Archiwum dla Sierpień, 2017

ASZdziennik dopatrzył się modyfikacji w logo „Solidarności”. Piękny prezent związkowców dla prawdziwego przywódcy strajku  

Najwybitniejszy polski scenarzysta filmowy w historii Krszytof Piesiewicz wczoraj pisał.

Michał Kuczyński na portalu crowdmedia.pl analizuje perfidną grę Dudy.

Podstępna gra Dudy. Czy prezydent przejmie partię Kaczyńskiego?

Siedemdziesiąt jeden lat będzie miał Jarosław Kaczyński, gdy w 2020 roku odbędą się wybory prezydenckie. Nie jest żadną tajemnicą, że w Prawie i Sprawiedliwości zdają już sobie sprawę, że w najbliższych latach nastąpi sukcesja władania nad obecnie rządzącą partią i już dziś toczy się rywalizacja o schedę po Kaczyńskim. Wielu dziś zastanawia się, kto może przejąć władzę w PiS – jedni mówią o Joachimie Brudzińskim, inni o Antonim Macierewiczu czy Mateuszu Morawieckim, którego ponoć namaścić ma sam naczelnik. Pojawiają się też ostatnio sondaże, że to Beata Szydło byłaby najlepiej widziana na stanowisku prezesa Prawa i Sprawiedliwości po odejściu Jarosława Kaczyńskiego na emeryturę. W rozważaniach politologów i komentatorów życia politycznego nie pada jednak nazwisko prezydenta Dudy. Nie wiedzieć dlaczego, nikt nie traktuje go poważnie, włączając w to jego kolegów z macierzystej partii.

I właśnie w tym lekceważącym traktowaniu prezydentury Andrzeja Dudy szukałbym przyczyn nie tylko prezydenckich wet do ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości, ale i uruchomienia inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej, którą prezydent objął patronatem. Andrzej Duda wcale nie chce skłócić się z Prawem i Sprawiedliwością, tylkochce na tyle wzmocnić siebie i swój urząd, by działacze partii Kaczyńskiego oraz ich sympatycy w chwili oddania władzy przez prezesa PiS to w nim widzieli najmocniejszego gracza po prawej stronie sceny politycznej. Wbrew pozorom ma do tego dziś wszelkie narzędzia.

Po pierwsze, demokratyczny mandat ponad 50% wyborców. Tego argumentu będzie używał wielokrotnie przez najbliższe lata, wbijając szpilkę właśnie Kaczyńskiemu, który nigdy tak dużego poparcia nie osiągnął. Już dziś politycy z najbliższego grona prezesa PiS powtarzają co prawda, że to taka specyfika wyborów, że to Kaczyński „wymyślił Dudę” i zrobił go prezydentem. W miarę jednak upływu czasu oraz powtarzanego argumentu, że to jednak było przekazanie mandatu do zmian Andrzejowi Dudzie, właśnie na jego korzyść będzie zyskiwał na sile. Tym bardziej w sytuacji, gdy dojdzie do starcia potencjalnych sukcesorów po Kaczyńskim – ani Brudziński, ani Morawiecki, ani tym bardziej Macierewicz takim mandatem społecznym pochwalić się nie mogą.

Po drugie, weta do ustaw, w których rośnie siła i uprawnienia członków gabinetu Beaty Szydło (czy innego premiera z PiS), a maleje władza prezydenta lub choćby samorządu, gdzie prezydent widzi potencjalnego koalicjanta. Przypomnijmy sobie uzasadnienie weta do ustawy o Sądzie Najwyższym czy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Istotą zarzutów Andrzeja Dudy była zbyt duża władza ministra Ziobry, w znaczący sposób naruszająca jego bezpośrednie prerogatywy. Nie bez powodu wielu komentatorów mówiło w okresie lipcowego kryzysu, że gdyby prezydent podpisał ustawy o SN i o KRS, to w gruncie rzeczy przestałby już być PiS-owi potrzebny. Wszelką władzę nad jego być albo nie być zyskałby gabinet premiera. Na to Andrzej Duda, dumny z tego, że zagłosowało na niego więcej Polaków niż na partię Kaczyńskiego, pozwolić nie mógł. To przecież on obiecywał, że będzie wprowadzał reformy, które poprawią los najsłabszych Polaków. W kampanii wyborczej krytycy podkreślali, że przecież Konstytucja nie przewiduje dla niego narzędzi do prowadzenia aktywnej polityki, więc jego obietnice składane są na wyrost. Dziś można zaryzykować stwierdzenie, że już wtedy w głowie kandydata Dudy pojawił się pomysł, że w Polsce powinien być system prezydencki.

Trafnie zdiagnozował tę kwestię ostatnio Roman Giertych w swoim felietonie dla serwisu NaTemat, że ta rozszerzająca wykładnia przepisów Konstytucji, w ramach której prezydent przyznał sobie prawo do rozstrzygania, czy wniosek organu dotyczący jakiejś czynności jest dla niego wiążący czy nie, to nic innego jak próba zmiany systemu parlamentarno – gabinetowego w prezydencki. Podobnie z kwestią prawa łaski, zastosowaną w formie abolicji indywidualnej, które tak dokonane stawia prezydencką prerogatywę ponad wszelkimi innymi władzami. Rozpoczęcie inicjatywy zmiany ustawy zasadniczej pod hasłami wzmocnienia władzy prezydenta, który ma jego zdaniem najsilniejszy mandat do rządzenia w kraju z tytułu wyboru w wyborach bezpośrednich, to nic innego jak realizacja planu sformalizowania władzy prezydenta jako nadrzędnej. Gdyby ta inicjatywa się powiodła, po odejściu z aktywnej polityki prezesa Kaczyńskiego to właśnie gospodarz Pałacu Prezydenckiego byłby naturalnym przywódcą całej zjednoczonej prawicy.

Takie motywy inicjatyw prezydenta Dudy i rozpoczętego procesu emancypacji od centrali partyjnej rozgryzł już prezes Kaczyński oraz dwór go otaczający. Dlatego w inicjatywie zmiany konstytucji, mimo że pokrywa się ona przecież z programem PiS, to sojuszników w PiS dziś nie znajdzie. Nikt nie jest zainteresowany, by wzmacniać potencjalnego rywala do schedy po Kaczyńskim. Nie taką dla niego rolę przygotowano. Dlatego też jesienią należy się spodziewać dalszego konfliktu obozu prezydenckiego z centralą partyjną. Zresztą zalążki już widać po dzisiejszych wypowiedziach Beaty Szydło, która podkreśla, że to rząd, nie prezydent mają rację w kwestii ustaw sądowych. Słyszymy to także z ust Zbigniewa Ziobro, który otwarcie mówi, że większość 3/5 przy wyborze członków do KRS to już temat nieaktualny i nie do przyjęcia. Walka o władzę trwa więc w najlepsze. Tym razem jednak PiS i prezydent nie stoją już po tej samej stronie.

Koniecznie! 😀✌️

Waldemar Mystkowski pisze o rozpoczętym właśnie 3. sezonie rządów PiS.

Trzeci sezon serialu PiS

Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji.

Sezon ogórkowy szybko minął, została po nim mizeria polskiej polityki. Właśnie wkraczamy w 3. sezon serialu produkcji mediów narodowych „Wyprowadzanie Polski z UE”, a także równoległego: „Chwyt narodu za twarz”.

W pierwszym odcinku zobaczyliśmy odświeżoną premier Beatę Szydło, która podzieliła się radosną nowiną („Ewangelia PiS”) w „Gazecie Polskiej”: – „Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd”.

Pani Szydło winna jak najszybciej przedstawić adres kasy, która wypłacała szmal protestującym, nazwisko reżysera tych protestów (acz tego ostatniego jestem w stanie natychmiast wymienić), a to dlatego, że właśnie wyciągnąłem rękę i domagam się opłaty za mój protest. Każdego dnia wychodziłem na protesty, a nie skapnął mi żaden grosz. Przeciwnie – musiałem opłacać dojazd i jakoś zorganizować światełko, bo byłem jednym z wielotysięcznych ogniw „Łańcucha światła” w Poznaniu.

Reżyserem protestów była partia PiS, której ustawy znoszące niezależność sądów wyprowadziły rodaków na ulice. I nie uderzaliśmy „w rząd”, ale w honor prezydenta, aby zawetował ustawy. Domagaliśmy się 3 razy weto, niestety, były tylko dwa.

Drugim wątkiem rozpoczętego 3. sezonu rządów PiS jest przepisywanie historii na nowo. Rozdział z podręczników „Polska w Unii Europejskiej” rozpoczyna się „Prawo i Sprawiedliwość jest partią, która wprowadzała Polskę do Unii Europejskiej”. Został napisany ustami Konrada Szymańskiego w Radiowej Jedynce.

Wszyscy się oburzyli. Jak to? Wszak widzieliśmy, że Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz podpisywali akcesję Polski do UE, a Miller przytomnie się upomniał, że hola-hola: – „przecież ja jeszcze żyję”.

Szymański wcale nie musiał się pomylić. Dostępna jest w internecie odpowiedź pani Szydło na pytanie: kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej? Znacie? Przypomnę: „W 1992, a może 1993”. Wówczas Szymański był wiceszefem Młodzieży Wszechpolskiej, która to organizacja jest antyunijna, ale Szymański mógł robić za kreta.

Szymański jest kretem? Przyglądnijcie mu się dobrze. Trzeci wątek odcinka premierowego 3. sezonu jest autorstwa europosła, którego nazywam „O w pół do pierwszą” (on tak mówi, ta fraza w jego wykonaniu też jest dostępna w internecie). Ryszard Czarnecki był łaskaw się podzielić najradośniejszą nowiną (Stary Testament PiS), iż Westerplatte w 1939 roku bronili volksdeutsche, którzy organizują obchody 1. września. Oto w pełnym brzmieniu wpis na Twitterze: „Związek VOLKSDEUTSCHOW w Polsce organizuje obchody 1. Września na Westerplatte. Adamowicz przyznał im do tego prawo, bo się pierwsi zgłosili” (pisownia oryginalna).

Czarnecki musiał się poróżnić z panią Szydło albo wie, czego my nie wiemy, bo to ona ma brać udział w obchodach. Byłaby jednak zrozumiała postawa Szydło w wielu kwestiach, jeżeli uwzględnimy sugestię Czarneckiego – peryfrazę – iż jest volksdeutschem. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz poleciał po honorze Czarneckiego: – „Jak Panu nie wstyd pisać takie rzeczy o Westerplatte, miejscu, w którym ginęli Polacy? Premier Szydło ma wziąć udział w tych uroczystościach”.

Czy Czarnecki ma zdolności honorowe? Ktoś, kto nakładał krawat czerwono-biały bywszy w Samoobronie, raczej nie ma honoru. Zauważmy, że w pierwszym odcinku we wszystkich trzech wątkach przewija się nazwisko Szydło, a nie ma w nim „ukrytej opcji” Jarosława Kaczyńskiego. Spokojnie, jutro, pojutrze się odezwie!

Ten 3. sezon może być rozstrzygający dla całego serialu PiS. Producenci – czyli elektorat – może nie zechcieć finansować tej produkcji, Unia Europejska ma już dość – ostro wypowiedzieli się Emmanuel Macron i Angela Merkel – więc przezornie w odwrotnym kierunku na Białoruś z poselską delegacją PiS udał się wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki (wcześniej przyjacielską kwerendę odbył marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który wsławił się określeniem miejscowego satrapy Łukaszenki – „ciepły człowiek”). Czy Polacy zgodzą się na odwrócenie zadkiem do UE? Właśnie w tym sezonie będziemy o tym decydować.

To fakt – to jest wypowiedź godna debila

>>>

Reklamy

3 lata temu został prezydentem UE.

Przeszłość Macierewicza coraz bardziej tajemnicza.

Historyk o niejasnej przeszłości szefa MON

Znany historyk, prof. Andrzej Friszke przypomina, że w 1968 roku Antoni Macierewicz w śledztwie zdradził kolegów. Sprawę tę opisał w książce „Anatomia buntu”, w której podaje fakty, sygnatury archiwalnych akt, które z całą pewnością są autentyczne. „Te dokumenty mówią same za siebie, wszystko jest czarno na białym, ja się z niczego, co napisałem w książce, nie wycofuję” – zastrzega w rozmowie z portalem naTemat. i podkreśla, że „Antoni Macierewicz nigdy nie powinien rozpoczynać wojny na teczki”. Dlaczego? Z dokumentów znajdujących się w archiwach IPN wynika bowiem, że w roku 1968 Macierewicz po aresztowaniu złożył tak obfite zeznania, że wystarczyło na akt oskarżenia dla niego i Wojciecha Onyszkiewicza.

Historyk jest zdziwiony, że media nie zainteresowały się dotychczas tą sprawą. Tymczasem w IPN znajduje się kilkadziesiąt stron protokołu ze śledztwa. Wynika z niego, że w swoich zeznaniach obecny szef MON wymienił aż kilkadziesiąt osób. Zdaniem historyka, to dużo. Dlaczego? „Zależy o jakiej epoce mówimy – przypomina Friszke. Jeśli o roku 1968, to należy pamiętać, że wszystko działo się w trakcie działań protestacyjnych. Każdy zatrzymany musiał liczyć się z tym, że jest to początek śledztwa i procesu. Zatrzymanych trzymano przeważnie na Rakowieckiej w Warszawie. Było otwierane śledztwo i wzywano podejrzanych o działalność wywrotową na przesłuchania”. Historyk wylicza: pierwsze zawsze było pytanie o życiorys, czyli kto, gdzie się urodził, do jakich szkół chodził. Przesłuchujących interesował też kalendarzyk. Zwykle przy zatrzymanych znajdowano bowiem jakiś kalendarzyk, a w nim numery telefonów i adresy do różnych osób. W ten sposób śledczy ustalali kontakty, adresy, siatka- opowiadał dziennikarzowi portalu prof. Friszke. Było jak w filmach szpiegowskich – śledczy pytali „kto to, skąd go znasz, kim jest, co robi”, a gdy w trakcie śledztwa natrafiali na jakąś sobie „znaną” osobę, to zaczynali dopytywać bardziej dokładnie.

Jak doszło do aresztowania Antoniego Macierewicza? Stało się tak w marcu 1968 roku, ponieważ był uczestnikiem strajków studenckich. A do tego w środowisku studenckim prominentną postacią: należał do rady wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich, zaangażował się w działalność opozycyjną, był założycielem Ligi Niepodległościowej. Studiował historię. W areszcie siedział od 28 marca do 3 sierpnia 1968, a po wyjściu z aresztu został zawieszony w prawach studenta – przypomniał historyk. Z protokołu przesłuchania wynika, że śledczych bardziej od powiązań i znajomości Macierewicza interesowała studencka aktywność w trakcie protestów marcowych: kto jeszcze poza nim w nich uczestniczył, co się stało z powielaczem, i tak dalej.

Antoni Macierewicz – nie wnikając w powody – powiedział w śledztwie „wystarczająco dużo, żeby się dało ukręcić akt oskarżenia. Szczególnie na niego i Wojtka Onyszkiewicza” – powiedział Friszke. Na pytanie dziennikarza, jak zatem traktować opowieści obecnego ministra i jego przyjaciół, że „był świetlaną postacią”, czyli „niezłomnym bojownikiem o wolną i demokratyczną Polskę”, historyk wyjaśnił twierdząco. – „To prawda, tego nie można mu odmówić. W latach 70. rzeczywiście do jego postawy moralnej nie można mieć zastrzeżeń, podobnie jak nie podlega dyskusji jego determinacja. Złego słowa nie można powiedzieć, poza tym, że miał ogromne skłonności do kłótni. To wszystko”.Natomiast później – w latach 80. – wydawał „Głos”, ale generalnie był mało aktywny i w tamtym okresie znajdował się na marginesie ruchu opozycyjnego”. Jednak – podkreśla prof. Friszke – warto zwrócić uwagę na rzecz niespotykaną, i szczególnie zastanawiającą, jeśli chodzi o dokumentację SB (historyk przypomina, że takie właśnie dwa dokumenty opublikował w swojej książce o Macierewiczu Tomasz Piątek).

O co chodzi? Otóż „pierwszy raz w życiu widziałem, żeby oficer tak wysokiego szczebla wydawał dokument, w którym stwierdza, że taki a taki człowiek nie jest poszukiwany przez służby bezpieczeństwa. To był oficer wysokiego szczebla z departamentu wywiadu czy kontrwywiadu, nad nim praktycznie był już tylko wiceminister i minister. Dla mnie ten dokument to coś niespotykanego”– opowiada prof. Friszke. Przy czym, jak zaznacza, autentyczność tego dziwnego pisma została potwierdzona i nie budzi żadnych wątpliwości. Co na to minister Macierewicz?

NOWE LEGENDY SOLIDARNOŚCI WSPOMINAJĄ SWOJĄ HEROICZNĄ WALKĘ Z KOMUNĄ

Szydło dostała zajadów kłamliwości.

Szydło o lipcowych protestach: wyreżyserowane i opłacone

„Ostatnie protesty to wyreżyserowana, opłacona akcja mająca uderzyć w rząd” – takie słowa padły w wywiadzie Beaty Szydło dla „Gazety Polskiej”. Dodała, że trudno zaakceptować tezę, że ostatnie protesty były spontaniczne.

Nie wiadomo na razie, kto – według niej – był reżyserem i kto opłacił wielkie lipcowe protesty społeczne przeciw pisowskim zmianom w sądownictwie. Całość tego wywiadu ukaże się jutro.

Szydło porównała masowy sprzeciw społeczny w lipcu do – jak się wyraziła –„puczu w Sejmie w grudniu ubiegłego roku”. Musiała jednak w końcu przyznać, ze na ulice wyszło mnóstwo ludzi. – „Nie zmienia to faktu, że sporo osób protestowało, bo ma inne zdanie niż my”.

Później już włączyła do swojej wypowiedzi typowy przekaz dnia PiS, mówiąc: – „Politycy opozycji zamiast toczyć spór i dyskusję w pokojowej atmosferze, eskalują agresję”. Bo przecież PiS to samo dobro i umiłowanie bliźniego…

A TYMCZASEM W ZWIĄZKU PEŁNA GOTOWOŚĆ

Waldemar Mystkowski pisze o szantażu PiS.

Władze PiS na gzymsie straszą, że skoczą

A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Witold Waszczykowski na odczepnego wysłał do Komisji Europejskiej odpowiedź MSZ dotyczącą sytuacji praworządności w Polsce, formułując w poniedziałek retoryczny załącznik: – „Tu nie ma o czym dialogować”. Szef dyplomacji niemal prychnął: „Liczę na, to że Komisja Europejska zaprzestanie przesyłać nam zalecenia, krytykować i wytykać”. Zaś pod adresem wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa wysłał groźbę niemal taką, jaką formułuje Mariusz Błaszczak do szefa Obywateli RP Pawła Kasprzaka: „Przestanie występować pan Timmermans na konferencjach prasowych, przestanie mówić, że monitoring Polski to jest jego misja personalna, przestanie przyjeżdżać do Polski na manifestacje polityczne”.

Następnego dnia, czyli dzisiaj Komisja Europejska odrzuciła stanowisko Polski, iż Bruksela nie ma prawa ingerować w polski system sądownictwa. Bruksela ma prawo przynajmniej się interesować, a jak prawo jest niezgodne z praworządnością, do której obowiązują traktaty unijne podpisane przez Polskę, Komisja Europejska ma prawo ingerować.

I taki mamy przypadek: praworządność w Polsce jest zagrożona. Procedury praworządności uruchomione przez Komisję Europejską ulegają wyczerpaniu, w Parlamencie Europejskim dojdzie do kolejnej debaty, a po niej mogą być podjęte działania z art. 7 Traktatu o UE ,nazywane „opcją nuklearną” – czyli krótko pisząc: zagrożenie Polski sankcjami. Takie działanie nie zostały jeszcze nigdy podjęte przez Komisję Europejską, a żaden kraj unijny nie dotarł do sytuacji, z jaką mamy w tej chwili do czynienia.

Głos w tej sprawie zajęła kanclerz Niemiec Angela Merkel i jej słowa wcale nie są dla władz PiS przyjemne: – „Jedność Unii za cenę rezygnacji z praworządności to nie byłaby już Unia Europejska”. Merkel więc dołączyła do Emmanuela Macrona, nie zgodzi się na taryfę ulgową, na „trochę”niepraworządności w Polsce. Merkel w środę będzie wyczerpująco rozmawiać na ten temat z szefem KE Jean-Claude’em Junckerem.

Waszczykowski jako dyplomata jest neptkiem, jest ustami prezesa Jarosława Kaczyńskiego. W zastepstwie prezesa szef dyplomacji staje na gzymsie wieżowca unijnego i mówi, że nie chce „dialogować”. Musicie się zgodzić na niepraworządność w Polsce, bo jak nie – to skoczę.

„Opcja nuklearna” to będzie powiedzenie władz unijnych: „a skaczcie”, strażacy nie przyjadą z dmuchanym zabezpieczeniem na dole, a jedyną liną tego bungee jest elektorat PiS. Ta dramatyczna scenka charakteryzuje sytuację, do jakiej PiS doprowadził Polskę w Unii Europejskiej.

Czy Kaczyński pozwoli władzom PiS cofnąć się z gzymsu i powrócić do obowiazujących na Zachodzie standardów demokratycznych? A może o to chodzi Kaczyńskiemu, aby roztrzaskać Polskę w drobiazgi?

Polsko, daj odetchnąć.

>>>

DOBRZE POWIEDZIANE 🙂

KOLEJNY PODATEK WPROWADZANY PO CICHU. NIE DAJCIE SIĘ NABRAĆ. TO NIE UNIA GO NARZUCA, TO PiS.

Autor JK (zbieżność inicjałów z prezesem PiS) na portalu Koduj24.pl pisze o kibolstwie politycznym.

IV Rzeczpospolita kibolska

Od kilku lat PiS wmawia kibolom, że są prawdziwymi patriotami-katolikami.

Ulubieńcy PiS-u i części hierarchii kościelnej, „prawdziwi polscy patrioci”, czyli stadionowi kibole znowu dali wyraz swego umiłowania i poszanowania prawa i godności innych ludzi. Oto 12 sierpnia podczas meczu piłkarskiego, derbów Krakowa Wisła – Cracovia, zaprezentowali iście „patriotyczną”tzw. oprawę. Dla czytelników nieinteresujących się piłką nożną małe wyjaśnienie: oprawa (meczu) to różnego rodzaju pokazy na trybunach – rozwijanie olbrzymich płacht nieraz wielkości całej trybuny, np. z kolorowymi rysunkami piłkarzy, hasłami dotyczącymi osiągnięć klubu, ich datami itd. Czasem bywają to obrazy ułożone z tysięcy kolorowych kartek, które trzymają kibice – leżą one już wcześniej w ściśle zaplanowany sposób na krzesełkach tak, że wystarczy, gdy każdy widz podniesie swój ponad głowę i układają się one w najróżniejsze wzory, np. barwy klubu. Towarzyszy temu często palenie kolorowych rac czy też świec dymnych, mimo że pirotechniki jako niebezpiecznej dla kibiców stanowczo zabrania UEFA (europejska federacja piłkarska).

Niestety, owe „oprawy”, przynajmniej na naszych stadionach, z biegiem czasu są coraz mniej związane z wydarzeniami ściśle sportowymi, a coraz częściej dotyczą polityki czy kontrowersyjnych wydarzeń historycznych (takich również nie dopuszcza UEFA, aby nie mieszać do sportu polityki i nie prowokować np. kibiców drużyn przyjezdnych). Pół biedy, jeżeli dotyczą one upamiętnienia takich wydarzeń, jak wybuch II wojny światowej czy Powstania Warszawskiego, chociaż ich forma też czasem budzi kontrowersje.

Jednak to, co pokazali ostatnio w Krakowie bandziory (bo nie można ich inaczej określić), związani z Wisłą, przekroczyło wszelkie granice. Otóż na olbrzymiej płachcie rozpościerającej się na kilka sektorów namalowany był zamaskowany typ trzymający w dłoni coś w rodzaju maczety. Przed nim widać było kilka nagrobków z krzyżami, a na jednym z nich był zawieszony szalik w barwach klubowych Cracovii. Wielki napis na płachcie głosił: „Boże miej litość nad naszymi wrogami, bo jak widzisz my jej nie mamy”.

I tu znowu konieczne jest kilka słów wyjaśnienia: w Krakowie trwa regularna, krwawa wojna między bandziorami obu zwaśnionych klubów. I to wojna z użyciem, jak mówią oni w swoim żargonie, „sprzętu”, czyli maczet (bardzo popularnych w tym środowisku), siekier, noży, stalowych rurek, łańcuchów itd. Pociągnęła ona za sobą już kilka śmiertelnych ofiar, a opinią publiczną kilka lat temu szczególnie wstrząsnęła zaplanowana egzekucja przywódcy kibiców Cracovii o pseudonimie„Człowiek”, którego w biały dzień, przy świadkach, grupa zamaskowanych bandytów dopadła na jednym z osiedli krakowskich i zmasakrowała owym „sprzętem” (bijąc również przy okazji kilku świadków) i do tego właśnie zdarzenia nawiązywał w sposób oczywisty szalik na nagrobku.

Oprócz tego, w sposób na ogół mniej drastyczny (chociaż śmiertelne pobicia zdarzają się również poza Krakowem) biją się kibolskie półgłówki w całej Polsce, co i rusz słyszymy o „ustawkach” (czyli umówionych wcześniej bijatykach dwóch grup chuliganów kibicujących różnym klubom). O takich rzeczach, które zdarzają się nagminnie, jak niszczenie mienia, obrzucanie samochodów kamieniami czy ataki na pociągi, wiozące „kibiców”, w tym kontekście nawet nie warto wspominać.

Do tego wszystkiego coraz częściej okazuje się, że stadionowi bandyci parają się handlem narkotykami, z których rozprowadzaniem nie mają na meczach żadnych kłopotów – trybuny są doskonałym miejscem bezpiecznego handlu tym towarem, a dilerzy są na nich całkowicie bezkarni. Wiedzą o tym oczywiście władze klubów, ale prezesi są często zwyczajnie zastraszeni i udają, że nic się nie dzieje. Na niektórych największych stadionach są całe sektory, na które prawo wstępu mają tylko „kumaci” i żaden postronny kibic tam nie wejdzie, dotyczy to również firm ochroniarskich. Część kiboli jest, mówiąc nieco w uproszczeniu, po prostu „żołnierzami” mafii ochraniającymi ten proceder, a krwawe porachunki między nimi są tak naprawdę przejawami walki o rynek zbytu narkotyków w mieście czy województwie.

Dlaczego piszemy o przestępczym marginesie i aktach przemocy, których dokonuje? I tu dochodzimy do sedna sprawy: kibole bili się w Polsce od dziesięcioleci, nie miało to jednak tak zorganizowanego i masowego charakteru, jak od kilku lat. I rzecz najważniejsza – od czasów rządu Tuska PiS zaczął cynicznie podjudzać stadionowych bandytów przeciw rządom PO. Ich chora nienawiść przeciwko innym kibolom została niejako przekierowana w stronę ówczesnych rządów, a dzisiejszej opozycji, bo PiS nadal szczuje stadionowe bydło przeciw partiom w niej będącym. Na stadionach zaczęły pojawiać się transparenty w rodzaju: „Tusku matole, twój rząd obalą kibole”, teraz są takie jak „KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice – dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice”.

PiS wykazywał się zadziwiającą troską o aresztowanych za czasów PO chuliganów stadionowych: do niejakiego ”Starucha” pofatygowała się osobiście pani Kempa z nieżyjącym już senatorem Romaszewskim. Tak na marginesie szkoda, że tak wrażliwa na los łobuzów kobieta nie zainteresowała się losem torturowanego na komisariacie we Wrocławiu w zeszłym roku Igora Stachowiaka, który na ich skutek zmarł, a zamiast skontaktować się z jego rodziną, jak twierdzą posłowie PO, pojechała na rozmowę ze sprawcami i ich przełożonym, który po tym zabójstwie… awansował. A oto co pani Kempa powiedziała po poręczeniu za owego Starucha: – „Jeśli ktoś podejrzany jest o wykroczenie lub przestępstwo, powinien zostać oceniony przez sąd. Nie godzę się natomiast z metodami, jakie zastosowano wobec Piotra Staruchowicza. Od senatora Zbigniewa Romaszewskiego dowiedziałam się, że został on pobity przez policjantów w radiowozie. W najczarniejszych snach nie przychodziło mi do głowy, że mogą wrócić u nas praktyki sprzed 1989 r., gdy chodzi o traktowanie ludzi, którzy narazili się władzy”. Jednak jakoś wypowiedzi na temat Igora Stachowiaka, który zmarł po torturach na komisariacie, od tej pani się nie doczekaliśmy – może już jej przyszło do głowy, że takie metody mogą być stosowane przez „dobrą zmianę”?

W tej chwili policja jest dziwnie pobłażliwa dla stadionowych bandziorów – nawet jeśli nie dopuszcza do „ustawek”, to sprawa na tym się kończy, mimo iż przy delikwentach oraz w samochodach, którymi przyjeżdżają jest pełno „sprzętu”. Ot, wylegitymują i spiszą kilku, a potem wszystkim pozwalają spokojnie odjechać. Do tego interwencje są często spóźnione, policja mimo wezwań przyjeżdża np. w sile jednego radiowozu z dwoma-trzema funkcjonariuszami, którzy biernie przyglądają się bójce, po czym, zanim przyjadą posiłki, po bandziorach nie ma śladu, chyba, że któryś tak mocno oberwie, że zostaje „na polu walki” i trafia do szpitala, a czasem nawet do kostnicy.

Od kilku lat pisbolszewia wmawia przy wszystkich okazjach kibolom, że są prawdziwymi patriotami-katolikami, stanowiącymi niemal ostatnią zaporę przed zalewem Polski przez wszelkie zboczenia ze zdegenerowanej, „genderystycznej” Europy i jako jedyni mogą powstrzymać falę islamskiego terroryzmu. I ci, którzy nadal między sobą tłuką się po pustych łbach zaczynają w to wierzyć – że są „wybraną grupą”, która jako jedna z nielicznych jest spadkobiercą tradycji niepodległościowych, a zwłaszcza „żołnierzy wyklętych”, i że w związku z tym wszystko im wolno. Spotkałem się już nawet z określeniem – które było użyte na serio – „kibice wyklęci”. Byłoby to śmieszne w kabarecie, ale w polskiej rzeczywistości brzmi przerażająco. Cel tych działań jest jasny – to swoiste „pranie mózgów”(a dużego zaiste, przy przeciętnym poziomie intelektualnym kiboli nie potrzeba) ma stworzyć grunt pod formowanie z nich bojówek, które mogą być użyte do walki z opozycją, co do tego nie ma wątpliwości.

Obok Obrony Terytorialnej mogą oni być – w zamiarze obecnego reżimu – również „utrwalaczami”jego rządów i to metodami mało pokojowymi. Zresztą pojawiają się już od czasu do czasu doniesienia, że również OT zachęca stadionowych chuliganów do wstępowania w swoje szeregi. Zaiste, prawdziwych „patriotów” ma PiS za sojuszników – których część poczynań na co dzień przedstawiliśmy powyżej.

Narastająca fala bandytyzmu w Polsce niepokoi nawet policjantów, a ci z Wielkopolski wysłali list do ministra w tej sprawie, w którym m. in. czytamy, że są oni zaniepokojeni „bardzo agresywnymi”postawami przedstawicieli ruchów narodowych, nacjonalistycznych, a także pseudokibiców.

Funkcjonariusze twierdzą, że nie spotykają się one z należną krytyką ze strony władz państwowych. Wręcz przeciwnie, często władza usprawiedliwia tę agresję nasiloną walką polityczną, która obecnie toczy się w Polsce.

Błaszczak w ogóle nie widzi żadnego problemu z bandytyzmem okołostadionowym. Od tygodni powtarza przy każdej okazji mantrę, zresztą łatwą do zapamiętania, o „totalnej opozycji”, którą widzi wszędzie i nie zaprząta sobie głowy jakimiś kibolami, zresztą potencjalnymi sojusznikami reżimu, a za ten list bardzo mocno skrytykował jego nadawców.

Minister nie cieszy się dobrą opinią w pozapisowskich kręgach społeczeństwa, na co solidnie pracuje, wygadując różne brednie. Po głupotach artykułowanych przez niego z okazji Przystanku Woodstock nie wytrzymał nawet Ludwik Dorn, który nazwał go „chodzącym deficytem intelektualnym”.

A może pobłażliwość wymiaru sprawiedliwości dla stadionowych bandziorów bierze się również stąd, iż jak donosiła prasa, wiceminister Jaki był w nieodległych czasach młodości mocno związany z kibolami Odry Opole (ponoć był nawet ich nieformalnym przywódcą) i w związku z tym „rozumie ich zachowanie”?

W gloryfikowaniu i podjudzaniu stadionowych bandziorów przeciw opozycji o palmę pierwszeństwa walczy z przewodnią partią Kościół, a przynajmniej jego niektórzy funkcjonariusze. Oto niejaki Jarosław Wąsowicz, „duszpasterz kibiców”, organizuje co roku na Jasnej Górze „patriotyczne pielgrzymki kibiców”.

Zadałem sobie trudu i przeczytałem, co ów „pasterz” głosi do swoich kibolskich owieczek w kościele Paulinów, notując jego niektóre „złote myśli”. W 2013 roku mówił na przykład: – „Cierpicie prześladowania, jesteście systematycznie wyszydzani. Jesteście najbardziej dyskryminowaną w Polsce grupą społeczną, i to nie za chuligaństwo, ale za niezależne myślenie, patriotyczne inicjatywy oraz publiczne prezentowanie tych wartości i ideałów”. Innym razem rozwinął twórczo ten wątek słowami: – „Kiedy dziś niedawni włodarze podnoszą lament nad rzekomo łamaną demokracją, jako środowisko, które doświadczyło specyficznego umiłowania przez nich wolności, chcieliśmy im przypomnieć o naszych kolegach przetrzymywanych przez nich niewinnie i przez wiele miesięcy w więzieniach, pod fałszywymi zarzutami, a tak naprawdę za udział w antyrządowych manifestacjach kibicowskich; o kibicach masowo karanych za udział w tych protestach kolegiami; przypomnieć o karach wymierzonych w nasze środowisko za patriotyczne transparenty wywieszane na stadionach; o karach za protesty przeciwko wykładom na polskich uniwersytetach stalinowskich aparatczyków; przypomnieć policyjne prowokacje na Marszach Niepodległości; wspieranie prowokatorów podczas modlitw przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu; używanie przemocy wobec protestujących górników; przypomnieć o masowym zwalnianiu nieprawomyślnych dziennikarzy”.

Czy naprawdę nie słyszał on o tym, co opisałem powyżej? Nie wie, że właściwie w każdy weekend, gdy odbywają się rozgrywki piłkarskie dochodzi do aktów przemocy – bójek, demolowania mienia, środków komunikacji publicznej, jadący na mecze autokarami kibole napadają i okradają stacje benzynowe itd. I takie brednie ma on czelność głosić nawet po takich dramatach, jak masakra „Człowieka”. W żadnej „homilii” tego „duszpasterza” nie natknąłem się na jego nawoływanie do pojednania „kibiców”. Nie wzywał on do zaprzestania krwawych walk między nimi, ustanowienia jakiejś zgody czy chociażby rozejmu. Co więcej – jego bełkot i kłamstwa to raczej ich tłumaczenie i rozgrzeszanie za to wszystko, co wyprawiają i szczucie oraz podburzanie – kiedyś przeciw rządowi, teraz – przeciw opozycji.

Ciekawe, czy pan Wąsowicz (zaprawdę trudno mi go nazywać „księdzem”) nie ma czasem refleksji, że to gloryfikowanie bandytów i szczucie ich przeciw innym ludziom skutkuje również takimi rezultatami jak śmierć w Krakowie? W tej chwili prowadzi on haniebną, obrzydliwą krucjatę przeciw demokracji, wykorzystując do tego kiboli – bo tam gdzie ona jest, gdzie ludzie mają prawo wyboru w oparciu o informacje z wielu źródeł, nikt nie będzie uważał takich Wąsowiczów za jakiekolwiek autorytety, bił przed nimi czołem i sypał mamoną na ich życie w luksusie.

JK

PS. Na jednej z tych „patriotycznych pielgrzymek” Wąsowicz święcił kibolskie szaliki, w tym wspomnianego wcześniej Starucha, z napisem: „Witamy w piekle”…

SAMI JUŻ NIE WIEMY… TRZEBA CZY NIE TRZEBA?

KTO JEST ZA?

Waldemar Mystkowski pisze krętactwie prokuratury w sprawie wypadku Szydło.

Pokrętność prokuratury w sprawie wypadku Szydło

Pokrętność prokuratury w sprawie wypadku limuzyny transportującej Beatę Szydło w lutym tego roku jest typowa dla tej władzy. A że mamy do czynienia z tym, a nie innym organem podległym Zbigniewowi Ziobrze, to należy stwierdzić, iż pokrętność jest taka, jak autorytet prawniczy ministra sprawiedliwości. Jak ten oksymoron można opisać? Rozwiązanie podaję na końcu.

Dlaczego piszę pokrętność? Oto prokuratura w Tarnobrzegu umarza śledztwo w czterech wątkach, które pojawiły się w zawiadomieniu do prokuratury złożonych przez posłów Platformy Obywatelskiej Cezarego Tomczyka i Agnieszkę Pomaską.

Umarza się śledztwo w „nieobjęciu przez prokuratorów kierownictwa nad czynnościami w miejscu wypadku”. Ten drętwy język znaczy, iż zaniedbano czynności podstawowe zabezpieczające dowody na miejscu wypadku, ale także czynności formułujące oskarżenia pod adresem kierowcy seicento Sebastiana K., któremu służby medialne PiS starały się wmówić, że to on jest sprawcą wypadku, nieomal „zamachu” na premier Szydło.

Drugi wątek umorzenia śledztwa dotyczy „bezzasadnego zatrzymania Sebastiana K.”. Czyli zasadnie zatrzymano. A z jakiego powodu? Dlaczego „zasadnie” nie zatrzymano kierowcy Beaty Szydło? Dlaczego nie zatrzymano Beaty Szydło, wszak mogłą namawiać swego kierowcę do składania zeznań, iż zawinił Sebastian K.?

Trzeci wątek umorzenia tyczy niezasadnego przedstawienia Sebastianowi K. zarzutu popełnienia przestępstwa (w tym miejscu padają paragrafy Kk).

Zauważmy, jaki został uruchomiony ciąg: zatrzymano bezzasadnie, bezzasadnie przedstawiono zarzuty, sama bezzasadność. Ale taka jest władza, a to się nazywa „przemoc władzy”. Ta przemoc wcale nie dotyczy prokuratorów, bo to zastrachani urzędnicy, którzy chcą utrzymać swoje posady.

Ta bezzasadność dotyczy bezpośredniej przyczyny zajścia, a mianowicie Beaty Szydło. Pamiętacie, jak ona milczała, choć leżała w szpitalu. To w jej imieniu doszło do przemocy w stosunku do Sebastiana K.

Umorzenie dotyczy jeszcze czwartego wątku, mianowicie „uniemożliwienia korzystania z pomocy obrońcy” przez Sebastiana K.

W stosunku do Sebastiana K. użyto przemocy państwa. To jest przykład, do czego dochodzi, gdy prokuratura nie jest niezależna, a jest zależna od urzędnika państwowego, ministra. Wyobraźmy sobie, że sprawa jednak trafia do sądu, to w dążeniu PiS do zawłaszczenia i tej niezależności – sądu, musiałoby dojść do sytuacji, iż Sebastian K. gniłby w więzieniu za kierowcę Szydło i za milczenie premier Szydło, czyli za jej postawę amoralną.

W stosunku do Sebastiana K. użyto szeregu narzędzi przemocy, dzieki opozycji i opinii publicznej nie uczyniono z niego kozła ofiarnego, bo to wyglądało na szyte grubymi nićmi pisowskiego zakłamania. A może powinienem napisać: pokraczności PiS, gdyż ta władza stosuje taką formę sprawowania władzy.

Ale… do wypadku doszło, ktoś zawinił, a nie był to Sebastian K. Zadośćuczynienie więc jemu się należy i nie powinno ono być pokrywane przez państwo, ale zestrachanego kierowcę limuzyny Szydło bądź przez nią samą, bo milczała, kręciła.

Rozwiązanie oksymoronu z pierwszego akapitu: prostacka pokrętność. Tak należy opisać sprawowanie władzy przez PiS.

PRZYPOMNIJMY SOBIE, JAK TO BYŁO. W SUMIE, PiS NAM TO CHCE PRZYWRÓCIĆ.

Kościelna codzienność.

>>>

I JAK TU MAJĄ SIĘ Z NAS NIE ŚMIAĆ? EUROPA TRZYMA SIĘ ZA BRZUCH…

CAŁY OBŁUDNY PLAN PiS OBNAŻONY. OKAZAŁ SIĘ FIKCJĄ.

Andrzej Karmiński na Koduj24.pl pisze o Porozumieniach Sierpniowych.

Nieporozumienie Sierpniowe

Po 37 latach przyzwoici Polacy stanęli przed pytaniem, czy ustrzegliśmy zdobycze tamtego gorącego lata?

37 lat temu Andrzej Waligórski przyniósł do redakcji „Słowa Polskiego” wiersz, który udało się nam, młodym reporterom działu miejskiego, przemycić przed cenzorem i opublikować. Wiersz opowiadał o tym, co działo się wtedy wokół nas. O tym, że nam się zdarzył „piękny, mądry zryw, że Polacy rzekli, gdy się zeszli: – Są w ojczyźnie rachunki krzywd, lecz nie obca dłoń je przekreśli”. Waligórski uważał, że o wydarzeniach tamtego lata powstaną kiedyś „legendy i sagi, będą wiedzieć przyszłe pokolenia, że raz kiedyś narodowe flagi wywieszono bez rozporządzenia”. I prosił, żeby zapamiętać „te noce nieprzespane i te bramy fabryczne wśród kwiatów, gdy przestała naraz być sloganem dyktatura proletariatu”.

Ja zapamiętałem. Do dzisiaj pamiętam klimat tamtego lata, atmosferę napięcia, obaw i wielkich nadziei. Polska zamarła w oczekiwaniu na swoją historyczną szansę. A potem ludzie zaczęli się budzić. Powracające z Wybrzeża wagony kolejowe z hasłami malowanymi na burtach rozwoziły dobrą nowinę do najdalszych zakątków kraju. Na ścianach urzędowych budynków pojawiały się wezwania do strajku i do wsparcia protestujących. W każdym prawie domu można było znaleźć kopię 21 postulatów, często ledwie widocznych, bo przepisanych przez dziesięć kalek na domowej maszynie albo na służbowej w jakimś biurze.

Ludzie byli nie tacy jak dziś. Nieznajomi mijali się na ulicy z uśmiechem i pozdrawiali życzliwie, a czasem zatrzymywali się i rozmawiali ze sobą. Rozmawiali, a nie wykłócali. To byli całkiem inni Polacy. Kiedy zastrajkowała wrocławska zajezdnia – ta, w której Władek Frasyniuk rozpoczął polityczną karierę jako rzecznik prasowy komitetu protestacyjnego – okoliczni mieszkańcy nadal przychodzili na swoje przystanki, bo podjeżdżały tam liczne samochody prywatne, a nawet auta służbowe, oferując bezpłatną podwózkę do pracy lub do domu.

Łączyła nas wtedy nadzieja na lepszy los i na bezpieczną przyszłość. Jednoczyły wspólne marzenia i wiara, że spełni się choćby część postulatów, tych wyartykułowanych na Wybrzeżu, i innych – zasłyszanych, przeczytanych w ulotkach, uznanych za własne. O co nam wtedy chodziło? Głównie o to, by partia panująca oddała Polakom skradzione instytucje demokratyczne, by zwróciła nam zawłaszczoną wolność. Chodziło też o to, żeby władza przestrzegała choćby tylko tej koślawej konstytucji, choćby tego prawa, które sobie ustanowiła i tych międzynarodowych konwencji, które podpisała. Żeby telewizja i inne media anektowane przez partię rządzącą nie kłamały w żywe oczy, nie oszukiwały tak bezczelnie i nie szczuły na przeciwników władzy, nazywając ich warchołami i wichrzycielami na usługach wrogich ośrodków. Żeby patriotami nie byli tylko ci, co popierają rząd, a jego przeciwnicy nie stawali się automatycznie wrogami Polski i zdrajcami narodu. Żeby przywódca przewodniej partii nie był tak wszechwładny i żeby można go było bezkarnie nie lubić. Żeby tajne służby przestały nas podsłuchiwać i podglądać, żeby prokuratura i sądy nie były na gwizdek władzy i żeby ZOMO nie stało tam, gdzie ZOMO. Żeby państwem, administracją i gospodarką kierowali fachowcy, a nie partacze i gamonie z partyjną legitymacją. Żeby naszym dzieciom nie wciskano zafałszowanej historii, a oświata przestała być narzędziem politycznej indoktrynacji. Żeby byle grafoman – wazeliniarz gloryfikujący władzę nie rugował prawdziwego pisarza z polskiego panteonu twórców. Chodziło też o to, żeby opuścić frajerskie sojusze, otworzyć Polskę na zachodni świat i bez powodu nie wieszać psów na demokratycznych krajach i narodach bardziej od nas cywilizowanych. A w ogóle to chodziło o to, żeby naprawdę, tak naprawdę, a nie tylko w propagandowym sloganie, Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej – dzięki własnej pracy i pomysłowości Polaków, a nie metodą rozdawnictwa dóbr po uważaniu. I żeby nie korumpować społeczeństwa za pieniądze wypracowane przez społeczeństwo, byle tylko trwać przy władzy.

Niezapomniany Andrzej Waligórski z wrodzonym optymizmem zakończył ten swój wiersz wyznaniem wiary, że odtąd każdy rok, dzień, i miesiąc pracowitszy będzie i łaskawszy, „wierzę bowiem w sierpień ’80, co – strzeżony – pozostanie w nas na zawsze”. Po 37 latach przyzwoici Polacy stanęli przed pytaniem, czy ustrzegliśmy zdobycze tamtego gorącego lata? Co pozostało w nas z Sierpnia’80? Trzeba przyjrzeć się dzisiejszej Polsce. Warto sprawdzić, czy dopilnowaliśmy realizacji najważniejszych spośród ówczesnych marzeń, dążeń i postulatów. Warto zapytać, czy zdaliśmy egzamin z wolności i demokracji. A jeśli nie – to może zastanowić się, czy historia przewidziała dla nas w tej sprawie sesję poprawkową. A jeśli tak?

LIS SKOMENTOWAŁ NAJLEPIEJ! 🙂

NIE TORTURUJCIE NAS SWOJĄ „MĄDROŚCIĄ”. EUROPA SIĘ Z NAS ŚMIEJE…

PANIE JAKI. CO PAN PROPONUJE?

Waldemar Mystkowski pisze o SKOK-ach.

SKOK-i i PiS przyciągają się, jak wszystkie szemrane interesy

Od kilkunastu lat wiadomym jest, iż SKOK-i są największą aferą finansową III RP. Aferą, która ma wpisany w podstawy pierworodny grzech aferalny – w postaci przejmowania poszczególnych kas w kraju poprzez centralną czapę, zawiadywaną przez braci Biereckich, w tym przez – uważanego za założyciela kas – Grzegorza Biereckiego, obecnie senatora PiS. Kasy od początku nie podlegały kontroli finansowych instytucji nadzorczych, zawsze szukając parasola ochronnego. Najpierw był to AWS, a potem parasol trzymała nad głowami Biereckich partia Jarosława Kaczyńskiego.

Tym samym za parasol polityczny SKOK-i musiały odwzajemniać się w postaci wszelkich ulg finansowych dla polityków PiS, uznaniowości w formie sponsoringów, pomaganiu w tworzeniu mediów pisowskich. A oprócz tego grupa zgromadzona wokół rodziny Biereckich wyprowadzała dla siebie pieniądze pod pretekstami tworzenia siostrzanych spółek w rajach podatkowych.

Aferalna wiedza o SKOK-ach jest dla nas tylko powierzchowna, bo nikt z zewnątrz nie zrobił solidnego audytu – nawet publicystycznego. SKOK-i pod parasolem PiS są w chronicznym upadku – ten upadek jest opłacalny. Finansiści i wspierający ich politycy zarabiają nie tylko na zyskach, ale i na stratach. Wszak superatę można od razu transferować do własnej kieszeni, a manko uzupełnią klienci i polityczni opiekunowie, którzy korzystają z kasy państwa. Ten ostatni sposób nazywany jest piramidą, braki bowiem uzupełniają następni pożyczkodawcy.

SKOK-i równie dobrze mogły wejść w polityczny alians z każdą partią, ale nie ma takiej w kraju, która trwa od początku III RP, oprócz PiS. Pre-PiS-em było Porozumienie Centrum, które też, jak SKOK-i ufundowane jest na podobnej aferze co Art-B (siedział za kratami najbliższy współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, Maciej Zalewski).

Więc SKOK-i były „skazane” na PiS, do takiej konsolidacji musiało dojść, bo afera przyciąga aferę, aby można było dokonać podziału rynku. Dobrze ukazane jest to we wszystkich częściach „Ojców chrzestnych” – „ty zajmiesz się narkotykami, a ja panienkami i ochroną”. Taka jest logiki aferalności, acz w polityce te „subtelności” mają nieco inaczej przebiegające linie demarkacyjne.

Długo SKOK-i opierały się nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), bo taki  organ państwowy ma wgląd w przepływ pieniędzy, niekoniecznie prawomyślny. Zamieszana w ochronę przed kontrolą KNF była kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w której prawnie odpowiadał za tę działkę Andrzej Duda – SKOK-i to jeden z naczelnych jego grzechów pierworodnych, kto wie, czy nie podstawowy, który jest do dzisiaj skutecznym hakiem.

Gdy SKOK-i już nie mogły działać w nieprzejrzystości, bo musiały uzupełniać swoje braki z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (BFG), zgodziły się na nadzór KNF. Na BFG składają się wszystkie banki.
Mimo łatania braków z BFG do tej pory upadło kilkanaście SKOK-ów. W upadłości są kolejne. Stan na dzisiaj jest dramatyczny, bo wyczerpały się wielomiliardowe składki banków złożone w BFG.

Albo inne banki zostaną opodatkowane na rzecz BFG, które mogłyby wspomóc bankrutujące SKOK-i, albo państwo przyjdzie na ratunek. Andrzej S. Bratkowski, były wiceprezes NBP i były członek Rady Polityki Pieniężnej, mówi dla portalu Interia: – „Może się okazać, że do ratowania SKOK-ów będzie musiał dopłacać budżet państwa”.

A to znaczy, gdyż ludzie pokroju Bratkowskiego są ostrożni, „dyplomatyczni” retorycznie, iż państwo dołoży się do braków w SKOK-ach. Czyli – Polko i Polaku – z twoich podatków będzie ratowany szemrany interes Biereckich i ich ochroniarzy politycznych – PiS. Państwo polskie jest coraz bardziej szemrane pod obecną władzą PiS.

CAŁA ŁÓDŹ JEST Z PANIĄ! NIKT NIE ZROBIŁ WCZEŚNIEJ TAK WIELE DLA MIASTA.

SPRAWDŹ, CZY SŁUCHAJĄC MUZYKI NIE CZCISZ SZATANA? W internecie nic nie ginie:

>>>

CZY MOŻECIE TO SKOMENTOWAĆ??? CENZURALNYCH SŁÓW NAM ZABRAKŁO…

48 bln zł z reparacji od Niemiec i Rosji powinny zasilić Fundację Rydzyka – tak zdecydowały w sieci pisowskie trolle

Publicysta „Wyborczej” Wojciech Maziarski pisze na portalu Koduj24 o wojnie PiS z Unią Europejską.

Twierdza PiS przygotowuje się na europejskie oblężenie

Słowa Emmanuela Macrona sygnalizują, co czeka Kaczyńskiego.

Emmanuel Macron powiedział parę banalnych oczywistości i wywołał tym furię PiS-owskich władz. Stwierdził, że Unia Europejska jest wspólnotą wartości, a Polska pod rządami Kaczyńskiego sama wypycha się na margines tej wspólnoty i traci wpływ na bieg spraw europejskich.

Trudno polemizować z tym opisem faktów, a jednak różni tytani intelektu z obozu rządzącego natychmiast podnieśli krzyk, dając odpór „francuskiemu agresorowi”. – Możemy ogłosić konsumencki bojkot francuskich towarów – zagroził nawet poseł Arkadiusz Mularczyk, niewątpliwie wywołując panikę wśród producentów win, serów, perfum i samochodów marki Renault.

Natomiast pani premier pouczyła prezydenta Francuzów, by lepiej zajął się swoim krajem, który rządzonej przez PiS Polsce do pięt nie dorasta. – „Być może jego aroganckie wypowiedzi wynikają z braku doświadczenia i obycia politycznego, co ze zrozumieniem odnotowuję, ale oczekuję, iż szybko nadrobi te braki i będzie w przyszłości bardziej powściągliwy” – powiedziała Beata Szydło, połyskując wytworną broszką. To jej wystąpienie należy chyba uznać za kontynuację dziejowej misji cywilizowania dzikusów znad Loary. PiS najpierw nauczył ich jeść widelcami, a teraz pomaga im nabrać obycia politycznego.

W najbliższych miesiącach ekipa Kaczyńskiego będzie mieć jeszcze wiele okazji, by w podobny sposób wychowywać i pouczać partnerów Polski. Wydaje się bowiem, że wyczerpuje się kredyt zaufania udzielony Warszawie przez stolice Zachodu. Wypowiedź Macrona i demonstracyjne pominięcie Polski w czasie jego podróży po Europie Wschodniej pokazują, czego PiS może się spodziewać – czeka go europejski ostracyzm, zmasowana krytyka oraz polityka formalnych i nieformalnych kar.

Polskie władze liczyły zapewne, że uda się im powtórzyć drogę Viktora Orbána, który rządząc już drugą kadencję przez wiele lat unikał negatywnych konsekwencji i nie spotykał się z ostrą reakcją Europy. Jednak strategia przyjęta przez premiera Węgier różni się zasadniczo od tego, co prezentuje Kaczyński – radykalny i demagogiczny w polityce krajowej, Orbán w kontaktach z Brukselą udaje człowieka kompromisu i umiaru. Pozornie respektuje postanowienia instytucji europejskich, zawiesza funkcjonowanie przepisów zakwestionowanych przez europejski Trybunał Sprawiedliwości i nowelizuje je, by pokazać, że pozostaje w zgodzie z procedurami i zasadami przyjętymi w świecie cywilizowanym. Te nowelizacje w większości wypadków niewiele zmieniają, ale pozory zostają zachowane.

W przeciwieństwie do tego ekipa Kaczyńskiego dokłada starań, by zaprezentować się jako bolszewicka hałastra, która zbrojnie opanowała Pałac Zimowy i ma gdzieś zasady obowiązujące na salonach Europy. Ostentacyjne lekceważenie pouczeń Komisji Europejskiej i Komisji Weneckiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego czy ignorowanie orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości w sprawie wycinki Puszczy Białowieskiej dobrze ilustrują różnice w postawach władz w Warszawie i Budapeszcie.

Możemy się więc spodziewać, że zagraniczna presja na rząd PiS-u będzie w nadchodzących miesiącach rosła. Ani Unia Europejska, ani nawet tacy partnerzy jak rządzone przez Donalda Trumpa Stany Zjednoczone nie będą chciały ani mogły sobie pozwolić na to, by tolerować szaleństwa Kaczyńskiego. Zapowiadany zamach na własność zagranicznych koncernów medialnych w Polsce okaże się zapewne tą kroplą, która przepełni czarę.

Tocząc polityczną wojnę przeciw Zachodowi i stając w obliczu restrykcji, PiS będzie starał się wmówić obywatelom, że Polska pada ofiarą agresji, przed którą cały naród musi się solidarnie bronić, wspierając swoje władze. Bo załoga oblężonej twierdzy musi trzymać się razem.

Dlatego tak ważne jest, by uodpornić się na tę demagogię. Już dziś powiedzmy sobie jasno: jesteśmy wdzięczni naszym unijnym partnerom, że potępiając i karząc rząd PiS-u, występują w obronie polskiej demokracji, wolności i naszych praw obywatelskich. Emmanuel Macron, krytykując politykę Warszawy, stoi w tym samym miejscu, w którym władze Francji stały w 1981 r., gdy potępiały wprowadzenie w Polsce stanu wojennego. Natomiast Kaczyński stoi dokładnie tam, gdzie wówczas stali Jaruzelski i Breżniew.

PADLIŚMY :)))))

Szydły szydełkują – PiS ich mać.

PiS rozpoczyna demontaż Konstytucji

Piątkowa konferencja, organizowana przez Komisję Krajową NSZZ „Solidarność”, która odbyła się w Sali BHP Stoczni Gdańskiej, w zamyśle rządzących zainaugurowała debatę dotyczącą zmian w konstytucji. Uczestnicy obradowali pod hasłem-pytaniem „Konstytucja dla obywateli, nie dla elit?”. Wzięli w niej udział przedstawiciele (jakby nie patrzeć) elit władzy: prezydent Andrzej Duda, marszałek Senatu Stanisław Karczewski, szef „Solidarności” Piotr Duda, jej były przewodniczący Marian Krzaklewski oraz wiceszef Kancelarii Prezydenta, pełnomocnik prezydenta ds. referendum Paweł Mucha.

Nawet prezydenta Dudę zdziwiła kuriozalna teza, zawarta w tytule konferencji. Bo skoro „elity” wywodzą się spośród obywateli – jak przytomnie zauważyła na swoim blogu Ewa Siedlecka z „Polityki” – to logicznie z takiego zdania wynika, że „jak ktoś już stanie się „elitą”, to przestaje być obywatelem”. Dlatego prezydent zaproponował przeformułowanie hasła na „Konstytucja nie tylko dla elit”. Trochę mniej niezgrabne, ale nadal – jak łatwo zauważyć – mocno populistyczne. I taki sam charakter miała konferencja. Tymczasem – dodajmy – za rok miałoby się odbyć „referendum konsultacyjne”, w którym obywatele odpowiedzą na pytania, co chcieliby mieć w konstytucji.

Prezydent Duda głównie pytał. „Czy powinniśmy w konstytucji zabezpieczyć świadczenia 500+, ilu powinno być posłów, ilu senatorów, czy edukacja powinna być bezpłatna i gwarantowana przez państwo? Jak powinno wyglądać finansowanie podstawowej opieki zdrowotnej?” To jedne z wielu kwestii, które trzeba podjąć” – mówił. Ale kolejni oficjele – związkowiec Duda, senator Karczewski, inni – już tylko stawiali przyszłej konstytucji wymagania. Że trzeba wpisać do niej 500 +, gwarancję wieku emerytalnego, takiego jak obowiązuje dziś; a nawet… zagwarantować w Senacie miejsca dla Polonii. Zabrakło wizji. Jak pisze Siedlecka: „Można było się np. spodziewać, że [nowa konstytucja – dop. MPM] zostanie oparta na „społecznej nauce Kościoła” – ale nie”.

Ale najciekawsze dopiero przed nami. Otóż uczestnicy konferencji, krytykując obecną konstytucję, odwoływali się do lepszego, ich zdaniem, przykładu. Mianowicie – obywatelskiego projektu konstytucji przygotowanego przez „S” i ugrupowania prawicowe w 1994 r. Tyle, że z zestawienia poczynionego przez Ewę Siedlecką widać, że obie konstytucje zawierają w większości te same prawa i wolności i praktycznie niemal się nie różnią! Np. wolność sumienia i wyznania, i pozycja kościołów i związków wyznaniowych są uregulowane bardzo podobnie jak dzisiaj, podobnie – prawa pracownicze.

A co szczególnie ciekawe, solidarnościowy projekt z 1994 jest znacznie od naszej konstytucji… uboższy. Przykłady? Nie ma w nim równości kobiet i mężczyzn, nawet nie zaczyna się, a jedynie kończy odwołaniem do Boga (!) i „prawa naturalnego”, które ma być wzorem dla prawa stanowionego. Mniej jest w nim o ochronie rodziny, w ogóle nie zawiera zastrzeżenia, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny – wylicza Ewa Siedlecka. Nie ma prawa do mieszkania ani obowiązku ustawowego określenia płacy minimalnej. Nie ma nawet tego co w dzisiejszej konstytucji: równości w dostępie do publicznej służby zdrowia, czytamy na jej blogu. Owszem – jest w projekcie z 1994 r. to, że państwo ma „zapewniać ochronę trwałości stosunków pracy”. „Ale to i inne gwarancje socjalne – tak jak w obecnej konstytucji – ma być realizowane przez prowadzenie przez państwo odpowiedniej „polityki”. A więc nie są to prawa „twarde”, których można dochodzić przed sądem” – pisze Siedlecka.

Za to Piotr Duda pokazał, że nie przeczytał obecnej konstytucji. Dlaczego? W swoim ostrym wystąpieniu mówił, że konstytucja powinna być uspołeczniona, dlatego ważne są referenda. Tyle że„projekt „S” z 1994 r. wcale nie gwarantuje, że referenda byłyby dla władzy bezwzględnie wiążące. Nie ma też gwarancji, że władza nie mogłaby odrzucać obywatelskiego wniosku o przeprowadzenie referendum. We wszystkim konstytucja „S” odsyła do ustawy, nie stawiając tej ustawie żadnych ograniczeń. Tymczasem za to przewodniczący Duda krytykował obecną konstytucję (która, notabene, rzadziej odsyła do ustaw)” – wylicza dziennikarka „Polityki”. Poza tym związkowiec Duda grzmiał już na inne tematy: że część postanowień konstytucji, gwarantująca „społeczną gospodarkę rynkową” – nie jest wykonywana wcale lub nienależycie. Czy to jednak jest powód, aby ją zmieniać?

Być może chodzi tak naprawdę o jeden zapis w projekcie z 1994 r. Jak sugeruje Siedlecka, szczególnie dla PiS atrakcyjny. Jaki? Za to zapisano w projekcie „Solidarności: „Zostanie przeprowadzona weryfikacja wszystkich sędziów pod względem przestrzegania przez nich zasady niezawisłości sędziów. Szczegóły określi ustawa”. Taka weryfikacja pod dyktando prezesa Jarosława Kaczyńskiego byłaby spełnieniem marzeń wielu zwolenników obalenia trójpodziału władzy, czyż nie?

Wspomniana piątkowa konferencja jedynie potwierdza, że debata nad nową konstytucją to pretekst. Tworzenie alibi, że „oto suweren domaga się zmiany konstytucji”. Po co? „Zmiana konstytucji jest potrzebna nie społeczeństwu, nie Polsce, ale PiS: żeby znieść ostatnią przeszkodę na drodze do władzy totalnej: trójpodział władzy” – kwituje Ewa Siedlecka.

wersja wyjazdowa 😂

Waldemar Mystkowski pisze o MON.

MON jako ministerstwo głupich kroków Monty Pythona

Ministerstwo Obrony Narodowej to wbrew pozorom nie ministerstwo głupich kroków. Ale takim się wydaje. Antoni Macierewicz zaś nie jest zarządzającym grupą wybitnych aktorów Monty Pythona, acz chyba takim chciałby być, bo jak nazwać dążenie do wybitnej śmieszności, gdy swego czasu minister na sejmowej komisji wojskowej był łaskaw powiedzieć o swoim Misiu (Misiewiczu) do opozycji, iż przewyższa ich inteligencją. Niech Misiewiczowi inteligencja lekką będzie i jak najszybciej zrobi jakiś papier naukowy w szkole Rydzyka.

Monty Python obnaża wszelkie ludzkie mity, przywary, a resort kierowany przez Macierewicza też obnaża, ale indolencję własną i PiS. Monty Python był i jest w brytyjskim show biznesie jednym z najbardziej dochodowych przedsięwzięć, MON ma miliardowy budżet i go trwoni. Gdyby Piotr Gliński miał na względzie rozwój polskiej kultury, to mógłby zamówić dzieło Monty Pythona o MON Macierewicza. Byłaby to upragniona hollywoodzka produkcja, o której marzy prezes. Trzeba trochę odwagi, ministrze, arcydzieła leżą na pisowskim bruku, wystarczy po nie sięgnąć.

Jeszcze nie zszedł nam śmiech z twarzy po przedwczorajszym blamażu Autosanu, którego szefowie nie zdążyli przezornie (spóźnienie 20 minut) na przetarg autobusów dla wojska, bo takich autobusów wysokopodłogowych firma nie produkuje, a już mamy nowy wyczyn Monty Pythonowski – i to z kategorii superprodukcji.

Polska Grupa Zbrojeniowa kontrolowana przez MON kupuje będąca w upadku Stocznię Marynarki Wojennej w Gdyni za 224 mln zł, której wartość rynkowa wynosi 5,7 mln zł – na tyle syndyk wycenił urządzenia, które dałoby się złomować.

Dlaczego tak się dzieje? Nie wiem, mogę zdefiniować potrzebę Monty Pythona – obnażać głupotę ludzka powszednią i na obnażaniu głupoty jeszcze zarobić. Ale ministerstwo, które samo w sobie jest nagie, obnażone i domaga się na swoją indolencję – jak w tym wypadku – setek milionów złotych, a gdy już kupi tę stocznię potrzebne będą dziesiątki miliardów. Tak jest! – miliardów.

Wszak słyszeliśmy, że siedziba stoczni ma być przeniesiona do Radomia – zdaje się, że tego Monty Python by nie wymyślił, a gdyby wymyślił to orzeklibyśmy, że jest to dowcip zbyt wydumany – a ponadto jeden z zastępców Macierewicza (wiceMonty Python Bartosz Kownacki) zapowiedział, że stocznia dostanie od rządu kontrakt na produkcję okrętów podwodnych. Kontrakt ten ma opiewać na 10 mld zł z budżetu państwa.

Ministrze Gliński, tematów na produkcję hollywoodzką jest ci u nas dostatek. O MON jako ministerstwie głupich kroków to mógłby być pierwszy film. Prezes dostałby takiego bólu przepony, że do głowy nie przychodziłoby mu niszczenie demokracji w kraju – a gdy MON utopi 10 mld zł w łodziach podwodnych, od razu pojawia się temat na „Różową Panterę 2” (czy kolejny sequel), toż Mariusz Kamiński (ten od służb specjalnych) to urodzony inspektor Clouseau.

Prezes zamiast marzeń podczas oglądania walki byków, aby zostać toreadorem Manuelem, mógłby się czuć królewską postacią z pałacu Buckingham, ponoć tam za Monty Pythonem przepadają. Jarosław I – następca tronu.

R. Czarnecki i jego koledzy mają sporo na sumieniu jeśli chodzi o donoszenie na Polskę

Przy takiej stracie trudno opanować emocje. Świat satyry stracił człowieka, którego nie da się zastąpić. Żegnaj mistrzu…

>>>

Ze sztambucha Kryśki P.

Prezes na wybiegu.

Działaczka opozycji PRL nie pozostawia złudzeń, że nazwisko „Kaczyński” w historii Polski nic nie znaczyło, przynajmniej do 2005r.

Tamara Olszewska na Koduj24.pl pisze o nawałnicy, jaka spotkała PiS.

PiS odleciało wraz z nawałnicami

Na pierwszym miejscu premier oraz szefowie MON i MSWiA postawili gierki polityczne, a nie ludzi.

„I raz i dwa i trzy… kłamię ja i kłamiesz ty”. Nawałnica, która dwa tygodnie temu przeszła przez Polskę ujawniła całą „prawdę” o politykach PiS. Nie wiem, jak Wy, ale ja w osłupieniu wsłuchiwałam się w te wszystkie kłamstwa i zastanawiałam się, kim trzeba być, by w nie uwierzyć. Kim trzeba być, by wierzyć, że ktokolwiek w nie uwierzy.

Premier Szydło
Kilka dni trwało aż udało się tej pani pokonać daleką drogę i dotrzeć tam, gdzie ludziom zawalił się ich świat. Krąży po internecie fotka, jak to premier wita się z wojewodą. Ubrana we wzorzystą, lekką kurteczkę, eleganckie butki sportowe. Strój ewidentnie niedostosowany do spotkań w terenie, gdzie brud, powalone drzewa, błoto.

W końcu jednak przyjechała, machnęła sobie kilka fotek, udzieliła kilku wywiadów, ogrzała swój wizerunek w blasku fleszy i tyle… Zapomniała jak w 2015 roku, będąc jeszcze w opozycji, oskarżała premier Kopacz o bierność po przejściu nawałnic, a miesiąc później o polityczne rozgrywanie klęski związanej z suszą. Mówiła wtedy: – „Natomiast, kiedy ludzie potrzebują konkretnej pomocy, kiedy potrzebują konkretnych działań i rozwiązań, zamyka się w swoim gabinecie i tam debatuje. Dzisiaj miejsce polskiego premiera jest tam, gdzie są te nieszczęścia, jest wśród ludzi, którzy dzisiaj tej konkretnej pomocy potrzebują (…) Tam [w powiecie chrzanowskim – red.] spotkam się z ludźmi. Będziemy również próbowali taką inicjatywę podjąć, żeby oni nie zostali pozostawieni sami sobie”. Zapewne zapomniała, jak powinien reagować na ludzką tragedię polski premier, ale w internecie nic nie ginie, więc i te słowa zachowały się ku pamięci.

Minister Błaszczak
Następny członek pisowskiego rządu, który po kilku dniach raczył sobie przypomnieć, że warto się ruszyć i wydać odpowiednie dyspozycje, by pomóc ofiarom nawałnic. Długo społeczeństwo zastanawiało się, dlaczego tak późno rząd włącza się do akcji ratunkowej. Wyjaśnienie wydaje się być całkiem proste. Jak to powiedział pan Błaszczak w jednym z programów, „sytuacja w woj. pomorskim wynika z tego, że jest zdominowane przez samorządowców z totalnej opozycji”. Tak więc wszystko jasne. To ta wredna opozycja ściągnęła nawałnice nad Polskę, a potem z całych swych podłych sił broniła władzy dostępu i utrudniała przyjście z pomocą. Jednak każdy, normalnie myślący, już wie. Rząd postanowił wykorzystać tragedię ludzi dla realizacji własnych celów. Zamiast pomagać, postanowili zbić tutaj własny kapitał polityczny. Wykazać nieudolność władz samorządowych, by podbić swoje szanse w wyborach 2018 roku. Zapomniał Błaszczak jednak o pewnym drobiazgu. Zgodnie z rozporządzeniami, stanami kryzysowymi w województwach zajmują się wojewodowie i rząd, nie samorządy. Niby nic, a jednak pokazuje to bardzo wymownie, jakim kłamstwem posługuje się minister Państwa Polskiego.

Minister Macierewicz
Dopiero 15 sierpnia podjął decyzję o oddelegowaniu wojska na tereny, gdzie przeszły nawałnice. Jakże wymownie brzmią słowa sołtysa Rytla, który poinformował, że już w piątek Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego rozmawiało z MON, ale… no właśnie… Macierewicz uznał, że wojska nie da, bo nie ma takiej potrzeby i koniec. W końcu jednak żołnierze dotarli na miejsce. Pojawił się nawet sam wódz Macierewicz. Najpierw zakopał się w błocie, a potem rozejrzał się nieco i zwrócił do swoich żołnierzy: – „Ale uważajcie przede wszystkim, naprawdę, nie ma tutaj co ryzykować”. Czy była to dobra rada, by za bardzo się nie eksploatowali, nie brali się za prace z serii niebezpiecznych, grożących np. naderwaniem mięśni czy urazem kręgosłupa? Ciekawe podejście do sprawy, prawda?

Do pracy w usuwaniu skutków nawałnic Macierewicz nie dopuścił jednostek Obrony Terytorialnej. Dziwne, tym bardziej, że jednym z zadań WOT jest „ochrona ludności przed skutkami klęsk żywiołowych, likwidacja ich skutków, ochrona mienia, akcje poszukiwawcze oraz ratowanie lub ochrona zdrowia i życia ludzkiego, a także udział w realizacji zadań z zakresu zarządzania kryzysowego”. Dziennikarze zapytali o to Marka Pietrzaka, rzecznika WOT i usłyszeli, że powód jest całkowicie prosty. Na Pomorzu wciąż jeszcze nie powstały jednostki Obrony Terytorialnej, a z kolei o przesunięciu jednostek z innych regionów to ktoś inny decyduje (w domyśle – sam Macierewicz).

Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego wojsko tak późno włączyło się w pomoc poszkodowanym, dlaczego WOT nie dostało okazji wykazania się, to i moja odpowiedź będzie prosta. 15 sierpnia miała miejsce defilada i choćby „żabami z nieba leciało” wojsko polskie i WOT musiało przemaszerować, pokazać swą moc i siłę, powalić naród na kolana swoim pięknem… i to było ważniejsze od działań na terenach objętych kataklizmem. Ważniejsze od tragedii ludzi.

Trzy najważniejsze osoby w państwie, których psim obowiązkiem było ruszyć szanowne cztery litery, by pomóc ofiarom nawałnic – premier, minister obrony i minister spraw wewnętrznych – nawaliły. Na pierwszym miejscu postawili gierki polityczne, a nie ludzi. Pokazali swoją „rzetelność”, „odpowiedzialność” i najzwyklejszą „ludzką uczciwość”. Teraz próbują zatrzeć to złe wrażenie, więc obiecują ostro sypnąć kasą i myślą, że to wystarczy. Myślą, że ludzie padną im do kolan w podzięce i w wyborach samorządowych im się odwdzięczą. A ja mam nadzieję, że wygra rozum i pamięć, że ludzie nie sprzedadzą się za ochłap…

BARDZO WAŻNE SŁOWA

DZIŚ CI, KTÓRYCH WTEDY NIE BYŁO, ZABIERAJĄ NAM PRAWO DO ŚWIĘTOWANIA ROCZNICY „SOLIDARNOŚCI”. TO JEST PO PROSTU WSTYD.

Magdalena Środa pisze na blogu na portalu naTemat.pl o trollach internetowych.

Troll to osobowość. Niektórzy po prostu lubią pluć i wyzywać od „k***w” i „dziwek”

Nawet jeśli troll to jest ktoś, kto zarabia na tym, że jest chamski (taka jego praca) to zarazem jest kimś, kto taki sposób zarabiania wybiera. Można usprawiedliwiać trolla, że to konieczność, „każdy z czegoś musi żyć!”. Dzisiaj mamy nieco więcej możliwości. Sądzę więc, że troll to nie praca, ale osobowość.

Ludzie rodzą się trollami i dopiero internet umożliwia im samopoznanie. Niektórzy po prostu lubią pluć, i zapewne w niczym nie są tak dobrzy. Trollowanie daje więc pieniądze i poczucie dumy, że się trafnie opluło. Najbardziej martwi mnie to, że wśród trolli (wszystko jedno czy zawodowych czy „z natury” lub z przekonania) są również kobiety.

Nie dlatego, żebym myślała, że kobiety są łagodniejsze, ale dlatego, że przez setki lat były grupą wykluczoną (z edukacji, pracy, polityki, nawet we własnym domu nie miały praw), więc powinny być bardziej wrażliwe na opresję innych i mniej ich opresjonować.

Gdy czytam post, jakiejś zapewne miłej, pani, która nie wiedząc jak mnie obrazić nazywa mnie „żydówką” (Żydzi to grupa chyba najbardziej opresjonowana w dziejach ludzkości) to sobie myślę czy ona w ogóle myśli? Bo to że przeciętny troll uwielbia przykładać słabszym – to raczej normalne. Ale trollica?! Słabsza jeszcze słabszym??

Bo „żyd”, w języku polskim to nie przynależność etniczna czy kulturowa ale wyzwisko. Jak już ktoś nie ma wyobraźni lub – przeciwnie – ma resztki poczucia wstydu (trolle z reguły nie znają tego uczucia) to używa innych dosadnych określeń odnoszących się z reguły do opresjonowanych kobiet takich jak k… czy dziwka, ale jak już jest na samym trollim dnie to korzysta z chwytów nazistowskiej propagandy. Brrr! Ciekawe ilu trolli pracowało lub współpracowało z gestapo?

Twardy elektorat PiS.

TAKA PRAWDA. Macron raz jeszcze wymierzył PiS siarczysty policzek.

Też płaczę 😂😂😂

Waldemar Mystkowski pisze o Macronie w kontekście polskim.

Macron pokazał miejsce Polsce pisowskiej

Prezydent Francji Emmanuel Macron zafundował nam narrację o Polsce. Narrację, która opowiadana jest w Paryżu, ale nie tylko, bo w Brukseli i na niemal całym „zgniłym Zachodzie”. Macron wybrał się do naszej części Europy i skrzętnie ominął Polsce.

Francuz ma do załatwienia jedną ważną obietnicę z kampanii prezydenckiej i wydawałoby się, że Polska nie jest w tej kwestii do ominięcia, ale ciągle nie doceniamy władzy PiS. Potrafią wiele. Z naszego regionu to z Polski najwięcej jest delegowanych pracowników do realizacji kontraktów w innym państwie Unii, szczególnie we Francji. Macron chce, aby obowiązywała zasada: za tę samą pracę powinna zostać wypłacona ta sama płaca. Aby francuscy pracownicy byli konkurencyjni dla polskich, aby nie dochodziło do socjalnego dumpingu i nieuczciwej konkurencji.

Ta kwestia socjalna wydawałoby się szczególnie leży w gestii władz pisowskich. Okazuje się, że jednak tak nie jest. Bo w pakiecie zawsze pojawiają się inne sprawy polityczne, w tym przestrzeganie standardów demokratycznych i wolności obywatelskie.

Macron podzielił się narracją o Polsce. W Bułgarii powiedział, iż „Europa to region stworzony na podstawie wartości, związanych z demokracją i wolnością publiczną, z czym Polska jest dziś w konflikcie”. Te słowa są szczególnie nieprzyjemne dla rządu Beaty Szydło, bo następne wskazują, czym Polska staje się dla zachodniej Europy: – „Polska nie definiuje europejskiej przyszłości dzisiaj i nie będzie definiować Europy jutro”. Taka asertywność w dyplomacji jest wykluczająca: – „Polska się izoluje w Europie”.

To już nie tylko słowa. Za sprawą PiS doszło do „wygaszenia” Trójkąta Weimarskiego, teraz przestała istnieć Grupa Wyszehradzka, Francję poparły Czechy i Słowacja. Powstał nowy regionalny format „Trójkąt z Austerlitz”, składający się z Austrii, Czech i Słowacji, który jest nawiązaniem do historycznego zwycięstwa Francuzów w 1805 roku.

Macron niczym Napoleon odniósł zwycięstwo. Z czym zatem została Polska? W tym wypadku z upieraniem się, iż nie zgadza się z naruszeniem w kwestii wysyłania pracowników do krajów unijnych i ma obowiązywać dyrektywa, jak wcześniej. Niestety, ta przegrana socjalna w UE wygląda jak 1:27 w kwestii niepoparcia Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej.

Rząd PiS przegrywa w Unii bitwę za bitwą. Spójrzmy na tournee Francuza poprzez inny okular, mianowicie rodak Macrona Stendhal o narracji jako takiej był łaskaw rzec: – „Powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościńcu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży.”

Przeszedł więc Macron po Europie środkowo-wschodniej, Mitteleuropie, jak po gościńcu, i co zobaczyliśmy w tym lustrze? Osamotnioną Polskę, bez przyjaciół, z samymi wrogami bliskiej i dalekiej zagranicy, czyli znaleźliśmy się porzuceni w „błocie przydrożnej kałuży”. Jak długo Polacy będą się godzić na tę sytuację?

Nasz hirouuu…😉 narodowy … 😅

KTO JEST ZA? :)))

Witajcie w państwie pis

>>>

Walczący geniusz – prezes Ka.

Lojalka Wolfganga. IPN-ie kochany nie ośmieszaj się tak żałośnie❗️Wasza wiarygodność od dziś równa zeru.

To nie tylko lojalka, to przystąpienie do zobowiązania do wpsółpracy z SB.

Magda Jethon rozmawia z Joanną Szczepkowską. Wywiad publikuje portal Koduj24.pl.

Joanna Szczepkowska: To może być początek rozpadu PiS

Wszyscy, którzy są przeciw PiS są wrogami narodu, to jest dokładnie gomułkowsko–peerelowskie – mówi Joanna Szczepkowska w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: Czy w 2015 r. dawała Pani szansę PiS-owi i wierzyła, że oni Polskę „naprawią”?

Joanna Szczepkowska: Nie, absolutnie nie. Nigdy nie uważałam, że Jarosław Kaczyński może coś zbudować. Od lat go obserwowałam i byłam pewna, że jego osobowość oznacza rozpad, a nie drogę do przodu.

– Nigdy Pani nie sympatyzowała z Prawem i Sprawiedliwością?

– Nigdy. Wiem, że tak mnie niektórzy widzieli albo chcieli widzieć, ale to nieprawda. Nigdy w życiu nie głosowałam na PiS ani nie sprzyjałam PiS-owi, choć nie należałam do bezkrytycznych entuzjastów poprzedniej rzeczywistości. Uważam zdecydowanie, że było wiele „wypaczeń” i propagandowych przerostów. Do dziś ciągnie się mój proces z TVN o takie właśnie chwyty. Mam też swoje wątpliwości dotyczące UE, ale nie co do tego, czy mamy w niej być, czy nie, bo to jest oczywiste, że musimy w Unii pozostać. Nie należę do ludzi, którzy uważają, że jesteśmy wyjątkowi, dumni i że nam się coś więcej od Unii należy.

– Rozumie Pani ludzi, którzy dziś popierają PiS?

– Jeżeli pani mnie pyta, czy ja rozumiem mentalnie, to oczywiście staram się, bo bez takiej próby zrozumienia, nie ma co myśleć o Polsce. Elektorat PiS-u to są ludzie, którzy w rozumieniu spraw istotnych utożsamiają się z Kościołem, ale z tym bardziej konserwatywnym. Dlatego trzeba starać się przede wszystkim ich zrozumieć. Nie jest bez znaczenia, że do dziś przy okazji różnych uroczystości w polskich oknach pojawia się portret Jana Pawła II. Postępowego Franciszka jakby nie było. Ludziom trudno zrozumieć, że ustrój i prawo w demokratycznym społeczeństwie musi też obejmować ludzi niewierzących lub ludzi innej wiary. Tak naprawdę z nauk Jana Pawła II też niewiele wzięto. Niedawno uczestniczyłam w takiej debacie i razem z kilkoma duchownymi doszliśmy do wniosku, że nauczanie naszego Papieża nie zapadło tak jak powinno. On starał się zbliżyć do „innego”, my pozostaliśmy na poziomie „swój i obcy”. Poza tym, żeby zrozumieć, trzeba pamiętać też o tym, że wiele osób w Polsce ma wyłącznie dostęp do mediów rządowych. Tam jest jednoznaczny obraz „dobrej zmiany”. Niedawno w podróży słuchałam Jedynki i tam spokojnie, sympatycznie, opowiada się o kraju poddawanym „wspaniałej dobrej zmianie”. Myślę, że wielu wyborców PiS chce uwierzyć w ten obraz. Jak za PRL-u. Opozycja myśli o konsekwencjach tych rządów, oni nie.

– Dziś już nawet Bronisław Wildstein i część dziennikarzy prawicowych nie są w stanie zdzierżyć propagandy w telewizji Jacka Kurskiego…

– Dlatego jestem optymistką, jeśli chodzi o przyszłość. Myślę, że tak prymitywnie narzuconej propagandy, jaką uprawia TVP nie da się znieść, nawet jeśli się nie akceptuje – nazwijmy to – lewicy liberalnej. Jestem przekonana, że prawica prędzej czy później się podzieli, a wtedy także podzielą się ludzie, którzy idą za autorytetami prawicy.

– Dlaczego Jarosław Kaczyński akceptuje taką propagandę, nie czuje, że to i dla niego może się źle skończyć? A może jemu się to podoba?

– No więc właśnie, jemu się to po prostu podoba. Tu nie chodzi o politykę, to jest kwestia psychologiczna czy łagodnie mówiąc charakterologiczna, jeśli nie zdrowotna, bo on ma po prostu satysfakcję z prymitywnie rozumianej zemsty. Nie wiem, jaki jest stopień jego IQ, natomiast jego uczucia, emocje określiłabym jako prymitywne. Myślę, że on ma ogromną satysfakcję z tworzenia toksycznej atmosfery.

– Nie dawno zaprotestowała Pani przeciw temu, co dzieje się w Polsce właśnie w TVP, podczas transmisji gali wręczenia nagród na 17. festiwalu „Dwa Teatry – Sopot 2017”. Odebrała Pani nagrodę dla najlepszej aktorki i powiedziała: „Żadne nagrody nie naprawią szkody, jakie nam funduje rząd, co państwo psuje”. I co? Wpuszczają Panią do mediów publicznych?

– Po pierwsze, ja tam nie chodzę, więc nie mam tego problemu. Kiedy PiS przejął władzę, wielokrotnie proponowano mi udział w jakiś medialnych debatach, ale odmawiałam. Pojawił się ten sam dylemat, co w PRL – czy lepiej być i powiedzieć, co się myśli, czy lepiej nie być. Uznałam jednak, że w dzisiejszej TVP ta propaganda jest tak nachalna, że nie ma sensu dyskutować na wizji. Natomiast chętnie przystałam na propozycję zrobienia Teatru Telewizji. Nie ma bojkotu Teatru Telewizji, grają w nim aktorzy nawet skrajnie lewicowi, więc nie było moralnego dylematu. Ja się od lat bezskutecznie starałam o możliwość zrobienia czegoś w tym medium. My rozmawiamy o polityce, ale ja jestem przede wszystkim aktorką i pisarką, więc nie ukrywam, że dla mnie ta marginalizacja za poprzedniej ekipy była dramatem. Bo oczywiste jest i tego nie ukrywajmy, że poprzednia ekipa też rozdawała karty i ustalała swoje hierarchie. Więc z radością zrobiłam mój monodram „Goła baba”. Miał ogromną oglądalność, choć zwłaszcza na początku, to trudna sztuka i można po prostu zmienić kanał. To był teatr telewizji na żywo, ja reżyserowałam i grałam – ogromne przeżycie. Natomiast, kiedy dostałam nagrodę na festiwalu Teatru Telewizji, to już wtedy uznałam, że mam okazję do wyrażenia sprzeciwu wobec tego, co się dzieje.

– Jak to się odbyło?

– Nagrodę wręczali mi wiceprezes TVP i sponsor nagrody. Mówili o tym, że powinnam zrobić więcej jeszcze teatrów telewizji. Sponsor, wręczając nagrodę, powiedział mniej więcej: – „Pani Joanno, tak się cieszymy, ale z tym komunizmem, którego koniec pani nam ogłosiła, to nie do końca się udało, ale pracujemy nad tym. Ale teraz, jak pani wie, przyszłość widzimy w jasnych kolorach”. Wtedy podeszłam do mikrofonu i powiedziałam: – „Wydaje mi się, że inaczej widzimy kolory”. Potem podziękowałam za nagrodę, a jako jedna z postaci mojej sztuki wyrecytowałam wcześniej przygotowany wierszyk. Pierwsze rzędy, w których siedzieli oficjele z PiS-u zamarły, w dalszych siedziała już prawdziwa publiczność, która zareagowała entuzjastycznie. Ja oczywiście wiem, że więcej propozycji z Teatru Telewizji już nie będzie, jako aktorka i dramaturg żałuję, ale wszystko ma swoją cenę.

– Jest Pani nie tylko aktorką, ale też i felietonistką. W pewnym momencie rozpoczęła Pani współpracę z tygodnikiem „Do Rzeczy”.

– Tak. Kiedy wyrzucono mnie z „Wysokich Obcasów” za poglądy, współpracę od razu zaproponował mi „Plus Minus” – dodatek do „Rzeczpospolitej”, to bardzo dobre, poważne pismo. Potem zgodziłam się na felietony w „Do Rzeczy”, ale ta współpraca trwała bardzo krótko.

– Odeszła Pani z powodu okładki z Tuskiem w stroju Indianina…

– Tak, redaktor naczelny Paweł Lisicki powiedział, że mogę tam pisać, co chcę, bez względu na to, jaki światopogląd będę reprezentowała. Zastanawiałam się nad tym jakiś czas, ale postanowiłam spróbować. Natomiast w momencie, kiedy się ukazała ta okładka z Donaldem Tuskiem, którego bardzo szanuję, to zobaczyłam, że bez względu na to, co ja tam napiszę, to stanę się zakładnikiem takiej okładki. Skoro tam piszę, to znaczy, że się z nią zgadzam, a to byłaby nieprawda, bo się nie zgadzam.

– Za to prawdą jest, że zawsze ciepło Pani wspomina Marię i Lecha Kaczyńskich. Powiedziała Pani nawet, że jest pewna, że żadne z nich nie chciałoby leżeć na Wawelu, bo to się kłóci z ich skromnością…

– Tak uważam. Znałam parę prezydencką, Lech Kaczyński był zupełnie innym człowiekiem niż Jarosław, choć był niestety pod wielkim wpływem brata. Zresztą, co może ciekawe, najczęściej spotykałam go w „Gazecie Wyborczej”, bo bywał zapraszany na różne uroczystości. Tam go też poznałam. Potem kiedyś razem z moim przyjacielem jedliśmy we trójkę kolację. Mogę powiedzieć, że miałam okazję trochę mu się przyjrzeć. A Marię Kaczyńską też poznałam na jakiejś uroczystości. Prezydentowa była przede wszystkim osobą prawdziwie działającą w wolontariacie, niezwykle zaangażowaną. Każdy, kto się zetknął z wolontariatem, tym najtrudniejszym – szpitalnym, z umierającymi ludźmi, wie, co to jest za robota. Taki ktoś nie kojarzy się z wawelską pychą. To była osoba odważna i konkretna, zresztą pamiętamy pretensje ojca Rydzyka do Marii Kaczyńskiej i jej liberalnego podejścia do aborcji. To wszystko świadczy o tym, wokół jakiego światopoglądu, tak naprawdę, obracała się ta para.

– Trudno mi sobie wyobrazić prezesa PiS na uroczystości w „Gazecie Wyborczej”. Jarosław Kaczyński i jego otoczenie mają w pogardzie elity, bardzo często próbują dezawuować wybitne postacie. Dlaczego?

– Dlatego, że ta władza po peerelowsku stawia granice. Z jednej strony my, a z drugiej ci, którzy się z nami nie zgadzają, czyli wichrzyciele. Wszyscy, którzy są przeciw PiS są wrogami narodu, to jest dokładnie gomułkowsko–peerelowskie. Opozycja to nie są ludzie o odmiennych poglądach, którzy mają inny światopogląd czy inne myślenie o tym, jak rządzić krajem, tylko to jest wróg. Wróg narodu. Więc jeśli to jest wróg narodu, to należy go tępić. Taka jest wykładnia Kaczyńskiego. Uważam, że jego osoba jest tutaj kluczowa i Macierewicza naturalnie też. To są dwaj panowie, których skuteczność jest nie do pojęcia; mają siłę, której nikt nie jest w stanie się przeciwstawić. W bajkach by się powiedziało, że mają ciemną moc i różdżkę.

– Kaczyński dobiera ludzi posłusznie poddanych. W internecie można obejrzeć filmik z fragmentem przemówienia Jarosława Kaczyńskiego w kopalni „Wujek”. Prezes stoi na tle swoich ministrów i mówi, że węgiel i węglowodany to mniej więcej to samo. Wszyscy słyszą i nikomu nawet nie drgnie powieka. Gdyby powiedział, że ziemia jest płaska, też nikt by nie zareagował…

– A jak się zachowywał Macierewicz podczas przemówienia Dudy? Potakiwał, chociaż to było przecież przeciwko niemu. To sytuacja z Mrożka.

– Widać, że wyborcom PiS-u to się podoba, tak jak podoba się Krystyna Pawłowicz, która mówi „wziąść”, bo według niej „wziąć” wymyślili komuniści i złodzieje.

– Ona jest przez to bardziej swoja, bo pewnie przeciętny wyborca PiS mówi „wziąść”.

– Z tego wniosek, że wyborca PiS nigdy nie przejrzy na oczy? Czyli to już tak zostanie na bardzo długo?

– Zależy co oznacza „bardzo długo”. Ja myślę, że nie bardzo. Ostatnie decyzje prezydenta Dudy, nawet jeśli to tylko gra, a nie prawdziwy bunt, będą miały fundamentalne znaczenie. Prezydent Duda był akceptowany, a nawet uwielbiany przez wielu PiS–owców, teraz oni muszą dokonać wyboru między nim a Kaczyńskim. Kto jest „dobry”, a kto „zły”. To może być początek rozpadu.

– Myśli Pani, że prezydent nie złamie się i nie wróci do postaci Adriana z „Ucha Prezesa”?

– Oczywiście, sytuacja się zmienia z dnia na dzień i to, co myślę dziś, może już być nieaktualne, ale dziś myślę, że nie wróci do Adriana. Bardzo istotną rolę może odegrać rodzina prezydenta. To naprawdę nie jest bez znaczenia. Żona jest córką człowieka związanego z zupełnie innym światopoglądem, jest siostrą człowieka, związanego z zupełnie innym widzeniem świata. Podejrzewam, że ich córka przeżywa dramaty. To na pewno nie jest proste. On sam musi być rozdarty jako człowiek, jako mąż, jako ojciec. Podejrzewam, że musi mieć naciski ze strony ludzi bardzo bliskich. A to, co mu zafundowaliśmy pod oknami, i w Warszawie, i w Juracie, ta wielość i wielkość protestów, też nie jest bez znaczenia. Nie wiem, co by się musiało stać, żeby wrócił do Adriana.

– Nie można zapominać, że ma również naciski polityczne ze strony swojego ugrupowania…

– Ale co ma do stracenia?

– Nie zyska zwolenników w opozycji, bo zniszczył Trybunał, podpisał ustawę o sądach powszechnych itd., nie wygra kolejnych wyborów…

– To prawda, w przypadku jeżeli zakładamy, że chce kandydować na kolejną kadencję, a ja tego nie zakładam. Wszyscy myślą, że on marzy o reelekcji, a ja uważam, że to jest człowiek tak udręczony tym wszystkim, że być może chciałby już odejść.

– A przed odejściem poprawić wizerunek?

– Tak. Przecież w tej opcji już wyżej nie pójdzie. Swoją drogą każdy prezydent Polski narzeka na samotność. Ten ma do wyboru – albo miękkie spadanie, albo szacunek ludzi myślących. Gdzieś przecież po tej prezydenturze będzie się musiał odnaleźć…

– Wielkie nadzieje pokłada Pani w prezydencie…

– Tak, tylko, żeby nie wyszło, że chodzę z transparentem „Hura Andrzej Duda”… Ja tylko mam nadzieję, że to wszystko zacznie pękać.

– Kiedy to się może stać?

– Pyta mnie pani tak, jak moja mała wnuczka, która na demonstracji, przytupując nogami, spytała, ile to jeszcze będzie trwało. Jakaś pani jej odpowiedziała, że dwa lata… A poważnie? Wszystko zależy od tego, czy ten wspaniały zbiorowy opór się utrzyma. On musi być teraz w nasze życie wpisany choćby po to, żeby pokazać, że nie ulegniemy zastraszeniu. Nie wiem, czy jestem dobrym jasnowidzem, ale myślę, że jeśli wytrzymamy do następnych wyborów, to przegrają.

– Wtedy będzie mogła Pani wreszcie ogłosić: „Proszę państwa, dzisiaj skończyła się władza Jarosława Kaczyńskiego…”.

– …To właśnie obiecałam tłumowi ludzi przed Sądem Najwyższym na placu Krasińskich. Ja dotrzymuję przyrzeczeń.

nie dała się nabrać ani na premiera z Gorzowa, ani posła z Ząbek. Nie będzie zgody na plującego na senatora z Grójca!

Replying to  

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie, czego się po nim można spodziewać.

Ile w Dudzie jest pisowca, a ile Polaka demokraty?

W co gra Andrzej Duda w kwestii dwóch zawetowanych ustaw sądowniczych, które mają być na nowo pisane w Kancelarii Prezydenckiej, przedstawione na jesieni opinii publicznej i poddane obróbce parlamentarnej? Jeszcze w tej chwili trudno coś konkretnego powiedzieć, ale mamy do czynienia z dwoma faktami, których nie można przemilczeć.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia przedstawiło prezydentowi swoje propozycje obu ustaw: o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądowniczej.

Drugim faktem, ale niepotwierdzonym wprost przez zaplecze prezydenta, jest powierzenie przez Dudę pracy nad ustawami prof. Michałowi Królikowskiemu, byłemu wiceministrowi sprawiedliwości w rządzie PO-PSL i bliskiemu współpracownikowi Jarosława Gowina. Uważa się, że Królikowski ma swoje poglądy konserwatywne i republikańskie, ale nie zaprzeda je politycznemu zamówieniu PiS. A więc należy mniemać, iż niezależność sądów nie zostanie złożona przez niego na ołtarzu PiS.

Tyle wiemy o działaniu strony Dudy, a PiS czeka, ale nie próżnuje, lecz naciska i to poprzez fakty medialne. Tak odczytuję wypowiedź marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, który w radiowej Jedynce powiedział: – „Sam osobiście spotykam się od czasu do czasu z panem prezydentem. Rozmawiamy o tych sprawach, również o tej ustawie”.

Te słowa to zaklinanie rzeczywistości, bo należy je odczytywać, iż Duda konsultuje (słucha, a może nawet zgadza się) ze stanowiskiem PiS, swojej macierzystej partii. Karczewski do tego dobitnie dodał: – „Wywodzimy się z tego samego obozu politycznego”.

To jest dopychanie kolanem Dudy, aby pisana u niego ustawa zgadzała się z życzeniem PiS, czytaj: Kaczyńskiego. Jak każdy słaby retor (a więc kiepściutki intelektualnie) Karczewski nie potrafi szerzej przedstawić potrzeby ustaw sądowniczych, a także wpleść je w narrację o współczesnej Polsce. Za dużo wymagam od Karczewskiego? Na Boga, a od kogo mam wymagać podstawowych standardów intelektualnych, jak nie od postaci ze świecznika, z elit politycznych (acz to są elity PiS i niekoniecznie semantycznie tożsame z jako takimi).

Uważam, że za mało mówi się o pisanych w kancelarii Dudy ustawach sądowniczych, przecież o nie toczył się protest w lipcu, są nadzieją środowisk demokratyczno-republikańskich. W moich słowach można odczytać wielką nadzieję, że PiS nie zniszczy tego, co mamy ustrojowo najcenniejsze: demokrację liberalną.

Ale Polacy nie mają większych złudzeń, co do wet Dudy. W sondażu dla oko.press tylko 17 proc. badanych uważa, że spór sądowniczy Dudy z PiS toczy się o pryncypia demokratyczne, jest na serio. Dwukrotnie więcej, bo 35 proc. uważa, iż to chwilowe nieporozumienie – jakby potwierdzając Karczewskiego supozycję w stosunku do Dudy – „Wywodzimy się z PiS”, a 28 proc. uważa, że to ustawka. Duda zawetował, bo PiS bał się protestów.

Polacy zatem są sceptyczni, ale także nieprzykładający wagi do znaczenia niezależności sądów. Błąd. Łudzę się, że wielu młodych – bo lipiec należał do młodego pokolenia – wiele się w tym czasie nauczyło, przeszło propedeutykę do nauk o demokracji, co niestety zostało zaniedbane przez szkołę.

Najlepszy byłby okrągły stół prawników, o którym nawet Duda wyraził się pozytywnie, ale to było w momencie największych protestów. Oby nie skończyło się tradycyjnie, iż otoczenie Dudy twierdzi, że on myśli, zastanawia się i pokazują nam obrazki z drapaniem się inkryminowanego po głowie i przychodzi taki oto kulminacyjny moment, iż Duda podpisuje hurtem wszystko, co sobie PiS, tj. prezes życzy.

Nie życzę Dudzie niczego złego, ale zdecydowanie bardziej nie życzę nam, aby PiS w procedurach demokratycznych pozbawiało nas demokracji i wolności obywatelskich. Więc zadaję najważniejsze w tym kontekście pytanie: ile w Dudzie jest pisowca, a ile Polaka demokraty?

BARDZO WAŻNE SŁOWA

>>>

JEDNYM ZDANIEM POKAZAŁ O KOGO TAK NAPRAWDĘ DBA RZĄD

Ewa Siedlecka („Polityka”) pisze na blogu, jak Ziobro zastrasza sędziów (fragment).

Do tej pory PiS groził dyscyplinarkami za „niewłaściwe” orzekanie. Na przykład dla sędzi, która uznała, że wiceministra Patryka Jakiego nie chroni immunitet w sprawie o naruszenie dóbr osobistych z sejmowej trybuny. Ale nadzorcze zapędy ministra-prokuratora Zbigniewa Ziobry osiągnęły nowe szczyty wyrafinowania.

O sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Chodzi o podejrzenia wobec byłych menedżerów z zakładu chemicznego „Police”. Obecne, ustanowione przez PiS, kierownictwo tego zakładu oskarża ich o „nieprawidłowości”. W czerwcu CBA menedżerów zatrzymało, a prokuratura wystąpiła do Sądu Rejonowego w Szczecinie o ich areszytowanie. Każdy z czterech wniosków aresztowych rozpatrywał inny sędzia. Wszyscy uznali, że nie ma mocnych dowodów na popełnienie przez podejrzanych przestępstwa, i odmówili zastosowania aresztu. Odwołania prokuratury od tych postanowień odrzucił Sąd Okręgowy.

Postanowienia sędziów skrytykował publicznie minister-prokurator Ziobro. Stwierdził, że sędziowie „nie zrozumieli istoty przestępstwa”, a ich decyzja szkodzi śledztwu.

(…)

Do tego, aby postawić sędziów kierujących szczecińskimi sądami w stan oskarżenia, potrzeba będzie zgody sądu dyscyplinarnego. Ale o to zadba już prokurator-minister Ziobro. Wprawdzie prezydent zawetował zmiany w ustawie o Sądzie Najwyższym, które przewidywały powołanie obsadzonej przez Zbigniewa Ziobrę Izby Dyscyplinarnej w SN, ale prezydent akurat do tego pomysłu zastrzeżeń nie zgłosił. Więc zapewne, jeśli znowu dostanie ustawę przewidującą taki pomysł, to ją podpisze.

No i znowu mamy – zgodnie z metodą PiS na rządzenie – układ zamknięty.

Waldemar Mystkowski pisze o zagrożeniu Kaczyńskiego w PiS.

Kozioł ofiarny, czyli na Kaczyńskiego zmierza nawałnica

PiS rządzi przez bajzel łamany przez niekompetencję i nepotyzm.

Czy pobyt Beaty Szydło w Juracie u Andrzeja Dudy będzie owocować politycznie na korzyść pani premier bądź prezydenta? Na razie jedyny „owoc” tego spotkania to spóźniona o 3-4 dni reakcja władz pisowskich na nawałnice w północnej Polsce.

Acz Szydło spotkała się już nieco wcześniej z Dudą, ale było to spotkanie na zderzenie orędziami. Zderzenie dwóch różnych orędzi na ten sam temat miało miejsce w czasie ogłoszenia przez Dudę dwóch wet dotyczących ustaw sądowniczych. Widocznie przyszedł czas na refleksje po zderzeniu, stąd spotkanie.

Szydło w trakcie gorącego czasu protestów Łańcuchów Światła była nieobecna publicznie, mówiło się i pisało, iż premier przechodzi załamanie, stres. I było coś na rzeczy, bo już wówczas przebąkiwało się, pisali na ten temat dziennikarze, którzy nie są związani z PiS, iż prezes Kaczyński szykuje podmiankę na funkcji premiera. Kaczyński nie radzi sobie z własnym ego, które go pcha na stołek premiera, niczym na podwyższenie podczas miesięcznic.

Lecz Szydło jest popularna, a Kaczyński ma taki sam elektorat, jak Macierewicz. Nawałnica więc mogła prezesowi pasować, aby za jakiś czas ogłosić, że „ten-tego pani premier odnosi same sukcesy, w tym to słynne 1:27, gdy musiałem nawet fatygować na Okęcie, aby jej rączki całować, ale wicie-rozumicie ta nawałnica…”.

Oczywiście, nie chodzi o nawałnice, bo PiS rządzi przez bajzel łamany przez niekompetencję, łamane przez nepotyzm. Szydło znalazła się w sytuacji podobnej do Dudy, obydwoje kilkakrotnie złamali Konstytucję, czują więc wspólnotę paragrafów – ten sam stołek, nad którym dwa i pół metra wyżej wisi pętla historii. Oczywiście, ostatnie to metafora. Ta pętla Dudzie zadyndała podczas lipcowych protestów, poczuł jej wiew, więc zareagował dwoma wetami.

Duda z Szydło mogą chcieć się salwować z miejsca politycznej kaźni, zawrzeć jakąś umowę polityczną bądź społeczną. Były trzeci bliźniak Kaczyńskiego Ludwik Dorn o spotkaniu w Juracie rzecze: – „Jeżeli to zaowocuje sojuszem między panem prezydentem a panią premier, to pan Kaczyński straci całkowity wpływ na władzę wykonawczą i znaczną część partii albo klubu”.

Politycznie dla Kaczyńskiego to przedstawia się jeszcze gorzej: bo nie będzie mógł rozstawiać marionetek, zostanie tym, czym jest „szarym posłem”. A przecież prezes ma tyle do zrobienia: dokończyć rozwałkę sądów, zdekoncentrować, czy też repolonizować media prywatne i pokazać wała Unii Europejskiej.

Zauważmy jeszcze jedno z posunięć Dudy, które nie wydaje się być medialne. Prezydent odpowiedzialnym za przygotowanie ustaw sądowniczych zrobił Michała Królikowskiego, prawnika konserwatywnego, który był wiceministrem sprawiedliwości w rządzie PO-PSL i który raczej nie przyłoży ręki do odebrania niezależności sądownictwu. To policzek nie tylko dla Dudy, ale dla prezesa. Walka w PiS więc będzie w tej kwestii przybierać na sile.

Cezary Michalski nawet uciekł się do porównania sytuacji Kaczyńskiego z Operacją Walkiria, Nowogrodzkiej z Kętrzynem. Michalski czuje swym publicystycznym nosem, że wielu jest w PiS Brutusów, któremuś musi się udać, Duda więc nie jest tylko jednym Clausem von Stauffenbergiem.

Poświęcam uwagę obronie duetu Duda-Szydło, ale na razie większość narzędzi jest w rękach Kaczyńskiego. To on dyktuje warunki, jednak musi widzieć czarne chmury na horyzoncie. Ta nawałnica zmierza na niego. Może więc odczytać ją, iż ratunek będzie taki, że Szydło idzie do pawlacza, z Dudą przyjdzie czas, że się policzy i huknie – teraz k…a ja.

Choć na prawej stronie tę kwestię widzą inaczej. Tam nic się nie zmieniło, bo nie zmieniły się oczekiwania i nadzieje na trwanie przy korycie. Kamila Baranowska z „Do Rzeczy” o Szydło mówi: – „To słaby premier, podoba się wyborcom”, więc dymisji nie będzie.

Suweren dla PiS jest jednak figurą polemiczną, a nie polityczną. Suweren nie wyraził zgody na demolkę Trybunału Konstytucyjnego ani zniszczenie niezależności sądownictwa. Nie ostrzył ministrowi Szyszce siekier, aby ten mógł wycinać Puszczę Białowieską. Suweren nie wyraził zgody na dekoncentrację TVN czy też Polsatu, aby stały się imitacją TVPiS.

Suweren może przeżyje jeszcze jedną czy drugą nawałnicę – dosłowną i demolującą demokrację – ale zorientuje się, że tylko może liczyć na siebie. W kryzysie zawsze się tylko liczy na siebie, jak ofiary nawałnic. W naukach antropologicznych opisany jest mechanizm kozła ofiarnego. Dotyczy on wszystkich kultur – a więc „kultury” pisowskiej też – iż w kryzysie, a także, gdy on jest już zażegnany, odbywa się polowanie na kozła ofiarnego.

W PiS do tej pory kozłem ofiarnym była Platforma Obywatelska: „8 lat rządów”…. etc. Od dwóch lat rządzącymi są politycy PiS. Kogoś na ofiarę będą musieli dać za te dwa lata kryzysu, a Duda z Szydło ubezpieczają się. Och, boję się o prezesa, boję się.

WŁAŚNIE RUSZA OGROMNA POMOC PAŃSTWA. Cały świat zobaczy jak wiele w Polsce potrafi pomóc modlitwa.

>>>

IV RP W PIGUŁCE. WITAJCIE NA SZCZYCIE.

Tamara Olszewska na Koduj24.pl pisze, jak idiotycznie mówi PiS o zamachu w Barcelonie. Głupie Jaśki z zadupia Wólki Kaczystowskiej.

W Hiszpanii tragedia – u nas głupie gadanie

Cały świat zamarł po kolejnym ataku terrorystycznym. Tym razem na celowniku fanatyków znalazła się Hiszpanii. Szok, niedowierzanie, złość… wszędzie, ale nie w Polsce. Te zamachy daje się przecież idealnie wykorzystać dla celów politycznych. Pada dużo słów i może wreszcie Polacy uwierzą, że obecna władza taka mądra, zapobiegawcza, tak dba o swój lud i w imię miłości do niego oraz Boga nie wpuści ani jednego uchodźcę do nas… koniec i kropka.

W ocenie sytuacji samego siebie przeszedł ksiądz Henryk Zieliński, redaktor naczelny tygodnika „Idziemy”. Goszcząc w „Salonie Dziennikarskim”, wybitnym programie TVP Info, wypalił: – „Jednym z powodów ataków jest obrzydzenie niektórymi nurtami subkultury zachodniej, zwłaszcza rozwiązłości. Jeżeli mielibyśmy szukać najbardziej rozwiązłego miasta w Hiszpanii, to ja bym wskazywał na Barcelonę”. Wierni słuchacze mogli więc wreszcie zrozumieć, że Barcelona sama sobie winna, bo tam Sodoma i Gomora, a fundamentaliści po prostu walczą z grzechem i tyle. Oczywiście, ksiądz nie pochwala zabijania za niechrześcijański styl życia, no ale, każdy walczy po swojemu o inny, lepszy świat i wypada to choć trochę zrozumieć. Tym bardziej, jak się daje swoją „nieobyczajnością”, pretekst dla fundamentalistów do ataków.

Na odpowiedź internautów nie trzeba było długo czekać. – „Rozwiązłość, internacjonalizm, lewactwo jako największe zło, czyli katolicka prawica z wizją świata pokrewną ISIS”„Wypowiedź kapłana o karze tu – atak terrorystyczny w Barcelonie – jako kara za rozwiązłość jest skandaliczna”. Większość komentarzy nie nadaje się do powtórzenia, ale wyraźnie pokazują, że jednak znaczna część Polaków nie da się nabrać na takie gadanie.

Księdzu Zielińskiemu życzę, by może bardziej zajął się patologią w Kościele, bo absurdów, niedorzeczności i, niestety, głupoty w wypowiedziach osób publicznych, związanych z PiS-em, mamy ostatnimi czasy aż za dużo.

Pułkownik do po jej żenującym spektaklu dla pisowskiej gawiedzi.

Waldemar Mystkowski pisze o nowym Misiewiczu.

Nowy Misiewicz Macierewicza – Dworczyk

Polska jest silna Polakami, ale nie obecnie wybranymi władzami.

Antoni Macierewicz ma nowego Misiewicza i to w randze wiceministra. Nie wiem, czy Michał Dworczyk dostał już medale za zasługi dla obronności i czy wybił mu minister monetę (coin) na jego cześć, ale to ten sam typ jak poprzednik.

Odpowiada sztancami, gotowcami, o takich osobnikach jak Dworczyk mówi się, iż nie myślą, tylko powtarzają. Dworczyk chodzi po mediach i jego rolą jest zachwalanie rządu. Nie jest odpowiadanie na pytanie dziennikarzy, nie jest wdawanie się w polemikę i zajmowanie stanowiska bądź tworzenie jakiejś wartości intelektualnej, ale snucie opowieści, która w sztuce narracji nazywa się grafomanią.
O takich osobnikach można też powiedzieć starym kolokwializmem, że „są z łapanki”. Nie przedstawiają sobą większej wartości ani nie są w posiadaniu przekonywującej fachowości. Zostali złapani, bo nikt ich nie chciał. Taką niestety mamy władzę, składającą się z Dworczyków.

Nieodparcie przypominają PRL-owskich notabli, którzy do pełnienia funkcji zostali złapani spośród aparatu partyjnego. Komuchy stosowali jeszcze inny ciekawy chwyt. I tak – jeżeli miałeś nazwisko Motyka, to kim mogłeś zostać? Tak! Zgadliście! Ministrem rolnictwa. Wcale nie znęcam się nad PiS. Wraz z partią Kaczyńskiego przeżywamy deja vu.

W tym miejscu mam propozycję, aby przeprowadzić wśród osób inteligentnych (a da się takich wyselekcjonować) niekonwencjonalny sondaż i zadać pytanie: czy chcesz być ministrem, wiceministrem, wysokim urzędnikiem w rządzie PiS? Koniecznie PiS, bo ta partia ma tak negatywne konotacje wśród inteligencji polskiej, jak wśród komisarzy unijnych w Brukseli praworządność PiS.

„Ławie polityków” w TVN 24 Dworczyk reprezentował PiS i tak piał nad postawą obecnego rządu w kwestii pomocy ofiarom nawałnicy, iż zasługuje na miano koguta. Jego kukuryku nad działaniami rządu i resortu, w którym jest wiceministrem, byłoby godne innej sprawy, gdyby nie zalatywało fałszem, tombakiem. Wszyscy w kraju widzieli i słyszeli: rządu nie było przez kilka najważniejszych pierwszych dni po kataklizmie, dopiero się obudzili po 3-4 dniach. Dworczyk twierdził zaś, że wszystkie służby funkcjonowały, a wojsko zostało uruchomione po wniosku od wojewody pomorskiego.

Tak mówi ten nowy Misiewicz Macierewicza. A my słyszeliśmy i widzieliśmy czwartego dnia po przejściu nawałnicy, jak wojewoda pomorski Drelich wzruszył ramionami i wypowiedział się na temat wojska, iż nie jest potrzebne do zamiatania liści i uprzątnięcia gałęzi. Ten Drelich to jest służba administracyjna rządu w terenie.

Dworczyk, jak ów Misiewicz, zdaje się nie rozumieć, co to jest służba. Zresztą inny Misiewicz, ale już w randze ministra pan Błaszczak zwalił winę na nieudzielenie pomocy na samorządy, na marszałka województwa, nie mając zielonego pojęcia, czym jest administracja, a czym samorządy, a te zdały właśnie egzamin. Samorządy zdały egzamin, a nie zdał takowego rząd.

Polska jest silna Polakami, ale nie obecnie wybranymi władzami. Adrian Zandberg z partii Razem nawet miał propozycje dla Dworczyka: – „Polacy powinni od was usłyszeć jedno słowo: przepraszam”. Ludzkie słowo, acz władza ta do tego rodzaju przymiotników często się nie kwalifikuje.

Piszę o kolejnej postaci z rządzącego PiS – o Dworczyku, bo to kolejny człowiek, którego wszystko przerasta. Dworczyk nie dorasta do pełnienia funkcji, jak jego poprzednik Misiewicz nie dorastał do medali. Jeszcze raz chciałoby się przypiąć im coś przysłowiowego: medal z kartofla (uniwersalne wyróżnienie a rebours).

Misiewicz, Dworczyk, Błaszczak upostaciawiają polskie przysłowia, polskie przywary. W czasach, gdy decydujemy o tym, kto ma rządzić, wybraliśmy najgorszych, jakich można wybrać. A poza tym kolejna polska przypadłość – w mediach dyskutują jako eksperci – politycy. Na świecie jest trochę inaczej: polityka przepytuje dziennikarz, a eksperci wypowiadają się o przepytywanym polityku. Sporo w naszym kraju rzeczy jest postawionych na głowie. A najbardziej postawiona na głowie jest partia prezesa Kaczyńskiego. U nich rozum znalazł się na dole.

dosadnie, ale prawdziwie.

>>>

PRAWDA, ŻE MIGALSKI MA RACJĘ?

Wojciech Maziarski pisze o tym, jak odreaguje porazki PiS.

Czym PiS zwalczy politycznego kaca?

Po wakacjach czekają nas kolejne kampanie nienawiści i ataki na państwo prawa – bo klin trzeba klinem.

Parszywe nastroje panują w obozie „dobrej zmiany”. Wprawdzie sam pan prezes po dwóch prezydenckich wetach kazał się opanować i powstrzymać od gorszących awantur wewnątrz obozu władzy, jednak skrywane emocje buzują pod powierzchnią, a erupcje wściekłości raz po raz przebijają się przez skorupę udawanego spokoju. Wystarczy zajrzeć do komentarzy publikowanych w internecie przez anonimowych zwolenników PiS.

Oto pierwszy z brzegu przykład: na portalu braci Karnowskich wPolityce.pl pod artykułem informującym, że prezydencki projekt ustaw sądowych przygotowuje prof. Michał Królikowski, były wiceminister sprawiedliwości z czasów, gdy szefem resortu był Jarosław Gowin (wówczas jeszcze polityk PO), czytamy m.in. (zachowana oryginalna stylistyka i ortografia):

„dudus zdrajco ! juz teraz mozesz ten swoj projekt wsadzic sobie w d-p- ! bo to juz widac co ty tam zakombinowales ! jakis przyd-pas gowinka bedzie ustawy nam tworzyl ! i przestan wszystkich straszyc!”;

„dno unia wolności nigdy z niego nie wyjdzie i znowu nie będzie dekomunizacji”;

„Panie Duda,o czym rozmawiał Pan z Merkel tuż przed Pańską kompromitacją, czyli zawetowaniem ustaw? My, Pańscy wyborczy czekamy na odpowiedź! Premier Szydło może być następnym Prezydentem RP, a nie Pan!”;

„Duda szydzi sobie z wyborców, swoich obietnic przedwyborczych i z PISu w zywe oczy. Nie darujemy ci zdrajco, bedziesz przez nas wybuczany na wszystkich imprezach”.

Czasami krytycy starają się zachować umiar i ważą racje: „Rozumiem intencje Pana Prezydenta, chce być ponad podziałami. Ale tak się nie da, Pani Beata Szydło chyba będzie musiała zostać Prezydentem RP”.

Jednak nawet osoba pani premier nie stanowi nadziei, bo jak zauważa inny komentator: „Żeby PBS została prezydentem RP, to najpierw musiałaby wygrać wybory. Niestety ale dzisiaj rząd PBS zaczyna popadać w rutynę polegającą na olewaniu wyborców kosztem nowomowy. Czas na oprzytomnienie”.

Chaos i zwątpienie w szeregach obozu rządzącego są pogłębiane przez kolejne odsłony wojny między prezydentem a ministrem obrony narodowej, który po raz pierwszy od niepamiętnych czasów musiał zrezygnować z dokonywanych zawsze w sierpniu nominacji generalskich, bo nie zgodził się na nie Andrzej Duda. – „To nie jest niczyja prywatna armia” – powiedział prezydent w uroczystym wystąpieniu.

Na zbolałe dusze wyznawców ciosy się sypią ze wszystkich stron. Kolejne autorytety PiS-owskiej prawicy odmawiają występowania w jednolitym froncie bezkrytycznych pochlebców. Najpierw wyłamał się Piotr Zaremba, potępiając niszczenie niezależnych sądów, teraz wątpliwości zgłasza Bronisław Wildstein, atakując prymitywną propagandę mediów państwowych. – „Najsensowniejszą politykę podważyć można natrętną propagandą” – pisze ten prawicowy publicysta w portalu wPolityce.pl w komentarzu na temat dymisji szefowej Wiadomości. –„Podobno Paczuska odwołana została za niewystarczającą gorliwość w popieraniu „dobrej zmiany”. Jeśli to prawda, a nic nie wskazuje, ani nikt nie przywołuje innych powodów, aby było inaczej, oznaczałoby to, że pion informacyjny TVP wpadł w korkociąg. Opisywałem już na naszych łamach co dzieje się z programami TVP Info. Okazuje się, że może być gorzej – prawie zawsze może być gorzej. Czy naprawdę odpowiedzialni za to nie rozumieją, że jest to tendencja samobójcza?” – pyta Wildstein.

Kolejne niepowodzenia oraz wizerunkowe ciosy sprawiają, że rządzący po raz pierwszy od wyborów zostali zepchnięci do defensywy. Muszą się tłumaczyć, usprawiedliwiać, a nawet półgębkiem przyznawać, że owszem, tu i ówdzie zdarzyły się im pewne niedociągnięcia. Premier Beata Szydło zapowiedziała, że będzie domagać się wyjaśnień, dlaczego aukcja koni arabskich w Janowie zakończyła się spektakularną klapą. – „Wojewoda powinien więcej robić i mniej mówić” – pouczył minister Błaszczak pomorskiego wojewodę Dariusza Drelicha, który po nawałnicy i tragedii w Suszku wsławił się sentencją, że nie warto wzywać żołnierzy do zbierania gałęzi i zamiatania liści.

Właśnie nieudolność i obojętność zaprezentowana przez władzę przy okazji tej klęski żywiołowej wywarła na wyborcach szczególne wrażenie. Gdy w przyszłości będziemy analizować przyczyny klęski PiS, być może właśnie ta nawałnica okaże się decydującym momentem, który sprawił, że sympatie społeczne się odwróciły. Podobnie jak gwoździem do trumny rządów SLD były słowa lekkomyślnie skierowane przez premiera Włodzimierza Cimoszewicza do ludzi, którzy ponieśli straty w powodzi stulecia w 1997 r.: – „Trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać” (po latach sam Cimoszewicz tłumaczył, że został źle zrozumiany, ale to już bez znaczenia – mleko się rozlało).

Jak na te wszystkie trudności zareaguje Jarosław Kaczyński? Czy pójdzie za głosem tych, którzy namawiają go, by dokręcać śrubę, wzmacniać propagandę i nasilać walkę z opozycją? Właśnie to radzi np. Michał Karnowski, który po wielkiej fali demonstracji zakończonych prezydenckim wetem pisał pod koniec lipca: – „To jest moment, w którym PiS powinien przejść do kontrofensywy. Trzeba głośniej mówić prawdę o rządach III RP, trzeba się bić na każdym froncie. Tak jak rząd węgierski, który otwarcie pyta rodaków: czy ma wygrać Soros, czy Węgrzy? Trzeba rozpoznać kluczowe węzły maszyny manipulacji społeczeństwem i ją zdemontować” – postuluje Karnowski, namawiając rządzących do zniszczenia niezależnych i krytycznych wobec władzy mediów.

Oczywiście, uzasadnia to kwestiami ideologicznymi, starannie przemilczając fakt, że jako wpływowa figura w prywatnym koncernie medialnym, jest tym osobiście zainteresowany. Właśnie w tym kontekście należy czytać jego słowa ubolewania, że PiS rozpoczął wojnę z III RP, „nie dbając o osłonę medialną”. – „Żadnych nowych rozdań koncesyjnych” – martwi się Karnowski, przebierając nóżkami z niecierpliwości, kiedy wreszcie uda mu się dorwać do półki z medialnymi konfiturami.

Od takich cwaniaków aż roi się na zapleczu władzy. Liczą na koncesje, stanowiska, profity, apanaże. Popychają swój obóz do politycznej konfrontacji i do nasilenia walki ze społeczeństwem obywatelskim, w myśl zasady sformułowanej przez ich duchowego ojca i patrona, Józefa Stalina, który stwierdził, że w miarę postępów w budowie nowego ustroju walka klasowa musi się zaostrzać.

Niestety, wygląda na to, że ich podszepty harmonizują z polityczną osobowością wodza PiS. Jarosław Kaczyński w przeszłości nie raz udowodnił, że jego ulubioną metodą rozwiązywania problemów i wydobywania się z politycznych tarapatów jest inicjowanie kolejnych kampanii, wskazywanie rzekomych wrogów i szczucie opinii publicznej przeciw nim. Biorąc pod uwagę, że trudności, z których prezes musi się wydobywać, najczęściej są skutkiem stosowania tej właśnie taktyki, jego postawa jest modelowym zachowaniem człowieka uzależnionego. Każdy alkoholik ma taką właśnie receptę na przezwyciężenie zgubnych konsekwencji picia. Gdy przeżywa katusze spowodowane kacem, cierpi trudności materialne, traci przyjaciół i bliskich – sięga po następną flaszkę. Bo klin trzeba klinem.

Kiedy więc wrócimy z wakacji, a prezydent Duda zaprezentuje swoje projekty ustaw sądowych, czeka nas najprawdopodobniej kolejny ciąg polityczny pana prezesa. Może pora by już była odesłać go na zasłużony odwyk?

WEEKENDOWY LANS

Waldemar Mystkowski pisze o Januszu Głowackim, który odszedł.

Dzień, w którym odszedł Janusz Głowacki

Dzień, w którym umiera pisarz, robi umysł pochmurnym. I wcale nie zależy to od wielkości pisarza, ale od klimatu wewnętrznego, w jakim go się umieściło. Takie dni są więc z deszczami, grzmotami, a nawet z nawałnicami.

Janusz Głowacki był obecny dla mnie od jego początków. Ale najpierw wpisał się tym, co najbardziej lubię. Na ostatniej stronie „Współczesności” prowadzona była rubryka, w której nieśmiało odnotowywano życie towarzyskie w PRL-u. Stamtąd dowiedziałem się o playbowaniu Głowackiego, a obiektem jego zabiegów była Jacqueline Kennedy Onassis. Z terenowych doniesień wynikało, iż Głowacki w tej kwestii zaliczył sukces. Czy tak było naprawdę?

W każdym razie ożywiał komuszą rzeczywistość, jak kolorowe skarpetki Leopolda Tyrmanda. Czytałem Głowackiego na pniu, począwszy od jego debiutu „Wirówka nonsensu”, a jako nastolatek nie mogłem ugryźć pojęcia młodzieży bananowej. Odświeżające były jego felietony w „Kulturze”, w których zestawiał antysemicką „Głupią sprawę” Stacha Rycha Dobrowolskiego z „Ulissesem” Joyce’a, wskazując, że ta pierwsza pozycja jest git.

Poznałem go w „Czytelniku”, w którym debiutowałem, tego samego dnia także dane mi  było po raz pierwszy uścisnąć rękę Zbigniewa Herberta. Potem ze dwa razy spotkałem Głowackiego na szlaku i to raczej w przystani SDP na Foksal. Najczęściej jednak spotykałem się z nim w jego książkach. Mimo jego bardzo dużego wkładu w naszą kulturę był to jednak pisarz niedoceniany.

Inteligentny (pisarz chyba nie może być inny), zdystansowany do siebie, ceniony przez krytykę i czytelników ze specjalnie wysublimowanym podniebieniem, jakoś wymykał się hierarchizowaniu. Jego opowiadania z dwóch pierwszych tomów z pewnością przetrwają, bo to zapis naszych polskich lęków wpisanych nie tylko w tamten czas lat 60-tych. Dramaty Głowackiego są arcypolskie i nie zdewaluowała się ich siła, a przekaz może i powinien być wyzwaniem dla kolejnych pokoleń reżyserów, bo jest co odkrywać i interpretować.

Gdy to piszę, przechodzi przeze mnie burza. Taki dzień, jak ten, jest stracony. Trzeba gdzieś przycupnąć i przetrwać do następnego dnia.

WSZYSCY ODDAJEMY HOŁD WYBITNEMU PISARZOWI

>>>