Archiwum dla Marzec, 2017

Powrót do przyszłości.

A TO DOBRE :))))

Sondaż zbiorczy dla opozycji i dla PiS wygląda przerażająco dla Jarosława Kaczyńskiego. Na jego miejscu robiłbym w portki. 42 do 29.

W Polsacie News Dariusz Ociepa komentował wotum nieufności i sondaż, który pokazuje, że PiS przegrywa z opozycją i nie może powoływać się na suwerena.

Dariusz Ociepa: To fenomen takich jak ten wniosków o konstruktywne wotum nieufności dla rządu. Choć już na starcie wiadomo, że wniosek nie ma szans, to i tak wszyscy o nim mówią.

— I O TO CHODZI PLATFORMIE – Ociepa dalej: Wałkować temat porażki Brukseli ile się da.

— PO WYBORZE TUSKA NA DRUGĄ KADENCJĘ PLATFORMA DOSTAŁA WIATRU W ŻAGLE – Ociepa: Tak blisko PiS Platforma nie była od wyborów.

— GDYBY DO WYNIKU PO DODAĆ TEN NOWOCZESNEJ I PSL, PIS PRZEGRAŁOBY – Ociepa dalej: To tylko dwa punkty różnicy, a gdyby do wyniku Platformy dodać ten Nowoczesnej i ludowców, PiS przegrałoby z opozycją.

I drugi sondaż – jeszcze gorszy dla rządzących.

Sondaż IBRiS: Złe oceny Dudy i Szydło

– Oceny czołowych polityków mają duży związek z notowaniami partii, z której się wywodzą – tłumaczy politolog dr hab. Ewa Marciniak. – A PiS wyraźnie przeszacowało siłę Polski na arenie unijnej i swe nieprzejednane stanowisko w sprawie reelekcji Donalda Tuska. Koszty są więc większe niż zyski, które partia próbuje generować.

SUWEREN OCENIŁ PiS. TO POCZĄTEK KOŃCA FATALNEJ ZMIANY

Zbonikowski – seksoholik z PiS.

News Kolejna odsłona serialu i jego przygody z wymiar. Ciąg dalszy będzie zły

DOŁĄCZ DO NAS, JEŚLI WOLISZ POLSKĘ NIŻ WOLSKĘ

Waldemar Mystkowski pisze o Saryusz-Wolskim.

Saryusz-Wolski jako Judasz chce jednak zatrzymać 30 srebrników

Jacek Saryusz-Wolski był szarą polityczną eminencją, która dobrze wpisała się w przyszłe podręczniki historii, acz nie jako postać centralna. I tak powinien skończyć, następne pokolenia wskazywałyby go jako dumę rodu, którą znajduje się w przypisach do ważnych dat, zdarzeń, postaci. Czy to złe?

Wybitniejsi od Saryusz-Wolskiego „gorzej” kończyli. Ale Saryusz-Wolski gorzej skończy niż na to zasługuje. Swoje zasługi grzebie pod swoją małością, co daje asumpt do podejrzenia, iż był przeceniany przez innych. To dość powszechne zjawisko i tacy ludzie, gdy nie znajdą się w głównym nurcie jako skrzywdzeni, pompują swoje ego.

Do tego Saryusz-Wolski nie jest esencjonalnym politykiem, raczej jego osoba wysługiwała się politykom swoją fachowością. O jego politycznym światopoglądzie trudno mówić, bo nie dał się głębiej poznać, a twórczość internetowa, którą uprawia głównie na Twitterze klasyfikuje go jako Ezopa, a o ile mi wiadomo takiej ideologii nie ma, a jeżeli byłaby to trudno byłoby ją spozycjonować – li to lewica, czy prawica? I takiego „ni pies, ni wydra” upolowali i wykorzystali pisowcy. Jakie zawarł umowy towarzysko-polityczne, trudno orzec, choć pisał o tym „Newsweek”, ale to wiedza z trzeciej, czwartej ręki, a więc wiarygodność, jak w głuchym telefonie: jeden drugiemu powiedział.

Saryusz-Wolski, godząc się na zdradę – na Targowicę partyjną – musiał mieć świadomość, jakiego podejmuje się zadania. Mianowicie wykluczenia z partii, z której listy dostał się do Parlamentu Europejskiego, czyli z Platformy Obywatelskiej, wykluczał się z partii brukselskiej – rodziny partii chadeckich – i wykluczał się z profitów brukselskich. Musiał to wiedzieć, a więc na coś liczył ze strony PiS, bo nie liczył, że jego nieznana szerzej osoba wygra z Donaldem Tuskiem, tym bardziej, że Traktat Europejski nie przewiduje bezpośredniej konfrontacji kandydata z przewodniczącym Rady Europejskiej, ubiegającego się o reelekcję.
Saryusz-Wolski dokonał więc samowykluczenia, zdrady Platformy Obywatelskiej, dokonał politycznego seppuku. Po takiej śmierci zadanej własną ręką musiał na coś liczyć od tych, którym dał się wykorzystać, dla których miał być taranem ich potrzeb politycznych.

Krótko pisząc: Saryusz-Wolskiemu coś obiecano? Co? A jeżeli zawierał pakt z takim podmiotem, jak partia Jarosława Kaczyńskiego to należało spisać jakiś dokument, bo słowo u „pana” prezesa jest bezwartościowe. Czy Saryusz-Wolski spisał swoją cenę, za którą wystąpi w beznadziejnej misji. Czym jest jego „30 srebrników”?

Piszę to, gdyż Saryusz-Wolski, niepogodzony z utratą apanaży w Parlamencie Europejskim, lamentuje, że został wyrzucony z komisji spraw zagranicznych i komisji ds. konstytucyjnych europarlamentu, które jak w każdym ciele przedstawicielskim podlegają przetargom partyjnym. Partia, z której został wyrzucony, zachowuje wakat do obsady i właśnie tego dokonała. W owych komisjach na miejsce byłego polityka Platformy wskoczyli Julia Pitera i Michał Boni.

Saryusz-Wolski dokonał seppuku na rzecz PiS, które winno mu wynagrodzić zdradę. Za 30 srebrników Judasza kupiono ziemię pod Hakeldamę, cmentarz dla pielgrzymów.

Utratę apanaży winien Saryusz-Wolski rekompensować sobie w PiS bądź odzyskaniem stanowisk, ale z puli rodziny politycznej PiS w Parlamencie Europejskim albo w innej gratyfikacji. Polityk zapowiada odwołanie do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jest to jakieś znamię czasu, kiedyś Judasz Iskariota dokonał seppuku (no, obwiesił się), dzisiaj Judasz chce zatrzymać przywileje, zatrzymać 30 srebrników. Nie godzi się na Hakeldamę, co dzisiaj da się przetłumaczyć, jako śmietnik historii. Podejrzewam najgorsze dla Saryusz-Wolskiego, Kaczyński potraktował go pocałunkiem śmierci.

CZY KTOŚ WIE, ILE PIENIĘDZY WYCIĄGAJĄ Z NASZYCH PODATKÓW, ABY JEŹDZIĆ Z CAŁĄ ŚWITĄ NA WAWEL?

WOTUM NIEUFNOŚCI WOBEC RZĄDU PiS – W PEŁNI ZASADNE. TAKIEJ BEZCZELNEJ PROPAGANDY I KŁAMSTWA NAWET ZA KOMUNY NIE BYŁO

>>>

 

Wicenaczelny „Wyborczej” uważa, że genialny tekst, to przeczytajmy Roberta Siewiorka.

Jarosława Kaczyńskiego ponoszą emocje. Dlaczego?

Jarosław Kaczyński dla jednych jest Batmanem, dla innych Pingwinem. Przegrywają wszyscy.

Będzie wolna Polska! Będzie prawda o Smoleńsku i będzie klęska tych, którzy są łotrami, którzy teraz czymś rzucają! Ale nic wam to nie pomoże! Przegraliście moralnie, przegraliście politycznie i przegracie do końca, poniesiecie klęskę! Polska zwycięży! – wykrzykiwał Jarosław Kaczyński 10 marca na Krakowskim Przedmieściu w stronę swych przeciwników świętujących triumf Donalda Tuska.

– Myślę, że on się po prostu nie przygotowuje. Uważa, że wszystko, co powie, jest mądre i wspaniałe – skomentował te słowa prof. Leszek Balcerowicz w poniedziałkowej „Kropce nad i”.

Fakt, wypowiedź Kaczyńskiego robi wrażenie szczególnie intelektualnie niechlujnej. Ale czy rzeczywiście jedynym źródłem tego niechlujstwa jest lekceważenie przez prezesa inteligencji rodaków? Nie, ponieważ Jarosław Kaczyński wpadł w pułapkę, w której grzęźnie większość liderów-jedynowładców. Pułapkę urojonego heroizmu.

Zasadę działania tych sideł rozpracowała Margaret Heffernan, teoretyczka zarządzania i autorka światowego bestselleru „Willful Blindness” (Umyślna ślepota). Otóż – podkreśla Amerykanka – współczesna rzeczywistość jest tak skomplikowana, że zrozumienie jej mechanizmów przerasta możliwości nawet najbardziej utalentowanych liderów. Zwłaszcza takich, którzy samych siebie uważają za jednostki heroiczne, „najbystrzejszych gości (to zwykle mężczyźni) w wiosce”. Tych, którzy sądzą, że przywództwo im się należy.

W ich przekonaniu bycie liderem polega na tym, by wiedzieć wszystko i o wszystkim decydować. Więcej – chcą podejmować decyzje szybciej niż ktokolwiek inny, osiągając przy tym lepsze rezultaty. Napędza ich niezachwiana wiara, że są wyjątkowi i bohaterscy, chociaż we współczesnym świecie geniusz i heros to już tylko mity. Cóż jednak z tego, skoro podsycamy te mity z mocą dotychczas nieznaną, pokładając w liderach bezgraniczną ufność i traktując ich jak mesjaszów zdolnych rozwiązać wszystkie nasze problemy?

Czynimy tak, bo w czasach, gdy świat był mniej złożony, sens takiej wiary często się potwierdzał – Salomon wydawał najmądrzejsze wyroki, Sobieski jedną szarżą ocalił całą Europę, a królowa Wiktoria uczyniła Brytanię globalnym mocarstwem. Dziś wiara w sprawczą moc genialnych liderów jest silniejsza niż kiedykolwiek, mimo że często ściąga na nasze głowy prawdziwe nieszczęścia.

We współczesnym świecie heros nie ma już bowiem wiele do roboty. Wiedza pojedynczego człowieka, bez względu na jego mądrość i inteligencję, jest zdecydowanie za mała, by umożliwić mądre samodzielne rządy. Poziom skomplikowania rzeczywistości, z jakim do tej pory nie mieliśmy do czynienia, czyni tę rzeczywistość nieprzewidywalną. Dlatego też, by podejmować sensowne decyzje, trzeba uwzględniać wiele różnych perspektyw, patrzeć na sprawy oczyma wielu ludzi.

Z tych względów lider posługujący się tylko językiem swoich przodków, na co dzień obcujący jedynie z pochlebcami i domową fauną, a ogląd rzeczywistości czerpiący z własnych fobii i XIX-wiecznej narodowej mitologii w świecie autonomicznych samochodów i nadchodzącej sztucznej inteligencji sprawdza się jak furman w Formule 1.

Dlaczego więc mimo wszystko tak wielu z nas traktuje takich ludzi jak superbohaterów, przypisując im przeróżne supermoce i portretując ich za pomocą fantastycznych narracji (dla zwolenników Kaczyński to m.in. genialny strateg, heroiczny patriota, mąż opatrznościowy Polski)? Dlatego że i my jesteśmy ofiarami – ofiarami postępującej infantylizacji kultury popularnej, której odpryskiem jest rosnące zdziecinnienie wyobrażeń na temat polityki.

Popatrzcie tylko – najbardziej dochodowe superprodukcje kina i telewizji opowiadają o superherosach: fantastycznych czwórkach, avengersach, szybkich i wściekłych, X-manach, transformerach itp. Co znamienne, swoją gigantyczną popularność opowieści te zawdzięczają głównie nie dzieciom czy wyrostkom, lecz zdziecinniałym dorosłym zaspokajającym przed ekranem głód heroizmu w nudnym i banalnym życiu. Uwiedzeni skutecznością swych idoli ludzie ci uwierzyli, że odpowiedzią na największe problemy świata może być cios z półobrotu, w ostateczności roztopienie złoczyńcy w kadzi z surówką. Swą niedawną dziecięcą wiarę w opiekuńczą sprawczość rodziców zainwestowali w nadludzkie moce superherosów.

To właśnie dlatego polityczne narracje, które opisują rzeczywistość w czarno-białych kategoriach walki dobra ze złem, w optyce starcia „swoich” z „obcymi” czy psychomachii „ojca narodu” ze zdradzieckimi „łotrami” cieszą się tak wielkim wzięciem.

Chodzi jednak o to, że jeśli chcesz sobie radzić we współczesnym do granic skomplikowanym świecie, musisz czerpać inspirację i wiedzę od różnych ludzi na różnych etapach swojego życia. Podobnie jest z każdą organizacją, kulturą czy państwem: te, które czerpią z potencjału tylko jednego człowieka i opierają się na jednostkowych decyzjach, przestają się rozwijać i stają się dysfunkcjonalne.

Im więcej wiary pokładamy w liderach, tym bardziej dziecinniejemy. Co gorsza, wiążąc z liderami oczekiwania przerastające ich możliwości, wywieramy na nich zgubną presję, ponieważ tworzymy podglebie dla ich ostatecznej porażki. Na dodatek, uznając przywódcę za superbohatera, sami popadamy w bezczynność, stajemy się pasywni i nietwórczy; w końcu to heros powinien rozwiązać za nas nasze problemy. Pozostajemy bezczynni także wówczas, gdy oznaki nadchodzącej klęski lidera stają się oczywiste.

Nawet najzagorzalsi wrogowie prezesa PiS nie odmawiają mu inteligencji. Sęk w tym, że inteligencja jednostki to już o wiele za mało, by dobrze rządzić. Dziś, zdaniem Heffernan, potrzebujemy różnych rodzajów inteligencji pochodzących z bardzo wielu źródeł. Każda decyzja podjęta przez człowieka władzy ma wpływ na dużo dziedzin życia wielu ludzi, obowiązkiem rządzących jest więc dostrzegać konsekwencje własnych decyzji ze wszystkich możliwych perspektyw.

Zawężenie przez przywódcę perspektywy tylko do własnej i uznanie jej za wystarczającą wynika zwykle z wybujałej pewności siebie prowadzącej nierzadko do narcyzmu. A narcyzm to ślepota na innych.

Narcyz u władzy nie pozostaje jednak bezkarny. Odpowiedzią na skrajną heroizację liderów przez wyznawców jest ich równie radykalna deheroizacja wśród przeciwników. Im bardziej dla jednych Kaczyński jest prawym i heroicznym Batmanem, w tym większym stopniu innym kojarzy się z groteskowym i mściwym Pingwinem. Obie strategie percepcyjne są zgubne dla społecznego porozumienia i osądu rzeczywistości, nakładają bowiem na nią karykaturalne i infantylne mitologie.

W rezultacie zamiast żyć w świecie poważnego dyskursu, w rzeczywistości racji, wartości i argumentów, walczymy na supercepy w komiksie o Batmanie i Pingwinie.

CAŁA PRAWDA O ZAKŁAMANYM KACZYŃSKIM

Waldemar Mystkowski pisze o nagrodzie dla Szydło i o nowym barwach narodowych i godle, jakie nam szykuje PiS.

Szydło nagrodzona po katolicku i orzeł z grzybem w koronie

Beata Szydło nie dostaje jeszcze takich prestiżowych nagród jak prezes Jarosław Kaczyński – Człowiek Wolności, Człowiek Roku. Premier musi jednak wystarczająco długo wytrzymać na stanowisku – czego jej niespecjalnie życzę – bo przecież co roku Kaczyński nie będzie wyróżniany Człowiekiem, na nią wówczas może spłynąć ten splendor. Na razie musi się pocieszać takimi drugorzędnymi nagródkami, jak „Prawda-Krzyż-Wyzwolenie”. Choć zestaw tych trzech rzeczowników wyklucza się i równie dobrze mógłby przyjąć bliższą znaczeniowo nazwę „Zniewolony Umysł”, ale nie bądźmy aptekarzami. W nagrodach nie chodzi o rozum, lecz o blichtr.

Ciekawe jest uzasadnienie nagrody: za „wprowadzenie w życie narodu Katolickiej Nauki Społecznej Kościoła, zwłaszcza w zakresie wspierania rodzin”, czyli krótko pisząc, za 500+. Kościół w tych plusach jest oblatany, w zakrystii nazywa się to taca+.

Obok Szydło wyróżnione zostało Radio Maryja i prof. Bogdan Chazan. Ten ostatni został wyróżniony za oksymoron. Poważnie! Za „niezłomną obronę życia nienarodzonych”. Nienarodzone życie, jak ciemne światło, jest mirażem rozumu, jest absurdem, życie musi się narodzić, aby być życiem. Przed-życie jest potencjalnością, w seksuologii nazywa się to potencją. Kościół katolicki w swoim zacofaniu może się tak zapędzić, iż nie wystarczy im zygota, ale już plemnik będzie oksymoronem „nienarodzonego życia”.

Premier Szydło jednak nie odbierała nagrody osobiście. Może prezes tak jej polecił, musiałby się pojawić na uroczystościach, na których nie on został uhonorowany i pocałować Szydło w rękę z jakimiś słowami, że „jesteśmy dumni”. Ta nieobecność musi dziwić, gdyż gala odbyła się w Ministerstwie Rozwoju, w obiektach publicznych, a nagroda przecież jest kościelna, ufundowana przez jedną z przybudówek katolickich.

Stajemy się coraz bardziej państwem wyznaniowym. Boję się, że gdy Kaczyński wyprowadzi Polskę z Unii Europejskiej zawrzemy jakąś unię z Watykanem. Na razie na przeszkodzie może stanąć papież Franciszek, ale jego prezes przetrzyma, jak Tuska i dopnie swego.

Takie przygotowania są czynione w symbolach państwowych. Zmianie mają ulec flaga i godło. Barwy zyskamy jeszcze czerwieńsze, zaś orłowi w koronie wyrośnie na czubku krzyż. Na razie jest to projekt, ale przecież PiS dąży do Międzymorza, a Duda nawet chciał przebić prezesa i marzy mu się Trójmorze (dostęp do Adriatyku). Są to popłuczyny polityki jagiellońskiej, a nie Piłsudskiego, jak starają się mydlić rozum pisowcy (ta piana u nich z niewiedzy), a proponowany orzeł jagielloński ma koronę zamkniętą i zwieńcza jak krzyż. Taka zgrzybiała symbolika, zgrzybiałe dążenie jagiellońskie, mocarstwowe. Polityce PiS wyrasta bowiem grzyb w miejscu krzyża. I taką powinni przyjąć symbolikę w swoim partyjnym godle: orzeł z grzybem w koronie.

>>>

INTERNAUCI JUŻ WIEDZĄ, JAK BĘDZIE

Monika Olejnik w „Wyborczej” pisze o sukcesach PiS.

HOŁDYS MA RACJĘ. TAKIEGO JADU JESZCZE W POLSCE NIE BYŁO.

Potwierdza się to, co odkrył i uświadomił prezes: że Tusk jest kandydatem niemieckim. Dowodem gazety, które oznajmiają: Volksdeutsch królem Europy

Wydawałoby się, że w październiku 2015 r., kiedy PiS zdobyło 235 mandatów w Sejmie, Polska odzyskała wolność.

Okazuje się, że jednak nie. Po wyniku 27 do 1 w Brukseli straciliśmy to, co nam dano. 10 marca na Krakowskim Przedmieściu prezes mówił: „Będzie wolna Polska, będzie prawda o Smoleńsku i będzie klęska tych, którzy są łotrami”.

Kim są łotry? To oczywiste: to ci, którzy ucieszyli się z tego, że Polak został ponownie przewodniczącym Rady Europejskiej.

Pan prezes myślał, że zrobi rewolucję w Brukseli ekspresowo, z przyjaciółmi z Budapesztu. W sobotę ogłoszono decyzję o kandydowaniu Jacka Saryusza-Wolskiego, a w czwartek w Brukseli były wybory. W poniedziałek Saryusz-Wolski został wykluczony z Europejskiej Partii Ludowej i tym samym premier Orbán zrezygnował z pomagania przyjacielowi.

Teraz prezesa potwornie denerwuje, kiedy politycy Platformy w telewizji pokazują tabliczki z napisem 27:1, więc mówi „Rzeczpospolitej”: „To jest sukces, który tak naprawdę ich kompromituje, bo przecież 1 to Polska, a 27 to inne kraje, i wpisuje się to w bardzo niedobrą, trwającą od XVII w. tradycję zdrady narodowej”. Ale choć „jesteście partią zewnętrzną, kompromitujecie Polskę”, to Polska jest państwem prawa, dlatego być może opozycja będzie mogła startować w wyborach.

Dla prezesa witającego na lotnisku kwiatami Beatę Szydło premier jest mężem stanu. Dzielnie walczyła w Brukseli, a teraz opowiada, że następnego dnia po głosowaniu przywódcy unijni mieli nietęgie miny. Dopadł ich kac moralny.

No i potwierdza się to, co odkrył i uświadomił prezes: że Tusk jest kandydatem niemieckim. Dowodem gazety w kioskach. Na okładce tej, której prezes dziękował w dniu wyborów, widać Tuska w mundurze Wehrmachtu. Na innej okładce tytuł oznajmia: „Volksdeutsch królem Europy”. Już pojawiają się pomysły, żeby zablokować Tuskowi możliwość głosowania w Sopocie, bo przecież nie jest Polakiem.

Jeszcze niedawno prezes mówił, że najlepszym kanclerzem dla Polski byłaby Angela Merkel. Prawda? Ale wiele się zmieniło. Merkel trzęsąca Unią i polskojęzyczny Niemiec na czele Rady Europejskiej – to już za wiele.

Dobrze chociaż, że zdrajcy, jak to zdrajcy, nie potrafią się dogadać, każdy ciągnie w swoją stronę. Kukiz i Petru przebąkują, że chcieliby odwołania ministra spraw zagranicznych, Platforma mówi o wotum nieufności dla rządu, ale nie rozmawia z przywódcami innych partii.

Zresztą, nawet gdyby się dogadali, nic nie osiągną. Wypracowaliśmy sprawdzoną strategię dobrego i złego policjanta: z jednej strony prezes Kaczyński zapewnia, że nie chce, żeby Polska wyszła z Unii, a z drugiej – minister spraw zagranicznych zamierza pokazywać ostre zęby, blokować inicjatywy, obniżać poziom zaufania i prowadzić bardzo ostrą grę.

Gwarantowane, że Unia się przestraszy. Tak dziurawych zębów w Europie dawno nie widzieli.

TO JEST TA PiS-OWSKA PRACA I POKORA…

PiS zagrabia pieniądze nie tylko polskie, ale także unijne. Pisze Agata Kondzińska.

Co ze sprawą konwencji PiS opłaconej w euro? Opozycja żąda wyjaśnień

– Będziemy domagać się wyjaśnień w sprawie konwencji PiS w Katowicach. Jeśli okaże się, że europejskie pieniądze zostały wydane niezgodnie z prawem, to będzie oznaczać, że PiS złamał unijne rozporządzenie o finansach partii. I polskie też – mówi Rafał Trzaskowski, były wiceminister spraw zagranicznych i poseł PO.

We wtorek „Wyborcza”, holenderski dziennik „NRC Handelsblad” i belgijski portal Apache.be opisały, że audytorzy z Parlamentu Europejskiego mają wątpliwości dotyczące konwencji programowej PiS z lipca 2015 r. Za jej organizację zapłacił ACRE, Sojusz Konserwatystów i Reformatorów w Europie. Zrzesza on m.in. PiS, brytyjskich torysów i turecką AKP prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana. Europosłowie ACRE zasiadają w europarlamencie we frakcji Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (EKR).

Audytorzy z europarlamentu przejrzeli dostępne w sieci materiały (m.in. nagrania na YouTubie) dotyczące konwencji w Katowicach. Dotąd nie znaleźli żadnego dowodu, że ACRE, choć wyłożyła pieniądze na konferencję, odegrała istotną rolę bądź była widoczna podczas trzydniowej imprezy. Jedynie w broszurze, która jest zbiorem propozycji programowych PiS, każdą stronę oznaczono logo ACRE – tuż obok logo partii Jarosława Kaczyńskiego. Na 50 paneli konwencji zaledwie kilka dotyczyło UE, np. Brexitu.

Według dyrektora ACRE na katowicką konferencję wydano 100 tys. euro. Nie wiemy, czy i ile dołożył do niej PiS. Skarbnik partii nie odpowiedziała na nasze pytania, choć wysłaliśmy je 6 marca. W rachunkach PiS z lipca 2015 r. w Krajowym Biurze Wyborczym nie znaleźliśmy wpłat związanych z konwencją.

– Rozważamy zawiadomienie prokuratury – mówi Katarzyna Lubnauer, rzeczniczka Nowoczesnej. Zaznacza jednak, że ma wiele wątpliwości dotyczących działań prokuratury pod rządami ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry: – Dlatego będziemy z uwagą śledzić działania Parlamentu Europejskiego, który dąży do wyjaśnienia sprawy.

Kto może zbadać finanse PiS

Przed rokiem Nowoczesna złożyła wniosek do prokuratury po wspólnej publikacji „Newsweeka” i duńskiej gazety „Ekstra Bladet” o tym, że Solidarna Polska – partia Zbigniewa Ziobry – urządziła swoją konwencję za pieniądze europarlamentu przeznaczone na kongres klimatyczny. Trzy miesiące później prokuratura wszczęła postępowanie w tej sprawie. Do śledztwa dołączono też kongresy PO, PSL i SLD.

W rozmowie z belgijskim portalem Apache.be poseł PO Rafał Trzaskowski stwierdził, że rolą opozycji jest domagać się wyjaśnień, a rolą prokuratora wszcząć postępowanie z urzędu. – Jeśli okaże się, że unijne pieniądze były wydane niezgodnie z przeznaczeniem, będzie to oznaczało, że PiS złamał unijne rozporządzenie o finansowaniu partii – mówi Trzaskowski.

Zgodnie z rozporządzeniem o statusie oraz finansowaniu partii europejskich i ich fundacji nie można pieniędzy z UE wydawać na „bezpośrednie i pośrednie finansowanie partii krajowych”. Zapytaliśmy w Krajowym Biurze Wyborczym, czy sprawdzi raz jeszcze finanse PiS za 2015 r.?

– Postępowania dotyczące kontroli finansów Komitetu Wyborczego i kontroli finansów partii za 2015 r. są zakończone. A przepisy kodeksu wyborczego i ustawy o partiach politycznych nie przewidują wznowienia postępowania w tych sprawach – poinformował nas Krzysztof Lorentz, szef zespołu kontroli finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych w KBW. – Takie rzeczy po zakończeniu badań kontrolnych mogą być badane tylko przez organy ścigania pod kątem ewentualnego popełnienia przestępstwa.

PiS nie odpowiada, ale straszy pozwem

PiS nie odpowiada na nasze pytania. W czwartek z rzecznik partii Beatą Mazurek próbował porozmawiać dziennikarz holenderskiego „NRC Handelsblad” i belgijskiego portalu Apache.be. Nie odebrała. W końcu szef biura prasowego PiS w Sejmie Krzysztof Wilamowski poprosił o pytania mailem. Wyjaśnień nie otrzymaliśmy.

Telefonów od nas nie odbiera też europoseł Tomasz Poręba, który kieruje konserwatywnym think tankiem New Direction, fundacją związaną z ACRE. Opisaliśmy, że New Direction w 2015 r. dostała mocne wsparcie od darczyńców z Polski. Wśród nich były m.in. firmy, które od lat współpracują z PiS. Fundacja twierdzi, że wszystko jest zgodne z prawem.

Poręba straszy „Wyborczą” pozwem na Twitterze: „Analizowane są wasze pomówienia i kłamstwa oraz agresywne najścia na niewinnych ludzi”. I jeszcze, że „pomówień, insynuacji, taniej sensacji a więc najczęściej artykułów »Wyborczej« nie komentuje z zasady”.

Do europosła Poręby dodzwonił się dziennikarz Apache.be. Kiedy się przedstawił, rozmowa została przerwana.

Waldemar Mystkowski pisze o konstruktywnym wotum nieufności dla rządu Szydło.

Czy Schetyna strzeli bramkę PiS-owi?

Platforma Obywatelska podeszła do wotum nieufności do rządu Beaty Szydło po bożemu, a nawet misyjnie. I proszę nie dopatrywać się w tym jakichś insynuacji z podtekstem nieprzyzwoitości, mam na myśli standard oczywistości. Konstruktywnym kandydatem do zastąpienie marionetki Kaczyńskiego nie jest marionetka Schetyny, ale sam Grzegorz Schetyna.

Szef Platformy nie chowa się za plecami innych, aby wyskakiwać co rusz jak diabełek ze swoją genialnością. Schetyna bierze na własną klatę odpowiedzialność – a będzie ją coraz ciężej brać, bo sytuacja Polski staje się coraz cięższa. I coraz trudniejszy będzie powrót do normalności.

Pacjent, który zachorował, a takim jest Polska pisowska, nie potrafi przyznać się do swojej choroby i postawionej diagnozy, tym samym nie potrafi zgodzić się na aplikowane lekarstwa. Taki pacjent zapiera się przed rozumem, porażkę nazywa sukcesem. Trzeba dużej dozy nieprzytomności, aby z wyniku 1 do 27 być „dumnym”, jak to powiedział Jarosław Kaczyński do Beaty Szydło po sromocie na brukselskim szczycie i wręczył jej kwiaty. Długo przyglądałem się zdjęciom witającego Kaczyńskiego swoją pacynkę, czy aby oczy moje się nie pomyliły, bo kwiaty powinny układać się w wieniec pogrzebowy. Za mniejszą porażkę Paris Saint-German z Barceloną kibice paryscy chcieli pogonić swoich boiskowych pupilów.

Jakimś kłopotem dla PO będzie Nowoczesna, gdyż nie został razem ustalony kandydat Schetyna, ale partia Ryszarda Petru jest z tym pogodzona, bo sondaże wróciły do wyników z dnia wyborów, a poza tym w interesie opozycji jest do pokazania Polakom, ile strat przynosi obecna władza. Choć wynik głosowania nad wotum nieufności jest do przewidzenia, jednak powinno niektórym uzmysławiać to, że do niego dochodzi – kolejna kropla spada na skałę, a będzie ich coraz więcej i więcej – i wreszcie zostanie wydrążona droga do usunięcia PiS od koryta.

Wniosek o konstruktywne wotum nieufności PO złoży w następnym tygodniu. Najbliższa sesja sejmowa jest przewidziana na 22-24 marca, a więc na niej nie dojdzie do głosowania, gdyż regulamin Sejmu precyzuje, glosowanie odbywa się „po upływie 7 dni od dnia jego (wniosku) zgłoszenia i nie później niż na następnym posiedzeniu Sejmu”. Kolejne zaplanowane posiedzenie Sejmu jest na 5-7 kwietnia, co wydaje się najbardziej prawdopodobnym terminem głosowania, ale też może być to 20-21 kwietnia. Podkreślam te daty, bo w międzyczasie dojdzie do hucznego święta PiS – 7. rocznicy katastrofy smoleńskiej.

Wiele zatem zależy do stron politycznego konfliktu. Jak Platforma chce rozegrać wotum nieufności i co w nim zostanie zapowiedziane, jakie otrzyma wsparcie ze strony społeczeństwa obywatelskiego. To nie tylko gra polityczna, bo z żelaznego elektoratu PiS schodzi powietrze, co wyraźnie widać było podczas ostatniej miesięcznicy smoleńskiej. Protestujących przeciw PiS było więcej niż ludu smoleńskiego.

Opozycja potrzebuje zgrania, wspólnych projektów. PiS wcale nie wygląda na zdrowego zawodnika, wyraźnie widać, iż porusza się na glinianych nogach, nawet nie za bardzo zadziała na ich korzyść ustawa o zgromadzeniach, która zgodnie z prawem jest do obejścia. Mam nadzieję, że Grzegorz Schetyna okaże się kimś w rodzaju Lionela Messi i strzeli PiS choć jedną bramkę. Polacy przebierają nogami, aby wynik podwyższyć i aby był nawet lepszy niż 27:1.

NIKT, KTO SIĘ ZNA NA PRAWIE I KONSTYTUCJI, NIE MA WĄTPLIWOŚCI. TO BYŁA SZOPKA

Także Kleofas Wieniawa porusza kwestię wotum nieufności.

Grzegorz Schetyna wydaje się być naturalnym kandydatem na premiera przy wotum nieufności dla rządu Beaty Szydło. Spięcia z Ryszardem Petru są niejako wpisane w opozycję wielopartyjną, Nowoczesna wraca do równowagi między sondażami a stanem posiadania posłów.

Platforma szybko odzyskuje rezon, Schetyna dość dobrze gospodaruje swoimi siłami w postaci 30-40 lernich posłów, których ma zdecydowanie lepszych niż PiS, w partii Kaczyńskiego nawet nawala Mateusz Morawiecki, bo okazuje się li tylko papierowym tygrysem.

Co zyskuje opozycja na wotum nieufności? Przede wszystkim należy silnie wbić do głów społeczeństwu, iż wynik szczytu, podczas którego głosowano nad reelekcją Tuska, 1:27 jest nieprzypadkowy.

I rezultat stosunków z UE będzie się pogarszał, bo UE jest skazana na przyspieszenie reformowania, a Poska pisowska nie załapie się do peletonu. Pod tą władzą jesteśmy skazani na przebieranie nogami pod tablicą: koniec wyścigu.

W którymś momencie wyścigu nie będzie, bo odjechał, odbył się, a „geniusz” z Nowogrodzkiej będzie pluł w sitko o winach innych.

Opozycja – a szczególnie PO – dużo może zyskać na tym spektaklu sejmowym, jeżeli zostanie on dobrze rozgrany i porwie społeczeństwo obywatelskie, tym bardziej, że ciemny lud pisowski depczący na miesięcznicach smoleńskich był ostatnio nawet mniej liczny niż protestujący Obywatele RP i KOD.

KANTAR Millward Brown dla 300POLITYKI: dawno w żadnej sprawie narracja PiS nie była tak odległa od opinii publicznej

>>>

TO BĘDZIE KOLEJNY WIELKI SUKCES RZĄDU PiS. I ZŁOTY MEDAL ZA ZASŁUGI DLA MACIEREWICZA

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o zdewastowanym Wojsku Polskim przez Macierewicza. Z jednej strony odchodzący gen. Gut, który budował w armii nową jakość, z drugiej – nowy szef GROM, dowódca z odzysku. To zderzenie jest druzgocącą metaforą obecnej destrukcji armii.

Generał Jerzy Gut – jeden z najlepszych dowódców wojsk specjalnych, wyszkolony w USA, wielokrotnie odznaczany za udział w akcjach w Iraku i Afganistanie – podaje się do dymisji. Nie, to nie jest „złóg postkomunistyczny” – jak zwykli mawiać wielbiciele „dobrej zmiany”. Nikt nie zna jego poglądów politycznych, bo tam, gdzie do tej pory się sprawdzał – czyli pod ogniem – poglądy polityczne są sprawą drugorzędną.

Skala odejść dowódców w polskim wojsku jest szokująca. Równocześnie jednak dowództwo eksportowej polskiej jednostki specjalnej GROM obejmuje oficer skonfliktowany z podwładnymi, zaprawiony w bojach z własnymi przełożonymi – i zdeklarowany zwolennik PiS. Oficer, który kilka lat był poza służbą i stał się komandosem wagi ciężkiej – jak mówią złośliwcy, przezywając go „Ponton”. Kilka lat temu podkomendni wygnali go z jednostki i odebrali mu honorową odznakę. To typ dowódcy, do którego „specjalsi” mówią ironicznie: „uważaj na plecy”.

Zderzenie to – z jednej strony gen. Gut, który budował nową jakość, z drugiej dowódca z odzysku – jest druzgocącą metaforą obecnej destrukcji armii. Wbrew propagandzie PiS z sił zbrojnych odchodzą najlepsi – którzy mają wiedzę, doświadczenie i honor. Zastępują ich często zwolennicy tej partii widzący szansę awansu i rewanżu. Równocześnie szef MON Antoni Macierewicz gwałtownie obniża kryteria kompetencji na najwyższych stanowiskach.

Przez kilka lat mieliśmy prawo być dumni z sił zbrojnych. Jeszcze nie było bardzo dobrze, ale wiadomo było, że zmiany idą w dobrym kierunku. Podstawę stanowiło nowe pokolenie oficerów. Poziom kadry dowódczej chwalili Amerykanie i sojusznicy z NATO. Bo o sile armii decyduje nie tylko uzbrojenie, ale także kadra oficerska, która nadaje armii ducha i do której żołnierze mają zaufanie.

Ostatnie kilka miesięcy działań Macierewicza to drastyczne obniżenie siły polskiej armii. Gdy się posłucha tego, co minister mówi, można dojść do wniosku, że marzy o wielkiej wojnie. Gdy się patrzy na to, co robi z armią – że robi wszystko, by była to wojna przegrana.

WOJSKO OTWARCIE KRYTYKUJE MACIEREWICZA. I TO TAK MOCNO, JAK NIGDY DO TEJ PORY. CZY ŻOŁNIERZE MAJĄ RACJĘ?

Jarosław Makowski w „Newsweeku” pisze, jak Kaczyński „zmądrzał”.

Jarosław Kaczyński, gdy próbował przekonać Polaków do swej polityki, przegrywał. Wtedy zrozumiał, że aby zdobyć władzę musi Polaków oszukać.

W anglosaskiej procedurze parlamentarnej istnieje manewr zwany „gut and replace”, który potocznie określa się mianem „Procedury Frankensteina”. Polega on mniej więcej na tym, że jeśli chce się zupełnie zniweczyć projekt ustawy, zamiast głosować przeciw głosuje się „za”. Dalej ustawa wędruje do komisji, w której mamy większość. Tam projekt ustawy otrzymuje zupełnie odwrotną treść do tej, którą zgłoszono. Jedyne co się ostaje, to na urągowisko, oryginalny tytuł ustawy. Jarosław Kaczyński, naszym zdaniem, dokonuje na III RP takiego właśnie zabiegu.

W jaki sposób?

Kaczyński już nie jeden raz próbował przekonać Polaków do swojej wizji Polski: najpierw popierając projekt konstytucji zgłoszony przez AWS, a potem starając się wcielić w życie swoją ideę IV Rzeczpospolitej. Jednak Polacy obie koncepcje odrzucili. Próbował też kandydować na urząd Prezydenta RP. Ale nawet w atmosferze żałoby narodowej po katastrofie smoleńskiej większość Polaków powiedziała jego pomysłom: „nie”. Wtedy zrozumiał, że zamiast przekonać Polaków do swoich pomysłów, łatwiej i prościej będzie ich oszukać. I dlatego w ostatnich kampaniach prezydenckiej i parlamentarnej zniknął zupełnie z pola politycznej bitwy, podobnie jak jego wierny giermek a la Sanczo Pansa, Antoni Macierewicz. Zamiast Kaczyńskiego w głównej roli oglądaliśmy Andrzeja Dudę, który obiecywał, że nie będzie prezydentem-notariuszem PiS oraz Beatę Szydło, która się zaklinała, że ministrem obrony będzie Jarosław Gowin. Polacy w to uwierzyli. Tymczasem wszyscy bohaterowie „dobrej zmiany” kłamali niczym sowiecka „Prawda”.

Gdy tylko okazało się, że marionetki w osobach Dudy i Szydło dały Kaczyńskiemu zwycięstwo, prezes ostro zabrał się do realizacji „Procedury Frankensteina” na demokratycznym państwie prawa. Niektóre instytucje niszczy wprost: Trybunał Konstytucyjny i publiczne media, które dziś – w dobie post-prawdy – produkują głównie tzw. fake news, czyli „fałszywą prawdę”. Słychać już o planach „reform” Krajowej Rady Sądownictwa oraz ordynacji wyborczych do Sejmu i samorządu. Zapewne w najbliższych miesiącach podobny los czeka Sąd Najwyższy oraz RPO. Wszystkie instytucje, które stojące na straży praworządności przechodzą procedurę określoną, w czysto gomułkowskiej retoryce przez prezydenta Dudę, „pogłębianiem demokracji”.
Ale „gut and replace” ma też drugie dno. Kaczyński niszczy również urzędy i stanowiska, które zaczyna kontrolować. Stanowiska będące do wczoraj symbolem stabilności państwa. Za pomocą podległych sobie politycznych marionetek kompromituje urząd premiera, marszałka sejmu i senatu oraz prezydenta. Nikt nie ma już wątpliwości, kto sprawuje realną władzę w Polsce, a kto jest paprotką, broszką czy notariuszem. Trudno bowiem mieć szacunek nie tylko do piastuna, ale i samego urzędu, gdy na jego widok nie wstaje sam Kaczyński, albo gdy premier i marszałek sejmu siedzą jak trusie, a o puczu kanapkowym peroruje „zwyczajny” poseł. Podobne zachowanie widać w podejściu do Unii Europejskiej: niby „premier” i „prezydent” są za, ale… Krótko: Kaczyński nie szanuje nikogo, kto nie szanuje samego siebie. I takich ludzi nie waha się publicznie upokarzać.

Niszczycielska władza Kaczyńskiego sięga dziś od Wawelu, gdzie udało mu się pochować brata, śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, korzystając z próżności kardynała Stanisława Dziwisza, po groby niewinnych ofiar, które każe ekshumować, aby dalej zbijać polityczny kapitał na bredniach o „zamachu” smoleńskim. Seria ekshumacji wykluczyła wybuch i ustaliła, że przyczyną śmierci były obrażenia typowe dla wypadków lotniczych. Jednak w ten sposób Kaczyński pokazał, że może kontrolować nie tylko żywych, ale i umarłych.

(Samoloty w Brzeszczach, limuzyny, przystanki PKP i PKS – Cenna jest ta premier. A PAS STARTOWY POCIĄGNIE SIĘ AŻ POD SAM KURNIK NA PODWÓRKU)

Musimy spojrzeć prawdzie w oczy: Jarosław Kaczyński zniszczył 30-letni dorobek demokratycznych przemian. Konstytucja z 1997 roku jest już tylko Frankensteinem. O jej treści decyduje prezes i jego polityczna wizja. Prezes PiS przeorał Polskę na miarę potopu szwedzkiego. Piszemy o tym, gdyż musimy to sobie uświadomić, zamiast naiwnie się pocieszać, a opozycja przyswoić. Nie ma powrotu do sytuacji sprzed 2015 roku. Nawet gdyby udało się odsunąć od władzy PiS to „owoce” pracy prezesa, od notariusza w Pałacu Prezydenckim po marionetki w Trybunale Konstytucyjnym, będą się kładły długim cieniem na naszym społecznym i politycznym życiu na wiele lat. Odsunięcie od władzy PiS będzie musiało się wiązać ze „żmudną zmianą” i przyjęciem nowej Konstytucji. Z obecnych perypetii trzeba będzie wyciągnąć lekcję i – przykładowo – zlikwidować powszechne wybory prezydenckie i zastąpić je wyborem większością konstytucyjną przez obie izby parlamentu, a także wprowadzić przepis, że w przypadku braku decyzji prezydenta w ciągu 14 dni ustawa będzie uznawana za podpisaną, osoba za mianowaną i zaprzysiężoną etc. Trzeba będzie na nowo napisać ustawę o Trybunale Konstytucyjnym i usunąć osoby, które dały się użyć do zniszczenia tej instytucji.
A co najważniejsze: będzie trzeba wreszcie oddzielić Kościół Rzymskokatolicki od państwa i to na wzór francuski tzn. wyraźnie zapisać w Konstytucji świeckość państwa. Ekscesy Kaczyńskiego nie byłyby możliwe bez wiernopoddańczego poparcia Episkopatu, który żyruje wszystkie posunięcia tzw. „dobrej zmiany”. Wielu ludzi to poparcie dziwi – pamiętając zasługi Kościoła w czasie PRL. Kościół w Polsce nigdy jednak nie był zwolennikiem demokracji – był tylko antykomunistyczny. Gdy PRL upadł, Kościół natychmiast próbował zająć miejsce przewodniej siły narodu i za pomocą podległych i cynicznych polityków oraz bardzo prokościelnego, niestety trzeba to powiedzieć, Trybunału Konstytucyjnego, powoli „przyjazny” rozdział Kościoła od państwa skutecznie rozmiękczał. Dopiero rządy Kaczyńskiego po 2015 roku pozwoliły mu te pozory autonomii rozwiać oraz zdjąć maskę i rękawiczki.

Polska znajduje się dziś w niebezpieczeństwie. Niedocenienie stopnia destrukcji państwa przez Kaczyńskiego i jego szkodliwości dla przyszłości demokracji w Polsce może się okazać zgubne. Kaczyński i jego czynownicy dokonali „procedury Frankensteina” na III RP. Jeśli opozycja chce to zmienić, musi zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i przygotować się na długi marsz przywracania instytucjom państwa i prawu ich prawdziwego znaczenia.

Andrzej Saramonowicz na FB 👍

Waldemar Mystkowski pisze o wyroku TK ws. ustawy o zgromadzeniach.

Jeden z bardziej interesujących byłych ministrów Bartłomiej Sienkiewicz mówił, że „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”, mając na uwadze źle współdziałanie instytucji. Ta słabość polska nigdy nie została zwalczona, była obecna we wszystkich Rzeczpospolitych. Przede wszystkim mamy do czynienia z kiepskim wykształceniem urzędników, ich niesolidnością i nieprzejrzystością podejmowanych decyzji.

Dzisiaj nawet tak krytycznie nie można powiedzieć, bo jest jeszcze gorzej, a może już państwo polskie istnieje w alternatywie albo jest tak zniekształcone, iż nie możemy mówić o instytucjach państwowych ani o rzeczywistych procedurach w nich stosowanych. Polska staje się państwem onirycznym, marą, zmorą, majakiem. W anglosaskim parlamentaryzmie (przypomina to publicysta Jarosław Makowski) działanie takiego państwa nazywane jest „gut and replace”, który to idiom jest bardziej zrozumiały pod pojęciem „procedury Frankensteina”.

Tak się procedury zniekształca, obrzydza proces podejmowania decyzji, iż wychodzi z niego potworek iście frankensteinowy. Bo jak inaczej można nazwać instytucję, którą jeszcze niedawno nazywaliśmy Trybunałem Konstytucyjnym. Właśnie zapadł w nim wyrok w sprawie ustawy o zgromadzeniach, a została ona do tego trybunału frankensteinowskiego posłana przez Andrzeja Dudę.

Trybunał orzekał w składzie bezprawnym, bo trzech sędziów tzw. dublerów zostało przez wcześniejszy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, kiedy nie był jeszcze atrapą, uznanych za wybranych w sposób niekonstytucyjny. Oprócz tego nie orzekał jeden z sędziów – zastępca „prezes” Julii Przyłębskiej – Stanisław Biernat, który został zesłany na przymusowy urlop. Nie byli obecni trzej sędziowie wybrani w 2010 roku, bo magister Ziobro uznał, że wówczas zostali wybrani niekonstytucyjnie.

Mało tego frankensteizmu? Czy trzech nielegalnych sędziów może zalegalizować instytucję i wyrok przez siebie wydany? Ponadto do Trybunału nie zostały dopuszczone media. Mamy do czynienia z takim smaczkiem, który zauważył publicysta „Rzeczpospolitej” Jacek Nizinkiewicz: „Na czele Trybunału Konstytucyjnego żona TW i pan, który był jednym z wulgarniejszych hejterów na TT”. TW to „Wolfgang” Andrzej Przyłębski, a jego żona Julia nawet nie dostała pracy w poznańskim sądzie, bo nie ma potrzebnych kwalifikacji, zaś ten hejter na Twitterze to sędzia-sprawozdawca w omawianej tutaj sprawie Mariusz Muszyński, który ponadto ze służbami specjalnymi może mieć więcej wspólnego niż Przyłębski.

Mało brakowało, a nie napisałbym o wydanym wyroku, tylko zająłem się charakterystyką instytucji zmory, mianowicie wydano wyrok, iż ustawa o zgromadzeniach jest konstytucyjna, czyli PiS może zablokować każdy protest, a np. podczas miesięcznic smoleńskich protestujący Obywatele RP uznani zostaną za przestępców. Warto odwołać się do ostatniej marcowej miesięcznicy, w której protestujących było więcej niż ludu smoleńskiego i ochraniających go szwadronów policyjnych.

Polska jest dzisiaj zmorą dla swoich obywateli. Ma oblicze Frankensteina i takie zniekształcone są kompetencje fachowe sędziów w Trybunale, dla którego ciągle szukam właściwej nomenklatury. I chyba najbliższa jest nasza swojska parafraza z Józefa Piłsudskiego, który o marcowej konstytucji z 1921 roku powiedział: „Ja tego, proszę pana, nie nazywam Konstytucją, ja to nazywam konstytutą. I wymyśliłem to słowo, bo ono najbliższe jest do prostituty. Pierdel, serdel, burdel”.

I ten zniekształcony Trybunał Konstytucyjny nazwać należy Trybunałem Prostytucyjnym, który wydał wyrok o zgromadzeniach np. pod latarniami na Krakowskim Przedmieściu. Treść wyroku to: pierdel, serdel, burdel.

TAKA PRAWDA

>>>

Zmarł wspaniały Wojciech Młynarski. Wywiad z nim z 2015 roku w świątecznej „Wyborczej”.

Wojciech Młynarski: Życie ma sens. Absolutnie

DONATA SUBBOTKO: Która z piosenek najbardziej oddaje dzisiaj pana stan ducha?

WOJCIECH MŁYNARSKI: Jest taka piosenka dość dla mnie ważna – „W szkole wolności”, o tym, czemu ta wolność taka trudna. I druga, którą szczególnie lubię, a która jest głosem wspólnym tych, którym zależy na inteligencji – „Nie wycofuj się”. Ostatnio często wracam do właściwie jedynego utworu lirycznego, jaki napisałem z panem Jerzym Wasowskim – „Gram o wszystko”; Ewa Bem to śpiewała.

To piękna piosenka o miłości, o tym, że to ona jest najważniejsza w życiu.

– Serce nie sługa. Nie można sobie pewnych rzeczy narzucić. „W tych sprawach to się liczy/ byle listek, byle śmieć – pan mnie rozumie?” – napisałem kiedyś w piosence „Och, ty w życiu!”. Jest w tym coś prawdziwego. W miłości często rzeczy na pozór drobne nagle zaczynają mieć dużą wagę. A ponieważ pani drąży w sprawie „Gram o wszystko”, to chcę powiedzieć o okolicznościach jej powstania. Mianowicie miałem tzw. zapis na nazwisko, nie wolno mi było publikować, a bodajże radiowa Trójka ogłosiła konkurs na piosenkę. Brało się w nim udział anonimowo, na kopercie pisało się swoje godło. Pan Wasowski dał mi piękną melodię i mówi: „Proszę pana, niech to będzie kompletnie niepodobne do tego, co pan pisze, niech to będzie czysta liryka, a godło damy OJ”. Pytam dlaczego. „A dlatego, że jak otworzą kopertę i zobaczą pana nazwisko, to powiedzą: Oj”.

Ale w życiu warto grać o wszystko?

– Tak, bo gra jest warta świeczki. To rodzaj filozofii życiowej, przekonania.

A co z tą miłością?

– Rzeczywistość jest często nie do zniesienia, ponura, smutna i wtedy jeszcze jest ta sfera, w którą można odejść. To sfera uczuć. Każdemu życzę, żeby miał, jak to określił jeden z moich kolegów tekściarzy, swój „intymny mały świat”. Ładne powiedzonko. Warto tę sferę kultywować – okropne słowo. Lepiej: chuchać na nią, pielęgnować. Jest szalenie człowiekowi potrzebna.

„Nie ma dróg, złych dróg/ gdy we dwoje drogę się zgaduje” – stwierdzał pan w jednej z piosenek na napisaną z Włodzimierzem Nahornym płytę „Pogadaj ze mną”.

– Cała ta płyta była liryczną rozmową. Żadnej polityki, żadnej społecznej satyry, tylko to, co się dzieje między dwojgiem ludzi. W jakiś sposób to ich definiuje, uzależnia, często staje się kłopotliwe i opresyjne, ale na koniec zawsze dobrze jest usiąść i pogadać.

Chyba najgorszą rzeczą dla człowieka, a już zwłaszcza dla człowieka piszącego, jest samotność. To chociażby brak okazji do wymieniania się swoimi opiniami albo po prostu do tego, że jak się coś napisze, ma się to w brudnopisie ledwo gotowe, to się leci i temu drugiemu człowiekowi czyta.

Mój przyjaciel Jerzy Derfel grał kiedyś wyjątkowo skomplikowany utwór z nut i ktoś musiał mu te nuty przy fortepianie przerzucać. Nauczył żonę i doskonale się spasowali. Przyszedł moment koncertu z publicznością. On już wychodził i mówi do żony – a ona miała na imię Wiga – „Wiguniu, nie będziesz mi tych nut przewracała”. Ona pyta dlaczego. „Bo gdy wrócę po koncercie, to kto mnie zapyta, jak mi poszło?”. Uważam, że to wzruszające.

Pisał pan, że „męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać”, dzisiaj kobiece myślenie bywa feministyczne.

– Tak bym powiedział – ale nie chcę nikogo urazić – że mam do tego stosunek lekko powściągliwy. Jestem za normalnością. To nie znaczy, żeby, broń Boże, feministki były nienormalne.

Jak pan tu rozumie normalność?

– Najprościej rzecz biorąc, chodzi mi o rozsądek w kierowaniu się swoimi uczynkami, sprawdzalność tego wszystkiego. Żeby nie czynić sobie nawzajem specjalnego kłopotu.

„Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę” i „Panowie, bądźcie dla nas dobrzy na zimę”?

– Właśnie. Napisałem sporo piosenek lirycznych przeznaczonych dla pań, a jak autor chce pisać dla kobiety, to – jak zauważył Hemar – musi się w nią zmienić, zastosować to kobiece myślenie. Zawsze starałem się w swoich tekstach nikogo nie chłostać, nikomu nie dokopywać, tylko próbowałem zrozumieć. Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną.

Mówi pan, że rzeczywistość bywa nie do zniesienia, ale w piosenkach lubił pan dawać nadzieję.

– Absolutnie. Nawet w spektaklu „Młynarski obowiązkowo”, który przygotowałem dla Teatru 6. Piętro, jest lejtmotyw nadziei i wszystko kończy się piosenką, którą sobie bardzo cenię, napisaną z Jerzym „Dudusiem” Matuszkiewiczem – mianowicie „Jeszcze w zielone gramy”.

Nie potrafię pisać do końca pesymistycznie, przytłaczająco. Uważam, że nawet w najgorszych okolicznościach należy szukać iskierki nadziei, która gdzieś powinna być.

Ale w pisaniu traktował pan to jako rodzaj zadania?

– Nie, to raczej cząstka mojego światopoglądu.

To się ma czy trzeba w sobie wypracować?

– W znacznej mierze wypracować. Dlatego że będzie czym innym u człowieka bez większych doświadczeń, a czym innym, kiedy się już trochę to życie pozna, zgromadzi więcej materiału poznawczego, goryczy. Sztuką jest właśnie wtedy mieć w sobie nadzieję, ewentualnie wiarę. A najlepsza byłaby cała trójca: wiara, nadzieja i miłość, prawda? Okudżawa napisał kiedyś piosenkę „Trzy siostry: Wiera, Nadieżda i Lubow”. To coś, wokół czego człowiek ciągle się kręci.

Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego. Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. U nich wszystkich te imponderabilia, pytania o sens życia się powtarzają, od tego się nie ucieknie. Tylko że częstokroć oni co innego na to odpowiadają.

Pan co by odpowiedział?

– Znowu w trudne mnie pani rejony kieruje. Ale generalnie rzecz biorąc, uważam, że życie ma sens. Absolutnie.

Jeżeli już umiemy nim kierować, z pewnych spraw rezygnować, a na pewne się decydować, to warto podejmować ryzyko. Wierzę w jakiś wyższy porządek nad moją głową, powiedzmy – układ gwiazd. Oczywiście to nie fatum, coś zapisanego i niezależnego ode mnie, ale w ramach tego, co jest, mogę próbować rozegrać swoją grę.

A ten wyższy porządek?

– To szalenie osobiste, bo każdy z wiekiem, z doświadczeniem coś sobie pod tę ideę podkłada. Wiąże się to z tym, o czym mówiliśmy, to znaczy z sensem. Ktoś zaplanował ten sens i ktoś dba o to, żeby ten sens się realizował. Nie należy tego łączyć, broń Boże, z obecnością i rolą Kościoła. To moim zdaniem porządek niezależny.

Co znaczą dzisiaj dla pana słowa „jeszcze w zielone gramy”?

– Chyba zawsze chodzi o to, żeby sformułować myśl pełną nadziei wbrew sytuacji, która często temu zaprzecza, kiedy „Jeszcze na strychu każdy/ klei połamane skrzydła”…

I „bądźmy jak stare wróble…

-…które stracha się nie boją”. Tak.

Pan się nie boi?

– Tam nie mówię, że się nie boję, tylko żeby lepiej się nie bać. Nie chcę tego specjalnie rozbudowywać, ale skoro mówimy o śmierci, nie chciałbym, żeby ona się stała jakąś opresją dla ludzi, dla świata, który mnie otacza. Wolałbym to zrobić tak, jak zmarł mój świętej pamięci dziadek, ojciec mamy – czytając „Pana Wołodyjowskiego”. Miał serce słabe, położył się, otworzył książkę i nad tą książką znaleziono go martwego.

Ale „Pana Wołodyjowskiego” by pan na coś zamienił?

– Powiem pani co innego. Napisałem niedawno wierszyk, w którym poruszam te sprawy, o których mówimy, a ma on sens mniej więcej taki: wiem świetnie, że mam jeszcze do zagrania skecz z partnerką. Ona wie, jak ja wyglądam, ja nie mam pojęcia, jak wygląda ona. Ale wiem dokładnie, jak ona zagra swoją rolę, natomiast nie wiem, jak ja zagram. Wiem tylko jedno, że chciałbym bardzo, żeby z jakichś powodów ona tej roli nie dograła. Wtedy krzyknę za nią na klatce: „Zapomniała pani kosy!”.

Rodzaj niezgody?

– Pożartować można.

To pana słowa: „Kocham cię, życie!”…

– Znowu utwór szalenie prosty, w jakimś sensie pokrewny z „Gram o wszystko”. Jest w nim afirmacja świata: „a ja się rzucam z nadzieją nową/ na budzący się dzień!” itd. Kiedy Edyta Geppert to zaśpiewała, miałem spory oddźwięk, także od ludzi, którzy mieli kłopoty, byli chorzy. Ta piosenka podtrzymywała ich na duchu. Takie jest moje podejście do świata i nie przypuszczam, żebym zaczął definiować je inaczej.

Jednak pisał pan też: „Mam złe lata i dobre dni”.

– Kiedyś w ZASP-ie spotkałem wspaniałego pana profesora Aleksandra Bardiniego. Ktoś go zapytał, jak się miewa, na co pan Bardini odpowiedział: „Wie pan, ja to mam złe lata i dobre dni”. Natychmiast do niego doskoczyłem i pytam, czy mógłbym tego użyć w piosence, a Bardini: „Płaci pan 10 zł”. Już Agnieszka Osiecka uważała, że ludzie mówią tytułami piosenek, tylko nie zdają sobie z tego sprawy.

Potem usiadłem i do tych słów dołożyłem całą resztę. Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca. To znaczy wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku, i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane, raczej nie są.

Bo teraz im gorzej, tym lepiej.

– Nie należy całkiem ulegać temu, co pani mówi. Byłem w Teatrze Polskim na kabarecie Pożar w Burdelu. Poza tym, że to jest za długie i nie ma formy, to znaczy ja bym to skrócił i inaczej uszeregował dramaturgicznie, to jest to pozycja interesująca, o niebo przewyższająca te różne kabarety znane z telewizji. Widać, że robią to ludzie inteligentni, którym o coś chodzi.

Urząd Patentowy nie zgodził się na zarejestrowanie nazwy „Pożar w Burdelu”, bo narusza „porządek publiczny”. Cenzura nie umiera, póki my żyjemy?

– Nie do pojęcia, jakimi jesteśmy hipokrytami. Ale nie porównujmy dawnych czasów z obecnymi. Środek ciężkości się przemieszcza i odnajdujemy go coraz to gdzie indziej, w związku z czym często może nam coś nie odpowiadać, ale książek nikt nam nie zabrania czytać. Nie ma cenzury. Ludzie czytają, nie czytają, jednak wychodzą te książki.

Ja, może kogoś rozczaruję, lubię dwa gatunki. Pierwszy to literatura biograficzna. Co czytałem ostatnio? Broniewskiego, Tuwima, księdza Twardowskiego… A drugi to solidnie zrobiony kryminał, np. Miłoszewskiego. Troszeczkę w starym guście, a la ” Zły” Tyrmanda. Nie czytam młodej poezji. Jeśli są jacyś poeci wielcy i wspaniali, ale tak zaszyfrowani, że długo trzeba ich rozpracowywać, by tę piękność dostrzec, to wolę Szymborską, Herberta, Miłosza. Ze skruchą wyznaję, że – jak napisałem w jednej piosence – „lubię wracać tam, gdzie byłem już”.

Tęskni pan za młodością?

– Każdy tęskni. Nie wierzę, żeby było inaczej. To jest tak, że kiedy jest się młodym, nie zna się wagi różnych spraw, tylko zatyka się nos i skacze na głęboką wodę. Potem przychodzi rozwaga, świadomość ceny, jaką się za wszystko płaci. Tęsknię za tamtą kondycją duchową.

Był pan szczęśliwy?

– Nie ma termometru, który to mierzy. Dopóki coś robię, działam, to jestem relatywnie szczęśliwy. Mnie się wydaje – jak kiedyś napisałem w piosence, którą śpiewa Hala Kunicka – że „szczęście to jest iść do celu, w drodze być…”. Więc ja uważam, że jeszcze tego celu nie osiągnąłem, może i nie osiągnę.

Zwykle problem jest z określeniem tego celu.

– Niech mi pani odpuści. To się wiąże z sensem, o którym mówiliśmy. Nadzieja, zawsze jest nadzieja!

I zawsze ją pan miał?

– Byłem wychowywany jako półsierota. Ja i moja siostra. Ojciec nas odumarł, kiedy był bardzo młody, w środku okupacji. Miałem wspaniałą, dobrą i mądrą mamę, która w życiowych sprawach nic mi nie nakazywała ani nie zakazywała, pozwalała myśleć samodzielnie, ale nieraz delikatnie podsuwała rozwiązanie. Jedną z najważniejszych chwil w moim życiu jest ta, kiedy się zastanawiałem, czy zostać na uczelni i pracować naukowo, czy wybrać drogę występu, estrady, kabaretu. I mama mnie nakierowała na to drugie, czego nie żałuję. W związku z czym powiedziałbym tak: w fachu, który obrałem, poza zdolnościami ważny jest łut szczęścia, zwłaszcza na starcie. Kiedy człowiek zostanie doceniony i w ślad za tym pójdą dalsze wydarzenia pozytywne, to myśli o życiu z nadzieją. W moim przypadku najpierw były teksty dla kabaretu Dudek i nagrody na festiwalu w Opolu, a potem to już poszło jak z kopyta. Dużo pisałem, byłem zawsze pracowity i to w miarę mi się sprawdzało. Są i tacy, którzy uważają, że są świetni, tylko świat się na nich nie poznał. Ja raczej do takich ludzi się nie zaliczam.

Pamięta pan coś z wojny?

– Urodziłem się w 1941 roku. Pierwsze moje wspomnienie to rok 1944. W dużym domu dziadków w Komorowie pod Warszawą stacjonowali Niemcy. Oni byli na parterze, a moja rodzina na piętrze. Pamiętam ręczne granaty, każdy z taką długą zawleczką, które były poustawiane w kątach na parterze. Na szczęście nie miałem świadomości wojny, byłem zbyt mały. Ale pamiętam pierwsze chwile po wojnie – jako w jakimś sensie dobre, wszyscy byli podnieceni, czekali, co będzie dalej.

W tym naszym domu komorowskim było takie jakby przedszkole. Byłem ja i miałem pięć sióstr, jedną rodzoną, reszta to kuzynki. Babunia mówiła, że jestem babski król. Do tego dochodziło jeszcze trochę dzieci z okolicznych domów. Wszystkimi zajmowała się moja mama, która jednocześnie pobierała lekcje śpiewu. W związku z tym w domu odbywały się wspólne popisy, śpiewano przy fortepianie. Starsza siostra mojej mamy, Maria Kaczurbina, świetna kompozytorka piosenek dla dzieci, zapraszała kolegów z konserwatorium i organizowała w domu koncerty chopinowskie. Poza tym występował u nas ostatni chyba w Polsce melorecytator. Któż to taki? On dawał koncert, podczas którego grał na fortepianie i recytował wielką literaturę: „Karmazynowy poemat” czy „Panią Słowacką” Lechonia albo „Fortepian Chopina” Norwida. Ja i moja siostra początkowo nie poszliśmy do szkoły, tylko uczyliśmy się w domu. Przychodziła do nas taka pani i mnie katowała, bo usiłowała nauczyć nas francuskiego. O ile moja siostra coś mówiła, o tyle ja kompletnie nic. Mało tego, przyjeżdżał straszny pan, który miał nas nauczyć gry na fortepianie – chowałem się pod łóżko i nie było siły, żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Po latach żałowałem.

Pan taki przekorny był trochę?

– Lubiłem się nie zgadzać. Byłem i jestem zdania, że jakakolwiek sensowna działalność bierze się z przemyślanej przekory. Już jako młody chłopak miałem w sobie myślenie satyryczne o rzeczywistości, która mnie otacza, i na swój sposób dawałem temu dowód.

Do podstawówki poszedłem od trzeciej klasy, byłem strasznym łobuzem, ciągle miałem obniżony stopień z zachowania. Potem trafiłem do liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Chodziłem na wagary, paliłem papierosy, ale wyciągnęła mnie z tego polonistka, pani Ostrowska. Widać uznała, że coś tam ze mnie może być. Prowadziła kółko polonistyczne, z którym jeździliśmy na przedstawienia do Warszawy, głównie do Dramatycznego. Do dzisiaj pamiętam „Iwonę, księżniczkę Burgunda” z Barbarą Krafftówną i „Diabła i Pana Boga” z Holoubkiem. Robiliśmy szkolne widowiska, a ponieważ miałem już skłonność do pisywania satyrycznych kupletów na znane melodie, to raz w miesiącu dawaliśmy z przyjaciółmi występ humorystyczny „Odkurzaczem po szkole”, ale wpierw pan dyrektor sprawdzał, czy to wykonać wolno.

Od najmłodszych lat byliśmy z siostrą wychowywani w świadomości, że jeden okupant zastąpił drugiego. Dziadek, ojciec mamy, był przed wojną dyrektorem banku rolnego, ale ponieważ nie zapisał się do partii, nie mógł wrócić na stanowisko. Ciocia Kaczurbina dostała pracę w Polskim Radiu w redakcji audycji dla dzieci i młodzieży i wciągnęła moją mamę, która musiała tam odbywać jakieś kretyńskie szkolenia propagandowe, inaczej by pracę straciła. Ale myśmy dokładnie wiedzieli, co myśleć.

Panu partii nie proponowano?

– Kiedy zrobiłem dyplom, ojciec kolegi zaprosił moją mamę i mnie i mówi: „Mój syn już się zapisał, niech i Wojtek się zapisze. Jeśli tacy ludzie nie będą się zapisywali, to w partii zostaną sami przeciętniacy”. Mama powiedziała: „Synku, my chyba wyjdziemy”, i wyszliśmy. Drugi raz namawiano mnie, kiedy pracowałem w telewizji w redakcji rozrywkowej. Regularnie nachodził mnie pewien kierownik produkcji i namawiał: „Panie Wojtusiu, ja to się panu dziwię naprawdę, że pan się nie zapisze do tego PZPR-u. I mieszkanie by pan dostał, i samochód lepszy…”. Odpowiadałem: „Proszę ode mnie odejść”.

Natomiast jak jeździłem na zagraniczne wyjazdy, załatwiane zawsze przez Pagart, to jeździł ze mną tzw. opiekun, który potem meldował, co i jak. To była najczęściej ta sama osoba. Pamiętam nazwisko, bo kojarzyło mi się ze słowem pobieda, mianowicie Pobiedziński. Kiedyś mnie wezwano, powiedziano, że tym razem pan Pobiedziński nie jedzie i żebym ja notował, co ludzie mówią i co mi się nie podoba. Odpowiedziałem, że w takim razie nigdzie nie jadę.

Dla mnie wyraźną cezurą był rok 1968. Wcześniej mówili, że budujemy socjalizm z ludzką twarzą – wtedy nie miałem wątpliwości, że ludzkiej twarzy to on nie ma, raczej pałę, którą przykłada tym i owym. Ale sam nigdy nie musiałem się bać, nie czułem bezpośredniego zagrożenia.

A teraz? Niektórzy straszą wojną.

– Jeśli jesteśmy w NATO, w Unii, to jesteśmy może nie zabezpieczeni, ale mniej osamotnieni. Plagą współczesności jest wszelkiego rodzaju fundamentalizm, terroryzm i ta imperialna chęć Rosji podporządkowania sobie innych. Oczywiście Rosjanie są czymś innym niż Rosja. Wspaniali ludzie, cudowna literatura to jedno, a rosyjski imperializm to drugie. Trzeba umieć to oddzielić, absolutnie. Okudżawa, Wysocki, dla mnie to są fundamenty.

Nie każdy poeta miał taki fart. Rozmowa z Olgą Arcymowicz-Okudżawą, wdową po legendarnym pieśniarzu i poecie

Które utwory?

– Musiałbym wymienić dużo, ale jedną z takich bolesnych piosenek Okudżawy, trafiających w świadomość, są „Trzy miłości”, które kiedyś tłumaczyłem. Okudżawa był genialny.

Poświęcił mu pan piosenkę „Majster Bułat”.

– Właściwie cokolwiek by napisał, to poruszało serce i umysł, a jednocześnie dowodziło, jak można prosto, pięknie, mądrze i przede wszystkim uczciwie pisać o świecie. Wysockiemu trafiały się bardziej rozwichrzone utwory, nie podlegał takiej samokontroli jak Okudżawa, ale też miał kilka przebłysków geniuszu. Moja znajomość z twórczością Wysockiego zaczęła się od tego, że do rąk wpadł mi tzw. magnitizdat, dziesiątki razy przegrywane z taśmy na taśmę jego koncerty, na których były te wspaniałe piosenki, m.in. utwór pt. „W górach” o zdobywaniu górskich szczytów, który kończy się słowami: „zachłyśnij się radością swą/ nim zaczniesz zazdrościć temu, co/ zaczyna marsz i niezdobyty przed sobą ma szczyt…”.

Teraz w Rosji unosi się rodzaj czadu, który zatruwa jej obywatelom głowy, i jeszcze długo poczekamy, żeby to z tych głów wywietrzało.

Pisał pan, że „wojna nigdy nie jest daleko”.

– Utwór na te czasy, a napisałem go dawno temu. Pięknie to śpiewała Kinga Preis. Przypomniał mi się wiersz Josifa Brodskiego „Piosenka o Bośni”, o tym, że ludzie giną, niesłychanie aktualny: „W chwili, gdy strzepujesz pyłek,/ jesz posiłek, sadzasz tyłek/ na kanapie, łykasz wino -/ ludzie giną”.

Jest chińskie powiedzenie „bodajbyś żył w ciekawych czasach”, a ja napisałem kiedyś tekst, że chciałbym troszeczkę pożyć w czasach nieciekawych, normalnych.

Do niedawna było całkiem nieciekawie.

– Nagle się okazało, że to wszystko jest kruche i że ciągle trzeba na rzecz tej normalności mądrze działać. A nam jeszcze w Polsce przeszkadza, że jesteśmy ciągle skłóceni, nie ma u nas tego „pogadaj ze mną”, które proponuję. Z tego też nic dobrego nie wynika. Tylko ciągłe inwektywy, spory, napuszczanie jednych na drugich.

Tu prawie każdy chce być prezydentem.

– Mogę streścić wierszyk, który na ten temat napisałem. Obserwując kandydatów na urząd prezydenta, żadnego z nich nie skreślam, żadnego z nich nie deprecjonuję, bo oni mi są wszyscy potrzebni jako tło. I kiedy na tym tle pojawi się ktokolwiek trzeźwy, rozsądny, mądry, to urośnie do nie wiem jakich rozmiarów.

Tak że ja liczę na tło.

Jak będzie druga tura, tło się skurczy.

– Też myślę, że będzie druga tura, ale staram się być zdroworozsądkowy w tym myśleniu. Komorowski się ostanie. Nie mamy alternatywy. Mówię za siebie. Kompletnie nie mam się z kim identyfikować, poza pewnymi ludźmi i opiniami wypływającymi właśnie z Platformy, która ma mnóstwo wad, popełnia mnóstwo błędów, ale gdzieś tam jest w miarę normalna, a ja, jak mówiłem, jestem za tą normalnością.

To doszliśmy do tematu, czemu ta wolność taka trudna.

– Krótko i świetnie ujął to Wysocki w piosence, która zaczyna się „Rzućcie kundlom padlinę”, a kończy: „Dali mi wczoraj wolność!/ Dali… I cóż mi po niej?”. U nas tak jest. Tę wolność żeśmy wywalczyli, ale mówiąc o wolności, każdy miał na myśli troszeczkę co innego. I dopóki ludzie nie dogadają się ze sobą, porzuciwszy demagogię, populizm itd., dopóty tkwić będą w kleszczach tej sytuacji.

A pan jakiej wolności chciał?

– Rozumnej.

To myślenie życzeniowe. Pan wymaga inteligencji.

– A czego ja mam wymagać, na litość boską?!

Ja się opieram na autorytetach, myślę o takich ludziach jak Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń… Na tym opieram moją tradycję.

Pan zawsze liczył na naszą zbiorową mądrość, a może…

…się przeliczyłem?

Zacytuję klasyka: „Sam pan widzi, jaką mamy sytuację”.

– Napisałem teraz taki satyryczny tekst, który się nazywa „Polaków portret własny”. O malarzu, który namalował transformację, ale po 25 latach doszedł do wniosku, że trzeba ten obraz trochę przemalować. Bo on namalował zbiorową mądrość, a widzi, że teraz musi ją zastąpić zbiorową głupotą.

Byliśmy mądrzy, a jesteśmy głupi?

– Powodów tej przemiany jest wiele, ale przede wszystkim naród nie może istnieć bez autorytetów. Zwracam na to wielką uwagę. Potrzebny jest szacunek dla tradycji, a u nas tej tradycji się nie kontynuuje – autorytety zostały podważone, oplute. Jeśli uważa się, że wszystko zaczyna się ode mnie, a przede mną już kompletnie nic nie było, to wtedy nie ma na czym budować.

Ten nasz nowy wspaniały świat często musi podważać tradycję, żeby gej mógł zostać prezydentem miasta, osoba transseksualna kandydować na prezydenta, żeby mogła przejść ustawa antyprzemocowa…

– Niech ludzie żyją sobie, jak chcą, byleby nie czynili zła. Tak mnie mama uczyła: żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał.

Tacy, co wołają: „Nie czyńcie zła”, raczej co innego mają na myśli niż pan.

– Na tym właśnie polega ten specyficzny polski dualizm, rozdwojenie jaźni. Mówi się jedno, a dla każdego to co innego znaczy. Niezmiernie przykre zjawisko. Ale totalnie czarnego obrazu nie maluję. Mamy ludzi mądrych i rozsądnych, tylko ich możliwości sprawcze, ich reprezentacja społeczna są niewielkie, to znaczy stajemy się społeczeństwem niszowym.

To inteligencja tę wolność przegrała?

– Wierzę, że nie przegrała i tu czy ówdzie będzie się odradzała, ale na razie inteligencja w sensie nawet nie klasy społecznej, ale tego, co Polacy mają w głowach, IQ jest w odwrocie. Ten problem będzie narastał, a niestety nie da się go naprawić drogą administracyjną ani dekretem. Edukacja musi trwać od domu, przez szkoły, bez końca. Nie wolno tego porzucać. W końcu musi dojść do próby przeobrażenia społeczeństwa. Jest nadzieja, że trwała niezgoda na zbiorową głupotę zaprocentuje.

Trochę memów SOKzBuraka.

ILE JESZCZE PODOBNYCH AFER UKRYWAJĄ? GDZIE JEST TEN ICH MORALNY PRZYKŁAD? To jest dojna Polska, o której mówił Duda

DYMISJA ZA DYMISJĄ. TO JEST PRAWDA, ŻE JUŻ NAWET ŻOŁNIERZE NIE WIEDZĄ, KTO AKTUALNIE I CZYM DOWODZI…

GENERAŁOWIE NIE WYTRZYMUJĄ KŁAMSTW MACIEREWICZA. CORAZ OSTRZEJ KOMENTUJĄ TO, CO SIĘ DZIEJE Z POLSKIM WOJSKIEM

A GDZIE „DZIĘKUJĘ”???

EUROENTUZJAZM U KACZYŃSKIEGO??? TO JAKIŚ ŻART.

TEGO PiS SIĘ NIE WYPRZE – POLACY PRZYPOMINAJĄ.

Felieton Waldemara Mystkowskiego.

Marszałek Sejmu uczy się komunikacji z mediami za 10 tys. zł miesięcznie.

PiS potwierdza – a nawet poszerza – PRL-owskie powiedzenia, które mają szanse zostać przysłowiami. Kadry partii Kaczyńskiego nie grzeszą kompetencjami, bo te są przeszkodą. Dyplomacja jest przeszkodą dla Waszczykowskiego, bo to żmudne zajęcie, które nie pozwala powstać z kolan. A politycy PiS powstają z kolan i zwykle zaraz leżą.

Waszczykowski przynajmniej potrafi mówić, nie zawsze do rzeczy, ale potrafi, a taki Marek Kuchciński – przypomnę: druga osoba w państwie – nie potrafi mówić, ale czytać – tak. Właśnie ta druga osoba w państwie wyszła wraz z PRL-em z analfabetyzmu i dzięki temu w państwie PiS tak wysoko zaszedł.

O jego innych walorach mało wiemy, a gdy już-już mamy się dowiedzieć, dochodzi do takiego incydentu, jak z posłem Platformy Obywatelskiej Michałem Szczerbą. Kuchciński albo nie zrozumiał regulaminu Sejmu, albo się zdenerwował i nie odczytał gestów swego pana i władcy Kaczyńskiego, albo jeszcze coś innego – i uciekł, w tym wypadku przeniósł posiedzenie Sejmu do Sali Kolumnowej. Jak ktoś bystro zauważył, mógł w ogóle nie przenieść obrad Sejmu albo przenieść na Nowogrodzką, bo opozycja jest zbędna. Opozycja jest totalna i nie głosuje, jak prezes przykazał.

Kuchciński wyciągnął wnioski z grudniowej wpadki (16 grudnia 2016) i chce podnieść swoje kwalifikacje. Co prawda uczy się nie za swoje, ale za państwowe (wszak to druga osoba w państwie). Uczy się komunikacji z mediami. Na czym one polegają? Czort wie. W każdym razie Kuchciński kosztuje podatników miesięcznie 10 tys. zł. Na razie umowa z firmą specjalizującą się w komunikacji zawarto umowę na pół roku.

Wygląda to na kurs marksizmu-leninizmu. Czy po pół roku Kuchciński już nie będzie pisał na kartkach normalnymi literami: dzień dobry, ale dużymi literami, wersalikami – dla niego przystępne i zrozumiałe określenie: wielkimi bukwami? Chyba tak! Bo Kuchciński jest niereformowalny w komunikacji, w ogóle niereformowalny, tak ten typ ma.

W tym aspekcie spełnia w dwójnasób PRL-owskie powiedzenie: „nie matura, a chęć szczera, zrobią z ciebie oficera”. Do tego komuszego idiomu należy dodać: oficera pisowskiego.

A my co z tego mamy? Dużo, bardzo dużo. Bo przecież druga osoba w państwie mogłaby robić kursy leninowsko-marksistowskie z zakresu medycyny, a nawet chirurgii. I tak mogłoby się zdarzyć: zapadasz na zdrowiu, mają ci to i owo usunąć albo naprawić, a tu na sali operacyjnej w czepku lekarskim zjawia się dr Kuchciński, jak w polsatowskim serialu „Daleko od noszy”.

Jakbyś się zachował? Ja nawet martwy mało miałbym z posła Szczerby i nie powiedziałbym „Panie marszałku kochany, odłóż ten skalpel„. Raczej doprowadziłbym do sytuacji, iż Kuchciński znalazłby się w roli pacjenta. I powiedziałbym klasyką zrozumiałą dla pisowców: „zemsty nie będzie!”

Od drugiej osoby w państwie niemal wszyscy w tym kraju są lepsi. Bo tak naprawdę Kuchciński jest drugą osobą w państwie na wspak. A 60 tys. zł poszło w błoto, gdyż Kuchciński to pacjent niereformowalny.

TRUDNO SIĘ Z WŁADKIEM NIE ZGODZIĆ.

>>>

PROSIMY O UŚMIECH :)))

SŁOWO O ZAUFANIU DO PiS.

Jacek Żakowski w „Wyborczej” już się zastanawia, co będzie po PiS-ie. W sprawie Tuska PiS grał przeciw Polsce. Szczęśliwie przegrał. Nie pierwszy to polski rząd realizujący szkodliwą dla kraju strategię hamowania w Unii. III RP zawsze chorowała na euroegoizm i euronieufność, zwane eurorealizmem. Teraz za to płacimy.

PiS robi to bardziej prostacko niż poprzednicy. Dzięki temu liberalno-demokratyczni liderzy Zachodu zrozumieli, że przegrają, jeśli będą dalej tej grze ulegali. Dla Polski jest to zbawienne (choć chwilowo przykre). Dla Zachodu (może i świata) – ozdrowieńcze. A dla polskich elit politycznych – trudne. Bo muszą skończyć z sadzeniem oportunistycznych banałów i jasno nazwać priorytety polskiej racji stanu. Ich hierarchia jest inna, niż ją przedstawia uwięziony w XX-wiecznej logice główny nurt polskiej polityki. Musimy to zmienić.

Po pierwsze, Zachód jest najważniejszy.

Polsce jest niezbędny nie tylko jako idea, ale jako silna, wcielona w sprawne instytucje wspólnota wartości przeciwstawiająca się ekspansji autorytarnego Wschodu. Kiedy Ameryka pogrąża się w nieobliczalności, jądrem Zachodu może być tylko Unia. Musi więc szybko pogłębić integrację i wzmocnić instytucje. Jądro Zachodu to wie i po Wersalu bierze się do roboty. Jeśli Le Pen nie wygra majowych wyborów we Francji, wiosną zaczną powstawać kręgi ściślejszej integracji gospodarczej, budżetowej, socjalnej, obronnej. Po wrześniowych wyborach w Niemczech zapadną decyzje. Bez Polski, ale w interesie Polski.

Po drugie, Polska w Unii.

PiS pokazał, że dalsza integracja wszystkich jest teraz niemożliwa, więc Zachód wybiera integrację chętnych. Żaden wschodni rząd tego nie zatrzyma, bo demokratyczni politycy Unii zrozumieli, że nie stać jej na czekanie. Oglądanie się na popadającą w autorytaryzm Polskę i na rusofilskie, nieliberalne Węgry służy już tylko Putinowi. Nie mogąc się z nami dogadać, Zachód zbuduje sobie nową Unię. Stara straci na znaczeniu, ale nikt Polski nie wyrzuci. Ważne, byśmy w niej zostali. Nie będzie to już dawało tyle pieniędzy co dotąd, nie zagwarantuje nam demokracji i praworządności, ale po zmianie władzy będzie bazą reintegracji z Zachodem.

Po trzecie, PiS to nie Polska.

Zachód jedzie dalej. Na dłuższą metę jest to dla Polski dobre, bo zmniejsza ryzyko, że za Odrą wygra populistyczna zaraza i zrobi się tak groźnie jak za Bugiem. Jeśli Unia się wzmocni, będziemy mieli gdzie wrócić po PiS-ie. Zakażenie Niemiec PiS-owską chorobą byłoby katastrofą dla Polski. Dlatego wbrew sugestii Tuska nie wolno towarzyszyć Waszczykowskiemu, Saryusz-Wolskiemu i innym reliktom IV RP w hamowaniu Europy Chętnych, która jest skutkiem m.in. polskich błędów.

Europa Chętnych musi widzieć, że PiS to nie Polska, lecz pomyłka młodej demokracji, reprezentująca zbałamuconą jedną trzecią wyborców i realizująca wolę Putina – nie Polski.

Opozycyjna Polska musi Zachodowi pokazać, że zrozumiała europejskie kryzysy i jest już chętna. Tylko chwilowo mamy niechętny rząd.

Z ŻYCIA WZIĘTE 🙂

Na portalu Nowa Konfederacja Adam Michalak pisze o możliwym scenariuszu pisanym przez Kaczyńskiemu, aby wyjść z Unii Europejskiej.

OSTRA GRA DOPIERO SIĘ ZACZYNA

HOŁDYS JAK ZWYKLE BEZ ZNIECZULENIA. TRAFIA IDEALNIE !!! 🙂

A co jeśli Jarosław Kaczyński postanowił, że Polska w najbliższej przyszłości opuści UE i nowa narracja ma na celu w perspektywie 2-3 lat zmienienie proeuropejskich Polaków w przeciwników Unii?

Wynik czwartkowego głosowania na przewodniczącego Rady Europejskiej odbił się szerokim echem na całym kontynencie. Ogólnie przeważa opinia: była to wyjątkowa katastrofa dyplomatyczna! Złe rozpoznanie przez polski rząd pola walki, nieprzygotowanie żadnych sojuszy, po czym odniesienie spektakularnej klęski przy błysku fleszy bez odniesienia żadnych korzyści.

Z pewnością możemy odrzucić twierdzenie jakoby to był wypadek przy pracy. Obserwując kolejne kroki wykonywane przez polski rząd: bardzo późne zgłoszenie Jacka Saryusza-Wolskiego, stworzenie całej narracji godnościowej o tym, że Polska,  w przeciwieństwie do reszty państw członkowskich, reprezentuje w Unii zasady, wskazywanie na szkodliwą hegemonię Niemiec oraz na Tuska jako na niepolskiego kandydata, wchodzenie w ostrą wymianę zdań z Hollandem, poprzez całe teatrum powitania Beaty Szydło w Brukseli, na obecności Jarosława Kaczyńskiego na Okęciu kończąc, doskonale widać, że była to przygotowana wcześniej akcja, którą do końca przeprowadzono sprawnie. Na obliczu Prezesa malowało się niezmącone zadowolenie. Wręcz na pewno całe to wydarzenie miało na celu uderzenie w Tuska, by pokazać go jako osobę działającą przeciw polskiej racji stanu, a martwiącą się jedynie o swoją karierę i  interes Niemiec – pisał o tym więcej Bartłomiej Radziejewski.

Wydaje mi się jednak, że tak duża akcja, która przy okazji jakoby pogorszyła polski wizerunek w UE, nie służyła tylko deprecjonowaniu kandydata na fotel przewodniczącego RE. Za tym przypuszczeniem przemawia również postać kandydata polskiego rządu: Jacka Saryusza-Wolskiego, który od 1991 r. praktycznie nieprzerwanie zajmuje się tematyką europejską, od 2004 r. pełniąc mandat europosła. Ten człowiek, budując pieczołowicie swoją karierę w instytucjach UE, rzuca nagle wszystko i kandyduje na stanowisko, którego nie mógł objąć (nawet mało interesujące się polityką UE osoby wiedziały, że to prawie niemożliwe), tylko dlatego, że Kaczyński postanowił uderzyć w Tuska? Stanowisko ministra MSZ nie jest tego warte, szczególnie takie, które będzie zależne od woli Kaczyńskiego. Wydaje się, że polski rząd może w tle prowadzić o wiele większą grę.

Po wyjściu z UE kluczowe będzie pozostanie w strefie wolnego handlu, na czym będzie zależeć Niemcom

W Rzymie 25 marca odbędzie się spotkanie, które nakreśli przyszłość Unii na następnych 10 lat. Można pokusić się o takie ćwiczenie i zastanowić, co w tym kontekście chciał osiągnąć Jarosław Kaczyński. Czy paręnaście dni przed tak ważnym szczytem osłabiałby pozycję Polski tylko z powodu Tuska? Jeszcze niedawno wskazywano na nowe otwarcie polsko-niemieckie, Kaczyński mówił o dobrej atmosferze w czasie rozmowy z Angelą Merkel. Władze Niemiec zaprosiły wiceministra Morawieckiego na spotkanie G20. A teraz nagle padają słowa o niemieckiej hegemonii w Europie? Jest to co najmniej nielogiczne.

Istnieje inne wytłumaczenie tego sprzecznego zachowania: a jeśli w toku kolejnych spotkań z Merkel Kaczyński posiadł wiedzę, że Polska na pewno nie będzie dołączona do państw “twardego rdzenia”w “nowej Unii”, a polityka klimatyczna względem Polski nie zostanie poluzowana? Spójrzmy tam, gdzie są realne pieniądze: na energetykę. 28 lutego 2017 r. Rada Europejska przyjęła stanowisko zaostrzające politykę klimatyczną UE. Dotyczy ono handlu emisjami CO2 oraz wpływu na przekazywanie środków z Funduszu Modernizacyjnego, który ma wspierać biedne kraje UE (głównie Polskę) w dostosowywaniu się do ostrego kurs polityki klimatycznej.  Mówiąc krótko: energia elektryczna w Polsce będzie po 2021 r. coraz droższa, a polski przemysł niekonkurencyjny. Utrzymanie rozwoju na obecnym poziomie, nie mówiąc o wdrażaniu planu Morawieckiego, będzie niemożliwe. Również uzyskanie funduszy na dostosowanie się do polityki klimatycznej UE będzie trudniejsze. A to dopiero początek: 26 września Piotr Maciążek przedstawił na portalu Energetyka24.com opinię, która przeszła praktycznie bez echa – w jego ocenie rządowa Strategia Energetyczna Polski do 2030 de facto zakłada, że Unia nie będzie istnieć. Albo, jak ja to odczytuję, że polityka klimatyczna UE ostatecznie bardzo się zmieni na korzyść Polski, albo że Polska z Unii wyjdzie.

Czy Kaczyński widząc powyższe, będąc zdeterminowany do pozostania w Unii na jak najlepszych warunkach, które nam teraz nie są oferowane, wystąpieniem na czwartkowym szczycie rozpoczął dopiero serię kolejnych ruchów, które ostatecznie będą symulowały chęć wyjścia Polski z Unii? Tak wysokie podbicie stawki miałoby na celu zmuszenie państw starej Unii, szczególnie Niemiec (mających duży interes w tym, by Polska była we wspólnocie) do zmienienia swej postawy, włączenia polski do “twardego jądra” i poluzowania regulacji, szkodzących Polsce.  Wyjście Polski i Wielkiej Brytanii naraz, to może być za dużo dla UE.

Należy też zadać sobie drugie teoretyczne pytanie: czy Jarosław Kaczyński widząc powyższe, biorąc pod uwagę bilans zysków i strat, zmniejszenie się ilości środków unijnych po 2020, to że Polska stała się płatnikiem netto i wiele innych, nie postanowił, by w najbliższej przyszłości Polska opuściła Unię? A cała rozpoczęta niedawno narracja, która będzie konsekwentnie kontynuowana, ma na celu w perspektywie 2-3 lat zmienienie jednego z bardziej proeuropejskich narodów, jakimi są Polacy, w przeciwników Unii? Oczywiście, działania takie niosą zagrożenia, takie jak odebranie obecnych środków unijnych, ale czy niemieccy przedsiębiorcy na to się zgodzą? Skoro, jak powiedział niedawno niemiecki komisarz Günther Oettinger: “Znaczna część każdego euro, które trafia z UE do Polski… wraca do Niemiec”? Zyski do 2020 r. na pewno mają już wpisane w swoje plany. Kluczowe będzie raczej pozostanie, po wyjściu z UE, w strefie wolnego handlu, na czym prawdopodobnie będzie zależeć Niemcom, skoro eksport Polski do Niemiec (większość to podzespoły do niemieckich maszyn) miał w 2016 roku wartość 50,2 mld euro, zaś importuje 41,8 mld euro? Polska jest na 8. miejscu, jeśli chodzi o niemiecki eksport (6. wśród państw UE) i na 6. miejscu, jeśli chodzi o import (4. w UE).

Niemożliwe? Zapewne… Tak jak Brexit, wojna na Ukrainie i prezydent USA Donald Trump.

CIEKAWE, ŻE WYMIENIŁA TYLKO TĘ JEDNĄ SŁUSZNĄ PARTIĘ I TYLKO KACZYŃSKIEGO, JAKO PARTNERA…

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim i Marine Le Pen.

Kaczyńskiego „nie” znaczy „tak”

Jarosław Kaczyński po publikacji „Rzeczpospolitej” o tym, że Marine Le Pen, liderka francuskiego Frontu Narodowego, zaprasza go w razie zwycięstwa w wyborach prezydenckich do demontażu Unii Europejskiej, zastosował sprawdzoną metodę – zaprzeczył.

Podobnie było, gdy Antoni Macierewicz w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu przedstawił się jako przyszły minister obrony narodowej. Następnego dnia Beata Szydło jako premier in spe przywlokła na konferencję prasową Jarosława Gowina, który miał być obsadzony zamiast Macierewicza. Podobnie było z Jackiem Saryusz-Wolskim, o którym na kilka dni przed szczytem Kaczyński mówił, że jest spekulacją.

W ten sposób Kaczyński uprawia politykę, zaprzecza, a następnie wyprowadza Polskę z Unii Europejskiej. Zaprzecza oczywistościom. Coraz więcej publicystów snuje narrację, iż ostatni szczyt unijny jest rzeczywiście sukcesem Kaczyńskiego, jego plan został w 100 procentach wykonany. Nie chodziło w nim o żadnego Saryusz-Wolskiego, tylko takie przedstawienie Donalda Tuska, iż nie jest polskim kandydatem i realizuje cele niemieckie.

Rysuje się zaostrzenie konfliktu z Brukselą i Kaczyński szuka uzasadnień. Zbyt wczesne wyjawienie celów jest niezrozumiałe dla elektoratu. Taką wsypą jest teraz Le Pen, która przecież jest naturalnym sprzymierzeńcem Kaczyńskiego. Ona też chce osłabienia UE, demontowania jej, proces ten nazywany jest decentralizacją.

Kaczyński zaprzeczył i przeszedł do meritum, do Europy dwóch prędkości, która wg prezesa PiS jest „w gruncie rzeczy rozbijaniem UE„. Clou najbliższej polityki PiS wobec Brukseli będzie zawierać się w następujących zdaniach: „Polska, stawiając twardy opór – jeszcze raz chciałem bardzo serdecznie podziękować premier Szydło za jej determinację i odwagę – stanęła na czele tych, którzy Europy dwóch prędkości nie chcą. Stała się państwem, które ma odwagę przeciwstawić się tej fatalnej, rozbijającej UE i skierowanej przeciwko tym państwom w tej części Europy, koncepcji.”

Akurat na szczycie nie było mowy o żadnych prędkościach, dopiero będą dyskutowane. Kraje członkowskie reformują Unię Europejską, bo dalsze pozostawanie w kryzysie grozi jej rozpadem. Ale Unia nie chce zamykać maruderom drzwi, dlatego ci, którzy chcą ją reformować będą w pierwszej wielkości, pozostali utworzą drugą prędkość. Na razie, jak widzieliśmy, pierwsza prędkość do drugiej ma się, jak 27 do 1, czyli jesteśmy sami w drugiej prędkości.

Z czasem przełoży się to na wspólne europejskiej projekty, a w związku z tym na rozdział budżetu unijnego. Chcesz się rozwijać, zwierać europejskie szeregi, będziesz z lepszymi. A gdzie może klasyfikować się Polska pod rządami PiS?

Wszak niedługo Komisja Europejska będzie musiała podjąć kolejne kroki w związku ze wszczętą procedurą praworządności w stosunku do Polski. Może być tak, iż zostaną nałożone sankcje. To już nawet nie jest maruderstwo, to trzecia prędkość, prędkość wstecz. I jak to nazywa Ryszard Petru: trzecia liga.

O to walczył PiS na ostatnim szczycie: przekonać elektorat, że Unia nas gnębi i ogłosić to sukcesem, iż się nie damy. O absurdalnych celach władzy PiS na najbliższy szczyt rzymski mówił rzecznik rządu Rafał Bochenek: „My skłaniamy się do tego, aby przede wszystkim zdemokratyzować Unię”. Można mniemać, że zaproponują wzorem krajowej demolki Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sadownictwa (w planie), podobny proces w stosunku do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu bądź Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.

Zaprzeczenie u Kaczyńskiego to ulubiona forma potwierdzenia najgorszych przypuszczeń: Macierewicz, Saryusz-Wolski, Le Pen, a w perspektywie Putin, bo „z panią Marine Le Pen mamy tyle wspólnego, co z panem Putinem”.

Zachowanie rządu PiS jest szalenie małe i podłe. Zemsta na Tusku będzie kolejną porażką „fatalnej zmiany”.

NIE MIEJMY WĄTPLIWOŚCI

>>>

JESTEM POLAKIEM. NIENAWIDZĘ TYCH, KTÓRZY POLSCE SZKODZĄ. PANIE KACZYŃSKI, ZMIATAJ PAN !!! KAŻDY DZIEŃ RZĄDÓW PIS TO STRATY DLA POLSKI !

Wywiad z Ludwikiem Dornem w „Wyborczej” wiele wyjaśnia z bieżącej polityki „pana” prezesa Kaczyńskiego. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego bitwa o prezydenta w 2020 r. ma wymiar egzystencjalny. Teraz PiS pokaże, że idzie na nas unijna nawała, dowodzona przez Niemcy, a jej chorążym jest Tusk. I do wyborów będzie pracować największa machina kłamliwej propagandy i ogłupiania, jaką stworzono w III RP. Po to by w 2020 r. Tusk przegrał – mówi Ludwik Dorn.

Agnieszka Kublik: Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej na II kadencję. Żadne z 27 państw Unii nie poparło rządu PiS, nawet Węgry. Co z tą porażką zrobi Jarosław Kaczyński?

Ludwik Dorn*: Porażka, mówi pani? Nie. To, co się stało, było wkalkulowane w plan Kaczyńskiego. Choć może liczył na trochę inny wynik głosowania, np. 25:3.

Wykalkulowana porażka?

– Łączę ją z koncepcją polityczną powstałą w ostatnich miesiącach. Nie twierdzę, że ona przyniesie Kaczyńskiemu sukces, ale na pewno jest przez niego przemyślana. Ma związek z wyborami prezydenckimi w 2020 r. Tylko wtedy w tym szaleństwie widzę sens.

Jaki?

– Najpierw diagnoza sytuacji PiS. Jeżeli chodzi o zdolność zdobywania wyborców, PiS stanął w miejscu, a nawet lekko się cofa. W sondażach widać tendencję lekkiego spadku. Ona może narastać, bo w dziedzinie redystrybucji, w polityce socjalnej, nic więcej nie da się zrobić. Drugiego programu 500 plus nie będzie. PiS nie przyciągnie już nowych wyborców. Czyli nie będzie lepiej, będzie gorzej.

Co więcej, sytuacja w Unii się zmienia. Tworzy się tam nowy porządek, główne siły polityczne i instytucje, jak Komisja Europejska, będą przejmowały niektóre postulaty antyeuropejskich partii populistycznych, choć w mocno zmienionej formie. I Polacy będą mieli coraz gorsze warunki do życia i pracy w UE.

Dlaczego?

– Powodem wzrostu siły antyeuropejskich populistów w starej Europie jest sprzeciw wobec rozszerzenia Unii. Przy spowolnionym wzroście gospodarczym, kryzysach w starej Unii obywatele z nowej Europy, przede wszystkim Polacy, bo jest ich najwięcej, zaczęli konkurować z mieszkańcami starej Europy o ograniczony zasób dóbr, o pracę i zasiłki. To tło populistycznego buntu przeciwko elitom Unii, które populiści widzą w urzędnikach z Brukseli, ale także w partiach głównego nurtu, które doprowadziły do rozszerzenia UE. Partie niepopulistyczne, by bronić swojej pozycji, muszą przejmować część postulatów populistów. A więc i Komisja Europejska zacznie dryfować w tę stronę.

Jakie będą konsekwencje?

– Nasz interes nie polega na tym, ile możemy zyskać, tylko na tym, ile możemy stracić. Możemy stracić więcej, możemy mniej. Polska powinna tak grać, by Polaków zabolało jak najmniej. Plan Kaczyńskiego jest taki, by zabolało jak najbardziej. Będą napływać niedobre wiadomości ze starej Unii dotyczące np. konkurencji o miejsca pracy i polityki społecznej. Można je łagodzić, ale to słabo przemawia do wyobraźni, zwłaszcza wyborców PiS. Lepiej głośno zaprotestować. Krzyczeć, że nie oddamy ani guzika i ma być tak jak dotąd. To oczywiście będzie oznaczać, że nie będziemy mieli na nic wpływu, bo nas przegłosują. I zaboli bardziej.

Ma boleć Polaków do wyborów…

– …parlamentarnych i prezydenckich w latach 2019 i 2020. Wtedy Tusk będzie naturalnym liderem całej Polski anty-PiS – od feministek aż nawet po część czytelników „Gościa Niedzielnego”.

Niezwykle szeroka koalicja.

– PiS sobie na nią dzielnie zapracowuje. Ale z punktu widzenia Kaczyńskiego bitwa o prezydenta w 2020 r. ma wymiar egzystencjalny. Niezależnie od tego, kto w 2019 r. będzie tworzyć rząd, prezydent jest kwestią egzystencjalną. Jeżeli rząd będzie tworzyło PiS – samo lub z koalicjantem – to nie sądzę, by mieli 276 posłów lub więcej. Tyle potrzeba, by odrzucić weto prezydenta. Załóżmy, że PiS zostaje odsunięte od władzy. Koalicja anty-PiS też raczej nie będzie miała więcej niż 276 posłów. Wtedy prezydent jest gwarancją, że nie wejdą w życie np. ustawy odbierające PiS wpływ na media publiczne i zmiany ustaw o służbach specjalnych umożliwiające ich „depisyzację”.

I chodzi o to, by do wyborów prezydenckich w 2020 r. Tuska jak najbardziej…

– …zohydzić. Plan został zarysowany w wywiadzie pana Kaczyńskiego dla „Gazety Polskiej”. Pokazał tam obszary oddziaływania na świadomość społeczną: idzie na nas unijna nawała, dowodzona przez Niemcy, a jej chorążym jest Tusk. Rozbija Europę. A my jesteśmy jedyną w Europie siłą, której zależy na równych szansach. Do wyborów będzie pracować największa machina kłamliwej propagandy i ogłupiania, jaką stworzono w III RP. Czyli media publiczne obrośnięte „wSieci”, „DoRzeczy”, „Gazetą Polską” itd.

Polacy są jednymi z największych euroentuzjastów w Unii. Granie na niechęci do UE może nie być takie łatwe.

– Wrażenie zrobił na mnie niedawny raport Fundacji Batorego „Polacy wobec UE. Koniec konsensusu”. Tam wychwycono, że wprawdzie Polacy są bardzo euroentuzjastyczni (akceptacja dla członkostwa w UE wynosi ok. 77 proc.), ale ten konsensus jest płytki, mało treściwy. Kiedy Unia zacznie działać w sposób dla nas niekorzystny, to znaczna część euroentuzjazmu może wyparować.

Będzie się do czego odwołać. Przycięcie zasiłków na dzieci Polaków pracujących w starej Unii? Wina Tuska. Wszystko, co złe dla Polaków w UE – wina Tuska.

To po co Kaczyński walczył z Tuskiem kandydaturą Jacka Saryusz-Wolskiego?

– Aby formułować sprzeciw wobec Tuska w kategoriach proeuropejskich. Mądrość etapu jest taka, że politycznie programu antyeuropejskiego nie da się sformułować, więc proszę, mamy tu człowieka, który był w ekipie wprowadzającej Polskę do UE.

Jeśli plan Kaczyńskiego jest taki, jak pan go kreśli, to jest bardzo groźny dla Polski.

– Zgadzam się. Dużo zależy od opozycji. A ona jest taka, jaka jest. Innej raczej nie będziemy mieć. To są intelektualnie i politycznie leniuchy.

Dygresja: nad PO chce mi się płakać. Złożyli wniosek o wotum nieufności wobec rządu. Czyli zrzucają tę bombę atomową wtedy, kiedy zostanie sprowadzona do kapiszona. Bo taki wniosek ma sens jedynie we wrześniu 2018 r., tuż przed wyborami samorządowymi. Wtedy miałby dużą siłę rażenia.

To czego pan oczekuje od opozycji?

– Od PO i PSL, by sformułowały i zaczęły realizować alternatywną polską politykę europejską w formie rozmów międzypartyjnych w rodzinie Europejskiej Partii Ludowej. Na zasadzie: tamci nie chcą z wami rozmawiać, a my tak. Oczywiście nie będą traktowani jak rząd, bo rząd ma demokratyczną legitymację. Również do tego, niestety, by szkodzić swojemu krajowi, co PiS czyni. Opozycja musi pokazać, że jest alternatywa. Zintensyfikowanie kontaktów PO i PSL z CDU/CSU, związane choćby z tym, co ma być ustalane na szczytach UE, pokaże, że jest ośrodek, który po dojściu do władzy będzie prowadził nieszkodzącą Polsce politykę europejską. Czasami wchodzącą w negocjacyjny spór ze starą Unią, w tym z Niemcami, ale nastawioną na porozumienie.

Opozycja powinna też Polaków nastraszyć. Polskie społeczeństwo ma strach w kościach. Po doświadczeniach ostatnich 300 lat, a zwłaszcza XX w., większość Polaków nie widzi nic dobrego w perspektywie, że zostaniemy wyklętym narodem Europy. Nie uśmiecha nam się taka polityka, że im więcej wrogów, tym większa chwała. Trzeba straszyć tak: rodacy, tu chodzi o wasze portfele, wasze miejsca pracy, szanse awansów waszych dzieci, o wasze bezpieczeństwo. Bo jak mamy wokół samych wrogów lub nam niechętnych, którzy nie mają powodu, by palcem kiwnąć w naszej sprawie, to w końcu wszyscy skończymy niedobrze.

Plan Kaczyńskiego ma szanse powodzenia?

– Ma, choć jest ryzykowny. Jest szansa, że padnie. To w dużej mierze zależy od opozycji, od niepisowskich elit. Dziś opozycja leniuchuje i wychodzi z założenia, że PiS sam sobie strzela samobóje, sam otwiera nowe fronty, to po co się męczyć? Lepiej siądźmy na brzegu rzeki i czekajmy, aż trup PiS nią spłynie. Ale sam nie spłynie. Jeżeli nie będzie długofalowej, poważnej pracy ze strony opozycji, jeżeli nie będzie projektu alternatywnego sformułowanego na poważnie, a nie na żółtych paskach w telewizji informacyjnej, jeżeli wspólnie z centroprawicą niemiecką i francuską nie powoła się wspólnego think tanku, którego głos będzie się liczył w UE i w Polsce, to trup PiS sam nie spłynie.

Plan Kaczyńskiego nie wypali pod warunkiem, że opozycja będzie miała swój plan?

– Tak. Plan na polską politykę europejską, bo wybory w 2019 r. i 2020 r. będą o wiele bardziej gorące emocjonalnie niż wybory w 2015 r. A jednym z głównych wymiarów tych wyborów będzie kwestia europejska. To będą wybory strategiczne. Stawka: gdzie w sensie geostrategicznym i egzystencjalnym ma być Polska w następnych kilkudziesięciu latach.

TO BYŁ NOKAUT. 27:1 PiSOWSKA KATASTROFA (bo trudno to nazwać meczem czy walką) PRZESZŁA DO HISTORII ŚWIATOWEJ DYPLOMACJI.

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Szef MSZ z obniżonym poziomem zaufania

Witold Waszczykowski znalazł sposób, aby nie doszło do takich kompromitujących porażek rządu PiS z instytucjami unijnymi, jak podczas szczytu w Brukseli, na którym przedłużono Donaldowi Tuskowi mandat przewodniczącego Rady Europejskiej. Należy Unię Europejską bojkotować: „Musimy drastycznie obniżyć poziom zaufania wobec UE. Zacząć prowadzić także politykę negatywną”.

Przecież PiS ma to „obcykane”. Prowadzili politykę negatywną z Trybunałem Konstytucyjnym i obniżyli poziom zaufania niepublikowaniem wyroków. Rezultat otrzymali: de facto nie ma niezależnego TK, więc nie obawiają się porażki. Julii Przyłębskiej podyktuje się wyrok, który będzie się zgadzał ze zdaniem prezesa.

Instytucje unijne, do których Waszczykowski chce obniżyć poziom zaufania, w tym wypadku to zbiór 28 państw (po Brexicie – 27), które pod przewodem szefa Rady Europejskiej podejmują strategiczne decyzje. Krótko pisząc – Waszczykowski chce obniżyć nie tylko prestiż Tuska, ale kanclerz Niemiec, prezydenta Francji, a nawet premiera Węgier. W sumie chce obniżyć wszystkich przywódców krajów unijnych. W tej parcianej retoryce Waszczykowskiego należy szybciutko przywołać wywyższenie prezesa PiS na drabince z Tesco.

A może nie zrozumieliśmy Waszczykowskiego? Acz jego retoryka jest kiczowata – niestety, nie jest zbyt lotny intelektualnie, a tym samym niezbyt zgrabnie używa języka – to zastanówmy się nad jego dalszymi słowami, które mają wyjaśnić, co „poeta” miał na myśli. Wg niego w polityce negatywnej chodzi o „blokowanie innych inicjatyw, aby prowadzić bardzo ostrą grę”, „trzeba mieć ostre zęby”.Nie wypracowywać wspólnych stanowisk ani dochodzić do konsensusu, nie podporządkować się obowiązującym zachodnim standardom demokratycznym bądź zobowiązaniom międzynarodowym, ale „prowadzić bardzo ostrą grę”.

Kto to mówi? Szef dyplomacji, jakby ktoś nie wiedział, kim jest w rządzie PiS Witold Waszczykowski. A nie jest ministrem wojny. I nie bądźmy zatem zdziwieni, że porażka 27:1 spotkała takiego zawodnika i jego przełożoną Beatę Szydło. Przyjaciół potraktowali jak wrogów, więc musieli dostać takie baty, wszak jeden z „goli” w bramce PiS jest dziełem napastnika Viktora Orbana.

Mogę sobie żartować, pisać ten felieton w tonie „Ucha prezesa”, ale Unia Europejska to nie wróg Polski, to nie Rosja, to projekt cywilizacyjny, który był marzeniem Polaków i się ziścił. A taki niewydarzeniec, jak Waszczykowski na polecenie Kaczyńskiego, ustawia UE w pozycji wroga, w pozycji Rosji. A może o to chodzi? Nie chodzi o Tuska, nie chodzi o Angelę Merkel, o pozostałych przywódców krajów Unii Europejskiej, ale o jeszcze jednego wroga, który potrzebny jest zwierzchnikowi Waszczykowskiego, Kaczyńskiemu, aby Polaków ustawić przeciw, włożyć im nóż w zęby i takimi wyprowadzić z Unii Europejskiej.

Nie piszę też tego, aby kpić z Waszczykowskiego, który dla mnie jest kpiną sam w sobie, z którym prawdopodobnie nie napiłbym się piwa, ale uzmysławiam, jak budowana jest retoryka, z którą – jak ze śpiewem – na ustach będziemy wyprowadzani z Unii Europejskiej. Przed tym też przestrzega najnowszy „Newsweek”, dziennikarze tego tygodnika piszą, iż „klęska w Brukseli”, to „kolejny powód, aby wyprowadzić Polskę z Unii”. Jeżeli wyprowadzić, to gdzie poprowadzić? Kierunek jest jeden, najpierw „ciepły człowiek” Łukaszenka (u którego moszczą sobie pisowcy gniazdko w razie czego), a potem ten, do którego zwiał Janukowycz. Takie ich Zaleszczyki. Zdziwieni?

A TO PIĘKNE 🙂

Po PiS stajnie Augiasza do posprzątania

Przed szczytem unijnym Jacka Saryusza-Wolskiego nikt z Platformy Obywatelskiej nie mógł telefonicznie złapać, aby potwierdził, że dał się wrobić PiS-owi. Dzisiaj Saryusz-Wolski udziela się na Twitterze i to z nadprodukcją 140-znakowych myśli. Niestety nie są one głębokie, choć widać, iż autor chciałby zawrzeć w nich głębię tajemnicy, którą w posiadaniu mają wielcy ludzie.

Saryusz-Wolski nie jest wielki, a w znanym kontekście – śmieszny, żałosny. Jednym sztychem popełnił na sobie samobójstwo polityczne, zabił swój niewątpliwy dorobek. Zapewniał jakiś czas temu, że wysiadł z Platformy na przystanku Polska.

Niewątpliwy specjalista od PiS i Kaczyńskiego dziennikarz „Newsweeka” Michał Krzymowski w najnowszym numerze tygodnika zajmuje się wysiadką pisowskiego niedoszłego kandydata na przewodniczącego Rady Europejskiej. Otóż tym przystankiem jest jednak najpowszechniejszy przystanek: Kasa.

Przystanek znajdował się w warszawskim mieszkaniu europosła PiS Ryszarda Czarneckiego, czekał na Saryusza-Wolskiego „pan” prezes Jarosław Kaczyński. Tam dobito interes. Saryusz-Wolski da twarz, czyli ciała, prezes mu da miejsce na liście wyborczej PiS do Parlamentu Europejskiego, bo w PO był spychany na boczny tor, ponadto prezes dorzucił Saryuszowi-Wolskiemu obroku do tak pomyślanego koryta, mianowicie trochę szmalu na jego fundację Centrum Europejskie Natolin. Oczywiście, szmal pochodzić będzie z naszej wspólnej kasy – z budżetu państwa.

Jakie to proste! Po co zasłaniać się wielkimi słowami, do tego kiepsko użytymi, bo nie dostał Saryusz-Wolski od Bozi tego, co mają poeci. Prozaizmy jego tak brzmią, że aż zęby zgrzytają same.

Kandydaturę Saryusz-Wolskiego odczarowuje w „Wyborczej” Ludwik Dorn, który porażkę Kaczyńskiego z kandydatem PiS nazywa porażką, ale prezes PiS ją wykalkulował, acz mógł skalkulować nie aż tak nokautująco – 1 do 27. „Pan” Kaczyński złapał w miarę wygodnego jelenia, wystawił go na europejski strzał, Saryusz-Wolski padł, ale rykowiskiem teraz zajmie się propaganda podległych mediów, aby przekuć na wygraną w wyborach prezydenckich Andrzeja Dudy. Chodzi o to, że do polityki krajowej wróci Donald Tusk i stanie naprzeciw cienkiego Dudy, wówczas żadne skręcone ordynacje wyborcze Dudzie nie pomogą.

A tak machina propagandowa PiS będzie pracowała na zohydzeniem Tuska, Unii Europejskiej. PiS-owi poparcie zatrzymało się i nie ma z czego dosypywać do populizmów, więc zabezpieczają się Dudą, gdyby mieli przegrać wybory parlamentarne. Duda ma ich ratować przed Trybunałami Stanu, czy też przed zwykłym sądem dla „pana” posła Kaczyńskiego.

Czy tym się powodował Kaczyński, jak kalkuluje w wywiadzie Dorn? O Dornie od zawsze mam podobne zdanie, potrafi się kreować. A Kaczyński nie wybiega za daleko politycznie, zawsze kierował się od przypadku do przypadku. Jest w tym typowy, nie potrafi się wycofać, przyznać do błędu, a więc idzie na eskalowanie. I podkreślam: ta eskalacja może dla nas skończyć się tragicznie, włącznie z wyjściem z Unii Europejskiej. Po Kaczyńskim będzie, co sprzątać. Stajnie Augiasza mogą być poręczną metaforą, a więc od nas będzie wymagana siła herkulesowa, aby z nieporządkiem po PiS się zmierzyć.

KOMENTARZ BUDKI TRAFIONY W 10-TKĘ 🙂

>>>

TO BYŁO KRÓTKIE, JEDNOMYŚLNE GŁOSOWANIE. I PEŁEN NOKAUT RZĄDU PiS

Choć prezesPiS odbiera Tuskowi prawo do biało-czerwonej,to także sukces PL. Polski,która wierzy w zjednoczoną Europę

Paweł Wroński („Wyborcza”) nie ma litości dla „sukcesu” PiS na szczycie unijnym. W prorządowych mediach po porażce PiS w głosowaniu nad kandydaturą Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej rozpoczęło się „bugalenie” o heroicznej postawie Beaty Szydło, która – tu cytat – „potrafiła się podstawić”. Choć przegrała w głosowaniu w stosunku 27 do 1.

Na początek wyjaśniam, co znaczy „bugalenie”. Słowo to określa pewien rodzaj PiS-owskiej propagandy inteligentnej niczym koń Rocha Kowalskiego, subtelnej jak praca kafara wbijającego pale w terenie podmokłym, przesyconej prawdą niczym słowa Antoniego Macierewicza. Nazwa wywodzi się od nazwiska czołowej przedstawicielki gatunku – redaktor Ewy Bugały z „Wiadomości” w TVP.

Dowiedzieliśmy się z przekazu dnia, że premier Szydło trwała do końca w swoim oporze przeciwko byłemu premierowi Polski, niczym ostatni „wyklęci”, obrońcy Westerplatte, ostatni bunkier plujący ogniem nad Wizną, szwoleżerowie pod Somosierrą (tu przypadkowo wygraliśmy, choć w PiS-owskiej wersji historii takiej pewności nie ma).

Premier tłumaczyła, że wybór Tuska kłóci się z podstawową zasadą unijną: kandydata musi popierać państwo, z którego pochodzi (zasadą nigdzie niezapisaną). Z tego powodu Szydło nie podpisała nawet konkluzji szczytu UE. Zapytana podstępnie przez austriackiego dziennikarza, czy nie podpisze również konkluzji dotyczących dopłat dla Polski, premier zapewniła, że na tych szczytach jej zasady nie będą obowiązywać.

Dla PiS przewodniczący Donald Tusk jest kandydatem niemieckim – choć, gdyby trzymać się logiki, to Niemcami są również Francuzi, Szwedzi, Portugalczycy, Włosi, a nawet Bułgarzy, którzy Tuska poparli. Prezes PiS Jarosław Kaczyński uroczyście, na konferencji prasowej, pozbawił nawet Tuska obywatelstwa. Wirtuoz dyplomacji minister Witold Waszczykowski zapowiedział sprawdzenie, czy przypadkiem w sprawie głosowania wielkie państwa nie wywierały presji na małe.

Panie ministrze, nie trzeba tego sprawdzać. To Polska wywierała presję na inne kraje, by nie głosowały na Tuska. Prezes Kaczyński ponoć to ustalił nawet z premierem Węgier Viktorem Orbanem, który wystawił go do wiatru. Do ostatniej chwili rozmawiał na ten temat z premierem Słowacji Robertem Ficą. To dla PiS-owskiej racji stanu prezydent Andrzej Duda wycinał niezłomnie carvingowe skręty na Kasprowym z prezydentem Słowacji Andrejem Kiską.

Przed głosowaniem politycy PiS mieli nadzieję, że jej stanowisko poprze cała Grupa Wyszehradzka, minimum Węgry i Słowacja, oraz nasz strategiczny partner Wielka Brytania.

Jaki był rezultat tych nacisków? Państwa wyszehradzkie uznały, że lepiej się z mądrym znaleźć, niźli z czubami zgubić. A wodewilowa akcja z nominowaniem na polskiego kandydata Jacka Saryusz-Wolskiego widać ostatecznie wystraszyła premier Wielkiej Brytanii Theresę May, której nacja ma wyjątkowe wyczucie absurdu. Wielka Brytania – której po Brexicie nic nie kosztowało głosowanie „przeciw” – zagłosowała „za” Tuskiem.

PiS zdawał się nie rozumieć, że im bardziej w sposób kłamliwy krytykuje Donalda Tuska, tym większe buduje mu poparcie. Unia Europejska pragnie bowiem przywódcy, który nie jest uzależniony od narodowych partykularyzmów, zaś podstawowy zarzut – wzywanie polskiego rządu do przestrzegania zasad państwa prawa – to istota europejskiego myślenia. Niestety, ta sytuacja wskazuje, że PiS jest jak agent Johnny English: nie wie, co to strach, nie wie, co to ryzyko, nie wie nic.

PiS dowiódł, iż absolutnie nie rozumie mechanizmów Unii Europejskiej, ale też że w zasadzie nic z nią tej formacji nie łączy. Do tej pory Bruksela była wykorzystywana jako element politycznej propagandy – udowadniania wielkiego znaczenia premier Szydło.

Należy więc spodziewać się nowej odsłony propagandowego „bugalenia”, której celem teraz będzie przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Rozgrywka w Brukseli to nie koniec. Na Tuska zostanie skierowana cała PiS-owska artyleria, choćby dlatego, że jej funkcjonariusze będą się chcieli przypodobać Jarosławowi Kaczyńskiemu, sfrustrowanemu kolejną osobistą przegraną. Należy się spodziewać desperackiej próby postawienia Tuska przed sądem albo przynajmniej przedstawienia mu zarzutów w jakiejkolwiek sprawie. Chyba nic już nie zatrzyma Kaczyńskiego w próbie skompromitowania Tuska.

Donald Tusk zapowiedział, że będzie czynił wszystko, aby Polska nie znalazła się na politycznym marginesie. Paradoks polega na tym, że mimo deklarowanej neutralności Tusk jest obecnie jedynym politykiem, któremu zależy na tym, aby Polska pozostała w Unii Europejskiej i nie straciła dotychczasowej pozycji. To on jest jedynym depozytariuszem dawnych czasów, kiedy Polska grała ponad swoją polityczną miarę w trójkącie z Niemcami i Francją.

Ostatnia ofensywa partii „wstającej z kolan” polegała na nieskutecznych błaganiach Słowacji i Węgier o wsparcie i zakończyła się żenującą porażką, obsunięciem w unijnym prestiżu. Kolejna ofensywa przeciwko Tuskowi może nas zaprowadzić gdzieś w okolice Białorusi.

Dobra zmiana ma już miejsce w historii 😉

CHORĄŻY BARDOŃ W DNIU CHŁOPAKA PO MĘSKU ZAORAŁ KACZYŃSKIEGO

Kpi w pisowskie zakłamane oczy Monika Olejnik. Nawet jeśli nie lubi się Donalda Tuska, to człowiek się wścieka. Takiej awantury dawno nie było w Brukseli. Tyle energii, ile włożył rząd w uwalenie Tuska, wkładali komuniści w to, żeby Lech Wałęsa nie dostał Nagrody Nobla.

Strzelali do niego niczym minister Szyszko do bażantów wypuszczanych dla jego łaskawości z klatek.

Pisowska propaganda posunęła się nawet do tego, że wyprodukowała spot, w którym oskarża Tuska, że jest winien zamachów w Europie, w tym śmierci Polaków, bo chciał, żeby znalazło się w niej jak najwięcej islamistów. Dowiadujemy się, że Tusk był przeciwko budżetowi przyjętemu pod osłoną nocy, dlatego że chciałby zlikwidować 500 plus.

Tusk przyjął nagrodę, Order Walthera Rathenaua, za zniszczenie Stoczni Szczecińskiej. Popierał pucz opozycji, donosy na Polskę, nie dba o bezpieczeństwo Polaków. Spot kończy się sentencją żony byłego premiera: „Jeden Donald wystarczy”.

Lepiej zerwać szczyt, trzasnąć drzwiami (liberum veto), niż dopuścić do tego, żeby Tusk był ponownie przewodniczącym Rady Europejskiej.

W tym bredzeniu doszło już do tego, że minister spraw zagranicznych uważa, że należy zlikwidować to stanowisko.

Ośmieszamy się w Europie.

A o co polski rząd walczy? Nie o to, żeby Europa była zjednoczona, tylko o własny interes.

Jacek Saryusz-Wolski wyciągnięty z kapelusza ośmieszył rząd. Skoro już był taki plan, to prezes Jarosław Kaczyński powinien opowiedzieć o tym kanclerz Angeli Merkel, kiedy spotkał się z nią w lipcu pod Berlinem i – jak mówi Adam Bielan – rozmawiali siedem godzin. Trzeba było opowiedzieć o swoim planie kilka tygodni temu, kiedy kanclerz była w Polsce, a nie opowiadać, jakie zarzuty kryminalne ciążą albo mogą ciążyć na Tusku. Bo – jak wiemy z ust prezesa – Tusk jest odpowiedzialny za prywatyzację Ciechu, za Smoleńsk, za Amber Gold. Przecież już kilka miesięcy temu prezes przestrzegał przed nim Europę.

Obsesja na punkcie Tuska trwa od wielu lat. Pamiętamy, jak Kaczyński stwierdził, że Tusk ma wilcze oczy, nie potrafi rządzić, nie jest taki stary i mógłby się zająć czymś innym. W swoim alfabecie mówił o Tusku, że jest wściekły i agresywny, sknera, i przytacza anegdotę: „Raz wybraliśmy się razem do Bristolu na rozmowę o listach senackich w wyborach 2005 r. i Tusk zastrzegł, że może iść, ale pod warunkiem, że ja płacę. Najwidoczniej wiedział, jakie tam są ceny, ja nie wiedziałem”.

Już sobie wyobrażam ciąg dalszy narracji PiS po wyborze Donalda Tuska na drugą kadencję szefa Rady Europejskiej.

Kaczyński mówił, że Tusk jest niemieckim kandydatem, teraz zostanie pewnie ogłoszony bezpaństwowcem i zdrajcą, który utrącił kandydaturę Jacka Saryusz-Wolskiego. Co PiS zrobi? Skoro Unia nas zignorowała, to czy powinniśmy wyjść?

Zastanawiam się, gdzie jest prezydent, bo przecież prezydent powinien się zajmować polityką zagraniczną. Kiedyś walczono o to dla Lecha Kaczyńskiego, a teraz co się dzieje?

Hańba i wstyd. Małe interesiki ważniejsze niż Polska.

TUSK – JUNCKER KRÓTKA ROZMOWA, ALE TAK WIELE MÓWI O ZAŚCIANKOWYM, MAŁOSTKOWYM RZĄDZIE PiS

TO NIE POLSKA JEST IZOLOWANA W UNII :)))))

Oraz dwa zaległe felietony Waldemara Mystkowskiego.

Kaczyński przegrał z Tuskiem

PiS nas prowadzi od porażki do porażki, a ta z Tuskiem jest niby niewielka, lecz największa.

Donaldowi Tuskowi został przedłużony o jedną kadencję mandat przewodniczącego Rady Europejskiej. Nie udała się zatem PiS-owi dyplomatyczna ofensywa przeciw niemu, która w politologii zyska miano wraz z nazwiskiem Tuska („afera z Tuskiem”?).

Dla polskiej polityki zupełnie co innego stanie się ważne. Jak żyć po przegranej PiS, jaka będzie polska polityka, choć będziemy ją nazywać pisowską? W polityce, jak w każdej dziedzinie, wszystkie złe rzeczy odciskają się wyraźniejszym śladem niż na to by zasługiwały.

Wcale nie będzie tak, że wstrząśniemy ramionami i woda spłynie po nas, jak po kaczce. My z ochotą pogodzimy się z przegraną PiS, ale z tą przegraną nie pogodzi się Jarosław Kaczyński. On jest sprawcą porażki własnej, porażki PiS, porażki Polski rządzonej przez PiS i nie bójmy się tego, możliwej porażki nas wszystkich w dłuższej perspektywie, jeżeli nie będziemy wiedzieli, jak uporać się z porażką Kaczyńskiego.

PiS nas prowadzi od porażki do porażki, a ta z Tuskiem jest niby niewielka, lecz największa. Ta porażka Kaczyńskiego pokazuje, jak Polacy marną wybrali sobie władzę, na własne pohańbienie. Kaczyński nie bał się Polaka ośmieszyć, nie bał się podjąć ryzyka (choć teraz wydaje się minimalne) porażki dla nas wszystkich, gdyż nieprzedłużenie elekcji Tuska byłoby porażką Polski.

Dotychczas Kaczyński nie składał broni i na naszym podwórku inscenizował kolejne porażki. Zniszczony został Trybunał Konstytucyjny, zniszczone zostały media publiczne, na agendzie obecne są porażki nawet większe, jak ta z sądownictwem – a będzie to porażka naszej demokracji.

Porażka Kaczyńskiego z Tuskiem to najprawdopodobniej otwarty miękki proces wychodzenia Polski z Unii Europejskiej – Polexit. Przecież jakoś Polska pisowska będzie reagowała na szczyty Unii Europejskiej, które prowadzone będą przez przewodniczącego RE Donalda Tuska. Czy Polska pisowska będzie brała w nich udział? Przecież możliwe jest puste krzesło, co już w pre-UE, EWG, przerabiane było z Francją.

Nie pomoże Polsce pisowskiej zmiana na stanowisku premiera, zmiana szefa dyplomacji. Unia Europejska wybierze dla swojej przyszłości różne prędkości integracji, ale z pewnością nie zniesie takiego ciała obcego, jak niedemokratyczna Polska.

Pisowska „afera z Tuskiem” jest pretekstem dla Kaczyńskiego dla niepodporządkowania się decyzjom ciał unijnych. I właśnie zaczęło się dla nas Polaków najgorsze. Czy podporządkujemy się Polsce pisowskiej, niedemokratycznej, zdegradowanej i – zdegenerowanej – bo taką będzie Polska bez zachodnich standardów demokratycznych.

To wspaniale, że Tuskowi została odnowiona kadencja, to źle dla obecnej władzy, która jest przegrana i tak się będzie zachowywać – rozjuszona. Czekają nas nieprzeciętne turbulencje, oby nie zakończyły się katastrofą większą niż smoleńska, bo prezes PiS znowu powie: „wina Tuska”.

PiS NIE MA PRAWA DECYDOWAĆ, KTO JEST A KTO NIE JEST POLAKIEM

TE SŁOWA W KOŃCU MUSIAŁY PAŚĆ 🙂

Czyżby Duda się nawrócił?

Kiedyś Lech Kaczyński „bił” się zaciekle z Donaldem Tuskiem o polskie krzesło podczas unijnych szczytów. Zwykle przegrywał, a my nie interesowaliśmy się tematami podejmowanymi przez przywódców europejskich, ale jak zakończy się potyczka w tej wojence polsko-polskiej.

Andrzej Duda nawet nie podejmuje polemiki z Beatą Szydło, kto miałby jechać na szczyt, ma lepsze zainteresowania – jakiś szczyt… górski, a na lato nawet zakupił już sobie akwalung, będzie podwodnie szczytował. Duda wie więc, po co żyje – używa sobie – a Szydło wypełnia misje Kaczyńskiego, jak to ona zgrabnie powiedziała: „jestem wynajęta do bronienia państwa polskiego”. Akurat jest odwrotnie, bo broni państwa pisowskiego, które osłabia państwo polskie, ale wybaczmy jej, Jarosław Kaczyński nie ma nikogo bardziej godnego… rozumu.

Szydło złożyła „gratulacje” Tuskowi z okazji ponownego wyboru na szefa Rady Europejskiej nie podpisując konkluzji szczytu. Znamy to z naszego podwórka – poznała teraz Unia Eurpejska – co to znaczy nie podpisać, nie opublikować.

Można było się zastanawiać, jak wybrnie z gratulacjami prezydent Duda. Na pewno czekał, czy prezes mu klepnie, aby sekretariat Dudy wysłał jakieś gratulacje. Wczoraj Duda nie mógł liczyć na pozwolenie, bo prezes był wściekły i co rusz wchodził na trybunę sejmową, aby Tuskowi odebrać prawa do barw narodowych, a na opozycję popluć.

Wczoraj więc Duda siedział jak trusia, dzisiaj też wyglądało, że Duda nic nie wskóra, lecz prezes okazał się ludzkim panem i pozwolił. Nad redakcją gratulacji musiał siedzieć cały sekretariat Dudy, bo choć depesza krótka, to jest tak absurdalna, iż Sławomir Mrożek przewraca swój szkielet na drugi bok.

Tak jest! Duda pospieszył z gratulacjami ostatni. I nie zamartwiajmy się, że ostatni, bo prezes przecież mógł nie pozwolić. Tylko dwa zdania gratulacji. Pierwsze zdanie stereotypowe: „Gratuluję uzyskania poparcia większości krajów Unii Europejskiej na rzecz przedłużenia Pana kadencji na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej.”

Ale drugie – cymes. „Liczę, że w przyszłości uda się ponownie odbudować europejską jedność w oparciu o zasadę równych państw i wolnych narodów”. Kto zatem tę jedność europejską pogrzebał? Wszyscy widzieliśmy, że 27 państw wyrażało jedność w wyborze Tuska, a tylko jedno nie wyrażało jedności – państwo PiS.

Ale może być też tak, iż… i przychylałbym się nawróceniu Dudy na Mrożka, iż prezydent nie dostał pozwolenia od prezesa i w ten pokrętny sposób – spóźniony, bo spóźniony – wyraził krytykę rządu PiS, który wyłamał się z jedności europejskiej, bo przecież jako jeden przeciw 27 zagłosował przeciw Tuskowi.

Także zasada „wolnego narodu” wskazywałaby, iż Duda odwrócił się od Kaczyńskiego i nawrócił na Mrożka. Przecież w Polsce coraz mniej wolności, a coraz więcej smogu. Na podstawie dwóch zdań depeszy trudno wyrokować, lecz może Duda czekał tak długo z wysłaniem gratulacji, aby je dokładnie zredagować, wyrazić się dokładnie.

Co o tym myślicie?

 

TO KONIEC POLSKI W UNII. TAKIEJ PORAŻKI KACZYŃSKI NIE DARUJE.

>>>

CAŁA HISTORIA W JEDNYM OBRAZKU

Niepoparcie Donalda Tuska przez PiS jest jednym z elementów wyprowadzania Polski z Unii Europejskiej. Jarosław Kaczyński wyprowadza Polskę z Unii. Gdzie wyprowadza? Na manowce.

Pisze o tym na Koduj24.pl Wojciech Maziarski.

Kaczyński ukradkiem wyprowadza Polskę z UE

Celem nie jest Donald Tusk – w tej rozgrywce chodzi o to, by szefem Rady Europejskiej przestał być Polak.

Prezes PiS chce przesunąć Polskę na peryferia UE, a potem może nawet w ogóle z niej wystąpić. Komentatorzy bezradnie rozkładają ręce i pytają: czy Jarosław Kaczyński naprawdę nie rozumie, że z punktu widzenia interesów naszego kraju Polak na stanowisku szefa Rady Europejskiego jest wielką wartością? Nawet jeśli tym Polakiem jest jego osobisty wróg Donald Tusk…

To błędnie postawione pytanie. Jarosław Kaczyński doskonale rozumie, że Polak jako nieformalny „prezydent” Europy jest wielką wartością. Tyle że – jego zdaniem – wartością negatywną. Właśnie dlatego podjął próbę usunięcia go z tego stanowiska.

Zabieg z Jackiem Saryuszem-Wolskim nie ma na celu osadzenia nadambitnego renegata z PO w brukselskim fotelu. Jarosław Kaczyński doskonale wie, że to kompletnie nierealne – i mało go to obchodzi. Tak naprawdę liczy się tylko jedno – by pozbyć się z Brukseli Tuska. I to nie tylko dlatego, że ten polityk stał się w ostatnich latach prawdziwą obsesją lidera PiS-u. Oczywiście, miło będzie wysadzić go z siodła i pognębić, wzywając na przesłuchania w prokuraturze. Ale to tylko przy okazji, dla frajdy i rozrywki, bo rzeczywista stawka w tej grze jest znacznie wyższa, a prawdziwym celem jest pozbycie się Polaka ze stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej. Niech je zajmie ktokolwiek inny – Francuz, Holender, Niemiec. Właśnie Niemiec byłby najlepszy.

UE zagraża planom Kaczyńskiego

Krytycy Kaczyńskiego sądzą, że prezes PiS-u nie rozumie, iż obecność wpływowych Polaków w decyzyjnym centrum Unii zwiększa znaczenie Warszawy i sytuuje ją w unijnym jądrze, a alternatywą może być ześlizgiwanie się na peryferie, a może wręcz wypadnięcie z grona krajów tworzących UE.

Jednak on to doskonale rozumie. I właśnie do tego zmierza. Traktuje silną pozycję Polski w strukturach Unii jako wielkie zagrożenie dla swojej władzy i planów na przyszłość. Nie chce, by Polska pozostawała w jądrze UE. Najszczęśliwszy byłby, gdyby znalazła się na marginesie, którym Bruksela przestałaby się interesować.
Jarosław Kaczyński od chwili przejęcia rządów przez Prawo i Sprawiedliwość metodycznie demontuje instytucje ograniczające jego władzę i zmuszające go do podporządkowania się regułom gry, na które nie ma wpływu i których nie może dowolnie zmieniać i naginać do swej woli. Skasował niezależność prokuratury, zniszczył Trybunał Konstytucyjny, podporządkował sobie media państwowe i stopniowo tłamsi prywatne, szykuje się do ofensywy przeciw sądom i samorządom, przygotowuje ustawę wymierzoną przeciw organizacjom pozarządowym, zapowiada „repolonizację”, czyli odbieranie gazet i stacji radiowych oraz telewizyjnych zagranicznym właścicielom.

Czy ktokolwiek jest na tyle naiwny, by wierzyć, że niszcząc w kraju wszystkie instytucje i struktury narzucające mu ograniczenia Jarosław Kaczyński pogodzi się z ograniczeniami wynikającymi z członkostwa w UE?

Scenariusz wychodzenia z Unii

Prezes PiS nigdy nie darzył Unii szczególną atencją, tyle że znając nastroje Polaków nie mógł wystąpić przeciw Brukseli z otwartą przyłbicą – w sondażach za członkostwem w UE opowiada się ponad 80 proc. obywateli. Dziś jesteśmy nawet bardziej euroentuzjastyczni niż przed akcesją – w 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiadało się 70 proc. Polaków.

Jarosław Kaczyński wybrał więc metodę stopniowego zasiewania fermentu i wbijania klina między polską opinię publiczną a Unię. W podobny sposób w 1990 r. wypowiedział wojnę rządowi Tadeusza Mazowieckiego. Wiedząc, że nie może frontalnie zaatakować popularnego i lubianego przez Polaków premiera, wybrał dla starcia pole zastępcze, wysuwając kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta i wmawiając początkowo obywatelom, że nie podważa ani nie atakuje linii politycznej rządu, a jedynie chce „przyspieszyć” reformy.

Także w stosunkach z UE obowiązuje dziś w propagandzie PiS bałamutna formuła głosząca, że członkostwo w Unii jest rzeczą dobrą i pożyteczną, jednak sama Unia wymaga reform, musi stać się jakąś bliżej nieokreśloną „Europą ojczyzn”, a traktat trzeba napisać od nowa.

Takie tezy oznaczają w istocie zakwestionowanie Unii Europejskiej. A ponieważ nie wydaje się, by ktokolwiek w Europie zamierzał Kaczyńskiego posłuchać i pisać z nim nowy traktat, konsekwencja może być tylko jedna: kraj nieakceptujący obecnej formuły UE zawsze ma możliwość opuszczenia wspólnoty. Z tej możliwości właśnie skorzystali Brytyjczycy. Kaczyński nie mówi o tym głośno i ukrywa swoje prawdziwe cele, ale w rzeczywistości stara się wepchnąć Polskę na tę samą drogę.

Jak to zrobił Orbán

Wbrew wynikom sondaży, sugerującym, że Polacy są społeczeństwem euroentuzjastycznym, wysiłki prezesa PiS nie są skazane na niepowodzenie. Nastroje społeczne wyraźnie bowiem ewoluują.

„Postawy Polaków w sprawie członkostwa naszego kraju w UE nie są bynajmniej tak jednoznaczne, jak wskazywałyby badania. 37 proc. Polaków uważa bowiem, że nasz kraj mógłby lepiej poradzić sobie z wyzwaniami przyszłości, gdyby był poza UE” – piszą autorzy grudniowego raportu Fundacji Batorego i konkludują: „Jeśli w publicystyce często narzeka się, że polityka PiS wyprowadza Polskę z głównego nurtu polityki europejskiej, to warto zwrócić uwagę, że może to odpowiadać znacznie liczniejszej grupie obywateli, niż zdają się wierzyć krytycy obecnego rządu”.

W sondażu IPSOS dla OKO.press z października 2016 r. zadano pytanie, co należałoby zrobić w związku z tym, że „Europa przeżywa kryzys”. Wprawdzie 43 proc. respondentów odpowiedziało: „pogłębić współpracę i zwiększyć rolę Komisji Europejskiej”, ale niemal tyle samo – 41 proc. – poparło PiS-owską koncepcję „ograniczenia współpracy do spraw gospodarczych i zwiększenie niezależności państw”, a 8 proc. opowiedziało się za wystąpieniem Polski z Unii Europejskiej.

Te trendy niewątpliwie grają na korzyść Kaczyńskiego, który ma przed oczami przykład Węgier – kraju, który w chwili akcesji był jeszcze bardziej proeuropejski niż Polska. W sondażu z 2000 r. za wstąpieniem do UE opowiedziało się 70 proc. Polaków i aż 84 proc. Węgrów. W dzisiejszych badaniach wciąż zdecydowanie przeważają tam ci, którzy uważają, że członkostwo w UE jest dla Węgier korzystne – w lipcu 2016 r. uważało tak 70 proc. obywateli.

A jednak – mimo takich nastrojów – autorytarny i antyeuropejski premier Viktor Orbán cieszy się rzeczywistym poparciem większości społeczeństwa, gdy wytacza propagandowe i polityczne działa przeciw rzekomej unijnej opresji. W oficjalnej propagandzie Bruksela stała się niemal synonimem okupanta.

Rządzącym udało się umiejętnie zbudować wizerunek wroga bazujący na fobiach, uprzedzeniach i stereotypach zakorzenionych w umyśle przeciętego Węgra, dla którego Unia Europejska to nie „my, społeczeństwa Europy”, lecz mityczni biurokraci, wykorzenieni kosmopolici, żywiący się ośmiorniczkami bankierzy i finansiści, pożyczający biednemu ludowi forinty, a domagający się spłacania coraz droższych franków. Ci krwiopijcy chcą nas w dodatku zmusić do przyjęcia dziesiątków tysięcy przybyszy z krajów muzułmańskich. I kto nas przed tym może obronić? Tylko Viktor Orbán – człowiek, który się Unii nie kłania i buduje na południowej granicy zasieki.

Z węgierskich doświadczeń Jarosław Kaczyński z pewnością wyciągnął dwa wnioski: po pierwsze – należy wybrać dogodne pole sporu, w którym władza będzie mogła stanąć przeciw Unii po tej samej stronie barykady, co większość społeczeństwa. Na Węgrzech idealną okazją do tego było pojawienie się rzeki uchodźców przedostających się do kraju przez południową granicę. Węgrzy rzeczywiście widzieli ich na własne oczy i doświadczali związanych z ich obecnością niewygód.

W przeciwieństwie do tego przeciętny Polak żadnego muzułmańskiego uchodźcy nigdy nie widział, bo ich w naszym kraju praktycznie nie ma. Mimo to rządowa propaganda stara się eksploatować ten wątek, licząc na podobny efekt, jak na Węgrzech. Właśnie dlatego minister Błaszczak opowiada dyrdymały o unijnych „strefach szariatu, w których nie obowiązuje zachodnie prawo” i nie wpuszcza syryjskich sierot, które chciały przyjąć władze Sopotu.

Drugi wniosek płynący z węgierskich doświadczeń jest być może jeszcze ważniejszy – niezależnie od tego, jakie jest pole sporu, w oczach przeciętnego obywatela Unia Europejska musi być wrogiem, zaborcą i agresorem. Unia to „oni”. Obcy, którzy chcą „nas” ujarzmić i pozbawić tożsamości.

A jacy to „oni”, jeśli na czele Rady Europejskiej stoi Polak? Wprawdzie Polak najgorszego sortu i wnuk żołnierza Wehrmachtu, ale jednak Polak. To bardzo psuje klarowność obrazu. Dobrze zatem byłoby się go stamtąd pozbyć, zastępując kimś innym, najlepiej niemieckim gejem muzułmaninem, który idealnie ucieleśniałby zagrożenia płynące z Brukseli do Polski.

Przygotowania do decydującej bitwy

Jarosław Kaczyński niewątpliwie ma świadomość, że w nadchodzących miesiącach dojdzie do konfrontacji między Warszawą a Brukselą. Już dotychczasowe przypadki łamania standardów państwa prawa w Polsce spotykały się z protestami na Zachodzie, ale konflikt wciąż nie osiągnął poziomu krytycznego. Z miesiąca na miesiąc jednak ton sporu się zaostrza. Słowa o sankcjach politycznych i finansowych wobec Warszawy (i ewentualnie Budapesztu) padają coraz częściej i z coraz wyższego szczebla. W zeszłym tygodniu wprost powiedział o nich prezydent Francji Francois Hollande.

Prezes PiS niewątpliwie ma świadomość, że przygotowywane przez niego kagańcowe, antykonstytucyjne ustawy wywołają protesty nie tylko w kraju, ale i za granicą. Planowana likwidacja niezależności Krajowej Rady Sądownictwa z pewnością odbije się szerokim echem i wystawi rząd w Warszawie na krytyki i potępienia.
Punktem krytycznym będzie jednak tzw. „repolonizacja” mediów. Gdy polski rząd zacznie odbierać gazety i stacje telewizyjne oraz radiowe niemieckim i amerykańskim koncernom, tamtejsze rządy nie będą mieć wyboru. Pod naciskiem swoich środowisk biznesu będą musiały wkroczyć do akcji przeciw dyktaturze Kaczyńskiego.
A wówczas prezes zacznie wołać „Ratunku, Niemcy mnie biją!”. Przyznacie, że to brzmi znacznie lepiej niż „Tusk mnie bije!”.

STRZAŁ W 10 !!

NO TO JEST SENSACJA !!! Przeczytajcie mema !!! Oświadczenie majątkowe Szyszki:

Waldemar Mystkowski pisze o dwóch wypadkach pisowskich polityków: Macierewicza i Szydło. I co z nich wynika.

Macierewicz i Szydło – ludzie katastrofy

Obydwa wypadki – Antoniego Macierewicza pod Toruniem i Beaty Szydło w Oświęcimiu – łączy pisowskie signum: łamanie procedur i powypadkowe szukanie winnych wśród innych. Znacie to? Tak! Do najbardziej spektakularnej katastrofy doszło pod Smoleńskiem, tam zostało zabitych (jak chce PiS „poległych”) 96 osób. W Toruniu i Oświęcimiu doszło do katastrof drogowych, a te są „bezpieczniejsze” od lotniczych. Gdyby jednak Macierewicz, bądź Szydło stracili życie („polegli”), mielibyśmy kolejne osoby w panteonie partii Kaczyńskiego. Sprawcami byliby jacyś lokalni Putin, bądź Tusk.

Czy pozabijają się Macierewicz, czy Szydło, jest drugorzędne, mogą wszak zabić niewinnych ludzi, którzy na nich nie głosowali. W tym wypadku prawdopodobieństwo (19% elektoratu głosowało na PiS)  jest jak 5:1. Brak procedur w prawie nazywa sie bezprawiem – o to jest gorsze niż katastrofa smoleńska – bo katastrofa taka dotyczy całego kraju, właśnie znajdujemy się w fazie lotu pikującego, brzozą w tym wypadku będzie Bruksela. Tak walniemy, że kilka pokoleń do przodu się nie pozbiera, bo taki jest sens katastrof – rozwala się w try miga i skutki są nieodwracalne.

Nie chcę snuć porównań ogólnych, powrócę do wypadków pod Toruniem i w Oświęcimiu. Z jaką prędkością jechał Antoni Macierewicz do Torunia, wiemy, bo sam się przyznał przez o. Tadeuszem Rydzykiem. 240 km pokonał w 1 godzinę i 40 minut. Ile to wychodzi km na godzinę? To zadanie powinien rozwiązać Mariusz Błaszczak (dlaczego on? – o tym zaraz).

Z jaką prędkością Macierewicz wracał z Torunia na raut Kaczyńskiego, na którym to został uhonorowany przez sobie podległych dziennikarzy „Człowiekiem Wolności”? Należy podejrzewać, że z taką samą prędkością, z jaką jechał do Torunia. Przestępca nieukarany zawsze popełnia ten sam czyn. Recydywa – to przyzwyczajenie, a Macierewicz jest z tego znany. Recydywą jego jest, iż nie po drodze mu z rozumem i racjonalnościa, za to po drodze mu z Misiewiczem. Do wypadku Macierewicza doszło dlatego, że jego osobisty kierowca (ten sam, który wysługiwał się twórcom stanu wojennego) pomylił drogi, był doganiany ze zwiększoną prędkością przez inny pojazd w kolumnie Macierewicza. Podobno kierowca ministra obrony w ogóle nie hamował, zadziałały systemy zbliżeniowe.

Samochody nie miały autocasco, więc ich naprawa będzie opłacana z kasy państwowej. Kierowca Macierewicza dopuścił się następnie przestępstwa, bo zbiegł wraz z Macierewiczem z miejsca wypadku, a Macierewicz w drodze na raut swego zwierzchnika mógł obmyślić, jak zabezpieczyć „niewinność” swoich podwładnych żandarmów. No, jak to zrobił? Zgadliście! Przekupstwo to najstarsza metoda na świecie. Żandarmi z grupy ochronnej dostali 1700 zł dodatku do pensji. Mobilizujące. Gdyby jeden koleś z drugim zechciał odejść i nie daj boże mówić, dodatek traci.

Macierewicz ma łeb jak sklep, a nawet supermarket. Czy taki łeb ma Błaszczak, który wypowiadał się o katastrofie w Oświęcimiu z Beatą Szydło? Błaszczak ma większy łeb, bo wielkości sporej galerii handlowej. Oto po publikacji „Rzeczpospolitej”, w której opisano wypadek oświęcimski z winą konowoju z pasażerką Szydło, Błaszczak w programie 1 Polskiego Radia („Sygnały Dnia”) był powiedzieć: „Jedynym wiarygodnym źródłem informacji jest prokuratura. Już 11 lutego zrobiłem sobie takie proste ćwiczenie, droga tego samochodu to 56 km, czas przejazdu ok 40 minut. Gdy wpisze się w mapę elektroniczną, to jest czas zgodny z takim przejazdem”. Jeszcze dzisiaj matematykę na maturze zaliczyłby na pięć.

Acz nie zgadzają się z nim dziennikarze „Rzeczpospolitej” i politycy opozycji, mianowicie twierdzą, że kolumna poruszała się z prędkością 90 km na godzinę w terenie, w którym dozwolona jest prędkjość 50 km/h. Nie doszło do użycia sygnałów dźwiekowych, do jakich są proceduralnie zobowiązane pojazdy uprzywilejowane. Ba, poseł Platformy Krzysztof Brejza zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury o niezabezpieczeniu danych pojazdów (bo tachometry zostały poddane twórczemu zniszczeniu z zapisami technicznymi), ponadto kierowcy przekroczli czas pracy – 10 godzin dla kierowców, 12 godzin dla funkcjonariuszy BOR.

Limuzyna, która została rozwalona – audi za 2,5 mln zł – jeździła zaledwie 2 miesiące i skończyła na drzewie. I tym razem nikt nie został zabity, acz może zostać zniszczone życie 20-letniego kierowcy, który stał się ofiarą systemu PiS zwalania winy na innych.

PiS to szczególna partia. Czego się nie dotkną – kończy się katastrofą. Więc przypominam, iż rządzą Polską – więc co nas czeka? Katastrofa. Na razie kibicujemy innej katastrofie, mianowicie zamierzyli się na przewodniczącego Rady Europejskiej, najwyższego urzędu w skali globalnej sprawowanego przez Polaka. Czy zabiją tę największą karierę w historii Polski? Zdolni są do wszystkiego ludzie od katastrof.

Saryusz-Wolski mówił, że sam zrezygnował z EPP. Został jednak wyrzucony. Chadecy są wściekli, nazywają go „zdrajcą”

>>>

64 lata temu.

c6kq548waae6gmd

Jacek Saryusz-Wolski jest nie wątpliwie „bohaterem” weekendu. Bartosz T. Wieliński pisze w „Wyborczej”. W sumie dobrze się stało, że Jarosław Kaczyński postanowił do końca walczyć przeciwko Donaldowi Tuskowi. Europa będzie wreszcie musiała zareagować.

dobrze

Sposób, w jaki podjęto decyzję o wystawieniu przeciwko Tuskowi Jacka Saryusza-Wolskiego, sporo mówi o tym, jak jest sprawowana w Polsce władza. Postanowił o tym nie rząd, ale partia – to komitet polityczny PiS zobowiązał premier Beatę Szydło do niepopierania Tuska.

Mocno zapachniało PRL, czasami, gdy nie ukrywano, że szef rządu jest jedynie figurantem, a krajem rządzą biuro polityczne i pierwszy sekretarz.

O tym, że w Polsce PiS władza sprawowana jest tak samo, wiadomo było od samego początku. Jednak nigdy wcześniej jej mechanizmy nie zostały w tak jaskrawy sposób obnażone jak teraz. No, ale chodzi przecież o osobistego wroga Jarosława Kaczyńskiego, którego prezes obwinia o śmierć swojego brata i którego najchętniej widziałby w kajdankach na ławie oskarżonych.

Gdy w grę wchodzą tak wielkie emocje, nie ma miejsca na subtelność. Racja stanu też nie odgrywa większej roli.

Jeszcze niedawno polscy i europejscy dyplomaci snuli rozważania, jak na unijnym szczycie Beata Szydło wybrnie z tej kabały. Rozważano scenariusz, w którym podczas głosowania premier wyszłaby z sali obrad, np. odebrać ważny telefon. Inne rozwiązanie: podczas głosowania nie padłoby pytanie kto jest za, ale kto jest przeciw Tuskowi.

W obydwu sytuacjach premier Szydło mogłaby z czystym sumieniem wrócić do Polski i powiedzieć, że na byłego premiera nie głosowała. Dla Kaczyńskiego takie kompromisowe rozwiązanie to za mało. Prezes PiS dąży do tego, by wroga obedrzeć z godności. Miesiąc temu podczas spotkania w warszawskim hotelu Bristol całował w dłoń kanclerz Angelę Merkel, dziś w haniebny sposób wytyka Tuskowi, że jest nie polskim, lecz niemieckim kandydatem na szefa Rady Europejskiej.

Być może Jarosław Kaczyński liczy, że swoim uporem zmusi Europę do ustępstw. 10 lat temu, gdy na szczycie w Brukseli negocjowano traktat lizboński, jego brat Lech Kaczyński tak długo stawał okoniem w sprawie systemu liczenia głosów w Radzie Europejskiej (Polska domagała się wówczas przyznawania głosów według pierwiastka kwadratowego wyciąganego z liczby ludności), że ostatecznie Merkel, by ratować traktat, musiała dzwonić do Warszawy i negocjować z premierem Jarosławem Kaczyńskim.

Teraz nie chodzi jednak o traktat, ale o przywódcę Europy w ciężkich czasach, gdy Unia trzeszczy w szwach, a jej wrogowie na wschodzie i zachodzie rosną w siłę.

Czy Kaczyński może cokolwiek osiągnąć? Chyba jedynie to, że zniechęceni do Polski unijni politycy zdecydują się postawić na jeszcze innego kandydata niż Tusk czy Saryusz-Wolski. Byłby to pierwszy przypadek, gdy rządowi państwa UE udałoby się utrącić kandydaturę rodaka. Reputacja Polski osiągnęłaby dno.

Unia Europejska stoi dziś przed szansą, by dobitnie pokazać Kaczyńskiemu, że nie akceptuje jego zagrywek. Ani w sprawie przewodniczącego Rady Europejskiej, ani w kwestii łamania przez rząd PiS podstawowych wartości UE: praworządności, niezależności sądów, wolności mediów. Trwająca od roku procedura Komisji Europejskiej w sprawie łamania praworządności w Polsce to żmudny proces przekonywania Warszawy, że błądzi. Efektów na razie nie widać. Tymczasem kraje Unii mogą w tej sprawie natychmiast wysłać Warszawie jasny sygnał. Wystarczy, że zignorują sprzeciw rządu PiS i wybiorą Tuska.

Niech politycy PiS na własnej skórze odczują, jak niewiele ich sprzeciw znaczy – będzie to boleśniejsze tym bardziej, że Tuska poprą węgierscy sojusznicy. Niech zobaczą, jak to jest być w Europie izolowanym. Niech poczują smak klęski. Taka lekcja da im do myślenia.

c6gejktwyaactnz

Zaś Waldemar Mystkowski uważa, że Polak Polakowi wilkiem.

kaczynski

Unia Europejska miała okazję zobaczyć, jak sprawowana jest władza w Polsce. Decyzję o niepoparciu Donalda Tuska na reelekcję przewodniczącego Rady Europejskiej nie podjęły osoby sprawujące władzę wykonawczą w Polsce (premier bądź prezydent), ale komitet centralny PiS, bo takim jest komitet polityczny tej partii.

A do tego znając strukturę zarządzania w tej partii, gdzie prezes jest nieusuwalny, nawet chyba po jego śmierci, bo nie ma w statusie PiS takiego punktu, decyzję podjął I sekretarz tej partii, czyli prezes.

Tak wygląda władza w Polsce, władza nieodpowiedzialna, takim też kandydatem nieodpowiedzialnym PiS jest Jacek Saryusz-Wolski. W tym wypadku nieodpowiedzialność ma bardzo ostrą wymowę, polska racja stanu zostana znokautowana przez zawodnika wagi muszej, taka też jest wartość Kaczyńskiego w UE.

Kaczyński nie znokautował Tuska, ale polską rację stanu, kruchą roślinkę, która była hodowana przez ogromną większość polityków po 1989 roku i pielęgnowana przez społeczeństwo polskie – i jak drzewa w lex Szyszko, tak racja stanu w lex Kaczyński – została ścięta.

Prezesa PiS mało obchodzi Polska, zarówno tutaj i na zewnątrz, interesują go chore pomysły zbudowane na glebie jego kompleksów. Da się to porównać do narośli w anatomii, do nowotworu. Czy ten nowotwór jest złośliwy, śmiertelny, czy jeszcze niegłęboko zakorzeniony i da się go wyciąć? – przekonamy się dość szybko.

Usunąć taką zrakowaciałą tkankę może tylko świetny onkolog. Ale nie może być on przeprowadzać operacji na samym sobie, ani z rodziny. Kto zatem poda rękę Polsce, kto nam pomoże?

Saryusz-Wolski nie ma żadnych szans na szefa Rady Europejskiej, na co więc liczy? Na szefa polskiej (pisowskiej) dyplomacji po Waszczykowskim? Jeżeli ma trochę wybraźni, to musi mieć świadomość jak zdegradował swoją pozycję przetargową na salonach dyplomatycznych.

Wracając do sytuacji Tuska. Stała się nagle skomplikowana, ale czy rok temu z okładem wiedzieliśmy, że PiS będzie tak demolował Polskę? Na szczycie europejskim Tusk nie zostanie zgłoszony przez delegata polskiego, czyli Beatę Szydło. Może zgłosić się sam, tak mówi Artykuł 15 Traktatu o Unii Europejskiej w punkcie 5 o reelekcji przewodniczącego, która może być raz odnawialna.

A to znaczy, że Tusk sam się zgadza na swoją „odnawialność”. Zatem nie jest niemieckim kandydatem, co stara się Kaczyński wmówić ciemnemu ludowi. Skomplikowanie dotyczy zupełnie czego innego. Mianowicie Unia znajduje się w okresie trudnym, dyskusji na swoją przyszłością, której 5 wariantów w Parlamencie Eurropejskim niedawno przedstawił szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Szefowie krajów członkowskich UE mogą bać się wojny polsko-polskiej, a do tego mogłaby ona mieć aneks w postaci zapowiadanego przez Kaczyńskiego wydania europejskiego nakazu aresztowania za Tuskiem. I to może być przez Szydło rzucone na szalę podczas szczytu.

To nie człowiek człowiekowi wilkiem, to Polak Polakowi wilkiem, a poprzez strukturę władzy obecnie sprawowanej w kraju wydać wyraxnie – Kaczyński jest Polakowi wilkiem, tj. Tuskowi. W prezesie wszystko wyje z zemsty, a wraz z nim jego wataha.

c6jut-exeaajhow

Kleofas Wieniawa jest jeszcze dosadniejszy.

pis-nie

Unia Europejska miała okazję zobaczyć, jak sprawowana jest władza w Polsce. Decyzję o niepoparciu Donalda Tuska na reelekcję przewodniczącego Rady Europejskiej nie podjęły osoby sprawujące władzę wykonawczą w Polsce (premier bądź prezydent), ale komitet centralny PiS, bo takim jest komitet polityczny tej partii.

A do tego znając strukturę zarządzania w tej partii, gdzie prezes jest nieusuwalny, nawet chyba po jego śmierci, bo nie ma w statusie PiS takiego punktu, decyzję podjął I sekretarz tej partii, czyli prezes.

Tak wygląda władza w Polsce, władza nieodpowiedzialna, takim też kandydatem nieodpowiedzialnym PiS jest Jacek Saryusz-Wolski. W tym wypadku nieodpowiedzialność ma bardzo ostrą wymowę, polska racja stanu zostana znokautowana przez zawodnika wagi muszej, taka też jest wartość Kaczyńskiego w UE.

Kaczyński nie znokautował Tuska, ale polską rację stanu, kruchą roślinkę, która była hodowana przez ogromną większość polityków po 1989 roku i pielęgnowana przez społeczeństwo polskie – i jak drzewa w lex Szyszko, tak racja stanu w lex Kaczyński – została ścięta.

Prezesa PiS mało obchodzi Polska, zarówno tutaj i na zewnątrz, interesują go chore pomysły zbudowane na glebie jego kompleksów. Da się to porównać do narośli w anatomii, do nowotworu. Czy ten nowotwór jest złośliwy, śmiertelny, czy jeszcze niegłęboko zakorzeniony i da się go wyciąć? – przekonamy się dość szybko.

Usunąć taką zrakowaciałą tkankę może tylko świetny onkolog. Ale nie może być on przeprowadzać operacji na samym sobie, ani z rodziny. Kto zatem poda rękę Polsce, kto nam pomoże?

Saryusz-Wolski nie ma żadnych szans na szefa Rady Europejskiej, na co więc liczy? Na szefa polskiej (pisowskiej) dyplomacji po Waszczykowskim? Jeżeli ma trochę wybraźni, to musi mieć świadomość jak zdegradował swoją pozycję przetargową na salonach dyplomatycznych.

Wracając do sytuacji Tuska. Stała się nagle skomplikowana, ale czy rok temu z okładem wiedzieliśmy, że PiS będzie tak demolował Polskę? Na szczycie europejskim Tusk nie zostanie zgłoszony przez delegata polskiego, czyli Beatę Szydło. Może zgłosić się sam, tak mówi Artykuł 15 Traktatu o Unii Europejskiej w punkcie 5 o reelekcji przewodniczącego, która może być raz odnawialna.

A to znaczy, że Tusk sam się zgadza na swoją „odnawialność”. Zatem nie jest niemieckim kandydatem, co stara się Kaczyński wmówić ciemnemu ludowi. Skomplikowanie dotyczy zupełnie czego innego. Mianowicie Unia znajduje się w okresie trudnym, dyskusji na swoją przyszłością, której 5 wariantów w Parlamencie Eurropejskim niedawno przedstawił szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker.

Szefowie krajów członkowskich UE mogą bać się wojny polsko-polskiej, a do tego mogłaby ona mieć aneks w postaci zapowiadanego przez Kaczyńskiego wydania europejskiego nakazu aresztowania za Tuskiem. I to może być przez Szydło rzucone na szalę podczas szczytu.

To nie człowiek człowiekowi wilkiem, to Polak Polakowi wilkiem, a poprzez strukturę władzy obecnie sprawowanej w kraju wydać wyraxnie – Kaczyński jest Polakowi wilkiem, tj. Tuskowi. W prezesie wszystko wyje z zemsty, a wraz z nim jego wataha.

c6gwjm-waaaxxux

W tym samym dniu Polacy zdobyli mistrzostwo świata w drużynie w skokach narciarskich w Lahti. Złoto nie przykryje zapachu tej przykrej konstystencji, która zajeżdża od PiS.

c6lepuyxmaeoofu

>>>