Archiwum dla Kwiecień, 2018

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskim slapsticku.

Pisowski slapstick

Moje podniebienie dowcipu ukształtował Mrożek, Woody Allen, Czechow, Brecht. U wczesnego Barei dostrzegałem niedostatki w budżecie na film, a dzisiaj niewystarczająco śmieszy mnie „Ucho prezesa”, w którym dostrzegam niedostatki narracji. Wolę Roberta Górskiego jako kabareciarza, niż narratora. Tak jak wolę genialnego Chaplina z „Gorączki złota”, niż z epoki slapsticku, w której latał po ekranie i zasadzał kopy w zadki żandarmom.

Dzisiaj PiS znajduje się w epoce slapsticku, zasadza kopy we wszelkie zadki i otrzymujemy niedoinwestowanego Bareję, jak w obrazku rodzajowym z pierwszego posiedzenia Krajowej Rady Sądownictwa. Na Twitterze opisał je dziennikarz RMF FM Tomasz Skory po wybraniu przewodniczącego tego ciała. Podaję w zapisie scenopisarskim:

„Przewodniczący Mazur: Czy pan sędzia Mitera wyraża zgodę na kandydowanie?
Wiceprzewodniczący Johann: Chwileczkę. Jeszcze nie zgłosiłem kandydatury…
Wiceprzewodniczący Johann (po wyborze): Maćku, gabinet jest obszerny, ale przetrzyj ten fotel po Żurku…”.

Komentarz Skorego: – „Zaniemówiłem”. Slapstick, a w zasadzie wczesny Bareja. Pocieszające, iż polityka to jednak nie gatunek narracyjny, literacki, nie może ewoluować do epoki udźwiękowionej, panoramicznej. PiS zatrzymał się w slapsticku, w epoce kamienia łupanego i wali nas maczugami.
Czy długo to wytrzymamy, czy żandarm odwróci się i przyłoży pałą kopiącemu go w zadek? Na razie PiS także żandarmerię obsadził swoimi. Tyle ich, bo to farbowane lisy, awansowani przez Błaszczaka bądź Brudzińskiego. Bynajmniej nie fachowcy.

Tak przynajmniej należy ocenić postępowanie policji w Poznaniu wobec Joanny Jaśkowiak i pięciu innych kobiet. Jaśkowiak w ubiegłym roku podczas protestu w Dniu Kobiet powiedziała: – „Od czasu „dobrej zmiany” budzą się we mnie różne uczucia. Najpierw było zdziwienie, później zaskoczenie, oburzenie, złość i wściekłość. Teraz tylko jedno słowo przychodzi mi do głowy – jestem wku******”.

9 miesięcy policja czekała na anonim, który wreszcie się urodził i mogła wezwać Jaśkowiak na przesłuchanie. Jaśkowiak i wspierające ją kobiety teraz staną przed sądem. Wszczęto bowiem postępowanie z art. 141 kodeksu wykroczeń. Za używanie nieprzyzwoitych słów w miejscu publicznym grozi ograniczenie wolności, grzywna do 1500 złotych bądź nagana.

Ponoć policja ma opinię jakiegoś biegłego językoznawcy, wg którego hasło prezentowane przez Jaśkowiak jest wulgaryzmem. Czysty slapstick, gdyż rzeczywisty filolog wyśmieje policję oraz tego „rzeczoznawcę” i wyśle tych przedstawicieli pałki do nauki.

Napisałem o policji „farbowane lisy”, bo to w istocie wysługująca się PiS-owi milicja, jak w PRL-u. Joanna Jaśkowiak to żona prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka, który doznał podobnej „przyjemności” od organów ścigania w dniu, gdy Platforma i Nowoczesna ogłosiły, iż jest ich kandydatem na prezydenta miasta w najbliższych wyborach samorządowych. Do Urzędu Miasta wkroczyła CBA pod jakimś wyssanym z palca podejrzeniem (znowu pewnie jakiś anonim).

PiS posługuje się takimi maczugami, innej polityki nie znają, żyją w epoce kopania po zadkach, choć chcieliby się podszyć pod wyższe cywilizowane formy. Oto Patryk Jaki, kandydat PiS na prezydenta Warszawy, zmienia strategię: podlizywanie się, a nie kopanie w zadek. Chce nabrać warszawiaków, iż jest cacy. Jaki zapowiedział, że jest gotów rozważyć, „żeby wesprzeć taki program in vitro”. Posuwa się jeszcze dalej, stwierdził w Polsacie: – „Rozumiem i wspieram protestujących niepełnosprawnych w Sejmie. Uważam, że mają rację”. Farbowane lisy, milicja, kopanie w zadki – tak wygląda imaginarium pisowskiego slapsticku.

❗️Rząd zmarnował 10 dni i nie pomógł osobom niepełnosprawnym. Jesteśmy gotowi wziąć udział dodatkowym posiedzeniu Sejmu żeby rozwiązać ten kryzys.

Rząd PiS nie potraktował poważnie protestu opiekunów osób niepełnosprawnych. W kampanii wyborczej obiecywali im wszystko. A teraz najpierw próbowali ich zignorować, potem oszukać. Odpowiedzialne są za to wicepremier Szydło i minister Rafalska. PO składa wniosek o ich dymisje.

DZIŚ POWIE WSZYSTKO, ŻEBY WYGRAĆ… Himalaje obłudy.

Reklamy

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Znamienny dzień dla PiS z programem Knot+

Poniedziałek, 23 kwietnia 2018 roku, może uchodzić za dzień znamienny dla władzy PiS. Ekstrakt, esencja kaczyzmu Mateusz Morawiecki, aby wyprzedzić wypadki, zaprezentował napisany na kolanie tzw. projekt ustawy Dostępność+, który miał pierwotnie dotyczyć grupy seniorów, został naprędce poszerzony o niepełnosprawnych. W piątek premier sam się ośmieszył w rozmowach z protestującymi opiekunami niepełnosprawnych i niepełnosprawnymi w Sejmie, a teraz odkuwa się – i jeszcze gorzej ośmiesza.

Morawiecki robi to w swoim niefortunnym stylu – pokraczności. Podczas prezentacji kolejnego Bubla+ jako widzów wziął sobie niepełnosprawnych, ale nie tych protestujących w Sejmie. Podkreślam: tego Bareja i Mrożek by nie wymyślili, a Szekspir w „Komedii omyłek” to cienki Bolek.

PiS niejako powiela PRL, stosuje zasadę zagłuszania. PRL zagłuszał Radio Wolna Europa, PiS zagłusza protesty i nagrody przyznawane sobie niezgodnie z Kodeksem Pracy, a następnie zwracane tam, gdzie nie powinny – Caritasowi. Przecież kiedyś ministrowie PiS będą musieli zwrócić nagrody do budżetu, bo z niego zostały im przelane na konta, a nie z Caritasu.

Jakby tego było mało w kwestii strajku niepełnosprawnych. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński, którego nie wiem jak określać ze względu na jego cechy osobowe – mamrot? niedołęga? – nie wpuszcza do Sejmu fizykoterapeutów i masażystów, którzy nieodpłatnie chcieli pomóc protestującym niepełnosprawnym. Kuchciński nie wyraził zgody i to on w istocie uruchomił projekt dla niepełnosprawnych Chamstwo+, Brak Empatii+. A trzymając się mniemanych wyznawanych wartości przez polityków PiS – program Antychrześcijaństwo+.

Równolegle odbywał się inny spektakl o dalekosiężnym znaczeniu. Mianowicie Donald Tusk zeznawał na procesie Tomasza Arabskiego, oskarżonego o niedopełnienie obowiązków przy organizowaniu lotu Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska. Tusk ośmieszył sam akt oskarżenia, jak i pełnomocników oskarżycieli kilku rodzin ofiar smoleńskich, które są mściwym narzędziem Jarosława Kaczyńskiego. Tusk ten funeralny absurd wywrócił na nice.

Chodzi jednak o coś zupełnie innego. Mianowicie posłuszni prokuratorzy zechcą na podstawie tego materiału skonstruować akt oskarżycielski, aby Tuska ewentualnie wyeliminować z polskiej polityki, gdy skończy mu się kadencja szefa Rady Europejskiej.

Jeszcze przed nami wiele emocji, wcale nie jest łatwo wygrać z pokraczną władzą, gdy ta ma w posiadaniu wszystkie narzędzia polityczne. Choć ta pokraczna autokracja skazana jest na wywrócenie, na zaliczenie gleby, to jednak rekordowo wiele zepsuła w kraju i na naszym obliczu – nie poddaje się. I dalej knoci, jak dzisiaj Morawiecki i Kuchciński. Dzisiaj można nazwać, iż PiS realizował swój program Knot+.

Władza zawarła porozumienie sama ze sobą ws. protestu niepełnosprawnych

Porozumienie zostało podpisane, acz nie z protestującymi, a z wyznaczonymi przez rząd PiS do podpisania.

Nikt już raczej nie wyraża wątpliwości, że z władzą PiS jest coraz ciekawiej. Politycy partii Kaczyńskiego nadają nowe znaczenia powszechnie znanym słowom, w myśl definicji klasyka: „Nikt nam nie powie, że białe jest białe…”

Oto słowo kompromis osiągnęło nowe znaczenie przy okazji protestu w Sejmie opiekunów osób niepełnosprawnych. Władza PiS zawarła porozumienie sama ze sobą, a nie z protestującymi. Gdyby komuniści w sierpniu 1980 roku znali pisowskie możliwości kompromisu, to nie podpisywaliby słynnych porozumień sierpniowych z „Solidarnością”, ale z CRZZ.

Minister Elżbieta Rafalska podpisała porozumienie w sprawie pomocy osobom niepełnosprawnych ze swoim zastępcą. Organizacją działającą na rzecz niepełnosprawnych, która podpisała porozumienie z rządem, jest – ni mniej, ni więcej – Krajowa Rada Konsultacyjna działająca przy – ni mniej, ni więcej – Ministerstwie Rodziny, Pracy i Opieki Społecznej. Proste? Rząd porozumiał się z radą, którą sam wybrał w 2017.

I teraz nikt nie powie nam, że białe jest białe. Porozumienie jest podpisane, acz nie z protestującymi, ale z wyznaczonymi przez rząd do podpisania.

Politycy PiS bali się, aby dostarczyć porozumienie do protestujących, którzy dowiedzieli się, że ktoś inny został wyznaczony przez rząd, aby z nim się porozumieć. Wreszcie poszła rzecznik rządu Joanna Kopcińska i w pisowskim stylu (mordy zdradzieckie, kanalie) nazwała niepełnosprawnych „nieszczęściem”.

To mniej więcej tak, jak mężczyzn o wzroście 160 cm nazywano by kurduplami, karłami, krasnalami. Więc nie dziwmy się, że protestujące matki odpowiedziały rzeczniczce Kopcińskiej, że „nasze dzieci nie są nieszczęściem”, bo miłość nie jest nieszczęściem.

Okazuje się, że PiS jest dobry w dialogu samego ze sobą, a w zasadzie w monologu, gdyż co powie prezes, to wszyscy jego akolici powtarzają. Nie łudzę się, że ten kompromis został wykoncypowany w gabinecie w gmachu przy Nowogrodzkiej. Bo mógł go wymyślić ktoś, kto rodaków nazwał kanaliami, gorszym sortem, mordami zdradzieckimi, a wysłana przez ktosia Kopcińska „nieszczęściem”.

Władza na majówkę, a protestujący do walki o godne życie

Prestidigitatorom od „dobrej zmiany” ktoś śmiał zakłócić dobre samopoczucie.

Gdyby w tych dniach Hubert Urbański w „Milionerach” TVN zadał pytanie uczestnikowi teleturnieju, dlaczego protestujący przed Sejmem domagają się dymisji Krzysztofa Michałkiewicza, mógłby zobaczyć zdziwienie na obliczu pytanego, kto to zacz. Minę godną Andrzeja Dudy.

Kto to jest ten Michałkiewicz? A to gościu, który jest pełnomocnikiem rządu ds. osób niepełnosprawnych. Taki ktoś do Sejmu zamiast teczki powinien chodzić z karimatą, a może nawet mieć spakowany wigwam bezśledziowy i być druhem protestujacych osób niepełnosprawnych i ich matek. Na kuchence spirytusowej przygotowywać im ciepłe posiłki, a samemu gryźć suchary. Znając jednak polityków PiS, należy raczej się zastanawiać, ile dostał Michałkiewicz nagrody od Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego i czy ją zwrócił?

Gdyby nie protestowano w Sejmie, to władza nie zainteresowałaby się niepełnosprawnymi, co potwierdził wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki: – „Myślę z wielkim smutkiem o tym, że ci niepełnosprawni są przez tyle dni w Sejmie i dziwię się, że można tak bardzo nie mieć serca, żeby ich tu tyle trzymać”. Terlecki ma serce, więc by nie pozwolił. Słowa miłości Terleckiego zbyt daleko nie odbiegają od słów innego orła PiS Stanisława Pięty, który uważa, że „Straż Marszałkowska powinna wynieść protestujących i przekazać policji”.

Niepełnosprawni zakłócili PiS-owi rządzenie, które sprowadza się do mniej więcej takich pijarowskich sztuczek: Szydło uroczyście otwiera dawno działające zbiorniki wodne i agencje, Gliński kupuje kolekcje sztuki, które i tak są nasze, fundacja od PR zatrudnia firmę od PR, rząd sam ze sobą podpisuje porozumienie z protestującymi. Logiczne? W tym szaleństwie jest przynajmniej konsekwencja.

Prestidigitatorom od „dobrej zmiany” ktoś śmiał zakłócić dobre samopoczucie. Protestujący w Sejmie odkryli tę metodę rządzenia. Protestująca matka łaskawie potraktowała zapracowaną władzę: – „Mamy propozycję dla polityków PiS, premiera, minister Rafalskiej. Niedługo majówka, także niech spokojnie jadą sobie na majówkę, niech sobie grillują kiełbaski, itd., a my będziemy z naszymi dziećmi walczyć dalej o ich godne życie”.

Wykurzyć i wziąć głodem

To strategia PiS wobec niepełnosprawnych.

Wobec protestu niepełnosprawnych władze PiS stosują uniwersalną wojenną strategię: brania zakładników i głodem. Nie jest to może tak prymitywne, jak podczas wojen średniowiecznych, ale symbolika ta jest łatwa do odczytania, zinterpretowania.

Jeden z najmniej elokwentnych polityków PiS – ani bee, ani mee – marszałek Sejmu Marek Kuchciński zabronił otwierania okien i wychodzenia na spacer protestującym. Podobnie postępowano z okrążonymi, jeżeli to była niewielka twierdza, podpalano, aby wykurzyć wrogów.

Podkomisja ds. osób niepełnosprawnych – obradowała dzisiaj – została przeniesiona do budynku G Sejmu, do którego niepełnosprawni nie mają dostępu. Po to jednak się zebrała, aby ogłosić przerwę w pracach nad projektem dla osób niepełnosprawnych do 17 maja!

To wszak działanie, aby „wziąć głodem”, by niepełnosprawni zostali zapomniani, bo możliwe, że prezes Kaczyński ze swoją nieodłaczną „damą do towarzystwa” Joachimem Brudzińskim uda się śladem Beaty Szydło na spływ flisaków na Dunajcu.

Szydło zaś została tak zmarginalizowana w rządzie PiS, iż zamiast niej, udział w pozorowanym dialogu z niepełnosprawnymi bierze minister Elżbieta Rafalska. Była premier – jak dzień wcześniej Andrzej Duda – zapowiedziała postawienie na posiedzeniu rządu sprawy 2-letniego Brytyjczyka Alfiego Evansa, aby mu pomóc. Ten malec w stanie wegetatywnej śpiączki (ma zniszczone 70 proc. mózgu) decyzją sądu brytyjskiego może być poddany eutanazji.

Internauci wypomnieli Szydło, gdzie ona była, „gdy umierały te dzieci, Anielka, Wojtuś, Ewelinka, bo nie było na leczenie, bo brakło wsparcia Państwa i pieniędzy?”. Apeli o pomoc dla umierających dzieci na Twitterze i Facebooku jest naprawdę sporo i – Polacy się zrzucają, zamiast rządu. Ale w wypadku Szydło i polityków PiS chodzi o zagłuszenie sumienia. Duda przynajmniej ofiarował pomoc modlitwą.

Czy Duda modli się o referendum konstytucyjne? Wątpię. Na jego konwencji konstytucyjnej na Stadionie Narodowym nie zjawił się żaden polityk PiS. Prezes Kaczyński pokazał prezydentowi, gdzie go ma i w jakim poważaniu – w tym samym czasie zaprezentował kandydatów PiS na prezydentów dużych miast.

Duda nawet zaproponował Mateuszowi Morawieckiemu nowy pijarowski program – zamiast „Piątka Morawieckiego” – „Szóstka Morawieckiego”. Chciałby dorzucić premierowi jako szósty temat: pomoc niepełnosprawnym. W wydaniu Dudy jest to akt desperacji, chwyta się wszystkiego, z niepełnosprawnych robiąc zakładników, bo prezes w ogóle go nie słucha.

Jak Duda będzie dalej się upierał z referendum konstytucyjnym, to Kaczyński może go postraszyć Trybunałem Stanu, jeszcze zanim to zrobi opozycja, bo ta musi odzyskać władzę.

6 zaległych tekstów Waldemara Mystkowskiego.

Drżenie łydek Kaczyńskiego i Morawieckiego na Konwencji PiS

Konwencja PiS pokazała kogo partia Kaczyńskiego naprawdę się boi, acz służyła głównie hasłu: „I żeby nam znowu wzrosło…” Wcale nie jest ona przełomowa dla partii Jarosława Kaczyńskiego – jak bogobojnie analizują komentatorzy, a Mateusz Morawiecki nie jest żadnym trybunem.

Przede wszystkim to kontynuacja retoryki typowej dla PiS oraz wycofywanie się rakiem z niektórych form pokuty. No i co jest znamieniem tej partii, jej signum temporis, stygmatem – kolejne populistyczne obietnice, aby kupić elektorat i zamienić go w ciemny lud.

Bohater konwencji PiS został na samym początku określony poprzez klasyczną narrację trzecioosobową: on, Donald Tusk powiedział to i tamto… Puszczono spot z byłym premierem i obecnie piastującym najwyższy urząd w Unii Europejskiej – szefa Rady Europejskiej.

Tuska nie ma w Polsce trzy lata, a Kaczyńskiemu i jego kompanom ciągle drżą łydki, dygotu dostali po ostatnich sondażach, w których opozycja (Koalicja Obywatelska: PO i Nowoczesna) wygrywa z PiS, a Tusk z Andrzejem Dudą. Prezes PiS w przemówieniu odkopywał w swojej pamięci brata Lecha, który onegdaj wygrał wybory prezydenckie.

Kaczyński rakiem wycofuje się z oddaniem nagród, którymi ministrowie i wiceministrowie zostali obdarowani, niczym feudalni władcy. Takim oto ezopowym językiem zakomunikował prezes PiS: „Będą zwrócone nagrody choć być może przyjmiemy nieco inną formułę – nie co do zwrotu, tylko do celów tego zwrotu”.

Morawiecki nie jest żadnym trybunem, ale co najwyżej grafomanem, populistą i takim sobie krętaczem. Widać, iż dobra retoryka jest mu obca, bo nie zajechałby taką oto grafomanią: „Wcześniej rządzili ci, którzy mieli kamień zamiast serca dla polskich przedsiębiorców”. W tym zdaniu są wszystkie kompleksy PiS i garb tej partii. A jeżeli sobie uświadomimy, iż powiedział to były członek Rady Gospodarczej przy premierze Tusku, to tylko możemy popatrzeć na Morawieckiego, jak na postać wyjętą z groteski.

Morawiecki zarysował program na czas kampanii wyborczej (pięć propozycji, które opatrzone są hasztagiem #PiatkaMorawieckiego) sprowadza się do przekupywania wyborców za nasze pieniądze. Odbić się to musi na podatkach, bo takie rozdawanie kasy jest zabieraniem pieniędzy z kieszeni innych podatników. Na Twitterze dziennikarze komentują: Kogo oni chcą okraść? Czy ktoś oszalał? Skąd ma pochodzić ta kasa?

W PiS zatem nic się nie zmienia, ten sam populistyczny towar z przeformatowanymi hasłami i wskazaniem wroga: Tuska i opozycję, która nie chce siedzieć cicho. PiS dalej więc będzie się sypał, bo drżenia łydek nie da się zagadać.

Politycy nie radzą sobie z naziolami

Nacjonaliści rozpełzli się po kraju, wcale nie będzie tak łatwo ich zmarginalizować, powstrzymać ten społeczny nowotwór, który osiągnął stan chorobowych przerzutów. Na pewno nie poradzi sobie PiS, który po cichu wspiera nacjonalistów, narodowców, czy też quasi-faszystów.

Jak to się stało, że Obóz Narodowo-Radykalny urządza zjazd w kolebce wolności, w sali BHP Stoczni Gdańskiej? Zaś ulicami Gdańska triumfalnie maszeruje ze swoimi flagami i to pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców? W międzywojennej Polsce sanacyjnej ONR po założeniu w 1934 roku został niemal natychmiast zdelegalizowany.

Naziole w Stoczni Gdańskiej to uderzenie w twarz tym wszystkim strajkującym, którzy wywalczyli wolność. Jak musi czuć się Lech Wałęsa, który domaga się zdelegalizowania ONR? W innym symbolicznym miejscu na Jasnej Górze zorganizowano święto nacjonalizmu w ramach Pielgrzymki Środowisk Narodowych.

Jasnogórski klasztor został spowity dymem z pochodni, a ksiądz Roman Kneblewski z Bydgoszczy w kazaniu deklaruje wbrew Ewangelii: „Kocham szczególnie mój naród, więc jestem polskim nacjonalistą”. Jasna Góra stała się duchową stolicą kiboli i brunatnych. Tuż przed pielgrzymką inni nacjonaliści z Młodzieży Wszechpolskiej mieli zjazd w podczęstochowskim Kłobucku.

PiS toleruje nacjonalizm, zaś Kościół katolicki przytula ich w ramach miłosierdzia, że „Kościół jest dla wszystkich”. Polska brunatnieje, faszyzm podnosi łeb. Upadają symbole, jak sala BHP – od „Solidarności” do ONR. Tak nam pokracznieje Polska w czasie podłej „dobrej zmiany”. Na polityków nie można liczyć, aby rozprawili się z problemem nazistowskim, ten obowiązek spada na społeczeństwo obywatelskie.

Polactwo antysemickie w wydaniu Ziemkiewiczów i Kurków

Za sprawą podobnych ludzi i polityków PiS reaktywowane jest na świecie nazywanie Polaków – Polaczkami.

Antysemityzm w czasie rządów PiS „musiał” odżyć. Kiedyś antysemityzm był wdrukowany w polski prawicowy genom polityczny. Wydawało się, że osiągnął agonię w marcu 1968 roku, bo praktycznie Polska pozostała krajem bez Żydów, niemal homogeniczna rasowo i wyznaniowo. Niestety, PiS odgrzał politykę historyczną, która w wydaniu tej partii jest zakłamana, jak jej prezes. Nikt nie powie Polakom, że białe jest białe, bo ten naród jest cacy.

Kaczyński i PiS kultywują naszą podrzędność, nie stać ich, aby stanąć w prawdzie, iż Polacy dopuszczali się zbrodni wobec swoich sąsiadów. Antysemityzm dzisiejszy jest pochodną ogólnej sytuacji kraju. Wszystko się sypie, nasza reputacja, demokracja, instytucje państwa. Ciężko to odchorujemy, acz z tego wyjdziemy. Z jakimi stratami? Będą mniejsze, im szybciej PiS oderwiemy od koryta plus.

Centrum Kantora przy Uniwersytecie w Tel Awiwie opublikowało doroczny raport o antysemityzmie, w którym wymieniane są wypowiedzi dziennikarzy i celebrytów politycznych, acz w wydaniu prawicy nie wiadomo, kto jest dziennikarzem, a kto celebrytą.

Jako antysemita jest wymieniony Rafał Ziemkiewicz. Kto to zacz? – przecież nie dziennikarz, wszak ten zawód nie polega na pluciu słowem jak jadem. Ziemkiewicz zresztą cieszy się z tego, obecność „na liście antysemitów uważam za zawodowy sukces”.

Tenże sam Ziemkiewicz jednego z autorów, sporządzających raport z polskiej strony prof. Rafała Pankowskiego, nazywa kapusiem. Przypomnijmy, iż kilka dni temu Stanisław Skarżyński nie zgodził się zasiadać w studiu RDC wspólnie z Ziemkiewiczem z powodu jego wypowiedzi o Żydach jako „parchach”.

Obok Ziemkiewicza w raporcie wymieniony jest jego kolega z anteny TVP, z programu „W tyle wizji” Marcin Wolski. Jest także stały bywalec wszelkich raportów o antysemitach w Polsce Stanisław Michalkiewicz, ponadto są prof. Jerzy Nowak i były ksiądz Jacek Międlar. Jest debiutantka Magdalena Ogórek oraz dr Ewa Kurek.

Ta ostatnia postać pozostaje symptomatyczna dla PiS, jest niejako wzorcem zakłamania obecnej władzy. Mianowicie dr Kurek miała kilka dni temu w Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku odebrać Nagrodę im. Jana Karskiego (wielkiego Polaka, który zawiadomił aliantów o obozach koncentracyjnych na terenie Polski w czasie II wojny). „Uczona” Kurek twierdzi, że Żydzi sami tworzyli getta i się w nich bawili.

Takie rozpełzło nam się polactwo antysemickie po kraju w wydaniu Ziemkiewiczów i Kurków, przynosi nam wstyd, hańbi imię Polaka. Za sprawą podobnych ludzi i polityków PiS reaktywowane jest na świecie nazywanie Polaków – Polaczkami. Tak bezczeszczona jest praca wszystkich Polaków po 1989 roku. Spychają nas w podrzędność, w bylejakość, w kołtuństwo.

Demokracja nie jest dana raz na zawsze

Europoseł PO Michał Boni odniósł ogromny sukces w Parlamencie Europejskim. Był głównym sprawozdawcą rezolucji, która została dzisiaj przyjęta, wzywającej do utworzenia Europejskiego Instrumentu Wartości (EIW) – nowego mechanizmu finansowania organizacji społeczeństwa obywatelskiego.

Istota tego przedsięwzięcia to wspieranie poprzez granty organizacji pozarządowych, walczących o takie wartości europejskie i standardy zachodniej cywilizacji, jak demokracja, praworządność czy prawa podstawowe. Rezolucja wzywa Komisję Europejską do wygospodarowania na ten cel w najbliższej 7-letniej perspektywie budżetowej po roku 2020 – 1,3 mld euro.

Komisja Europejska już w maju przedstawi projekt europejskiego budżetu i przekonamy się, czy środki na ten cel zostaną wygospodarowane. Dotychczas Unia Europejska nie wypracowała takiego mechanizmu wsparcia organizacji pozarządowych na swoim terenie, bo możliwe, że tego nie potrzebowała, acz wspierała organizacje krajów trzecich.

Dzisiaj jest szczególna potrzeba, bo takie kraje jak Polska czy też Węgry doznają uszczerbku na demokracji. Jeżeli ten mechanizm zostanie przyjęty, można być pewnym, iż z tego źródła nie dostaną wsparcia finansowego takie szemrane przybudówki partyjne, jak pana Jarosława Gowina ani organizacje Tadeusza Rydzyka, któremu z wartości chrześcijańskich najbardziej na sercu leży numer konta bankowego, zna je na pamięć, nie musi – jak wszystko inne – czytać z kartki.

W rezolucji nacisk położono na pomoc dla organizacji działających na poziomie lokalnym i krajowym, w których według Boniego „demokracja napotyka na poważne wyzwania”. Och, znamy to z naszego polskiego podwórka coraz bardziej zabagnionego.

Podczas debaty w PE komisarz ds. sprawiedliwości, spraw konsumenckich i równości płci Vera Jourova bardzo przychylnie odniosła się do tej inicjatywy, a sam europoseł sprawozdawca Boni dał godną retoryczną wykładnię: – „Demokracja nie jest dana raz na zawsze, dlatego trzeba ją aktywnie pielęgnować i chronić. Najbardziej kompetentnym aktorem do tego zadania jest społeczeństwo obywatelskie, więc Unia powinna w nie inwestować”.

Nie będzie PiS brakiem demokracji pluł nam w twarz. Obronimy ją przed zakusami autokratów na taboretach i innych drabinkach z Tesco na Krakowskim Przedmieściu bądź przed pomnikiem Schodów do Nikąd na placu Piłsudskiego.

Polskie organizacje pozarządowe potrzebują takiego wsparcia jak tlenu. To kolejny przykład troski o polskie sprawy i polskie organizacje ze strony europosła z PO.

Kartoflanka PiS dla niepełnosprawnych

Andrzej Duda przyjechał do protestujących w Sejmie rodziców osób niepełnosprawnych z jednym pijarowskim celem, przez siebie wyartykułowanym: – „Jeśli protestujący w Sejmie rodzice chcą wrócić do domu, mogą spokojnie wrócić. Będę się ich sprawą zajmował, dopóki nie będzie załatwiona”. Czyli wyprowadzić rodziców, aby dali święty spokój władzy PiS.

Duda przyjechał, aby protestujących wyprowadzić w pole. Prezydent usłyszał Iwonę Hartwich z Komitetu Protestacyjnego Rodziców Osób Niepełnosprawnych: – „Panie prezydencie, czy 900 zł w portfelu takiej osoby, czyli 150 zł zasiłku rehabilitacyjnego, które jest od 13 lat i renta socjalna tak naprawdę głodowa, która wynosi 744 zł ma wystarczyć na godne życie takich osób”.

Na poparcie słów matki usłyszał siebie z filmiku z kampanii prezydenckiej, gdy mówił, że spotkał się z matkami osób niepełnosprawnych i od nich „usłyszał kilka niezwykle bolesnych zdań o tym, jak się im w Polsce żyje, o tym, że musiały protestować”. Ten filmik spokojnie można zatytułować: „Tak wygląda i mówi hipokryta”. Duda miał się więc z pyszna, po czym wziął nogi za pas.

Następnie zajął głos premier Mateusz Morawiecki, który zaczyna być całkiem sprawny w pisowskie klocki. Jeszcze nie przebrzmiała jego „piątka Morawieckiego” z konwencji PiS, którą całkiem trafnie nazwał Jacek Rostowski „zupą nic”, a ja szukam innych dietetycznych odpowiedników – zupą na gwoździu, z chaplinowska zupą z sznurowadła albo po naszemu: kartoflanką.

Morawiecki poszedł wypróbowaną ścieżką. Najpierw ogłosił chęć zmiany Konstytucji (curiosum) i daninę solidarnościową, która polega na tym, że ci, co mają dadzą tym, co potrzebują. Czyli chce opodatkować Polaków – nadużywając ważnego słowa „solidarność” – na rzecz rodziców osób niepełnosprawnych, aby „najlepiej zarabiający mogli w niewielkim stopniu zostać opodatkowani po to, żeby złożyć się na tych najbardziej potrzebujących”. Miłosierdzie polegające na sięgnięciu do kieszeni innych, aby ogłosić, jacy to są chrześcijańscy, empatyczni koniecznie z plusem. Łaska+. A w istocie to Złodziejstwo+.

Najpierw pomyślałem, że nagrody ministrów, wiceministrów, działaczy PiS, prezesa Kaczyńskiego (ochrona jego kosztuje ok. 1,5 mln zł) przetransferują ze swoich kont na potrzeby niepełnosprawnych. Lecz cyknąłem się, przecież kradną nam demokrację, to dlaczego swoje łapska nie mieliby wsadzić do cudzych kieszeni.

Jeszcze istnieje możliwość, iż Czartoryscy przypomną sobie, że ich ród był arystokratycznie szlachetny i odeślą z Liechtensteinu podarowane im przez wicepremiera Piotra Glińskiego 100 mln euro, albo – nowa szykuje się afera – wycofane zostanie 28 mln zł, które ludzie Macierewicza z Polskiej Grupy Zbrojeniowej wytransferowali na lobbing do szemranej firmy w USA (pisze o tym „Daily Beast”).

Można też zadać sobie pytanie, czy w finansach państwa zdarzyła się jakaś katastrofa? Jeszcze tydzień temu Morawiecki mówił o obniżeniu niektórych podatków, a teraz chce wprowadzić nowy.

Morawiecki i minister Rafalska też mają jeden cel – wyprowadzić w pole protestujących. Proponują przygotowanie stosownego projektu ustawy do połowy maja, bo nie chcą pisać go „na kolanie”. A jak pisane były ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, ustawy sądowe i o IPN? Hę?

Ale protestujący nie godzą się na tę kartoflankę PiS. Na razie. Wszak PiS w te klocki jest biegłe, wyprowadzili w pole i złamali lekarzy rezydentów.

Beata Szydło może wstać z kolan

Po kilkumiesięcznym zamroczeniu Beata Szydło powstaje z kolan, jej następca Mateusz Morawiecki spektakularnie fajtnął w Sejmie w rozmowach z protestującymi rodzicami niepełnosprawnych dzieci. Morawiecki zaliczył efektownie dechy, mimo że zagalopował się ze zmianą konstytucji i gołoceniem kieszeni bogatszych Polaków, aby omamić niepełnosprawnych w swoim populistycznym stylu.

Szydło wie, iż Jarosław Kaczyński to strachliwy gościu, zacznie PiS-owi obsuwać się w sondażach, więc może chcieć wymienić Morawieckiego. Na kogo? Na sprawdzoną Beatą, co to jej „się należy”.

Szydło sprawę niepełnosprawnych dzieci bierze na swoje piersi. W RM FM powiedziała: „W tej chwili trwają prace w ministerstwie rodziny nad ustawą, o której mówił pan premier, która ma pomóc rodzicom i ich dzieciom„.

Wyręcza zatem Morawieckiego, który przegrał w rozmowach z potrzebującymi rodzicami niepełnosprawnych dzieci. Szydło nawet poleciała ulubionym językiem prezesa, który lubi używać fraz „patrioty” Edwarda Gierka: „ufajcie, uwierzcie”. Szydło: „Jeżeli mogłabym poprosić rodziców, którzy są w tej chwili w Sejmie, żeby jednak uwierzyli panu premierowi, pani minister Rafalskiej„.

W PiS trwa wojna podjazdowa, jest więc szansa dla Szydło, aby powróciła do łask Kaczyńskiego. Jeden, dwa sondażyki z obsuwą i była premier może powrócić na tapetę w gmachu przy Nowogrodzkiej. Szydło nawet przypomniała prezesowi swój sukces z Brukseli 1:27, o Donaldzie Tusku powiedziała: „Słyszałam, że podobno sam rozpowiada różne rzeczy w Brukseli„.

Nie jest to logiczny język polski, ale Szydło nigdy nie była orlicą retoryki. Do tego wstająca z kolan Szydło nie dba o takie szczegóły. Wszak to nie Wersal, jest szansa, że dowali nowemu faworytowi prezesa, a ten przypomni sobie o niej.

Chciałoby się zakrzyczeć tej walce buldogów pod dywanem: „Beata, wal Mateusza wałkiem, temu populiście się należy„.

Dzisiaj urodziny Donalda Tuska.

3 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Przed Smoleńskiem i po Smoleńsku głupi

Politycy PiS z tragedii zrobili oręż polityczny, który przyniósł im wymierne korzyści – dla Polski raczej wątpliwe.

8 lat minęło od katastrofy smoleńskiej. Wydawałoby się, że to zdarzenie powinno przejść do historii – z pełnym sztafażem, które ofiarom się należy albo nie należy. Przede wszystkim powinno dojść do narodowej refleksji – w wyniku debaty, mądrych książek – aby tragedia nie poszła na marne.

Czy państwo zdało egzamin z tej historii i czy my obywatele zdaliśmy? Państwo zdaje egzamin, badając przyczyny tragedii i wdrażając wnioski właściwych organów, aby do takiego zdarzenia nie doszło. Gdyby Katyń i Smoleńsk znajdowały się na terenie Polski, Tupolew też by się rozbił. Nie wchodzi w rachubę żadna ingerencja zewnętrzna, żadne wybuchy. Dzisiaj takie rzeczy są nie do ukrycia. Nie dotrzymano procedur bezpieczeństwa, a piloci byli niejako zmuszeni do szarży ułańskiej. Samosierrą były warunki pogodowe, fatalny stan lotniska, żaden Kozietulski z tego nie wyszedł cało.

I można byłoby na tym poprzestać. Jakiś pomnik na uboczu, coroczny lament wpisany w kalendarz uroczystości państwowych, bo przecież nie wystawia się pomników chwały i łuków triumfalnych tym, którzy nie wygrali, nie osiągnęli sukcesu.

Stało się inaczej, bo politycy z tragedii zrobili oręż polityczny, który przyniósł im wymierne korzyści, dla Polski raczej wątpliwe. Nie wydaje mi się, żeby z tego powodu naród był trwale podzielony, wystarczy, że Jarosław Kaczyński odejdzie z polityki, a wrócimy do względnie zdrowej normy. Będzie sporo do naprawiania, ale… damy radę.

Mogę tylko naigrywać się z groteskowych zachowań dzisiejszych władców i podejrzewać, że nie wiedzą, co czynią, a dokładnie: co mówią. Naprawdę mogą nie mieć wyczucia, miary, bo działa na nich ciśnienie polityczne i dbałość o kariery osobiste, polityczne.

Cóż znaczą słowa Kaczyńskiego: – „Nie lękajcie się”? To tylko farsa w ustach tego, który chodzi w obstawie, a do wielkości Jana Pawła II nigdy nie podskoczy. Albo stwierdzenie Andrzeja Dudy, że „ich śmierć przyniosła jeszcze jeden element wspólny – pamięć o nich”. Autorzy „Ucha prezesa” nie muszą wszystkich dialogów pisać, Adrian wykonuje ich pracę za friko. Nie zawiódł też Mateusz Morawiecki z refleksją: – „10 kwietnia na zawsze pozostanie dniem zadumy nad polskim losem”.

Ten los sami sobie fundujemy i jest to tupolewizm, który dawno, dawno temu sformułował Jan Kochanowski, że Polak „przed szkodą i po szkodzie głupi”. Szczególnie ta głupota dotyczy polityków, którzy jak wyżej cytowani wciskają nam kit retoryczny. To oni przed katastrofą smoleńską i po katastrofie są głupi.

TO JUŻ KONIEC DOJNEJ ZMIANY. POLACY IM TEGO NIE WYBACZĄ I NIE ZAPOMNĄ.

Czy PiS ukrywa przed swoim elektoratem to, że jednak przyjęto w Polsce uchodźców?

Pierwszy o tym doniósł Leszek Miller, który podzielił się na Twitterze lekturą francuskiego „Le Figaro”. – „Minister Czaputowicz w „Le Figaro”: „Przyjęliśmy 2700 migrantów przysłanych przez Europę Zachodnią, ale oni nie chcą zostać w Polsce, gdzie stopa życiowa jest zbyt niska”.

Dlaczego te fakty nie są upublicznione? Czyżby szef MSZ znowu powiedział coś za dużo?”. Rozmowa z szefem polskiej dyplomacji Jackiem Czaputowiczem ukazała się 5 kwietnia. Zatem dlaczego tak długo nie była dostępna polskiej opinii publicznej? Choć to tylko niedługa fraza o imigrantach, powoduje zgrzyt z powodu niespójności logicznej.

Relokacji 2700 uchodźców nie można ukryć ot tak sobie, aby dziennikarze nie wywęszyli. Jakiś podmiot tym się zajmujący przesłał ich z Unii Europejskiej i ktoś ze strony polskiej przyjął, zajmują się tym duże organizacje.

Niepokoi fraza „oni nie chcą zostać w Polsce, gdzie stopa życiowa jest zbyt niska”. Czyli jakiś czas minął od relokacji, aby uchodźcy mogli przekonać się, jak jest w Polsce. No i z jakich to przybyli obszarów „bogactwa” Bliskiego Wschodu i Afryki, iż w Polsce jest dla nich „stopa życiowa zbyt niska”? Wszak uciekali przed głodem i wojną.

Taka sama argumentacja jakiś czas temu padała ze strony Beaty Szydło o uchodźcach uciekających z Polski. Ponadto z wywodu Czaputowicza można wysnuć wniosek, że jednak nie ma w Polsce uchodźców, bo… uciekli. A zatem trudno sprawdzić, czy byli, bo ich nie ma. Nie zachował się żaden dokument, do którego można odesłać?

Coś mi ten chrześcijański akt strzelisty o uchodźcach zajeżdża pisowskim szwindlem naprędce skleconym. Bo instytucje Unii Europejskiej wyciągną odpowiednie wnioski z braku solidarności władzy PiS w kwestii uchodźców. Czaputowicz zastosował manewr węgierski, w połowie stycznia Viktor Orban „pochwalił się”, że przyjął 1,3 tys. uchodźców z Syrii, Afganistanu i Iraku. A że Polska jest większa od kraju swoich bratanków, Czaputowicz zastosował algorytm „Orban razy dwa z hakiem” i wyszło mu 2,7 tys.

Jak zareaguje na to elektorat PiS, któremu fundnięto 2,7 tys. potencjalnych terrorystów? Na szczęście terroryści in spe zbiegli z Polski na Zachód, gdzie będą terroryzować „wyższą stopę życiową”.

Władze PiS nie będą mogły liczyć na veto Węgier

Może trzeba przeprosić się z Mateuszem Morawieckim. Otóż 16 lutego obecnego roku był łaskaw powiedzieć dla popularnego niemieckiego portalu n-tv.de o Węgrzech, „gdzie wszędzie jest pełno korupcji”. Gwoli sprawiedliwości podobną korupcję dostrzegł w Bułgarii, Rumunii i w Czechach.

Ależ ze mnie gapa. Byłem sfrustrowany zdjęciami wierchuszki PiS z pobytu na Węgrzech, na które Morawiecki z Jarosławem Kaczyńskim pojechali, aby odsłonić pomnik smoleński w Budapeszcie, a Viktor Orban – czyżby z zemsty za wypowiedź dla Niemców? – posadził premiera rządu polskiego na konferencji prasowej w rogu stołu, jak niesfornego uczniaka, niczym w oślej ławce.

Morawiecki, nazywając Węgry skorumpowanym krajem nie pomylił się, bowiem Parlament Europejski przedstawił raport, w którym zaleca organom Unii Europejskiej odebranie Węgrom głosu w Radzie Europejskiej i uruchomienie procedur, wypływających ze słynnego artykułu 7. Traktatu o UE, co grozi sankcjami finansowymi.

Węgrom zarzuca się naruszenie wartości demokratycznych (odwrót od standardów demokratycznych) i pogwałcenie prawa. – „Czas na wydawanie ostrzeżeń minął”– powiedziała sprawozdawczyni Parlamentu Europejskiego Judith Sargentini, przedstawiając 26-stronicowy raport.

Orban z Kaczyńskim mogą zakrzyknąć: „Brawo my!”. Przeciwko Polsce w ubiegłym roku uruchomiony został artykuł 7, zwany też opcją atomową. Wreszcie Węgry dołączyć mogą do Polski PiS. Decyzję ostateczną w sprawie Węgier PE podejmie we wrześniu.

Jeżeli tak się stanie, to PiS może być w kropce, gdyż liczyli na veto Węgier w sprawie sankcji. Czyli może być tak, że Węgry stracą prawo veta wobec Polski, jako same oskarżone.

Oskarżone kraje, „gdzie wszędzie jest pełno korupcji”, nie będą mogły chronić siebie nawzajem. Przecież w prawie tak jest, że przestępca za drugiego przestępcę nie może wnieść poręczenia.

Zbigniew Herbert

4 teksty Waldemara Mystkowskiego.

„Ludzki pan” Kaczyński

Prezes PiS uderza przede wszystkim w opozycję, zmniejszając pensje parlamentarzystom oraz w samorządowców.

Jarosław Kaczyński zdecydował, iż za ujawnienie ogromnych nagród przyznanych ministrom i wiceministrom rządu PiS koszta w pierwszym rzędzie poniosą posłowie i senatorowie Platformy Obywatelskiej, bo prezes uznał, że o 20 proc. zmniejsza im pensje poselskie.

Wg prezesa, Krzysztof Brejza z PO musi czuć przy potylicy przystawioną lufę, gdy zapyta o nagrody dla ministrów, albo nie daj boże, ile kosztuje ochrona Kaczyńskiego. Grozi to dalszym obniżeniem pensji Brejzie i jego kolegom. Można też orzec, że prezes to „ludzki pan”, wszak zostawia 80 proc. uposażenia, a mógłby zabrać wszystko i powiedzieć: pieniądze nie są najważniejsze, warto pracować dla idei, a taką jest służba Polsce (tak przekonywał Stanisław Karczewski lekarzy rezydentów).

Parlamentarzyści opozycji zostali zatem ukarani, bo posłowie i senatorowie PiS odbiją sobie w rozlicznych synekurach, w radach nadzorczych państwowych spółek.

Dlaczego nie zostali pokarani ministrowie i wiceministrowie pisowskiego rządu? Bo choć nagrody muszą oddać, to Kaczyński nie zmniejszył im pensji o 20 proc., a to oni są winni, iż przyznawali sobie ogromne premie. I jakiej wysokości muszą oddać nagrody? Te, które zostały ujawnione, czy wszystkie nagrody, w tym jeszcze nieujawnione. Proces odtajniania dodatkowych apanaży był rozwojowy, nie wszystko dotarło do opinii publicznej.

Chyba już nikogo nie dziwi, że poinformował o tym szeregowy poseł, a nie premier rządu albo prezydent. Jak zatem zostanie prawnie usankcjonowana degradacja dochodów parlamentarzystów? Przez dekret prezydenta czy przez sejmową ustawę? Przy okazji można sobie wyobrazić wyrazy twarzy posłów, gdy będą procedować i głosować za zmniejszeniem swoich apanaży.

Czy dojdzie do paradoksalnej sytuacji, iż w MOPS-ach zjawią się politycy pokroju Gowina, który przyznawał, że mu nie starczało do pierwszego, do sytuacji godnej Barei, w której posłowie będą korzystać z socjału dla bezrobotnych, bo im nie starcza?

Piszę, że Kaczyński zarządził oddanie nagród przez rząd PiS, ale to nie jest prawdą w świetle jego słów: – „Ministrowie sami podjęli tę decyzję, dzisiaj było takie spotkanie. Nikt nie protestował”.

Co zatem z byłą premier Beatą Szydło, która w emocjonalnym sejmowym wystąpieniu stwierdziła, że „się należało”. Dostała od prezesa na taką mowę pozwolenie, aby „pokazać pazurki”. Prezes powiedział, że o pazurkach nie mówił. Czy to znaczy, że Beata Szydło zostanie zdymisjonowana z funkcji wicepremiera?

Zdaje się, że mamy takie wzmożenie taniego dziadowskiego państwa z powodu wewnętrznych sondaży, zleconych przez PiS po świątecznych rozmowach Polaków przy stole wielkanocnym. Słupki poparcia muszą wyglądać źle, skoro dochodzi do takich akrobacji prezesa z nagrodami.

„Ludzki pan” orzekł, aby przekazać premie na cele charytatywne dla Caritas, a nie Lux Veritatis, acz może jeszcze dojść do zmiany w kwestii stowarzyszenia i fundacji, której zwrot się należy, bo drugi naczelnik państwa Tadeusz Rydzyk nie wypowiedział jeszcze swojego zdania.

Nowi komuniści spotkali się w Budapeszcie

W Budapeszcie spotkali się dzisiaj dwaj bohaterowi z okładki najnowszego magazynu „Politico Europe” Viktor Orban i Jarosław Kaczyński. Ten ostatni przywiózł ze sobą Mateusza Morawieckiego, premiera polskiego rządu. W narracji jednego z najważniejszych magazynów politycznych dwaj bohaterowie nazywani są nowymi komunistami. Brakowało trzeciego podobnego do nich – Władimira Putina, ale to Orban do niego jeździ, jak Kaczyński do Budapesztu. Jeszcze prezes PiS nie jeździ na Kreml, ale gdyby historia miała się toczyć, jak się toczy, to i tego dostąpimy.

Kaczyński pojechał do Budapesztu w celach hołdowniczych, jakbyśmy mieli do czynienia z dawno minionymi Austro-Węgrami. Do takiego dochodzi anachronizmu. Na przedmieściach Budapesztu (8 km od centrum) odsłonięto pomnik smoleński z płaskorzeźbą Lecha Kaczyńskiego. Zacytuję dramatyczne głosy trzech uczestników uroczystości (dramatis personae), które brzmią jak farsa (do tego sprowadza się katastrofa smoleńska).

Nowy komunista I (Jarosław Kaczyński): – „To, co dzieje się na Węgrzech i w Polsce nie jest wymierzone przeciwko Europie, ale wskazuje jej inną drogę. Choć ta droga jest trudna, to idziemy nią i umacniając naszą przyjaźń, choćby przez budowę tego pomnika, idziemy tą drogą”.

Didaskalia: Ależ zaleciało Krakowskim Przedmieściem.

Nowy komunista I (dalej): – „Za dwa dni to wy będziecie decydować o drodze wolności, nie tylko w skali Węgier, ale i Europy, i świata”.

Nowy komunista II (Viktor Orban): – „Kiedy Polska jest atakowana, to atakowana jest Europa Środkowa, atakowane są też wtedy Węgry”.

Didaskalia: Na Węgrzech w niedzielę odbędą się wybory. Wg komunisty Kaczyńskiego będzie się decydować podczas nich historia Europy i świata. Zaś ataki na Polskę i Węgry idą ze strony… Brukseli. Taka retoryka jest godna jakiejś remizy spod Rzeszowa, a nie polityka, który się mieni nieformalnym naczelnikiem dużego i dumnego narodu europejskiego.

Odezwał się też pomagier nowego komunisty I Mateusz Morawiecki, ten odleciał, jak mówi się kolokwialnie „od czapy”: – „Nie można zrozumieć współczesnej historii Polski bez zrozumienia tej straszliwej katastrofy, jaką była katastrofa smoleńska”. Lech Kaczyński został wyżyłowany politycznie przez brata na wszelkie możliwe sposoby i kiedyś w politologii ten niechlubny epizod z naszej historii będzie analizowany pod kątem, jak uprawia się politykę funeralną.

Spointuję powyższe satyryczne wypowiedzi innym politykiem tego samego obozu, szefem Gabinetu Prezydenta Krzysztofem Szczerskim. Zapytano go w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”, dlaczego Donald Trump nie chce spotkać się z Dudą, Szczerski odpowiedział: – „Trump chce się spotkać z Dudą, ale panowie mają zbyt zajęte kalendarze”. I to jest… zupełnie od czapy.

Jest wyjście – oficjalny spis zajęć Trumpa jest powszechnie znany, codziennie od godziny 8 do 11 tweetuje albo ogląda telewizję. Gdyby Duda się postarał (przesunięcie czasowo na Wschodnim Wybrzeżu USA wynosi – 6-7 godzin – w stosunku do czasu środkowoeuropejskiego), to od godziny 1 do 3 w nocy zamiast tweetować z jakimś Ruchadełkiem leśnym, mógłby poćwierkać z Trumpem.

Tak wygląda polska polityka… od czapy.

Panikujący Kaczyński brzytwy się chwyta

Gdy Roman Giertych przestał być politykiem, stał się porządnym adwokatem i przede wszystkim dowcipnym oraz trafnie prognozującym komentatorem. Ponadto znajomość rządzenia Jarosława Kaczyńskiego otworzyła mu oczy na cechy tego człowieka. Giertych podczas rządów PiS-LPR-Samoobrona siadał obok Kaczyńskiego i okupował róg stołu, tak jak dzisiaj sadzany w rogu stołu jest Mateusz Morawiecki. Zdjęcie z Budapesztu, na którym Viktor Orban i Kaczyński siedzą centralnie do dziennikarzy, a w rogu stołu siedzi z miną zbitego psa Morawiecki, wszak szef rządu polskiego, robi wstrząsające wrażenie, wyraża, ileż złego się dzieje z naszą sferą publiczną.

Giertych uważa (na Facebooku pisze), że Kaczyński „panikuje, bo (…) dyktatura, która nie przejęła zdolności zastraszania, przegrywa”. A Kaczyński był tego bliski, aby przejąć pełnię władzy, ale źle ulokował swoją osobę, wysługując się wspomnianym Morawieckim, a wcześniej Beatą Szydło.

Kaczyński się zabezpieczał, bo przyjdzie politykom PiS odpowiedzieć za niszczenie ustroju demokratycznego. I możliwe, że moment dojścia do dyktatury umknął Kaczyńskiemu na zawsze, prezes PiS jest wyznawcą dogmatu autokratów, zdefiniowanego przez Józefa Stalina: „Wolę, gdy ludzie popierają mnie ze strachu niż z przekonania. Przekonania są zmienne, strach zawsze jest ten sam”.

Popieranie ze strachu mógł uzyskać Kaczyński na początku obecnego roku, gdy słupki sondażowe dla PiS sięgały 50 proc. i więcej. Wówczas mógł ogłosić przedterminowe wybory i objąć autorytarne rządy. Giertych: „Gdyby wybory w 2018 wygrał, to następne wybory byłyby fikcją, gdyż przejąłby zdolność kierowania sądami, sondażami, wykończyłby niezależne media i zastraszył przeciwników”.

A teraz prezes PiS może tylko pomarzyć, aby posadzić za kratami Donalda Tuska – acz jeszcze będzie próbował naginać oskarżenia szefa Rady Europejskiej za pomocą nowej komisji śledczej ds. VAT. Lecz to okaże się ledwie groteską, tym bardziej, że o Tusku Polacy przypomnieli sobie jako wybitnym polityku i darzą go największym zaufaniem.

Dzisiaj decyzje Kaczyńskiego są spowodowane paniką, PiS traci poparcie. Giertych konkluduje: „Strach Kaczyńskiego, który spowodował teraz paniczny ruch wynika właśnie z tego, że zdał sobie sprawę, że jego zamach na Państwo Polskie się nie udał”.

Panikujący chwyta się brzytwy. Stoimy jeszcze przed takimi decyzjami panikarza, który może zechcieć nagiąć wyniki wyborów. Mentalność autokraty zaowocuje groźnymi dla państwa i obywateli decyzjami, a Kaczyński jest zdolny do wszystkiego, bo to człowiek z alternatywnego świata, zabezpieczony przed rzeczywistością kordonem ochrony i barierkami. To ktoś „obcy” naszej normalności, polskości. Źle skończy, jak każdy „Alien”.

Kleptokracja PiS

Chroniczne złodziejstwo jest zwane kleptomanią – PiS stworzył z tego ideologię.

Gdy psycholodzy pochylili się nad kleptomanią, odkryto w niej znamiona choroby. Często słyszy się od złodziei, iż mają kłopoty psychiczne, dlatego dobra kleją się im do rąk. Chorobowy stan złodziejski zorganizowany pod szyldem idei można nazwać kleptokracją. Szajki, mafie i inne szemrane towarzystwa cierpią na niedocenianie, na kiepskość, więc dowartościowują się materialnie poprzez kradzenie.

W polityce jest to o tyle groźne, iż można posłużyć się lewicowymi bądź prawicowymi ideami, lecz zawsze łupem takich idei pada budżet wspólny: czy to samorządowy, czy państwa. W PRL powstało usprawiedliwienie, iż złodziejstwo na dobrach państwowych nie jest złodziejstwem, bo złodziej nie okradał bliźniego, tylko znienawidzone państwo.

Ten PRL-owski idiom wrósł w Polaków bardziej niż tatuaż, a bliżej mu do genu narodowego. Niespełna 30 lat po upadku, gen nie mógł być wypleniony, wyleczony, bo na narodzie nie dokonano żadnej lobotomii, terapii elektrowstrząsowej. Było tylko transformacyjne przejście z jednego ustroju w drugi, ale tylko w sferze gospodarczej i urządzeń ustrojowych.

Naród nie był leczony, gdyż leczyć w tym wymiarze może tylko szkoła, wychowanie i pokolenia, a tych pokoleń musi zemrzeć kilka, niektóre tradycje mówią o 7 pokoleniach, inne – jak hebrajska – o 40 latach.

PiS z okradania stworzył ideę, której celem końcowym nie jest dowartościowanie innych, w imieniu których się kradnie, ale przede wszystkim siebie. Można to określić tworzeniem wspólnoty kleptomańskiej. Jarosław Kaczyński kiedyś nawet nazwał to TKM (teraz k… my), uwłaszczył się na państwowym, stworzył Srebrną. Działo się to w wymiarze prywatnej partii, która jednak sięgnęła po władzę w państwie.

Elektorat został kupiony za pieniądze z budżetu, czyli nasze, a gdy został on stygmatyzowany 500+ (jak szkarłatną literą), niejako stworzył wspólnotę z PiS. Nie dziwmy się zatem, że w porywach PiS zyskiwał poparcie 50 proc. Polaków.

Złodzieje zawsze przekupują innych po drodze do celu, lecz łupem właściwym nie dzielą się, bo jest on przeznaczony dla stosunkowo niewielu i jest wielokroć przewyższający niż 500+. Złapany złodziej krzyczy: „łapać złodzieja” (przez dwa lata obowiązywał idiom: „PO przez 8 lat tamto-siamto”), a gdy został przygwożdżony i otwarto mu tobół z trofeami, złodziej stwierdził, że „mu się należy”. Bo ciężko pracował nad zniszczeniem reputacji Polski i zniszczeniem ustroju demokratycznego.

Napracowali się. Ale złodziej zauważył, że stygmatyzowane 500+ grono wspólników odwraca się od niego, bo co to za szmal 500+. Wiec prezes wpadł na szatański pomysł, aby zwrócić trofea, ale nie do Sezamu (budżetu), z którego wynoszono, ale do przyjaznej mu instytucji, do katolickiego Caritasu. Acz zwrot nie będzie pełny, bo można będzie sobie odpisać go od podatku, czyli w gruncie rzeczy nie jest to zwrot, tylko ofiara na Caritas. Te pieniądze są jednak z łupu, nie zawarto na nie żadnej umowy cywilno-prawnej.

Zatem to nie koniec prawnych kłopotów PiS. Zaś w wymiarze psychologicznym, czyli owego genu kleptomanów, nie jest on do powstrzymania, nie ma odwrotu od gnicia i rozkładu tej formacji, która wyznaje ideę kleptomanii i sama stwarza ustrój kleptokracji. Okraść budżet, prawo, demokrację, a nawet Księżyc. Taki jest gen politycznych lunatyków.

Ku pamięci, ucieczka tchórza będącego 28 km od miejsca katastrofy, zjadł obiad, wsiadł do pociągu i dyla do W-wy.Po czym zostaje odpowiedzialnym za komisję do zbadania okoliczności katastrofy.Dzisiaj już wiemy,że ta komisja i badania polegają tylko na dojeniu nas z kasy!

CZY POLACY AKCEPTUJĄ PROJEKT?

Trzy teksty Waldemara Mystkowskiego.

Ustawka z wetem prezydenta

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że weto Andrzeja Dudy dotyczące tzw. ustawy degradacyjnej było zwykłą ustawką. Grę w te klocki Jarosław Kaczyński ma przećwiczone, „kunszt” można porównać do gry w warcaby: kto więcej zbije, ten wygrywa.

Nie jest to więc gra w szachy, w której trzeba naprzód przewidywać ruchy przeciwnika, ale zegar i tak tyka, do końca PiS zostało 520 dni. Weto prezydenta sprawdziło się przy dwóch ustawach sądowych, tysiące protestujących zeszło z ulic, a Duda i tak podpisał zmanipulowane ustawy, na które nie daje się jednak nabierać Komisja Europejska.

Wartość weta dotyczące tej ustawy nazywanej też ustawą degradacyjną (autorstwa) Macierewicza i Błaszczaka jest niemal żadna, bo w istocie nie można zdegradować zapisów w podręcznikach. Wszak żaden autor nie napisze, że stan wojenny wprowadził szeregowy Jaruzelski, chodziło o to, aby wymierzyć symbolicznego kopa nieboszczykowi.

Przecież Duda nie zawetował ustawy o zdecydowanie większej wartości egzystencjalnej, tzw. ustawy dezubekizacyjnej, odbierającej emerytury zweryfikowanym funkcjonariuszom, którzy choć jeden dzień przepracowali w PRL w służbach.

Warto więc odnotować ustawy, które winny być zawetowane z powodów naruszenia Konstytucji bądź spychające nas do nienowoczesnych praktyk, ale „niezłomny” Duda je podpisał: o Krajowej Radzie Sądownictwa, o Sądzie Najwyższym, o IPN (oddana do TK), ograniczająca handel w niedzielę, o antykoncepcji awaryjnej, o reformie edukacji czy też nowelizację Kodeksu Wyborczego.

Przy wielkanocnym stole Polacy mają rozmawiać nie o sondażach, które coraz wyraźniej wskazują, iż PiS za 520 dni odda władzę, ale o kosmonaucie Hermaszewskim, który pozostał przy pagonach generalskich. Zresztą na nie powołał się Duda.

Po ustawce z wetem politycy PiS dostali przykazanie, aby się nie wysypać i nie komentować, o czym tweetnęła Beata Mazurek: „komentować nie będziemy”. Ta sama złotousta rzeczniczka komentowała przyjęcie ustawy w Sejmie: „Wrona Orła nie pokona (…) Precz z komuną”.

Wyłamał się z niekomentowania Antoni Macierewicz, ale on jest osobnym bytem politycznym – zdaje się, iż wraz ze swoim Misiewiczem knują w kwestii partii bardziej prawicowej niż PiS – nazwał weto „następnym krokiem w złą stronę”. Wszak pierwszy zły krok to była dymisja Macierewicza.
Weto Dudy więc brzydko pachnie, jest świątecznym jajkiem podrzuconym na polskie stoły, by nie powiedzieć zbukiem.

“Buta, lenistwo, rozpasanie, bezmyślność w działaniu, a przede wszystkim – olewanie obywateli. To są zasady, którymi będziemy się kierować”. Drobna korekta expose PBS.

Szydło przyznała nagrody, Szydło oddała

Były premier Jan Olszewski w przeddzień świąt Wielkiej Nocy i Prima Aprilis zaapelował do Jarosława Kaczyńskiego, aby przeprosił za nagrody, które przyznała sobie, ministrom i wiceministrom Beata Szydło. Szydło więc musiałaby schować pazurki, których pokazania zażądał prezes (och, te metafory prosto z kuwety).

Zdaję sobie sprawę, że mamy Prima Aprilis. I tak podchodzę do krążącego w internecie newsa: – „Premier Szydło i ministrowie zdecydowali się oddać nagrody i przeznaczyć na cele charytatywne!”. Ale biorąc tę wiadomość na pisowski rozum, należy odwrócić kota ogonem, gdyż wszystko w polityce w wykonaniu polityków tej partii jest nieporozumieniem, serwują nam Prima Aprilis przez okrągły rok, więc może w ten dzień są poważni. I może Szydło oddała nagrody na cele charytatywne w imię pijarowskiego hasła: „Beata dała, Beata zabrała”.

Zdaje się, że mało aprilisowy list otrzymał Maciej Stuhr, choć aktor się łudzi, iż wpisuje się on w żarty. Stuhr publikuje ów list od antyfanki na Instagramie, adresowany do „Macieja Szczura”: – „Ty gnoju! Ty szczylu! Ty szwabie w du*ę je*any! Kto ci płaci za to, żebyś pluł na Polskę? Może Niemcy?  Może Ruscy? Ty sku*wysynie! Ty Hu*aszku Wanio! Żebyś zdechł!”.

Takie tradycyjne chrześcijaństwo po polsku, acz w tym wydaniu bardzo intensywne. Primaapilisowym newsem z pewnością jest mem Platformy Obywatelskiej, która publikuje przeciek dotyczący zadań maturalnych z matematyki: „1. Zsumuj wszystkie nagrody dla wiceministrów i ministrów w rządzie PiS”.

Nie wszyscy rodacy mogą płatać sobie figle w kraju, bo oto czytam na koncie PolsatNews.pl na Twitterze z pewnością o bardzo poważnym felerze polskim: – „Ciężarówka z Polski zablokowała na pół dnia autostradę w Holandii. 44-letniego kierowcę aresztowano. Drugi Polak zjechał tirem z autostrady A58 i wylądował w rowie. Też został aresztowany. Łączyło ich jedno – byli tak pijani, że nie mogli ustać na nogach”.

Sikawkowa Pawłowicz sprawiła Dudzie śmigus-dyngus

Od kiedy w Straży Pożarnej pojawiły się kobiety – do parytetów fifty-fifty daleko – strażaczki przejęły inicjatywę w śmigus-dyngus. I leją wodą prosto z pomp strażackich na swoich partnerów w służbie. Największą radochę ma ta przy sikawce, czyli sikawkowa. Co lunie po strażakach, to jej.

Taką sikawkową w PiS jest Krystyna Pawłowicz, która nie przebiera w słowach. Jej retoryka jest zwykle knajacka, a proza na Facebooku i Twitterze podana w kiepskiej polszczyźnie, zwykle z błędami gramatycznymi, interpunkcyjnymi i bez zachowania reguł graficznych. Tak bluzga emocjami, że staje się zrozumiałe, dlaczego nie radzi sobie z polszczyzną. Sikawkowa Pawłowicz zawsze leje swoją brudną polszczyzną na opozycję.

Tym razem lunęła na prezydenta Andrzeja Dudę, bo ten śmiał zawetować ustawę degradacyjną, wg której miano zrywać pagony truchłom generałów (kto ekshumowałby Jaruzelskiego i Kiszczaka, aby zerwać im pagony?). Tym razem Pawłowicz opublikowała list otwarty do Dudy na łamach portalu braci Karnowskich, w którym bluzga na prezydenta z jej formacji. Jako że list przeszedł redakcję, więc nie ma zwykłych dla niej wpadek gramatyczno-interpunkcyjnych, ale za to możemy „podziwiać” niezborność intelektualną, luki w wiedzy, a w zasadzie poznać jej niewiedzę i tak naprawdę odhumanizowane emocje.

Pawłowicz chciałaby urządzić nieboszczykom generałom coś w rodzaju Norymbergi, bo nie było w procesie zbrodniarzy wojennych procedur odwoławczych. Nie trzyma się to żadnej logiki, bo po pierwsze w ustawie degradacyjnej nie było żadnej mowy o sądzeniu, a tylko o wyroku degradującym. Jakby też nie patrzył, Jaruzelskiego i Kiszczaka trudno byłoby podciągnąć pod jakąkolwiek interpretację terminu prawnego ludobójstwa, zdefiniowanego przez polskiego prawnika Rafała Lemkina. No i Pawłowicz odbiera prezydentowi prerogatywę weta, co nawet nie jest śmieszne.

Polecam zapoznania się z listem Pawłowicz, bo pokazuje jak marnej jest ona kondycji intelektualnej. Powstaje pytanie: jak doszło do tego, iż ktoś takiego żenującego pokroju umysłowego wykładał na uczelni?

Posłanka PiS Pawłowicz nadaje się tylko do obsługi bluzgów, do języka godnego podrzędnej knajpy, a nie do obecności w przestrzeni publicznej, acz dopuszczalnym jest, aby w śmigus-dyngus jako sikawkowa PiS lunęła na Dudę, bo temu się należy za wielokrotne złamanie Konstytucji.