Ekberg (11.01.15)

 

Tydzień Tuska. Czy włoży kij w europoselskie mrowisko?

Tomasz Bielecki, Bruksela, 11.01.2015
Donald Tusk

Donald Tusk (INTS KALNINS / REUTERS / REUTERS)

Tusk chce już w ten wtorek włożyć kij w europoselskie mrowisko, czyli włączyć się w wybuchowy spór o równowagę między walką z terroryzmem a wolnościami obywatelskimi. Podczas swej pierwszej podróży zagranicznej został Donaldsem Tusksem. Ale nikt nie zaprosił go do Astany.
Donald Tusk pojechał dziś do Paryża na demonstrację przeciw terroryzmowi czy też – jak nazywają ją sami Francuzi – „marsz republikański”. Zapowiedział parę dni temu, że już w najbliższy wtorek będzie ponaglał Parlament Europejski do przyspieszenia prac nad przepisami o zbieraniu danych o pasażerach lotniczych (PNR) dla łatwiejszego wyławiania podejrzanych o terroryzm. Kłopot w tym, że to politycznie bardzo śliska sprawa. I jeśli Tusk nie ograniczy się do czterech akapitów przemówienia na temat PNR, a weźmie się na serio za promowanie tego projektu, to może bardzo oberwać od wielu europosłów… Ale zarazem zyska szansę na niemalowany sukces.

Algorytmem w terrorystę, ale nie tylko w niego

Europarlamentowi nie podoba się obecny projekt przepisów o zbieraniu danych PNR – od nazwiska przez datę i miejsce zakupu, aż po m.in. dane karty kredytowej potencjalnie wszystkich pasażerów. Dzięki nim policyjne algorytmy mogłyby identyfikować podejrzanych m.in. na podstawie historii ich przelotów. Ale przy okazji – jak wskazują krytycy np. z polskiego Panoptykonu – system zbierałby i przechowywał informacje o niewinnych obywatelach. Takie „profilowanie” zwykłych ludzi to dla wielu organizacji pozarządowych krok ku państwu policyjnemu. Mając dane „osoby do kontaktu w nagłych wypadkach” (niektóre linie lotnicze proszą o to przy zakupie biletu), można nawet próbować określać orientację seksualną.

Spór o dane szansą dla Tuska

Paradoksem jest, że kraje UE już teraz przekazują dane PNR Stanom Zjednoczonym (w przypadku lotów transatlantyckich) i ponad dziesięć krajów Unii zbiera dane PNR na własną rękę, ale nie są w stanie uzgodnić z Parlamentem Europejskim, wyczulonym na prawa człowieka, systemu wspólnego dla lotów w całej Unii. Europoseł Jan Philip Albrecht (niemiecki Zielony) powtórzył w ostatni piątek, że projekt dotyczący PNR w formie forsowanej przez kraje członkowskie jest sprzeczny z traktatami UE… Ten spór to naprawdę świetna okazja, by nie zasiedzieć się pod „europrezydenckim” żyrandolem.

Kokietowanie nowicjuszem

A co do unijnych „prezydentów”, czyli – mówiąc po polsku – przewodniczących. Celem pierwszej wizyty zagranicznej Tuska na brukselskim urzędzie była – w ostatni czwartek – inauguracja łotewskiej „prezydencji”, czyli półrocznego przewodniczenia w Radzie UE (ministrowie krajów Unii). Tusk trochę kokietował słuchaczy w Rydze, podkreślając, że jest nowicjuszem i żartując, że łotewskie tłumaczenie jego przemówienia brzmi ciekawiej od angielskiego oryginału. Ale nowicjuszem już nie jest, choć istotnie występujący po nim Jean-Claude Juncker („prezydent”/przewodniczący Komisji Europejskiej) na pewno dał w Rydze kolejny popis wielkiej swobody brukselskiego wyjadacza ze stażem dłuższym od Polaka. Nim Juncker stanął na czele Komisji Europejskiej, był przez kilka lat „prezydentem”/przewodniczącym eurogrupy (ministrowie eurolandu).

Kto jest Donaldasem Tuskasem?

Łotysze mówią „Donalds Tusks”. Dopisywanie końcówek w mianowniku to lingwistyczna ciekawostka języków bałtyckich – na Łotwie na szczęście niewybuchowa. Polak na Litwie, spokrewnionej lingwistycznie z Łotwą, mógłby od purystów językowych usłyszeć, że jest Donaldasem Tuskasem… I czy nie rozległyby się lamenty nad lituanizacją polskich nazwisk?

Dla precyzji dodajmy, że trwający na Litwie spór o pisanie nazwisk w litewskich dowodach dotyczy wyłącznie pisowni (stosowania polskich liter „ś”, „ć”, „ź” itd.), a nie brzmienia nazwisk członków polskiej mniejszości. W każdym razie żadnego problemu nie było, bo Tusk prosto w Łotwy pojechał w piątek nie na Litwę, lecz do Estonii.

Berlin śle teraz sygnały, że – wstępnie planowany na ten czwartek – czterostronny ukraiński szczyt Putin- Poroszenko-Merkel-Hollande w kazachstańskiej stolicy Astanie stoi pod wielkim znakiem zapytania. Niestety, ów pytajnik, jak przynajmniej dziś się wydaje, nie dotyczy kwestii, czy doprosić tam kogoś reprezentującego całą Unię. Zgodnie z obecnymi planami ani Tuska, ani szefowej unijnej dyplomacji Federiki Mogherini ma nie być w Astanie.

Zobacz także

wyborcza.pl

Związkowcy wrócą do negocjacji, ale tylko jeśli zasiądzie do nich premier Kopacz

MT, PAP, 11.01.2015
Bytom, akcja protestacyjna w kopalni Borek

Bytom, akcja protestacyjna w kopalni Borek (GRZEGORZ CELEJEWSKI)

Związkowcy, którzy zerwali rozmowy w sprawie planu naprawczego Kompanii Węglowej, oświadczyli, że wrócą do negocjacji, ale tylko jeśli weźmie w nich udział premier Ewa Kopacz. Chcą też, by rozmowy dotyczyły całej branży węglowej, a nie tylko jednej spółki.
Związkowcy przerwali toczące się w Katowicach negocjacje po ponad dwóch godzinach, bo poczuli się urażeni słowami przedstawicieli delegacji rządowej. Od sekretarza stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Jakuba Jaworowskiego mieli usłyszeć, że „pajacują”. Zarzucili też przedstawicielom rządu, że chcą likwidować górnictwo, a nie je naprawiać.

Choć przedstawiciele delegacji oświadczyli, że przeprosili za słowa o „pajacowaniu” i zaapelowali o powrót do negocjacji, związkowcy nie zgadzają się na rozmowy z przedstawicielami rządu w obecnym składzie.

„Autorów programu obchodzą tylko wybory”

W wydanym po zerwaniu rozmów komunikacie Międzyzwiązkowy Komitet Protestacyjno-Strajkowy ocenił, że plan restrukturyzacji KW jest programem „o charakterze tylko i wyłącznie politycznym”. „Dla autorów tego programu nie liczą się ludzie pracujący w kopalniach, nie liczy się Śląsk i sytuacja społeczno-gospodarcza w tym regionie, nieważna jest przyszłość górnictwa. Ten program ma na uwadze wyłącznie fakt, że za kilka miesięcy odbędą się wybory parlamentarne i tylko z tej perspektywy tworzono ów dokument” – napisali związkowcy.

Warunkiem m.in. obecność Ewy Kopacz

Podtrzymali deklarację gotowości do wznowienia rozmów, „o każdej porze dnia i nocy”, jeśli na czele prowadzącej rozmowy delegacji rządowej stanie premier Ewa Kopacz i będą one dotyczyć programu dla całego górnictwa węgla kamiennego w Polsce, a nie tylko dla jednej ze spółek.

„Chcemy też wyraźnie przypomnieć i podkreślić, że zasadniczym warunkiem rozmów i ewentualnego porozumienia jest wycofanie się rządu z wdrażania decyzji o likwidacji czterech kopalń” – napisali związkowcy.

„Pragniemy również wyrazić nadzieję, zważywszy na dotychczasowe doświadczenia i przebieg dzisiejszych rozmów, że w składzie delegacji rządowej znajdą się wyłącznie ludzie, którzy znają elementarne zasady dobrego wychowania, stosują je w praktyce i wiedzą, co to znaczy wzajemne poszanowanie stron” – zakończyli.

Nie wiadomo, kiedy wznowienie rozmów

Związkowcy i przedstawiciele rządu spotkali się w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim już dzień wcześniej. Rozmowy zostały jednak przerwane, bo związkowcy uznali, że reprezentanci rządu nie mieli pełnomocnictw do podpisania porozumienia w jego imieniu. Po otrzymaniu zapewnienia, że delegacja ma upoważnienie do zawierania zobowiązań w imieniu rządu, związkowcy zgodzili się zasiąść ponownie do rozmów. Te zerwano i nie wiadomo czy i kiedy zostaną wznowione.

Według przyjętego przez rząd 7 stycznia planu dla KW możliwości dofinansowania tej spółki wyczerpały się i bez restrukturyzacji upadnie ona w ciągu miesiąca. Wśród rozwiązań wskazano likwidację czterech kopalń KW, przeniesienie 6 tys. osób do innych zakładów i osłony dla zwalnianych – kosztem ok. 2,3 mld zł.

Zobacz także

TOK FM

Tadeusz Konwicki – strażnik miasta
Jak teraz będziemy chodzić po Nowym Świecie? Bez Konwickiego miasto straciło swój ster i centrum.

Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta

CZYTAJ TAKŻE

  • Zmarł Tadeusz Konwicki

    Odszedł wybitny pisarz, scenarzysta i reżyser filmowy. Miał 88 lat.

7 stycznia 2015 roku w swoim mieszkaniu w Warszawie zmarł Tadeusz Konwicki. Wielki pisarz i reżyser.

Jeszcze dwa tygodnie temu przemknął jak zwykle Nowym Światem, skręcił w Chmielną. Jak tylu innych warszawiaków. Na widok drobnej postaci pomyślałam – Konwicki jest, jak dobrze. Tuż przed Świętami rozmawialiśmy w redakcji, żeby zadzwonić do niego, może zgodziłby się oprowadzić po swojej Warszawie. Według jego trasy można było regulować zegarki. Wczesny obiad w Czytelniku, przy samotnym stoliku, przy ścianie, pod zdjęciem Holoubka, wcześniej Blikle o 11. Szybki krok, zgarbiona sylwetka.

Od tylu lat nie pisał, nie zabierał głosu, ale był cały czas obecny. Stał się strażnikiem miasta, naszym łącznikiem z przeszłością – właściwie aż do Mickiewicza. Przy kręceniu „Lawy” Konwicki uświadomił sobie, że może odtworzyć czasy Mickiewicza, bo na Litwie nic się nie zmieniło. „Ja jestem ostatni, co pamięta początek XIX wieku” – czytamy w zbiorze ostatnich felietonów „Wiatr i pył”. Przez Warszawę przeświecało mu Wilno: „Jestem utkany z jakichś resztek po Pieślakach, Kieżunach, Wieszunach, a mo­że nawet Mickiewiczach. Zastygłem w krysztale tamtego powietrza”. Ale dla nas stał się najcenniejszym składnikiem Warszawy, gwarantem bezpieczeństwa.

Dwadzieścia lat temu mało kto wierzył, że Konwicki rzeczywiście nie będzie pisać, kiedy w „Pamflecie na siebie” ogłosił, że jego czas się skończył. Wielu liczyło, że jednak coś wyda. „Nigdy nie chciałem być zawodowym literatem i reżyserem” – mówi w filmie Andrzeja Titkowa. Ale jego dorobek jest wielki i imponujący, ten literacki i filmowy. Chciał, i to mu się udało, zapisać swój czas. Jego bohaterowie patrzą z zewnątrz, są krytycznymi obserwatorami. Sam mówił, że jego książki są kłótliwe – zawsze były polemiką ze współczesnością.

Zanim poznałam Konwickiego, zaznajomiłam się z jego kotem Iwanem, bohaterem książki „Dlaczego kot jest kotem” z ilustracjami żony Danuty Konwickiej (dopiero co czytaliśmy ją z synami). Ostatnio zobaczyłam wreszcie, jak Iwan wyglądał na żywo – znalazłam zdjęcie Konwickiego z kotem, zrobione przez Chrisa Niedenthala. Potem był „Zwierzoczłekoupiór” i „Dziura w niebie”, i dalej „Mała Apokalipsa”, „Kompleks polski”, „Wniebowstąpienie”.

Zaczęłam patrzeć na Warszawę jego oczami – Pałac Kultury, ten „szalet postawiony na sztorc”… jest u Konwickiego osią wszechświata, jego podziemia to czyściec i zaświaty, tyle że tandetne, niedorobione.  U Konwickiego oprócz zapisów absurdów PRL-u jest również ta nieokreślona sfera związana z pamięcią, snem i wyobraźnią. Tandeta miesza się z mitologią i symbolami. Wszystko razem.

Kiedy słuchamy głosu Konwickiego, kiedy zaglądamy do jego książek, zwraca uwagę naturalność jego języka. Konwicki niczego nie gra, nie udaje. Jego zdania w powieściach też się do nas nie wdzięczą. Przed fałszem chroniły Konwickiego dystans, wisielczy humor i autoironia. „Moje życie można porównać do kawałka gumki, jest bardzo rozciągliwe. Mogę w każdej chwili – jestem do tego przyzwyczajony – oddalić się na zawsze”. Prezes Wydawnictwa Iskry Wiesław Uchański opowiadał, że Konwicki przyniósł mu niedawno książki z dedykacjami innych pisarzy, bo uważał, że tam znajdą lepsze schronienie. Konwicki, być może, był przygotowany. Ale my – nie.

Jak teraz będziemy chodzić po Nowym Świecie? Bez Konwickiego miasto straciło swój ster i centrum. „Chcę być przechodniem, którego człowiek spotyka w życiu i chciałbym pomachać mu, dać mu znak, że nie jest sam” – mówił w filmie Titkowa. A teraz zostaliśmy sami i miasto jest nagle nieznośnie puste.

Polityka.pl

Jolanta Kwaśniewska: Oswajam starość

Elżbieta Cichocka, 10.01.2015

Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta

Wokół nas jest kult młodości i gigantyczne grono wykluczonych ludzi – 14 proc. społeczeństwa to są osoby powyżej 65. roku życia. Z Jolantą Kwaśniewską rozmawia Elżbieta Cichocka
ELŻBIETA CICHOCKA: Kiedy zaczyna się starość? Granica wyznaczona przez WHO na 65 lat jest chyba dyskryminująca, bo ludzie nie stają się automatycznie starcami po przekroczeniu wieku emerytalnego?

JOLANTA KWAŚNIEWSKA: Im dłużej żyjemy, tym bardziej przesuwa się granica starości.

Ja w tym roku kończę 60 lat. Sto lat temu byłabym sędziwą matroną, podsuwano by mi krzesło, jeśli w ogóle bym dożyła takiego wieku. Starość to nie tyle kwestia metrykalna, ile stan naszego umysłu. Czuję się młodo, bo jestem pełna sił i zapału, a znam znacznie młodszych ode mnie, którzy są już starcami.

Ktoś celnie powiedział, że każdy chciałby żyć długo, ale nikt nie chce być stary.

– Jednak starość w końcu przychodzi do każdego. Trzeba się z nią oswajać, a my w Polsce nawet nie potrafimy o niej mówić. Ba, nie wiemy, jak określić człowieka, który ma ponad 70 czy 80 lat. Senior? Starsi ludzie tego nie lubią. Starzec? Przecież to okropne.

Dawniej to określenie było nacechowane szacunkiem.

– Dziś oznacza starego uciążliwego człowieka. Kogoś, kim trzeba się opiekować, komu trzeba dokładać do emerytury, kogoś, kto nam zawraca głowę.

Musimy zacząć rozmawiać o tym, że na starość trzeba się przygotować. Tak żyć, by przyszła jak najpóźniej – mądrze się odżywiać, ruszać. Ruch to nie tylko zdrowie, ruch to życie. Te nawyki są bardzo ważne, żebyśmy w starość weszli w jak najlepszej formie i w dobrej kondycji. Tymczasem w Polsce rodzice nie gonią dzieci sprzed telewizorów czy komputerów, nie wychodzą z nimi na spacer, nie grają w piłkę, nie jeżdżą na wycieczki. Nie mówią, dlaczego to jest ważne.

Pani fundacja Porozumienie bez Barier zawsze była kojarzona z pracą na rzecz dzieci. Od ponad roku realizuje również program „Oswajanie starości”. Skąd pani zainteresowanie takimi sprawami?

– Podczas swoich podróży po Polsce spotykam wielu starszych ludzi. To oni mi opowiadają, jak trudno znaleźć geriatrę, jaka fatalna sytuacja jest w niektórych ośrodkach pomocy społecznej, jak trudno żyje się z niskiej emerytury.

Wokół nas jest kult młodości i gigantyczne grono wykluczonych ludzi. Aż 14 proc. naszego społeczeństwa to osoby powyżej 65. roku życia. Trzeba o nie zawalczyć.

Jest taka chińska zagadka: jak topi się dziecko i starzec, to kogo się powinno uratować? Odpowiedź: trzeba uratować starca, ponieważ wiemy, kim jest, ile wie, a kim będzie i co będzie wiedziało dziecko – nie wiadomo.

A w Polsce dziadek to dla wnuków tylko niedołężny człowiek, co ledwo suwa kapciami, a babcia, jak idzie, rozlewa herbatę. Żyjemy w strasznym galopie i nie doceniamy, ile moglibyśmy się nauczyć, rozmawiając z nimi. Nie mamy pojęcia, ile potrafią i wiedzą. Nie doceniamy ich, bo są starzy. Im dłużej obserwuję to, co się dzieje w Polsce, tym częściej dochodzę do wniosku, że w Polsce mamy do czynienia z klasycznym ageizmem, dyskryminacją ze względu na wiek.

Na przykład w Finlandii nie ma żadnych uregulowań dotyczących wieku, w którym przechodzi się na emeryturę. Ci, których na to stać, idą na nią wcześniej i poświęcają się swojemu hobby albo jeżdżą po świecie. A inni tak długo pracują, jak długo dopisuje im zdrowie i kondycja. W Stanach Zjednoczonych zwiedzałam fort z czasów wojny secesyjnej. Pracowali w nim jako wolontariusze starsi przesympatyczni panowie. Mieli grubo ponad 80 lat. W samolotach linii krajowych w Stanach Zjednoczonych zdarza mi się, że dosiada się do mnie starszy siwiuteńki steward i zagaduje: „Skąd jesteś? Co robisz? Czy znasz Amerykę?”.

Prawda, że to zupełnie inaczej niż w Polsce?

Nazwałam mój program „Oswajanie starości”, bo musimy się z nią oswoić. Matka, która rodzi dziecko, już powinna myśleć, jak je wychowywać, żeby wchodziło w starość zdrowe i sprawne.

W ciągu 30 lat ubędzie 6 mln Polaków: Bez dzieci Polska może zbankrutować, a emeryci żyć nędznie

Starsi ludzie są zazwyczaj przewlekle chorzy. Każdą ich chorobę leczy inny specjalista, który nie wie o terapii, którą zastosował jego kolega. Leki wchodzą w groźne interakcje. To się nazywa polipragmazja. W rezultacie, jak mówi prof. Barbara Bień, geriatra z Białegostoku, kiedy człowiek po osiemdziesiątce trafia do szpitala, to często wystarczy odstawić mu trzy leki albo leczyć skutki leczenia pięciu specjalistów, by nastąpiła poprawa zdrowia. Tymczasem mamy w Polsce około 300 geriatrów, ale w systemie publicznej służby zdrowia pracuje ich zaledwie połowa. To średnio dziesięciu na województwo!

– To jest dramat. W opiece zdrowotnej mamy wiele do nadrobienia. Eurostat podaje liczbę lekarzy i pielęgniarek na 10 tys. mieszkańców i liczbę łóżek szpitalnych. W tych wskaźnikach na tle krajów europejskich wypadamy marnie. I to jest ogromnie niepokojące. Nie mogę też pojąć polityki naszego Ministerstwa Zdrowia. Dlaczego tak mało pieniędzy wydaje na profilaktykę? Rehabilitacja pomaga starszemu człowiekowi dłużej zachować sprawność i samodzielność, a bardzo często może zastąpić leczenie.

Mam nadzieję, że memorandum, które po wielu dyskusjach zostało przygotowane przez geriatrów z całej Polski, zostanie wzięte pod uwagę przez ministra zdrowia. Potrzeba więcej geriatrów i więcej szpitalnych oddziałów geriatrycznych, gdzie starzy ludzie z wieloma chorobami leczeni są skuteczniej niż na oddziałach internistycznych.

Bardzo wiele o tym, jak powinien funkcjonować system opieki nad ludźmi starymi, dowiedziałam się, biorąc udział w międzynarodowych konferencjach organizowanych w Poznaniu przez doktor Annę Jakrzewską-Sawińską. Stworzone przez nią Poznańskie Centrum Seniora to moim zdaniem wzór, według którego powinny powstawać takie instytucje w całym kraju.

Kiedy do ośrodka doktor Jakrzewskiej-Sawińskiej przychodzi starsza osoba z problemami zdrowotnymi, najpierw trafia do internisty. Potem do okulisty, neurologa, laryngologa. Jest sala ćwiczeń, w której terapeuta sprawdza jej możliwości ruchowe. Na końcu pacjent idzie na długą rozmowę do geriatry. Ten sprawdza, które lekarstwa starszy pan lub pani musi koniecznie zażywać, a z których może zrezygnować. Jakie ćwiczenia poprawią motorykę ciała. Dzięki grantowi z funduszy europejskich pacjenci doktor Jakrzewskiej-Sawińskiej uczą się nawet angielskiego. I już całkiem dobrze mówią!

Pokazaliśmy w telewizji ten ośrodek i natychmiast posypały się dziesiątki maili z pytaniami, jak można się do niego dostać.

Miała pani własne doświadczenia rodzinne?

– Moja mama odeszła bardzo młodo, miała 64 lata i zmarła na nierozpoznany zawał serca, leżąc na kardiologii. To była dla mnie ogromna trauma. Tata chorował, od kiedy pamiętam. Jako młody człowiek miał problemy z sercem i mimo to dożył 78 lat. Miał dwa razy operowaną zastawkę, wstawiony rozrusznik, jakieś siatki pozakładane po operacjach przepukliny.

Przychodziłam do taty do różnych szpitali, widziałam pracę pielęgniarek, lekarzy. I kiedyś nawet rozpłakałam się, widząc, z jakim oddaniem i troskliwością młoda dziewczyna zajmowała się moim tatą. Poprosiła tylko, żebym kupiła oliwkę. Kiedy podchodziłam, żeby pomóc w przekładaniu taty, mówiła: „Nie, ja bardzo dziękuję, nie potrzebuję pani pomocy, to jest mój pacjent”.

A ja na to: „A to jest mój tata”.

W innych szpitalach bywało różnie. Pomimo że wówczas odwiedzałam ojca jako małżonka prezydenta, widziałam, że pielęgniarki zasłaniały szybkę na OIOM-ie, żeby nie było widać, że jest np. odkryty albo naciska nerwowo dzwonek alarmu.

Każda z moich sióstr i ja – jedna mieszka w Krakowie, druga w Gdańsku, ja w Warszawie – miałyśmy pokój dla ojca. Ale on chciał być u siebie. Żyć i odchodzić na swoich warunkach. Jak tylko dawałyśmy radę, jechałyśmy do Gdańska. Ale nie zawsze się udawało, więc szukałyśmy opiekunek, które mogłyby się nim zająć.

To wszystko otwarło mi oczy na sytuację starszych ludzi w Polsce. Myślałam sobie: „Boże, jeśli mój tata ma tak bardzo pod górkę, to jak funkcjonują inni: samotni, starsi, bardziej schorowani?”.

Bankructwo systemów emerytalnych będzie znacznie większą katastrofą niż kryzys finansowy: Przyszły emerycie, zrób to sam

O starzeniu się społeczeństwa wiemy już bardzo dużo. Dlaczego tak niewiele wynika z tej wiedzy?

– Rok 2012 w całej Unii Europejskiej był rokiem na rzecz starości i więzi międzypokoleniowej. W Polsce powstała „biała księga”, odbywały się konferencje, debatowano w parlamencie, rząd pochylał się nad osobami starszymi. Im bardziej jednak wczytuję się w różnego rodzaju obowiązki, które powinna wypełniać Polska, choćby z tego powodu, że jest członkiem Unii Europejskiej, to jestem przerażona tym, jak wiele pracy przed nami. Najbardziej brakuje rozwiązań systemowych. Nie może być tak, że mamy pewne rozwiązania na szczeblu rządowym, a potem samorządy lokalne robią, jak chcą. W lutym 2013 r. przy Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej powstała rada ds. polityki senioralnej. Przybywa takich rad przy władzach miast, ale one powinny być już w każdym mieście, w każdej gminie.

Bo bardzo roztropnie starsze osoby, z którymi rozmawiam, mówią: „Nic o nas bez nas. Nie chcemy mieć kolejnej ścieżki rowerowej, ale salę, gdzie moglibyśmy się spotykać, gdzie mógłby ćwiczyć na przykład nasz chór”.

Politycy pochłonięci bieżącymi sprawami nie myślą o tym, że sami za 20 lat staną się 70-latkami.

– W wielu krajach mówi się już o silver tsunami. Bo starość to jest wielka srebrna fala, która zalewa świat.

Tsunami to chyba nieadekwatne określenie. Oznacza niszczącą falę, która przychodzi nagle. Demografowie zaś od dawna przewidywali starzenie się społeczeństw.

– Wiemy, że będziemy żyli coraz dłużej. Z badań Eurostatu wynika, że w Polsce za 50 lat liczba osób powyżej 65. roku życia podwoi się i wyniesie 34 proc. Na każde 100 osób w wieku produkcyjnym przypadnie 91 ludzi w wieku poprodukcyjnym oraz dzieci. Do tego trzeba się przygotować.

Z jednej strony są dziesiątki różnego rodzaju inicjatyw, o których przeciętny Polak nie wie. Moja fundacja bardzo blisko współpracuje z Urzędem Dzielnicy Warszawa-Wilanów. Szefem Centrum Kultury Wilanów jest Robert Woźniak, fantastyczny dyrektor, „ojciec dyrektor”, jak o nim mówią. To jest świetnie działający ośrodek. W Powsinie, 20 km od centrum Warszawy, odbywa się kiszenie kapusty, darcie pierza, święto dyni, jest zespół Powsinianie, który ma stroje ludowe, jakie kiedyś były w Wilanowie, działa pracownia porcelany.

Ten właśnie „ojciec dyrektor” organizuje dla seniorów wycieczki po całej Polsce, zajęcia na basenie, zajęcia nordic walking, ćwiczenia. To wszystko jest szalenie ważne.

Założyliśmy stronę internetową pod adresem http://www.oswajaniestarosci.pl i tam informujemy o wszelkich inicjatywach, które dzieją się w Polsce. Pokazujemy bardzo pozytywne przykłady działań na rzecz osób starszych. Jesteśmy zaprzyjaźnieni z portalem StarsiRodzice.pl. Każdy może tam znaleźć informacje, gdzie znajduje się ośrodek pomocy społecznej w miejscowości, w której jesteśmy, dobre sanatorium czy ośrodek rehabilitacyjny. Nie jest tak źle.

To jedna strona medalu.

A druga?

– Że to wszystko nie tworzy spójnego systemu złożonego z profilaktyki, edukacji, leczenia, opieki.

Rozmowa z Piotrem Błędowskim, prezesem Polskiego Towarzystwa Gerontologicznego: Nadchodzi czas starszych Polaków. Czy muszą być biedni i samotni?

Samotność jest chyba najgorszą rzeczą, jaka może spotkać starego człowieka. Izolacja społeczna prowadzi do degradacji i fizycznej i psychicznej.

– Pamiętam, jak podczas jednej z wielkich konferencji poświęconych różnym problemom starości uczestniczka powiedziała: „Wiecie państwo, moim największym dramatem jest moja samotność”.

W Polsce mężczyźni średnio żyją około ośmiu lat krócej od kobiet. Polska będzie krajem starych, samotnych i chorych kobiet. Kobiety zarabiają mniej, pracują w zawodach o niższym prestiżu i niższych płacach. Dostaną niskie emerytury. Póki jest jeszcze mąż, da się jakoś żyć, choć leki drogie.

Samotne starsze osoby najczęściej nie gotują ciepłych posiłków. Jedzą bułki z plasterkiem wędliny czy sera. Dotyczy to zwłaszcza mężczyzn. To nie jest tylko kwestia pieniędzy. Ktoś może mieć pokaźne konto w banku, ale nie ma chęci do życia, szczególnie gdy nie interesują się nim dzieci czy wnuki.

Oprócz tego, że nie umiemy rozmawiać o starości, to nie umiemy też rozmawiać o śmierci. Anestezjolodzy mi opowiadali, że rodziny wpychają krewnych na ostatnie chwile życia do szpitala, bo uważają, że tak należy robić. Szpital przedłuża agonię tego człowieka dzięki nowoczesnej technice medycznej o dwie, trzy doby. To przerażające.

– To jest gigantyczna dyskusja etyczna. Jestem przekonana, że w tej rozmowie nie uda nam się rozstrzygnąć sprawy odchodzenia. Ale jak byłam ostatnio w Centrum Onkologii, to spotkałam wspaniałą panią Barbarę, która leży tam już dziewięć miesięcy. Powiedziała mi: „To jest dla mnie wymarzone miejsce, drugi dom. Codziennie przychodzi do mnie ktoś z rodziny. Moja siostra jest krucha, nie mogłaby się tak mną opiekować, żebym nie miała odleżyn. Dostaję tutaj tak często środki przeciwbólowe, jak potrzebuję. Mam grono przyjaciół. Latem wywożą mnie z moim łóżkiem do patio i tam opalona jestem jak nigdy w życiu. To jest mój wybór”.

Tylko że powinniśmy nieuleczalnie chorym starszym ludziom dać szansę wyboru. W hospicjum każdy lekarz i każda pielęgniarka powie, że najlepszym miejscem na odejście jest własny dom. Jest pies, który będzie siedział przy łóżku, czy kot, który się położy obok. Można słuchać codziennej domowej krzątaniny. Moja przyjaciółka uczestniczyła w odchodzeniu swojej mamy. To trwało wiele lat. Pożegnała się z nią cała rodzina. Córka trzymała ją za rękę i czuła moment, kiedy wyszło z niej życie. To jest chyba najpiękniejsza śmierć, jaką można sobie wymarzyć.

Nie każdy ma możliwość, żeby ze swoimi bliskimi być do ostatniej chwili. Ale uporczywa terapia to jest jakiś dramat. Wyobrażam sobie, jak cierpi ta osoba, która być może chciałaby coś powiedzieć, a nie ma takiej możliwości. Osobiście absolutnie nie chciałabym, żeby mnie jej poddawano.

Czy pani sądzi, że polskie społeczeństwo wykaże taką samą wrażliwość wobec ludzi starych jak wobec dzieci?

– Kiedy moja fundacja budowała Klinikę Onkologii Dziecięcej, to na hasło „dzieci” otwierały się i serca, i portfele. Przez ostatnie dwa lata mówimy, że chcemy przede wszystkim przeznaczać środki dla osób starszych. I mamy kłopot.

Dla dzieci zawsze wysupłamy pieniądze. Na hasło „starość” ciągle brakuje pieniędzy.

A starzy ludzie tak bardzo się boją i wstydzą mówić o swoich potrzebach. Oglądałam ostatnio świetnie zrobiony film. Krótki dokument zrobiony przez starszych ludzi z Pragi. Mężczyzna wchodzi do sklepu, gdzie można kupić za 4,90 zł kilogram okrawków mięsa. Mówi: „Proszę pani, poproszę kilogram tych okrawków dla psa”.

Wstyd mu się przyznać, że kupuje dla siebie, bo nie stać go na kupno wędliny.

16 lat temu w naszej fundacji rozpoczynaliśmy program „motylkowych szpitali”. Dziś w Polsce nie ma szpitali dziecięcych z szaroburymi ścianami. A dlaczego w domach pomocy społecznej nie ma takich miejsc jak pokoiki babci i dziadka, gdzie jest ciepła atmosfera, piękne zasłony, kominek, gdzie można spokojnie usiąść i wypić kawę i herbatę?

Musimy dojrzeć do starości jako społeczeństwo, ale i jako państwo. Polacy muszą zmienić swój stosunek do starszych ludzi, a państwo – politykę wobec nich.

Wierzę, że dzięki wspólnemu programowi naszej fundacji i „Gazety Wyborczej” pod patronatem Telewizji Polskiej rozpoczniemy wreszcie na ten temat poważną debatę i zmienimy świadomość społeczeństwa tak, jak ją zmieniła akcja „Rodzić po ludzku”.

Razem zagramy dla seniorów
Wspólna akcja TVP, „Wyborczej”, porozumienia bez barier i WOŚP

W niedzielę 11 stycznia WOŚP zagra po raz 23. Pieniądze zebrane w tym roku będą przeznaczone na oddziały onkologiczne, kardiochirurgiczne, pulmonologiczne oraz reumatologiczne. W planach jest zakup m.in. rezonansów magnetycznych i tomografów, a także urządzeń USG.

W tym roku Orkiestra po raz trzeci będzie zbierała pieniądze nie tylko dla dzieci, ale także na rzecz opieki nad osobami starszymi.

Przy tej okazji „Gazeta Wyborcza” wspólnie z fundacją Porozumienie bez Barier Jolanty Kwaśniewskiej, Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy i Telewizją Polską rozpoczyna wspólny program. Chcemy, by starość stała się ważnym i stałym tematem debaty publicznej. Będziemy pokazywać i promować wartościowe inicjatywy służące seniorom i zachęcać do ich podejmowania. Chcemy słuchać ludzi starszych i czerpać z ich wiedzy. Chcemy też nauczyć się mówić o nich i o starości, która przecież czeka nas wszystkich.

Więcej o programie w niedzielę 11 stycznia o godz. 10.16, w czasie finału WOŚP w TVP 2

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Podpadli wszystkim
Nie tylko islamiści mieli powody, by nienawidzić „Charlie Hebdo”

Spierajmy się, jak razem żyć
Gdy w meczecie słyszę, że muzułmanie nie powinni w Amsterdamie przestrzegać prawa, bo burmistrz jest żydem, to mówię im, że nie widzę powodu, żeby ich szanować, jeśli oni nie szanują mnie – mówi Paul Scheffer

Tęsknię za panem, doktorze
Jak medycynie znów wszczepić serce

Jaki kraj, takie uniwersytety
Doktorat z biologii molekularnej z wyróżnieniem, tuziny cytowań, doświadczenie w pracy dydaktycznej. Pensja – 1200 na rękę

Reprywatyzacja bez spadkobierców: „Sprawa Królewskiej”, czyli kurator z Karaibów
Jak Mr. S. Bartlet, notariusz publiczny z wysp St. Kitts & Nevis, obalił dekret Bieruta

Niech Wielki Brat nie tupie nogą
Polacy na Litwie głosują albo „na swoich”, albo „na złość Litwinom”. Z wileńskim publicystą Aleksandrem Radczenką rozmawia Ewa Wołkanowska-Kołodziej

Rosjanie, znam was dobrze. A czy wy znacie siebie? – rozmowa z Waldemarem Krzystkiem
Na mocy doświadczenia Legnicy swego dzieciństwa Waldemar Krzystek zwraca się do Rosjan: wiem, dlaczego tacy jesteście. Fascynujący thriller „Fotograf” już w kinach

„Był świadkiem niemal wszystkich wojen ostatniego 25-lecia” [ZDJĘCIA]
„To jeden z niewielu fotografów, który widział niemal wszystkie wojny, a z pewnością te najważniejsze, ostatnich 25 lat. Fotografował je naprawdę z bliska” – pisał o Krzysztofie Millerze Paweł Smoleński.

Kapłan to nie maszyna od procedur
Nie traćmy radosnego ducha, pełnego humoru, który czyni nas sympatycznymi nawet w trudnych sytuacjach – mówił przed Bożym Narodzeniem Franciszek

Wyborcza.pl

Prędkość nadświetlna istnieje i wiem, jak jej użyć – twierdzi amerykański fizyk

Piotr Cieśliński, 11.01.2015
Maleńki pulsar w środku dysku protoplanetarnego - wizja artysty. Kosmiczny teleskop Spitzer dostrzegł to zjawisko dzięki detektorom podczerwieni

Maleńki pulsar w środku dysku protoplanetarnego – wizja artysty. Kosmiczny teleskop Spitzer dostrzegł to zjawisko dzięki detektorom podczerwieni (rys. NASA-JPL-Caltech)

Jeśli myślicie, że nic nie może się poruszać z prędkością większą niż światło w próżni, to… mylicie się. Nadświetlne prędkości są możliwe. Ba, są one od dawna obserwowane w kosmosie przez astrofizyków. Teraz jeden z nich wymyślił, jak można je w praktyce wykorzystać.
Pamiętam nasze zdziwienie na wykładzie ze szczególnej teorii względności, kiedy prof. Marek Demiański z zagadkowym uśmiechem na twarzy mówił, że są na świecie takie zjawiska, w których mamy do czynienia z prędkością większą niż prędkość światła.

Jak to? – zdziwiliśmy się. – Czy to nie sprzeczne z teorią Einsteina?

– Nie, teoria względności wcale tego nie wyklucza – mówił prof. Demiański, a my słuchaliśmy z coraz większym zdumieniem. – Wyobraźcie sobie, że świecicie wiązką lasera w Księżyc, która zostawia na jego srebrnej powierzchni małą plamkę odbitego światła, tj. widzicie „zajączka” laserowego promienia odbitego od Księżyca. Kiedy wykonacie drobny i szybki ruch laserem na Ziemi – wystarczy, że przekręcicie go o niewielki kąt – to w tym samym czasie wasz „zajączek” (plamka odbitego światła) przemierzy całą powierzchnię Księżyca.

Końcówkę lasera przesuwamy ledwie o milimetry, co zajmuje ułamek sekundy, a „zajączek” na Księżycu pokonuje w tym samym krótkim czasie tysiące kilometrów. Łatwo obliczyć, że nawet przy niezbyt szybkim ruchu lasera księżycowy „zajączek” będzie mknął szybciej niż światło.

Co na to Einstein?

Jak to możliwe, skoro zgodnie z teorią Einsteina prędkość światła w próżni jest prędkością graniczną?

Prawda jest taka, że teoria Einsteina wyklucza, by z prędkością nadświetlną przemieszczały się obiekty fizyczne – tj. cząstki materii, mające określoną masę i energię, czy też niosące informację (co w gruncie rzeczy jest związane z przekazem energii). Dlatego nikt nie stworzył jeszcze i – jak wynika z obowiązujących praw fizyki – nigdy nie stworzy napędu warp, dzięki któremu statek Enterprise z serialu „Star Trek” może osiągać prędkości nadświetlne.

Przesuwanie się „zajączka” po powierzchni Srebrnego Globu nie jest jednak związane z ruchem fizycznego obiektu. To ruch plamki światła, które odbija się co chwilę od innego punktu na powierzchni. Taki szybszy od światła „zajączek” nie przenosi żadnej energii i nie można z jego pomocą przenieść żadnej informacji z jednego krańca Księżyca na drugi.

Oczywiście, studentom fizyki nie da się niczego wmówić na wiarę. Nie mogliśmy obalić twierdzenia prof. Demiańskiego, że laserowy „zajączek” może biec po Księżycu szybciej niż światło. To wynika z prostej geometrii. Próbowaliśmy więc wymyślić różne scenariusze, jak za pomocą takich nadświetlnych „zajączków” przesłać informację. Ale żaden nie działał.

Rzeczywiście, nie da się zakodować i w ten sposób przesłać nadświetlnej wiadomości.

Jak się okazuje, można jednak ten nadświetlny efekt w praktyce wykorzystać.

Fotoniczny grom

Ideę przedstawił kilka dni temu Robert Nemiroff, profesor fizyki na Politechnice Michigan, na spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego w Seattle. Z jego wyliczeń wynika, że „zajączek” przesuwający się z nadświetlną prędkością po powierzchni ciała kosmicznego – asteroidy, planety albo na przykład obłoku gazu międzygwiazdowego – może nam wiele zdradzić na temat geometrii tego ciała.

Chodzi o to, że nadświetlne „zajączki” dają niezwykle ciekawe i nieoczywiste efekty optyczne. Światło odbite leci do nas – jakże by inaczej – z prędkością światła, ale samo odbicie przemieszcza się z większą prędkością, co sprawia, że obserwator na Ziemi dostrzeże nie jedną odbitą plamkę, lecz dwie. Będzie widział więc dwa „zajączki”, które się rozbiegają, albo przeciwnie – zbiegają ku sobie w zależności od kształtu powierzchni, która odbija światło.

Nemiroff określa to zjawisko mianem „gromu fotoniczego” na podobieństwo „gromu dźwiękowego”, który towarzyszy obiektom poruszającym się w powietrzu z prędkością naddźwiękową.

Fizycy od dawna zdawali sobie sprawę z jego istnienia. O tym samym efekcie wspominał kilka lat temu Leszek Sokołowski z Obserwatorium Astronomicznego UJ w piśmie „Foton”, gdzie opisywał rodzaje prędkości nadświetlnych, z którymi spotykają się w swoich obserwacjach astronomowie.

Korzyści z „zajączków”

Zjawisko zwykle trwa ułamek sekundy, ale prof. Nemiroff sugeruje, że dzięki ultraszybkim kamerom pary nadświetlnych „zajączków” da się wyśledzić i użyć do oceny rozmiarów i kształtu powierzchni. W serwisie ArXiv.org opublikował obliczenia, z których wynika, czego się można spodziewać w najprostszych przypadkach – gdy powierzchnia odbijająca światło jest kulista lub płaska.

Co więcej, „zajączka” można puścić nie tylko za pomocą lasera z Ziemi. Nemiroff zauważa, że moglibyśmy np. śledzić nadświetlne „zajączki” pulsarów (gwiazd neutronowych), które wirują i niczym latarnie omiatają przestrzeń kosmiczną wiązką promieni X. Prędkość nadświetlną może osiągać także granica cienia, przesuwającego się po obłoku międzygwiazdowym lub planecie i w jej wypadku także będziemy mieli do czynienia z efektem fotonicznego gromu.

– Fotoniczne gromy zdarzają się także na Ziemi, ale ich nie dostrzegamy, bo tu trwają niezwykle krótką chwilę – mówi Nemiroff. – Ale w kosmosie czas ich trwania się wydłuża i można je zarejestrować, tyle że nikt ich wcześniej nie szukał!

Zobacz także

wyborcza.pl

Nie żyje gwiazda „La Dolce vita”. W chwili śmierci była niemal bez grosza

11.01.2015

Nie żyje jedna z największych gwiazd światowego kina – Anita Ekberg, znana z filmu „La Dolce vita” Federico Felliniego. Gwiazda zmarła w niedzielę rano w szpitalu niedaleko Rzymu, gdzie schorowana przebywała od Bożego Narodzenia. Miała 83 lata.

Scena jej kąpieli w rzymskiej Fontannie di Trevi w sukni bez ramiączek, jest uważana za jedną z najbardziej kultowych momentów w historii kina. To dzięki roli u boku Marcello Mastroianniego w „La Dolce vita” („Słodkie życie”) z 1960 roku Anitę Ekberg okrzyknięto „boginią seksu”.

Źródło: Archives du 7e ArtTo dzięki roli u boku Marcello Mastroianniego w „La Dolce vita” okrzyknięto ją „boginią seksu”

Zagrała Sylvię Rank, „najwspanialszą kobietę stworzoną od zarania dziejów”, aktorkę śledzoną przez fotoreporterów. I jak na ironię, film dał początek terminowi „paparazzo” i spowodował, że sama Ekberg była potem ścigana przez prasę na całym świecie.

Była stale na nagłówkach gazet z powodu romansów z najbardziej znanymi aktorami Hollywood tamtych czasów, a jej kochankami byli ponoć Errol Flynn, Yul Brynner i Frank Sinatra. Pisano o niej również z powodu krewkiego temperamentu, np. gdy na nękającego ją fotografa Felice Quinto napadła z łukiem i strzałami lub gdy awanturowała się z innym paparazzo, który śledził ją w jej włoskiej willi (kopnęła go w krocze).

Miss Szwecji przyjechała do Hollywood

Dla Hollywood odkrył ją słynny Howard Hughes, wówczas szefujący wytwórni RKO, który w latach 50. ściągnął ją do Fabryki Snów.

Urodziła się w Malmö w 1931 roku. Już jako nastolatka zaczęła karierę fotomodelki, a w 1950 roku została Miss Szwecji, by w tym samym roku polecieć do Stanów Zjednoczonych i zdobyć tytuł Miss Universe. Nie przeszkodził jej nawet fakt, że nie znała ani słowa w języku angielskim.

Szybko seksowną 20-letnią blondynkę Hughes obsadził w aż czterech filmach w jednym roku. Potem zaistniała dzięki rolom w „Artyści i modele”, w komedii Boba Hope’a „Wakacje w Paryżu”, „Blood Alley”, gdzie zagrała u boku Johna Wayne’a i Lauren Bacall oraz historycznym „Wojnie i pokoju”, gdzie partnerowała Audrey Hepburn i Henry’emu Fondzie.

Źródło: Wikipedia (CC BY-SA 2.0)Anita Ekberg do USA pojechała jako Miss Szwecji i wtedy porwało ją Hollywood. Na zdjęciu w 1956

Seksbomba jak Sophia Loren i Marilyn Monroe

Rolę, która uczyniła ją nieśmiertelną, zawdzięcza Federico Felliniemu, gdy studio z Hollywood wysłało ją do pracy we Włoszech i tam poznała reżysera, który – oprócz „La Dolce vita” – obsadził ją jeszcze w trzech swoich filmach: „Boccaccio ’70”, „Klauni” i „Wywiad”.

Choć obok Sophii Loren i Marilyn Monroe była jedną z największych seksbomb, jakie kiedykolwiek pojawiły się na ekranie, jej kariera załamała się pod koniec lat 60. Praktycznie zniknęła z ekranu, czasem występowała w drobnych rolach w nieciekawych filmach europejskich.

Miało to związek z nadwagą, której aktorka nie potrafiła zwalczyć, poza tym krytycy nie zostawiali suchej nitki na jej talencie aktorskim. Mimo to w sumie w swoim emploi miała aż kilkadziesiąt produkcji. W 2002 roku zagrała samą siebie w „Magic of Fellini”.

Żyła w nędzy

Dwa lata temu aktorką znowu zainteresowały się media, gdy została obrabowana. Złodzieje splądrowali jej willę położoną nieopodal Rzymu. Zginęła jej biżuteria i meble. Sam dom został spalony. Księgowy Ekberg opublikował wówczas oświadczenie, że jego klientka ma ogromne kłopoty finansowe i żyje w nędzy. Zaapelował do Fundacji im. Federico Felliniego o pomoc finansową dla gwiazdy, która trafiła do domu opieki, po tym, jak złamała nogę.

Źródło: PAP/EPAJej kariera załamała się pod koniec lat 60. Praktycznie zniknęła z ekranu, czasem występowała w drobnych rolach w nieciekawych filmach

Od ubiegłorocznego Bożego Narodzenia przebywała schorowana w szpitalu. Dziś rano tam zmarła, co potwierdził jej prawnik. Miała 83 lata. Według niektórych doniesień, w chwili śmierci była niemal bez grosza.

TVN24.pl

OSSER: WOLNOŚĆ SŁOWA WE FRANCJI JEST NIE DO ZABICIA

PYTA SUTOWSKI, 11.01.2015

Zainteresowanie w Polsce tą tragedią było ogromne, ale jakby zabrakło empatii.

Michał Sutowski: Pismo satyryczne, wulgarne, obrazoburcze, skandalizujące… Tak zazwyczaj w polskich mediach prezentowano redakcję „Charlie Hebdo”, której dziesięciu redaktorów zginęło w środowym zamachu w Paryżu. Na prawicy zestawiano je z tygodnikiem „Nie” Jerzego Urbana. To prawdziwy, adekwatny obraz tego czasopisma? Szukający rozgłosu wulgarni skandaliści?

 

Bernard Osser: Z pewnością nie jest to pismo, które tylko epatuje skandalem, ani pismo tylko wulgarne. We Francji satyra, pamflet, mówienie tego, co się myśli, niezależnie od opinii innych, ma ogromną tradycję, która sięga Oświecenia. Nobliwe „Le Figaro”, dziś gazeta prawicowa, też zaczynało jako pismo satyryczne – bo i Francja to ojczyzna satyry, która nie liczy się z cenzurą: czy to państwa, czy to różnych społecznych grup nacisku. Atak na „Charlie Hebdo” to nie jest po prostu atak na pismo, które przedrukowywało karykatury Mahometa. Ono wyszydzało wszystkich po równo: Kościół katolicki, Żydów, muzułmanów, ale i lewicowo-liberalny establishment.

 

Naprawdę po równo?

 

Weźmy karykaturę Benedykta XVI, który spowiada kardynała-pedofila – ta jedna z częściej dziś reprodukowanych okładek pisma zawiera złośliwy przytyk do reżysera, którego nie kojarzy się przecież z opcją konserwatywną: „rób filmy jak Polański”, radzi spowiednik-papież kardynałowi. Jak się domyślamy, aby uniknął kary. Szydzono z socjalistów, z centroprawicowej partii UMP i z Frontu Narodowego. Z pisarzy, aktorów, intelektualnych celebrytów… Taka satyra, wymierzona w wiele stron naraz, to wyraz bardzo ważnego nurtu kultury francuskiej. Tego, w którym bycie Francuzem oznacza prawo mówienia, co się myśli. Prawo pokazania środkowego palca możnym, wpływowym i tym wszystkim, którzy chcą ograniczać wolność. Ja nie twierdzę bynajmniej, że samego tego nurtu, tzn. absolutyzacji wolności słowa, nie można krytykować. Chcę jednak podkreślić: to bardzo głęboko zakorzeniony element francuskiej tożsamości republikańskiej – i to przeciw niemu wymierzony był środowy atak. Chodzi o pluralizm, świeckość państwa, francuską wizję demokracji.

 

Czy można powiedzieć, że chodzi o nurt lewicowej tradycji francuskiej? Czy może to przywiązanie do wolności słowa jest „poza lewicą i prawicą”?

 

Pismo z pewnością jest liberalno-lewicowe i silnie antyklerykalne – przy czym kiedyś wymierzone głównie w Kościół katolicki, a dziś raczej w radykalny islam. Ale nie jest tak, żeby we Francji lewica miała monopol na ostrą satyrę. „Minute”, czyli pismo Frontu Narodowego, też zaczynało od satyry. Choć niewykluczone, że prawica ma mniejsze poczucie humoru…

 

Ktoś mógłby powiedzieć, że może to i „bezstronni” skandaliści, ale jednak prowokują. Takich głosów było całkiem sporo. Wielu komentatorów potępiających zamach zastrzegało na przykład, że „to nie jest ich poczucie humoru…”.

 

Krytyka czyjegoś poczucia humoru jest nie na miejscu, gdy ten ktoś został zamordowany z zimną krwią właśnie z powodu swoich żartów.

 

Moim zdaniem obraz „Charlie Hebdo” jako czasopisma, które oferuje czytelnikom wulgarne podniety, jest głęboko nieprawdziwy. Po pierwsze, samą formę komiksu, którą się posługuje, jeszcze do niedawna uważano w Polsce za rozrywkę dla dzieci i młodzieży. We Francji jego tradycja jako gałęzi „zalegitymizowanej” sztuki ma wiele dziesięcioleci i pismo doskonale się w tę tradycję wpisuje. Po drugie, zawiera ono kilkanaście rubryk, w których w formie obrazkowej przekazuje często bardzo poważne treści, włącznie z wiadomościami z zagranicy. Podam konkretny przykład. Otóż przed wejściem Polski do Unii Europejskiej współpracowałem z jednym z dziennikarzy „Charlie Hebdo”, Laurentem Sourisseau (rysuje jako Riss), któremu szczęśliwie udało się przeżyć środowy zamach; został w nim ranny. Przygotowywaliśmy materiał o polskich rolnikach. Spędziliśmy ponad tydzień w drodze, objechaliśmy całą Polskę i rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Efektem tego był solidny materiał – komiks opowiadający historię polskich rolników, którzy w dymkach wypowiadają kwestie, jakie mogłyby się pojawić w normalnym tekście analitycznym. Obok były dymki od redakcji zawierające dane i uzupełniające kontekst sytuacyjny. Rysunkowy artykuł o sytuacji polskich rolników tuż przed akcesją! Tam jest nawet dział śledczy!

 

Mogę zapewnić wszystkich, że „Charlie Hebdo” to naprawdę nie jest rozrywkowy komiks poprzetykany karykaturami papieża i Mahometa…  Rysownicy pisma – w tym ci, którzy zginęli – to wielkie postaci kultury francuskiej, prawdziwy kwiat rysowników, na których wychowało się kilka pokoleń Francuzów. Jasne, że nie wszyscy Francuzi ich czytali, ale chyba wszyscy znali ich kreskę.

 

Skąd się w ogóle wzięło „Charlie Hebdo”?

 

Pismo jest kontynuacją tygodnika „Hara-Kiri”, gazety satyrycznej zamkniętej przez władze francuskie w roku 1970 za to, że pozwoliła sobie na dość kontrowersyjny żart. Na pierwszej stronie opublikowano krótką wiadomość: „Tragiczny bal w Colombey: jeden zabity”. Chodziło o śmierć prezydenta de Gaulle’a. Dziesięć dni wcześniej, zanim umarł de Gaulle, we Francji był pożar dyskoteki, w którym zginęło 146 osób. Gazety pisały wtedy: „Tragiczny bal w…, 146 zabitych”. Dodajmy, że w Colombey mieścił się dom generała. Władze zakazały za to publikacji pisma, ale jego autorzy wymyślili, jak cenzurę obejść, i stworzyli nowy periodyk nawiązujący do innego pisma specjalizującego się w przedrukach komiksów amerykańskich, głównie Charliego Browna i Peanutsów. Przemianowali się na „Charlie Hebdo”, czyli po prostu „Tygodnik Charlie”. Ta nazwa jest również przytykiem do de Gaulle’a i historii z cenzurą.

 

A kto wtedy szydził z de Gaulle’a? Zrewoltowani studenci?

 

Faktycznie, czasopismo kojarzono z szeroko rozumianą tradycją paryskiej rewolty 1968. Założycielom pisma bliskie było anarchistyczno-wolnościowe odczuwanie rzeczywistości. Co istotne, niektórzy z założycieli pracowali w nim aż do środowego zamachu, w którym zginęli.

 

Pokolenie rewolty 1968 roku tworzyło potem francuski establishment. Pismo do niego należało?

 

Na pewno należeli do elity. Niewątpliwie rysownicy „Charlie Hebdo” byli znani całej Francji; często zresztą pracowali dla tak różnych pism jak „Paris Match”, „Humanité” czy satyryczno-śledczy tygodnik „Le Canard enchaîné”. O ich niezależności świadczy choćby to, że czasopismo w zasadzie nie zamieszcza reklam, jeśli nie liczyć jednej strony z prezentacją najnowszego numeru „Libération”, i utrzymuje się ze sprzedaży nakładu. Obecnie sprzedaje się ok. 30 tysięcy egzemplarzy, ale dawniej rozchodziło się nawet sto tysięcy.

 

„Libération” to pismo o wyraźnym profilu politycznym.

 

Tak, powtórzę: „Charlie…” miało wyraźny przechył liberalno-lewicowy, laicki – w duchu francuskiej tradycji republikańskiej, choć znaczyło to różne rzeczy w różnych epokach. W czasach prezydenta Pompidou przeciwnikiem był głównie konserwatywny establishment i Kościół katolicki, ale w ostatnich latach – zwłaszcza od 11 września – konserwatyzm, fundamentalizm czy po prostu integryzm islamski, traktowany przez autorów pisma jako narastające zagrożenie.

 

Front Narodowy też go traktuje w ten sposób.

 

Niezupełnie. Front Narodowy atakuje islam z pozycji nacjonalistycznych. A to pismo atakuje integryzm na równi z nacjonalizmem. „Charlie” zresztą wyszydzało Marine Le Pen, a nawet się z nią procesowało. Krytykowało natomiast wyraźnie wszelki fundamentalizm religijny. Oni nie są rasistami! Ich żarty – to prawda – bywały niesmaczne, jak choćby ten ukazujący kopulację Trójcy Świętej, ale w pewnym sensie „sprawiedliwie rozłożone”. To bzdura, że uderzali we wszystkich „oprócz Żydów i masonów”, jak twierdził jeden z prawicowych komentatorów w Polsce.

 

To znaczy, że atak na „Charlie Hebdo” był atakiem na wolność słowa, a nie na liberalny establishment poniżający ludzi religijnych?

 

W ten sposób został on zrozumiany we Francji i, tak sądzę, w większości krajów świata zachodniego.

 

A w Polsce?

 

Zainteresowanie tą sprawą było ogromne, a sposób relacjonowania faktów przez media bardzo rzetelny.

 

Odnoszę jednak wrażenie, że przynajmniej w pierwszych dniach komentatorzy uznali to za „nie nasz problem”. Bo to są jakieś sprawy muzułmańskie, problemy społeczeństwa wielokulturowego, no a przecież u nas prawie nie ma muzułmanów… Nie postrzegano tego w kategoriach sporu o granice wolności słowa i wartość swobodnej ekspresji.

 

We Francji te granice ekspresji są zarysowane bardzo szeroko: pamiętam, że prezydent Chirac krytykował przedruk przez „Charlie…” duńskich karykatur Mahometa, uznając je za formę podżegania do konfliktu religijnego, a jego minister kultury miesiąc później urządził uroczystość na cześć humorystów jako „walczących o wolność” , broniąc tym samym prawa pisma do takiej publikacji. Bo prawo to prawo, wolność to wolność, tradycja to tradycja… Najbardziej uderzające jest jednak co innego: w Polsce powstawało mało rysunków na ten temat.

 

Dzielono się nimi masowo na portalach społecznościowych.

 

Ale linkowano głównie te zagraniczne. A u nas? Początkowo tylko rysunek Krauzego w „Rzeczpospolitej”, niezbyt mądry zresztą, bo zrównujący islam z terroryzmem, i Andrzej Rysuje w „Gazecie Wyborczej”… Zorganizowano ankietę rysowników, pytając, co o tym sądzą. A przecież cały świat zaczął komentować tę sprawę, samemu rysując! „New Yorker” zrobił piękną okładkę, a u nas żadna gazeta nie przedrukowała nawet „Je suis Charlie”. Mam wrażenie, że w Polsce uważa się, że to nas nie dotyczy. Wszyscy to potępili, ale się nie solidaryzowali. Były analizy, ale aż do weekendu – myślę o okładce „Wyborczej” – brakowało emocjonalnych gestów. Tak jakby brakowało empatii…

 

Ale analizy i głosy rozsądku są dziś konieczne. Bo dziś grozi nam sytuacja, przed którą przestrzega choćby Juan Cole, a której zapowiedź widać na forach internetowych i w komentarzach. Mam na myśli nagonkę na muzułmanów w Europie. I wtedy ta koszmarna śmierć ludzi o skądinąd liberalnych, oświeceniowych poglądach może posłużyć – na pewno wbrew ich intencjom – sukcesom ksenofobicznej prawicy. A rykoszetem zradykalizować samych muzułmanów i wepchnąć ich w ramiona fundamentalistów.

 

To niestety bardzo prawdopodobne – i ja się z taką analizą zgadzam. Sądzę tylko, że zauważalna nieobecność, czy może lepiej – niedostateczność gestu ze strony prasy, zwłaszcza tej głównego nurtu, zwłaszcza w pierwszych dwóch dniach, jest czegoś symptomem. W moim przekonaniu: powszechnego poczucia, że „tak naprawdę” Polski to nie dotyczy. A obawiam się, że prędzej czy później ten dylemat i Polskę bezpośrednio dotknie.

 

A kogo media francuskie winią za tę zbrodnię? Pytam o dominujący przekaz. Jaka interpretacja przeważa?

 

Opowieść jest dość jednoznaczna: odpowiedzialni są ekstremiści islamscy, którzy z głównym nurtem tej religii nie mają nic wspólnego. Takie jest też stanowisko rządu francuskiego. Oczywiście Marine Le Pen i Front Narodowy puszczają oko do publiczności – „a nie mówiliśmy”, ale rzecz jasna nie głoszą wprost, że winni są po prostu „imigranci” albo „muzułmanie”. Sądzę jednak, że dla większości Francuzów – także tych, którzy zdecydują się przybyć na wielką demonstrację zaplanowaną na niedzielę, to rozróżnienie jest oczywiste. Słusznie się podkreśla, że przecież jeden z policjantów zastrzelonych przez zamachowców był muzułmaninem; widać hasła „strzelali do Charlie Hebdo, zastrzelili islam”. Jednoznacznie potępia się również ataki na meczety, jakie nastąpiły już po zamachu.

 

A czy świat dziennikarski we Francji postrzega to wydarzenie jako pewną cezurę? Czy panuje poczucie, że coś zmieniło się nieodwołalnie?

 

Na razie dominuje szok i niedowierzanie. Ale jestem przekonany, że ta tradycja niezależności, wolności słowa i swobody ekspresji we Francji jest nie do zabicia. To coś tak głęboko wpisanego w kulturę francuską, że nawet zamach nie odstraszy nikogo od pisania i rysowania. „Charlie Hebdo” wychodzi dalej, gazety francuskie zaoferowały pomoc rzędu pół miliona euro, „Liberation” udostępniło lokale. To zresztą oczywiste – bo przecież chodzi właśnie o to, żeby okazać zbiorową solidarność i nie dać się zastraszyć.

 

A czy Francuzi mają poczucie, że są na wojnie?

 

Jeśli mogę wnosić po reakcjach moich przyjaciół, to tak. Są przekonani, że to może być dopiero początek. Prezydent Hollande w swoim przemówieniu do narodu wyraźnie wezwał do czujności – ale także ostrzegł przed opisywaniem kogokolwiek „grubą kreską”, mając na myśli utożsamianie ekstremizmu z jakąkolwiek grupą społeczną czy wyznaniem.

Bernard Osser – wieloletni korespondent prasy francuskiej w Polsce, od 2000 roku dziennikarz Agence France-Presse.

 

 

Dziennik Opinii o zamachu we Francji:

Juan Cole: Ekstremizm żywi się ekstremizmem

Patrycja Sasnal: Nie nakręcajmy błędnego koła nastrojów antymuzułmańskich

Jakub Majmurek: Obraz wolny, wolność ubezpieczający

 

Czytaj także:

Paul Scheffer: Muzułmanom nie potrzeba tolerancji

Dziennik Opinii KP

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s