdziwą obsesją lidera PiS-u. Oczywiście, miło będzie wysadzić go z siodła i pognębić, wzywając na przesłuchania w prokuraturze. Ale to tylko przy okazji, dla frajdy i rozrywki, bo rzeczywista stawka w tej grze jest znacznie wyższa, a prawdziwym celem jest pozbycie się Polaka ze stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Niech je zajmie ktokolwiek inny – Francuz, Holender, Niemiec. Właśnie Niemiec byłby najlepszy.

UE zagraża planom Kaczyńskiego

Krytycy Kaczyńskiego sądzą, że prezes PiS-u nie rozumie, iż obecność wpływowych Polaków w decyzyjnym centrum Unii zwiększa znaczenie Warszawy i sytuuje ją w unijnym jądrze, a alternatywą może być ześlizgiwanie się na peryferie, a może wręcz wypadnięcie z grona krajów tworzących UE.

Jednak on to doskonale rozumie. I właśnie do tego zmierza. Traktuje silną pozycję Polski w strukturach Unii jako wielkie zagrożenie dla swojej władzy i planów na przyszłość. Nie chce, by Polska pozostawała w jądrze UE. Najszczęśliwszy byłby, gdyby znalazła się na marginesie, którym Bruksela przestałaby się interesować.
Jarosław Kaczyński od chwili przejęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość metodycznie demontuje instytucje ograniczające jego władzę i zmuszające go do podporządkowania się regułom gry, na które nie ma wpływu i których nie może dowolnie zmieniać i naginać do swej woli. Skasował niezależność prokuratury, zniszczył Trybunał Konstytucyjny, podporządkował sobie media państwowe i stopniowo tłamsi prywatne, szykuje się do ofensywy przeciw sądom i samorządom, przygotowuje ustawę wymierzoną przeciw organizacjom pozarządowym, zapowiada „repolonizację”, czyli odbieranie gazet i stacji radiowych oraz telewizyjnych zagranicznym właścicielom.

Czy ktokolwiek jest na tyle naiwny, by wierzyć, że niszcząc w kraju wszystkie instytucje i struktury narzucające mu ograniczenia Jarosław Kaczyński pogodzi się z ograniczeniami wynikającymi z członkostwa w UE?

Scenariusz wychodzenia z Unii

Prezes PiS nigdy nie darzył Unii szczególną atencją, tyle że znając nastroje Polaków nie mógł wystąpić przeciw Brukseli z otwartą przyłbicą – w sondażach za członkostwem w UE opowiada się ponad 80 proc. obywateli. Dziś jesteśmy nawet bardziej euroentuzjastyczni niż przed akcesją – w 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiadało się 70 proc. Polaków.

Jarosław Kaczyński wybrał więc metodę stopniowego zasiewania fermentu i wbijania klina między polską opinię publiczną a Unię. W podobny sposób w 1990 r. wypowiedział wojnę rządowi Tadeusza Mazowieckiego. Wiedząc, że nie może frontalnie zaatakować popularnego i lubianego przez Polaków premiera, wybrał dla starcia pole zastępcze, wysuwając kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta i wmawiając początkowo obywatelom, że nie podważa ani nie atakuje linii politycznej rządu, a jedynie chce „przyspieszyć” reformy.

Także w stosunkach z UE obowiązuje dziś w propagandzie PiS bałamutna formuła głosząca, że członkostwo w Unii jest rzeczą dobrą i pożyteczną, jednak sama Unia wymaga reform, musi stać się jakąś bliżej nieokreśloną „Europą ojczyzn”, a traktat trzeba napisać od nowa.

Takie tezy oznaczają w istocie zakwestionowanie Unii Europejskiej. A ponieważ nie wydaje się, by ktokolwiek w Europie zamierzał Kaczyńskiego posłuchać i pisać z nim nowy traktat, konsekwencja może być tylko jedna: kraj nieakceptujący obecnej formuły UE zawsze ma możliwość opuszczenia wspólnoty. Z tej możliwości właśnie skorzystali Brytyjczycy. Kaczyński nie mówi o tym głośno i ukrywa swoje prawdziwe cele, ale w rzeczywistości stara się wepchnąć Polskę na tę samą drogę.

Jak to zrobił Orbán

Wbrew wynikom sondaży, sugerującym, że Polacy są społeczeństwem euroentuzjastycznym, wysiłki prezesa PiS nie są skazane na niepowodzenie. Nastroje społeczne wyraźnie bowiem ewoluują.

„Postawy Polaków w sprawie członkostwa naszego kraju w UE nie są bynajmniej tak jednoznaczne, jak wskazywałyby badania. 37 proc. Polaków uważa bowiem, że nasz kraj mógłby lepiej poradzić sobie z wyzwaniami przyszłości, gdyby był poza UE” – piszą autorzy grudniowego raportu Fundacji Batorego i konkludują: „Jeśli w publicystyce często narzeka się, że polityka PiS wyprowadza Polskę z głównego nurtu polityki europejskiej, to warto zwrócić uwagę, że może to odpowiadać znacznie liczniejszej grupie obywateli, niż zdają się wierzyć krytycy obecnego rządu”.

W sondażu IPSOS dla OKO.press z października 2016 r. zadano pytanie, co należałoby zrobić w związku z tym, że „Europa przeżywa kryzys”. Wprawdzie 43 proc. respondentów odpowiedziało: „pogłębić współpracę i zwiększyć rolę Komisji Europejskiej”, ale niemal tyle samo – 41 proc. – poparło PiS-owską koncepcję „ograniczenia współpracy do spraw gospodarczych i zwiększenie niezależności państw”, a 8 proc. opowiedziało się za wystąpieniem Polski z Unii Europejskiej.

Te trendy niewątpliwie grają na korzyść Kaczyńskiego, który ma przed oczami przykład Węgier – kraju, który w chwili akcesji był jeszcze bardziej proeuropejski niż Polska. W sondażu z 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiedziało się 70 proc. Polaków i aż 84 proc. Węgrów. W dzisiejszych badaniach wciąż zdecydowanie przeważają tam ci, którzy uważają, że członkostwo w UE jest dla Węgier korzystne – w lipcu 2016 r. uważało tak 70 proc. obywateli.

A jednak – mimo takich nastrojów – autorytarny i antyeuropejski premier Viktor Orbán cieszy się rzeczywistym poparciem większości społeczeństwa, gdy wytacza propagandowe i polityczne działa przeciw rzekomej unijnej opresji. W oficjalnej propagandzie Bruksela stała się niemal synonimem okupanta.

Rządzącym udało się umiejętnie zbudować wizerunek wroga bazujący na fobiach, uprzedzeniach i stereotypach zakorzenionych w umyśle przeciętego Węgra, dla którego Unia Europejska to nie „my, społeczeństwa Europy”, lecz mityczni biurokraci, wykorzenieni kosmopolici, żywiący się ośmiorniczkami bankierzy i finansiści, pożyczający biednemu ludowi forinty, a domagający się spłacania coraz droższych franków. Ci krwiopijcy chcą nas w dodatku zmusić do przyjęcia dziesiątków tysięcy przybyszy z krajów muzułmańskich. I kto nas przed tym może obronić? Tylko Viktor Orbán – człowiek, który się Unii nie kłania i buduje na południowej granicy zasieki.

Z węgierskich doświadczeń Jarosław Kaczyński z pewnością wyciągnął dwa wnioski: po pierwsze – należy wybrać dogodne pole sporu, w którym władza będzie mogła stanąć przeciw Unii po tej samej stronie barykady, co większość społeczeństwa. Na Węgrzech idealną okazją do tego było pojawienie się rzeki uchodźców przedostających się do kraju przez południową granicę. Węgrzy rzeczywiście widzieli ich na własne oczy i doświadczali związanych z ich obecnością niewygód.

W przeciwieństwie do tego przeciętny Polak żadnego muzułmańskiego uchodźcy nigdy nie widział, bo ich w naszym kraju praktycznie nie ma. Mimo to rządowa propaganda stara się eksploatować ten wątek, licząc na podobny efekt, jak na Węgrzech. Właśnie dlatego minister Błaszczak opowiada dyrdymały o unijnych „strefach szariatu, w których nie obowiązuje zachodnie prawo” i nie wpuszcza syryjskich sierot, które chciały przyjąć władze Sopotu.

Drugi wniosek płynący z węgierskich doświadczeń jest być może jeszcze ważniejszy – niezależnie od tego, jakie jest pole sporu, w oczach przeciętnego obywatela Unia Europejska musi być wrogiem, zaborcą i agresorem. Unia to „oni”. Obcy, którzy chcą „nas” ujarzmić i pozbawić tożsamości.

A jacy to „oni”, jeśli na czele Rady Europejskiej stoi Polak? Wprawdzie Polak najgorszego sortu i wnuk żołnierza Wehrmachtu, ale jednak Polak. To bardzo psuje klarowność obrazu. Dobrze zatem byłoby się go stamtąd pozbyć, zastępując kimś innym, najlepiej niemieckim gejem muzułmaninem, który idealnie ucieleśniałby zagrożenia płynące z Brukseli do Polski.

Przygotowania do decydującej bitwy

Jarosław Kaczyński niewątpliwie ma świadomość, że w nadchodzących miesiącach dojdzie do konfrontacji między Warszawą a Brukselą. Już dotychczasowe przypadki łamania standardów państwa prawa w Polsce spotykały się z protestami na Zachodzie, ale konflikt wciąż nie osiągnął poziomu krytycznego. Z miesiąca na miesiąc jednak ton sporu się zaostrza. Słowa o sankcjach politycznych i finansowych wobec Warszawy (i ewentualnie Budapesztu) padają coraz częściej i z coraz wyższego szczebla. W zeszłym tygodniu wprost powiedział o nich prezydent Francji Francois Hollande.

Prezes PiS niewątpliwie ma świadomość, że przygotowywane przez niego kagańcowe, antykonstytucyjne ustawy wywołają protesty nie tylko w kraju, ale i za granicą. Planowana likwidacja niezależności Krajowej Rady Sądownictwa z pewnością odbije się szerokim echem i wystawi rząd w Warszawie na krytyki i potępienia.
Punktem krytycznym będzie jednak tzw. „repolonizacja” mediów. Gdy polski rząd zacznie odbierać gazety i stacje telewizyjne oraz radiowe niemieckim i amerykańskim koncernom, tamtejsze rządy nie będą mieć wyboru. Pod naciskiem swoich środowisk biznesu będą musiały wkroczyć do akcji przeciw dyktaturze Kaczyńskiego.
A wówczas prezes zacznie wołać „Ratunku, Niemcy mnie biją!”. Przyznacie, że to brzmi znacznie lepiej niż „Tusk mnie bije!”.

STRZAŁ W 10 !!

NO TO JEST SENSACJA !!! Przeczytajcie mema !!! Oświadczenie majątkowe Szyszki:

Waldemar Mystkowski pisze o dwóch wypadkach pisowskich polityków: Macierewicza i Szydło. I co z nich wynika.

Macierewicz i Szydło – ludzie katastrofy

Obydwa wypadki – Antoniego Macierewicza pod Toruniem i Beaty Szydło w Oświęcimiu – łączy pisowskie signum: łamanie procedur i powypadkowe szukanie winnych wśród innych. Znacie to? Tak! Do najbardziej spektakularnej katastrofy doszło pod Smoleńskiem, tam zostało zabitych (jak chce PiS „poległych”) 96 osób. W Toruniu i Oświęcimiu doszło do katastrof drogowych, a te są „bezpieczniejsze” od lotniczych. Gdyby jednak Macierewicz, bądź Szydło stracili życie („polegli”), mielibyśmy kolejne osoby w panteonie partii Kaczyńskiego. Sprawcami byliby jacyś lokalni Putin, bądź Tusk.

Czy pozabijają się Macierewicz, czy Szydło, jest drugorzędne, mogą wszak zabić niewinnych ludzi, którzy na nich nie głosowali. W tym wypadku prawdopodobieństwo (19% elektoratu głosowało na PiS)  jest jak 5:1. Brak procedur w prawie nazywa sie bezprawiem – o to jest gorsze niż katastrofa smoleńska – bo katastrofa taka dotyczy całego kraju, właśnie znajdujemy się w fazie lotu pikującego, brzozą w tym wypadku będzie Bruksela. Tak walniemy, że kilka pokoleń do przodu się nie pozbiera, bo taki jest sens katastrof – rozwala się w try miga i skutki są nieodwracalne.

Nie chcę snuć porównań ogólnych, powrócę do wypadków pod Toruniem i w Oświęcimiu. Z jaką prędkością jechał Antoni Macierewicz do Torunia, wiemy, bo sam się przyznał przez o. Tadeuszem Rydzykiem. 240 km pokonał w 1 godzinę i 40 minut. Ile to wychodzi km na godzinę? To zadanie powinien rozwiązać Mariusz Błaszczak (dlaczego on? – o tym zaraz).

Z jaką prędkością Macierewicz wracał z Torunia na raut Kaczyńskiego, na którym to został uhonorowany przez sobie podległych dziennikarzy „Człowiekiem Wolności”? Należy podejrzewać, że z taką samą prędkością, z jaką jechał do Torunia. Przestępca nieukarany zawsze popełnia ten sam czyn. Recydywa – to przyzwyczajenie, a Macierewicz jest z tego znany. Recydywą jego jest, iż nie po drodze mu z rozumem i racjonalnościa, za to po drodze mu z Misiewiczem. Do wypadku Macierewicza doszło dlatego, że jego osobisty kierowca (ten sam, który wysługiwał się twórcom stanu wojennego) pomylił drogi, był doganiany ze zwiększoną prędkością przez inny pojazd w kolumnie Macierewicza. Podobno kierowca ministra obrony w ogóle nie hamował, zadziałały systemy zbliżeniowe.

Samochody nie miały autocasco, więc ich naprawa będzie opłacana z kasy państwowej. Kierowca Macierewicza dopuścił się następnie przestępstwa, bo zbiegł wraz z Macierewiczem z miejsca wypadku, a Macierewicz w drodze na raut swego zwierzchnika mógł obmyślić, jak zabezpieczyć „niewinność” swoich podwładnych żandarmów. No, jak to zrobił? Zgadliście! Przekupstwo to najstarsza metoda na świecie. Żandarmi z grupy ochronnej dostali 1700 zł dodatku do pensji. Mobilizujące. Gdyby jeden koleś z drugim zechciał odejść i nie daj boże mówić, dodatek traci.

Macierewicz ma łeb jak sklep, a nawet supermarket. Czy taki łeb ma Błaszczak, który wypowiadał się o katastrofie w Oświęcimiu z Beatą Szydło? Błaszczak ma większy łeb, bo wielkości sporej galerii handlowej. Oto po publikacji „Rzeczpospolitej”, w której opisano wypadek oświęcimski z winą konowoju z pasażerką Szydło, Błaszczak w programie 1 Polskiego Radia („Sygnały Dnia”) był powiedzieć: „Jedynym wiarygodnym źródłem informacji jest prokuratura. Już 11 lutego zrobiłem sobie takie proste ćwiczenie, droga tego samochodu to 56 km, czas przejazdu ok 40 minut. Gdy wpisze się w mapę elektroniczną, to jest czas zgodny z takim przejazdem”. Jeszcze dzisiaj matematykę na maturze zaliczyłby na pięć.

Acz nie zgadzają się z nim dziennikarze „Rzeczpospolitej” i politycy opozycji, mianowicie twierdzą, że kolumna poruszała się z prędkością 90 km na godzinę w terenie, w którym dozwolona jest prędkjość 50 km/h. Nie doszło do użycia sygnałów dźwiekowych, do jakich są proceduralnie zobowiązane pojazdy uprzywilejowane. Ba, poseł Platformy Krzysztof Brejza zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury o niezabezpieczeniu danych pojazdów (bo tachometry zostały poddane twórczemu zniszczeniu z zapisami technicznymi), ponadto kierowcy przekroczli czas pracy – 10 godzin dla kierowców, 12 godzin dla funkcjonariuszy BOR.

Limuzyna, która została rozwalona – audi za 2,5 mln zł – jeździła zaledwie 2 miesiące i skończyła na drzewie. I tym razem nikt nie został zabity, acz może zostać zniszczone życie 20-letniego kierowcy, który stał się ofiarą systemu PiS zwalania winy na innych.

PiS to szczególna partia. Czego się nie dotkną – kończy się katastrofą. Więc przypominam, iż rządzą Polską – więc co nas czeka? Katastrofa. Na razie kibicujemy innej katastrofie, mianowicie zamierzyli się na przewodniczącego Rady Europejskiej, najwyższego urzędu w skali globalnej sprawowanego przez Polaka. Czy zabiją tę największą karierę w historii Polski? Zdolni są do wszystkiego ludzie od katastrof.

Saryusz-Wolski mówił, że sam zrezygnował z EPP. Został jednak wyrzucony. Chadecy są wściekli, nazywają go „zdrajcą”

>>>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s