2015 (1)

 

Katoliczka, matka, Ślązaczka i kandydatka SLD na prezydenta. Kim jest Magdalena Ogórek?

Piotr Mieśnik, 15.01.2015
Magdalena Ogórek i Łukasz Naczas podczas konwencji partyjnej w 2011 roku

Magdalena Ogórek i Łukasz Naczas podczas konwencji partyjnej w 2011 roku (WOJCIECH SURDZIEL)

Jej start to nie tylko największe zaskoczenie zapowiadającego się dotychczas niemrawo wyścigu do Pałacu Prezydenckiego. To także najbardziej tajemnicza kandydatura. Magdalenę Ogórek znamy wszak z ekranów naszych telewizorów, ale zgoła nic nie wiemy o jej politycznych poglądach.
Polska, a przynajmniej ta jej część, która ogląda TVN 24, poznała ją jako ekspertkę od spraw Kościoła. Ale nieco inną niż te, z którymi mieliśmy do czynienia do tej pory. Atrakcyjna, młoda, niezależna od hierarchów, spoza prawicowo-kościelnego środowiska, niejednokrotnie bardzo krytyczna wobec duchownych.

Potem dostała nawet swój program w TVN 24 Biznes i Świat. Aż tu nagle, niczym skrywanego w rękawie asa, wyciągnął ją ze swojej talii Leszek Miller i obwieścił zaskoczonemu politycznemu światu, że dziennikarka i doktor historii to kandydatka SLD na prezydenta. Zaskoczenie?

W SLD od 25. roku życia

Raczej nie powinno go być. Wszak 37-letnia Magdalena Ogórek z Sojuszem związana jest już od 25. roku życia. I to nie jako szeregowa członkini, która kiedyś przystąpiła do organizacji, a potem o tym zapomniała. Kandydowała przecież w wyborach, była też szefową gabinetu politycznego – zawieszonego ledwo co przez Millera – Grzegorza Napieralskiego.

Prowadziła konferencje SLD, występowała w świetle kamer, była nazywana „aniołkiem” tej partii. O zaskoczeniu politycznym zaangażowaniem Ogórek mogą więc chyba mówić tylko ci niezorientowani albo cierpiący na słabą pamięć.

http://www.facebook.com/plugins/post.php?app_id=159195584135753&channel=http%3A%2F%2Fstatic.ak.facebook.com%2Fconnect%2Fxd_arbiter%2F7r8gQb8MIqE.js%3Fversion%3D41%23cb%3Df36836b50%26domain%3Dwiadomosci.gazeta.pl%26origin%3Dhttp%253A%252F%252Fwiadomosci.gazeta.pl%252Ff317e1be48%26relation%3Dparent.parent&href=https%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fvideo.php%3Fv%3D253112851391964&locale=pl_PL&sdk=joey&width=466

Kandydatka SLD, ale czy lewicy?

Jednak nawet ludzie z dobrą pamięcią mogą mieć problemy z przypomnieniem sobie, jakież to poglądy polityczne bliskie są dr Ogórek. Czy jako kandydatka SLD rzeczywiście jest przedstawicielką lewicy? A jeśli tak – to jakiej?

Nurtu mocno proeuropejskiego, stawiającego na sztandarach wolność i prawa mniejszości, czy też w bardziej klasycznym rozumieniu – lewicy nastawionej propracowniczo i socjalnie?

Tego, niestety (na razie), nie sposób się dowiedzieć. Kandydatka SLD unikała bowiem do tej pory tego typu wypowiedzi i deklaracji. Co zaś wiemy o tej najbardziej tajemniczej kandydatce w wyścigu do „dużego pałacu”?

Praktykująca katoliczka wytykająca błędy Kościoła

Jak sama deklaruje – jest praktykującą katoliczką. Należy jednak do nurtu postępowego. Ideologia „Kościoła toruńskiego” z całą pewnością jest jej obca. – Trudno mówić o getcie i stygmatyzacji katolików w państwie, gdzie 96 proc. deklaruje, że należy do Kościoła, a ten aktywnie uczestniczy w życiu społecznym – zbijała ongiś argumenty Małgorzaty Terlikowskiej na antenie Dzień Dobry TVN.

Nieraz zdarzało się jej krytykować kościelnych hierarchów. Na swoim blogu zarzucała m.in. arcybiskupowi Michalikowi stosowanie retoryki wojennej. – Taka narracja niszczy kapitał społeczny – przestrzegała i namawiała do modlitwy za Kościół właśnie.

Nie miała także litości i nie szukała, tak jak niektórzy prokościelni publicyści, tłumaczeń dla afer pedofilskich w Kościele. – Do dzisiaj zastanawia, dlaczego przez prawie ostatnie dwa stulecia seks z dzieckiem powyżej 12. roku życia nie był przestępstwem w Watykanie. Prawo nie działa wstecz, zatem w zgodzie z nim – przed 11 lipca 2013 r. – mogło ucierpieć wiele dzieci – wytykała zaniechania hierarchom ze Stolicy Apostolskiej.

Zwolenniczka papieża Franciszka

Mimo swojej deklarowanej wiary nie dała się zamknąć w ciasnych ramach, które swoimi interpretacjami chcą narzucać konserwatyści. Otwarcie przyznaje, że jej mąż to rozwodnik, a sama kibicuje śmiałym poczynaniom papieża Franciszka.

– Patrzymy na papieża, który z całą mocą chce pokazać, że Kościół może być inny. Że katolicki znaczy przecież powszechny, a świątynia zmieści wszystkich: nawróconego faryzeusza, wdowę – nawet bez grosza, lewitę, celnika i Magdalenę. Homoseksualistę, który wierzy; rozwódkę, która nie przestała być katoliczką, i matkę dziecka z in vitro. Kobietę po aborcji, jeśli żałuje za grzechy – dzieliła się swoimi przemyśleniami na bloguw serwisie NaTemat.pl.

„Zmienić filozofię myślenia o ochronie zdrowia”

Ale nie tylko sprawy Kościoła zajmują jej uwagę. Aktywnie brała udział w kampaniach związanych z profilaktyką nowotworową. Jak sama przyznała w jednym z wywiadów – w wyniku takiej zbyt późno zdiagnozowanej choroby w wieku 13 lat straciła matkę.

– Kobieta o sobie zawsze myśli na końcu. Najpierw jest rodzina i życie zawodowe, ale mentalność musi się zmienić – oceniała.

I zdaje się, że ochrona zdrowia, oprócz tematyki kościelnej, może być jej drugim konikiem. – Dochodzi do sytuacji, że pacjent, któremu zostały 3 miesiące życia, czeka na operację 9 miesięcy. Nasze państwo musi zmienić filozofię myślenia o ochronie zdrowia i zrozumieć, że profilaktyka jest tańsza od operacji – podkreślała kiedyś w rozmowie z portalem rybnik.com.pl .

fot. Materiały promocyjne

Prawdziwa Ślązaczka przeciw autonomii

Magdalena Ogórek pochodzi z Rybnika i nie wstydzi się swojej śląskości. – W tym duchu wychowuję swoją córkę. W Rybniku się urodziłam, z nim jestem głęboko związana i dlatego wszystkie tradycje, które będę przekazywała córce, będą tradycjami śląskimi. Jedną z pierwszych książek, jakie jej kupiłam, były „Bery i bojki śląskie” Gustawa Morcinka – mówiła w wywiadzie dla „Dziennika Zachodniego” .

Okazuje się również, że mimo silnych związków ze Śląskiem – jest przeciwniczką jego autonomii. – Jako historyk jestem na nie. Oczywiście Ślązacy mają pełne prawo do swojej odrębności kulturowej, ale Śląsk zamiast autonomii powinien być otoczony opieką ludzi, którzy traktują ten region ze zrozumieniem. W pełni zgadzam się z koniecznością kultywowania śląskich tradycji czy gwary. Ale autonomia to krok za daleko – zaznaczała w tym samym wywiadzie.

fot. Materiały promocyjne

Nie chce być celebrytką, ale musi?

Czy dr Ogórek jest feministką? To na razie bardzo trudno stwierdzić. We wspominanym już wywiadzie dla „Dziennika Zachodniego” padło wiele pytań, które feministka zapewne uznałaby za upokarzające lub które zmusiłyby ją do jakiejś reakcji (m.in. ciągłe podkreślanie jej atrakcyjności fizycznej, pytania o możliwość rozbieranej sesji), jednak Magdalena Ogórek najwidoczniej odebrała je jako normalne pytania kierowane przez dziennikarza (mężczyznę) do kobiety.

Zresztą ta jej atrakcyjność tak naprawdę może stać się kamieniem u nogi, a nie zaletą. Kolorowe media już rozpisują się o jej rzekomych romansach i związkach, które miała rozbić. – Nie chcę być celebrytką. Boleję nad tym, że polityka się tak stabloidyzowała – utyskiwała w wywiadzie, tymczasem jedno z pierwszych oświadczeń, jakie musiała wydać po ogłoszeniu informacji o jej kandydaturze, dotyczyło spraw intymnych i osobistych właśnie.

Magdalena Ogórek wystąpiła w kilku serialach, m.in. w „Lokatorach”

„Nie rozdrapywać ran z przeszłości”

Mimo tego, że jest historyczką z wykształcenia – nie zamierza w swojej pracy skupiać się na przeszłości. – Chcę powiedzieć, że w przeciwieństwie np. do kolegów z PiS-u, że musimy patrzeć w przyszłość, a nie poświęcać energię na rozdrapywanie ran z przeszłości – przekonywała na łamach lokalnych mediów.

Broniła Chazana?

Jednak jej najsłynniejsze i najbardziej kontrowersyjne wystąpienie nie jest już dostępne w internecie. Wpis „Profesor Chazan i feministyczna inkwizycja” zniknął z sieci, gdy obronę kontrowersyjnego medyka wytknął jej przeciwnik z lewej strony sceny politycznej – Janusz Palikot.

We wpisie tym dr Ogórek krytykowała prof. Środę za jej atak na prof. Chazana. – Nie rozumiem, dlaczego autorka felietonu we „Wprost”, zdeklarowana ateistka, ocenia prof. Chazana jako chrześcijanina. Niech ocenia go jako lekarza, jako dyrektora szpitala. I tu jest pełne pole do popisu – pisała Ogórek, a te słowa na lewicy mogą nie przynieść jej popularności.

Tym bardziej że dodawała jeszcze: – Obchodziliśmy właśnie 25. rocznicę pierwszych wolnych wyborów. Cieszmy się więc wolnością sumienia i przekonań. Taką wolność ma również prof. Chazan. Oczywiście pod warunkiem, że z tej wolności korzysta bez przekraczania granic prawa.

Sęk w tym, że wg Ministerstwa Zdrowia lekarz – odmawiając kobiecie wskazania placówki, w której mogłaby dokonać legalnej aborcji – złamał wtedy przepisy.

Lewicowa kandydatka kontra feministki

A od Ogórek dostało się także feministkom. – Polski feminizm w wykonaniu jego niektórych przedstawicielek jest zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju – woła bowiem donośnie tylko wtedy, gdy na publicznej debacie pojawia się sprawa czyjejś kontrowersyjnej ciąży – pisała we wspominanym już, usuniętym wpisie.

Kto zagłosuje?

Kogo więc tak naprawdę do głosowania może skusić kandydatka SLD? Na razie wygląda na to, że ludzie lewicy muszą zaczekać na więcej jej deklaracji, wypowiedzi, wywiadów.

W najnowszym sondażu prezydenckim dr Magdalenę Ogórek na stanowisku prezydent Polski widziałoby 6 proc. respondentów.

gazeta.pl

Prokurator i wszyscy szantażyści Piesiewicza. Jak były senator został ofiarą

Mariusz Jałoszewski, 15.01.2015
Krzysztof Piesiewicz podczas posiedzenia Senatu w lipcu 2009 r.

Krzysztof Piesiewicz podczas posiedzenia Senatu w lipcu 2009 r. (Sławomir Kamiński)

Sąd o Krzysztofie Piesiewiczu: „Niedopuszczalne było oskarżenie osoby o nieposzlakowanej opinii, która całym swoim życiem dawała świadectwo wysokich kwalifikacji moralnych, wyłącznie w oparciu o obciążające zeznania przestępcy i szantażysty”. We wtorek zaczął się ponowny proces Piesiewicza.
Współautor scenariuszy do filmów Kieślowskiego i oskarżyciel posiłkowy zabójców ks. Popiełuszki jest sądzony za sprawę z białym proszkiem sprzed siedmiu lat. W 2013 r. sąd uniewinnił go ze wszystkich siedmiu prokuratorskich zarzutów. W 2014 r. warszawski sąd odwoławczy podtrzymał uniewinnienie z czterech zarzutów, ale wobec trzech zarzutów nakazał ponowny proces.

Sprawa, w jaką wplątano zasłużonego w PRL-u obrońcę działaczy „Solidarności”, nigdy nie została dokładnie opisana – bo pierwszy proces Piesiewicza odbywał się za zamkniętymi drzwiami. On sam rozżalony w rozmowie z „Wyborczą” w 2011 r. mówił: „Media nigdy nie opiszą tego, co przeżywałem, tego, co było”.

Dlaczego wracamy do sprawy? Po to, by pokazać, że były senator jest ofiarą. By pokazać, jak szantażyści zniszczyli mu życie i polityczną karierę. Żeby pokazać, jak potraktowała go prokuratura, która mogła zatrzymać niszczenie Piesiewicza, ale wykorzystała materiał z przestępstwa i zrobiła z niego oskarżonego.

Historię rekonstruujemy na podstawie dokumentów sprawy, do których udało nam się dotrzeć. Piesiewicz nie chce rozmawiać.

Asia z Mazur zastawia sidła

Czerwiec 2008 r. Piesiewicz wyjeżdża samochodem z okolic hotelu Marriott w centrum Warszawy. Macha do niego uśmiechnięta, dwudziestokilkuletnia, szczupła blondynka, tak jakby chciała, by ją podwiózł. Kobieta podeszła do samochodu i zaczęła z nim rozmawiać, jakby go znała. Zrobiła na nim dobre wrażenie. – Zatrzymał się. Uważał, że jestem prostytutką. Znałam go z telewizji – zezna potem kobieta (sąd w jej zeznania nie uwierzy, da wiarę Piesiewiczowi). Porozmawiali chwilę, wymienili się telefonami, zaprosił ją na wieczór. Podała mu nieprawdziwe nazwisko. Nie wiedział, że to Joanna D., samotnie wychowująca córkę. Łapała różne prace, była karana za przywłaszczenie. Biseksualistka. Do Warszawy przyjechała kilka lat temu z małego miasteczka na Mazurach.

Piesiewicz zaprosił ją do domu, od lat mieszkał sam. Dużo o nim wiedziała, może poczytała w internecie. Porozmawiali przy winie o życiu, o jej córce. Kobieta: – Z kuchni przyniósł dzbanek, była w nim torebka. Namawiał mnie do kokainy. Zrobił dwie kreski, ja nie wzięłam. Nie doszło do zbliżenia.

Po dziesięciu dniach zadzwoniła sama. Znowu się spotkali. Według kobiety znowu była kokaina. Piesiewicz zaprzecza. Joanna dzwoni potem w nocy i chce pożyczyć pieniądze. Daje jej 1200 zł. Dzwoni znowu, chce dwa razy więcej. Piesiewicz odmawia. W sierpniu Joanna znowu się odzywa. Proponuje spotkanie z koleżanką. Piesiewicz nie wie, że już zastawiono na niego pułapkę.

Bo Joanna pochwaliła się znajomością z Piesiewiczem Zbigniewowi S. ps. „Niemiec”. To tajemnicza postać. Pewne jest to, że wcześniej był karany za rozbój i gwałt. Joanna spotkała się z nim i z Janem W.

W. to rozbitek życiowy. Miał własną firmę pod Warszawą, ale nadużywał alkoholu. Z „Niemcem” i dziewczynami przepuścił na wakacjach na Wybrzeżu kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zrobił duży debet na koncie – 100 tys. zł. Potrzebował gotówki.

– Aśka pytała Zbyszka: „Czy wiesz z kim się spotykam? Z bardzo ważnym facetem, jest bardzo bogaty, ma dziwne skłonności”. Powiedziała, że może to nagrać, sprzedać i wykorzystać politycznie – zezna Jan W. Joanna: – Janek zaproponował nagranie. Mówił, że mógłby je sprzedać PiS lub Rosjanom.

Kto wpadł na pomysł nagrania? Trudno ustalić, bo sąd nie dał wiary ich zeznaniom, często je zmieniali. Kobieta za nagranie miała dostać 5 tys. zł.

Akcja: nagrać Piesiewicza

Na początku września Jan W. daje Joannie aparat fotograficzny, którym można nagrywać filmiki. Kobieta jedzie do domu senatora z Joanną Sz., dwudziestokilkuletnią striptizerką z miasteczka na zachodzie Polski. Pakują do torby kobiecą bieliznę i akcesoria seksualne. Z Piesiewiczem wypijają dwie butelki wina.

Co się działo później? Wersja kobiet: Piesiewicz miał przynieść z kuchni pojemnik z białym proszkiem – kokainą – by „się lepiej bawić”. Miał zrobić kilka kresek i namawiać je do wciągnięcia przez stuzłotowy banknot. Potem miało dojść do sytuacji erotycznych. Sceny nagrano aparatem.

Piesiewicz zapamiętał, że wypił dwie butelki wina. Potem kobiety ubrały go w ubrania, które przywiozły. Poddał się „odgrywanym scenom, zaimprowizowanemu spektaklowi”. Kobiety wykonywały ruchy erotyczne. Piesiewicz zeznał: – Jedna z nich powiedziała, że przy zabawie powinny być narkotyki. Wziąłem pastylkę Azantacu, środka na trawienie, rozkruszyłem nożem w kuchni i było udawanie zażywania. Nie wiem, jak wsiąkłem w inscenizację… Nie wie, dlaczego dał się wciągnąć w grę. Może coś mu dosypano? Narzekał, że po winie mało pamiętał. Mówi, że nie brał nigdy kokainy.

Kto szantażował scenarzystę

Nagranie przejmuje Jan W. Kilka dni później Piesiewicz odbiera telefon od nieznajomego mężczyzny. Umawiają się na spotkanie koło domu Piesiewicza. Z senatorem rozmawia znajomy szantażystów, menedżer z dużej firmy informatycznej. Ponoć obiecał im to po pijanemu przy narzeczonej i głupio było mu się wycofać. A może bał się „Niemca”? – Powiedział, że była zabawa i jest nagranie. Wtedy uświadomiłem sobie, że to prowokacja. Powiedział, że zdjęcia mogę odkupić za 1,5 mln zł. Odpowiedziałem, że to kompletny kosmos i zupełnie niemożliwe. Bo ja takich pieniędzy nie mam. On wyczuł grozę sytuacji i powiedział, że nie będzie już rozmawiał, że przyjdzie ktoś inny, bo on z tą sprawą nie chce mieć nic wspólnego. Nie straszył mnie – zezna senator. Menedżer się wycofał. Powiedział znajomym, że Piesiewicz to porządny i miły człowiek. Menedżer: – Powiedziałem, że brzydzę się tym, że są baranami, że to draństwo.

Nie posłuchali go. Negocjacje przejął Jan W. Piesiewicz zaczyna płacić. – Chciałem chronić prywatność, dobra osobiste, rodzinę. Miałem przekonanie, że muszę zapłacić za głupotę i naiwność – zezna polityk. Za 4 płyty CD z kopiami filmików płaci 320 tys. zł. Jan W. dzieli się nimi z „Niemcem”, kobiety nic nie dostają. Robią kolejne kopie. Następnego dnia dzwoni do Piesiewicza Joanna – ta, którą poznał na ulicy. Pokłóciła się z kolegami, chce swoją dolę. Krzyczy: – Ile im dałeś? Spotyka się z nią przy McDonaldzie. Daje jej 35 tys. zł, a ona mu płytę CD. Nie patrzy mu w oczy. Mija miesiąc. Jest połowa października. Szantażyści wracają. Piesiewicz umawia się w hotelu z kobietą podającą się za dziennikarkę (nie ustalono, czy była to znajoma szantażystów). Dał jej 200 tys. zł za kolejną płytę i kartę pamięci z aparatu fotograficznego. Joanna pisze SMS-a, że mu go szkoda, że koszmar na pewno się skończy, żeby wziął się w garść, bo przed nim jeszcze życie. W listopadzie dzwoni kobieta. Mówi, że była z Joanną u niego w domu, że ją oszukano i tylko ona nic od niego nie dostała. Chciała 150 tys. zł. Dostaje SMS-a: „Przysięgam, mam teraz łzy w oczach, że zmuszam cię do tego (…) wierzę w Boga, przysięgam, że to koniec, mam serce i sumienie”. Potem na stacji benzynowej odbiera od taksówkarza laptopa, na którym ma być nagranie matka. Płaci 30 tys. zł. Laptopa wysłali mu dwaj mężczyźni, którzy zorganizowali prowokację i w SMS-ach podszywali się pod jedną z kobiet.

Piesiewicz w prokuraturze: ofiara i ścigany

W tym samym czasie o szantażu dowiaduje się prokuratura. Wie to od policji, która na trop wpadła przy okazji innej sprawy. Policja zatrzymuje Jana W., a w jego ogrodzie wykopuje kolejną płytę CD. W. opowiada o procederze, ale dawkuje wiedzę. Zapewnia, że nikt nie ma już płyt, co okazało się nieprawdą. Senator nie chce ścigania szantażystów. Mówi, że nikt mu nie groził. Ale czy to była prawda? Czy mówił tak, bo się bał?

Jednak Józef Gacek z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga drąży sprawę w kierunku wymuszenia (takie śledztwo prowadzi się z urzędu). Przesłuchuje szantażystów jako świadków. Interesuje się wątkiem „kokainy”. W kwietniu 2009 r. Gacek umarza śledztwo w sprawie szantażystów z powodu „braku znamion czynu zabronionego”. Być może zaważyło stanowisko Piesiewicza.

Mimo to do oddzielnego śledztwa wyodrębnia sprawę białego proszku. Już wtedy ma gotowy opis siedmiu zarzutów dla senatora. Wierzy Joannie, że narkotyki były na trzech spotkaniach z Piesiewiczem. Piesiewicz nie wie, że prokurator ma już wyrobione zdanie w sprawie białego proszku.

Gacek na podstawie zeznań kobiet ustala wielkość „ścieżek”. Potem zgodnie z tym biegły ustala wagę białego proszku jako kokainy. By to zrobić, biegły bierze kokainę z innego śledztwa, usypuje „ścieżki” i ją waży. To ważne, bo bez ustalenia wagi narkotyku nie można postawić zarzutów. Ale taki sposób ustalenia składu i wagi białego proszku zdyskwalifikuje potem sąd. Biegły nie miał też akt sprawy i nawet nie widział filmików!

Prokurator pobiera od kobiet kosmyki włosów do badania. Potwierdza się, że striptizerka w ciągu ostatnich miesięcy zażywała kokainę. Nie da się jednak ustalić, czy zażywała ją na spotkaniu z Piesiewiczem. Biegły podkreśla, że „przyjmowała ją chronicznie”, czyli nie okazyjnie, ale stale. U Joanny nic nie wykryto. Gacek prosi o próbkę włosów Piesiewicza, ten odmawia, nie musi się na to godzić. Potem sąd wytknie, że prokurator składa propozycję pod nieobecność obrońcy.

Prokurator nie zapomni o włosach. Będzie przypominał, że senator poszedł do fryzjera. Senator odpowiedział, że zrobił to przed wyjazdem do sanatorium.

Gacek zamawia kolejne ekspertyzy. Biegli psycholodzy stwierdzają, że osoby na filmikach są pobudzone, nie jest jednak możliwe ustalenie źródła pobudzenia. Ale biegli stwierdzają też, że nie ma oryginału nagrań, nie ma więc pewności, czy filmiki nie były montowane.

Z takim słabym materiałem prokurator występuje jednak o uchylenie Piesiewiczowi immunitetu. Ale Senat odmawia.

Akt oskarżenia w sprawie narkotyków powstaje dopiero po wyborach w 2011 r., gdy Piesiewicz odszedł z polityki. Kiedy sprawa była w sądzie, zaprotestowali obrońcy senatora, sławy palestry, adwokaci Czesław Jaworski i Krzysztof Stępiński. Zarzucili, że prokurator, wykorzystując do oskarżenia filmiki pochodzące z przestępstwa, złamał kodeks etyki prokuratorów (kodeks nie jest wiążącym prawem). Chcieli wyłączenia Gacka z procesu, ale sąd się na to nie zgodził.

Szantażyści wracają

Tak się składa, że prokuratura pisała wniosek o uchylenie immunitetu (listopad 2009 r.), w czasie gdy szantażyści ponownie uderzyli.

Miesiąc wcześniej Zbigniew S. ps. „Niemiec” podpuszcza Joannę – tę, którą senator poznał na ulicy – (ponoć potrzebował pieniędzy na protezę dla matki). Mówiła, że „Niemiec” jej groził, że jest do odstrzelenia, że zaproponował jej pomoc, a ona była wtedy w ciąży z drugim dzieckiem i w fatalnej sytuacji finansowej. Joanna myśli, że Jan W. zgarnął pulę z pierwszego szantażu. Wysyła mu obraźliwe SMS-y. Ten zgłasza się do prokuratury. Ale przesłuchana kobieta zaprzecza. Zarzeka się też, że nie kontaktowała się z Piesiewiczem. Kłamie, bo w tym czasie knuje z „Niemcem” intrygę.

Tym razem próbują sprzedać filmiki mediom. Byli w „Nie” (redakcja odmówiła), myśleli o TVN-ie. Joanna spotkała się z Piotrem Nisztorem, wówczas dziennikarzem „Rzeczpospolitej” i Polsatu. Chce 400 tys. zł za filmiki. Nagrali ją z ukrytej kamery. Potem Nisztor opisze sprawę w „Rz”. Złoży zeznania w prokuraturze i zrobi wywiad z prokuratorem Gackiem. Poinformuje też o sprawie Krzysztofa W., ogrodnika z Żywca, który miał mieć „znajomości” w kręgach kościelnych, a proponował sprzedaż niby-haków na polityków. Nisztor mówi, że sądził, iż zweryfikuje on informacje o szantażystach. Ale ogrodnik pojawia się u Piesiewicza. Mówi, że ma długi, że może zablokować publikacje w mediach. Senator nie podejmuje tematu. Nisztor mówi, że nie wiedział, iż ogrodnik był u senatora.

Szantażyści nie odpuszczają. „Niemiec” wysyła będącą w ciąży Joannę, by chodziła pod domem senatora, ale ta dostaje bólów brzucha. Pada propozycja, by znaleźć nowego negocjatora. Joanna poleca Halinę S., matkę swojej dawnej partnerki, karaną za łapownictwo.

Halina nawiązuje kontakt z Piesiewiczem. Mówi, że pies wygrzebał na cmentarzu płyty. Że są na nich brzydkie rzeczy i że ma je „sąsiadka”. Straszy go dziennikarzem śledczym. Piesiewicz dwa razy płaci jej 40 tys. zł. Kobieta zatrzymuje pieniądze dla siebie. Szantażyści się niecierpliwią. Halina pisze SMS-y do senatora: „Bardzo proszę o pieniądze, mnie też są potrzebne, a Pan gra na zwłokę, ja Pana nie oszukuję, to Pan mnie zwodzi”. Mówi, że potrzebuje pieniędzy, bo leczy się onkologicznie (to prawda).

Szantażyści wpadają w połowie listopada, gdy chcą odebrać pieniądze pod Rotundą. Nie wiedzą, że zaszczuty i zmęczony Piesiewicz za namową znajomej prawniczki zawiadamia prokuraturę. Nie miał już pieniędzy, oddał szantażystom wszystkie oszczędności, zapożyczał się. – Bałem się tych ludzi, chciałem mieć spokój, poczułem się zagrożony – tłumaczy senator. Na spotkanie pod Rotundą zamiast jego asystentki przychodzi policjantka. Sprawę znowu prowadzi prokurator Gacek.

Sąd skaże potem na półtora roku bezwzględnego więzienia trzy osoby z drugiego szantażu: Joannę, Halinę S. i „Niemca”. Jan W. z pierwszego szantażu chciał oddać pieniądze. Nie oddał. Urząd skarbowy naliczył mu wysoki, 75-procentowy podatek od nieujawnionych dochodów.

Zatrzymanie szantażystów nie zatrzymało jednak obiegu filmików. W grudniu 2009 r. nagrania opublikował „Super Express”.

Sąd nie ustalił, skąd je miał. Stwierdził jednak: – Mimo postępowań w prokuraturze i przeszukań sprawcy wciąż mieli nagrania. Dając prokuraturze CD, zawsze mieli nagrania na „później”. To świadczy o ich głębokiej demoralizacji i determinacji.

Prokuratura skończyła pisać wniosek o uchylenie immunitetu kilkanaście dni przed publikacją w „SE”. Gdy go pisała, wiedziała więc nie tylko o pierwszym, lecz także drugim szantażu.

Sąd: Miał być nagrany, jak wciąga

Wiarę w prawo przywrócił Piesiewiczowi Sąd Rejonowy dla Warszawy–Żoliborza. Oczyścił go ze wszystkich zarzutów w związku z białym proszkiem. Szantażyści na tym procesie byli świadkami prokuratora Gacka. Zmieniali zeznania.

„Niemiec” nagle powiedział, że to Joanna miała na pierwszych spotkaniach narkotyki, proponowała je senatorowi, ale ten odmówił. Na spotkaniu, gdy nagrywano filmiki, miała uprawdopodobnić narkotyki pokruszonym apapem. Dlaczego nie zeznał tego w prokuraturze? – Nie pytano mnie – odpowiedział „Niemiec”. Podczas zeznań ocierał pot z czoła. Striptizerka przypomniała sobie, że wypiła pół litra alkoholu przed spotkaniem z senatorem. Wcześniej mówiła, że szantażyści mogli jej czegoś dosypać do alkoholu. Nie była już pewna, czy biały proszek to narkotyki. Z kolei Joanna D. po dwóch minutach zastanawiania się na pytanie obrony odpowiedziała, że nie było jednak zbliżenia z senatorem (w prokuraturze mówiła co innego).

Zaś Jan W., szantażysta z pierwszej sprawy, przyznał, że senator mówił mu, iż sceny na filmie były udawane, że go „podpuszczały”. Prokurator zapytał: – Czy w nagraniu wzięły udział służby specjalne, policja? On: – Nie, z pracy wiem, że Zbigniew S. współpracował z WSI.

W. wyznał, że sam był kiedyś w milicyjnym batalionie szybkich interwencji.

Sąd odtworzył na procesie filmiki. Kilka razy stwierdził, że nagrania są niewyraźne i nic na nich nie widać.

W grudniu 2013 r. zapada wyrok. Jego uzasadnienie jest mocne. „Materiał nie potwierdza winy P., ale też nie pozwala jej wykluczyć”. Stwierdza, że dowody nie pozwalały na wniesienie aktu oskarżenia. Prokurator miał jedynie zeznania kobiet i płytę CD, którą trudno uznać za pewny dowód, skoro nie jest to oryginał nagrania.

Sąd uwierzył Piesiewiczowi. Uznał, że jego zeznania są spójne i logiczne. Stwierdził, że nie jest możliwe ustalenie, do kogo należał biały proszek i co to było – a do skazania trzeba wyliczyć skład chemiczny i wagę. Lecz nie miał wątpliwości, że to było nagranie w celu zdobycia materiału do szantażu. – On miał być nagrany, jak wciąga. Ona [Joanna] mogła go popychać ręką do stołu, by było nagranie – stwierdził sąd.

Zdyskwalifikował zeznania Joanny manipulantki, którym prokurator dał „bezkrytyczną wiarę”.

Sąd: Oskarżenie niedopuszczalne

Prokurator Gacek się odwołał. W apelacji pytał: „Dlaczego Piesiewicz milczał i płacił?”. I sam odpowiedział: „Bo nagrania pokazują prawdę, której się bał”.

Sąd odwoławczy w maju 2014 r. potwierdził jednak, że główny świadek Gacka kłamie. „Prokurator zdaje się nie zauważać, że można konsekwentnie zeznawać nieprawdę. Ona opowiadała ludziom » legendę «, a siebie przedstawiała w korzystnym świetle” – napisał sąd odwoławczy. I dodał, że nie bez znaczenia był fakt, iż Gacek prowadził jednocześnie sprawę szantażystów i narkotyków. „Mogło to spowodować, że Joanna D. jako świadek chciała pomóc prokuratorowi, licząc na łagodniejsze potraktowanie”.

I jeszcze jedno zdanie z uzasadnienia wyroku: „Za niedopuszczalne uznać należy stwierdzenie winy osoby o nieposzlakowanej opinii, która całym swoim życiem dawała świadectwo wysokich kwalifikacji moralnych, wyłącznie w oparciu o obciążające zeznania przestępcy i szantażysty”. Dlatego sąd odwoławczy podtrzymał uniewinnienie Piesiewicza od czterech zarzutów dotyczących dwóch pierwszych spotkań z Joanną, na których miały być narkotyki. Dowodem prokuratury były tylko jej zeznania.

Sąd nakazał jednak raz jeszcze zbadać biały proszek z trzeciego spotkania z Joanną i striptizerką, na którym nagrano filmiki. Bo w tym przypadku mówiła o nim też striptizerka, w której zeznania sąd odwoławczy uwierzył najmocniej, choć je zmieniła w sądzie (sąd uznał, że chciała w ten sposób pomóc oskarżonemu). Sąd zlecił, by biegły ocenił, czy mógł to być inny środek działający podobnie jak kokaina, np. dozwolony wówczas mefedron. Jak ma to ocenić? Oglądając filmiki.

Obrońcy liczą, że powtórny proces potrwa kilka miesięcy. Piesiewicz ma żal do prokuratury, że w 2008 r. powiedziała mu, że od szantażystów nic mu już nie grozi.

Zobacz także

wyborcza.pl

Magdalena Ogórek dzieli lewicę. Czy SLD zacznie się kruszyć?

Agata Nowakowska, 15.01.2015
Magdalena Ogórek na sejmowych korytarzach

Magdalena Ogórek na sejmowych korytarzach (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Magdalena Ogórek nie ma poparcia całej lewicy. Mniejsze partie są oburzone, że Miller zaprezentował kandydatkę w dniu śmierci Oleksego. Liczą na rozłam w SLD.
Na to, że 36-letnia Magdalena Ogórek może być kandydatką Sojuszu na prezydenta Polski, wpadł wiceszef SLD Leszek Aleksandrzak.

– 6 proc. w pierwszym sondażu to świetny wynik, pięć lat temu Napieralski, choć był szefem partii, w pierwszym sondażu miał 2 proc. – mówi Aleksandrzak. Wtóruje mu szef SLD w Łódzkiem Dariusz Joński: – To dobry prognostyk.

Polityk SLD jest nieprzyjemnie zaskoczony kandydaturą: – To pomysł partyjnego betonu, Aleksandrzak to krew z krwi i kość z kości aparatu. Im chodzi tylko o to, by nikt nie zagroził ich pozycji w partii.

We wtorek do stolicy zjechali baronowie SLD i jak zapewnia Joński, żaden nie zaprotestował przeciwko Ogórek. A SLD-owcy z kujawsko-pomorskiego już podjęli uchwałę, że kandydatkę popierają.

– Dla mnie zaletą jest to, że ona nie ma nic wspólnego z 1989 r. i tamtymi podziałami, to kandydatka młodego pokolenia – mówi „Wyborczej” poseł Tomasz Kamiński, baron SLD na Podkarpaciu.

Joński przekonuje, że Ogórek ma „bardzo ciekawą wizję prezydentury”. W weekend wystąpi na konferencji prasowej, do stolicy mają też zjechać 30-, 40-latkowie, samorządowcy i członkowie partii, by pokazać nowe oblicze Sojuszu.

Maluchy się buntują

Tymczasem mniejsze partie lewicowe liczą, że po piątkowym pogrzebie Oleksego Sojusz zacznie się kruszyć.

– To ostatnie podrygi Leszka Millera. Na weekend jestem umówiony na rozmowy z kilkoma znanymi działaczami Sojuszu – zdradza szef SdPl Wojciech Filemonowicz (partia ma 2 tys. „czynnych” członków).

Kamiński kontruje: – Rozmawiałem z koleżankami i kolegami, nikt nie chce występować z partii. To wymysły publicystów.

Filemonowicz zarzuca Sojuszowi, że z nikim na lewicy tej kandydatury nie uzgadniał, a Ogórek nie „reprezentuje wartości lewicowych”. – Wybory prezydenckie to najlepszy moment, by pokazać nową wizję dla Polski, socjaldemokratyczną. Nie wyobrażam sobie, by ta kandydatka temu podołała, a nie wszyscy wyborcy lewicy są zainteresowani historią Kościoła czy plotkami z jednej ze stacji telewizyjnych – mówi Filemonowicz.

Podobnie mówi lider Unii Pracy Waldemar Witkowski (2,5 tys. członków, z czego 1 tys. płaci składki). W wyborach samorządowych startowała w koalicji SLD-Lewica Razem. Ma 23 samorządowców.

– Sposób zaprezentowania kandydatki wzbudził w UP wielkie emocje – przyznaje. Zna Ogórek jeszcze z czasów, gdy pracowała w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego i ma o niej dobre zdanie.

UP ma jednak więcej zastrzeżeń do Sojuszu. – Proponowaliśmy kongres zjednoczeniowy, nowe ugrupowanie i start w wyborach samorządowych, ale ta oferta została odrzucona – mówi Witkowski. I dodaje: – Jarosław Kaczyński dogadał się z Jarosławem Gowinem i Zbigniewem Ziobrą, a lewica nie potrafi.

SdPl, Unia Pracy, Unia Lewicy i Dom Wszystkich Polska Ryszarda Kalisza chcą teraz rozmawiać o ewentualnym wspólnym kandydacie prezydenckim. Na pewno nie będzie nim – zapewnia Witkowski – europoseł UP Adam Gierek.

Filemonowicz namawia Marka Borowskiego i Izabelę Sierakowską (obydwoje z SdPl). Chęć kandydowania zgłasza Kalisz. Witkowski przyznaje, że Kalisz spotkał się z w grudniu z politykami UP i „został pozytywnie odebrany”.

Aleksandrzak (SLD): – To błąd. Wątpię, by udało się im zebrać 100 tys. podpisów z poparciem dla kandydata, a kampania jest kosztowna.

Mur się kruszy

Tymczasem grupa kilkudziesięciu osób z „Krytyki Politycznej”, Partii Zieloni i Polskiej Partii Socjalistycznej ogłosiła we wtorek „Apel lewicy społecznej”. Wśród sygnatariuszy apelu są też dziennikarze i naukowcy. „Za dziesięć miesięcy wybory parlamentarne. Mur, który blokował wejście niezależnej lewicy do Sejmu, jest słaby jak nigdy dotąd. Żadna z obecnych partii parlamentarnych nie jest w stanie wiarygodnie reprezentować społecznego interesu” – piszą autorzy apelu. Ich zdaniem „ludzie mają dość cudu gospodarczego budowanego na niskich płacach, wyzysku i umowach śmieciowych”. A wybory samorządowe pokazały, że „lewica społeczna ma potencjał polityczny, ale dopóki będzie podzielona, nie będzie w stanie go wykorzystać”.

„Potrzebujemy jednego szerokiego komitetu lewicy społecznej w wyborach” – apelują. Jako wzór podają hiszpański Podemos, który zepchnął w cień dotychczasową lewicę w tym kraju.

– „Krytyka Polityczna” jest organizacją pozarządową, nie angażuje się w działalność polityczną. Podpisanie apelu to indywidualne decyzje ludzi – mówi „Wyborczej” szef „Krytyki” Sławomir Sierakowski.

Pytany, czy on podpisze apel, odpowiada: „Jestem na urlopie naukowym”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Tajemniczy zlot fanów Harry’ego Pottera. Płaci gigant z USA

MARTA LASEK, 15.01.2015
Zlot miłośników Harry'ego Pottera na Zamku Czocha

Zlot miłośników Harry’ego Pottera na Zamku Czocha (John-Paul Bichard)

Bilety na zlot fanów Harry’ego Pottera na Zamku Czocha rozeszły się w dwie minuty. Wydarzenie owiane jest tajemnicą, a organizatorzy nie mogą udzielać dziennikarzom żadnych informacji.
Udział w kwietniowej akademii larp na zamku Czocha kosztuje 280 euro od osoby. Organizatorzy uruchomili zapisy na wiosenny zjazd w grudniu – wszystkie 114 biletów rozeszło się w niecałe dwie minuty. Teraz można jedynie wpisać się na listę rezerwową. Wpis kosztuje 20 zł.

Organizatorzy, zapytani o szczegóły zlotu fanów Harry’ego Pottera, odmawiają odpowiedzi i zasłaniają się poufnym kontraktem podpisanym z wytwórnią Warner Bros. Ta wytwórnia filmowa jest właścicielem praw autorskich do wszystkich wydarzeń związanych z Harrym Potterem.

Zauważył cały świat

– Niestety, nie możemy opowiadać o wiosennej szkole magii w mediach – mówi Claus Rasteed, Duńczyk odpowiadający w College of Wizardry za kontakt z dziennikarzami. – Ale w listopadzie 2015 r. planujemy kolejne akademie larp na zamku Czocha. Wtedy nie będą one nawiązywać już do świata z powieści o Harrym Potterze. Rozegrają się w fikcyjnym uniwersum, które tworzymy sami. W listopadzie z przyjemnością zaprosimy dziennikarzy – zaznacza Rasteed.

Fani najsłynniejszego młodego czarodzieja z powieści J. K. Rowling spotkają się na zamku Czocha po raz drugi. Imprezę zaplanowano na kwiecień.

Do pierwszego zlotu doszło w listopadzie ubiegłego roku. Wtedy polski zamek zamienił się w szkołę magii i czarodziejstwa Hogwart, a 190 uczestników z 11 krajów zostało uczniami College of Wizardry.

Zlot odbywał się w konwencji larp (z ang. „live action role-playing”), podobnej do improwizowanego teatru, w której uczestnicy odgrywają role postaci fikcyjnych, wspólnie tworząc i przeżywając opowieść. W szkole magii na Zamku Czocha uczniowie grali więc w quidditcha na miotłach, mogli wziąć udział w lekcji eliksirów i zatańczyć walca na wielkim balu.

Listopadowe wydarzenie okazało się taką sensacją, że rozpisywały się o nim media na całym świecie, m.in. magazyny „Time” i „People”, dziennik „Die Welt” i „Daily Mail” oraz telewizja MTV.

Płaci amerykański gigant

Po pierwszym sukcesie wytwórnia filmowa Warner Bros, mająca prawa autorskie do wszystkiego, co wiąże się z Harrym Potterem, zdecydowała się wyłożyć pieniądze na dwa kolejne zloty na Zamku Czocha. Zamek położony jest w pobliżu miasteczka Leśna, niedaleko Gór Izerskich.

Pierwszy wiosenny zjazd w Polsce zaplanowano między 9 i 12 kwietnia. Będzie on bezpośrednią kontynuacją wydarzenia listopadowego. Druga akademia larp odbędzie się między 12 i 16 kwietnia. W nowej edycji College of Wizardry nie będzie już uniwersum powieści Rowling z akademią Hogwart, meczami quidditcha czy mugolami. Mimo to kolejny zlot, również pod auspicjami Warner Bros, odbędzie się w konwencji szkoły magii.

Dodajmy, że Harry Potter to główny bohater serii siedmiu powieści fantasy autorstwa Brytyjki J. K. Rowling, obecnie najbogatszej pisarki na świecie. Opisana przez nią historia zaczyna się w momencie, kiedy tytułowy bohater w dniu jedenastych urodzin dostaje zaproszenie do szkoły magii Hogwart. Po olbrzymim sukcesie czytelniczym książki zostały zaadaptowane na ośmioczęściową sagę filmową, która stała się najbardziej dochodową serią filmów w historii.

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

Reklamy
Komentarze
  1. lewak pisze:

    Narkomanka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s