Archiwum dla Lipiec, 2017

SZACUNEK DLA PUBLICZNOŚCI ATLAS ARENY W ŁODZI. DODAJEMY MACIEREWICZA DO NASZEJ GALERII WYGWIZDANYCH.

Ta osoba ma wychowywać młodzież. Tfu… Jak ona się nazywa? Anna Zalewska. Pisze o tym Jacek Harłukowicz w „Wyborczej”. Kolejny świadek opowiada „Wyborczej”, że z pieniędzy wyprowadzanych z dolnośląskiego oddziału PCK mogły być finansowane kampanie polityków PiS. Śledztwo w tej sprawie trafiło właśnie szczebel wyżej – z prokuratury rejonowej do okręgowej.

Jak Polski Czerwony Krzyż finansował kampanię PiS. Kolejne relacje świadka

O aferze w dolnośląskim PCK pisaliśmy dwa tygodnie temu. Szeregowi pracownicy PCK (jak twierdzą, za radą swojego szefa, dolnośląskiego radnego PiS Jerzego G., oskarżonego w sprawie wyprowadzenia 13 mln zł z Południowo-Zachodniej SKOK) założyli firmę, która odbierała używaną odzież z kontenerów Polskiego Czerwonego Krzyża. Następnie sprzedawali ją na lewo. W ten sposób mieli wyprowadzić z PCK nawet milion złotych.

50 tys. zł z PCK na kampanię Anny Zalewskiej i innych polityków PiS?

Jak mówi Bartłomiej Łoś-Tynowski, były już pracownik Czerwonego Krzyża, przynajmniej część z tych pieniędzy zasiliła później kampanie wyborcze dolnośląskich polityków Prawa i Sprawiedliwości. 7 tys. zł Łoś-Tynowski wpłacił na kampanię Anny Zalewskiej, dzisiejszej minister edukacji w rządzie Beaty Szydło. Twierdzi, że zrobił tak na polecenie Jerzego G., do niedawna jednego z najbliższych współpracowników Zalewskiej.

– O źródle finansowana kampanii wyborczej Anny Zalewskiej w PCK było głośno. Wiosną ubiegłego roku Bartek mówił mi, że na nią i na innych kandydatów poszło co najmniej 50 tys. zł. Z tego powodu była w siedzibie PCK nawet wielka awantura z udziałem dyrektora Jerzego G. Jedna z pracownic wyrzucała mu, że powinien zwrócić te pieniądze – mówi nam Joanna Freza, była pracownica dolnośląskiego PCK (nazwisko zostało zmienione, dysponujemy jednak deklaracją kobiety, że swoją relację jest gotowa powtórzyć w prokuraturze i przed sądem).

O 50 tys. słyszał również Marek Brodzki, członek Zarządu Głównego PCK w Warszawie i – według naszych źródeł – księgowa dolnośląskiego oddziału PCK. Kobieta mimo wielu nalegań nie chciała jednak rozmawiać o tym z „Wyborczą”. Miesiąc temu została zwolniona z pracy.

Śledztwo przeniesione do prokuratury okręgowej

Śledztwo w sprawie nadużyć w Polskim Czerwonym Krzyżu od miesiąca prowadzi wrocławska prokuratura, która bada również wątek nielegalnego finansowania kampanii polityków PiS. W ubiegłym tygodniu śledczy zabezpieczyli telefony Łosia-Tynowskiego i Jerzego G., a samo postępowanie zostało przeniesione z prokuratury rejonowej do okręgowej.

– Ze względu na wartość szkody oraz wagę i charakter sprawy – mówi „Wyborczej” Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

Jak słyszymy nieoficjalnie, śledczych interesuje nie tylko mechanizm wyprowadzania pieniędzy z PCK, ale również wątek ewentualnego finansowania kampanii polityków PiS: – Pytano mnie, czy jest mi wiadome, by jakieś kwoty z tych pieniędzy były później przekazywane na kampanię Anny Zalewskiej – relacjonuje jedna z zeznających w prokuraturze osób.

Pod lupą też kampania samorządowa dyrektora PCK

Do osobnego postępowania został wyłączony wątek nielegalnego finansowania kampanii samorządowej z 2014 r. samego dyrektora PCK Jerzego G. Jak pisała „Gazeta Wrocławska”, część materiałów wyborczych opłacił on nie z funduszu wyborczego, ale z prywatnej kieszeni. Ulotki w jego imieniu odbierał wówczas z drukarni Łoś-Tynowski. Jerzy G. wielokrotnie korzystał z jego usług w kampanii, choć mężczyzna formalnie nie był członkiem sztabu, a prace na rzecz kandydata wykonywał w ramach swoich obowiązków w PCK.

– Organizowałem spotkania, ludzi do roznoszenia ulotek i rozklejania plakatów. Dyrektora nie interesowało, skąd na to wszystko pieniądze – mówił „Wyborczej” Łoś-Tynowski. Jak twierdzi, za wszystko płacił z pieniędzy PCK.

Jerzy G. odmawia rozmowy z naszą gazetą. Gdy spotkaliśmy go w sądzie na rozprawie ws. wyprowadzenia pieniędzy ze SKOK, obiecał, że się z nami skontaktuje. Nie zrobił tego. Na pytania „Wyborczej” nie odpowiedziała również minister Anna Zalewska.

DROBNA RÓŻNICA POMIĘDZY FRASYNIUKIEM A KACZYŃSKIM. Jeden z nich siedział w domu z kotem..

DISNEY CHANNEL I EUROSPORT – MISTRZOWIE :))))

Waldemar Mystkowski pisze o Tusku.

Tweety Tuska jak haiku albo limeryki

PiS ma w sobie coś z masochisty. Dobiera się do Donalda Tuska, wzywa go na wszelkie śledztwa, jakie wymyśli i nieodmiennie przegrywa. Tak było ostatnio, gdy szef Rady Europejskiej wysiadł na Dworcu Centralnym i pod prokuraturę odprowadził go wielotysięczny tłum.

PiS-owi po tym zdarzeniu opadł słupek poparcia, po prostu zwiądł.

No i znowu wzywają Tuska, i to w środku wakacji na 3 sierpnia, przesłuchanie ma dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Ciągle w toku tworzenia znajduje się Ewangelia Smoleńska z Mesjaszem zbawcą Lechem Kaczyńskim i Jarosławem K. – raz jako odźwiernym Piotrem, innym razem doznającym epifanii Szawłem zamienionym jasnym szlagiem w Piotra.

Tusk nieodmiennie informuje o swoich przesłuchaniach na Twitterze i nieodmiennie jego tweet jest perełką językową, brylantem komunikatu, a niektóre tweety już weszły do klasyki i będą w podręcznikach komunikacji i zręczności politycznej.

Tweety Tuska można porównać do trudnej formy lakonicznej poezji z Kraju Kwitnącej Wiśni, do haiku, a czasami są tak prześmiewcze, jak irlandzkie limeryki.

Niewielu potrafi tak pisać, ale też niewielu wśród polityków jest tak udanymi retorami, język jest Tuskowi posłuszny i nie potrzebuje do zwalenia z nóg przeciwnika żadnych ciosów poniżej honoru, nie musi nazywać interlokutorów kanaliami, zdradzieckimi mordami, gorszym sortem.

Tweet dla najlepszych to jest haiku i takim jest dla Tuska, oto treść ostatniego: „Dzięki za wsparcie, ale Wielki Spacer będzie długi. Jesteście przyszłością – nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”.

Tweet bogaty w treści i ma konkretnych adresatów. Analiza jego zasługuje na większy esej. Nie należę do piewców Tuska, ale uważam go za najlepszego w XXI wieku polityka polskiego, a po 1989 roku mieszczącego się w naszej Wielkiej Trójce.

Tusk ma świadomość, że w tej chwili najbardziej liczy się głos młodego pokolenia, które nagle dało o sobie znać przy okazji trzech ustaw dotyczących sądownictwa, to młode pokolenie Łańcucha Światła wymusiło na Dudzie dwa weta. I Tusk nie chce ich obarczać winą zaszłości polskiej polityki, „nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”. Zatem nie zmagajcie się z grzechami poprzedników, one tylko hamują Polskę i wasze życie.

Znamienny jest odzew internautów, wielu należałoby cytować, bo Tusk powoduje w narodzie kreacyjne inspiracje. Jeden zacytuję – blogera podpisującego się Phil Backensky:

„I choćby przyszło tysiąc Kaczyńskich

Z nimi stu Ziobrów oraz Brudzińskich

I każdy nie wiem, jak się wytężył

To wolność w PL zawsze zwycięży!”

Tak trzymać!

„Pokora i umiar” według PiS.Rok temu chcieli przeforsować dla siebie podwyżki. Sprzeciw ich zatrzymał więc znaleźli sposób na „dojną zmianę”

A CI DWOJE TO QRWA KTO?

>>>

Reklamy

IDEALNA ODPOWIEDŹ, GDYBY KIEDYŚ KTOŚ WAS ZAPYTAŁ 🙂

Opozycja parlamentarna, pozaparlamentarna i organizacje obywatelskie łączą siły. Koalicja Prodemokratyczna działająca pod patronatem Strajku Kobiet chce się skupić na obronie trzech frontów: sądownictwa, wolności słowa i mediów, a także praw kobiet. Pisze Michał Wilgocki.

Demokratyczna opozycja jednoczy się pod patronatem Strajku Kobiet. Plany: obronić sądy, media i prawa kobiet

Na spotkanie w Warszawie przyszli przedstawiciele opozycji sejmowej (PO i Nowoczesna), pozaparlamentarnej (Razem, Inicjatywa Polska, SLD, Zieloni, Inicjatywa Feministyczna). Byli też przedstawicielki Strajku Kobiet, Obywatele RP, Komitet Obrony Demokracji, Obywatele Solidarni w Akcji, Dziewuchy Dziewuchom, stowarzyszenie TAMA, Kolektyw Czarne Szmaty i Śląskie Perły.

– Podsumowaliśmy nasze dotychczasowe działania i przygotowaliśmy plan na kolejne dwa miesiące – mówi „Wyborczej” Marta Lempart. – Jeszcze przed wrześniowym posiedzeniem Sejmu chcemy zorganizować obywatelski okrągły stół i wspólnie wypracować 10 postulatów dotyczących reformy wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, jeżeli PiS będzie próbował odrzucić weto w parlamencie, natychmiast zareagujemy odpowiednio, tak jak to robiłyśmy do tej pory, na przykład protestami. Chcemy być zawsze tam, gdzie są podejmowane decyzje – przed Sejmem, Senatem, Pałacem Prezydenckim, Trybunałem Konstytucyjnym albo na Nowogrodzkiej.

Przedstawiciele wszystkich organizacji ustalili, że w najbliższym czasie połączą siły z Akcją Demokracja, która zaplanowała spotkania, podczas których będzie tłumaczyć zagrożenia płynące z jedynej niezawetowanej przez prezydenta ustawy – o ustroju sądów powszechnych.

– Postaramy się w jak największym stopniu nagłośnić to, co grozi każdemu obywatelowi, który będzie miał po tej nowelizacji do czynienia z sądami – dodaje Marta Lempart.

Koalicja jest też przygotowana na to, że w każdej chwili PiS może zabrać się do zaostrzenia prawa aborcyjnego. Może to zrobić na dwa sposoby: jeden z nich to poparcie obywatelskiego projektu ustawy zakazującego aborcji w przypadku ciężkiego upośledzenia płodu (to dłuższa droga, bo pod tym projektem nie zostały jeszcze zebrane podpisy). Drugi sposób to rozprawa przed Trybunałem Konstytucyjnym. Wniosek w sprawie niekonstytucyjności usuwania ciąży w przypadku ciężkiej choroby płodu zgłosiła grupa posłów PiS. Koalicja Prodemokratyczna planuje protesty, jeżeli PiS spróbuje zrealizować któryś z wariantów. Włącza się także w zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem „Ratujmy kobiety” liberalizującym prawo aborcyjne.

Kolejny postulat dotyczy języka. Na spotkaniu przedstawiciele Nowoczesnej zadeklarowali, że złożą nowelizację ustawy o języku polskim, tak żeby praktyka stosowania języka wrażliwego na płeć (chodzi m.in. o żeńskie końcówki) została potwierdzona jako ustawowa norma.

– Zapraszamy też do rozmów przedstawicieli redakcji mediów komercyjnych, za które – jak zapowiedziała posłanka Krystyna Pawłowicz – PiS weźmie się po wakacjach. Będziemy je namawiać do wspólnej akcji protestacyjnej. Będziemy również pilnować mediów publicznych, które nie spełniają obecnie swojej misji. Rozważamy różne metody – łącznie z wstępowaniem na drogę prawną i apelami do reklamodawców – dodaje Marta Lempart.

Koalicja zachęca również do tego, żeby cyklicznie, być może nawet raz w tygodniu, spotykać się w terenie, przed biurami parlamentarzystów PiS. Liczy, że w ten sposób dotrze do kilkunastu polityków, którzy wahają się w poparciu dla „dobrej zmiany”.

Jak miała działać? Szybciej? Sprawniej? Skuteczniej? Czy jakoś tak.. 🤔

Wojciech Maziarski na koduj24. pisze o Dudzie.

Czy czarna dziura pochłonie Andrzeja Dudę?

Prezydent postawił jeden krok ku swobodzie, ale jeszcze nie wyrwał się z pola grawitacyjnego PiS.

Podstawowe pytanie polskiej polityki brzmi dziś: co zrobi Andrzej Duda? Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek w ostatnich latach tak wiele zależało od trzeźwości umysłu jednego człowieka. I od jego psychicznej odporności na naciski i groźby.

Zgłaszając weto do dwóch ustaw sądowych, prezydent wyruszył w drogę bez powrotu. Tak podpowiada logika. W obozie politycznym kierowanym przez Jarosława Kaczyńskiego nie czeka go już żadna przyszłość polityczna. Nawet gdyby się pokajał, posypał głowę popiołem i padł na kolana, nie ma najmniejszych szans, by PiS ponownie wystawił jego kandydaturę w kolejnych wyborach prezydenckich. Prezes ani nie zapomni, ani nigdy nie wybaczy mu zdrady, jakiej się dopuścił blokując PiS-owską szarżę na Sąd Najwyższy i Krajową Radę Sądownictwa, a w konsekwencji utrudniając realizację także innych zamierzeń rządzących. Dopóki PiS nie ma kontroli nad wymiarem sprawiedliwości, nie bardzo może przejąć prywatne media, których właściciele z pewnością będą się odwoływać od bezprawnych decyzji do sądów.

Kaczyński, gdyby mógł, pewnie poszedłby dziś przed Pałac Prezydencki, by pokazać tej „zdradzieckiej mordzie i kanalii”, co o niej myśli (swoją drogą, z niecierpliwością czekam na kolejną miesięcznicę smoleńską, ogromnie jestem ciekaw, co też pan prezes powie przed siedzibą prezydenta). Jednak nie bardzo może sobie na to pozwolić. Konstytucyjne uprawnienia sprawiają, że Duda trzyma go w szachu. Dlatego politycy PiS przez zaciśnięte zęby mówią, że czekają na prezydenckie projekty ustaw sądowych. Nie podnoszą głosu ani nie szczerzą kłów, ale pod tą maską udawanego spokoju widać kipiące emocje. Gdyby mogli, wywlekliby zdrajcę z pałacu i rozszarpali go na strzępy. Logika mówi więc, że zerwanie jest nieodwracalne.

Pytanie tylko, czy Andrzej Duda ma tego pełną świadomość. Czy nie ulegnie psychicznej presji i pokusie udobruchania towarzyszy, którzy przez lata stanowili jego partyjne otoczenie. Czy zdaje sobie sprawę, że jeśli chce ocalić skórę, nie tylko nie może się cofnąć, ale nawet nie może zatrzymać się w miejscu, w którym dziś stoi. Musi wykonać kolejne kroki ku politycznej suwerenności, dalej rozluźniając więzy łączące go z dawnym środowiskiem i przełamując lody w stosunkach z opozycją. To dla niego jedyna szansa.

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy prezydent to sobie uświadamia i czy gotów jest wyciągnąć z tego praktyczne konsekwencje. Wszystkie jego dotychczasowe działania i deklaracje mają charakter połowiczny. Zawetował dwie ustawy sądowe, ale już nie trzecią. Powiedział, że Sąd Najwyższy nie może podlegać prokuratorowi, ale nie powiedział, że nie może też podlegać prezydentowi. Nie przyznał, że PiS-owskie projekty ustaw były sprzeczne z Konstytucją. Zapowiedział, że przygotowując nowe projekty, będzie się konsultować ze środowiskiem prawniczym, ale od razu uprzedził, że wiele osób będzie z tych projektów niezadowolonych.

Wygląda na to, że Andrzejowi Dudzie marzy się stworzenie alternatywnego PiS-u o ludzkiej twarzy – obozu prawicowego, który reprezentując ten sam system wartości, wolny byłby od radykalizmu i bolszewickich zapędów, które ostatnio w coraz większym stopniu dominują w działaniach Jarosława Kaczyńskiego.

Sympatię do tego projektu niedwuznacznie zademonstrował Kościół. List przewodniczącego konferencji Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego do prezydenta z podziękowaniem za weto nie pozostawia w tej kwestii wątpliwości. Poparcie okazuje też część prawicowych publicystów (np. Rafał Ziemkiewicz, Paweł Lisicki czy Piotr Zaremba) oraz politycznych autorytetów (np. Jan Olszewski).

To jednak stanowczo za mało, by pomysł powołania obozu stanowiącego polityczne zaplecze Andrzeja Dudy mógł liczyć na powodzenie. Nic nie wskazuje na to, by wśród obecnych parlamentarzystów i polityków PiS znalazła się duża grupa chętnych do zmiany barw klubowych na prezydenckie. Duda może liczyć, co najwyżej, na pojedyncze transfery, a nie na wielki exodus, przypominający np. powołanie Platformy Obywatelskiej, kiedy to liderzy nowo powstającego ugrupowania wyprowadzili z Unii Wolności większość aktywów. Kilkanaście czy nawet trzydzieści szabel w Sejmie to za mało, by prezydent mógł czuć się bezpiecznie jako samodzielny podmiot polityczny.

Wiele wskazuje na to, że w Polsce na prawicy obok PiS-u nie ma miejsca na inne ugrupowanie o mniej radykalnym obliczu. W przeszłości taką partię – o nazwie Polska Jest Najważniejsza – próbował powołać Paweł Kowal i ta próba też zakończyła się klapą. PiS odgrywa na polskiej prawicy rolę czarnej dziury – te niewidoczne ciała niebieskie o gigantycznej grawitacji są swoistymi kosmicznymi odkurzaczami, wysysającymi całą materię z otaczającej ich przestrzeni. W ich polu przyciągania nie ostanie się nic.

Jeśli więc Andrzej Duda nie chce skończyć jak kometa, która na chwilę rozbłysła i zgasła, ponownie wciągnięta w lej PiS-owskiej czarnej dziury i sprasowana w jej wnętrzu, musi się wyrwać z jej pola grawitacyjnego. Jak najszybciej i jak najdalej. A to niechybnie oznacza też zbliżenie się do innych układów planetarnych w tym rejonie nieba.

Czy prezydent ma tego świadomość? I czy będzie miał dość odwagi, by ocieplić relacje z dotychczasowymi politycznymi wrogami?

Przekonamy się w najbliższych tygodniach. Zobaczymy, kogo prezydent zaprosi do prac nad projektami ustaw sądowych i jaki kształt przybiorą te dokumenty. Jeśli będą przypominać wcześniejszą wersję, którą napisali ludzie Ziobry, a główna różnica będzie polegać na tym, że nadzór nad sądami będzie sprawować prezydent, a nie prokurator generalny, oznaczać to będzie, że droga ku suwerenności Andrzeja Dudy zakończyła się po jednym połowicznym kroku.

POBUDKA 🙂

Waldemar Mystkowski pisze o Błaszczaku i Szyszce.

Błaszczak i Szyszko, ministrowie niegodni funkcji są winni kryzysów

Bezprawne działania władzy PiS wcale mnie nie dziwią. Społeczeństwo obywatelskie i opozycja parlamentarna są śledzone i na podsłuchach. Inaczej nie potrafią utrzymać władzy. Protesty lipcowe były największymi po 1982 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego; po odzyskaniu suwerenności nie mieliśmy do czynienia z takim wyraźnie powiedzianym przez Polaków – „nie”.

Protesty lipcowe nie były partyjne – choć parlamentarne partie opozycyjne organizowały swoje – społeczeństwo obywatelskie i to najmłodsze, które zna poprzedni reżim z relacji rodzinnych i środowiskowych powiedziało – „dość”. Opór zwykle ma charakter lawiny, wystarczy ruszenie jednego newralgicznego elementu i rusza protest z łoskotem, aby pod zwałami pogrzebać – w naukach społecznych – winnych kryzysu.

Nie od rzeczy, nie od parady sprawcami tego kryzysu, są marni ludzie PiS. Nikt mnie nie przekona, iż od przeciętności – w znaczeniu nijakości – różni się Mariusz Błaszczak czy Jan Szyszko. To są ludzie niewidzialni, gdyby byli dla nas anonimowi i gdyśmy ich spotkali podczas jakiegoś działania, nie zostałaby zatrzymana na nich żadna uwaga, tak jak nie zauważamy nicości, braku.

Wybrakowanie nam przeszkadza w chwili, gdy staje się normą, gdy jest narzucone przez zbieg okoliczności, w tym wypadku splot zdarzeń politycznych. Wybrakowana postać Błaszczaka szczególnie razi, bo on nawet wypowiada się w mediach.

Piszę o tych dwóch nijakich ludziach PiS przy okazji dwóch drobnych, ale znamiennych zdarzeń, mających w sobie modus operandi PiS.

Ministerstwo Błaszczaka (MSWiA) wystosowało do Fundacji Wolnych Obywateli RP (szefuje jej Paweł Kasprzak) groźbę w formie pisma i to taką, iż można podejrzewać, że ktoś odpowiedzialny za sformułowania w tym straszeniu w piśmie nie zna języka polskiego. Tak było – pamiętam: za komuny – też mieli tamci ciemniacy problem z językiem polskim.

Obywatelom RP wytyka się blokowanie – jak piszą z ministerstwa Błaszczaka w języku mało polskim – „zgromadzenia publicznego odbywającego się w celu oddania hołdu Ofiarom katastrofy smoleńskiej”.

Hołd składa się – mistrze od gadżetu różańca – bóstwom, albo władzy feudalnej. Nie składa się ofiarom, składa się ofiary. Nie można złożyć hołdu tym, którzy przyczynili się pośrednio i bezpośrednio do katastrofy. Jarosław Kaczyński swoją pokrętnością stworzył fakt zakłamania – nazywany mitem smoleńskim – iż jego brat „poległ”. Tak! Poległ na nieprzestrzeganiu procedur i mając niepohamowany pęd do reelekcji prezydenckiej.

I tego rodzaju zakłamaniu stoją na drodze Obywatele RP, stoją przeciw zakłamywaniu Polski. Zaś„zgromadzenie od hołdu” jest coraz droższe. Liczą na to – to mój apel do władz policji – iż zachowają dokumenty, w których zleca się chronienie Jarosława Kaczyńskiego, odczyniającego jakieś „hołdy”na Krakowskim Przedmieściu i z tego miejsca centralnego w kraju robiącego prywatne uroczysko. Jeżeli zlecenie na chronienie „hołdu” wypłynęło od Błaszczaka, to on powinien za ochronę „hołdu”zapłacić. Ostatni „hołd” kosztował przeszło 700 tys. zł, a policjanci nie dojadali. Gdybym wiedział, to podzieliłbym się wolnymi kanapkami, bo miałem przy sobie.

To Obywatelom RP należy się pomnik na Krakowskim Przedmieściu ze szczególnym uwzględnieniem Kasprzaka, bo bronią nas przed paranoją smoleńską i przed „geniuszem” od kanalii i zdradzieckich mord.

Za to w przyszłości Błaszczak musi zapłacić nie tylko majątkiem, ale też paragrafami, aby Polska była normalna. Nie po to nasi przodkowie – a moi od zawsze, od kiedy zapisywana jest historia ojczyzny – walczyli z wrogami, a takich ciurów Błaszczaków – bo jest takim obozowym brakiem – karano za niszczenie porządku w taborach.

I drugi nijaki Jan Szyszko, stosujący modus operandi PiS. Trybunał Sprawiedliwości UE nakazał – czyli nakaz sankcjonowany może być karą finansową – zaprzestanie dalszej wycinki Puszczy Białowieskiej. Następnego dnia po nakazie do Puszczy udał się operator Polsat News, a tam został pobity, zaś kamera odebrana mu i zniszczono nagranie.

Czy operator filmował wycinkę, której nie zaprzestano, czy robił zdjęcia wspaniałej przyrody niszczonej przez Szyszkę, jest obojętne, ale to wskazuje z jaką władzą mamy do czynienia. Niekompetentną, nieodpowiedzialną, bo ministrami są ludzie tak przeciętni, iż nie znając ich nie zwrócilibyśmy na nich uwagi.

Zostali wywyższeni nie mając kompetencji ani żadnych zasług, tacy ludzie – Błaszczak i Szyszko – wszystko zrobią, aby utrzymać się w siodle. To nie jest władza, to są przedstawiciele nieporozumienia, ciury obozowe, które nie powinny pokazywać się nikomu na oczy, bo zwykle coś zmalują niegodnego miana Polaka.

Franek Sterczewski po raz kolejny zaprasza na pl. Wolności. Tym razem zamiast protestu odbędzie się piknik obywatelski. – Teraz stawiamy na spotkania, mówienie o prawach obywatelskich, aktywności obywatelskiej i konstytucji – podkreśla Sterczewski.

BOSKIE, PO PROSTU BOSKIE :))) Doskonały komentarz…

>>>

PIĘKNĄ MŁODĄ POLSKĄ RZĄDZI STARZEC O XIX WIECZNYCH POGLĄDACH, OSZUST I KŁAMCA, ZGORZKNIAŁY SAMOTNIK Z KOTEM Z PONUREJ BAJKI. MAMY DOŚĆ !!!

©Andrzej Mleczko

Mariusz Błaszczak dorobił się kolejnego krzyżyka. Niech go spotka krzyż – krzyż na drogę i won! z życia publicznego – bo to marny człowiek, a intelektualnie niesprawny. Piszą o krzyżykach Błaszczaka Anna J. Dudek i Stanisław Skarżyński. Ujawnione przez „Wyborczą” nagrania policjantów śledzących Obywateli RP i posła Ryszarda Petru to kolejny krzyżyk na karierze ministra Mariusza Błaszczaka. W momencie, gdy PiS przeżywa największy kryzys od początku swoich rządów, dymisja dwukrotnie już obronionego ministra byłaby przyznaniem się do słabości przez Jarosława Kaczyńskiego.

Opozycja już kilkukrotnie próbowała Błaszczaka odwołać – raz za skandal wokół komendanta głównego policji, bo na to stanowisko minister mianował policjanta, którym zajmowała się prokuratura. Po raz drugi – gdy politycy z policjantami próbowali tuszować zabójstwo Igora Stachowiaka na komendzie. Po drodze były mniejsze i większe lapsusy. W obu przypadkach PiS obroniło Błaszczaka, ale opozycja powinna teraz podjąć kolejną próbę. Choćby była nieudana, dokuczy radykalnemu skrzydłu PiS – bo Błaszczak jako szef MSWiA jest dla Kaczyńskiego dziś zbyt cenny, żeby go poświęcić.

Coraz wyraźniej widać biegnący przez partię podział na frakcję radykalną, która naprawdę chce zaprowadzić w Polsce dyktaturę prezesa Kaczyńskiego, oraz umiarkowaną, która z coraz większym przerażeniem patrzy na poczynania obozu władzy. A teraz z nadzieją spogląda w stronę Pałacu Prezydenckiego.

Orędzia grozy

Najlepiej było to widać podczas wojny na orędzia. W poniedziałek o 20.00 TVP wyemitowała (kierując się logiką partyjną, nie państwową) orędzie premier Beaty Szydło, a TVN – orędzie prezydenta Andrzeja Dudy.

To precedens – nigdy w naszej historii nie było sytuacji, by głowa państwa i głowa rządu przemawiały w tym samym czasie. Ostatnio taka wojna była „o krzesło” w Brukseli – ale między premierem Tuskiem a prezydentem Kaczyńskim.

Gdy prezydent w TVN tłumaczył, dlaczego nie mógł zaakceptować proponowanych przez Prawo i Sprawiedliwość reform, w TVP premier przekonywała, że decyzja Dudy jest niezrozumiała. Kiedy on mówił o potrzebie budowania sprawiedliwego państwa, do którego Polacy mają zaufanie, bo traktuje ich równo, ona mówiła: „Winniśmy być jednością, nie możemy ulegać naciskom ulicy i zagranicy, musimy zrezygnować ze swoich osobistych i politycznych ambicji, a skupić się na tym, czego Polacy od nas oczekują”.

Wraz z dwoma orędziami jedność obozu „dobrej zmiany” przechodzi do historii. Duda jest najważniejszym, ale nie jedynym politykiem, który w tej kadencji wyrwał smycz z rąk Jarosława Kaczyńskiego. Kazimierz Ujazdowski wyłamał się z PiS podczas wojny z Trybunałem Konstytucyjnym, dołączając do długiego szeregu byłych współpracowników prezesa, którzy jako „pisolodzy” zaludniają studia TVN.

Drugą stronę stanowi betonowe zaplecze Jarosława Kaczyńskiego rozesłane po resortach siłowych – to nadzorujący służby specjalne Mariusz Kamiński, nadprokurator Zbigniew Ziobro oraz właśnie Mariusz Błaszczak, któremu podporządkowana jest policja.

Jeśli PiS mówi „dekomunizacja” to oznacza to zupełnie odwrotną sytuację. To samo jest z dekoncentracją mediów, wolnością i demokracją.

Waldemar Mystkowski ma propozycję dla pokracznego PiS. Zamknąć sądy.

Trybunał i sądy zamienić na muzea

Polityka historyczna PiS niebawem może tak przyspieszyć, że nazwiemy ją kosmiczną polityką historyczną. Zapytacie, dlaczego miałoby się tak stać? Ano, z dnia na dzień może przybyć kilkaset muzeów w całej Polsce. Zdziwieni? Oczy wyszły wam na wierzch? Schowajcie je do oczodołów, bo potrzebny będzie rozum, wysilcie go, tymczasem pospiesznie wyjaśniam.

Demolka Trybunału Konstytucyjnego miała służyć między innymi temu, aby przyspieszono wyrokowanie w sprawach, które zalegają latami. I oto dowiadujemy się, że Trybunał Konstytucyjny w obecnym roku, a już mija 7 miesięcy 2017, orzekał – teraz można wybałuszyć oczy – przez 13 dni. „Fakt”, w którym o tym piszą, nazywa sędziów wprost – „Lenie z Trybunału Konstytucyjnego”.

Ja głównym leniem – rozsadnikiem tej niemocy pracy – nazwałbym panią prezes Julię Przyłębską, która powinna pozostać jako prawnik bezrobotna, tak jak chciał tego Sąd Okręgowy w Poznaniu. Ten nie przyjął jej do pracy ze względu na lenistwo i mierne kwalifikacje („nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów, pisała błędne uzasadnienia” – to tylko niektóre z zarzutów wizytatora w 2001 roku, a następnie komisji kwalifikacyjnej w stosunku do Przyłębskiej, gdy odrzucono jej prośbę o pracę).

Czy Przyłębska od tamtego czasu podciągnęła się? Znowu wybałuszycie oczy. Pani Przyłębska jest na urlopie od 28 czerwca do 11 września, od ostatniego posiedzenia TK do następnego planowanego. Nie podciągnęła swojej fachowości, dalej w głębokim poważaniu ma kwalifikacje.

Jak wiemy Przyłębska jest prezes TK od grudnia ubiegłego roku. Już nie wybałuszajcie oczu, bo je stracicie. W tym czasie przybyło jej 41 dni zaległego urlopu. Jak to się dzieje, że nie pracuje, a przybywa jej urlopu? Ano tak, że urlop jest wówczas, gdy pisze się podanie o urlop, zatwierdza się podanie i na urlop udaje. Przyłębska choć nie pracowała, to nie napisała do siebie podania o urlop, więc nie była na faktycznym urlopie mimo, że bumelowała.

No, fajnie. Zatem, jakim sposobem doszło do tego, że wczoraj – 27.07 – pojawił się komunikat niefachowej Przyłębskiej: – „Sąd Najwyższy złamał prawo, nie zawieszając postępowania w sprawie Mariusza Kamińskiego”. Ten komunikat podał PAP, ano agencja mogła tę wiadomość dostać mailem, np. z Bahamów, gdzie może przebywać Przyłębska wraz ze swym TW Wolfgangiem, a nawet komunikat mógł podyktować telefonicznie prezes Kaczyński.

Trybunał Konstytucyjny orzekał przez 13 dni w roku. Po co? Przecież Konstytucja nie działa. Czy nie lepiej otworzyć jego podwoje dla turystów. Budynek fajny, kupić tylko bambosze i zwiedzający będą śmigać po wypastowanych posadzkach. A kustosz w TK będzie mógł nawijać: – Kiedyś w Polsce przestrzegana była Konstytucja, a tutaj pracowali sędziowie pilnujący zgodności prawa z Konstytucją. I takie tam ble-ble.

Tak sytuacja wygląda z Trybunałem Konstytucyjnym. Prezes Kaczyński chce podobnie zrobić z prawem powszechnym i po części mu się to udało. Ustawa o sądach powszechnych została podpisana przez Andrzeja Dudę, dwie o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa zawetowane.

Jeżeli prawo będzie działało jak Trybunał Konstytucyjny, to po co nam budynki sądów – a tych jest kilkaset. Bezprawie nie potrzebuje sądów. Budynki sądów można przerobić na muzea. I wreszcie na kosmiczną skalę realizować politykę historyczną. Kustosze mogą reklamować przeszłość: – Tu działało prawo – informując gawiedź o przeszłej wielkości narodu polskiego wyznającego prawo i demokrację.
Spełnia się na naszych oczach Franz Kafka – na razie tajniacy śledzą opozycję i społeczeństwo obywatelskie, acz jeszcze nie prowadzą na przesłuchania.

Kaczyński może się w jeszcze jednym odwołać do tradycji, której tak hołduje. Niegdyś panowie władcy – królowie, książęta – rozstrzygali spory prawne, gdy raz do roku udawali się do swoich posiadłości i wydawali wyroki podczas tzw. roków. Kaczyński jako pan może wydawać wyroki podczas wyjazdów w teren czy też kampanii wyborczej (jeżeli takie jeszcze będą), obowiązuje wszak jego wola, a taka Przyłębska tylko symuluje pracę.

Prawo staje się przeszłością, a teraźniejszością i przyszłością będą wspomnienia, czyli muzea. Zaś zawód prawnika może pójść do lamusa, bo będziemy mieli pana prezesa na włościach Polski.

Najnowszy news.

>>>

Kaczyński w TV Trwam zapowiedział kasowanie wszystkiego niezależnego. Ma być pisowskie, narodowe.

Policja jest wykorzystana przez PiS, aby śledzić opozycję.

Nagrania ujawnione przez Gazetę Wyborczą wskazują, że tajniacy śledzą m.in. Wojciecha Kinasiewicza i Tadeusza Jakrzewskiego z Obywateli RP oraz lidera Nowoczesnej Ryszarda Petru. Dwaj pierwsi od miesięcy protestują podczas miesięcznic smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu, a ostatnio w obronie niezależnych sądów. Nazwisko Petru pada kilkakrotnie:

– To wąskie przejście, gdyby znane osobistości przechodziły, daj „halo”.
– To jedynie co, to pan Petru wychodził.
– Jeszcze raz.
– Petru opuścił teren Sejmu przez to wąskie przejście.
– Dobrze, dziękuję. Ale jakby coś, to dawaj mi „halo”.

Po paru minutach:

– Pytanie moje, pan Petru wyszedł z restauracji Wiejska 13. Teraz jest kwestia, czy go pilnujemy dalej? Idzie w stronę pl. Trzech Krzyży. Czy odpuszczamy?
– Słuchaj, pilnujemy go. I tam jak tutaj – jak Kinasiewicz wejdzie do auta swojego, wiesz, to też krótko pojedziemy za nim.
– Tak, przyjąłem.

Tajniak idzie za posłem Petru. Przekazuje meldunki i prosi o instrukcje:

– Słuchaj, pan Petru wszedł w Nowy Świat.

Po kilku minutach:

– No, posłuchaj: pan Petru, Nowy Świat 27. To jest chyba siedziba Nowoczesnej. Wszedł do środka. Słuchaj, załogę mogę puścić już pod Sejm?
– Tak, oczywiście. Dziękuję

Policjanci śledzący Kinasiewicza i Jakrzewskiego:

– Pan Kinasiewicz i Bajkowski [Maciej, działacz Obywateli Solidarnych w Akcji], Wiejska 12a. To jest księgarnia Czytelnik.

I dalej:

– Poszli do księgarni o nazwie Czytelnik, Wiejska 12a. Tam złączyli dwa stoły. Zjedli i ok. 12 osób siedzi przy tych stołach i obradują coś. Pan Jakrzewski przed chwilą dotarł tutaj do Obywateli RP, ale właśnie się oddalił. Musiałbym ustalić z Grubym, w którym kierunku poszedł.
– W kierunku pl. Trzech Krzyży idzie, podpowiem.
– Dawaj ogon za nim, jak możesz.

Panowie Jakrzewski i Kinasiewicz wiedzą, że tajniacy chodzą za nimi od kilku miesięcy. Tadeusz Jakrzewski mówi, że czasem udaje mu się ich zgubić, zwłaszcza kiedy nie ma przy sobie komórki. ”Konspirowaliśmy sporo za komuny, teraz nie mamy nic do ukrycia.” – dodaje.

Z kolei Wojciech Kinasiewicz uważa, że zawsze ma ogon, kiedy coś się dzieje. „Robią to niemalże jawnie. Ostatnio przed Sejmem przechodziłem obok umundurowanego funkcjonariusza. Miał włączony radiotelefon. Usłyszałem meldunek tajniaka, który akurat szedł za mną. Czasem jedzie ktoś za mną nieoznakowanym samochodem”. Dodaje: „Zastanawiałem się, po co to robią. Początkowo myślałem, że to może próba zastraszenia. Jednak nie wiem. Ubecja robiła tak samo. Śledzenie było wielostopniowe. Nachalny ogon to była przykrywka dla dyskretnych profesjonalistów.”

Mec. Mikołaj Pietrzak, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie.  Uważa, że „może to stanowić przestępstwo przekroczenia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego. /…/Jeżeli policja działała w celu śledzenia opozycji, jest to nieuprawnione, sprzeczne z kulturą demokratyczną i celami ustawy o policji. Nie po to są szkoleni z metod śledzenia, żeby je wykorzystywać do inwigilowania opozycji.”

Artur Pietryka, adwokat współpracujący z Helsińską Fundacją Praw Człowieka twierdzi: „Nadrzędnym zadaniem policji jest walka z przestępczością i temu służą narzędzia inwigilacyjne. To zatrważające, jeśli policja wykorzystuje je do śledzenia opozycji, jeśli nie ma to związku ze ściganiem przestępstw”. Komenda Główna Policji nie odpowiedziała pytania na zadane w tej sprawie.

Nagrania, o których mowa są całkiem świeże i pochodzą z piątku 21 lipca, gdy Senat debatował nad ustawą o Sądzie Najwyższym.

To nie wszystko, bo czarno na białym widać, że śledzony jest szef Obywateli RP, Paweł Kasprzak.

TŁUMY SZCZECINIAN NA SPOTKANIU Z OPOZYCJĄ. ŻADNA SALA NIE MOGŁA TEGO ZMIEŚCIĆ. POLACY SIĘ BUDZĄ. BRAWO SZCZECIN, BRAWO BORYS!!!

PiS wg Olbrychskiego jest totalnym złem, bolszewią

Andrzej Duda byłby skończony jako człowiek i jako prezydent, gdyby nie zareagował na te masowe protesty i przypuszczam wpływ swojej najbliższej rodziny. Ale ponieważ ja żadnemu z polityków PiS-u nie wierzę, czaję się i patrzę, co będzie dalej – mówi na portalu gazeta.pl Daniel Olbrychski.

Zagraża nam zło totalne, czyli bolszewia skrzyżowana z pseudokatolicyzmem wyznawców Rydzyka. Czegoś takiego historia Polski nie znała. Owszem, mieliśmy bolszewię narzuconą przez Moskwę, w której niektórzy ludzie się dobrze czuli i która zakończyła się bez wystrzału. Znaliśmy katolicyzm, który przynosił Polsce wiele dobrego. Kościół pięknie się zachowywał w krytycznych momentach historii naszego kraju. Ale przyszła rozgłośnia toruńska, która nie tylko rozbiła Kościół, ale i rozbiła Polaków. Przecież stawała na głowie, podobnie jak najbardziej szowinistyczne gazetki rosyjskie, żebyśmy nie wstąpili do NATO i do Unii Europejskiej – zauważa Olbrychski.

Moskwa nie potrzebuje mieć u nas agentów. Ma ich w łonie polskiego Kościoła. Krzyżówka skrajnego bolszewizmu, który nam proponuje Jarosław Kaczyński ze spółką Macierewicz, Ziobro i Szydło, oraz pseudokatolicyzm to coś przerażającego po ćwierćwieczu najwspanialszego rozkwitu naszego kraju od czasów Kazimierza Wielkiego – podkreśla wybitny aktor.

Waldemar Mystkowski pisze o grzechach PiS, ze szczególnym uwzględnieniem kryminalisty ministra Kamińskiego.

Wszystkie grzechy PiS

Grzechy pierworodne ma się jak znamię, skazę, jak szkarłatną literę z powieści Hawthorne’a.

Rząd Beaty Szydło ma wiele grzechów pierworodnych i jeden śmiertelny. Tym ostatnim jest pani Szydło, bo jej premierowanie jest oparte na tym, że Jarosław Kaczyński nie chciał wziąć odpowiedzialności konstytucyjnej za łamanie prawa ustrojowego. Szydło na swoje piersi bierze pisowskie bezprawie.

A grzechy pierworodne, czyli takie, z których nie można się wyspowiadać (przed księdzem czy też społeczeństwem), ma się jak znamię, skazę, jak szkarłatną literę, trafną metaforę pierwszego klasyka literatury amerykańskiej – Hawthorne’a.

Taką szkarłatną literą jest Antoni Macierewicz, który nie miał być ministrem obrony narodowej, a miał nim być Jarosław Gowin. Ten ostatni jako genetyczny katolik (genetyczny katolicyzm Gowina polega na tym, że jest zakłamany, jak o. Tadeusz Rydzyk; dopiero teraz poznali się na tej wadzie genetycznej w „Znaku”) świadomie skłamał.

Szkarłatną literą rządu PiS jest Zbigniew Ziobro, który powinien stanąć przed Trybunałem Stanu (lenistwo posłów Platformy Obywatelskiej ma w tym swoje zasługi, nazywane „brzuchem do góry”), a teraz ten magister prawa gulgocze o prawie (inaczej niż gulgot jego niedojrzałej retoryki nie można nazwać).

Szkarłatną literą – kto wie, czy nie najbardziej czerwoną, bo wypaloną niedawno – jest Mariusz Kamiński, minister od koordynacji służb specjalnych, który wszedł w skład rządu, mając wyrok 3 lat więzienia bez zawiasów. Rozumiecie? Nie dzieje się to w Burkina Faso, czy w jakimś państewku na Karaibach, to dzieje się w Polsce. Facet dostaje kraty, celę, pryczę, a Szydło robi z niego ministra.

Prawda, wyrok nie był prawomocny, czyli wyrok miał być zatwierdzony – albo nie – w wyższej instancji, w apelacji. I wówczas Kamiński został ułaskawiony od wyroku przez Andrzeja Dudę. Świadomie używam bardzo ścisłego języka polskiego – „od wyroku”.

Czy można być ułaskawionym bez prawomocności? Wysilamy umysły – i co? Nie można! Toż to logiczne do bólu. Tego nie musi rozpatrywać żaden sąd, to może wypowiedzieć średnio inteligentny człowiek. Co możemy powiedzieć o Dudzie, który podjął decyzję nieśrednio inteligentną?

Gdyby nawet Kamiński miał wyrok prawomocny, to ułaskawienie nie jest wymazaniem wyroku. Bo – po pierwsze, wyrok – tak jak czyn, który jest przyczyną wyroku – nie ulega wymazaniu w czasie i przestrzeni. To nie są „faceci w czerni”, którzy za pomocą pistoletu laserowego czyszczą szare komórki z zapisanej w nich przeszłości.

Jednym słowem – jak to kolokwialnie i dosadnie mówi się – minister Kamiński jest kryminalistą. Mogę napisać to sylabami (kry-mi-na-lis-tą), czyli grawerowaniem fonetycznym, ale ten człowiek o bardzo marnych właściwościach intelektualnych kompromituje nas wszystkich, kompromituje imię Polaka.

Kamiński to jest do tego stopnia szkarłatna litera, że na jego widok w oczach się czerwieni. I ten „grzech pierworodny” zabiera się za niszczenie tego, co w Polakach jest najlepsze, najpiękniejsze. Za społeczeństwo obywatelskie, za kapitał społeczny – za jedną z organizacji pozarządowych.

Służby specjalne Kamińskiego chcą prześwietlić Fundację Otwarty Dialog, której szefem jest Bartosz Kramek. A to dlatego, że on i działacze Otwartego Dialogu walczyli o wolne, nieupartyjnione sądy. I poskutkowało to dwoma wetami Dudy.

Szkarłatna litera Kamiński niszczy organizację, która działa zgodnie z literą… prawa, dba, aby ta litera prawa nie była przestrzegana. Aby litera prawa była szkarłatna, naznaczona, czerwona, jak on z wypalonym przez prawo wyrokiem. I oto minister – który wg logiki obowiązującej w naszej cywilizacji, logiki greckiej i prawa rzymskiego – jest „szemrany”,  niszczy to, co w Polsce jest najlepsze.

Jak takie działania Kamińskiego nazwać? Takie dotknęło nas zło, niedawno nazywane „bolszewią”. Ten rząd jest pełen Szkarłatnych Liter – grzechów pierworodnych, a pani Szydło skończy tak, jak nakazuje nie tylko powyższa metaforyka, ale przede wszystkim nauki antropologiczne, socjologiczne – grzechem śmiertelnym, bo nadstawia swoją pierś za szefa tego bezprawia – prezesa Kaczyńskiego, don Corleone.

NIE MIEJCIE ZŁUDZEŃ. KACZYŃSKI POWIEDZIAŁ W TV TRWAM, ŻE ZROBIĄ Z SĄDAMI „PORZĄDEK”. Duda w tym nie będzie przeszkadzał.

>>>

ZAPLANUJCIE SOBIE CZAS. Wszyscy idziemy 3 sierpnia na spacer razem z Tuskiem 🙂 Wkrótce szczegóły wydarzenia. Przekazujcie dalej !!!

W „Newsweeku” piszą o wywiadzie z prof. Antonim Dudkiem zamieszczonym w „Kulturze Liberalnej”.

„Kaczyński jest pierwszym z destruktorów. Polska będzie się staczać, aż do momentu krytycznego”

„Reforma” sądownictwa miała mocno przybliżyć Jarosława Kaczyńskiego do realizacji jego wizji IV RP. Dwa weta prezydenta Andrzeja Dudy wcielenie w życie tych planów odraczają w czasie. Jednak zdaniem politologa prof. Antoniego Dudka z UKSW „dobra zmiana” nie zakończy się w najbliższej przyszłości. Będzie trwać i „będzie polegała na rozwalaniu kolejnych instytucji”.

– Może to, że Kaczyński doszedł do władzy, jest efektem choroby, która toczyła organizm III RP od dłuższego czasu. A teraz wchodzimy w fazę destrukcji, która potrwa Bóg raczy wiedzieć jak długo – mówi prof. Dudek w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej”. – Kaczyński jest pierwszym z destruktorów, ale my będziemy się niestety staczać, aż do momentu krytycznego, wtedy odbijemy się od dna – dodaje.

Jak zaznacza, nie spodziewa się, żeby wskutek podwójnego weta prezydenta Andrzeja Dudy doszło do rozpadu obozu rządzącego. – W związku z tym prawdopodobnie będziemy obserwować – dłużej niż przez dwa najbliższe lata – proces tzw. przebudowy państwa przez PiS, która w istocie rzeczy będzie polegała na rozwalaniu kolejnych instytucji. Aż do momentu, kiedy się nagle okaże, że to wszystko działa gorzej niż przed 2015 roku – uzasadnia. – Wtedy pojawi się szansa, że ludzie wyniosą do władzy kogoś, kto zacznie to porządkować w inny sposób niż PiS – tłumaczy.

Opozycyjna mizeria

Wątpliwe jednak, żeby był to ktoś z dzisiejszej opozycji parlamentarnej, która zdaniem prof. Dudka nie rokuje najlepiej. Grzegorz Schetyna jest politycznie zużyty, natomiast Ryszard Petru ma duże problemy wizerunkowe. PSL? Nie wiadomo, czy w ogóle znajdzie się w nowym Sejmie.

Nawet strategia przyjęta przez Ruch Kukiz’15 okazała się nieskuteczna. – Na początku był bardzo życzliwy wobec PiS-u – w wielu sprawach popierał ich „za darmo”. A mimo to w zamian nie dostał niemal nic – zaznacza politolog. – Ostatnio Kaczyński powiedział, że ruch Kukiza to jest opozycja, która „mówi jak my, ale głosuje jak Platforma”. Czyli – mówiąc krótko – dla PiS-u nie ma dobrej opozycji. Każda jest zbyt opozycyjna – wyjaśnia.

– PiS i PO się zużywają. Otwiera się bramka dla nowych sił politycznych – przewiduje uczony. Na dowód swoich słów podaje wyniki wyborcze Platformy i PiS-u z ostatnich kilkunastu lat. – W 2015 roku łącznie te partie uzyskały o 10 proc. mniej głosów niż w okresie swojej największej popularności. Duopol słabnie – nie ma wątpliwości prof. Dudek.

Nie wyklucza też, że obecne przesilenie na szczytach władzy w połączeniu z nie najlepszą kondycją opozycji zaowocuje wykrystalizowaniem się nowej siły politycznej zebranej wokół prezydenta Dudy.

Możliwy jest jednak jeszcze inny scenariusz. Politolog w skrócie tłumaczy go tak – w wyborach samorządowych w jednym z największych polskich miast ktoś zupełnie nowy odnosi spektakularne zwycięstwo, a przez rok do wyborów parlamentarnych buduje swoje zaplecze polityczne i z nową formacją wchodzi do poważnej polityki w tych najważniejszych wyborach. – Nie mówię, że on musi wygrać – ale może całkowicie przebudować polską scenę polityczną – asekuruje się autor popularnych książek o historii politycznej III RP.

PiS, czyli partia rewolucyjna

Zanim jednak do zmiany na polskiej scenie politycznej dojdzie, Polska ma obecny rząd i prezesa PiS rządzącego krajem z tylnego siedzenia. Prof. Dudek daleki jest jednak od stwierdzenia, że PiS wprowadził czy wprowadza w Polsce dyktaturę. Zaznacza, że z większością zmian obozu „dobrej zmiany” się nie zgadza, ale daje im czas, zanim podejmie się oceny.

Nie podziela natomiast obaw opozycji, co do zmierzchu polskiej demokracji. Ta samo odnosi się do oskarżeń o faszyzm pod adresem partii władzy. – Przesadza jednak także prezes Kaczyński, kiedy przekonuje, że PiS jest „umiarkowaną partia konserwatywną”. Być może ma elementy pewne konserwatywne, ale z pewnością nie jest „umiarkowany”. Jest partią rewolucyjną, która próbuje przywracać ład konserwatywny metodami rewolucyjnymi, co się z zasady nie może udać, bo jest wewnętrznie sprzeczne – mówi prof. Dudek. – Dlatego jeśli PiS porządzi dłużej, to podejrzewam, że podobnie jak piłsudczycy po śmierci Marszałka, będzie ewoluował w kierunku nacjonalizmu – dodaje.

Na razie nie spodziewa się jednak, żeby prezes Kaczyński był zdolny do wprowadzenia w Polsce dyktatury w wydaniu znanym chociażby z Korei Północnej czy Turcji. – Moim zdaniem kierownictwo PiS-u wciąż wierzy, że dzięki swojej znakomitej polityce wygra wybory w pełni demokratycznie. Na razie sondaże są dla nich całkiem korzystne – argumentuje.

– Żeby utrzymać się przy władzy wbrew woli zdecydowanej większości społeczeństwa – co dziś nie ma miejsca – Kaczyński musiałby podjąć działania, do których w moim przekonaniu nie jest zdolny. Po pierwsze, zastosować represje polityczne na masową skalę. A po drugie, sfałszować wybory – analizuje wykładowca z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Masowe represje wobec politycznych przeciwników, a zwłaszcza sfałszowanie wyborów byłyby zdaniem prof. Dudka gwoździem do trumny PiS-u i prezesa Kaczyńskiego. – Dzisiaj w Polsce operacja sfałszowania wyborów jest nie do ukrycia. A gdyby Polacy zobaczyli, że ich wybory sfałszowano, wtedy naprawdę mielibyśmy w Polsce drugi Majdan. Kaczyński o tym wie – konkluduje.

WITAJCIE W PAŃSTWIE PiS

Michał Wojtczuk pisze w „Wyborczej” o Lechu Kaczyńskim, „bohaterze” Powstania  Warszawskiego. Podczas uroczystości rocznicy Powstania Warszawskiego 1 sierpnia na Placu Krasińskich zamiast Apelu Poległych odczytany zostanie Apel Pamięci, w którym wymieniony zostanie m.in. b. prezydent państwa i stolicy Lech Kaczyński. Nie zostanie jednak wyczytany pełny tzw. apel smoleński.

Lech Kaczyński dołączony do Apelu Pamięci podczas rocznicy Powstania Warszawskiego

Decyzją szefa MON Antoniego Macierewicza (PiS), podczas każdej uroczystości z wojskową asystą odczytywany ma być tzw. apel smoleński, upamiętniający osoby, które zginęły w katastrofie smoleńskiej. W przeszłości prowadziło to do kontrowersji, m.in. na Pradze Południu zorganizowano dwie oddzielne uroczystości obchodów rocznicy Powstania Listopadowego, bo władze dzielnicy nie chciały apelu smoleńskiego, tłumacząc że tragiczny lot prezydenckiego tupolewa z kwietnia 2010 r. nie ma nic wspólnego z powstańczym zrywem z 1831 r.

Wiele wątpliwości budziło także odczytywanie apelu smoleńskiego podczas obchodów rocznicy powstania warszawskiego. Krytykowała to w ub. roku nawet Marta Kaczyńska, córka Lecha Kaczyńskiego, b. prezydenta Polski i Warszawy.

Lech Kaczyński dołączony do Apelu Pamięci

Jak podaje radio RMF, podczas tegorocznych obchodów rocznicy powstania warszawskiego obowiązywać będzie taki sam kompromis, jak w ubiegłym roku. Zamiast Apelu Poległych, który był odczytywany do 2015 r. odczytany zostanie Apel Pamięci, w którym oprócz powstańców wymienione zostaną także nazwiska pięciu osób, które zginęły w Smoleńsku: Lecha Kaczyńskiego, prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego, Czesława Cywińskiego, prezesa zarządu głównego światowego związku żołnierzy AK oraz dwóch żołnierzy powstania – Stanisława Komornickiego i Zbigniewa Dębskiego.

„Stworzył Muzeum Powstania Warszawskiego, zginął na służbie w Smoleńsku”

W ubiegłorocznym apelu fragment z Lechem Kaczyńskim brzmiał: „Przywołuję wszystkich, którzy przez dziesiątki powojennych lat nie szczędzili wysiłku, by pamięć o powstańczym zrywie nie uległa zatarciu. Upokarzani i represjonowani przez siły zmierzające do wykorzenienia tradycji niepodległościowej nie wahali się utrwalać ją i przekazywać kolejnym pokoleniom. przywołuję prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego oraz Czesława Cywińskiego, prezesa zarządu głównego światowego związku żołnierzy AK – współinicjatorów wielu akcji upamiętniających w kraju i i na emigracji niepodległościowy wysiłek AK. Przywołuję prezydenta miasta stołecznego, później prezydenta RP, zwierzchnika sił zbrojnych, Lecha Kaczyńskiego, który stworzył Muzeum Powstania Warszawskiego – wiekopomny znak pamięci i edukacji o powstaniu. Wraz z żołnierzami powstania gen. Stanisławem Komornickim ps. „Nałęcz” oraz płk Zbigniewem Dębskim ps. „Prawdzic” zginęli na służbie Ojczyzny w katastrofie smoleńskiej, a ich dzieło na zawsze stanowić będzie hołd dla bohaterstwa powstańców Warszawskich”.

WYOBRAŹCIE SOBIE TERAZ PÓŁ MILIONA MŁODYCH KOCZUJĄCYCH POD SIEDZIBĄ PiS :))) To byłby piękny widok.

Waldemar Mystkowski pisze o patentowanym leniu Kukizie.

Kukiz chciałby się podczepić, jak szumowina

Paweł Kukiz chałturzy na Wiejskiej, tak jak markował jako muzyk na estradzie i wykonując cover „Paranoid” Black Sabbath. Nigdy nie był pierwszą ligą rynku muzycznego ani show biznesu, na rynku politycznym może być najwyżej kimś, kto przytuli kilku quasi-faszystów, a ci zrobią go i tak w bambuko.

W polityce jest pełno takiego szumu na powierzchni. Paweł Kukiz szumi, a nie tworzy. Tak było w muzyce, tak jest w polityce.

Nazywa to antysystemem, nie rozumiejąc, co ten termin miałby znaczyć. Tak jakby była antymuzyka. I bliżej mu do nieistniejącego świata antydźwieków, jeżeli uznamy, iż kicz muzyczny jest zaprzeczeniem muzyki, tak jak jest disco polo.

To że Kukiz się wyraża, nie znaczy, że wyraża myśli. Kukiz wyraża tych myśli brak. I tak należy go słuchać i czytać. W logice nazywa się to fałszem.

Kukiz w muzyce był zbudowany z braku talentu tworzenia muzyki, chyba że odtwarzał kogoś, tak w polityce jest coverem. Jemu „wsio rawno”, byle podkleić się, byle płynąć. W twórczości, w życiu prywatnym, w publicznym nazywa się to po prostu szumowiną.

Dlaczego tak się stało, że taki gość dostał się do polityki? Równie dobrze można zadać pytanie: dlaczego taki Marek Suski dostał się do Sejmu – i gdy odezwie się to bredzi i pogrąża, acz czasami na tyle kompromitująco, że uznaje się to za śmieszne?

Kukiz szumi jak kaczyzm. Jest naleciałością nad tą zarazą, która dopadła Polskę. Protestujące społeczeństwo przeciwko zniszczeniu sądownictwa i demokracji odniosło sukces. Więc Kukiz w te pędy chce się jako szum wpisać się w autentyczny bunt.

Kukiz znowu okazał się tylko szumem, chałturnikiem. Nie łudzę się, aby rozumiał Konstytucję, demokrację, Polskę. Ale jako szum chciałby do siebie przytulić coś z demokracji, z Polski. Dla niego nasza ojczyzną jest chałturą, jak chałturą był „Paranoid” Black Sabbath, z którego to utworu niewiele zrozumiał.

Kukiz nazwał największy bunt społeczny po 1989 roku, a w zasadzie po 1982, który wylał się na ulice – „Pucz- Reaktywacja”. Tak uczepił się muzyki, a teraz polityki ten gość i chciałby płynąć. Najpierw chciałby płynąć z kaczyzmem, potem z nami, a gdy został zdemaskowany – plunął reakcyjnie. Retorycznie także jest szumem, język polski to dla niego język obcy. Szumowina. Kukiza komuszy język z lat 1980-81 i stanu wojennego.

SZACUNEK. To jest ta różnica klas. PiS już dawno nasłałby prokuratora…

DZIŚ TEŻ SPACERUJEMY :)))

>>>

Wiersz Kornela Filipowicza, partnera życiowego Wisławy Szymborskiej.

Zakuty łeb.

Piękna, spokojna Polska. Pod Sejmem podpatrzone.

W PiS wojna na całego, będzie tak dlugo trwała, aż ta władza się rozleci. Trzeba także im pomagać protestować. Kancelaria Prezydencka walczy z Nowogrodzką. Oto rzecznik Dudy. – Nie wypada, aby wiceministrowie pouczali prezydenta. Jeśli któryś z wiceministrów osiągnie takie poparcie w wyborach i zdobędzie ponad 8 mln głosów, to wówczas będzie partnerem do rozmowy – powiedział rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

Rzecznik prezydenta ostro odpowiada PiS: 70 proc. chciało reformy, potem 50 proc. chciało weta. Gratuluję

Krzysztof Łapiński rozmawiał z TVN 24. Został zapytany o słowa Patryka Jakiego, który po wecie na Facebooku napisał: „W Polsce, od kiedy pamiętam, było tak, że jak dekomunizacja w różnych obszarach państwa była blisko, to zawsze ktoś wymiękał”.

– Mam nadzieję, że rozemocjonowani politycy trochę ostudzą swoje emocje i ton swoich wypowiedzi. Mam też nadzieję, że politycy Solidarnej Polski nie będą ponownie rozbijać Zjednoczonej Prawicy. To nie jest dobry czas, aby takie działania przeprowadzać. Obecny rząd cieszy się niewielką większością w parlamencie, więc nie można ryzykować tego, aby tę większość utracić. To jest czas na ochłodzenie emocji – powiedział Krzysztof Łapiński.

– Mogę panu wiceministrowi Jakiemu powiedzieć jedno:

To zwycięstwo Andrzeja Dudy otworzyło PiS drogę do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Także dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy pan wiceminister Jaki jest dzisiaj wiceministrem.

Gdyby tego zwycięstwa nie było, to pan Jaki byłby dzisiaj poza parlamentem lub siedziałby w ławach opozycji. Nie wypada, aby wiceministrowie pouczali prezydenta. Jeśli któryś z wiceministrów osiągnie takie poparcie w wyborach i zdobędzie ponad 8 mln głosów, to wówczas będzie partnerem do rozmowy. Panowie Jaki i Wójcik są wiceministrami i posłami dzięki zwycięstwu Andrzeja Dudy w wyborach i to niestosowne, aby wypowiadali się w takim tonie do prezydenta – mówił Krzysztof Łapiński.

Przypomniał też, że w niektórych sondażach nawet 70 proc. Polaków było za reformą wymiaru sprawiedliwości.

– Działania w ostatnich tygodniach w Sejmie doprowadziły do tego, że ponad 50 proc. chciało trzech wet. Codziennie po kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy ludzi wychodziło w różnych miastach protestować.

Ja gratuluję sprawnego przeprowadzenia tej reformy – kpił minister.

Dziennikarka zapytała również o słowa Marka Suskiego, który zasugerował, że Andrzej Duda może nie być kandydatem PiS na prezydenta w kolejnych wyborach.

– O tym pewnie każda partia będzie decydować za dwa lata. Hipotetycznie można sobie wyobrazić, że kandydatem będzie poseł Suski – odpowiedział Łapiński.

Rzecznikowi odpowiedział już Patryk Jaki:

– Partnerem do dyskusji nigdy nie będą dla mnie ludzie od PR-u. Bo oni nigdy nie zrozumieją, dlaczego trzeba robić nie-PR-owe reformy. Ta zaczepka daje szansę TVN na rozgrywanie obozu oraz podtrzymanie tematu konfliktu i emocji postKODu. Teraz widać kto ma jakie intencje – napisał wiceminister.

Magdalena Środa nie wierzy nikomu z PiS-u. I słusznie.

To jest niedopuszczalne, żeby jeden z szefów w TVP Info prowadził „anonimowe” konta, którymi poniża opozycję i walczy z nią.

To zostawię bez komentarza bo samo sie komentuje. 😂😂😂

– Przestańmy się zajmować jednym funkcjonariuszem PiS, jakim jest prezydent Duda. Trzeba wrócić do tego, co jest źródłem sytuacji w Polsce, czyli do Prawa i Sprawiedliwości – mówiła w TOK FM Marta Lempart ze Strajku Kobiet. W ponad 30 miastach odbędą się akcje przeciwko PiS.

„Funkcjonariusze PiS niszczą Polskę” – „spacerowicze” przed biurami partii rządzącej

Zapowiedź zawetowania przez prezydenta ustaw o KRS i SN i podpisanie nowelizacji przepisów dotyczących ustroju sądów nie kończą protestów. Codziennie ludzie zbierają się przed siedzibami sądów.

Dziś protesty odbędą się przed biura Prawa i Sprawiedliwości. Akcja zacznie się  o 18.

– Chodzi o to, by przestać się zajmować tym, co powiedział, podpisał czy nie podpisał pan prezydent. To już w tym momencie nie ma znaczenia. Trzeba wrócić do tego, co jest źródłem sytuacji w Polsce; czyli do Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi o to, by zwrócić uwagę ludzi na to, skąd to wszystko pochodzi – mówiła w TOK FM Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet.

Funkcjonariusze od psucia

Zdaniem jednej z inicjatorek Czarnego Protestu, decyzja prezydenta Dudy w sprawie zawetowania ustaw o Krajowym Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym nie powinna przesłonić tego, że głowa państwa podpisała przepisy, które dają wielką władzę min. Ziobrze.

Nie wszyscy idziemy do SN. Zresztą Sąd Najwyższy nie wszystkie sprawy rozpatruje. Najważniejsze więc jest to, co dzieje się w sądach rejonowych, okręgowych. A niezawisłości niezależności sądów zostaliśmy pozbawieni

– oceniła Lempart w „Poranku Radia TOK FM”.

Jak stwierdziła, „pan prezydent zachował się jak funkcjonariusz PiS, który demoluje ustrój”.

Wszyscy, którzy działają w PiS, wiążą się z tą partią, biorą udział w niszczeniu ustroju; w likwidacji wolności i praw obywatelskich. Oni są wszędzie i my też jesteśmy wszędzie

– powiedziała Lempart.

Protesty przed biurami Prawa i Sprawiedliwości to pomysł Strajku Kobiet, ale akcje popierają inne organizacje.

– Udało nam się zaprosić większość partii parlamentarnych i pozaparlamentarnych, organizacje obywatelskie na czele z Obywatelami RP, ludzi związanych z KOD . Będziemy tam razem – zapowiedziała Lempart w rozmowie z Jackiem Żakowski.

Waldemar Mystkowski pisze o nowym zjawisku młodych Polek i Polaków, które zmiecie PiS.

Lipcowa rewolucja wydaje się być trwała

Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa.

Andrzej Duda podjął rękawicę rzuconą przez protestujących, zawetował dwie z trzech ustaw dotyczących sądownictwa. I nie dlatego to zrobił, że zrozumiał cokolwiek, ale dlatego, że się przestraszył.

Przewroty, upadki, rewolucje zawsze mają za jedną z zasadniczych przyczyn bezpośrednich  – strach. To już się stało i nie jest do cofnięcia, choćby nie wiem, co PiS robił, to se ne vrati. Właśnie! Nie chodzi o decyzję Dudy, chodzi o to, co się urodziło na ulicy dzięki ustawom sądowniczym, a czego niechcący akuszerem został Duda.

Atmosfera się nie uspokoi, bo protest zobaczył się w lustrze. Zobaczył, jaką posiada siłę i przede wszystkim: usłyszał siebie, wyartykułował się, acz są to na razie pierwociny artykulacji, zręby są jednak wyraźne.

Duda na tym nie skorzysta, jest więźniem pisowskiego zaplecza, jest skazany na inicjatywy polityczne akolitów i samego Jarosława Kaczyńskiego. Aby się uwiarygodnić, musiałby wszystko odrzucać, wetować, a tego nie zrobi, gdyż prawdopodobnie jest postawiony na funkcji prezydenta siłą haków, które były w użyciu w słynny poniedziałek (24.07.2017 – warto zapamiętać tę datę), gdy delegacja marszałków i premier chciała na nim wymóc cofnięcie weta.

Duda ma więc świadomość, że parafując jakąkolwiek ustawę nie podobającą się nowemu podmiotowi politycznemu – nazwijmy na razie: protestującymi – spotka się z podobną reakcją ulicy, street politics, jak w lipcu. Nie wejdzie też w żaden bliższy alians z protestującymi, bo gdyby był niezłomny – jak zarzekał się bufoniarsko na początku prezydentury – już dawno wyszedłby do protestujących.

Nie jest to jednakże pocieszająca wiadomość dla opozycji parlamentarnej. Co wrażliwsi mają tego świadomość. Podczas ośmiu dni lipcowych – chyba już możemy używać nazwy rewolucja lipcowa – politycy rzadko byli dopuszczani do głosu. Piszę na przykładzie Poznania. Tylko w pierwszym dniu protestu organizowanym przez KOD do głosu został dopuszczony prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak.

W następnych dniach prowadzący Franciszek Sterczewski zachęcał polityków do robienia notatek, a nie do gulgotania w sitko, a nawet namawiał do służby w ochranianiu protestu. Usłyszał tę zachętę nie tylko Ryszard Petru, aby wdziać odblaskową kamizelkę. W tym sensie lipcowe protesty – lipcowa rewolucja – jest postkodowska. Nie przekreśla to KOD, nie wyklucza go, ukazała jednak błędy, które popełnił KOD. Acz – to też trzeba mieć na względzie – błędy były nie do uniknięcia. Dlatego, że politycy zostali sprowadzeni do swego wymiaru funkcji: służby, dlatego nagle zjawili się młodzi i objęli dowodzenie nieposłuszeństwem obywatelskim. Wyartykułowali się, bo w trakcie protestów nie tylko słyszeliśmy potrzebę bronienia trójpodziału władzy, szczególnie sądownictwa, ale też potrzeby z innych beczek społecznych potrzeb. To nie był protest gatunkowy (w sprawie sądownictwa), to był protest szerokiego nurtu, głównego i pokoleniowy.

Nie jest to więc dobra wiadomość dla Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, ale dla poszczególnych polityków tych partii owszem, bo mają ucho i otwarty rozum na wrażliwość, która właśnie się artykułuje. Protesty wykreowały młode elity. I są to m.in młodzi prawnicy – norma np. w USA – ale nie tylko, świat nie jest im obcy, a Europa domem takim samym, jak Polska.

Protestujący z rewolucji lipcowej zamyślają o powołaniu nowego podmiotu politycznego. Jedna z uczestniczek Małgorzata Sikorska chce fundować Polskę od nowa, pisze o tym (punkts.blog.polityka.pl): – „Czy potencjał, który tak wyraźnie ujawnił się w czasie ostatnich manifestacji (i to zarówno po stronie przemawiających, jak i uczestników), przełoży się na powstanie nowej siły politycznej, której przedstawiciele być może będą mieli odmienne zdania, co do kwestii szczegółowych, ale zgodzą się co to pryncypiów – tego, że ta „nowa” Polska musi być zbudowana na otwartości, szacunku i solidarności społecznej? Trudno sobie wyobrazić lepszy moment, żeby zacząć „robić” Polskę od nowa”.

Wielce prawdopodobne, że narodził się polski Emmanuel Macron.

Władysław Frasyniuk: Dobrze będzie, ale bądźmy czujni

>>>

NO I STAŁO SIĘ… WCZORAJ

Wojciech Maziarski na Koduj24.pisze o zmierzchu Jarosława Kaczyńskiego.

Zmierzch rządów Kaczyńskiego

Weto Andrzeja Dudy to kopernikański przewrót w polskiej polityce.

Wszystko się zmienia. PiS pod wodzą prezesa Jarosława Kaczyńskiego traci pełnię władzy. Pojawia się nowy ośrodek polityczny.

Nie oznacza to, że Andrzej Duda przeszedł do obozu reprezentowanego przez KOD, PO, Nowoczesną i PSL. Wypisał się jednak z tego, na którego czele stoi Kaczyński. Oczywiście, prezes PiS nie położy uszu po sobie. Wypowie Dudzie wojnę, podobnie jak na początku lat 90. wypowiedział ją Lechowi Wałęsie, gdy poczuł się przez niego zdradzony. Wtedy organizował marsze na Belweder krzycząc: „Miał być naszym prezydentem, a okazało się, że jest ich prezydentem!”.
Czy teraz PiS będzie maszerować na Pałac Prezydencki? Nie wiadomo, ale na pewno front wojny między dotychczasowym twardym jądrem PiS a Dudą stanie się kluczową linią podziału w polskiej polityce.

W sytuacjach krytycznych opozycja i większa część krytycznej dotąd wobec Andrzeja Dudy opinii publicznej, chcąc nie chcąc, będzie musiała wesprzeć prezydenta, by w tym starciu nie wygrał Kaczyński. To sprawi, że stopniowo będą blaknąć wrogie emocje, jakie demonstrujący dziś na ulicach obywatele żywią do prezydenta. Nic tak nie zbliża, jak wspólny wróg. Tym wrogiem od dziś jest prezes Kaczyński.

Zbliżenie zapewne nigdy nie będzie pełne – prezydent nie może raczej liczyć na to, że jego dotychczasowi przeciwnicy będą kiedyś skandować „Andrzej Duda”, tak jak skandują „Lech Wałęsa”, mimo że wielu z nich w wyborach prezydenckich 1990 roku głosowało na Tadeusza Mazowieckiego. Jednak powtórzenie drogi Aleksandra Kwaśniewskiego jest możliwe. Jeśli weto Dudy jest zapowiedzią trwałej zmiany kursu, prezydent może zdobyć uznanie wielu swych dotychczasowych wrogów. Jeśli okaże konsekwencję i następne jego decyzje będą równie trafione, można sobie nawet wyobrazić reelekcję w przyszłych wyborach. Choć oczywiście brak weta dla trzeciej ustawy – o ustroju sądów powszechnych – każe zachować ostrożność i wstrzemięźliwość w chwaleniu głowy państwa.

Po wecie zaczną się też ruchy dezintegracyjne wewnątrz PiS. Ci, którzy mieli wątpliwości, ale dotąd milczeli i nie wychylali się, bo nie mieli dokąd pójść, nagle stwierdzą, że pojawiła się alternatywa. Już nie muszą klaskać prezesowi, bo jest inny ośrodek, wokół którego można się skupić. Obóz Jarosława Kaczyńskiego jak przekłuty balon zacznie tracić powietrze i flaczeć.

A ja mam swoją małą satysfakcję, bo wygrałem zakład z kilkoma kolegami, którzy nie wierzyli mi, gdy na początku rządów PiS prognozowałem, że potrwa to jakieś dwa lata. Dłużej nie porządzą. Nie wiedziałem oczywiście, jaką formę przybierze upadek rządów Kaczyńskiego. Teraz już wiem.

Kaczyński ma haki na Dudę.

W „Newsweeku” piszą, jak Kaczyński chciał zmusić Dudę do cofnięcia 2 wet.

Duda dostał czas na zmianę decyzji. Znamy kulisy spotkania w Belwederze

Marszałek Sejmu Marek Kuchciński w poniedziałek żądał od prezydenta Andrzeja Dudy zmiany decyzji i podpisania ustaw o Sądzie Najwyższym i KRS – ustalił „Newsweek” . – Jarek daje ci godzinę na zmianę decyzji – mówił Kuchciński. Ale został odprawiony z kwitkiem. Andrzej Duda oznajmił, że raz ogloszonej decyzji nie cofnie.

Andrzej Duda przyjął w poniedziałek w Belwederze wysłanników prezesa PiS: Marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, Marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego i premier Beatę Szydło. Spotkanie trwało półtorej godziny. Po jego zakończeniu rzecznik głowy państwa Krzysztof Łapiński stwierdził w TVN 24, że „decyzja o wecie jest niewzruszona”: – Pan prezydent ogłosił swoją decyzję publicznie, wszyscy to widzieli i słyszeli. Prezydent tej decyzji się trzyma.

„Newsweek” poznał kulisy tego spotkania. Odbyło się ono w nieprzyjemnej, nerwowej atmosferze. Goście mieli żal do prezydenta, żądali od niego zmiany decyzji i podpisania ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa (formalnie było to możliwe, bo Andrzej Duda jeszcze nie skierował ustaw do ponownego rozpatrzenia w Sejmie; ma to zrobić w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin, gdy urzędnicy przygotują uzasadnienie). – Jarek daje ci godzinę na zmianę decyzji – zażądał według ustaleń „Newsweeka” Marszałek Sejmu. Prezydent odpowiedział, że to wykluczone, bo decyzja została już ogłoszona. W efekcie goście wyszli z niczym.

SZOK!!! MACIEREWICZ WYSTĘPUJE PRZECIW MANIFESTANTOM A GENIALNIE GO PODSUMOWAŁ 🙂

Pisarz Jacek Dehnel pisze o tych, którzy poprzez protest wymusili 2 razy weto na Dudzie. Dehnel mówił to na proteście, mówił o nowym języku oporu. Nie na tym polega wina Jarosława Kaczyńskiego, że jest niski czy samotny albo że jest lub nie jest gejem czy osobą chorą psychicznie, tylko na tym, że cynicznie okłamuje naród i niszczy polską demokrację, nasze wspólne dobro – mówił pisarz Jacek Dehnel w publicznym wystąpieniu pod Pałacem Prezydenckim.

Łatwo jest atakować agresywne, groźne, groteskowe obelgi ludzi władzy. Ale chciałbym, żebyśmy się przyjrzeli językowi po naszej stronie sporu

Przyszedłem tu, żeby powiedzieć o tym, czym zajmuję się zawodowo: o języku. Bo duża część tego, co się teraz dzieje, dzieje się w języku właśnie. To słowa tych skandalicznych ustaw, aroganckie słowa posłów i senatorów, które przypominają slogany i nowomowę z czasów Gomułki, ale także słowa konstytucji, słowa, które śpiewamy, słowa, które skandujemy, słowa przemówień na wiecach.

Łatwo jest atakować agresywne, groźne, groteskowe obelgi ludzi władzy. Łatwo, bo są nie do obrony. Ale chciałbym, żebyśmy się wszyscy przyjrzeli również językowi po naszej stronie sporu.

„Precz z PiSlamem”. „Kurdupel, gnom i karzeł”. „Gdyby Jarek wiedział, jak wygląda kobieta, to dałby sobie spokój”. „Schizofrenik”. „Obywatele i piękne obywatelki”. „Mentalne wieśniactwo”. „Popieram kobiety bo… są sexy”. Wiem, że słyszeliśmy to wszyscy z ust ludzi, którzy chcieli dobrze. Ale te słowa to nie tylko, jak chcieliby niektórzy, „głupie gafy”; świadczą one o znacznie głębszych problemach z tym, jak traktujemy naszych współobywateli.

Nie na tym polega wina Jarosława Kaczyńskiego, że jest niski czy samotny albo że jest lub nie jest gejem czy osobą chorą psychicznie, tylko na tym, że cynicznie okłamuje naród i niszczy polską demokrację, nasze wspólne dobro. Obok nas może stać w tłumie ktoś, kto też jest niewysoki; kto leczy się na schizofrenię czy depresję; kto jest gejem albo lesbijką; kto jest aseksualny, co też nie jest żadną zbrodnią; kto jest samotny, bo ominęła go wielka miłość, bo był wykorzystywany w dzieciństwie, bo jest nieśmiały, z najróżniejszych powodów. Nie sprawiajmy, żeby poczuł się z tego powodu gorszy, bo w niczym nam nie zawinił, a stoi razem z nami.

Obok nas może też stać ktoś, kto jest muzułmaninem, kto ma żonę muzułmankę albo chłopaka muzułmanina, kto ma muzułmańskie wnuki. I kto jest tak samo jak my zwolennikiem państwa prawa i wolności religijnych. Nie możemy w jednym zdaniu nawoływać do przyjmowania uchodźców z Bliskiego Wschodu, a w drugim straszyć „PiSlamem”.

Stoimy tu razem, bo zależy nam na wolności i konstytucyjnych prawach, do których należy też równouprawnienie. Wiem, że pan Stefan czy Janusz naprawdę uważa, że mówiąc o „pięknych paniach” i że „kobiety są sexy” prawi uroczy komplement, ale dla wielu kobiet to po prostu instrumentalne traktowanie ich jako obiektów seksualnych. Każdemu panu Stefanowi i Januszowi – ale też Damianowi i Frankowi, bo wbrew stereotypom seksizm nie jest ograniczony do żadnego pokolenia – chciałbym poradzić jedno: wyobraźcie sobie, że to samo macie powiedzieć o mężczyznach. Jeśli chcecie powiedzieć o „naszych sexy obywatelkach”, ale jednak nie powiedzielibyście o „naszych sexy obywatelach”, to znaczy, że fraza jest nieodpowiednia. Wszyscy mamy ciała, ale nie przyszliśmy tu na seksrandkę, tylko walczyć o swoje prawa.

I wreszcie: jesteśmy w Warszawie, ale są z nami też ludzie z małych miast, miasteczek i wsi. I tu, i u siebie, gdzie demonstrowanie wymaga nierzadko znacznie większej odwagi. Pamiętajmy wszyscy, że „prowincjonalność” to stan ducha, a nie adres. I wystrzegajmy się słów o „wieśniactwie”, o „robolach” ale też o „chamach od 500+, którzy sprzedali wolność za pieniądze”. Dla wielu naszych współobywateli 500+ to kwestia godności i również wolności, choć innego jej rodzaju. Program wprowadzony przez PiS jest niesprawiedliwy, nieprzemyślany i cynicznie gra na emocjach, ale zdiagnozował realny problem: wielu z nas nie mogło żyć godnie. A to, że Polska jest państwem sprawiedliwości społecznej, jest dokładnie tak samo zapisane w konstytucji jak to, że jest państwem prawa. I tak samo nas wszystkich obowiązuje i zobowiązuje do dzielenia się ze sobą.

Znaleźliśmy się razem w strasznym i groźnym momencie, a skok na sądy, nie do końca udaremniony, jest tylko częścią problemu. Jeśli ma być to tylko – a taką mam nadzieję – przesileniem, każdy i każda z nas, jedno bardziej, drugie mniej, w tym ja, musi zmienić swój język i, co za tym idzie, swoje myślenie. „Solidarność” odniosła sukces, bo była ruchem masowym, a była ruchem masowym, bo przywracała godność bardzo wielu grupom społecznym. Każdy z nas się liczy, kobieta i mężczyzna, duża i mały, homo i hetero, katolik, muzułmanin i ateistka, z miasta i ze wsi. Nikogo z nas nie możemy odpychać słowami, przeciwnie, musimy go włączać i szanować jego godność. Tylko tak ten kryzys może doprowadzić nas do zwycięstwa i lepszej, sprawiedliwszej Polski, w jakiej wszyscy chcielibyśmy mieszkać.

👍✌️

Waldemar Mystkowski pisze o analogii z IV RP.

Duda Lepperem dla Kaczyńskiego

Andrzej Duda okazał się Andrzejem Lepperem dla Jarosława Kaczyńskiego. Nie dał skorumpować się ustawami uzależniającymi władzę sądowniczą od polityków PiS, tak jak w IV RP Lepper odrolnieniem działki na Mazurach. Duda przejrzał grę, za którą zapłaciłby Trybunałem Stanu.

Kto dzisiaj będzie ówczesnym Giertychem? Oczywiście, Jarosław Gowin. Kaczyński popełnia te same błędy, bo ma wobec Polski nadal takie same zamiary. Dalszy ciąg nie będzie taki sam, jak w 2007 roku, bo farsa jest ta sama, ale aktorzy inni.

Gdyby Duda nie był upokarzany, to kto wie. Upokarzany przez swego prezesa, ale też przez społeczeństwo obywatelskie, które dorwało go nawet w Juracie, gdzie nie mógł sobie spokojnie poślizgać na skuterza wodnym. Przecież Duda i tam budził się spocony, bo na marach dorywało go skandowane: De-mo–kra-cja. A przecież wolałby się budzić ze snu np. z Ruchadełkiem leśnym. Zresztą każdy ze zdrowym libido wybrałby ten wariant.

Tak naprawdę Duda nigdzie nie mógł się ruszyć spokojnie. W całym kraju obywatele go łapali na wykroku tą „de-mo-kra-cją”, a po protestach „Łańcucha światła” nawet nie mógłby wyjść z Pałacu Prezydenckiego.

Dudzie kajdany nałożyło społeczeństwo obywatelskie, wcześniej jednak skuł go prezes, który trzymał jako Adriana w przedpokoju. Czy tak można żyć?

Nie. W przeddzień wiekopomnej porażki PiS (1:2), Duda udał się na Jasną Górę, gdzie otrzymał wsparcie Kościoła katolickiego, który dopiero teraz poprzez szefa Episkopatu abp Stanisława Gądeckiego zajął jasne stanowisko. Gądecki podziękował Dudzie, ale zapomniał o społeczeństwie, ołtarzowi zawsze było bliżej do tronu niż do wiernych. Polski Kościół niczego się nie nauczył.

Kaczyński otrzymał zatem dwóch silnych przeciwników – „totalnego” na pół gwizdka (1:2) prezydenta i „totalny” Kościół. Jak sobie z tym poradzi? Jak zwykle w odpowiednim momencie plunie „mordami zdradzieckimi” i „kanaliami”.

Inicjatywę w sprawie reformy sądownictwa przejmuje Duda, który nie może liczyć na PiS. Na kogo zatem? Oprócz Gowina i Kukiza nikt go nie poprze, także nie dostanie wsparcia instytucji prawniczych, bo mu nie uwierzą po tylu sprzeniewierzeniach.

Społeczeństwo obywatelskie, jego różne formy oprotestowania rzeczywistości PiS, nie może jednak rozejść się do domu, do larów i penatów. Nie można Polski oddać na dalsze rozszarpywanie przez polityków obecnie rządzących. Oni nawet drżą jak osika chronieni barierkami i szpalerami policjantów, dygot dochodzi z twierdzy z Nowogrodzkiej.

Próba tworzenia autokracji była dziełem tchórzy. Trzeba zatem wykurzyć ich z nor, tj. od koryta, które w historii po 1989 roku nigdy nie było tak upartyjnione.

>>>

Wygraliśmy.

Prezydent zawetował ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym.

Duda stwierdził, że rozmawiał podczas weekendu z wieloma osobami, ale najważniejsza była dla niego rozmowa z Zofią Romaszewską, działaczką opozycji w PRL. – „Ja żyłam w państwie, w której prokurator generalny mógł wszystko. Nie chcę do takiego państwa wracać”.

Duda stwierdził, że nie ma w Polsce tradycji, żeby prokurator generalny miał kontrolować Sąd Najwyższy i sądy. Dodał, że nie przedstawiono mu do konsultacji projektu ustawy o SN.

Jednak bez euforii. To tylko 2:1. Ta trzecia ustawa wcale nie jest groźniejsza niz poprzednie. Oto jej niebezpieczna treść.

W ogromnym skrcie.

O co chodzi w protestach.

3 ustawy i 3 najbardziej kontrowersyjne zapisy

czyli

„odwołuję”

„wygaszam”

„przenoszę w stan spoczynku”.

SPOKOJNIE! Jeszcze nie wygraliśmy, choć pierwszy mecz 2:1 dla naszych barw – polskich. PiS został ograny. PiS jeszcze rządzi.

Na to właśnie musimy uważać. Veto dwóch ustaw nie oznacza wcale końca walki z autorytarnymi zapędami PiS – to tylko jedna bitwa! #młodzi2017

PiS się przegrupowuje, bo dostali w rzyć od społeczeństwa obywatelskiego.

Duda spotkał się z I prezes Sądu Najwyższego Małgorzatą Gersdorf.

Dwa teksty Waldemara Mystkowskiego z atmosfery ostatnich dni.

Idą do Jarka bez żadnego trybu

Udział młodych w protestach jest zaskoczeniem. Nagle z dnia na dzień na manifestacjach się odmłodziło. Nie protestuję wśród podobnych sobie, nie poznaję otoczenia.

Nie są to tylko młodzi trzydziestolatkowie, ale dwudziestolatkowie i jeszcze młodsi. To oni nadają ton protestom. Przejmują pałeczkę sprzeciwu społeczeństwa obywatelskiego. Ich żywiołem są nowe media, internet, smartfon, za pomocą których się skrzykują i wychodzą, aby „spacerować”.

W Warszawie 6 młodych osób z Akcji Demokracja wyprowadziło na ulice tysiące rówieśników. Protesty nabrały zupełnie innej formy, innej dynamiki. Nowa fala ruszyła i bodaj dopiero się zaczęła.
Wraz z młodymi przychodzi zupełnie inna dynamika, inne formy protestu i nowy język. Mam wrażenie, iż słychać w tym buncie analogię z pokoleniem 68, znanym mi z opisów Maja 68 w Paryżu, podczas którego najpopularniejszym hasłem było: „Zabrania się zabraniać!”.

Nowa fantazja to skrzykniecie się na dzisiaj na Facebooku grupy Młodzi2017, którzy wedle hasła „My bez żadnego trybu!!!” inicjują dzisiaj o g. 20-tej  manifestację „Idziemy do Jarka na Żoliborz!”.
Na Facebooku zadeklarowało „spacer” 400 osób, a 2 tys. jest zainteresowanych wydarzeniem. Zbierają się przy Mickiewicza 49. Motywują się: „Główny morderca naszej wolności i demokracji nie mieszka w pałacu prezydenckim. Mieszka na Żoliborzu. Pokażmy mu, ilu nas jest! Suweren nadchodzi!”

„Głównego mordercy” może nie być w domu, bo wzięła go np. na wakacje „dama do towarzystwa”Joachim Brudziński, ale via media może poczuć ciarki na skórze, bo to patentowany tchórz.

Te akcje dopiero się zaczynają. Czytam na blogu Jakuba Abramczuka (medium.com), socjologa najmłodszego pokolenia, który do swoich rówieśników przemawia językiem dla nich zrozumiałym. „Joł, macie w dupie politykę i pokemony ze świeczkami pod Sejmem. Lepiej na kwadracie obalić browara, przypalić zioło i zamoczyć bez bachora. Róbcie to, póki jeszcze możecie. Niedługo przestaniecie. Przestaniecie, bo zbyt mocno macie wyjebane na to, co się dzieje w Polsce.”

Abramczuk kolegom wyjaśnia, do czego zabiera się władza PiS. Argumentuje: – „Kiedy przejmą sądy i wsadzą do nich swoich ludzi, to wezmą pałę do łapy i zaczną na poważnie ustawiać kraj po swojemu. Że poprzednia ekipa u koryta robiła tak samo? Robiła. Tyle, że oni trzepali kasę, a nie bawili się w zbawianie świata. PiS chce Was zbawić, a nieposłuszni dostaną w dupę. Totalnie. Wy też. No chyba, że pomożecie typom ze świeczkami powstrzymać ich przed przerobieniem Polski w Świętojebliwe Królestwo Jarosława Mściwego”.

Fala młodych dopiero ruszyła, wznosi się. W Polsce nie doszło w XXI wieku do przewartościowania obyczajowego i aksjologicznego, więc może ta fala zmieść nie tylko klasę polityczną. Wielu komentatorów głośno pyta, dlaczego w mediacji między zawłaszczająca władzą PiS a opozycją nie występuje Kościół katolicki. W świetnym eseju na łamach Krytyki Politycznej Andrzej Leder zastanawiając się, co nas czeka, na koniec (jak ja) cyka się: „A czemu w tym tekście nie ma nic o Kościele katolickim?”. I odpowiada pytaniem: „Jakim Kościele…?”

Bez tokowania i gulgotania, czyli więcej obywatela, mniej polityka

Na błoniach w parku Kasprowicza przed Areną w Poznaniu zebrało się poznaniaków ze trzy place Wolności. Poznańska policja w zmniejszaniu protestujących („Kochany Jarku, zmniejszyliśmy opozycyjny protest”) jest mniej twórcza, niż warszawska, podaje jednak liczbę 13 tysięcy. Na moje oko było nas przeszło 20 tysięcy.

W sobotę wieczorem po 21-szej to sporo. Organizatorzy mogą mieć problem ze znalezieniem większej przestrzeni do protestów, lecz główny organizator Franciszek Sterczewski jest architektem, więc winien wypatrzyć w razie czego odpowiednio większe otwarte kubatury, gdyby więcej poznaniaków chciało wieczór poświęcić trosce o Polskę.

Przecież to miasto ma w swoich municypalnych genach zapisany protest w czerwcu 1956 roku, gdy ulicami maszerowało 100 tysięcy. Stolica Wielkopolski jeszcze tym się różni od reszty kraju, iż protest „Łańcuch światła” jest obywatelski, swoją dezaprobatę wyrażają obywatele, a nie politycy, o czym mógł się przekonać Ryszard Petru, który stał w tłumie, a nie na wyróżniającej scenie.

Poznaniacy wraz ze znajdującym się wśród nich szefem Nowoczesnej Petru wybaczyli wielokroć („Wybaczamy! Wybaczamy!”) sędziemu Sądu Najwyższego i jego rzecznikowi Michałowi Laskowskiemu, gdy ten wyznał: – „Ośmieliłem się prosić o głos, bo kiedyś publicznie powiedziałem, że nie wierzę, by Polacy stanęli w obronie sądów. Strasznie się myliłem i chcę za to przeprosić”.

Z tego protestu w obronie władzy sądowniczej rodzi się nowa jakość publicznego uczestnictwa, wzrastają zupełnie nowe postaci polityczne. Bodaj ten rodzaj street politics jest nie do zatrzymania. „Spacerujący” to coraz młodsi ludzie, którzy z wcześniej „spacerującymi” np. z KOD i Obywatelami RP tworzą wspólnotę ponadpokoleniową.

Kwestią czasu – i to bliskiego – jest sformułowanie skuteczniejszych form nacisku obywatelskiego nieposłuszeństwa. Jeżeli politycy opozycji nie wyjdą z rzeczywiście demokratyczną debatą polityczną, to wraz z rządzącym PiS-em mogą być zmieceni.

Bloger Galopujący Major – jest absolwentem prawa UAM – tak się zamarzył i wyobraził polityków opozycji: – „Wyobraź sobie, że bezpośrednio zwracają się do właśnie rodzącego się ruchu protestów. Zwracają się z propozycją wspólnej reformy sądownictwa. Że co miesiąc w innym mieście spotykają się z obywatelami, nie wyborcami, a właśnie obywatelami. Spotykają na otwartych dyskusjach o wadach wymiaru sprawiedliwości. I tym razem politycy nie tokują, nie gulgoczą, nie przekrzykują. Tym razem obywateli słuchają, bardzo uważnie słuchają. Słuchają, dyskutują, a dopiero potem zabierają się za zmiany prawa”.

Major pyta i odpowiada: – „Poszedłbyś na takie spotkanie? Bo ja bym poszedł”. Sterczewski przed poznańską Areną zaproponował Petru i innym obecnym tam politykom: – „Mamy nadzieję, że mają notatniki i będą zapisywać to, co Wielkopolanie mają im do powiedzenia. A jeśli bardzo będą chcieli się zaangażować, to zapraszamy do służby porządkowej”.

Bez tokowania i gulgotania poznaniacy spotykają się w niedzielę przed Areną na siódmym już „Łańcuchu światła”, młodsi będą mogli zobaczyć „Człowieka z żelaza” Andrzeja Wajdy, czyli jak to drzewiej radzono sobie i walczono z prekaczystami.

>>>

>>>

Historia koło zatoczyła…

PRL czekoladę Wedla zamienił na wyrób czekoladopodobny o nazwie „22 lipca”. Dzisiaj przyjęta przez Senat ustawa jest wyrobem „prawopodobnym”.

Senat przyjął ustawę o Sądzie Najwyższym bez poprawek. Został już tylko podpis prezydenta

Senatorowie po kilkunastu godzinach obrad zdecydowali o przyjęciu ustawy o Sądzie Najwyższym. Aby weszła w życie, musi zostać już tylko podpisana przez prezydenta.

Obrady Senatu rozpoczęły się o 9 rano. Około godz. 1 w nocy ustawę, wraz ze zgłoszonymi przez senatorów poprawkami, oddano pod obrady komisji. Ta dostała jednak zaledwie kilkanaście minut na dyskusję nad 300 poprawkami. Oczywiście zostały one natychmiast odrzucone i komisja zarekomendowała przyjęcie ustawy o Sądzie Najwyższym.

„Liczyliśmy na dialog”

– W imieniu senatorów PO postanowiliśmy utrzymać nasz wniosek o odrzucenie ustawy w całości – mówił senator Jan Rulewski tuż przed ostatnim głosowaniem. – Ta ustawa pozostaje w głębokim konflikcie z konstytucją. Liczyliśmy na dialog. Świadczą o tym nasze poprawki – uzasadniał.

Po krótkich apelach opozycji, ustawa została natychmiast przegłosowana na sali plenarnej Senatu. Za opowiedziało się 55 senatorów, przeciw było 23, a 2 się wstrzymało.

Tłum reaguje na głosowanie

Przed Senatem słychać było okrzyki: „targowica”, „hańba”, „zdrajcy” i „zamach stanu”. Do zgromadzonych wyszli senatorowie PO, którzy słyszeli z ich strony „Dziękujemy”. Jednocześnie krzyczeli „Zablokujcie” – to już pod adresem senatorów PiS.

Weto prezydenta

Aby ustawa weszła w życie, musi zostać podpisana przez prezydenta. Tymczasem instytucje z całego świata domagają się weta Andrzeja Dudy. Ich lista przytłacza i cały czas się wydłuża.

A TERAZ USIĄDŹCIE WYGODNIE I PRZECZYTAJCIE, DLACZEGO NIE BĘDZIE VETA. I przekażcie dalej. Niech się wszyscy dowiedzą jakiego mamy prezydenta

Jeszcze Polska nie zginęła

Wiceszef „Wyborczej Jarosław Kurski pisze. W czwartek w nocy widziałem pod Sądem Najwyższym ludzi, którzy za własne pieniądze przyjechali wesprzeć protest w Warszawie. Rolnik spod Hrubieszowa, pielęgniarz z Gdańska, studentka z Brukseli, przedsiębiorca z Katowic…

Spotkałem ich wszystkich po nieprzespanej nocy, gdy stanęli w piątek rano przy wejściu do Sądu Najwyższego, pozdrawiając idących do pracy sędziów i pracowników sądu. Owacje, słowa zachęty, uściski dłoni. Jedna pani sędzia nie powstrzymała łez. To nie były łzy wzruszenia, to były łzy rozpaczy. Ludzie płaczą, kiedy wali się ich świat.

Dziesiątki tysięcy zdeterminowanych ludzi dzień w dzień wylegają na ulice w wielu polskich miastach. Przekrój społeczeństwa. Starzy i młodzi. Wielu młodych. Rodzice z małymi dziećmi.

Zamach na Sąd Najwyższy to otwarcie na oścież wrót do autorytaryzmu, do uwięzienia „mord zdradzieckich” i „kanalii” – każdego, kogo wskaże prezes PiS. To kompletna bezbronność obywatela wobec wszechwładnego państwa.

To otwarta droga do rozprawy z mediami, bo dyspozycyjny sąd zadławi każdą gazetę lub przyklepie bezprawne odebranie koncesji stacji radiowej lub telewizyjnej.

To sposób, aby zniszczyć konkurencyjne partie, odebrać im dotacje, wreszcie – sfałszować wybory.

To zapaść demokracji w Polsce i izolacja Polski w Europie. Ale jeszcze nie koniec Polski.

Mimo że wszelka miara została przekroczona, mimo że protestują samorządy prawnicze, związki zawodowe, organizacje społeczne i Unia Europejska – władza się na razie nie cofa i pewnie się nie cofnie.

Czy zostały nam tylko bezsilność, wściekłość i upokorzenie? Poczucie porażki i daremnego trudu?

Przeciwnie. Władza okazała się pyszna, głucha i ślepa – a to niewidoczny początek końca każdej tyranii. Po drugie, udowodniliśmy sobie, że po półtora roku od zwycięstwa PiS staliśmy się wreszcie społeczeństwem świadomym swych obywatelskich praw. Po trzecie, że potrafimy się szybko zmobilizować i z wielką siłą o nasze prawa upominać. A to powinno być dla władzy memento.

W czwartek w nocy przez otwarte okna wpadły do sali komisji Senatu słowa hymnu narodowego. Spierano się o Sąd Najwyższy. Śpiewali demonstranci, a słowa pieśni podjęli senatorowie opozycji. Senatorowie PiS stali w milczeniu.

Kiedy władza boi się obywateli – milknie. Ta władza będzie milkła coraz częściej. Dopóki będziemy pokojowo i masowo demonstrować na ulicach – Polska jeszcze nie zginęła, póki My żyjemy.

PIĘKNY WIDOK Z WARSZAWY. JESZCZE TYLU LUDZI POD PAŁACEM NIE BYŁO. SZACUNEK DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY DZIŚ MANIFESTUJĄ W WIELU POLSKICH MIASTACH

Waldemar Mystkowski pisze o Polsce pod pętlą.

Polska pod pętlą

Dzisiaj wybieramy swoją przyszłość, swoją wolność, acz musimy znowu o nią walczyć.

Piątek, 21.07.2017. Zapiski „Polska pod pętlą” mają być postawieniem przed podobnym wyborem, jaki zasugerował w Senacie Jan Rulewski, który przyszedł na obrady w drelichu więziennym z wpiętą powyżej pasa białą różą. To my decydujemy, choć innym wydaje się, że decydują za nas: co będzie nie tyle symbolem Polski, a naszą codziennością, rzeczywistością polityczną.

Co wybierzemy? Czy mamy na tyle w sobie przekonania, determinacji, że staniemy twardo niewzruszenie po swojej stronie? A jeżeli stajemy za sobą – jeden za drugim, jeden obok drugiego – to kto stoi naprzeciwko? Czy ten naprzeciw nas jest wrogiem, czy interlokutorem? Czy jednak mamy się dogadać, przekonać, zawrzeć kompromis? Pokonać, czy wejść w alians?

Ja jestem przekonany do swoich racji. Ale czy on też? Czy tylko został postawiony przypadkowo, wbrew sobie, a może tylko dla korzyści chce być moim wrogiem, może ten cynizm dzisiaj mu się opłaca, a jutro jest w stanie z niego zrezygnować?

Zauważmy, iż dzisiaj polityka wdarła się w naszą egzystencję. Wszystko jest polityką? Jak kiedyś odniósł się do pozornie innej sfery Edward Stachura „Wszystko jest poezją”. A Zbigniew Herbert w podobnej egzystencjalnej sytuacji stanu wojennego pisał „Raport z oblężonego miasta”: „wyznaczono mi z łaski poślednią rolę kronikarza / zapisuję – nie wiadomo dla kogo – dzieje oblężenia”.

Już z tego cytatu widać, iż sytuacja Herberta (i moja) była inna, niż dzisiaj. Była przegrana, Herbert czuł się przegrany, a jednak po 7 latach mógł stwierdzić: myliłem się, bo wygrałem. Pointa tego wspaniałego wiersza jest następująca: „patrzymy w (…) twarz zdrady // i tylko sny nasze nie zostały upokorzone”.

Mimo że nie mamy wpływu na sny, wówczas były wolnością od polityki. W tym samym czasie tuż po pacyfikacji w kopalni „Wujek” pisałem „Pytanie z pętlą” („Wilgotny język polski”, PIW 1989). I pointowałem zupełnie inaczej niż Herbert: „Robotnik zdejmuje pętlę z szyi i uderza” (cytat z pamięci, bo nie mam w domu swojej książki, a nie chce mi się iść do biblioteki).

Dzisiaj zatem nie jest tak źle, na jawie wybieramy swoją rzeczywistość, swoją przyszłość, swoją wolność, acz musimy już o nią walczyć. Przygotowywana jest dla nas pętla, w której chcą nas zamknąć. Wydają na razie na nas wyrok, a potem poprowadzą.

Wybiegam naprzód, acz chcę być kronikarzem dzisiaj, lecz nie tym herbertowskim z „Raportu…”. Wczoraj stanąłem na placu Wolności w trochę innym miejscu, niż zwykle staję w czasie protestów. Stanąłem na podeście, spojrzałem na morze ludzi, na 10 tysięcy tych „jeden obok drugiego”, na poznaniaków wylewających się na ulicę, że wstrzymane zostały po raz pierwszy kursy tramwajów.

I pewnie wszystko przebiegłoby, jak poprzednimi dniami, gdyby nie dziecko obok na rękach dwudziesto-kilkuletniej mamusi. Dziewczynka zaczęła płakać, a w tym czasie przemawiał Tomasz Piątek (ten od Macierewicza). Chciałem go posłuchać, bo nawiązał do wątku autobiograficznego, jak zaczynał pisanie we Włoszech. I nie było mi dane dowiedzieć się o Piątku, bo zacząłem stroić miny do dziecka, robić na nosie dylu na badylu, czy też trele morele. Dziecko jedno-dwuroczne z płaczu wpadło w śmiech, więc dalej zabawiałem, robiłem teatrzyk, już nie obawiałem się, że będzie płakać, ale nie potrafiłem inaczej i uznałem, że ten nasz protest płaczowo-śmiechowo-dylowy jest wartościowszy niż wspaniałych 10 tysięcy poznaniaków. Do tego teatrzyku dołączyła dziewczynka trzy-czteroletnia, którą ojciec posadził sobie na barana. Dołączyło potem jeszcze jedno starsze dziecko.

Protestowaliśmy w ten inny sposób nawet w trakcie czytania Konstytucji RP. Nie napiszę, jak to przebiegało w czasie 10-minutowego milczenia przy „łańcuchu światła” ani przy odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego, bo zostanę posądzony o sprofanowanie słusznej walki społeczeństwa obywatelskiego.

Dzisiaj słyszę, że minister od policji* (niektóre nazwiska w przypisach), który nie był na manifestacji, twierdzi, że manifestujący to byli spacerowicze. Na placu Wolności staliśmy przeszło godzinę, a spacerował – acz nie na spacerniaku – Jan Rulewski w więziennym drelichu ze swego miejsca w Senacie do trybuny senackiej.

Co do spacerów. Chciałem się swoim spacerem przyłączyć do ostatniej miesięcznicy na Placu Zamkowym i Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, ale policjant przy policjancie – oraz barierki – bronili procesji prezesa i ministra z różańcem.

Nie zbieramy się po to, aby się odgrodzić. Nie manifestujemy, aby być zniewolonymi przez policję i barierki, ale po to, aby spacerować. Aby matki i ojcowie z dziećmi nie przychodzili na manifestacje, a ja na nich je zabawiał, bo one też są wkurzone, że muszą być razem z walczącymi rodzicami – wówczas płaczą.

Polacy nie dadzą sobie założyć pętlę na Polskę, bo nie jesteśmy zniewoleni, jak ci podczas procesji chowający się za policjantami i barierkami. Jak to teraz powiedział Lech Wałęsa: „Może bronić demokracji trzeba będzie drogą niedemokratyczną”, a ja jak napisałem w grudniu 1981 roku: zdjąć pętlę z szyi i … Nie damy się zamknąć w pętli i prowadzić naszą wolność na szafot, na rzeź.

WSTYD I HAŃBA DLA SENATU. NIGDY WAM TEGO NIE ZAPOMNIMY!!!

CZY MOŻNA TO PIĘKNIEJ UJĄĆ? 🙂

>>>

CZWARTEK O 20.00 POD PAŁACEM PREZYDENTA. MUSIMY BYĆ WSZYSCY!

Jerzy Pilch pisze w swoim dzienniku.

Jerzy Pilch: Modlitwy, żeby Michnik choć pierdnął w ich kierunku, zostały wysłuchane!

18 lipca, wtorek

Państwowe, czyli pisowskie telewizje, zachłystują się rzekomym chamstwem Michnika, który rzekomo dotkliwie obraził ich kolegę. Powtarzają tę scenę wkoło, wydziwiają nad nią, ich nabrzmiałe kulturą, bólem i dobrym wychowaniem autorytety komentują słowa i minę Michnika z oburzeniem, choć nie bez satysfakcji: nareszcie naczelny „Wyborczej” odpowiedział na ich zaczepki i nagabywania! Wreszcie dał im ważność! Późno, bo późno, ale lepiej coś niż nic! Modlitwy, żeby Michnik choć pierdnął w ich kierunku, zostały wysłuchane! Tyle razy próbowali, tyle razy zaczepiali, tyle razy atakowali, tyle razy prowokowali i nic! Ten wytrawny znawca dziejów najnowszych, tamten urodzony polemista, ów autor dzieł demaskujących i dziesiątki innych wściekle nacierało, by Michnik choć gębę otworzył i nic! Aż młodemu jakiemuś, kompletnie nieznanemu i w poglądach w zasadzie nieopierzonemu trafiło się jak ślepej kurze ziarnko. I chodzi teraz w glorii tego, który usłyszał od Michnika, iż jest niedouczonym skurwysynem. I widzi pełne podziwu ukłony, omiatają go pełne uznania spojrzenia i słyszy pełne zawiści zgrzytania zębów! Zaiste niezbadane są wyroki!

Co się w gruncie rzeczy stało? To mianowicie, że młody Bogu ducha winien dziennikarz zadał Michnikowi niezwykle kulturalne, starannie wyważone i w gruncie rzeczy pełne czaru pytanie, kiedy mianowicie ten przeprosi za brata. Otóż – że porzucę na chwilę ironiczną tonację – istnieją pytania, na które można dać wyłącznie trojakiego rodzaju odpowiedź. Po pierwsze, można wzgardliwie milczeć – to zawsze jest dobre, to zawsze wpędza w popłoch i wzmaga kompleks niższości, a ci, co pytają o rzekome winy brata czy ojca, kompleks niższości mają monstrualny. Po drugie, można strzelić w mordę – to jest bardzo dobre, ale dla wybranych – jajogłowi, niestety, nie mają tej celności i tej siły, po której antagonista pada jak ścięty. Po trzecie, można – tak jak uczynił to Michnik – odpowiedzieć z skrajną dosadnością, przybierając przy tym ekstremalnie nieprzychylny wyraz twarzy. Minę faktycznie miał Adam groźną, co też było dobre – nasza strona przeważnie ma rację, ale na ogół nikt się nas nie boi, niechże się chociaż Michnika boją.

Tekst pochodzi z niepublikowanego jeszcze „Trzeciego dziennika” Jerzego Pilcha, który ukaże się w Wydawnictwie Literackim.

Dwa zaległe teksty Waldemara Mystkowskiego.

Psychokracja Kaczyńskiego

Rządzi nami człowiek motywowany tylko przez zemstę i nienawiść.

Te słowa Kaczyńskiego niewątpliwie przejdą do historii. To esencja tego, co dzieje się obecnie w Polsce. Mówią o wiele więcej, niż Kaczyński wypowiedział. To są słowa mające „ponadto”, bo są to słowa w istocie bazowe. Wpisujemy je do sztambucha: „Nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata. Zniszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami”.

To dzieje się naprawdę, nie są to cytaty z Bertolda Brechta, Alfreda Jarry’ego, Witolda Gombrowicza, Sławomira Mrożka. Wypłynęły z ust, z których nieraz popłynął podobny rynsztok, polityka sprawującego obecnie w kraju faktyczną władzę.

To nie wszystko, bo za kulisami – acz na sali plenarnej – słychać o wiele więcej, ale nie wszystkim jest to dane. Podzielił się jedną sceną – z parlamentarnego brudnopisu – poseł Nowoczesnej Witold Zembaczyński, który specyficznymi gestami został „wezwany” przez Kaczyńskiego.

Dlaczego Zembaczyński? Bóg raczy wiedzieć, więcej do wytłumaczenia miałby dobry psychiatra. Zembaczyński relacjonuje: „Przywołał mnie tym swoim pańskim gestem. Byłem bardzo zaskoczony. Nie znam go. Upewniłem się, że chodzi o mnie i podszedłem. Zapytałem, dlaczego wszystkich obraża i wrzuca do jednego worka. Prezes odpowiedział: oni będą w więzieniu siedzieć, będą siedzieć za to wszystko. Mówił o politykach PO”.

Zembaczyński zdumiał się, zaczął Kaczyńskiego dopytywać, dlaczego jemu zawierza taką „tajemnicę penitencjarną”. Usłyszał, że „zawołał mnie, bo kiedyś w swoim przemówieniu powiedziałem, że to Kaczyński będzie siedzieć. Nie wiedziałem o co mu chodzi, dopiero później sobie przypomniałem swoje wystąpienie z 2015 r. na temat ustawy inwigilacyjnej. To pokazuje jak to jest pamiętliwy człowiek”.

Piszę, że działo się to za kulisami, a jednak na sali sejmowej, bo Kaczyński żyje w kokonie, odseparowany od rzeczywistości, otoczony akolitami, klakierami, w bańce nierzeczywistości. Zembaczyński pisowskie kulisy – „na stronie” – opisuje: – „Momentalnie zaczął się wokół nas tworzyć ludzki mur z ludzi PiS na czele z ministrem Glińskim. Odganiali mnie, gdy usłyszeli jak prezes ciągle powtarza, że powsadza polityków do więzienia. To pokazuje, że rządzi nami człowiek motywowany tylko przez zemstę i nienawiść. Miałem do czynienia z człowiekiem kompletnie zagubionym i rozbitym”.

Trafiłem na trafną analizę zachowań Kaczyńskiego, które przecież znikąd się nie wzięły, u publicysty „Polityki” Edwina Bendyka. Sam niejednokrotnie podejmowałem ten kulturowy trop, Bendyk precyzyjnie punktuje postać Kaczyńskiego.

Otóż prezes PiS to istny „Król Ubu”, którego zwrotami posługuje się sceniczny „Grówno”, aby nie pisać wprost językiem fekaliów. Genialny Alfred Jarry – od zawsze uważam go za geniusza i niejednokrotnie innymi jego dziełami się inspirowałem – jest przede wszystkim autorem terminu patafizyki, który jest obecny w polskiej kulturze od dawna, ale nie wiedzieć czemu nie jest powszechniej znany.

Patafizyka została zdefiniowana przez Jarry’ego w „Czyny i myśli doktora Faustrolla, patafizyka”: – „Patafizyka stanowi teorię urojonych rozwiązań, przypisujących symbolicznie zarysom rzeczy, za sprawą tychże własności, potencjalne”.

Czyż nie jest powszechnie znanym opisem zachowań prezesa PiS? Kaczyński zamiast demokracji proponuje nam psychokrację. Jest to autokracja specyficznego sortu: psycho. Tego potwora urodziliśmy my wszyscy po 1989 roku. Rósł potwór i jego potworki, których zachowania powyżej całkiem zgrabnie ujmuje poseł Nowoczesnej Zembaczyński.

Musimy wziąć na klatę odpowiedzialność za zaistniałą psychokrację Ubu Kaczyńskiego, bo po odzyskaniu suwerenności nie przepracowaliśmy poprzedniego reżimu i oto z dnia na dzień obudziliśmy się w psychokracji, duchowym alter ego PRL-u.

Bendyk jest brutalny, ostrzega, abyśmy nie bronili tylko fasady demokracji, zacytuję jako pointę publicystę „Polityki”, bo warto: – „Rację więc mają, rację do bólu banalną, komentatorzy mówiący, że demokracja wymaga demokratów i upada zawsze pod wpływem ataku z wewnątrz. Demokracja, jako system instytucji i procedur, działać będzie jedynie wtedy, gdy system ten wynikać będzie z wartości, przekonań i praktyki dnia codziennego członków demokratycznej wspólnoty. Jarosław Kaczyński nie niszczy w Polsce demokracji, tylko w brutalny sposób sprawdza, czy w ogóle zaistniała w rzeczywistości – jako głęboko uznawana i ucieleśniona praktyka, a nie fasada.”

DOKĄD ZMIERZASZ POLSKO???

Kaczyńskiego metoda na kozę i bobek Waszczykowski

PiS Konstytucji nie zmienia, ale zmienia ustrój Polski, który to w Konstytucji jest zapisany. Wydaje się to nielogiczne. Tak zmieniana „praworządność” ustrojowa jest nielogiczna, bo jest po prostu bezprawiem. To bezprawie będziemy nazywali autokracją, reżimem, nadając jej swojski zapaszek nomenklatury i określając kaczyzmem.

W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Witold Waszczykowski mówi wprost: – „Polacy, dając nam władzę, chcieli zmian. Dlatego zmieniamy ustrój państwa”. Czyli PiS demokrację zmienia na ustrój podporządkowany woli jednego człowieka – Kaczyńskiego.

Warto pamiętać, iż PiS nie osiągnął lepszego wyniki wyborczego niż dwukrotnie w wyborach parlamentarnych Platforma Obywatelska i SLD, ale tym nie przyszło do głowy, aby zmieniać ustrój. Dlaczego? Bo na co można zmienić demokrację? Tylko na reżim, autokrację. Na swojski zapaszek, który jest zwykle prawicowy i ma jedną konotację w Polsce: Ciemnogród, kołtuństwo.

I PiS zmienia ustrój metodą, która publicystycznie nazywana jest metodą na kozę. Wprowadza się na agendę kozę, która waniajet i wszystkim nosy zatyka, zaczynają gadać o tym i protestować. Taką kozą była zapowiadana podwyżka cen paliw o 25 groszy. Nagle prezes Kaczyński oznajmia o wycofaniu się z tego projektu. Koza zatem zostaje wyprowadzona.

W narodzie radość. Kozy nie ma, nie ma smrodu. A Kaczyński narobił w tym czasie tyle tych kozich bobków, a przede wszystkim zakamuflował inne kozy. To jest typowe działanie dla reżimów – metoda na kozę.

Kiedyś takie metody satrapów przybliżano określeniem: „W tym szaleństwie jest metoda”. Dzisiaj na przykładzie naszym – polskim – wiemy, że do tego szaleństwa Kaczyński stosuje metodę kozy. Liczy na to, że zabraknie nam powonienia rozumu, tj. użycie tego rozumu. I wielu dało się na to nabrać. W mediach powstał rejwach, paliwa podrożeją (większość ma samochody), podrożeje także większość towarów i usług.

Uspokajam. Wszystko podrożeje, lecz tym Kaczyński się nie martwi, jego zmartwieniem jest to, iż mogą być zbyt szybko odkryte jego zamiary. Kaczyński będzie wprowadzał i wyprowadzał kozy.
Jak to mówią sztukmistrzowie: patrzycie nie na to, na co należy, kozy odwracają wasze uwagi. I dlatego Kaczyńskiemu się udaje, gdyż właściwą kozą jest Kaczyński, to od niego waniajet, to on jest sprawcą zmiany ustroju Polski.

Kaczyński jest kozą, a Waszczykowski – na którym opiera się konstrukcja tego felietonu – kozimi bobkami. Tyle on wart intelektualnie, ile bobki. Co nie zmienia postaci Polski, iż stajemy się państwem autokratycznym, który do demokracji ma się tak, jak obora z kozami do pałacu.

GIERTYCH JAK ZWYKLE Z GENIALNYM KOMENTARZEM :))))

>>>

>>>