TO BĘDZIE KOLEJNY WIELKI SUKCES RZĄDU PiS. I ZŁOTY MEDAL ZA ZASŁUGI DLA MACIEREWICZA

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o zdewastowanym Wojsku Polskim przez Macierewicza. Z jednej strony odchodzący gen. Gut, który budował w armii nową jakość, z drugiej – nowy szef GROM, dowódca z odzysku. To zderzenie jest druzgocącą metaforą obecnej destrukcji armii.

Generał Jerzy Gut – jeden z najlepszych dowódców wojsk specjalnych, wyszkolony w USA, wielokrotnie odznaczany za udział w akcjach w Iraku i Afganistanie – podaje się do dymisji. Nie, to nie jest „złóg postkomunistyczny” – jak zwykli mawiać wielbiciele „dobrej zmiany”. Nikt nie zna jego poglądów politycznych, bo tam, gdzie do tej pory się sprawdzał – czyli pod ogniem – poglądy polityczne są sprawą drugorzędną.

Skala odejść dowódców w polskim wojsku jest szokująca. Równocześnie jednak dowództwo eksportowej polskiej jednostki specjalnej GROM obejmuje oficer skonfliktowany z podwładnymi, zaprawiony w bojach z własnymi przełożonymi – i zdeklarowany zwolennik PiS. Oficer, który kilka lat był poza służbą i stał się komandosem wagi ciężkiej – jak mówią złośliwcy, przezywając go „Ponton”. Kilka lat temu podkomendni wygnali go z jednostki i odebrali mu honorową odznakę. To typ dowódcy, do którego „specjalsi” mówią ironicznie: „uważaj na plecy”.

Zderzenie to – z jednej strony gen. Gut, który budował nową jakość, z drugiej dowódca z odzysku – jest druzgocącą metaforą obecnej destrukcji armii. Wbrew propagandzie PiS z sił zbrojnych odchodzą najlepsi – którzy mają wiedzę, doświadczenie i honor. Zastępują ich często zwolennicy tej partii widzący szansę awansu i rewanżu. Równocześnie szef MON Antoni Macierewicz gwałtownie obniża kryteria kompetencji na najwyższych stanowiskach.

Przez kilka lat mieliśmy prawo być dumni z sił zbrojnych. Jeszcze nie było bardzo dobrze, ale wiadomo było, że zmiany idą w dobrym kierunku. Podstawę stanowiło nowe pokolenie oficerów. Poziom kadry dowódczej chwalili Amerykanie i sojusznicy z NATO. Bo o sile armii decyduje nie tylko uzbrojenie, ale także kadra oficerska, która nadaje armii ducha i do której żołnierze mają zaufanie.

Ostatnie kilka miesięcy działań Macierewicza to drastyczne obniżenie siły polskiej armii. Gdy się posłucha tego, co minister mówi, można dojść do wniosku, że marzy o wielkiej wojnie. Gdy się patrzy na to, co robi z armią – że robi wszystko, by była to wojna przegrana.

WOJSKO OTWARCIE KRYTYKUJE MACIEREWICZA. I TO TAK MOCNO, JAK NIGDY DO TEJ PORY. CZY ŻOŁNIERZE MAJĄ RACJĘ?

Jarosław Makowski w „Newsweeku” pisze, jak Kaczyński „zmądrzał”.

Jarosław Kaczyński, gdy próbował przekonać Polaków do swej polityki, przegrywał. Wtedy zrozumiał, że aby zdobyć władzę musi Polaków oszukać.

W anglosaskiej procedurze parlamentarnej istnieje manewr zwany „gut and replace”, który potocznie określa się mianem „Procedury Frankensteina”. Polega on mniej więcej na tym, że jeśli chce się zupełnie zniweczyć projekt ustawy, zamiast głosować przeciw głosuje się „za”. Dalej ustawa wędruje do komisji, w której mamy większość. Tam projekt ustawy otrzymuje zupełnie odwrotną treść do tej, którą zgłoszono. Jedyne co się ostaje, to na urągowisko, oryginalny tytuł ustawy. Jarosław Kaczyński, naszym zdaniem, dokonuje na III RP takiego właśnie zabiegu.

W jaki sposób?

Kaczyński już nie jeden raz próbował przekonać Polaków do swojej wizji Polski: najpierw popierając projekt konstytucji zgłoszony przez AWS, a potem starając się wcielić w życie swoją ideę IV Rzeczpospolitej. Jednak Polacy obie koncepcje odrzucili. Próbował też kandydować na urząd Prezydenta RP. Ale nawet w atmosferze żałoby narodowej po katastrofie smoleńskiej większość Polaków powiedziała jego pomysłom: „nie”. Wtedy zrozumiał, że zamiast przekonać Polaków do swoich pomysłów, łatwiej i prościej będzie ich oszukać. I dlatego w ostatnich kampaniach prezydenckiej i parlamentarnej zniknął zupełnie z pola politycznej bitwy, podobnie jak jego wierny giermek a la Sanczo Pansa, Antoni Macierewicz. Zamiast Kaczyńskiego w głównej roli oglądaliśmy Andrzeja Dudę, który obiecywał, że nie będzie prezydentem-notariuszem PiS oraz Beatę Szydło, która się zaklinała, że ministrem obrony będzie Jarosław Gowin. Polacy w to uwierzyli. Tymczasem wszyscy bohaterowie „dobrej zmiany” kłamali niczym sowiecka „Prawda”.

Gdy tylko okazało się, że marionetki w osobach Dudy i Szydło dały Kaczyńskiemu zwycięstwo, prezes ostro zabrał się do realizacji „Procedury Frankensteina” na demokratycznym państwie prawa. Niektóre instytucje niszczy wprost: Trybunał Konstytucyjny i publiczne media, które dziś – w dobie post-prawdy – produkują głównie tzw. fake news, czyli „fałszywą prawdę”. Słychać już o planach „reform” Krajowej Rady Sądownictwa oraz ordynacji wyborczych do Sejmu i samorządu. Zapewne w najbliższych miesiącach podobny los czeka Sąd Najwyższy oraz RPO. Wszystkie instytucje, które stojące na straży praworządności przechodzą procedurę określoną, w czysto gomułkowskiej retoryce przez prezydenta Dudę, „pogłębianiem demokracji”.
Ale „gut and replace” ma też drugie dno. Kaczyński niszczy również urzędy i stanowiska, które zaczyna kontrolować. Stanowiska będące do wczoraj symbolem stabilności państwa. Za pomocą podległych sobie politycznych marionetek kompromituje urząd premiera, marszałka sejmu i senatu oraz prezydenta. Nikt nie ma już wątpliwości, kto sprawuje realną władzę w Polsce, a kto jest paprotką, broszką czy notariuszem. Trudno bowiem mieć szacunek nie tylko do piastuna, ale i samego urzędu, gdy na jego widok nie wstaje sam Kaczyński, albo gdy premier i marszałek sejmu siedzą jak trusie, a o puczu kanapkowym peroruje „zwyczajny” poseł. Podobne zachowanie widać w podejściu do Unii Europejskiej: niby „premier” i „prezydent” są za, ale… Krótko: Kaczyński nie szanuje nikogo, kto nie szanuje samego siebie. I takich ludzi nie waha się publicznie upokarzać.

Niszczycielska władza Kaczyńskiego sięga dziś od Wawelu, gdzie udało mu się pochować brata, śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, korzystając z próżności kardynała Stanisława Dziwisza, po groby niewinnych ofiar, które każe ekshumować, aby dalej zbijać polityczny kapitał na bredniach o „zamachu” smoleńskim. Seria ekshumacji wykluczyła wybuch i ustaliła, że przyczyną śmierci były obrażenia typowe dla wypadków lotniczych. Jednak w ten sposób Kaczyński pokazał, że może kontrolować nie tylko żywych, ale i umarłych.

(Samoloty w Brzeszczach, limuzyny, przystanki PKP i PKS – Cenna jest ta premier. A PAS STARTOWY POCIĄGNIE SIĘ AŻ POD SAM KURNIK NA PODWÓRKU)

Musimy spojrzeć prawdzie w oczy: Jarosław Kaczyński zniszczył 30-letni dorobek demokratycznych przemian. Konstytucja z 1997 roku jest już tylko Frankensteinem. O jej treści decyduje prezes i jego polityczna wizja. Prezes PiS przeorał Polskę na miarę potopu szwedzkiego. Piszemy o tym, gdyż musimy to sobie uświadomić, zamiast naiwnie się pocieszać, a opozycja przyswoić. Nie ma powrotu do sytuacji sprzed 2015 roku. Nawet gdyby udało się odsunąć od władzy PiS to „owoce” pracy prezesa, od notariusza w Pałacu Prezydenckim po marionetki w Trybunale Konstytucyjnym, będą się kładły długim cieniem na naszym społecznym i politycznym życiu na wiele lat. Odsunięcie od władzy PiS będzie musiało się wiązać ze „żmudną zmianą” i przyjęciem nowej Konstytucji. Z obecnych perypetii trzeba będzie wyciągnąć lekcję i – przykładowo – zlikwidować powszechne wybory prezydenckie i zastąpić je wyborem większością konstytucyjną przez obie izby parlamentu, a także wprowadzić przepis, że w przypadku braku decyzji prezydenta w ciągu 14 dni ustawa będzie uznawana za podpisaną, osoba za mianowaną i zaprzysiężoną etc. Trzeba będzie na nowo napisać ustawę o Trybunale Konstytucyjnym i usunąć osoby, które dały się użyć do zniszczenia tej instytucji.
A co najważniejsze: będzie trzeba wreszcie oddzielić Kościół Rzymskokatolicki od państwa i to na wzór francuski tzn. wyraźnie zapisać w Konstytucji świeckość państwa. Ekscesy Kaczyńskiego nie byłyby możliwe bez wiernopoddańczego poparcia Episkopatu, który żyruje wszystkie posunięcia tzw. „dobrej zmiany”. Wielu ludzi to poparcie dziwi – pamiętając zasługi Kościoła w czasie PRL. Kościół w Polsce nigdy jednak nie był zwolennikiem demokracji – był tylko antykomunistyczny. Gdy PRL upadł, Kościół natychmiast próbował zająć miejsce przewodniej siły narodu i za pomocą podległych i cynicznych polityków oraz bardzo prokościelnego, niestety trzeba to powiedzieć, Trybunału Konstytucyjnego, powoli „przyjazny” rozdział Kościoła od państwa skutecznie rozmiękczał. Dopiero rządy Kaczyńskiego po 2015 roku pozwoliły mu te pozory autonomii rozwiać oraz zdjąć maskę i rękawiczki.

Polska znajduje się dziś w niebezpieczeństwie. Niedocenienie stopnia destrukcji państwa przez Kaczyńskiego i jego szkodliwości dla przyszłości demokracji w Polsce może się okazać zgubne. Kaczyński i jego czynownicy dokonali „procedury Frankensteina” na III RP. Jeśli opozycja chce to zmienić, musi zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i przygotować się na długi marsz przywracania instytucjom państwa i prawu ich prawdziwego znaczenia.

Andrzej Saramonowicz na FB 👍

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TK ws. ustawy o zgromadzeniach.

Jeden z bardziej interesujących byłych ministrów Bartłomiej Sienkiewicz mówił, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”, mając na uwadze źle współdziałanie instytucji. Ta słabość polska nigdy nie została zwalczona, była obecna we wszystkich Rzeczpospolitych. Przede wszystkim mamy do czynienia z kiepskim wykształceniem urzędników, ich niesolidnością i nieprzejrzystością podejmowanych decyzji.

Dzisiaj nawet tak krytycznie nie można powiedzieć, bo jest jeszcze gorzej, a może już państwo polskie istnieje w alternatywie albo jest tak zniekształcone, iż nie możemy mówić o instytucjach państwowych ani o rzeczywistych procedurach w nich stosowanych. Polska staje się państwem onirycznym, marą, zmorą, majakiem. W anglosaskim parlamentaryzmie (przypomina to publicysta Jarosław Makowski) działanie takiego państwa nazywane jest „gut and replace”, który to idiom jest bardziej zrozumiały pod pojęciem „procedury Frankensteina”.

Tak się procedury zniekształca, obrzydza proces podejmowania decyzji, iż wychodzi z niego potworek iście frankensteinowy. Bo jak inaczej można nazwać instytucję, którą jeszcze niedawno nazywaliśmy Trybunałem Konstytucyjnym. Właśnie zapadł w nim wyrok w sprawie ustawy o zgromadzeniach, a została ona do tego trybunału frankensteinowskiego posłana przez Andrzeja Dudę.

Trybunał orzekał w składzie bezprawnym, bo trzech sędziów tzw. dublerów zostało przez wcześniejszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, kiedy nie był jeszcze atrapą, uznanych za wybranych w sposób niekonstytucyjny. Oprócz tego nie orzekał jeden z sędziów – zastępca „prezes” Julii Przyłębskiej – Stanisław Biernat, który został zesłany na przymusowy urlop. Nie byli obecni trzej sędziowie wybrani w 2010 roku, bo magister Ziobro uznał, że wówczas zostali wybrani niekonstytucyjnie.

Mało tego frankensteizmu? Czy trzech nielegalnych sędziów może zalegalizować instytucję i wyrok przez siebie wydany? Ponadto do Trybunału nie zostały dopuszczone media. Mamy do czynienia z takim smaczkiem, który zauważył publicysta „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz: „Na czele Trybunału Konstytucyjnego żona TW i pan, który był jednym z wulgarniejszych hejterów na TT”. TW to „Wolfgang” Andrzej Przyłębski, a jego żona Julia nawet nie dostała pracy w poznańskim sądzie, bo nie ma potrzebnych kwalifikacji, zaś ten hejter na Twitterze to sędzia-sprawozdawca w omawianej tutaj sprawie Mariusz Muszyński, który ponadto ze służbami specjalnymi może mieć więcej wspólnego niż Przyłębski.

Mało brakowało, a nie napisałbym o wydanym wyroku, tylko zająłem się charakterystyką instytucji zmory, mianowicie wydano wyrok, iż ustawa o zgromadzeniach jest konstytucyjna, czyli PiS może zablokować każdy protest, a np. podczas miesięcznic smoleńskich protestujący Obywatele RP uznani zostaną za przestępców. Warto odwołać się do ostatniej marcowej miesięcznicy, w której protestujących było więcej niż ludu smoleńskiego i ochraniających go szwadronów policyjnych.

Polska jest dzisiaj zmorą dla swoich obywateli. Ma oblicze Frankensteina i takie zniekształcone są kompetencje fachowe sędziów w Trybunale, dla którego ciągle szukam właściwej nomenklatury. I chyba najbliższa jest nasza swojska parafraza z Józefa Piłsudskiego, który o marcowej konstytucji z 1921 roku powiedział: „Ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty. Pierdel, serdel, burdel”.

I ten zniekształcony Trybunał Konstytucyjny nazwać należy Trybunałem Prostytucyjnym, który wydał wyrok o zgromadzeniach np. pod latarniami na Krakowskim Przedmieściu. Treść wyroku to: pierdel, serdel, burdel.

TAKA PRAWDA

>>>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s