Pisowska dekoncentracja i repolonizacja to nic innego, jak uderzenie w wolne media

Posted: 15 września 2017 in Polityka
Tagi: , , , , ,

NO TO CIEKAWI JESTEŚMY ILU REBELIANTÓW KLIKNIE? :)))

Tamara Olszewska na portalu Koduj24 pisze o jeszcze jednym skoku PiS – rozpocznie się chwytanie za twarz narodu polskiego.

Jeszcze tylko media i PiS rządzi na całego

Pisowska „dekoncentracja” i „repolonizacja” to nic innego, jak uderzenie w wolne media.

Minęły wakacje i nasi parlamentarzyści zameldowali się w Sejmie. Pełni werwy, energii i zapału do pracy, co źle nam wróży. Tak więc zaczęło się wielkie odliczanie i ani się obejrzymy, a politycy PiS„ugotują” wolne media, a wtedy… hulaj dusza…

W normalnym, demokratycznym państwie media nazywane są czwartą władzą. Ich siła, ich wpływ na kształtowanie społeczeństwa i polityki jest tak duży, że ustawia się je obok władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. To właśnie media bacznie przyglądają się władzy i gdy tylko złapią ją na korupcji, nadużyciach czy oszustwie, natychmiast to rozgłaszają, co niejednokrotnie kończy się skandalem i dymisją.

W normalnym, demokratycznym państwie dziennikarze kierują się swoim kodeksem etycznym. Zgodnie z nim, powinni być rzetelni i bezstronni, odpowiedzialni za swoje publikacje, a na pierwszym miejscu stawiać dobro swoich odbiorców i dobro publiczne, przed interesem własnym, redaktora, wydawcy czy nadawcy. Powinni być szczególnie czuli na punkcie oddzielania informacji od interpretacji oraz opinii. Przekazywać je tak, by odbiorca mógł odróżnić fakty od przypuszczeń czy plotek, oparte na wiarygodnych i możliwie wielostronnych źródłach.

Informacje należy wyraźnie oddzielać od interpretacji i opinii. Ważne jest, by opinie, nawet gdy są stronnicze, nie zniekształcały faktów i były wynikiem jakichkolwiek nacisków z zewnątrz. Dziennikarz powinien okazywać szacunek osobom, bez względu na ich odmienność ideową, kulturową czy obyczajową, powinien unikać wulgaryzmów i określeń obscenicznych. Nie powinien angażować się w działalność polityczną i partyjną, w żadną taką działalność, która podważałaby jego wiarygodność i bezstronność. Tak wygląda praca dziennikarska w państwie demokratycznym, pamiętacie jeszcze te czasy?

Jest też jeszcze inne powiedzenie o mediach. „Kto ma media, ten ma władzę”. Ależ cuda można zrobić z narodem, gdy wprowadza się cenzurę, likwiduje wolne, niezależne od władzy media, a te publiczne pozostają pod ścisłą kontrolą i tylko na usługach tego, co to właśnie dorwał się do rządzenia. Wiecie, że takie właśnie podejście do mediów są jedną z podstawowych cech państw autorytarnych i totalitarnych? I już chyba rozumiecie, dlaczego przeraża mnie ta świetna forma polityków PiS-u, którzy zamierzają jesienią załatwić nasze media na amen. Może sobie Jarosław Kaczyński wmawiać nam i światu, że demokracja w Polsce ma się świetnie, ale my dobrze wiemy, do czego ten pan zmierza. Rozwalił już praktycznie wszystko, co się dało. Teraz „załatwi” media, potem internet i będziemy jak Białoruś czy Rosja, a nasza demokracja pozostanie tylko wspomnieniem.

Politycy PiS-u nie są wcale takimi geniuszami, jakby się wydawało. Literatura o perswazji i manipulacji ludźmi poprzez media jest bardzo bogata. Wystarczyło usiąść, poczytać i wprowadzić w życie. Ot i cała filozofia. Wielkiej inteligencji do tego nie trzeba. Tak więc politycy wykuli, co trzeba, na pamięć, biegiem przejęli media publiczne, wywalili, kogo się dało i zatrudnili „swoich”. I tak, już od prawie dwóch lat widzimy, jak pracownicy telewizji publicznej i mediów prawicowych (nie piszę o nich „dziennikarze”, bo nie zasługują na to miano) wykorzystują techniki manipulacji i perswazji, by ogłupić naród, na ile się da. Popatrzmy, do których najchętniej sięgają…

Kreowanie wroga i wskazywanie kozła ofiarnego to podstawa. Gdy naród się boi, nie zwraca uwagi na istotne problemy. Wpatrzony we władzę wzrokiem skopanego psiaczka oczekuje, że pomoże ona pokonać strach, zapewni bezpieczeństwo, utuli, ukocha i będzie dobrze.

Dzisiejsze „gwiazdy” mediów narodowych oddziaływanie na emocje mają opanowane do perfekcji. Jak łatwo budzić w widzach antypatię do tych, co nie pasują do pisowskiej rzeczywistości. Jak łatwo budzić współczucie i sympatię do skrzywdzonego człowieka, który jest taki, jak wyznawcy partii, która prowadzi naród do odzyskania honoru i godności. Dla dobra Ojczyzny, warto się poświęcić, byle tylko państwo pomogło nieszczęśnikom, pomogło powstać Polsce z kolan, a będzie nam za to dana dozgonna wdzięczność i… taka miła satysfakcja, że pomogliśmy wodzowi i jego kolesiom zwalczyć trudności, które zafundował nam wszystkim i każdemu z osobna poprzedni rząd.

Dezinformacja to nic innego, jak przesłanianie istotnej, choć niewygodnej dla władz, informacji kontrinformacją, która ciekawsza, bardziej „chwytna”, neutralizująca wpływ tej pierwszej. Można jeszcze określoną informację załatwić, wrzucając ją na sam koniec wiadomości, wspominając ją ot tak, mimochodem, dość lekceważąco, co sugeruje, że nie warto sobie nią zawracać głowy, bo ona nic nie znaczy i nie ma żadnego wpływu na fantastyczne funkcjonowanie państwa.

Odwołanie do aspektu narodowościowego też robi swoje. W końcu każdy marzy, by należeć do narodu bohaterów, tego jedynego, wybranego, któremu inne narody do pięt nie dorastają. Dorzucić do tego wątki nacjonalistyczne, wszelkie fobie i już mamy społeczeństwo, stojące przed rządzącymi na dwóch łapkach z wdzięczności wielkiej, bo docenione, zauważone i takie bardzo, bardzo ważne.

Dodajmy do tego takie narzędzia, z których podwładni PiS-u korzystają bez skrupułów, jak wprowadzanie w błąd, wzbudzanie sensacji, przemilczanie, ustawienie informacji w określonej kolejności, mieszanie wiadomości ważnych i nieważnych. Dodajmy do tego manipulację sondą publiczną bezpośrednią lub telefoniczną i już wszystko wiemy. Mamy do czynienia z klasyczną formą przejęcia mediów, które realizują autorytarne zapędy PiS-u i z demokracją nie mają nic wspólnego.

Zapowiadana przez PiS „dekoncentracja” i „repolonizacja” to nic innego, jak uderzenie w wolne media, które bazują na sporym kapitale zagranicznym. Każdy pretekst dobry, by odebrać nam, obywatelom, dostęp do informacji bardziej wiarygodnych, rzetelnych. Jeszcze załatwi nam PiS internet i będziemy jak w klatce, dusić się od agitacji i propagandy aż do mdłości, a władza będzie szczęśliwa przekonana, że przełkniemy każdą papkę, jaką nam podsunie, uwierzymy w nią i staniemy się tacy posłuszni, tacy oddani, tacy „pisowscy”. RATUNKU!!!!!!!

SŁUSZNĄ LINIĘ MA NASZA WŁADZA

Waldemar Mystkowski pisze o Macierewiczu.

Macierewicz w domu latających sztyletów

Nie tylko my mamy kłopot z Antonim Macierewiczem. Kłopot natury – że nazwę na okrętkę i zapytam – „czy jest on ci nasz?” Takie domniemania wynikają nie tylko z publikacji Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”. „Od zawsze”, czyli od 1989 roku jest on „enfant terrible” naszej suwerenności. I zawsze jest gdzieś na horyzoncie. Jeżeli nie w głównym nurcie polityki – jak teraz – to na jej znaczących obrzeżach.

Macierewicz nie jest szczególnie inteligentny, stwarza swój obraz sardonicznie – tak trafnie psychologicznie zidentyfikował go Maciej Maleńczuk. Buduje bowiem swoją postać na zimno, co nie wyklucza, iż ma kłopoty natury tejże psychologii. Kłopoty nie z budowaniem wizerunku, ale kłopoty zakodowane w wizerunku, tj. genetyczne z mentalnością.

Im dłużej się go słucha, im dłużej identyfikuje jego poglądy, tym bardziej natrafia się na nierówności, nielogiczności, które w języku potocznym określane są, jako „nierówności pod sufitem”.

Macierewicza znam „od zawsze”. Najpierw była to lektura jego „Głosu”, którego miałem większość numerów z bezdebitu, a potem kilka razy z nim rozmawiając – zwłaszcza po nieudanej próbie lustracji, gdy rządził Jan Olszewski. W tamtym rozmowach, jak zresztą dzisiaj, Macierewicz sprawia wrażenie piskorza: wymyka się, ucieka, wyślizguje, jest nieprzyjemny w obcowaniu, jest… właśnie nieinteligentny. Nie ma się frajdy, że z kimś interesującym obcujesz, ale z kimś obcym, bardzo ograniczonym, z kimś, kto nie sprawia ci przyjemności, że jest.

I dlatego nie dziwię się, że Macierewicz promuje takich Misiewiczów, Kownackich, Dworczyków. To są ludzie, którzy w sferze publicznej nie powinni zaistnieć, są podrzędni. Nie najlepsze odczucia do Macierewicza mają osoby, które wraz z nim były w opozycyjnym KOR-ze. Był jakby zakamuflowany, zakonspirowany wśród swoich. Nie chcę nadużywać narracji odbrązowiania, ale Macierewicz nie pokazuje się w interesującym, mającym coś do powiedzenia towarzystwie, nie jest obecny w znaczących mediach. Jest obecnym w podrzędności mediów Rydzyka, z całym szacunkiem dla TV Trwam, ale nie jest to telewizja profesjonalna.

Dzisiaj osiągnięcia Macierewicza jako ministra są takie, że znamy je z zerwania kontraktów, z zapewnień zakupów uzbrojenia dla armii, które nie dochodzą do realizacji i z wypowiedzi, które mijają się z sensem, z logiką. Dlaczego jest ministrem? Czy stworzenie mitu smoleńskiego przeciętnego prezydenta jest usprawiedliwieniem dla kariery Macierewicza?

Tomasz Siemoniak – były minister obrony – używa bardzo dynamicznej metafory: – „Czuję się, jak w domu latających sztyletów” – tak nazywa bezpieczeństwo Polski, które ma zapewniać resort obrony. Macierewicz jest niebezpieczny i sytuacje, które stwarza są niebezpieczne. Tak wygląda nasze bezpieczeństwo jako państwa – Polska jest „domem latających sztyletów”. Czy daleko od niej do mniej dynamicznej, ale groźniejszej metafory: „hybrydowej wojny”?

W tej chwili Rosja Putina na Białorusi przeprowadza wielkie manewry Zapad 2017, które mają znaczenie militarne i polityczne. Jaka jest reakcje polskich władz? Jeden z zastępców Macierewicza wyraża obawy, aby wojska rosyjskie po manewrach nie zostały na stałe na Białorusi. Ależ wojska rosyjskie tam od dawna stacjonują.

Nie oskarżam Macierewicz na podstawie poszlak, ale mam wrażenie, że on przeprowadza od początku sprawowania urzędu ministra manewry Wostok 2015-2017, a jak będzie nadal ministrem, będzie to Wostok 2018 itd. I nie są to manewry mające na celu przećwiczenie obrony Polski, tj. bezpieczeństwa w domu latających sztyletów.

W czasie manewrów Zapad 2017 sekretarz obrony USA James Mattis nareszcie zaprosił Macierewicza do siebie. I wcale nie jest to wyróżnienie, jak „sardonicznie” z pewnością oświadczy Macierewicz. Polski minister obrony czekał dwa lata na to wyróżnienie, a będąc w USA nigdy nie dostąpił zaproszenia do Pentagonu – takiego afrontu nie doświadczali wcześniejsi ministrowie. Wspomniany Tomasz Siemoniak za każdym pobytem w USA spotykał się z sekretarzem obrony USA, w kraju zaś o tym nie trąbiono, bo to było oczywiste.

Amerykanie mają wiedzę – i możliwe, że lepszą od nas – kto to zacz ten Macierewicz, niezależnie od tego, co o nim sadzą, muszą się wreszcie spotkać z naszym szefem resortu obrony, bo dzisiaj Polska leży w centrum wschodniej flanki NATO. Amerykanie dwa lata zwlekali z kłopotliwym Macierewiczem, aby spotkać się z nim w swoim pieleszach, które z pewnością nie są domem latających sztyletów.

>>>

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s