Archiwum dla Kwiecień, 2017

Marcin Kącki („Wyborcza”) pisze o sobotnim marszu ONR. Nie ma znaczenia, ilu było w sobotę ONR-owców na ulicach Warszawy. Ważne, że szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa. A policja, która usuwała z ich drogi protestujących, dała jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Około tysiąca członków i sympatyków z ONR przeszło w sobotę ulicami Warszawy. Jeden obraz z tego marszu utkwił we mnie i nie opuszcza.

ONR świętował w Warszawie rocznicę swojego powstania. „Polska to kraj króla Ubu”

Młody, niewysoki mężczyzna ma grzywkę zaczesaną pieczołowicie, równiutki przedziałek, krawat pod białym kołnierzykiem. Białe mankiety świecą spod czarnego płaszcza, a na rękawie zielona opaska z falangą, symbolem Obozu Narodowo-Radykalnego. Na twarzy powaga, dumnie uniesione brwi. Czyta odezwę o odrodzeniu się ONR, o jego wzrastającej sile.

Kartkę trzyma w czarnych, grubych, skórzanych rękawiczkach, które dopełniają pedantyzmu przerażającej estetyki. Nie wiem, dlaczego młody z ONR je włożył, jako jedyny, bo na marszu w Warszawie zimno nie było. Ale efekt osiągnął – mam dreszcze, ilekroć na niego patrzę.

Bo te skórzane rękawiczki, obok czarnej swastyki na czerwonym tle, były chyba najczęstszym motywem estetyki faszyzmu na historycznych zdjęciach, ale i w popkulturze – od „Cabaretu” Boba Fossa, po metafory z kosmicznych filmów George’a Lucasa czy Quentina Tarantino.

Skórzane rękawiczki są dopełnieniem doskonałości u tego młodego chłopaka i tak brzmi jego przekaz: jestem doskonały i chcę was uczynić na swój wzór.

W latach 30. XX wieku młodzi z ONR wyganiali z uczelni żydowskich studentów, siali nienawiść, by w końcu trafić do lamusa po decyzji władz sanacyjnych o ich delegalizacji.

W programie mieli wykluczenie, pogardę dla inności, bezwarunkową dyscyplinę opartą na fałszywej symbolice wyższości.

W latach 40. na tych samych ulicach stolicy hitlerowcy wcielali w życie ich hasła, mordując Żydów – podludzi.

To, że w kwietniu 2017 r. spadkobiercy tamtego ONR, z tym samym programem, przemaszerowali tymi samymi ulicami Warszawy, jest dla nas wszystkich siarczystym policzkiem na odlew, choć i zapewne dla wielu przodków z tych młodych, którzy nieśli zielone flagi z falangą.

Nie ma znaczenia, czy ONR-owców było w sobotę tysiąc, jak sami podają, czy byłoby ich dwudziestu. Szli po raz pierwszy kordonem z asystą policji, czyli państwa, które dało im status poważnej siły politycznej. Policja, która szarpała i usuwała z ich drogi protestujących, dała też jasny sygnał: precz od faszystowskich poglądów.

Nie ma sensu apelować do Prawa i Sprawiedliwości, bo język pogromowy Jarosława Kaczyńskiego („pierwotniaki roznoszone przez uchodźców”) już dawno zalegitymizował nienawiść, a kolejne wypowiedzi jego marionetek tylko to utrwalają. Nie ma też sensu wypominanie PO, że nic z tym nie zrobiła, bo straciłem złudzenia, by Platforma była zdolna do odważnych decyzji wbrew badaniom sondażowym.

Jest jeszcze Kościół, który dostał od historii nauczkę, że mariaże z nacjonalizmem kończą się prędzej czy później w piekle (Pius XI i traktaty laterańskie z Mussolinim).

Nadzieję dała odezwa biskupów sprzed kilku dni potępiająca nacjonalizm, ale zaraz została zgaszona przez bydgoskiego, bardzo popularnego wśród młodzieży księdza Romana Kneblewskiego, który po marszu w Warszawie napisał: „Dzisiaj ONR w Wawie. Serce rośnie!”.

Widać zatem, że przekaz z ambony Episkopatu jest albo spóźniony po latach antysemityzmu w Radiu Maryja, albo już ignorowany.

Nie wiem zatem, co może przeszkodzić młodemu z ONR, nim zdejmie skórzane rękawiczki i przejdzie do czynów gołymi rękami, bo historia w swojej progresji dziejów podpowiada już tylko najgorsze scenariusze.

Skoro wczoraj był Białystok, a dzisiaj Warszawa, to pozostaje cytat z nazistowskiej piosenki w „Cabarecie”: „Tomorrow belongs to me”.

Jeśli się mylę, to do zobaczenia w lepszej Polsce.

Waldemar Mystkowski pisze o heroinach PiS.

Maria Szonert-Binienda nie jest kimś wyjątkowym na tle pisowskiej czeredy, a wręcz jest tłem dla czegoś wyjątkowego. Jej czyny duchowe – na razie nie są rzeczywiste – w postaci widzenia Donalda Tuska w mundurze SS czy też Radosława Sikorskiego dyndającego na szubienicy – są wyjęte z atmosfery PiS.

Wszak Szonert-Binienda zilustrowała słowa Jarosława Kaczyńskiego, iż Tusk jest niemieckim pachołkiem, a główny ideolog prezesa Zdzisław Krasnodębski nawet miłosiernie proponował, aby szef Rady Europejskiej przyjął obywatelstwo niemieckie.

Czym zresztą różni się Tusk w mundurze SS od Tuska w mundurze dziadka z Wehrmachtu? Napiszę tak: Szonert-Binienda nie wyprze się swojego skoligacenia z PiS. O tym może poświadczyć jej „rodzony” mąż Wiesław Binienda, który tyle lat w zespole Macierewicza wyżymał swój lichy umysł, aby dowieść winy Tuska. Żona teraz dokonuje egzekucji.

Szonert-Binienda zamiast wystawić pierś do chwały i do jakiegoś medalu za waleczność oraz za patriotyzm pisowski wypiera się swojej twórczości i ceduje na rzecz jakiegoś hakera. To ile lat ten haker obsługiwał jej konto? Czy aby ten haker to nie Maria Szonert-Binienda albo jej „rodzony” mąż Wiesław, który bez hakera trudnił się hakowaniem rozumu?

Hakerstwo Biniendów to znamię PiS. Acz Szonert-Biniendę można posądzić o plagiat. Jej poprzedniczka Beata Nowosielska z Ministerstwa Środowiska chciała Donalda Tuska witać szubienicą i kajdankami, gdy ten zjawił się w Warszawie, aby stawić się w prokuraturze.

Nowosielska to pre-Szonert-Binienda albo inaczej: Szonert-Binienda to post-Nowosielska. Choć nie chcę rozstrzygać, kto ma pierwszeństwo w wieszaniu Tuska, czy też w mundurze SS dla Tuska, czy też dla Sikorskiego, wiem, że w tym chorym pojedynku o pierwszeństwo sekundantem jest Jarosław Kaczyński.

Prezes PiS jako arbiter przygląda się, jak trup ściele się gęsto. Pre-Szonert Nowosielska zapłaciła stanowiskiem w ministerstwie, przestała być dyrektorem departamentu, wypadła też z rady nadzorczej czegoś tam. O tym wiemy, o reszcie – nie. A nasza wiedza o takich przypadkach, jak Nowosielska i Szonert-Binienda jest szczątkowa, jak to lubią grafomani nazywać: obydwie i ich czyny są wierzchołkiem góry lodowej.

Bo tak naprawdę ani Nowosielską, ani Szonert-Biniendę nie spotka żadna krzywda. Działa syndrom Misiewicza. Jak nie tu się przesadzi tę szemraną postać, to gdzie indziej. Szonert-Biniendę widziano w Toruniu na forum unijnym, a Nowosielską w Tucznie w słynnej stodole ministra Szyszki, gdzie odbywa się międzynarodowa konferencja i gdzie Nowosielska przywieziona została limuzyną ministra.

Szonert-Binienda i Nowosielska to esencja PiS. I nie one zostały zhakowane, czy też ich konta na portalach społecznościowych. To takimi postaciami Polska została zhakowana, taki jest abordaż PiS.

Kleofas Wieniawa też pisze o ONR.

Sobotni marsz ONR w Warszawie odkurzył faszyzm w esencjonalnej postaci. Można zastanawiać się, na ile jest on do powstrzymania? Na pewno trzeba zadać pytanie: dlaczego władze Warszawy dały pozwolenie?

Że ONR jest legalny? Nie satysfakcjonuje mnie. Akuszerem tej postaci faszyzmu, bo to już nie jest żaden nacjonalizm (przedszkole faszyzmu) jest PiS.

Pod władzą PiS faszyzm szbko „dojrzewa”. A wydawało sie, że zniknął z umęczonej stolicy po 1945 roku. Zdjęcia ONR-owców z „heil” są przerażające.

Żadnych pozytywnych nadziei nie można pokładać w policji, bo ta zarządzane przez Mariusza Błaszczaka w sferze rozumu jest mamrotem.

Przekonali sie o tym kontrdemontranci Obywatele RP, w tym jeden starszy siwowłosy obywatel, który był przez policję targany po jezdni i chodniku.

Takie małe ćwiczenie przed miesięcznicami, z których fetor przeniósł się na pobratymców z ONR. To jest zapaskudzona Polska, przegrana na arenie międzynarodowej, niedługo będzie sekowana przez dojrzałe demokracje w ramach wszelkich standardów, które po wyboirach 2015 roku nie są dotrzymywane.

Mała Polska w najgorszym wydaniu. Podkreślam: PiS jest akuszerem tej wólki, tego zatyłkowia.

Van i jego Mona.

>>>

Reklamy

Też mnie to zastanawia czemu łyse mięśniaki z ONR-u chowają się za krzyżem. Może im Kościół uświadomi, co oznacza ten symbol.

Waldemar Mystkowski pisze o Jacku Saryusz-Wolskim, który się wybudził ze śpiączki po nokaucie 1:27.

Jacek Saryusz-Wolski dał się wykorzystać do „sukcesu” 1:27, który to przejdzie do historii „powstawania z kolan”, aby w wyniku tego heroicznego aktu uderzyć głową o powałę. Polska pisowska leży, Saryusz-Wolski zaliczył w związku z tym glebę.

Mogło się wydawać, że na tym skończy się jego „pięć minut”, poleży, pozipie – takim zipaniem była nawałnica wpisów na Twitterze pisanych językiem ezopowym. Ja na ten przykład dochodziłem do stanu, iż usłyszawszy nazwisko „Saryusz-Wolski”, pytałem: kto to?

A przecież ten „sukces” był niedawno i to nie ja skoczyłem na główkę. Saryusz-Wolski dochodzi do przytomności i zaczyna kombinować. Wszak musi przekuć „sukces” na sukces bez cudzysłowu. Toż to nie kiep. Rozglądnął się wokół siebie, sytuacja PiS jeszcze bardziej się pogorszyła. W takiej Francji po zwycięstwie Emmanuela Macrona dyplomacja Witolda Waszczykowskiego nie będzie miała czego szukać.

Kompromitacja na wszystkich możliwych frontach, nawet nie uratowałaby sytuacji Canossa na wzór dwóch krzyżackich mieczy i Bartosz Kownacki, który posypawszy głowę popiołem pojechałby do Paryża pod Łuk Triumfalny z dwoma widelcami.

Po wyborach prezydenckich we Francji, a już zwłaszcza po wyborach w Niemczech, służby dyplomatyczne muszą dostać nowego szefa. Niech Waszczykowski knoci na innych frontach. I jakaś szansa otwiera się przed Saryusz-Wolskim. Mała szansa, bo mała, gdyż jego związki z PiS są bardzo świeże, a takich „pan” Kaczyński nie lubi. Nie był Saryusz-Wolski odpowiednio długo hartowany upokorzeniami, wszak ulubioną formą dochodzenia do lojalności w partii prezesa.

W technologii metali istnieje forma największej twardości (lojalności), którą uzyskuje węglik spiekany. W języku kolokwialnym można ją porównać do tego, jak człowiek rozumny za wszelką cenę chce zostać bucem. Do tego trzeba nie lada samozaparcia, twardości. I tę przyspieszoną formę zapiekłości w sobie, stania się bucem wśród buców, można było zaobserwować w wypowiedzi Saryusz-Wolskiego w „Gościu Wiadomości” TVP Info.
Ta zapiekłość w sobie Saryusz-Wolskiego to: „Polska jest w UE traktowana jako „chłopiec dla bicia”, taką taktykę obrano wobec nas i Węgier”. Albo „Nikt wcześniej nie domagał się rozstrzygania o sprawach wewnętrznych na arenie międzynarodowej”. Nie ma to wiele wspólnego z prawdą, lecz w PiS nie o to chodzi.

Na miejscu prezesa pokiwałbym głową na wypowiedzi Saryusz-Wolskiego: „No, ładnie, prawie mówisz, jak ja”, ale to trzeba latami spiekać w sobie taką bucowatość. Popatrz, panie Jacku, na Beatę Szydło, popłakała się na szczycie unijnym, gdy Tuska wybrali, dostała kwiaty, uśmiechnęła się i mamy sukces.

Saryusz-Wolski ma niewiele czasu, aby prezesa do siebie przekonać. Takich wystąpień robienia z siebie buca musi zaliczyć bez liku, a szanse ciągle niewielkie. Ktoś jednak po Waszczykowskim musi objąć tę niewdzięczną funkcję, aby knocić wizerunek Polski na zewnątrz. Ławka jest jednak krótka.

Kleofas Wieniawa pisze o nowej bohaterce wyklętej, Mariii Szonert-Binienda.

Szczyt unijny dotyczący wytycznych w sprawie Brexitu zakończył się sukcesem. 27 państw członkowskich jednomyślnie dało mandat instytucjom unijnymym do negocjowania ze stroną brytyjską o jak najlepsze warunki rozstania.

Nawet nasza pani premier z logoreą była zadowolona, że stanęła po stronie większości i osiągnęła wynik 27:0.

Ale i tam dopadło nas polactwo. Donald Tusk wypowiedział się na temat konsul „honorowej” w USA (Acron, Ohio) Marii Szonert-Biniendy, która to metodą voodoo wbijała szpilki w wizerunek Tuska, przedstawiając go na Facebooku w fotomontażu w mundurze SS.

Owe voodoo nie jest jednak bezdomne, bo wyznawcą tej formy terapeutycznej jest prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Tusk o pani niehonorowej Szonert-Biniendzie był powiedzieć: „Mogę z przykrością stwierdzić, że do tej pory prokuratura nie wykazywała gorliwości, żeby ścigać z urzędu te ewidentne wykroczenia czy przestępstwa, dlatego tym razem postanowiliśmy tak, bo to za moją zgodą, skłonić jednak prokuraturę do działania. To skandal, który będzie kosztował niestety także Polskę, bo to przecież nie urzędnik, ale jednak konsul honorowy i to fatalnie wpływa Polski – i w Stanach Zjednoczonych i tu, w Europie. Tak szczerze powiedziawszy to w głowie mi się nie mieści, że ktoś taki może być konsulem i to jeszcze ten przymiotnik „honorowym” .

Pełnocmocnik Tuska adwokat Roman Giertych zapowiedział, iż do prokuratury złożony zostanie wniosek o ściganie z urzędu konsul „honorowej” Szonert-Biniendy.

A wszystkim wiadomo, jak skutecznym jest adwokatem Giertych. Na miejscu Zbigniewa Ziobry wypytałbym o koligacje rodzinne, czy aby ta pani niehonorowa nie jest związana z nim więzami krwi, bo więzami mentalnymi – na pewno.

Nawet Szydło otworzyła usta i wyszły z nich słowa: „Oczekuję w tej chwili szybkiej decyzji ministra spraw zagranicznych”.

Ale Waszczykowski nazwany ministrem był się wypowiedzieć, że Szonert-Binienda wypowiadała się na Facebooku prywatnie, bo ona państwowo tak nie sądzi (można mniemać wg logiki dyplomatołka Waszczykowskiego).

Cokolwiek politycy PiS by nie zrobili, zawsze wychodzi im groteska. O ich niechlujstwie intelektualonym i moralnym pisać się nie chce. Ile można pisać o „beleco”?

Były ambasador w USA Ryszard Schnepf pisze, jak to drzewiej z panią niehonorową bywało.

>>>

Marek Beylin („Wyborcza”) pisze, iż przyszedł czas opozycji. Władza powinna być ustawicznie osaczana przez społeczeństwo. Niech opozycja zbiera teraz podpisy w sprawie referendum: „Czy jesteś za tym, by zgodnie z konstytucją sędziowie byli niezależni od rządzących polityków?”.

Nadszedł czas opozycji. Po półtorarocznych rządach PiS zaplątał się we własne portki. To, że w nowym sondażu Kantar Millward Brown (dla „Faktów” TVN i TVN 24) i Kantar Public dla „Wyborczej” Platforma wyprzedziła PiS, nie świadczy jeszcze o trwałej zmianie lidera, pokazuje jednak dobitnie słabość partii rządzącej.

W dodatku PiS nie wie na razie, jak się z tą słabością uporać. Wewnętrzne konflikty, ustawiczny pokaz śmieszności i nieudolności sprawiły, że władza zajmuje się głównie leczeniem własnych ran. Jest w defensywie, jak nigdy po wygranych wyborach.

Jeśli opozycja nie wykorzysta tej słabości, dowiedzie, że nadaje się jedynie do uprawiania gadulstwa, a nie polityki. Jest jednak problem, jak PiS skutecznie przyciskać.

Bo opozycji słabo wychodzi mobilizowanie ludzi, nie ma też takich pomysłów na Polskę po PiS, które przyciągnęłyby wahających się wyborców. A to oni zdecydują, kto wygra wybory.

W dodatku wyczerpuje się główna dotąd forma oporu: demonstracje. Są coraz mniej liczne nie tylko wskutek „wojny na górze” w KOD. Co ważniejsze, nie da się utrzymać stałej emocjonalnej mobilizacji ludzi, która przesądza o tym, czy wyjdziemy na ulice. Bez takich emocji udział w demonstracjach staje się rutynowym obowiązkiem przyciągającym jedynie najbardziej zmotywowanych. W efekcie słabnie widoczność sprzeciwu w społeczeństwie. A ludzie czują się bardziej osamotnieni wobec władzy.

Jak ożywić opór i emocje budujące wspólnotę sprzeciwu, z której wielu Polaków mogłoby czerpać poczucie siły? Dobry przykład dała akcja referendalna w sprawie gimnazjów. Ponad 900 tys. zebranych podpisów i umiejętna, merytoryczna perswazja przekształciły rozproszone niezadowolenie w polityczny taran kruszący władzę PiS. To przecież głos „ludu”, do którego władza odwołuje się w propagandzie, by zalegitymizować swe poczynania. Co więcej, jeśli rządzący zlekceważą te podpisy, potwierdzą, że mają gdzieś obywateli, jeśli ulegną, dowiodą własnej megakompromitacji.

Takich taranów trzeba nam więcej, bo władza powinna być ustawicznie osaczana przez społeczeństwo.

Niechże więc opozycja zacznie zbierać teraz podpisy w sprawie referendum: „Czy jesteś za tym, by zgodnie z konstytucją sędziowie byli niezależni od rządzących polityków?”. Według sondaży większość Polaków opowiada się za taką niezależnością. Ale kilkaset tysięcy podpisów pod takim wnioskiem potwierdziłoby wagę konstytucji i zasady niezależności sądownictwa oraz utrudniłoby rządzącym wyrwanie się z defensywy.

Następnie warto by wszcząć taką akcję w kwestii pozostania Polski w Unii Europejskiej. Bo Kaczyński, wbrew swym deklaracjom, może nas z UE chyłkiem wyprowadzać. Bliżej mu do Turcji niż do Brukseli.

Takie działania podtrzymają gniew i rozczarowanie władzą. A PiS w staraniach, by odzyskać moc, coraz bardziej będzie przypominał psa bezskutecznie kręcącego się w kółko, żeby złapać własny ogon.

Akcje referendalne przekonają też wielu, że protesty są trwałe i widoczne. Co wpłynie na tych, którzy wciąż się wahają. W dodatku każdy, kto złoży podpis, poczuje się uczestnikiem rozszerzającej się wspólnoty sprzeciwu. W tym dziś siła.

Roman Imielski analizuje władzę z jej pozycji klęczącej.  Przygnieciony serią wizerunkowych wpadek i autentycznych afer, gnębiony wewnętrznymi sporami i mało sprzyjającymi sondażami PiS zaczyna robić krok wstecz. Właśnie wycofał się z forsowania absurdalnego powiększenia Warszawy o ponad 30 podstołecznych gmin, zamykając jeden z pootwieranych przez siebie frontów walki.

To nie jest najlepszy okres dla obozu władzy. Jeszcze na początku roku wydawał się on monolitem, który walcem rozjeżdżał wszystko, na co miał ochotę. Ale to se ne vrati, przynajmniej na razie. Wiele nieskończonych wciąż bitew odbija się bowiem Prawu i Sprawiedliwości czkawką. Suweren zaczął brykać.

Nieprzygotowana i zwiastująca chaos w szkołach reforma edukacji zaowocowała zebraniem blisko miliona podpisów przeciwko planowanym zmianom i żądaniem referendum.

Próba zablokowania reelekcji Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej, zamiast zdyskredytować byłego premiera, w oczach wielu wywindowała go na męża opatrznościowego, który w 2020 r. może wygrać wybory prezydenckie.

Forsowana przez ministra środowiska Jana Szyszkę wycinka drzew oraz kuriozalne sprawy Bartłomieja Misiewicza i szefa podkomisji smoleńskiej Wacława Berczyńskiego były wizerunkową katastrofą dla PiS.

Do tego dochodzi polityczne kolesiostwo we wszelkich możliwych urzędach, instytucjach i spółkach skarbu państwa. I widoczne już jak na dłoni wewnętrzne walki buldogów zakończone publicznym dyscyplinowaniem traktującego armię jak prywatny folwark szefa MON Antoniego Macierewicza czy wyrażającej wątpliwości wobec polityki rządu minister cyfryzacji Anny Streżyńskiej.

To wszystko PiS mógłby pominąć, gdyby nie spadki w ostatnich sondażach, w których przegrywa z Platformą Obywatelską, a Andrzej Duda – w ewentualnej II turze wyborów prezydenckich z Tuskiem. Można by je zahamować, gdyby rządzący mieli w ręku poważne atuty. Tyle że program 500 plus już jest, obniżka wieku emerytalnego też, podniesienie pensji minimalnej również. Słowem – z socjalnego arsenału nie zostało prawie nic w odwodzie.

No i jest jeszcze niezwykle popularne kabaretowe „Ucho Prezesa” – a popadnięcie w śmieszność to jedna z najgorszych rzeczy, jaka może spotkać władzę.

Dlatego PiS musi zamknąć niektóre fronty. I tak właśnie zrobił z ustawą o powiększeniu Warszawy, która miała ułatwić przejęcie stolicy po wyborach samorządowych. Podstołeczne gminy stanęły okoniem. Bagatelizowane referendum w Legionowie było dla ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego szokiem – nie tylko okazało się ważne, ale aż ponad 94 proc. głosujących powiedziało „nie” dla planów PiS. Za chwilę podobne referenda przetoczą się przez kolejne gminy, a nastroje w nich wcale nie są przychylne władzy. Forsujący zmiany poseł Jacek Sasin, marzący o prezydenturze Warszawy (w ostatnich wyborach samorządowych znacząco przegrał z Hanną Gronkiewicz-Waltz), w końcu rzucił ręcznik.

To dobra wiadomość dla tych obywateli, którzy mają dość niszczenia państwa przez PiS. Bo im więcej problemów ma obóz władzy, tym większy sens ma społeczny nacisk. Po raz pierwszy efekt zobaczyliśmy jesienią zeszłego roku, gdy dziesiątki tysięcy kobiet zmusiły „czarnym protestem” do porzucenia projektu zaostrzenia prawa aborcyjnego. Ostatnio społeczny sprzeciw widzieliśmy w przypadku lex Szyszko, a teraz dał efekt w sprawie ustawy warszawskiej.

Suweren – tak często przywoływany przez polityków PiS – nie okazał się potulny jak baranek. I to najlepsza wiadomość dla Polski.

Waldemar Mystkowski pisze o Emmanuelu Macronie, jego wypowiedzi o Polsce i reakcji PiS.

Kandydat na prezydenta Francji – i z wielkim prawdopodobieństwem przyszły prezydent – Emmanuel Macron prowadzi ostrą kampanię wyborczą, bo za przeciwnika ma populistkę i nacjonalistkę Marine Le Pen, która stosuje sztuczki podobne, jak PiS, „Francja w ruinie”.

Macron musi się obawiać wszelkich cudów nad urną – jak w Polsce (PiS), jak w USA (Trump) – nie może pozostawiać pola populistom od ruin. Kampanię drugiej tury wyborów prezydenckich Macron zaczął od powiązania wartości gospodarczych ze standardami demokracji zachodniej i padło na… Polskę. Dopowiedzmy: Polskę pisowską. – „W ciągu trzech miesięcy po moim wyborze, zapadną pewne decyzje w sprawie Polski. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Nie możemy tolerować tego, że jakiś kraj, będący w Unii Europejskiej, rozgrywa różnice kosztów pracy i narusza wszystkie zasady UE, nie ma szacunku dla wartości Unii Europejskiej” – powiedział Macron w wywiadzie dla prowincjonalnej gazety. Z dala od Paryża Marine Le Pen ciuła elektorat, bo w stolicy Francji miała w I turze poniżej 5%.

Macron dosadnie nazywa to, czego ma doświadczyć Polska rządzona przez PiS: „Chcę, by sankcje zostały wprowadzone w kwestiach dotyczących praw i wartości Unii Europejskiej”. Nie są to przyjemne słowa dla Polaków, nawet gdy PiS traktuje się jako wcielenie zła. Jak traktuje Macrona rząd PiS? Byle jak. Bo przyszłemu prezydentowi odpowiada rzecznik rządu Rafał Bochenek. Mógł wybrać milczenie i byśmy potraktowali jako wykładnię „milczenie jest złotem”, ale Bochenek otworzył usta – za pozwoleniem Nowogrodzkiej, skąd wychodzą przekazy dnia – nazwał słowa Francuza: „To niefortunna wypowiedź”.

Można niejako się zgodzić, iż Macron zachowuje się protekcjonistycznie, lecz nie jest fortunny Bochenek, gdy określa słowa francuskiego kandydata: „negatywnie wpływają na rozwój wolnego rynku i w sposób jawny przeciwstawiają się wartościom, na jakich powinna być budowana UE”.

PiS będzie miał problem nie tylko z wartościami demokratycznymi, ale przede wszystkim z gospodarczymi, bo Europa kilku prędkości w pierwszym rzędzie postawi na rozwój gospodarczy. Nie wiadomo, kto miałby odpowiedzieć Macronowi. Obawiam się, że Waszczykowski stanąłby na znanym nam wszystkim stanowisku dyplomatołka (nie spotkał się z Macronem, tylko z Marine Le Pen). Mateuszowi Morawieckiemu wypsnęłaby się niewiedza ontologiczna i postawiłby naród ponad prawem.

Podobny kłopot przysporzą PiS-owi Niemcy, którzy będą wybierać między Angelą Merkel a Martinem Schulzem. Merkel uważa, że Niemcy muszą współpracować z Polską – nawet pisowską – ale już niekoniecznie socjaldemokrata. Układ Merkel-Macron będzie równie nieprzyjemny dla Polski pisowskiej jak Schulz-Macron.

Więcej niż pewne, że po zwycięstwie Macrona nasza pozycja w Unii Europejskiej będzie coraz gorsza. Nie dziwię się zatem PiS, że woleliby Marine Le Pen, bo ta rozwaliłaby Unię i politycy PiS mieliby usprawiedliwienie: „to nie my, to wina… (tu wstawić odpowiednie nazwisko)”. Tak wygląda choroba pisowska, w tym wypadku choroba francuska, kiedyś nazywana francą. Polska pisowska powstała z kolan i od razu poległa. To zresztą ich ulubiony polityczny paradygmat sukcesu – „poległ, polegliśmy”.

Kleofas Wieniawa pisze o sankcjach, które mogą być nałożone na Polskę.

Nie jestem zdziwiony wypowiedzią kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macron, iż będzie zabiegał o nałożenie sankcji na Polskę. Najprawdopodobniej zastąpi Hollande’a w Pałacu Elizejskim, a gdyby jakimś cudem miała wygrać w II turze Marine Le Pen, będzie jeszcze gorzej. Francja prawicowa zawsze była antypolska, prorosyjska.

Po raz pierwszy w historii sprzyjała nam koniunktura międzynarodowa, zarówno Niemcy byli naszymi adwokatami, także Francja. Zostało to już w niwecz zaprzepaszczone przez PiS i „geniusz” Kaczyńskiego, który tak daleko nie odbiega od przysłowiowego Kononowicza ze wszystkimi „powstawaniami z kolan”.

Leżymy. Cieszmy się, że mamy Donalda Tuska, szefa Rady Europejskiej, który będzie hamował zapędy Macrona, ale niewiele wskóra w Unii różnych prędkości, bo jestesmy w niej „czerwoną latarnią”.

Macron, jak każdy liberał jest przychylny Polsce, lecz kampania wyborcza ma swoje prawa i nie może oddawać elektoratu Le Pen – odpowiednik hard naszego PiS. Dobrze postawę Macrona oddaje niedawny list sławnej Annette Laborey, która odmówiła przyjęcia orderu od Andrzeja Dudy: „Polska wpadła w ręce partii, którą mogłabym tylko zwalczać. Odznaczenie nadane takimi rękami zamienia się w zniewagę”.

I to jest powód takich, a nie innych słów Macrona. Gdyby na jego miejscu był kandydat gauliistów Francois Fillon usłyszelibyśmy podobne słowa.

Gdyby Wielka Brytania nie wychodziła z UE, także Theresa May powiedziałby podobnie. Polska ogrywana jest przez wszystkich, no może oprócz San Escobar.

Niedługo kampania i wybory w Niemczech, usłyszymy trawestację Macrona z ust Martina Schulza, a także Angeli Merkel, która będzie musiała wzmocnić swój zdecydowany przekaz, iż Unia nie będzie się rozłazić z powodu niszczenia standardów demokratycznych. Pod władzą PiS zostaliśmy w półtora roku chorym człowiekiem Europy, dopadł nas złośliwy nowotwór – kaczyzm. Zaścianek.

>>>

Wojciech Maziarski („Wyborcza”) pisze o koflikcie pokoleń – postsolidaruchów z nową lewicą. „Maziarski et consortes”, postsolidarnościowe zgredy, uniemożliwiają nowej lewicy przejęcie rządu dusz w Polsce?Spieszę sprostować: to nie ja, lecz wyborcy o tym decydują.

Dostało mi się od Stanisława Skarżyńskiego z OKO.press, bo ośmieliłem się skrytykować kilku lewicowych publicystów za niemądre szyderstwa z ludzi witających Donalda Tuska w Warszawie („Wyborcza” z 24 kwietnia). Ze wszystkimi tezami mojego oponenta polemizować nie będę, ale dwie rzeczy domagają się riposty.

Skarżyński pisze: „To Donald Tusk jest odpowiedzialny za to, że PiS jest dziś u władzy. To on PiS przez całe lata hodował i nie kiwnął palcem, żeby rozliczyć PiS za jego wyczyny z lat 2005-07. Wiadomo dlaczego: żeby mieć kim straszyć w kolejnych wyborach. (.) Kto nie postawił Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu? Tusk. (.) Kto przez lata nie tknął SKOK-ów? A jak PiS sfinansował całą tę propagandową machinę tłoczącą ludziom do głowy podstawy tego, co dziś jest smoleńską fizyką Macierewicza?” („Wyborcza”, 25 kwietnia).

Skarżyński twierdzi więc, że trzeba było w latach 2007-15 ostrzej rozprawić się z PiS-em, a wówczas nie mielibyśmy dziś tego, co mamy. Śmiała to teza i moim zdaniem kompletnie nieprawdziwa. Tak samo jak nieprawdziwa jest insynuacja, że Platforma z wyrachowania hodowała PiS.

Owszem, Tusk unikał zemsty i raczej dążył do wygaszenia negatywnych emocji. Temu miały służyć pojednawcze gesty w rodzaju pozostawienia Mariusza Kamińskiego na stanowisku szefa CBA. Po awanturniczych rządach PiS-u epoka PO miała się kojarzyć ze spokojem i emocjonalnym bezpieczeństwem. Jej symbolem miała się stać przewidywalność.

Ta polityka łagodzenia konfliktu i obłaskawiania PiS-u nie przyniosła efektu, bo nie da się oswoić skorpiona. Możemy więc powiedzieć, że Tusk był naiwny. Jednak jaka była alternatywa? Czy np. można było, nie łamiąc zasad państwa prawa, zakneblować tzw. sektę smoleńską i odebrać jej finansowanie ze SKOK–ów? Ziobrę oczywiście należało postawić przed Trybunałem, ale nie łudźmy się, że wyeliminowałoby go to z polskiej polityki. PiS nie przejmuje się prawem, więc nie miałby oporów przed powołaniem ministra z wyrokiem na karku. Prezydent by go wstecznie ułaskawił, tak jak przed wyrokiem ułaskawił Kamińskiego.

Jednak najbardziej zdumiewa to, że brak radykalnej rozprawy z PiS-em krytykuje ten sam publicysta, który walkę obozu demokratyczno-liberalnego z autorytarno–nacjonalistycznym określa – w tym samym tekście! – pogardliwym mianem „postsolidarnościowej młócki”. W środowiskach lewicy obowiązuje absurdalna teza, że ta walka to bezsensowne zmagania dwóch równie fanatycznych plemion i że jest ona dla Polski zgubna, więc lepiej się w nią nie angażować i stać z boku. Bóg jeden raczy wiedzieć, w jaki sposób można unikać „młócki”, a jednocześnie radykalnie rozprawić się z PiS-em.

A na koniec Skarżyński stawia zarzut, że „Maziarski et consortes” (czyli okropne postsolidarnościowe zgredy) uniemożliwiają nowej lewicy przejęcie rządu dusz w Polsce. Zamiast czołgać się na cmentarz, tarasują drogę, po której ze śpiewem na ustach nadciągają zastępy młodych. To idzie młodość, to idzie młodość.

Mojego polemistę najwyraźniej ktoś wprowadził w błąd. Spieszę więc sprostować: to nie ja, lecz wyborcy decydują, kto w Polsce sprawuje rząd dusz. I to wyborcy z własnej woli witali na dworcu Donalda Tuska. A nie witali np. Adriana Zandberga. Obiecuję jednak, że jeśli PiS będzie szykanować lidera Partii Razem i wzywać go na przesłuchania, to jego też solidarnie odprowadzimy do prokuratury.

Waldemar Mystkowski pisze o Szydło, Dudzie i Glińskim.

Beksa Szydło i niedouki PiS

Marek Magierowski w imieniu Andrzeja Dudy zachęcił rzecznik PiS Beatę Mazurek, aby wróciła do szkoły i podciągnęła się w sztuce czytania. Magierowski powołał się na autorytet Dudy: „Według prezydenta Andrzeja Dudy pisemna forma kontaktu między urzędami zazwyczaj nie odpowiada tym osobom, które mają problem z czytaniem. Ten brak można uzupełnić w szkole”. Jest to odpowiedź na stwierdzenie nieczytatej Mazurek, iż szef MON i Duda mogą ze sobą rozmawiać, a prezydent wybrał inną formę komunikacji – epistolarną.

Z tego wniosek, iż Duda czytać potrafi, bo pisze. Dlaczego jednak prezydent nie czyta Konstytucji? Czy tylko dlatego, że jej nie napisał? Nie zostanę jednak Magierowskim, ale Duda może usłyszeć w przyszłości – i raczej usłyszy – od rzecznika Trybunału Stanu, iż może uzupełnić braki w szkole, ale wcześniej odpowie zgodnie z prawem rzymskim, iż prawo obowiązuje niezależnie od tego, czy je znamy, czy nie.

Duda już dzisiaj mógłby zapłakać nad swoim losem, bo perspektywy dla niego widzę czarno. Już zapłakała – jak publicznie zakomunikował Kazimierz Marcinkiewicz – Beata Szydło w Brukseli, gdy obwieszczono jej wynik wyborów na przewodniczącego Rady Europejskiej 1:27. „1” w tym rezultacie to nie bynajmniej gol honorowy, gdyż liczba „27” wskazuje na gole samobójcze.

Przyznam się, że współczuję premier Szydło, lecz wówczas płaczącą w Brukseli bym z litości nie przytulił, bo tulę Polskę z powodu, iż rodacy strzelają jej aż 27 goli. Polski nikt nie degraduje, ani Rosjanie, ani Niemcy, tylko swoi. Tak zawsze było w historii. I dzisiaj w owych „Ruskich” i „Szkopów” zamienia się PiS.
Zaś zapłakać nad sobą i udać się do szkół powinien minister kultury Piotr Gliński. Oto stanął przeciw kulturze polskiej, a w obronie nacjonalistów (Młodzież Wszechpolska, Stowarzyszenie Marsz Niepodległości i ONR), którzy wywołali zamieszki przed spektaklem „Klątwy” w Teatrze Powszechnym. Gliński jak adwokat narodowców wzywa Hannę Gronkiewicz-Waltz do ocenzurowania „Klątwy” – achtung! achtung! – za „znieważenie religii i najwyższych wartości Kościoła katolickiego”.

Nad Glińskim nawet jego brat Robert nie zapłakał, tylko nazwał „idiotą”. Ja też nie zapłaczę, ale zapytam: jakie są te najwyższe wartości Kościoła katolickiego? Czy aby nie papież? Zaś wartości chrześcijańskie są nieprecyzyjne i wchodzą w skład wartości humanistycznych. Wartości nie można znieważyć, można znieważyć osobę.

Szydło więc niech nie płacze nad „sukcesem” 1:27, lecz nad Glińskim i pośle go do szkół, aby ten dowiedział się o najwyższych wartościach Kościoła katolickiego. Jak choćby je 500 lat temu nazywał Marcin Luter. Czytając inwektywy uczonego Niemca, „Klątwę” nazwać należy bajeczką dla grzecznych dziewczynek.

Morał dzisiaj jest taki: płakać nad powyżej przywołanymi osobami nie sposób, na szkoły i nauki dla nich za późno, pouczyć ich może w przyszłości Trybunał Stanu.

Kleofas Wieniawa pisze o ministrze kultury Glińskim.

Nie robi na mnie wrażenia to, że Beata Szydło popłakała się w Brukseli z „sukcesu” 1:27. Wszak docenił ten płacz Jarosław Kaczyński, który wręczył jej bukiet kwiatów na lotnisku witając ją jako uosobienie Wiktorii.

Także nie specjalnie doceniam wiekopomne odkrycie Andrzeja Dudy – via usta Marka Magierowskiego – iż rzecznik PiS Beata Mazurek powinna wrócić do szkoły po naukę czytania.

Ba! Nie robi na mnie specjalnego wrażenia skonstruowanie nowego pojęcia ontologicznego przez Piotra Glińskiego: „najwyższe wartości Kościoła katolickiego”, które jakoby zostały zaatakowane w spektaklu „Klątwa” w Teatrze Powszechnym. Minister więc musiał wesprzeć narodowców w ich zamieszkach pod teatrem.

Ale robią na mnie wrażenie finanse PiS. Oto uroczystości świąteczne partii PiS 10 kwietnia 2017 roku nie zostały opłacone z kasy partyjnej, ale z kasy państwa.

Jarmark PiS w okolicach Krakowskiego Przedmieścia kosztował 288 tys. zł, izostał zasponsorowany przez Ministerstwo Kultury.

Piotr Gliński powinien zostać co najmniej ministrem finansów – tyle zostało w kasie partyjnej – a także zgłoszony do ekonomicznej Nagrody Nobla. Jak Gliński się jeszcze bardziej postara, to dojdzie do efektów godnych Kany Galilejskiej – rozmnoży chleb i wino dla partyjnych kolegów.

A brat Robert nazwał go „idiotą”. Kto tu jest idiotą? Gliński to facet od cudów – cudak!

>>>

AŻ MIŁO POPATRZEĆ :))) A TO DOPIERO POCZĄTEK.

ZA CHWILĘ CZAS IM SIĘ SKOŃCZY :))) ALBO NADADZĄ OBRAZ TYLKO W CZERNI I BIELI

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze o tym, co stało się w PiS. Ważą się losy minister Anny Streżyńskiej w rządzie Prawa i Sprawiedliwości. Po jej krytycznych wypowiedziach na temat reform wprowadzanych przez PiS premier Beata Szydło zwołała na godz. 16 pilne spotkanie z ministrami.

Burzę w rządzie wywołał wtorkowy wywiad minister cyfryzacji dla Radia Zet. Streżyńska oceniła, że rząd zbyt szybko zabrał się do realizacji socjalnych obietnic wyborczych. – Powinniśmy najpierw na nie zarobić, a dopiero potem ich dokonywać – stwierdziła.

Anna Streżyńska: Jestem fachowcem do wynajęcia

Minister Streżyńska, oceniana jako jedna z najbardziej kompetentnych osób w rządzie Beaty Szydło, skrytykowała obniżenie wieku emerytalnego. Stwierdziła, że zrealizowanie tej obietnicy z punktu widzenia państwa jest „przedwczesne”. – Nie możemy jako rząd dawać sygnału, że najważniejsze jest zrealizowanie obietnic wyborczych, a mniej ważne prowadzenie racjonalnej gospodarki finansowej – powiedziała.

Minister Streżyńska w ostatnim czasie znalazła się też w konflikcie z ministrem obrony narodowej Antonim Macierewiczem, który chce wyjąć spod kompetencji resortu cyfryzacji kwestię cyberbezpieczeństwa. Oznaczałoby to, że Macierewicz przejmie panowanie nad częścią baz danych, do których dostęp ma obecnie Streżyńska. Minister cyfryzacji powiedziała, że sprzeciwia się „militaryzacji cyberbezpieczeństwa”. Dodała, że nie jest to konflikt personalny, tylko dotyczący podejścia do ochrony obywateli.

Minister Streżyńska stwierdziła też na antenie Radia Zet, że może współpracować z każdym, kto jest uczciwym człowiekiem, ponieważ jest „fachowcem do wynajęcia”. Tłumaczyła, że wiele zrobiła, by „być ponad polityczne spory”, i nie wykluczyła możliwości wejścia do ewentualnego rządu Platformy Obywatelskiej.

Beata Szydło o słowach Streżyńskiej: Przypomnę o lojalności

W środę rano w Radomiu do słów Streżyńskiej odniosła się premier Beata Szydło. Zapowiedziała, że jeszcze w środowe popołudnie zwoła specjalne spotkanie z ministrami i wiceministrami, podczas którego przypomni o „zasadzie lojalności”, odpowiedzialności za słowo i umiarkowania w wypowiedziach medialnych. Premier podkreślała, że w obecnej sytuacji najważniejsza jest „jedność rządu”. Podkreślała, że dobre projekty rodzą się w dyskusji, ale powinna to być dyskusja wewnętrzna.

– Nie rozumiem wypowiedzi pani minister Streżyńskiej, bo ona nigdy nie podnosiła na posiedzeniu rządu wątpliwości – stwierdziła premier.

Mariusz Błaszczak: Streżyńska prezentuje „resortowe widzenie kraju”

Jeszcze przed wypowiedzią premier Beaty Szydło bardzo mocno minister Streżyńską zaatakowali minister Mariusz Błaszczak i rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Ta ostatnia w Radiu Zet mówiła: – Jeśli minister cyfryzacji Anna Streżyńska nie akceptuje tego, co robi polski rząd, to dziwię się, że jest jedną z jego twarzy. Dużo lepiej byłoby, gdyby minister Streżyńska o swoich wątpliwościach dyskutowała wewnątrz rządu.

Mazurek dodała, że sprawdziła aktywność minister na posiedzeniach rządu i minister nigdy „uwag co do zmian, które my wprowadzamy na Radzie Ministrów, nie miała”. – Uważam, że uczciwość jest taka, że jeżeli się z czymś nie zgadzam, to zastanawiam się, czy w tym czymś dalej tkwić – zakończyła rzeczniczka PiS.

Mariusz Błaszczak w TVN 24 ocenił z kolei, że Streżyńska co innego mówi w mediach, a co innego na posiedzeniu Rady Ministrów. Jej sprzeciw wobec „militaryzacji” cyberbezpieczeństwa określił jako zbyt wąski, „resortowy sposób widzenia kraju”. Sam stwierdził, że jest „przeciwnikiem Polski resortowej”. – Uważam, że rząd jest jedną drużyną, jednym zespołem, a tu pobrzmiewa mi myślenie: moje władztwo musi być szersze, bo jeżeli ktoś ma gdzieś jakieś pole, to już zagraża – podkreślił.

Anna Streżyńska w przeszłości była m.in. doradcą premiera Jerzego Buzka. Od 2006 do 2012 roku kierowała Urzędem Komunikacji Elektronicznej po nominacji premiera rządu PiS Kazimierza Marcinkiewicza.

BUUUUM

Waldemar Mystkowski pisze o konflikcie w rządzie i nowym sondażu.

Rząd Beaty Szydło wpada w pierwsze tak poważne turbulencje. Jeden z ministrów mówi głośno o źle realizowanym programie rządu, w którego wchodzi skład, a ponadto pierwszy sondaż po wyborach parlamentarnych pokazuje, że partia rządząca nie jest liderem zaufania Polaków.

Można było się spodziewać, że tak spektakularnie pęknie Anna Streżyńska. Pierwsze sygnały dochodziły miesiąc temu po zakupie przez Ministerstwo Obrony Narodowej Exatela, operatora telekomunikacyjnego, dostarczającego rozwiązania dla biznesu i administracji publicznej. Antoni Macierewicz zagarnął kompetencje ministra cyfryzacji Streżyńskiej. Minister więc nie wytrzymała i powiedziała w sposób mało zawoalowany, że nie zgadza się z militaryzacją cyberprzestrzeni.

Streżyńska przede wszystkim skrytykowała sposób realizacji obietnic wyborczych PiS, czyli faktycznie program rządu, który nie liczy się z kosztami, z racjonalnością finansową. Dostało się reformie emerytalnej, która była przedwczesna, bo nie znaleziono środków na jej realizację, pisząc wprost: reforma, do której nie powinno dojść.

Polityków PiS Streżyńska musiała „trzepnąć” tym, że nie wykluczyła możliwości wejścia do ewentualnego rządu PO. Minister cyfryzacji w tym rządzie jest „człowiekiem” Jarosława Gowina. Nie powiedziała ot tak sobie bez porozumienia z wicepremierem, który mówi ogródkami, aby nie wejść na posesję Macierewicza, a Streżyńskiej jest o wiele łatwiej.

Ponadto zwracam uwagę, że gra może toczyć się o stawkę dużo większą, kilkunastu posłów w ławach PiS jest związanych z Gowinem, z partią Polska Razem. I oto wyskoczył Paweł Kukiz, który bez ogródek powiedział, że wesprze wniosek Platformy Obywatelskiej dotyczący odwołania Macierewicza.

Głosik do głosika i uzbiera się trzosik, którym będzie można odwołać Macierewicza. A jak odwołać Macierewicza, to odwołać rząd Szydło, a jak rząd odwołać, to… wcześniejsze wybory? Daleko wybiegam, lecz rysa w tym rządzie wskazuje na głębszy rozłam. To się zaczęło, nieuchronnie będzie się pogłębiać.

Tak jak pogłębiać będą się wyniki sondaży. Platforma Obywatelska minęła PiS o dwa punkty procentowe – 31% do 29%. Kaczyński już ogląda plecy Schetyny. Tyle, co PiS nabroił, jest powód, aby się bać. Nie tylko Trybunał Stanu stoi otworem, ale zwykłe sprawy karne, bo sprawa Berczyńskiego „pachnie” korupcją.

W tej sytuacji Beata Szydło zwołała swoich ministrów. Przepraszam, bo wpadam w poprawność newsową, Kaczyński nakazał zwołać Szydło rząd i pogrozić. Nie tylko Streżyńskiej. Mam dla prezesa złe wiadomości: każda parciana wiedza, władza, parciany intelekt, parciany talent, rozłażą się, gdyż nie są wartością. Politykę można prowadzić tylko w interesie społeczeństwa, nie można prowadzić w parcianym interesie partii.

Po spotkaniu Szydło z ministrami rzecznik tego rządu Rafał Bochenek przekazał grafomańską metaforę: „Nie ma absolutnie miejsca na wolne elektrony”. Parcianość do potęgi, kwadratowa, a nawet w sześcianie. Graniastosłup parcianości. Polska na jakiś moment stała się parciana – bez Trybunału Konstytucyjnego, bez mediów publicznych i z „sukcesem” 1:27 – ta parcianość musi się rozłazić, pękać.

Parciany rząd Szydło będzie coraz bardziej parciany, a sondaże PO będą dawały więcej niż 31%, a PiS mniej niż 29%. Jacek Kurski w mediach narodowych dostanie takiego szpagatu, że już z niego się nie podniesie. Jakiś czas potrwa upadek PiS, wierzę, że politycy opozycji czegoś z tego się uczą. Dotyka nas bolesna nauka.

INTERNAUCI MOCNO KOMENTUJĄ CORAZ GORSZĄ SYTUACJĘ W RZĄDZIE PiS

SZYDŁO MÓWIŁA TO ZUPEŁNIE SZCZERZE 🙂

Kleofas Wieniawa pisze o „gorącym” temacie – powolnym odchodzeniu PiS.

Czy to już? Rząd PiS sypie się, pierwszy sondaż wskazuje na Platformę, której Polacy najbardziej ufają. Takich wiraży będziemy mieli coraz więcej. Już doznaliśmy tylu wrażen, bo w całym okresie po 1989 roku nie było tylu demolek.

Straciliśmy pozycję w Unii Europejskiej, z prymusa zepchnięci zostaliśmy do pozycji chorego „człowieka” Unii. Dane gospodarcze są kiepskie. Mateusz Morawiecki może zaklinać rzeczywistość, lecz każdy aspekt gospodarczy jest gorszy niż u poprzedników.

Będzie, co sprzątać po PiS. Oczywiście, Duda i Szydło muszą beknąć, choć tylko firmowali „geniusz” Kaczyńskiego.

Anna Streżyńska powiedziała to, co musiała. Przywoływanie minister do porządku przez Szydło, jest li tylko odwlekaniem upadku. Ten rząd będzie pękać i to z coraz większym hukiem. Nie ma odwrotu od kardynalnych błędów. Naprawia się je zupełnie inaczej.

Ile ta agonia PiS potrwa? Nie wytrzyma rząd PiS do wyborów. Ucieknie Gowin ze Streżyńską, acz nie wiem – gdzie? Przecież nie w ramiona Schetyny. Kukiz – choć świr, jak go zgrabnie nazwał Zbigniew Hołdys – będzie chciał zbierać ogryzki elektoratu PiS.

Jeszcze nie raz nas potelepie – aferami, niszczeniem Polski, degradacją – elektorat się odwinie. Oj, odwinie. Polska to nie Turcja, ani Białoruś.

Póki są niezależne sądy i Błaszczak nie jest sędzią, to sprawiedliwość istnieje. Brawo dla Sądu!

A TYMCZASEM W MEKSYKU

>>>

Ucieczka Berczyńskiego będzie symbolem rządów PiS.

Konsul hon. w Meksyku Alberto Stebelski-Orlowski: to „forma protestu przeciw temu, co obecnie dzieje się w Polsce”.

Świetnego wywiadu dla wiadomo.co udzielił Marek Borowski.

Marek Borowski: Nie ręczę, do czego może dojść

PiS może zacząć gmerać przy ordynacji wyborczej, może być obawa manipulacji, a to może doprowadzić do wstrząsów i ulicznych zamieszek. Na razie wszystko jeszcze jakoś się trzyma, ale jeżeli będą wątpliwości w sprawie wyborów, to nie ręczę, do czego może dojść – mówi w rozmowie z wiadomo.co senator Marek Borowski, były wicepremier i marszałek Sejmu. Rozmawiamy też o prezydencie, który „jest obecny”, o łamaniu konstytucji, „demokraturze”, Polsce oddalającej się od UE i o wyborach we Francji.

Czy pan też z niecierpliwości czekał na wynik wyborów prezydenckich we Francji?
Tak, czekałem z niecierpliwością i jednak pewnym niepokojem. Sondaże sondażami, ale mieliśmy już ostatnio przykład Brexitu czy Donalda Trumpa, co pokazywało, że istnieje jakaś liczba niedoszacowanych głosów. Mroczna wizja stawała mi przed oczami, chociaż Francuzi są bardziej przewidywalni.

Czyli odetchnął pan z ulgą?
Bardzo się cieszę, że I turę wyborów wygrał Emmanuel Macron i wiele wskazuje na to, że wygra także II turę. Obserwowałem jego działalność wcześniej i bardzo mi się ona podobała.

Mroczna wizja stawała mi przed oczami, chociaż Francuzi są bardziej przewidywalni.

To nie jest jednak, jak pisała dzisiaj francuska prasa, skok w przepaść?
Nie, to jest polityk w miarę doświadczony, był przecież ministrem w rządzie Francois Hollanda. Jest wprawdzie najmłodszy i nie ma tak długiego doświadczenia politycznego, jak np. Fillon, ale to nie jest największy problem. Jego problemem będą wybory parlamentarne i układ sił w Zgromadzeniu Narodowym oraz w Senacie. Jego partia liczy teraz ok. 200 tys. członków, to nie jest mało, ale okaże się, jakie będzie miała poparcie. Jeżeli wystawi dobrych kandydatów, to może zebrać sporo głosów, ale i tak będzie musiała wejść w koalicję, bo taka jest specyficzna, większościowa ordynacja we Francji. Ona eliminuje skrajności.

O czym świadczy, w szerszym kontekście europejskim, taki wybór? Dokonany w dodatku przez zdecydowaną większość Francuzów. To były przecież jedne z najważniejszych wyborów w UE.
Wybory w Niemczech i we Francji, czyli krajach założycielskich UE, to są wybory zasadnicze. Jeżeli jeden z tych krajów dostałby przywódcę, który mówi, że trzeba opuścić UE, to oznaczałoby, że Unia wisi na włosku. Waga tych wyborów była rzeczywiście ogromna. Duża frekwencja oznacza, że udało się rozbudzić emocje we Francuzach. Na emocje działały na pewno dwa skrajne nurty, czyli Le Pen i Melenchon, ale działał także Macron. On bardzo jasno głosił ideę europejską, mówił, że przyszłość Francji jest w Europie i że trzeba się integrować. Pociągnął za sobą tych, którzy są przywiązani do UE, a którzy być może nie poszliby do wyborów w innym przypadku, ale w taki sposób chcieli się przeciwstawić nurtom nacjonalistycznym i antyeuropejskim.

W Unii nie da się działać w pojedynkę, jak obrażony chłopiec czy dziewczynka. A jeżeli będziemy przegrywać pewne sprawy, to rozpocznie się propaganda pod hasłem: Unia nas tępi, to po co nam taka Unia?

U nas też może to zadziałać w taki sposób? Frekwencja w najbliższych wyborach może być wysoka, a przynajmniej wyższa niż do tej pory?
Myślę, że tak. Zwłaszcza jeżeli polityka PiS-u będzie taka, jak do tej pory: obrażanie się na Unię Europejską, ale także obrażanie unijnych instytucji i polityków, przejawy rażącego braku solidarności. Jeżeli to będzie polityka tego typu, to będzie coraz bardziej oddziaływała nie tylko na emocje, ale także na stanowisko UE wobec Polski. Najpierw to może być stanowisko z rezerwą, ale później mogą za tym pójść konkretne i niekorzystne dla nas decyzje. W Unii nie da się działać w pojedynkę, jak obrażony chłopiec czy dziewczynka. A jeżeli będziemy przegrywać pewne sprawy, to rozpocznie się propaganda pod hasłem: Unia nas tępi, to po co nam taka Unia?

Czy taka propaganda może doprowadzić do próby wyprowadzenia Polski z UE?
Nie oskarżam PiS-u o to, że będzie do tego dążył świadomie. Tylko problem w tym, że politycy partii rządzącej nie rozumieją, że pewne zachowania uruchamiają procesy, nad którymi później się już nie panuje. Premier David Cameron też nie chciał wyprowadzić Wielkiej Brytanii z UE, ale tym, co zrobił, wypuścił dżina z butelki. Szybko zaczęła się kłamliwa kampania propagandowa, a trzeba pamiętać, że przy dzisiejszym rozwoju mediów, w tym mediów społecznościowych, nawet najgłupsze kłamstwo jest silniejsze od prawdy. Cameron po prostu przegrał. Nie sądzę, żeby takie działanie w Polsce doprowadziło w konsekwencji do wyjścia Polski z Unii, ale do podgrzania nastrojów doprowadzi na pewno, a to może skutkować wyższą frekwencją.

Raz wypowiada się Jarosław Kaczyński, innym razem któryś z podległych mu polityków, czasami pani premier Beata Szydło, i każda wypowiedź może być inna. Ale przy Merkel oni wszyscy są mali.

PiS-owi nie opłaca się gra na antyeuropejskiej nucie?
Absolutnie się nie opłaca, ale nie wiem, czy oni to rozumieją. Cały czas słyszę, że nie będzie nam Unia mówić, co mamy robić, że Polska wstaje z kolan i tak dalej.

Chociaż jak trzeba, na przykład w Hanowerze, kanclerz Niemiec Angela Merkel okazuje się bardzo ważnym i cenionym przez rząd politykiem.
Fakt, to zależy do sytuacji. Raz wypowiada się Jarosław Kaczyński, innym razem któryś z podległych mu polityków, czasami pani premier Beata Szydło, i każda wypowiedź może być inna. Ale przy Merkel oni wszyscy są mali. Chciałoby się powiedzieć, że Angela Merkel jest mężem stanu, gdyby nie to, że jest kobietą – można ją zatem nazwać „damą stanu”. Ona jest elastyczna, ale i twarda, ma poglądy i do czegoś dąży, nie jest nacjonalistyczna i ksenofobiczna. Muszę przyznać, że podziwiam ją, chociaż to nie mój obóz polityczny. Dla niej Polska, pomijając nawet jej osobiste sentymenty (bywała w Polsce za młodu), jest ważnym krajem, chciałaby mieć w Polsce sojusznika, dlatego mimo wszystko nie obraża się na Polskę. Ale też nie rezygnuje z twardego stawiania różnych spraw, związanych z praworządnością w Polsce. To jest zrozumiałe.

Prezydent nie ma wpływu na nic. Niestety, bardzo obniżył rangę urzędu prezydenta.

Jaki wpływ na politykę, także międzynarodową ma prezydent Andrzej Duda?
Żaden, prezydent nie ma wpływu na nic. Niestety, bardzo obniżył rangę urzędu prezydenta. W polityce zagranicznej absolutnie nie mam czego wymienić.

A jak nazwałby pan to, co robi Andrzej Duda?
Jest, po prostu jest obecny. On rzeczywiście urzęduje „pod żyrandolem”. Kiedyś sam to krytykował, w kampanii wyborczej zapewniał, że tak nie będzie, że nie będzie prezydentem malowanym, nie będzie podpisywał wszystkiego, co mu podadzą. To jest dzisiaj po prostu śmieszne i rażące. Prezydent wręcza ordery, bierze udział w różnych ceremoniach, spotyka się z prezydentami innych krajów, ale przede wszystkim nie jest strażnikiem konstytucji – a to jest jego podstawowa rola.

Konstytucja mówi o tym, że wszystkie władze współpracują ze sobą na zasadach wzajemnego szacunku i to nie może być tylko puste hasło, a jest. Andrzej Duda złamał m.in. ten artykuł ustawy zasadniczej.

Dlaczego z tej roli abdykował?
Abdykacja oznacza, że się jakąś funkcję sprawowało, a on w ogóle jej nie podjął. Jest całkowicie podporządkowany Jarosławowi Kaczyńskiemu. Andrzej Duda uważa, że jak się zgadza z programem PiS-u, to dlaczego ma działać wbrew PiS-owi. To może nawet logicznie brzmi, ale logiczne nie jest. Po pierwsze, program PiS-u nie zawierał wielu rzeczy, które PiS teraz robi; po drugie, nawet jeżeli to wynika z programu, to w sytuacji, w której są oczywiste zastrzeżenia konstytucyjne do jakiejś ustawy, nad tymi zastrzeżeniami wypada się pochylić. Tymczasem prezydent ledwo dostanie taką ustawę na biurko, a już ją podpisuje. Zapewne wie, że to są rozwiązania niezgodne z konstytucją, ale mimo wszystko to robi. Dyskwalifikuje go też to, co zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym. Przypominam zaprzysiężenie sędziów w nocy wbrew Trybunałowi. Konstytucja mówi o tym, że wszystkie władze współpracują ze sobą na zasadach wzajemnego szacunku i to nie może być tylko puste hasło, a jest. Andrzej Duda złamał m.in. ten artykuł ustawy zasadniczej.

Teraz zgłasza wątpliwości co do nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Po co?
W tym wypadku nie ma żadnych wątpliwości, tu jest oczywiste złamanie konstytucji. Jeżeli jest w niej zapisane, że kadencja członków Rady trwa 4 lata, to ma tyle trwać i koniec. Prezydent powinien jasno powiedzieć, że nie podpisze takiej ustawy. Jeżeli nawet wyśle do TK, to przecież nic nie da, bo Trybunału już nie ma. Ale prezydent może to zawetować.

Teraz już nie ma możliwości porozumienia, nie może być dialogu między kimś, kto uważa, że jestem zdrajcą, a kimś, kto uważa, że jest uczciwym politykiem. Tu nie ma o czym rozmawiać, bo nie ma wspólnej płaszczyzny: nie mogę być przecież „uczciwym zdrajcą”.

Może, ale myśli pan, że może się na to zdecydować?
Nie. Myślę, że skończy się tak, że zostanie „przekonany”. Podobnie jak wicepremier Jarosław Gowin, on też ma wątpliwości, ale później zawsze daje się przekonać.

W przypadku KRS-u już zapowiedział, że chociaż ma wątpliwości, to będzie głosował za.
Oto polityk elastyczny, co się zowie…

Skok na Trybunał Konstytucyjny i sądy, łamanie konstytucji, dzielenie Polaków – co jest dla pana najbardziej niebezpieczne?
To są pewne sekwencje, każda z tych rzeczy była i jest niebezpieczna, a PiS posuwa się po tej ścieżce coraz dalej. Zaczęło się od języka, już w 2001 roku politycy PiS zaczęli używać słów pełnych nienawiści, a dzielenie na całego zaczęło się po katastrofie smoleńskiej. Teraz już nie ma możliwości porozumienia, nie może być dialogu między kimś, kto uważa, że jestem zdrajcą, a kimś, kto uważa, że jest uczciwym politykiem. Tu nie ma o czym rozmawiać, bo nie ma wspólnej płaszczyzny: nie mogę być przecież „uczciwym zdrajcą”. Znika możliwość dialogu i porozumienia właściwie w każdej sprawie. Kolejnym krokiem jest skoncentrowanie władzy w jednym ręku – Jarosława Kaczyńskiego. Ustawodawczą i wykonawczą ma, brakowało mu jeszcze wyraźnie sądowniczej. Media też już ma, może uprawiać propagandę. A to też tylko pogłębia podział.

Kaczyński ma już w ręku tubę propagandową, ma prokuraturę, dąży do tego, żeby mieć sądy, ma już służby specjalne, i myślę, że przed wyborami rozpocznie się kanonada oskarżania polityków opozycji o różne bezeceństwa. Prokuratura będzie stawiała zarzuty, może uda się nawet kogoś osądzić, sytuacja będzie podbramkowa.

Do czego to wszystko może doprowadzić?
To jest bardzo niebezpieczna ścieżka. Idziemy ku wyborom, ale Jarosław Kaczyński nie ma żadnej pewności, że je wygra, a wręcz przeciwnie – jeżeli będzie dalej tak szło, to prorokuję, że może te wybory przegrać – i będzie się bał przegranej. Może zacząć gmerać przy ordynacji wyborczej, może być obawa manipulacji, a to może doprowadzić do wstrząsów i ulicznych zamieszek. Na razie wszystko jeszcze jakoś się trzyma, ale jeżeli będą wątpliwości w sprawie wyborów, to nie ręczę do czego może dojść.

Prezes nie zdecyduje się na przyspieszone wybory?
Nie, bo nie ma pewności, że wygra. Dobry moment na wybory już minął. To był początek tego roku. Gdybym był szefem PiS-u, to na pewno bym się na to nie zdecydował. Jego rozumowanie jest bardzo proste: ma już w ręku tubę propagandową, ma prokuraturę, dąży do tego, żeby mieć sądy, ma już służby specjalne, i myślę, że przed wyborami rozpocznie się kanonada oskarżania polityków opozycji o różne bezeceństwa. Prokuratura będzie stawiała zarzuty, może uda się nawet kogoś osądzić, sytuacja będzie podbramkowa.

Odsunięcie PiS-u od władzy to będzie ciężki bój.

Antoni Macierewicz dotrwa w rządzie do końca?
Myślę, że nie dotrwa. Ale usuwanie go to będzie proces długi i bolesny. Ministra Waszczykowskiego można wykreślić szybciej i bezpieczniej. Prezes próbuje Macierewicza „załatwić” innymi rękoma, posługuje się prezydentem i specjalną komisją z trzema smutnymi panami w roli głównej. Dla Macierewicza przesłuchanie to był policzek, przecież to on przesłuchuje, a nie jego przesłuchują. To będzie proces odklejania od niego zwolenników i ten proces już się zaczął. Jak Jarosław Kaczyński będzie miał pewność, że tak się stało i że zwłaszcza ojciec dyrektor jest po jego stronie, to zdecyduje się na dymisję ministra obrony narodowej.

A w związku z tym PiS dotrwa w całości, bez podziałów do końca kadencji?
Tak. Władza, po pierwsze, bardzo cementuje, po drugie, musiałby mieć znaczący spadek w sondażach, a tego nie przewiduję. PiS ma swój twardy elektorat na poziomie co najmniej 20 proc. Poza tym będzie prowadził politykę obrzucania opozycji błotem. Sytuacja gospodarcza, bez zasług PiS-u, ale jest i jeszcze będzie całkiem dobra. Świat i UE wydobywają się z kryzysu. Finanse jakoś do wyborów się podtrzyma, a przed nimi jeszcze się trochę obieca… Dlatego odsunięcie PiS-u od władzy to będzie ciężki bój.

Jestem autorem nazwy nowej formacji ustrojowej – demokratury. I to jest to, co już prawie mamy.

Jak zakończy się sprawa działalności komisji badającej ponownie przyczyny katastrofy smoleńskiej? Niedawno „straciła” przewodniczącego, dr Wacław Berczyński podał się do dymisji. A to wszystko coraz bardziej przypomina kabaret.
I to kiepski kabaret. Główną rolę grają w nim zresztą osoby ze stopniami naukowymi. Mam nadzieję, że świat się bardzo tą komisją nie interesuje, ale jak się zainteresuje, to dojdzie do wniosku, że polscy naukowcy to szarlatani. To jest kompletna kompromitacja. Jako pierwszy skompromitował się właśnie pan Berczyński i już uciekł do Stanów Zjednoczonych, pozostali panowie jeszcze zostali i starają się wypełniać funkcje, ale nie mam pojęcia, co oni mają do roboty. Wydaje mi się, że Jarosław Kaczyński będzie dążył jednak do zamknięcia tego tematu. Wszyscy będą tłumaczyć, że prawie na pewno doszło do wybuchu, ale z przyczyn zewnętrznych, czyli na przykład oporu Rosji, nie da się tego udowodnić.

Patrząc na to wszystko, dochodzimy do wniosku, że żyjemy w kraju…?
Jestem autorem nazwy nowej formacji ustrojowej – demokratury. I to jest to, co już prawie mamy. Jak PiS przejmie sądy, to będzie koniec tej drogi. Z demokracji będzie jeszcze wolność słowa, nie wiem, na ile ograniczana, i będą wybory, ale też pytanie, na ile uczciwe. To będą elementy demokratyczne, ale dalece niekompletne. Z drugiej strony będziemy mieli zamknięcie etapu trójpodziału władzy i to będzie ta druga połowa słowa – dyktatura. Będzie można kształtować opinię publiczną przy pomocy aparatu państwowego, a nie rzeczywistego ścierania się poglądów.

Wierzę w to, że po wyborach – jeżeli PiS zostanie odsunięty od władzy – ci, którzy będą tworzyli większość parlamentarną, nie tylko przywrócą rozwiązania demokratyczne, ale pociągną tych, którzy łamali prawo, do odpowiedzialności. Może to być odpowiedzialność polityczna, a tam, gdzie będzie trzeba, także karna.

Ktoś w przyszłości odpowie za łamanie konstytucji?
Mam nadzieję. Wierzę w to, że po wyborach – jeżeli PiS zostanie odsunięty od władzy – ci, którzy będą tworzyli większość parlamentarną, nie tylko przywrócą rozwiązania demokratyczne, ale pociągną tych, którzy łamali prawo, do odpowiedzialności. Może to być odpowiedzialność polityczna, a tam, gdzie będzie trzeba, także karna. To jest konieczne, bo bezkarność rozzuchwala i podobne bezprawie może się jeszcze kiedyś zdarzyć.

CHORĄŻY BARDOŃ WSPÓŁCZUJE STRATY WACKA…

Agnieszka Kublik („Wyborcza”) pisze o „ucieczce” Berczyńskiego. Przez dwa lata aż o 11 punktów procentowych skurczyła się grupa wierzących w smoleński zamach. To sporo. Trzeba chyba podziękować Wacławowi Berczyńskiemu: od ponad roku jego podkomisja systematycznie i nieustannie czyniła wszystko, by hipotezę zamachową ośmieszyć.

Jeszcze dwa lata temu, w sondażu Kantar Millward Brown SA (dla „Faktów” TVN) 29 proc. zakreślało odpowiedź, że „katastrofa, do której doszło 10 kwietnia 2010 pod Smoleńskiem i w której zginęli prezydent Lech Kaczyński i 95 towarzyszących mu osób, była wynikiem zamachu”. A teraz (sondaż z 24-25 kwietnia) – 18 proc.

Powód tego spadku? Jedyne, co mogło tak spektakularnie ostudzić smoleńską wiarę, to słowa i czyny podkomisji smoleńskiej dr Wacława Berczyńskiego, która miała zamach udowodnić.

Podkomisja pracuje od roku i za wiele dobrego o niej powiedzieć się nie da. Jej członkowie kompetencji do badania katastrof lotniczych nie mają, za to ekstrawaganckie pomysły i owszem. Na przykład podczas burzy mózgów wpadł im do głowy taki, by zderzyć pędzący samolot Tu-154 z brzozą przytwierdzoną do jadącego samochodu. Pomysł został odrzucony. Powód? Jak wyjaśnił dr Berczyński, „głównie ze względów bezpieczeństwa”.

Po roku podkomisja Berczyńskiego niczego nie ustaliła, żadnego raportu nie napisała. W siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej zaprezentowała tylko film, na którym „wierna” kopia kabiny pasażerskiej tupolewa bez okien wybucha. Zero dowodów, masa amatorszczyzny.

Potem dr Berczyński obciążył sam siebie, gdy się przyznał (i to niepytany!), że to on „wykończył caracale”. MON natychmiast wydał oświadczenie, z którego wynikało, że dr Berczyński kłamie. Ale potem wiceminister Bartosz Kownacki przyznał, że Berczyński miał dostęp do dokumentacji przetargowej. Czyli że Berczyński nie skłamał. A jeśli tak, to skłamał MON w oświadczeniu. Znów blamaż.

Czyli Berczyński od ponad roku systematycznie, nieustannie czynił wszystko, by siebie i swoją pracę i podkomisję zdyskredytować, a hipotezę zamachową ośmieszyć. Nikt tak jak on nie zasłużył się w demaskowaniu smoleńskiego kłamstwa. Wielki demaskator Berczyński!

Może gdyby jeszcze jakiś czas tak skutecznie profanował smoleńską religię, za pół roku w zamach z 10 kwietnia 2010 r. wierzyłoby 10 proc.? Za rok – 5 proc.? A tuż przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. – już tylko garstka wyznawców Jarosława Kaczyńskiego?

Jaka szkoda, że dr Berczyński tak szybko uciekł do USA.

W SIECI POJAWIŁY SIĘ KONTRPROPOZYCJE OSTATNIEJ OKŁADKI GAZETY POLSKIEJ. JAK WAM SIĘ PODOBA JEDNA Z NICH?

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i Szydło.

Co ma z przodu głowy Mariusz Błaszczak? Widzimy i nie zazdrościmy, przynajmniej ja. En face Błaszczak ma „uszy prezesa”, a z tyłu głowy raczej wiedzy i rozumu nie ma, bo gdyby miał, to nie posługiwałby się komunikatami dnia nadesłanymi z dyspozytorni z Nowogrodzkiej. Wiedziałby, że metafora „z tyłu głowy” jest proweniencji NKWD, KGB: w tył głowy oddawano strzały z nagana.

„Ucho prezesa” właśnie podzielił się swą wiedzą na temat tyłu głowy – nieskażony wiedzą o tradycji polskiej i znajomością literatury – iż Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar „z tyłu głowy” ma „ambicje, żeby zająć się polityką”. Taki tył głowy miał wcześniej prof. Andrzej Rzepliński, co okazało się „kulą w płot”, ale Trybunał Konstytucyjny został „rozstrzelany” –  i dzisiaj jest martwy.

Najwidoczniej pisowski Dzierżyński Błaszczak bierze się za Bodnara. Jeżeli niczego nie potrafisz, bierz przykład z Błaszczaka. Nieskażony, ale tablet ma i może czytać z niego komunikaty dnia podczas wypowiedzi w mediach. Niedawno Konrad Piasecki w jakiejś audycji zabrał Błaszczakowi tablet, aby za pomocą przodu głowy sformułował coś własnymi słowami.

Jeszcze bardziej komunikaty dnia słychać w wypowiedziach Beaty Szydło, która o referendum w sprawie reformy (deformy – w istocie) edukacji była się wyrazić za Nowogrodzką, iż „kiedy można było myśleć o referendum, wtedy tego wniosku nie było”.

Gdyby Szydło myślała przodem głowy, to może doszłaby ścieżkami własnych myśli, że zebrać 910 tys. głosów to nie w kij dmuchał, potrzeba trochę czasu. Gdyby słyszała innych, a nie wypatrywała komunikatów dnia, dotarłoby do niej, iż przeciw deformie są nauczyciele, rodzice, samorządy, głośno wyrażali się i demonstrowali, włącznie ze strajkiem szkolnym.

Trzeba słuchać vox populi, a nie vox Dei, czyli głosu prezesa. Z głupawki zawsze można się wycofać, bo przyznanie się do błędu przynosi mniejsze straty, niż wycofanie się z błędu pod przymusem. Przymus kończy się, jak „sukces” w Brukseli – 1:27.

Ha! 55 proc. Polaków – wg sondażu Kantar Millward Brown – opowiada się za referendum ws. deformy edukacji. To jest vox populi, a nie głos prezesa, nawet jeżeli prywatnie się przed nim chyli czoło, jak przed ikoną, gdy ten kiwnie paluszkiem.

Inny z kolei sondaż tejże pracowni jest silniejszy w wyrażaniu vox populi, mianowicie 68 proc. badanych oczekuje, iż prokuratura powinna zbadać rolę Wacława Berczyńskiego w sprawie Caracali. Berczyński, koleś od science-fiction z ładunkiem termobarycznym, wziął nogi za pas i dał dyla z kraju. Zamiast Caracali będą Boeingi, kontrakt za przeszło 2 mld zł na kupno VIP-owskich trzech Boeingów – gdzie pracował Berczyński – kroi się na największą aferę po 1989 roku. Acz Szydło idzie w zaparte, że była komunikowana o negocjacjach z Airbusem w sprawie Caracali. Tak! Macierewicz ją informował. Tyle warte owo „zaparte”, co produkcja Black Hawków w Mielcu. Zaklinała się tam Szydło z Macierewiczem na środku hali produkcyjnej, że zejdą z produkcji z tej właśnie hali.

Taki stan głowy jest w PiS, tył głowy Błaszczaka, przód głowy Szydło. Krótko pisząc: bezgłowie. Nie chcę pisać kolokwialnie, bo musiałbym obrazić, lecz czy powyższych polityków PiS można obrazić? Oni sami siebie obrażają, nie szanują.

I STAŁO SIĘ. EKSPERCI PRZESZLI SAMYCH SIEBIE.

Kleofas Wieniawa pisze o Szydło i Waszczykowskim.

Beata Szydło występuje pod komunikatem dnia, jak pod transparentem: „Komuś naprawdę zależy na tym, żeby uderzać teraz w polski rząd”.

Uderzać w pisowski rząd – małe sprostowanie. Ten rząd demoluje porządek demokratyczny, który polskie elity i Polacy (ta kolejność jest ważna) budowali po 1989 roku.

Powoli zbliżamy się do ustroju, który został nazwany przez Marka Borowskiego demokraturą. Jeszcze tylko pozostała do zdemolowania niezależność władzy sądzenia. PiS jest wewnętrznym najeźdźcą w Polsce, który niewiele ma wspólnego z zachodnimi standardami. A z jakimi? Logiczne.

Szydło te „komuś zależenie” nazywa krytykowanie Antoniego Macierewicz i Witolda Waszczykowskiego, zwłaszcza w kontekscie „wróżby” – bodaj „Rzeczpospolitej” – iż ten ostatni zostanie zdymisjowany przy rekonstrukcji rządu przed wakacjami.

No i Szydło (niepodrabiana pani z logoreą godną niejednego magla) gula skoczyła, że Waszczykowski ma być zrekonstruowany i na śmietnik wyrzucony. O tym zadecyduje jednak nie ona, tylko „pan” Kaczyński.

Szydło owe „komuś” insynuuje szkodzenie w sytuacji, gdy Polska ubiega się o niestałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Otóż to żadna zasługa PiS, tylko pozycję budowali poprzednicy, a zwłaszcza rząd PO-PSL. Jak zniszczona została nasza pozycja przez PiS i wizerunek Polski świadczy „sukces” wyniku 1:27. Taki wynik uzyskałoby LZS Brzeszcze z Barceloną.

To jest wynik pisowski, a Waszczykowski jest najgorszym szefem dyplomacji po 1989 roku, nawet Fotyga (nieogolona) była lepsza.

Zaś o Antonim Macierewiczu szkoda gadać, acz okaże się jego przydatność, gdy wraz z Wojskami Obrony Terytorialnej będzie bronił porządku w pisowskiej Polsce. A tak będzie, gdy wreszcie uda mu się wyprowadzić wojsko na ulicę, co nie wyszło w 1992 roku z Nadwiślańskimi Jednostkami Wojskowymi, aby bronić Jana Olszewskiego przed „nocną zmianą”.

Szydło ma najgłupszych piarowców, porównywalnych z tymi z czasów Gomułki, a świetnie nazwanych przez Kisiela – ciemniakami. Wówczas byli więc ciemniaki, dzisiaj ciemniactwo.

Taka ich czerń – jak pisał Henryk Sienkiewicz.

TAKI PIĘKNY LIMERYK

>>>

KTOŚ W PAŃSTWIE PiS ZNOWU UPADŁ NA GŁOWĘ…

Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”) piszą o Barbarze Blidzie, której śmierć nie została rozliczona. Śmierć Barbary Blidy była początkiem końca tworu nazywanego „IV Rzeczpospolitą”. Polacy zobaczyli wtedy, w jak dramatyczny sposób może się skończyć realizacja spiskowych obsesji władzy. We wtorek mija 10 lat od tamtych wydarzeń.

10 lat od śmierci Blidy i 10 lat bezkarności Ziobry. Platforma miała go rozliczyć, wypadło to żałośnie

25 kwietnia 2007 r. pod dom b. posłanki i minister budownictwa w rządzie SLD przyjechała ekipa ABW z nakazem zatrzymania Barbary Blidy i doprowadzenia jej do prokuratury. Funkcjonariusze z Katowic działali w dwóch grupach: pierwsza miała wejść do domu Blidy w Siemianowicach Śląskich. Druga stała za płotem z kamerą. Jej zadaniem było sfilmowanie wyprowadzenia Blidy z domu. Nagranie miało trafić do lokalnego oddziału telewizji publicznej jako ilustracja gorącego newsa.

Pod parą był też minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Tego dnia wybierał się na Śląsk. Miał tam ogłosić pierwszy sukces w walce z „układem”, którego zniszczenia domagał się ówczesny premier Jarosław Kaczyński.

Barbara Blida nie znała tych planów. Ale od tygodni żyła w strachu. Wiedziała, że ABW „pracuje” nad jej przyjaciółką zamkniętą w „areszcie wydobywczym”. Agenci obiecywali jej wolność w zamian za zeznania obciążające była posłankę. Parę dni wcześniej TVP pokazała „reportaż śledczy” o mafii węglowej. To był kolejny niepokojący sygnał.

Blida wiedziała, że jej nazwisko pojawia się w śledztwie. Stawiała się na wezwania prokuratury. Czy przypuszczała, że tym razem będzie zatrzymana?

Gdy o 6 rano weszła do niej ABW, Blida postanowiła, że nie da się publicznie upokorzyć. W łazience sięgnęła po broń, którą miała w domu.

Do dzisiaj nie jest jasne, czy strzeliła do siebie (taka jest wersja oficjalna), czy też rewolwer wypalił, gdy szamotała się z funkcjonariuszką. Ślady na miejscu zostały profesjonalnie zatarte.

Śmierć Barbary Blidy była początkiem końca tworu nazywanego „IV Rzeczpospolitą”. Polacy zobaczyli, w jak dramatyczny sposób może się skończyć realizacja spiskowych obsesji władzy. Pięć miesięcy później, po dwóch latach nieudolnych i awanturniczych rządów, PiS przegrał wybory.

Ale obiecywane przez zwycięską Platformę Obywatelską rozliczenie duetu Kaczyński-Ziobro z wykorzystywania prokuratury, policji i służb specjalnych do niszczenia politycznych przeciwników wypadło żałośnie. Zapowiedzi, że winni odpowiedzą za swoje czyny, szybko poszły w niepamięć.

Przez kolejne dwie kadencje większość PO-PSL nie zdołała nawet przegłosować wniosku o postawienie przywódców IV RP przed Trybunałem Stanu. Z odpowiedzialności za bezprawne naciski oczyściła ich też prokuratura.

Kolejny akt tego dramatu rozegrał się po ostatnich wyborach. Decyzją Jarosława Kaczyńskiego Zbigniew Ziobro wrócił na stanowisko ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Prokuratorem krajowym zrobił Bogdana Święczkowskiego, w 2007 r. szefa ABW.

25 kwietnia to okrągła rocznica bezkarności Kaczyńskiego, Ziobry i Święczkowskiego. Ponoszą moralną i polityczną odpowiedzialność za śmierć posłanki SLD.

Ale ta data powinna być też wyrzutem sumienia dla Platformy. Recydywą autorytarnych i niszczących demokrację rządów Polska płaci teraz za brak zdecydowania i złamanie danej wyborcom obietnicy rozliczenia IV RP.

NO TO NAS ZATKAŁO

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Walka kobiet o antykoncepcję, o pigułkę „dzień po”

PiS nie znosi sytuacji, gdy ich demolkę i skansen wynosi się na zewnątrz. Chcą prać brudy w domu, niestety te brudy są produkcji PiS, a Polska przystępując do Unii Europejskiej zdecydowała się na nowoczesność, a nie pisowski Ciemnogród i kołtunerię.

Brudy pisowskie na zewnątrz chcą wynieść kobiety, które zainicjowały obywatelski projekt ustawodawczy, aby żadne państwo członkowskie nie mogło samopas ograniczyć dostępu do środków antykoncepcyjnych. Ta inicjatywa to niejako odpowiedź na pomysł wprowadzenia recepty na pigułkę zwaną „dzień po”. Wszak tabletki „ellaOne” są dostępne w całej Unii bez recepty.

Projekt zmian w prawie farmaceutycznym został już przyjęty przez sejmową komisję zdrowia i w najbliższym czasie trafi pod obrady Sejmu. Nie należy mieć złudzeń, iż większość sejmowa z posłanką Sobecką przegłosuje, jak zakrystia im każe, a prezydent – męska odmiana Sobeckiej – ustawę podpisze.

Z tym pisowskim zacofaniem chcą walczyć takie organizacje, jak komitet „Ratujmy Kobiety” wraz z innymi stowarzyszeniami. Walka o prawa polskich kobiet zostanie przeniesiona na forum Komisji Europejskiej. Przygotowany został projekt „Europejska Inicjatywa Ustawodawcza na Rzecz Praw i Godności Kobiet”, którego celem jest uchylenie pewnego przepisu, a dotyczącego zmiany sposobu sprzedaży środków leczniczych. Ten przepis pozwala każdemu krajowi politykę lekową prowadzić wg widzimisię.

Kobiety chcą, aby środki antykoncepcyjne – w tym tabletki „ellaOne” – obowiązywała jedna dyrektywa, by były wyłączone spod widzimisię lokalnych polityków i były dostępne w całej Unii bez recepty. Wówczas żadnym Radziwiłłom i osobom związanych prawem kanonicznym o celibacie nie przyszło do głowy, aby decydować za innych, szczególnie, aby decydować za kobiety.

Wniosek w Komisji Europejskiej będzie składać Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, szefowa komitetu „Ratujmy Kobiety”. Do złożenia projektu potrzebnych jest przynajmniej sześć państw oraz – co będzie sporym wyzwaniem – milion podpisów.

Polki mają już gotowy dokument, pomagać im będą – jest to już dogadane – Niemki, Francuzki i Irlandki. Następnie trzeba powołać międzynarodówkę. I w ten sposób wynosząc walkę o prawa kobiet na zewnątrz przymusić skansen do respektowania praw.

DOBRE

Mazurek od Kaczyńskiego i „tematu” Piaseckiego

Rzecznik PiS Beata Mazurek niespecjalnie wie, co mówi. I nie jestem tym zdziwiony, wystarczy jej posłuchać. W co drugim wypowiadanym zdaniu traci wątek, a zdanie podrzędnie złożone to dla niej slalom gigant z takimi muldami, iż nakrywa się nogami.

Jakie znaczenia niesie zdanie: „Proszę, aby Rafała Piaseckiego nie utożsamiać z nami”. A z kim? Z Platformą Obywatelską? Jak ktoś będzie widział Grzegorza Schetynę, proponuję, aby zadał mu pytanie, czy zgodzi się na utożsamianie Piaseckiego „z nimi”? A może Piaseckiego można było utożsamiać z „nami” do niedzieli, a w ten dzień świąteczny łeb mu ucięli? Albo taka złota myśl pani Mazurek: „Kaczyński interweniował w sprawie Piaseckiego. Dla nas ten temat jest zakończony”.

Czyżby Piasecki się rozwiódł? A może solennie przyrzekł „panu” Kaczyńskiemu, że nie będzie tłukł żony. Jest jeszcze możliwość, że dał dyla w smudze kompromitacji i udał się za Wacławem Berczyńskim, aby zakończyć temat.

Ładunek „termobaryczny” Piaseckiego nazywa się przemocą domową. Temat nie jest zakończony, że posłużę się drewnianym stwierdzeniem osóbki Mazurek, która nie wstydzi się wymawiać publicznie takich sztanc językowych. Ten temat otwiera, a przynajmniej powinien otworzyć oczy dla partii Kaczyńskiego na sprawy przemocy domowej, przemocy wobec kobiet i bezbronnych dzieci. „Temat zamknięty” Piasecki tłukł nie tylko żonę, ale i swoje dzieci, a także teściową, która z nim ślubu nie brała.

A może powodem „zakończenia tematu” jest pobratymstwo emocjonalne Piaseckiego i Jarosława Kaczyńskiego? Ten pierwszy uderza fizycznie rodzinę, także słownie, a prezes PiS wali rodaków słowami, zawsze oddzielony od nich (od nas) czterema ochroniarzami, którzy rocznie kosztują – pośrednio każdego z nas – przeszło milion złotych. Przemocą słowną jest nazywanie rodaków najgorszym sortem, elementem animalnym, gestapo. Gdyby Kaczyński miał zdolność honorową, można byłoby wyzwać go na „ubitą ziemię”. Nie ma honoru, dlatego opluwa zza kordonu ochroniarzy.

Kaczyński na szczęście nie ma żony, nie ma dzieci, nie ma teściowej. Można sobie wyobrazić, iż byłby konkurencją dla Piaseckiego, gdyby swoje emocje słów zamienił na emocję kończyn górnych i dolnych. Idę o zakład, że wykazałby wyższość nad „tematem zamkniętym” z Bydgoszczy.

Tak jak w stanie wojennym był tchórzem, tak do dzisiaj mu to nie przeszło, a pani Mazurek proponuje naukę języka polskiego, a gdy już potrafi sklecić zdania, aby dać „rzeczy słowo” (jak pisał mój wielki poprzednik), niech się weźmie za retorykę – to jest nauka: jak wyrażać się – i mówić do rzeczy. Publiczna przestrzeń języka polskiego nie jest maglem. Nie jest też kloaką.

I CO TERAZ POCZNIE ANTEK BEZ WACKA???

Kleofas Wieniawa pisze o wrabianiu Radosława Sikorskiego w odpowiedzialność za katastrofę smoleńską.

W piętkę gonią ze Smoleńskiem. Takim żałosnym (acz miliony kosztujący podatnika) wyczynem jest ów ładunek termobaryczny, który posłużył Jarosławowi Kaczyńskiemu niemal dojść do „prawdy” w ostatnią rocznicę smoleńską. Taki z niego perypatetyk w marszu po Krakowskim Przedmieściu w otoczeniu tabunu ochroniarzy.

Scenarzysta termobaryczny Wacław Berczyński wziął jednak nogi za pas. Więc pisowcy szukają innej dziury w całym – i… czepiają się nogawek Radosława Sikoirskiego.

„Dziennikarze” tygodnika „wSieci” z brudnego palca wyssali (achtung! achtung!), że Sikorski dopuścił się „kłamstwa pod przysięgą”, bo był zaangażowany w dyplomatyczne przygotowanie wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska w Katyniu w kwietniu 2010 roku.

Chore do bólu. A dziennikarze tego tygodnika niech nauczą się pisać i posiądą arkana rzemiosła. Sikorski nie był zaangażowany w kampanię wyborczą, bo nie był z PiS-owskiego obozu.

A po co leciał Lech Kaczyński do Katynia? Wówczas twierdziłem, że z psychologicznego punktu widzenia był zmaltretowany przez brata – typowego wampira psychicznego – tacy ludzie podświadomie szukają ucieczki w samobójstwo.

A jego żyjący brat do dzisiaj uprawia psychiczny terroryzm. Maria Nurowska nazywa go psychicznym potworem. Uważam, że prezes niewiele się różni od bydgoskiego radnego, tamten tłukł żonę, dzieci i teściową, ten nie ma żony, dzieci i teściowej, ale używa przemocy do innych, narzędziami nawet bardziej bolesnymi, retorycznymi: elementem animalnym, gestapo, gorszym sortem. To jest uderzenie zacisniętą pięścią słowa. Kopem z glana metafory.

Wracając do Sikorskiego. A co mógł wówczas szef dyplomacji, wszak nie był ministrem organizacji?

Lech Kaczyński odpowiada moralnie (ale uśmiałem się przy tym egzystencjalnym oksymoronie) za katastrofę. Jak nieboszczyk może ponieść odpowiedzialność? Można go eksmitować z Wawelu. To byłoby jakieś wyjście. Quasi-dziennikarze „wSieci” coś tam chachnmęca w języku polskim, którym zresztą nie potrafią się posługiwać. Takim gościom zawsze wyjdzie groteska, kabarecik.

ODDAJMY CZEŚĆ WIELKIEMU CZŁOWIEKOWI

>>>

Przyznam się, że dawno nie słyszałem osoby tak ograniczonej, jak Beata Szydło. Ona jest premierem rządu RP!

Szydło jest miarą upadku Polski pod rządami PiS. Zacytuję ją i komentarze. Jestem bezsilny wobec brak inteligencji takich osóbek.

„Spełniają się marzenia dlatego, że program gospodarczy, który przygotowaliśmy i konsekwentnie realizujemy od ponad półtora roku przynosi dobre efekty i to przede wszystkim ten cel, który sobie założyliśmy, że z rozwoju gospodarczego mają korzystać wszyscy obywatele, a nie wybrane grupy interesów i tak się dzieje. To oczywiście wielka satysfakcja, ale to nie znaczy, że możemy już dzisiaj powiedzieć, że praca się skończyła. Nie, wręcz odwrotnie – to, że są dobre wskaźniki, również dane GUS z ostatnich dni to dobra wiadomość, ale musimy cały czas intensywnie realizować to, co przygotowaliśmy”.

Wg Szydło w ubiegłym roku agencje ratingowe działały pod wpływem politycznych nacisków i tego, co działo się w Europie, że opozycja swoją aktywnością doprowadziła do tego, że Polska była postrzegana jako kraj niepewny.

Głupiutka.

Szydło: Zwrócę uwagę Merkel, że liczylibyśmy na to, żeby media niemieckie nieco inaczej i uczciwie nas traktowały

– Spotykamy się w szczególnym dniu dlatego, że jutro są wybory we Francji. Na pewno będziemy miały okazję o tym porozmawiać, bo w momencie, kiedy będzie nasza kolacja, będą pewnie znane pierwsze wyniki. Ale też będziemy rozmawiały o tym, co w tej chwili absorbuje polityków europejskich. Za tydzień w Brukseli jest szczyt RE, na którym mamy przyjąć założenia, instrukcję związane z Brexitem. Mamy też sporo wzajemnych spraw bilateralnych i będę na pewno chciała też zwrócić kanclerz uwagę na to, że jako Polska liczylibyśmy i chcielibyśmy na to, żeby media niemieckie nieco inaczej, a przede wszystkim uczciwie nas traktowały.

Powyższy passus można nazwć tylko chorym, niedojrzałym.

Szydło: O rekonstrukcji się nie opowiada, tylko się ją przeprowadza. W tej chwili nie ma rozmowy na ten temat

„Powiedziałam kiedyś na konferencji prasowej i to podtrzymuję. O rekonstrukcji się nie opowiada, tylko się ją przeprowadza. Na pewno jeżeli taką decyzję podejmę, to będzie ona zakomunikowana i zostanie przeprowadzona. W tej chwili nie ma takiej rozmowy na ten temat”.

Szydło: Trudno traktować poważnie wniosek opozycji, który ma na celu jedynie budowanie chaosu i napięcia

Niedawno był wniosek o odwołanie całego rządu. Mogę powiedzieć w ten sposób: opozycja ma prawo zgłaszania wniosków o odwoływanie ministrów, o wotum nieufności. To prawo opozycji. Ale jeżeli te wnioski wynikają z podstaw merytorycznych, jeżeli one rzeczywiście mają podłoże konstruktywne, to możemy o nich rozmawiać. Natomiast jeżeli to jest jedyny pomysł opozycji na to, żeby zaistnieć i jest próba zaburzenia tego dyskursu politycznego i tylko chęć budowania chaosu i napięcia, to trudno, żeby taki wniosek traktować poważnie jako głos w debacie publicznej. Tak traktuję ten wniosek dlatego, że nie dalej jak dwa tygodnie temu był wniosek o odwołanie całego rządu. Więc myślę, że w tej chwili zachowanie PO jest mało merytoryczne.

Szydło o referendum edukacyjnym: Ten wniosek wpłynął zbyt późno. Reforma edukacji została wdrożona

– Jestem za tym, żeby w ważnych sprawach pytać Polaków. Ponieważ opozycja przywołała już moje wypowiedzi z kampanii wyborczej, kiedy mówiłam, że referenda są potrzebne i zgadzam się z tym. PO wielokrotnie dawała wyraz temu, że wnioski referendalne wyrzucała po prostu do kosza. Natomiast w tym momencie mamy szczególną sytuację, ponieważ ten wniosek referendalny wpłynął zbyt późno. Reforma edukacji została wdrożona, ona jest przygotowywana i budzenie znów niepokoju wśród rodziców, nauczycieli, którzy są w trakcie przygotowywania tej reformy odczytuje tylko i wyłącznie jako działanie polityczne

Doopa.

Szydło można pokazać tylko ten paluszek.

>>>

Osiół.

Andrzej Duda zaczyna się już bać. Pisze o tym Wojciech Czuchnowski („Wyborcza”). Zatrzeszczała uruchomiona przez PiS machina niszczenia niezależności polskich sądów. Prezydent Andrzej Duda postawił się ministrowi Zbigniewowi Ziobrze i wstrzymał prace nad ustawą pozwalającą partii władzy przejąć kontrolę nad Krajową Radą Sądownictwa.

Prezydent ma wątpliwość, czy zakładane w ustawie skrócenie obecnej kadencji KRS jest zgodne z Konstytucją RP. A już zapowiadał się blitzkrieg na miarę zwycięstwa „przedstawicieli suwerena” nad Trybunałem Konstytucyjnym.

Ziobro o sądach: „patologia”

Media publiczne i prorządowe od miesięcy zohydzały wizerunek sędziów, przedstawiając ich jako zwyrodnialców, drobnych złodziei i alimenciarzy. Ziobro i jego współpracownicy w jednym zdaniu wymieniali sądy z takimi słowami jak „patologia”, „klika” oraz „sitwa”. Grozili dyscyplinarkami i brali w obronę sprawcę ataków na sędziego podczas rozprawy. Sejm, nie przejmując się sprzeciwem opozycji, wszystkich środowisk prawniczych i organizacji międzynarodowych, przyjął w pierwszym czytaniu nowe przepisy o KRS.

Wydawało się, że teraz sprawę klepnie tylko komisja sprawiedliwości z niezawodnym prokuratorem Piotrowiczem na czele, potem szybka ścieżka w Senacie, podpis prezydenta i latem, a najpóźniej jesienią Ziobro zamelduje prezesowi, że zadanie „odzyskania sądów” zostało wykonane.

Czemu Duda stawia się Ziobrze

Co poszło nie tak? Czemu prezydent stawia się Ziobrze, chociaż dotychczas „niezłomnie” parafował wszystko, czego tylko chciała partia? Przecież jeszcze niedawno Andrzej Duda mówił, że Ziobro był „najlepszym w historii ministrem sprawiedliwości”…

Nie wierzę w „przebudzenie” Andrzeja Dudy. Dotąd prezydent za nic miał nawoływania, by szanował swój urząd i stał na straży konstytucji. Nie przejmował się głosami swoich wychowawców z Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy przypominali mu zasady państwa prawa wpajane na studiach prawniczych.

Duda się boi

Powód sprzeciwu głowy państwa wydaje się inny: Krajowa Rada Sądownictwa jest organem państwa, którego członkowie mają w konstytucji zagwarantowaną pełną kadencyjność. Oprócz KRS taką gwarancję ma w konstytucji tylko Prezydent RP. Jeżeli dzisiaj obecna władza zmieni tą zasadę odnośnie do Rady, to Andrzej Duda nie może mieć pewności, że władza następna (albo nawet jeszcze ta sama) nie zrobi tego w stosunku do jego urzędu.

Sprzeciw prezydenta to nie „przebudzenie”. To strach.

Dla radnego PiS Rafała Piaseckiego z Bydgoszczy.

Ambasador USA o kwestii smoleńskiej: nie widzimy już nic, co moglibyśmy zrobić

BRAWO DLA NIEZALEŻNYCH SĄDÓW. PROKURATURA NIE ZAMIECIE POD DYWAN KOLEJNEJ SPRAWY DZIAŁACZKI PiS

Monika Olejnik pisze o państwie PiS. W państwie praktycznym PiS-u – jakże innym od państwa teoretycznego PO! – armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników, można też sobie pozwolić na ujawnienie własnych szpiegów. Bo najważniejsze jest ściganie Tuska

Państwo za czasów PO przez osiem lat było teoretyczne – to ulubiony cytat z podsłuchanej rozmowy między Bartłomiejem Sienkiewiczem a Markiem Belką. Powtarzany przez prezydenta Andrzeja Dudę, premier Beatę Szydło, szefa MSW Mariusza Błaszczaka. Częściej cytowany jest Bartłomiej Sienkiewicz niż Henryk Sienkiewicz.

Dzisiaj rzeczywiście państwo polskie staje się praktyczne: pękająca opona w limuzynie prezydenta, pędzący samochód z panią premier zatrzymujący się na drzewie, uciekający z miejsca wypadku kierowca Antoniego Macierewicza.

W państwie praktycznym należy sobie wszystko podporządkować. Trwa zamach na sędziów, na Sąd Najwyższy. Najlepiej wszystkich wymienić i zacząć od początku, bo przecież jak to możliwe, by w sądach pracowali ci sami ludzie co przed 1989 r.?

Co innego w prokuraturze. Najnowsza „Polityka” pisze o wiceprokuratorze generalnym Waldemarze Puławskim, który „czuwa nad śledztwem dotyczącym Donalda Tuska”. Puławski od 1984 r. pracował w warszawskiej prokuraturze, a już w III RP weryfikował śledczych. A przypomnę jeszcze słynnego prokuratora Piotrowicza, który macha nam przed oczami konstytucją.

W państwie praktycznym można przesłuchiwać przez osiem godzin przewodniczącego Rady Europejskiej, żeby sprawdzić, czy przypadkiem służby rosyjskie i polskie ze sobą nie współpracowały. W państwie praktycznym szefem SKW może być człowiek, który znalazł na swoim płocie martwą wiewiórkę i twierdził, że ktoś mu ją przyczepił w odwecie za jego działalność. Po tzw. dobrej zmianie „wykańczać” caracale może dr Berczyński, który pochwalił się Magdalenie Rigamonti, jak uratował Polskę przed francuskimi śmigłowcami.

Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzecza, oświadcza, że nie ma z tym nic wspólnego, ale okazuje się, jak donosi „Dziennik Gazeta Prawna”, że dr Berczyński dostawał dokumenty z Inspektoratu Uzbrojenia MON. Na jakiej podstawie? Tego nie wiemy. Dlaczego miał dostęp do materiałów niejawnych, tego też nie wiemy. W państwie teoretycznym byśmy zapewne wiedzieli.

Władza chce zmienić wszystko. Ma zakusy na konwencję antyprzemocową, choć jest wielu skorych do bitki mężczyzn, można takich odnaleźć w PiS.

W państwie praktycznym minister obrony narodowej może lekceważyć prezydenta, nie odpowiadać na jego listy, a armia może tracić 30 generałów i 250 pułkowników. W państwie praktycznym można sobie pozwolić na ujawnienie szpiegów dzięki czemu, jak pisze w „Wyborczej” Wojciech Czuchnowski, „obce służby, nie ruszając się zza biurka, mogą zidentyfikować naszych szpiegów, a potem odtworzyć ich kontakty za granicą”.

Ale co to obchodzi szefa SKW pana Piotra Bączka. On ściga Tuska i to jest najważniejsze przesłanie obecnej władzy.

PIĘKNE PODSUMOWANIE RZĄDÓW PiS. Rachunek sumienia znaleziony w sieci. Autor: Ada112

Waldemar Mystkowski pisze o ambasadorze Przyłębskim i Beacie Szydło.

Ambasador RP w Niemczech Andrzej Przyłębski nie może być pewien swego stołka, bo jego zwierzchnik Witold Waszczykowski też nie jest pewny posady, może wylecieć przy pierwszej lepszej rekonstrukcji. Nie wiem, jakim łukiem Przyłębski obejdzie ustawę dekomunizacyjną, wszak ma solidną teczkę w IPN jako TW Wolfgang. Może liczyć, iż ustawa zostanie zaskarżona do Trybunału Konstytucyjnego, a tam żona Julia z innym agentem Mariuszem Muszyńskim znajdą jakiś haczyk, aby nie podlegał lustracji.

Przyłębski jednak musi punktować u prezesa, u którego splotem słonecznym czy też piętą Achillesa jest „Tusk”. Walniesz Kaczyńskiego Tuskiem to jęczy na cały kraj i wyzywa: ty elemencie animalny, najgorszy sorcie, gestapo. Przyłębski nieprzypadkowo przybrał ksywkę Wolfagang, bo lubi jako Wolf poszczekać, poszarpać za nogawki i wyć do księżyca.

W Berlinie Przyłębskiego nie tolerują, zresztą nie uprawia żadnej dyplomacji, bo dla polityki PiS jest ona zbędną. Ambasador a to załatwi salę kinową dla filmu „Smoleńsk” (kilka miesięcy za tym chodził), a to dla jakiegoś lokalnego dziennika poszczeka na Tuska. Proszę zauważyć, że nie piszę, iż zamienia się w kundelka, ale w Wolfa. Szarpie za nogawkę Tuska i szczerzy zęby na łamach „Neue Osnabrücker Zeitung”, sugerując, że to był niemiecki kandydat: „najwyraźniej z punktu widzenia Berlina istniały nie cierpiące zwłoki powody, by przedłużyć kadencję Donalda Tuska”.

Spowodowało, że – mówi to dyplomata (w istocie wzorzec z Sevres dyplomatołka wg definicji niezapomnianego Władysława Bartoszewskiego): „Wina za pogorszenie się stosunków polsko-niemieckich leży po stronie Niemiec”. Hau, hau – szczeka Wolf Przyłębski, a tak naprawdę boi się o posadę i melduje prezesowi: Heil, heil.

W o wiele ważniejszej niemieckiej gazecie, bo w „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) – ichniej „Gazecie Wyborczej” – ukazał się artykuł podpisany przez Beatę Szydło. Wszak wiadomo, że pani premier tego nie mogła napisać, lecz podpisała. Nie waham się tak nazywać, choć język jest szydłowski – ble, ble godny magla – pusty znaczeniowo, owijający bawełnę w inną bawełnę, jest to zresztą charakterystyka PiS. Nie potrafią zająć się konkretami, bo najlepsi są w pluciu na przeciwników politycznych.

Artykuł publikuje „FAZ” z powodu tego, iż w niedzielę w Hanowerze Szydło wraz z Angelą Merkel będą otwierały targi przemysłowe. Szydło „pisze” o wszystkim, a tak naprawdę o niczym, przy tym wciskając sporą dawkę kłamstw, pisowskiej trucizny. My, w Polsce już się uodporniliśmy (co cię nie zabije, to wzmocni), a szkoda, gdyż przeciwstawić się złu najlepiej za pierwszym razem, gdy jest determinacja. Szydło kłamie w czytelnicze niemieckie oczy: „Polska nie jest przygotowana na falę uchodźców”, ale „dobrze radzimy sobie z ponad milionem ukraińskich obywateli”.

Takich oszustw i bleblań jest co nie miara, ale pojawia się też inny ton: „Jesteśmy gotowi do zawierania dobrych kompromisów we wszystkich ważnych kwestiach europejskich”. Te „dobre kompromisy” znamy w Polsce jako „dobrą zmianę”. Niemcy ani nikt w Europie na to się nie nabiorą, bo nie ma żadnych „dobrych” konkretów.
Na szczęście o Tusku autor podpisany jako Szydło nic nie pisze. I to jest najlepszy element tego artykułu. Szydło w Niemczech jednak wystąpi i na jakimś konkrecie się wyrżnie, bo tak mają wszyscy pisowcy (Morawiecki, Waszczykowski, itd.), którzy na światowych salonach otwierają buzie.

REALIZUJE PLAN „POLSKA W RUNIE”?

UMARLIŚMY ZE ŚMIECHU :)))))))))

Pod MON pikieta przeciw szkodnikowi Macierewiczowi. ANTONI pod sąd! KTO JEST ZA?

Kleofas Wieniawa pisze o aferach Macierewicza.

Beata Szydło nie dostała pozwolenia od prezesa, aby zdymisjonować Antoniego Macierewicza. Więc wotum nieufności Platformy Obywatelskiej wobec ministra obrony będzie miało formę krytyki, a jest za co go rugać, bo to postać z pogranicza zaprzaństwa i zdrady.

Przegranym też może czuć się Andrzej Duda, dla którego polityka epistolarna jest najwyższą formą sprzeciwu i buntu wobec odebrania mu konstytucyjnych prerogatyw. Macierewicz i tak wykopyrtnie. Oby jak najprędzej, aby straty były względnie najmniejsze.

Afera z Wacławem Berczyńskim ma posmak korupcji i znamiona wielkiej afery. Ten człowiek tak czuł się pewnie pewnie, że chlapał jęzorem bez opamiętania.

Widać, iż wyobraźnię ma kiepską, bo fabuła z ładunkiem termobarycznym to jakość grafomanii. Na wierzch będą wychodzić coraz gorsze rzeczy.

DOBRE 🙂

>>>

NAJPIĘKNIEJSZE PODZIĘKOWANIA JAKIE MOGLIŚMY DOSTAĆ. TO DLA NAS WSZYSTKICH :)))

Paweł Wroński („Wyborcza”) pisze, co wynika z dymisji Wacława Berczyńskiego. Jeśli okazałoby się, że Wacław Berczyński jest mitomanem, nie byłoby to problemem. Znacznie poważniejszą sprawą byłoby, gdyby miał wpływ na zakup śmigłowców dla polskiej armii od poważnego światowego koncernu.

Dr Wacław Berczyński, przewodniczący podkomisji badającej katastrofę smoleńską, podał się do dymisji. Ostatnio dał się poznać jako autor teorii o bombie termobarycznej, która rozerwała kadłub prezydenckiego tupolewa przed lotniskiem w Smoleńsku (choć nikt wybuchu nie widział, nie słyszał, nie zarejestrowały go przyrządy podkładowe, a załoga rozmawiała do samego końca, nie wiedząc, że samolot wybuchł). Jednak nie te dyrdymały były powodem rezygnacji.
W zeszłotygodniowym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” Berczyński powiedział, że Antoni Macierewicz uczynił go pełnomocnikiem ds. zakupu caracali – francuskich śmigłowców, na które polski rząd miał podpisać kontrakt. A on te caracale „wykończył”.MON wydał błyskawicznie ratunkowy komunikat, w którym stwierdził, że Berczyński nie miał żadnego wpływu na decyzje ws. śmigłowców.

Możemy przyjąć, że to prawda. Wtedy przewodniczący komisji badającej wypadek Tu-154 z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie okazałby się mitomanem. Nie byłoby to wielkim problemem. W 2013 r. przewodniczący Komitetu Naukowego Konferencji Smoleńskiej prof. Jacek Rońda stwierdził w TVP, że ma dokument, który stwierdza, że piloci tupolewa nie zeszli poniżej 100 m. Pół roku później z rozbrajającą szczerością przyznał w Telewizji Trwam, że takiego dokumentu nie ma, a w TVP „blefował”. Odszedł z komisji, nie zmniejszając w oczach ludu smoleńskiego jej wiarygodności.

Komisja smoleńska składa się bowiem z „osobliwych” naukowców, a jedynym autorytetem, który orzeka o naukowości jej argumentów, jest prezes PiS Jarosław Kaczyński. Nikt na świecie nie przejmuje się tym, co ustalili smoleńscy naukowcy.

Możemy też przyjąć odwrotną tezę – Wacław Berczyński mitomanem nie jest i faktycznie wpływał na odwołanie zakupu caracali. Wtedy sprawa jest poważniejsza. Wiele wskazuje na to, że Berczyński faktycznie miał dostęp do dokumentacji przetargowej. Co więcej, przez lata pracował dla amerykańskiego koncernu Boeing, którego trzy samoloty dla VIP-ów kupił MON, łamiąc przy tym procedury.

Jeśli prawdą jest, że na decyzje o zakupie śmigłowców dla armii miał wpływ zaprzyjaźniony z szefem MON emerytowany naukowiec snujący teorie o bombie termobarycznej, to Polska staje się państwem, w którym obowiązują standardy nawet nie republiki bananowej. Gorzej. Stajemy się republiką paranoiczną.

POLACY SPOGLĄDAJĄ TERAZ NA PiS. NIECH RZĄD POKAŻE CZY SŁUCHA SUWERENA? BO TAK PRZECIEŻ TWIERDZI SZYDŁO I CAŁA JEJ JEDYNIE SŁUSZNA PARTIA…

Wojciech Czuchnowski pisze o kulisach przesłuchania Donalda Tuska. Przed przesłuchaniem przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska prokurator uprzedził go, że ma prawo odmówić odpowiedzi, jeśli jej udzielenie groziłoby mu odpowiedzialnością karną.

Formuła „przesłuchania z uprzedzeniem” stosowana jest, gdy prowadzący sprawę prokurator nie wyklucza, że świadek może dołączyć do osób, które mają w śledztwie zarzuty.

O prawie do odmowy odpowiedzi na pytanie „jeżeli udzielenie odpowiedzi mogłoby narazić jego lub osobę dla niego najbliższą na odpowiedzialność za przestępstwo lub przestępstwo skarbowe” świadek informowany jest na standardowym druku przed przesłuchaniem. Jednak w przypadku Tuska prokurator osobno zwrócił mu uwagę na art. 183 kodeksu postępowania karnego, mówiąc właśnie o możliwości uchylenia się od odpowiedzi.

Tusk nie uchylił się od żadnej odpowiedzi

– Przesłuchanie z uprzedzeniem nie przesądza o tym, że rola procesowa świadka ulegnie zmianie na dalszym etapie śledztwa – podkreśla mec. Marek Małecki, pełnomocnik oskarżonych w głośnych procesach karnych.

Tusk przesłuchiwany był w środę jako świadek w śledztwie dotyczącym umowy o współpracy pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego a rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa. Umowa (dotycząca m.in. wymiany informacji i zwalczania terroryzmu)  podpisana w 2013 r. nigdy nie weszła w fazę realizacji. Tusk jako premier zgodził się na jej podpisanie w 2011 r. Obecne władze twierdzą, że umowa szkodziła interesom obronnym Polski.

Jak podaje rozmówca „Wyborczej”, Tusk ani razu nie skorzystał z artykułu 183 i nie uchylił się od odpowiedzi . Przesłuchanie było tajne, tak jak całe śledztwo. Z informacji „Wyborczej” wynika, że brał w nim udział b. szef SKW gen. Janusz Nosek, jego prawnik. Wojciech Brochwicz (jeden z założycieli służb specjalnych III RP)., oraz pełnomocnik gen. Piotra Pytla, następcy Noska na stanowisku szefa SKW. Obu generałom postawiono zarzuty za podpisanie umowy z FSB i w przesłuchaniu mogli uczestniczyć jako strony postępowania.

Tuska reprezentował: Roman Giertych (b. wicepremier w rządzie PiS).

Dlaczego przesłuchanie trwało aż 8,5 godziny? Informator „Wyborczej” wymienia dwa powody: prokurator miał „grubo ponad 100 pytań” i całość „mozolnie” protokołował ręcznie.

Tusk dziękuje za wsparcie

Jak już informowaliśmy w „Wyborczej”, prowadzącego śledztwo interesowało to, dlaczego Tusk, wyrażając zgodę na podjęcie współpracy pomiędzy służbami, nie konsultował się z ówczesnym szefem MON Tomaszem Siemoniakiem. Tusk miał odpowiedzieć, że skoro SKW podlegała MON, było dla niego oczywiste, że kierownictwo resortu ma pełną wiedzę o sprawie.

Druga seria pytań dotyczyła samej współpracy, a dokładnie okresu przed poinformowaniem o niej premiera. Chodzi o kilka miesięcy po katastrofie smoleńskiej z 10 kwietnia 2010 r. Funkcjonariusze SKW pracowali wtedy na terenie Rosji i zbierając materiały do polskiego śledztwa, musieli korzystać z pomocy służb rosyjskich oraz informować Rosjan o swojej aktywności w ich kraju. Zdaniem obecnego kierownictwa SKW (które złożyło zawiadomienie o przestępstwie w sprawie umowy z FSB) było to „szkodliwe dla interesów obronnych RP”.

Tusk, który w środę wieczorem dziękował ludziom witającym go na dworcu w Warszawie i czekającym potem pod prokuraturą, w czwartek jeszcze raz dziękował na Twitterze: „Drzewo zetną, bażanta zastrzelą, ale Was nie zmogą. Dzięki za Wasze ‚Sto lat’ – najpiękniejsze, jakie w życiu słyszałem”.

„Na zachętę” została dyrektorem, nic dziwnego, że słoma z butów wychodzi ” – Jan Grabiec

Waldemar Mystkowski pisze o zastraszaniu sędziów KRS.

Metody PiS są tak parciane, jak ich politycy.

W zastraszaniu władze PiS są mistrzami, taki ich genotyp. Na rozkładówce znajduje się sądownictwo, więc uderzają w ludzi prawa, którzy bronią niezależności władzy sądzenia. Metody PiS są tak parciane, jak ich politycy.

Rzecznik i członek Krajowej Rady Sądownictwa sędzia Waldemar Żurek szczególnie leży PiS na wątrobie, bo nazywa rzeczy po imieniu, czyli bezprawie nazywa bezprawiem. A tego dopuszczają się organa rządzone przez PiS.

Kilka miesięcy temu Żurek dostał się w tryby machiny PiS z powodu oświadczeń majątkowych. Skonstruowane zostały w stosunku do niego jakieś podejrzenia z sufitu, które w istocie nie są warte zainteresowania publiki, ale można odpowiednio je obrobić w mediach kierowanych przez Jacka Kurskiego. Przede wszystkim samego sędziego zastraszyć przez tajne służby, którymi zarządza Mariusz Kamiński. Ten przed objęciem władzy przez PiS miał wyrok 3 lat bez zawiasów, lecz jeszcze nie był nieprawomocny. Ułaskawił go Duda, a Kamiński poszedł w ministry. W ten sposób Polska pisowska nabierała cech republiki bananowej.

Ktoś konduity Kamińskiego stoi na czele służb. Kamiński zresztą działa tak, jak w latach 2005-2007, gdy ścigał Andrzeja Leppera, lecz wywrócił się na skórce banana. Fajtnął, taki z niego Flap. Dzisiaj ma to wymiar „Ucha Prezesa”.

Sędzia Żurek wiedząc, że nim się interesują w ten parciano-bananowy sposób, kilka miesięcy temu napisał list do CBA, aby zapytać się o analizę jego oświadczeń majątkowych. Żadnej odpowiedzi nie otrzymał, bo służby czekały na skoordynowaną akcję.

W ubiegłym tygodniu PiS z całym impetem przystąpił do reformy sądownictwa (deformowania), więc muszą się dobrać do postaci szczególnych, jak do sędziego Żurka. Zadzwoniła do niego agentka CBA, która zaprosiła go do siebie, aby odpowiedzieć na pismo sprzed kilku miesięcy. Taka pisowska jakość proceduralna. Po agentce CBA odezwała się telewizja – dawniej publiczna – która ma jakieś operacyjne informacje (fragment niejawnych oświadczeń majątkowych Żurka). Zwracam uwagę na postępowanie i język PiS: czysty sowietyzm. Żurek wobec tego staje się nad wyraz ostrożny, przy wsparciu swego pełnomocnika prosi CBA o formalne wezwanie, na które wówczas się stawi.

Agentka jednak jest natarczywa, śle SMS-y, chce 5-minutowej rozmowy. Kicz pisowski, aż w szare komórki szczypie. Wczoraj (w środę, 19 kwietnia) troje agentów CBA na siłę weszło do gabinetu płk. Piotra Raczkowskiego, wiceprzewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa przy ul. Rakowieckiej w Warszawie, gdzie odbywało się spotkanie sędziów KRS, na którym był sędzia Żurek i na siłę – dosłownie – wcisnęli mu wezwanie. Obeszli wszelkie procedury.

Siedziba Krajowej Rady Sądownictwa jest strefą zamkniętą organu konstytucyjnego, więc naruszone zostało prawo, mir domowy. Sędzia Żurek musiał być wcześniej inwigilowany, bo skąd wiedzieli, gdzie go mogą znaleźć, a do tego znieważono pracowników, którzy bronili sędziowskiego BHP.

Po odebraniu władzy PiS będzie ogromnie wiele roboty, aby oczyścić stajnie Augiasza, które zostawią po sobie. PRL-owskie metody są obecnie reaktywowane przez takie nieudaczne postaci, jak Kamiński i jego – pożal się boże – agenci.

Kleofas Wieniawa pisze o Dudzie, który znowu pisze do Macierewicza.

Polityka epistolarna w wykonaniu Andrzeja Dudy rozkwita w najlepsze. Adresatem listów prezydenta jest minister obrony. Duda domaga się od ministra wypełniania obowiązków konstytucyjnych, a ten nic.

Duda sam naruszył konstytucję i nie wątpię, iż w przyszłości odpowie za to przed Trybunałem Stanu, a Macierewicz już może stanąć przed Trybunałem, gdyby Duda się postarał, lecz woli pisać listy.

Najnowszy list (z adnotacją „bardzo pilne”), który wyciekł – potwierdzona jest jego autentyczność – zawiera pytania Dudy dotyczące Wojsk Obrony Terytorialnej. Prezydent niepokoi się, iż ich utworzenie jest osłabieniem zawodowego Wojska Polskiego. Acz to napisane jest delikatnie.

Duda chce wiedzieć, jakiego rzędu jest to osłabienie? Kolejne osłabienie WP po odejściu 30 generałów. Muszę przyznać, że Macierewicz jest jak porządna wojna, tak przetrzebił szeregi dowódców WP i dalej osłabia.

Biedny Duda. Najnowszy list (wg wiedzy publicznej) to dowód kompletnej bezradności głowy państwa i zwierzchnika sił zbrojnych. Przykro na to patrzeć.

Dlaczego Duda uderza w Macierewicza? Jest okazja, bo i Platforma Obywatelska planuje wotum nieufności wobec szefa MON, a do tego szef podkomisji smoleńskiej Wacław Berczyński podał się do dymisji. A ten miał „osiągnięcia” – bombę termobaryczną, która wybuchła w tupolewie, ale piloci nic o niej nie wiedzieli i dalej sobie lecieli, no i uwalenie caracali, aby mogły być zakupione boeingi, w której to fabryce gościu pracował.

Zastanawiać może mitomaństwo Berczyńskiego (czort z nim), lecz mitomaństwo Macierewicza ma siłę hekatomby. Czyżby Duda się budził, czy odczuwa strach, bo odpowie za wielokrotne złamanie konstytucji?

TAKA POWINNA BYĆ Brawo dla Was

>>>