Monika O. (09.01.15)

 

Europejska spirala strachu

Maciej Czarnecki, 09.01.2015
Marine Le Pen

Marine Le Pen (ROBERT PRATTA / REUTERS / REUTERS)

Atak na redakcję „Charlie Hebdo” przysporzy popularności antyimigranckiemu Frontowi Narodowemu Marine Le Pen. Może też wzmocnić podobne partie w sąsiednich krajach.
– W krótkim okresie umacnia się pozycja prezydenta François Hollande’a, bo zagrożenie skupia obywateli wokół władzy. Natomiast w dłuższym okresie, obawiam się, rosnąca niechęć wobec muzułmanów wzmocni Marine Le Pen – mówił wczoraj w TOK FM Aleksander Smolar, prezes Fundacji Batorego.W podobnym tonie wypowiada się Camille Grand, dyrektorka francuskiej Fundacji Badań Strategicznych. – Le Pen wszędzie powtarza, że islam jest ogromnym zagrożeniem. Że Francja nie powinna wspierać nalotów w Iraku, lecz bronić swych granic. Naturalnie więc może wykorzystać sytuację – mówi cytowana przez „New York Timesa” Grand.

Francja się boi, Marine Le Pen korzysta

Radykalny islam już od pewnego czasu jest we Francji tematem numer jeden.

We wrześniu ub. r. Paryż dołączył do nalotów międzynarodowej koalicji na Państwo Islamskie w Iraku i Syrii. W szeregach tamtejszych islamistów walczy ok. 400 Francuzów. Zwykli obywatele drżą na myśl o tym, że kiedyś wrócą do kraju (zresztą ok. 120 już wróciło).

3 tys. francuskich żołnierzy pomaga w walce z dżihadystami na Sahelu – od Czadu po Mauretanię. Gdy w lutym 2013 r. prezydent François Hollande przyjechał do Bamako w Mali, mówił o „najważniejszym dniu w moim politycznym życiu”.

Do księgarń weszła właśnie najnowsza powieść Michela Houellebecqa „Soumission” („Posłuszeństwo”) – wizja rządzonej islamskimi prawami Francji Anno Domini 2022, w której pracować mogą tylko mężczyźni, dozwolona jest poligamia, a nauczyciele muszą przyjąć wiarę Proroka lub lądują na przymusowej emeryturze.

A przecież Francuzi nie ochłonęli jeszcze po głośnej książce-traktacie prawicowego publicysty Erica Zemmoura „Francuskie samobójstwo”, który oskarża imigrantów (a także gejów, feministki czy spadkobierców obyczajowej rewolucji z 1968 r.) o doprowadzenia do degrengolady kraju.

Żadne z tych zdarzeń nie odcisnęło jednak na debacie publicznej takiego piętna jak środowy atak. Zabicie słynnych karykaturzystów jest odbierane jako zamach na wolność słowa i odwagę wyśmiewania rzeczywistości. Zginęło też dwóch stróżów prawa. Ekstremiści zaatakowali więc podwaliny francuskiego państwa.

Tymczasem Le Pen pokazała już, że potrafi umiejętnie grać na niepokojach Francuzów. Z listopadowego sondażu ośrodka Ifop wynika, że gdyby w 2017 r. w wyborach prezydenckich spotkała się z Nicolasem Sarkozym i François Hollande’em, w pierwszej turze dostałaby 30 proc. głosów. Sarkozy zgarnąłby 28 proc., obecny prezydent – ledwie 13 proc. W maju ub.r. Front Narodowy wygrał eurowybory. Przekonał blisko 25 proc elektoratu.

Popularność zapewniają mu nie tylko konserwatywne hasła, np. o zakazie małżeństw homoseksualnych, i rozczarowanie establishmentem, zwłaszcza rekordowo niepopularnym Hollande’em, ale też antyislamska retoryka.

Po ataku na redakcję Marine Le Pen, która przejęła stery partii w 2011 r. od Jeana-Marie Le Pena i umiejętnie przypudrowała jej skrajnie prawicowe oblicze, powiedziała, że za wcześnie jeszcze na wyciąganie wniosków politycznych, ale „wzmożone zagrożenie terrorem powiązanym z islamskim fundamentalizmem jest prostym faktem”. Zaapelowała też o referendum w sprawie przywrócenia kary śmierci.

Antyislamska fala zalewa Europę

Grzmią też liderzy antyimigranckich ugrupowań z innych krajów. – Kiedy [premier Holandii] Mark Rutte i inne zachodnie rządy w końcu zrozumieją, że jesteśmy na wojnie? – pyta Geert Wilders, szef holenderskiej Partii Wolności. W grudniowych sondażach jego partia prowadzi z 25-30 proc. głosów.

– Powinniśmy byli wprowadzić kontrolowaną politykę imigracyjną. Kontrolować każdego, kto kiedykolwiek przybył do tego kraju. Tymczasem pozwalamy ludziom z innych kultur pozostać przy nich, zamiast w pełni integrować się z naszą społecznością. Mamy w naszych krajach niewielką, ale jednak piątą kolumnę – mówi Nigel Farage, szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), która wyrasta na trzecią siłę polityczną w kraju (12-19 proc. w ostatnich badaniach).

Zamach w redakcji „Charlie Hebdo” to dla takich polityków woda na młyn. Zdarzył się w czasie, gdy nawet w tolerancyjnej Szwecji podpalane są meczety. W Niemczech ruch przeciw islamizacji Pegida przyciąga na demonstracje wielotysięczne tłumy. – Zdarzenia takie jak w Paryżu tylko dolewają oliwy do ognia. Radykalni antyislamiści mogą powiedzieć: „A nie mówiłem?” – mówi „Bloombergowi” Joerg Forbrig z German Marshall Fund.

Ciężko jednak prorokować, ilu nowych ludzi wstąpi w ich szeregi. Anders Sannerstedt, politolog z Uniwersytetu w Lund, przekonuje, że niewielu; wzmocnią się tylko poglądy tych przekonanych.

Inni szwedzcy naukowcy, socjolodzy Mikael Hjerm i dr Andrea Borman, w ub.r. przeprowadzili badania w 16 europejskich krajach, z których wynika, że skrajnie prawicowe partie nie napędzają ksenofobii, lecz przede wszystkim przyciągają wyborców, którzy i tak byli antyimigranccy.

– Z tym że w niektórych krajach pułap wzrostu jest naprawdę wysoki. O ile na przykład Szwecja czy Polska są przychylne imigrantom, o tyle w Portugalii, na Węgrzech czy w Wielkiej Brytanii ludzie od dawna są im niechętni. Dlatego spodziewam się, że w najbliższej przyszłości skrajna prawica będzie tam rosła w siłę – mówił niedawno „Wyborczej” Hjerm.

Zobacz także

wyborcza.pl

Pogrążona w kryzysie Portugalia ostrzega: Strzeż się, Polsko!

Mirosław Wlekły, 08.01.2015
Lizbona, październik 2014, protest przed portugalskim parlamentem przeciw planom oszczędnościowym i cięciom wynagrodzeń

Lizbona, październik 2014, protest przed portugalskim parlamentem przeciw planom oszczędnościowym i cięciom wynagrodzeń (Francisco Seco (AP Photo/Francisco Seco))

Szpitale nie działają, zawodzą instytucje, ekspremiera aresztowali, bo prał brudne pieniądze i wywoził do Francji. Portugalczycy boją się, że staną się angolską kolonią
Pierwsze zaczęło znikać Barreiro. Zaraz po rewolucji goździków (1974), kiedy tysiące ludzi traciło pracę w upadających fabrykach koncernu CUF. Znikało powoli, ale nieodwracalnie, bo kiedy inni całymi garściami brali z Unii Europejskiej, Barreiro tego nie potrafiło.Reszty zniszczenia – przekonują mnie mieszkańcy – dokonały niedawno markety Pingo Doce koncernu Jerónimo Martins (właściciela polskich Biedronek) i inne centra handlowe. Jak zaczął się kryzys, to poszło jak w dominie: sklepy i lokale gastronomiczne padały jeden po drugim.

Najpierw zamknęli pensjonat i kawiarnię Barreiro, błękitny pałacyk, podobno jedyny taki w całej Portugalii. Miasto odkupiło budynek, zaczęło nawet go remontować, ale zabrakło pieniędzy, więc drzwi i okna zabito dechami.

Potem upadła najstarsza w mieście apteka Pimenta z 1845 roku. Następnie bar Vinicola do Barreiro, który ściągał fanów heavy metalu. Potem lokale wokół Largo dos Penicheiros: tawerna, cukiernia, sklep rzeźniczy i papierniczy, księgarnia na rogu…

Domy na sprzedaż, których nikt nie zamierza kupić, umierają zwrócone frontami do Tagu. Daleko, na drugim brzegu rzeki, widać Lizbonę. Po lewej: Chrystusa w Almadzie, wybudowanego na wzór tego z Rio de Janeiro. Nikt już nie spaceruje promenadą wysadzaną palmami. Nawet śmieci na brzegu rzeki wyblakły, jakby rzucono je tu dawno temu.

Barreiro było miejscem strategicznym dla portugalskich odkryć przełomu XV i XVI wieku. Konstruowano tu karawele. Bywał tu Vasco da Gama.

W centrum Barreiro nie ma dzisiaj nawet bankomatu. Są domy, z których odpadają kafelki azulejos, i uliczki pamiętające portugalskich odkrywców, po których snują się smętni staruszkowie i bezrobotni emigranci z dawnych kolonii.

Kryzys gospodarczy w Portugalii uderza w rodzinę

Wypytuję o Guilherme Ferreirę, miejskiego fotografa, który spędził tu całe życie. Siedzi, jak zwykle, na placyku Penicheiros, na zielonym plastikowym krześle, i sączy piwo. – Dawniej przeprowadzali się tu ludzie z Lizbony, z Alentejo, teraz młodzi uciekają do dużych miast albo za granicę, bo w Portugalii nie ma dla nich pracy. Młodzi wyjeżdżają na studia i mówią, że nigdy tu nie wrócą. Starzy nie mają sił remontować – oprowadza mnie wśród zrujnowanych domów. Drzwi zamurowane, okna zabite dechami.

– Barreiro było imperium, jest ruiną – wkurza się 70-letni Vitor, stoczniowiec na emeryturze. – Zostały tylko narkotyki, prostytucja. Kiedyś tymi uliczkami spacerowały tłumy, a niedawno jacyś czarni napadli mnie w biały dzień.

– Pieniądze z Unii Europejskiej nigdy tu nie dotarły. Zdefraudowano je po drodze – mówią miejscowi. Od lat siedmiu na dziesięciu z nich głosuje na komunistów. Na Barreiro nikt jednak nie zwraca uwagi, gdy kraj pogrążony jest jeszcze w finansowanej przez Unię Europejską fieście.

Minister ds. europejskich Portugalii: Kryzys był dla Portugalczyków bolesnym przebudzeniem [ROZMOWA]

Kiedy Barreiro zaczęło znikać, pewien 22-letni Portugalczyk o nazwisku Patricio Moniz po raz pierwszy w życiu zamieszkał w Portugalii.

Patricio Moniz, urodziny

Jest rok 1948. Jego dziadek Manuel, mieszkaniec Vila Nova do Ceira, jedzie do Angoli, zamorskiego terytorium Portugalii w Afryce. Zwabia go kontrakt w brytyjskiej korporacji przy obsłudze Caminho de Ferro de Benguela, linii kolejowej z wybrzeża Oceanu Atlantyckiego aż do granicy z Kongiem. Wiedzie mu się coraz lepiej, więc po kilku latach, w 1952 roku, sprowadza całą rodzinę. Przyjeżdża jego żona, trzech synów, a także jedyna córka – Maria Rosario ma dwadzieścia kilka lat i właśnie wyszła za mąż. Wraz z Claudiem Monizem, pracownikiem straży pożarnej w Lizbonie, spodziewają się dziecka. Patricio na świat przychodzi 25 lipca 1952 roku w Nowej Lizbonie, jednym z największych miast Angoli, które dzisiaj nazywa się Huambo.

W tym czasie w Portugalii António de Oliveira Salazar (który po śmierci Hitlera ogłosił żałobę narodową) buduje Estado Novo, Nowe Państwo, polegające w głównej mierze na zastraszaniu i likwidowaniu inaczej myślących oraz fałszowaniu wyborów. Portugalczycy coraz chętniej wyjeżdżają za granicę. Niedługo rozpocznie się masowa emigracja do Francji i Niemiec.

Balkony Króla. Rynek nieruchomości upada

Kilkadziesiąt kilometrów na północ od Lizbony widać z autostrady A1 Bella Guarda (Pięknego Strażnika). Budowę luksusowego apartamentowca rozpoczęto w 2006 roku, przerwano po roku, krótko potem upadł inwestor. 10 kilometrów dalej, przy wjeździe do miasteczka Alenquer, stoi inny kolos. Varandas del Rei (Balkony Króla) ukończono, ale żadnego z 72 mieszkań nie sprzedano. Żaluzje w oknach są spuszczone, w wejściach do klatek i oknach wystawowych niedoszłych sklepów chuligani powybijali szyby.

Niewiele dalej, na wzgórzu, stoi kilkadziesiąt trzypiętrowych szeregowych domków w pastelowych kolorach. W większości są niezamieszkane. W drodze do osiedla Fontainhas lepiej uważać, bo ktoś rozkradł pokrywy z ulicznych studzienek. Dojazd wprost z osiedla do autostrady do Lizbony, choć wybudowany, nigdy nie został otwarty.

– Tylko dziewięć rodzin zdecydowało się na zakup tu domu. Resztę przejął bank, bo inwestor nie wyrobił – mówi Maria do Rosario, jedna z nielicznych mieszkanek osiedla.

– To właśnie rozmach i rozrzutność w portugalskim stylu – komentują złośliwi.

W 1999 roku rząd napompowanego unijnymi dotacjami państwa ogłasza, że w pobliskiej wiosce Ota powstanie nowe lotnisko dla Lizbony. – Zaczęto więc budować mnóstwo nowych osiedli, okolica wydawała się eldorado dla inwestorów – opowiada Rui Manteigas z biura nieruchomości. – Ale pięć lat temu nowy rząd stwierdził, że lotnisko będzie nie w Ocie, ale w Alcochete, po drugiej stronie Tagu, i tam też zaczęto inwestować. Banki chętnie udzielały kredytów. A potem przyszedł kryzys i nikt już nie chciał mieszkań kupować (chociaż ceny spadły prawie o połowę). Wielu inwestorów zbankrutowało. W końcu zaniechano też budowy nowego lotniska w Alcochete. Samoloty nadal lądują w centrum Lizbony.

Patricio Moniz, lew i krokodylLata 60. Patricio wychowuje się w Vila Luso (dzisiaj Luena), na wschodzie Angoli. Uczy się w Kolegium św. Benedykta. Dom otoczony ogrodem od szkoły oddziela asfaltowa ulica i zadbane chodniki.

Większość uczniów to biali Portugalczycy, ale w klasach są też nieliczni rodowici Angolczycy. No i Mulaci. W Angoli jest coraz więcej Mulatów, bo Portugalczycy chętnie wchodzą w związki z Afrykankami (piewcy portugalskiego kolonializmu szczycą się tym, że w odróżnieniu od Belgów czy Anglików Portugalczycy bratali się z tubylcami; krytycy nazywają to zjawisko zbiorowym gwałtem na kobietach z kolonii).

Patricio lubi zaglądać do dziadka swojego kolegi Luisa, pana Mendesa, który trzyma w ogrodzie oswojonego lwa. Dziadek Patricia z kolei, ku przestrodze, pokazuje mu zdjęcie, na którym krokodyl pożera Afrykanina.

Ojciec Patricia Claudio przy okazji wakacji w Europie przywozi z Francji nowiutkiego peugeota 304. Monizowie są szczęśliwi i coraz zamożniejsi. Do Portugalii udają się co kilka lat. Wsiadają na statek i płyną prawie miesiąc. Na wakacje w Vila Nova do Ceira, u babci ze strony ojca. Jeżdżą na wycieczki, zwiedzają kraj. Jedna z podróży odbywa się, gdy Patricio ma dziewięć lat, a w Angoli (1961) rozpoczyna się wojna kolonialna.

Mikrofala zamiast restauracji

Rok 2004. W samo południe na ulicy Ribeira Nova w Lizbonie robotnicy, którzy kopią rów wzdłuż ulicy, rzucają łopaty i idą do pobliskiej restauracji (pół godziny później w żadnym z wielu okolicznych lokali nie ma już wolnego stolika). Kelner podaje im przystawki, dzbanki czerwonego wina, donosi dania: smażone makrele, sardynki z grilla i wieprzowinę po alenteżańsku z małżami. Ucztować będą przez prawie półtorej godziny.

Fiesta trwa. Portugalia buduje się, bawi, biesiaduje. Kiedy odwiedzają ją inni Europejczycy, myślą, że znaleźli się w raju.

Gdy dziesięć lat później odwiedzam tę okolicę, widzę wiele zamkniętych knajp. W porze lunchu robotnicy siedzą na ulicy i jedzą kanapki.

Portugalskie Stowarzyszenie Hoteli i Restauracji (AHRESP) szacuje, że tylko w latach 2012-13 zamknięto 39 tysięcy lokali gastronomicznych, pracę w nich straciło 99 tysięcy ludzi, a budżet państwa uszczupliło to o 947 milionów euro.

„Gastronomia portugalska znalazła się w największym kryzysie w historii” – alarmuje prasa, a restauratorzy mówią o upadku dziedzictwa narodowego i wizytówki miejscowej turystyki. Urząd Statystyczny (INE) wyliczył, że w ostatnim roku w hotelarstwie i gastronomii średnio ubywało 315,5 miejsc pracy dziennie.

– Zawsze mieliśmy więcej lokali gastronomicznych niż inne kraje Europy i chętnie w nich jadaliśmy. Przez dziesięciolecia ludzie wychodzili z zakładów pracy na obiad do restauracji. Dzisiaj – jak na północy Europy – uczą się podgrzewać przyniesione z domów posiłki w zakładowych mikrofalówkach. Wieczorami, zamiast wychodzić ze znajomymi na kolację do lokalu, gotują w domach. Wielu do restauracji wybiera się teraz tylko od święta – mówi mi Ana Jacinto, sekretarz generalna AHRESP. – Wszystko przez kryzys i podniesienie VAT-u na gastronomię z 13 do 23 proc.

Patricio Moniz w żółtym „garbusie”

U Monizów pracuje czarny Ernesto: gotuje, pierze, sprząta. Monizowie szanują go. Ale Patricio słyszy, że niektórzy biali każą pracować czarnym bez wynagrodzenia. A nawet ich biją.

Po technikum powołują Patricia do wojska. Gdy służy w jednostce w Nambungongo, na północy Angoli, w Lizbonie wybucha rewolucja goździków: Portugalczycy pokojowo obalają dyktaturę następcy zmarłego niedawno Salazara, wkładając kwiaty w lufy zaskoczonych żołnierzy (giną tylko cztery osoby). Rozpoczyna się dekolonizacja. W Angoli Portugalczycy przekazują władzę lewicowemu MPLA (Ludowemu Ruchowi Wyzwolenia Angoli). Dowódca Patricia też dostaje rozkaz oddania jednostki.

Czarny przyjaciel Patricia z portugalskiego wojska namawia go do przejścia do MPLA, bo Afrykanie rekrutują także Portugalczyków. Patricio uśmiecha się i odmawia. Biali i czarni żołnierze poklepują się po ramionach, życzą sobie powodzenia. Patricio, chociaż całe życie spędził w Afryce, nie czuje się ani Afrykaninem, ani Europejczykiem. W ogóle o tym nie myśli. Prowadzi dostatnie i spokojne życie. Jeżdżą ze znajomymi do kina, a w weekendy robią wypady w głąb Angoli. Przez cały rok jeżdżą nad ocean, woda zawsze jest ciepła. Kiedy wychodzi z domu, nie zamyka go na klucz. W Luenie rzadko dochodzi do kradzieży. Od niedawna ma żółtego „garbusa”. Z przyjaciółmi jedzie nim na piknik w okolicach Nowej Lizbony. Obok siedzi Margarida, jego dziewczyna. Z tyłu Mulatka Mioxa i inni znajomi. Nie przejmują się, gdy kamyk, który wystrzelił spod kół innego samochodu, wybija przednią szybę w garbusie…

Pysznie i wesoło, portugalski styl

Aleksandra i Przemysław w Portugalii mieszkają od dziesięciu lat. On jest specjalistą od automatyki okrętowej, od niedawna razem pośredniczą też w sprzedaży Polakom tanich z powodu kryzysu portugalskich nieruchomości. – Bywa, że nie jest tu łatwo – opowiadają mi w knajpce przy porcie w Cacilhas, skąd odpływają promy do Lizbony. – Czeka się strasznie długo w kolejce do lekarza, a potem okazuje się, że to jednak nie ta kolejka. Czeka się w urzędzie, aż nadchodzi „hora do almoço” (pora obiadu) i z siedmiu okienek zamykają sześć. Koleżanka Portugalka mówi, że tak kiepsko pracuje, bo tak kiepsko jej płacą. Ale narzekanie jest tu w złym tonie. Ktoś zaparkuje na rondzie albo przy wyjeździe z parkingu, to trzeba po prostu mocno trąbić i jest szansa, że po 15 minutach ktoś przyjdzie. Jest wesoło, barwnie i ciepło. Jedzenie jest pyszne, ludzie uśmiechnięci. Portugalczycy nie zamykają się w domach, internet nie jest dla nich oknem na świat. Życie toczy się na ulicy.

Patricio Moniz i Kapuściński

Druga połowa lat 70. Angolczycy zmieniają nazwę Vila Luso na Luena. Okolicę kontrolują żołnierze UNITA (Narodowego Związku na rzecz Całkowitego Wyzwolenia Angoli) wspierani przez Stany Zjednoczone i RPA. Trwa wojna domowa z oddziałami MPLA, którym pomaga Związek Radziecki. To o niej pisze Ryszard Kapuściński w książce „Jeszcze dzień życia”.

Brakuje paliwa. Na stacjach benzynowych ustawiają się gigantyczne kolejki. Patricio już od jakiegoś czasu słyszy, że tu i ówdzie czarni gwałcą białe kobiety, mordują białe dzieci, kroją mięso białych mężczyzn i jak wieprzowinę konserwują w soli. Nie żeby je zjeść, tylko żeby upokorzyć.- Przecież gdyby biali żyli w zgodzie z czarnymi, kolonia by się nie rozpadła. Widocznie nie byliśmy wobec nich uczciwi – tłumaczy sobie Patricio.

Przygląda się, jak armia UNITA wjeżdża do Lueny z transportami broni i jak Portugalczycy w popłochu wyjeżdżają z miasta. Z każdym dniem ten ruch się nasila. Widzi zabitych na ulicach, samochody i sklepy z powybijanymi szybami. Ojciec pociesza go, że niedługo wszystko wróci do normy. Pod koniec sierpnia 1975 roku Patricio towarzyszy mu w służbowej podróży do Lobito, miasta nad oceanem. Kiedy pociąg nie dojeżdża do celu, próbują skontaktować się z Marią Rosario, ale nie ma jej w domu. Nie wiedzą, że wyprowadzili ją stamtąd żołnierze MPLA, a Czerwony Krzyż zawiózł na lotnisko w Nowej Lizbonie (teraz już Huambo), i że poleciała do Portugalii. Zdołała zabrać tylko niewielką torbę i maszynę do pisania.

Kapuściński, który jest w tym czasie w stolicy Angoli Luandzie, napisze: „Wszyscy wiedzą, dlaczego chcą wyjechać. Oni wiedzą, że wrzesień da się przetrwać, ale w październiku będzie już bardzo źle, a listopada nie przeżyje nikt”.

Ale Patricio wychodzi z domu w Luenie z myślą, że niedługo do niego wróci. (Nie wróci nigdy). W torbie ma tylko bieliznę i koszulę na zmianę. W konwoju, w eskorcie policji, jedzie do Huambo. Długo czeka na swoją kolej na lotnisku. Obserwuje płaczących ludzi i rodzące się w hali odlotów dzieci. We wrześniu odlatuje jednym z przeładowanych airbusów do Lizbony.

Pisze Kapuściński: „Nie wiem, czy zdarzył się kiedyś wypadek, żeby całe miasto przepłynęło ocean, ale tym razem tak właśnie było. Miasto wypłynęło w świat, w poszukiwaniu swoich mieszkańców. Byli to dawni mieszkańcy Angoli, Portugalczycy, którzy rozproszyli się po Europie i Ameryce. Część z nich udała się do Południowej Afryki. Wszyscy oni wyjechali z Angoli w pośpiechu, uciekając przed pożogą wojenną, w przekonaniu, że w kraju tym nie będzie więcej życia i że pozostaną tylko cmentarze (…) Gdzieś na oceanie nastąpił podział miasta i jedna z dzielnic popłynęła do Lizbony, a druga do Rio de Janeiro, a trzecia dzielnica do Cape Town”.

Z trojga Monizów żadne nie wie nic o pozostałych.

Claudio wróci z Angoli dopiero po dwóch latach. Patricio odnajduje matkę w domu przyjaciół w Lizbonie. Jest siwa, chociaż kilka tygodni wcześniej w Angoli nie miała ani jednego białego włosa.

Angola. Wojna, rozejmy, historia, polityka

Fanqueiros, ulica zamkniętych sklepów

Na wystawie sklepu Pokusa przy Praça da Figueira w Lizbonie nic już nie kusi. Straszą zakurzone manekiny. Na wieszaku kilka wyblakłych torebek do pakowania zakupów. Cristina z sąsiedniego butiku opowiada, że Pokusę, jak wiele sklepów na placu, zamknęli kilka lat temu, kiedy przyszedł kryzys. Ale mówi, że prawdziwy upadek zobaczę krok dalej, na ulicy Fanqueiros. Idę. Eleganckie niegdyś salony mody, sklepy i kawiarnie zamknięte na cztery spusty, zamalowane graffiti. Rui Pinto, od dziesięcioleci ekspedient sklepu istniejącej od XIX wieku firmy Liane, nudzi się w progu. Patrzy na zakratowane okno kawiarni Arca naprzeciwko. Jeszcze niedawno pił tam kawę. – Ta ulica długo była największym centrum handlowym Portugalii, 250 sklepów, teraz zostało najwyżej sto. Wiele z nich prowadzą Hindusi i Chińczycy. W konkurencji z nimi nie mamy szans. Pracują na okrągło, wewnątrz nawet jedzą, spędzają całe życie. Portugalczyk tak żyć nie potrafi.

Patricio Moniz, śmierć ojca

Zbliża się zima, a emigranci z Angoli nie mają ciepłych ubrań. Niektórzy nigdy w życiu nie czuli zimna. Pierwszej nocy w Lizbonie Patricio śpi na lotnisku. Potem szuka bliskich. W biednej dzielnicy Amadora znajduje matkę. Zatrudniają się oboje przy zbiorze jabłek. Zastają kraj zacofany, biedny. Kilkanaście procent Portugalczyków nie potrafi czytać i pisać. Przed sklepami i w urzędach gigantyczne kolejki. W porównaniu z Angolą życie w Portugalii wydaje się Patriciowi jednym wielkim bałaganem.

Jedzie do Lizbony. Pracuje jako projektant w firmie budującej domy z drewna, w szkole w uczy zajęć praktycznych. Szybko rezygnuje z pracy, bo uczniowie – zamiast się uczyć – palą na lekcjach papierosy. W stolicy poznaje nauczycielkę Adelinę, biorą ślub.

Ojciec Patricia Claudio pracuje w Angoli do wieku emerytalnego, chociaż wojna domowa staje się coraz brutalniejsza. Przeżywa masakrę, w której giną prawie wszyscy pasażerowie pociągu. Żyje, bo przez wiele godzin ukrywa się za pokrywą silnika lokomotywy. Wraca do Portugalii pod koniec lat 70., ale przez kolejne lata nie dostaje obiecanej emerytury. Choruje, a nie ma pieniędzy na leczenie. Wnuki są małe, syn akurat nie ma pracy. Claudio popełnia samobójstwo. Krótko po jego śmierci nadchodzi pierwsza emerytura za pracę w Angoli.

Po czym poznać upadek

Zamawiamy dzbanek niedrogiego vinho da casa, a Aleksandra i Przemysław opowiadają, że portugalski upadek najbardziej widać po tym, że:

– barki przez Tag pływają rzadziej niż kiedyś;

– zamknięto wiele sklepów;

– dla oszczędności połączono gminy;

– Lizbona w sierpniu jest pełna Portugalczyków (kiedyś się wyludniała, bo lizbończycy jechali na wakacje);- przejazd przez most 25 Kwietnia (lizbończycy jadą nim na plażę w Costa da Caparica) zawsze był w sierpniu bezpłatny, a teraz kosztuje 1,65 euro;

– przed urzędami pracy stoją kolejki;

– zdrożało paliwo;

– w budżetówce zlikwidowali „czternastkę”;

– zadłużonym Portugalczykom banki pozabierały samochody i mieszkania;

– mnóstwo nieruchomości jest na sprzedaż.

– W nowoczesnej dzielnicy Oriente niszczeją nowe mieszkania. Dlaczego nie obniżają ich cen? – Przemysław wciąż nie może się nadziwić. – Zainteresowały nas nieużywane pola golfowe. Wysłaliśmy zapytania, ale nie odpowiadają. To nic, że pola niszczeją, na wynajmie czy sprzedaży nikomu nie zależy. Myślę, że to część portugalskiej mentalności.

Patricio Moniz na wczasach w Brazylii

W 1986 roku Portugalia wstępuje do Unii Europejskiej, a Unia zalewa ją pieniędzmi. Patricio w 1987 roku rozpoczyna pracę projektanta w koncernie budującym drogi. Kupuje kremowego pięciodrzwiowego renault 4.

Z żoną i dziećmi odwiedza nim krewnych Vila Nova do Ceira. Pracy jest mnóstwo. Patricio zarabia coraz więcej, a Portugalia to wciąż bardzo tani kraj. Patricio kupuje kolejny samochód.

W jego firmie pracownicy dostają wielkie premie. Jeżdżą służbowymi samochodami, korzystają ze służbowych telefonów. Rachunki za paliwo i rozmowy telefoniczne są gigantyczne. Nikt nie oszczędza. Po skończonym projekcie szefowie zapraszają na kolację. Każdego roku urządzają dla wszystkich pracowników wystawne przyjęcie.

Patricio obserwuje Portugalczyków: budują domy, jeżdżą mercedesami i bmw, chodzą w drogich garniturach, jeżdżą na wakacje do coraz bardziej egzotycznych miejsc świata. Sam zabiera żonę na wczasy do Brazylii. Nie wszystkich na wszystko stać, ale banki rozdają kredyty.

W 2002 roku escudo zastępuje euro i ceny rosną, ale Portugalczykom wciąż żyje się dobrze.

Patricio marzy, by kiedyś wrócić do Angoli, zobaczyć swój dawny dom, ale wie, że to niemożliwe. W Angoli po wojnie jest pełno min, chorób, uzbrojonych bandytów na ulicach i głód.

Patricio nie wie, że niedługo będzie zmuszony tam pojechać…

Portugalczyków ubywa

Portugalię dopada kryzys. Vila Nova de Poiares (7 tys. mieszkańców) w czasach prosperity zbudowało stadion, pływalnię, skate park. Stoją bezużyteczne. Dług: 20 milionów euro.

Nazaré (15 tys. mieszkańców) – dług 40 mln euro. Jego burmistrz mówi, że jedyną nadzieję na uratowanie miasta widzi w arabskich inwestycjach.

Aveiro (80 tys. mieszkańców) – dług 150 milionów euro, czterokrotnie przewyższa roczny dochód tego miasta. Zadłużyło się, przygotowując się do piłkarskich mistrzostw Europy w 2004 roku (sam stadion zamiast planowanych 30 mln euro kosztował 60 mln).

Zaledwie 19 portugalskich miast zadłużyło się łącznie na 910 mln euro. Unia hojnie dofinansowywała, więc wszyscy budowali. Do znikającego od rewolucji goździków Barreiro dołączają inne miejsca. Pływalnie bez wody, stadiony dawno nie słyszały krzyku kibiców, nikt nie jeździ nowoczesnymi autostradami, mieszkań jest za dużo, tysiące ludzi emigrują. Portugalia znika. – Nieruchomości kupują brytyjscy i niemieccy emeryci, bo nigdzie w Europie nie kupi się domu tak tanio w tak pięknym otoczeniu. Ze „złotej wizy” i obywatelstwa korzystają bogaci Rosjanie i Chińczycy. Obcokrajowców przybywa w takim tempie, że niedługo Portugalczycy będą w mniejszości – mówi mi Przemysław.Według danych Eurostatu w Portugalii rodzi się najmniej dzieci w całej UE. Portugalczyków ubywa też z powodu emigracji. Dziennik „Publico” napisał niedawno, że jak tak dalej pójdzie, w 2060 roku liczba mieszkańców kraju spadnie z 10 do 6 milionów.

Przy ulicy Zielonych Okien, gdzie mieszkam w Lizbonie, oglądam ciasny i zaniedbany katolicki żłobek i przedszkole im. Pastuszków z Fatimy. Kieruje nimi Maria do Carmo, matka siedmiorga dzieci. – Dzisiaj, jeśli Portugalczycy decydują się na dziecko, zwykle mają tylko jedno. Przez lata na liście oczekujących mieliśmy dziesiątki dzieci. A w ubiegłym roku po raz pierwszy zdarzyło się, że kiedy jedna rodzina wyemigrowała z Portugalii i w grupie rocznych dzieci zwolniło się miejsce, nie było na nie chętnego.

Rodzin nie zakładają na razie też córka i syn Patricia Moniza, choć są już po trzydziestce. W podobnej sytuacji jest też wielu ich portugalskich znajomych. Dlaczego? – To proste – tłumaczy mi Miguel Moniz. – Pracy nie ma co trzeci młody Portugalczyk. Wielu ma tylko umowy tymczasowe i żaden bank nie da im kredytu, więc mieszkają z rodzicami. A tym, którzy stracili pracę, banki pozabierały mieszkania i samochody. Kto w takiej sytuacji decyduje się na dzieci. Portugalczycy wciąż są dość konserwatywni i nawet żenić się nie chcą, dopóki nie mają pieniędzy na własny dom – mówi Miguel. Zaraz po studiach pojechał do Pragi. Jest tam audytorem w branży meblarskiej. Kontroluje też fabryki w Polsce. Jego siostra Joana znalazła pracę w Brnie (obsługuje klientów w call center firmy IBM).

W tym roku Adelina i Patricio po raz pierwszy pojechali do nich na Boże Narodzenie. – Nigdy nie myślałem, że święta będę spędzał w Czechach – mówi Patricio.

Patricio Moniz – 2010-2014

Patricio Moniz ma okulary w cienkich oprawkach i spiczastą brodę. Mówi, że rozbuchany styl życia Portugalczyków przybierał jak kula śniegowa. Ostatnie dziesięciolecia nazywa czasem iluzji. Kiedy nadszedł kryzys, okazało się, że większości wcale nie stać na luksusowe samochody, wakacyjne domy nad oceanem, egzotyczne wczasy.

Zna takich, których woził szofer i mieszkali w luksusowych apartamentach, a w końcu wylądowali na ulicy. Szpitale nie działają (gdy rozmawiamy, media donoszą o ósmej w ciągu ostatnich miesięcy ofierze, która zmarła, bo pogotowie ratunkowe w Evorze z braku kadry nie nadąża udzielać pomocy), zawodzą instytucje, byli ministrowie pobierają gigantyczne emerytury, ekspremiera Jose Socratesa aresztowali, bo prał brudne pieniądze i wywoził je do Francji.

Jose Socrates: Były premier Portugalii za kratkami

Firma Patricia traci zamówienia na budowę dróg w Portugalii. W 2010 roku zaczyna pozbywać się ludzi. Obcina premie. Zabiera służbowe samochody i telefony. Nie ma już uroczystych przyjęć dla pracowników. Projekty coraz częściej kończą się hiobowymi wieściami: że zleceniodawcy nie mają z czego zapłacić.

Angola, choć zrujnowana, pełna min i głodujących ludzi, jest jednym z najbogatszych krajów Afryki. A nawet świata. Ma diamenty, ropę naftową i złoto. Krajem od 1979 roku rządzi José Eduardo dos Santos. Ze swoimi dziećmi kontroluje coraz więcej miejscowych firm i przywłaszcza sobie państwowe pieniądze. Fakt: buduje drogi, rozwija miejską infrastrukturę. Do pracy potrzebuje specjalistów, których Angola nie ma. Najłatwiej dogadać się z mówiącymi w tym samym języku Portugalczykami.

Propozycję nie do odrzucenia Patricio dostaje kilka lat przed emeryturą: kontrakt w Angoli albo bezrobocie. Podobną słyszy też wielu jego kolegów. W Portugalii brakuje zleceń. Kilka lat temu Angola wydawała Portugalczykom niewiele ponad sto wiz rocznie, teraz – tysiące. Rozpoczyna się największa od lat 60. fala emigracyjna wśród Portugalczyków. Wielu przeprowadza się do Angoli albo Brazylii. Mówi się o historycznym odwróceniu migracji. Inżynierowie, technicy, nauczyciele, przedsiębiorcy – w Angoli jest już ponad 200 tys. Portugalczyków. Z kolei angolscy oligarchowie kupują na portugalskim wybrzeżu domy, wpadają do Lizbony do fryzjera albo na zakupy. I duże zakupy: członkowie rządu i dzieci Santosa kupują w Portugalii banki, przejmują kontrolę nad koncernami. Córkę prezydenta Santosa Isabel, najbogatszą kobietę na kontynencie, nazywa się „królową Afryki i cesarzową Portugalii”. Gazety piszą, że to najbardziej wpływowa kobieta tego kraju. W Portugalii kupuje banki, firmy telekomunikacyjne, dostawców energii, media. Portugalczycy boją się, że wkrótce staną się angolską kolonią.

Angola w Portugalii. Była kolonia podbija kolonizatora

Patricio jedzie na północ Angoli, do M’banza-Kongo (dawnego Sao Salvador), 18 km od granicy z Kongiem. Pracuje od poniedziałku do niedzieli.

Choć zasobny w surowce naturalne, zastaje kraj zrujnowany: budynki z powybijanymi szybami, mury podziurawione kulami, przy drogach stoją ostrzeżenia przed minami (nikt przez to nie chce uprawiać ziemi, choć jest bardzo żyzna). Dwie trzecie kraju żyje poniżej progu ubóstwa. Według Transparency International tylko dziesięć krajów na świecie jest bardziej skorumpowanych od Angoli. Patricio jest przerażony: to nie tutaj chciał wracać. Tęskni za Portugalią. Codziennie dzwoni do żony.

Ma pracę, której nie chce. A jeszcze musi patrzeć, jak jego szef zabrania dzielić się jedzeniem z głodnymi Angolczykami, pracownikami ochrony. Pilnuje, by resztki posiłków wyrzucano do śmieci, chociaż ochroniarze od rana nie mieli nic w ustach. Patricio czasami daje im parę groszy albo coś do jedzenia. Portugalscy koledzy go krytykują.

Mieszka w strzeżonej enklawie, Portugalczycy w Angoli rzadko je opuszczają. Albo poruszają się po kraju pod eskortą. Patricio choruje, w Angoli pojawiają się problemy z płucami, nabawia się nerwicy. Po siedmiu miesiącach wraca z kontraktu do Portugalii i słyszy kolejną propozycję nie do odrzucenia.

Odmawia, kolejnego wyjazdu do Afryki odradza mu jego lekarz.

Emerytury przekraczające 1000 euro brutto zostały obniżone od 3,5 do 10 proc. Już kolejny raz Portugalia obniża emerytury

Przez trzy lata do emerytury dostaje zasiłek dla bezrobotnych: niewiele ponad 500 euro (w Portugalii wysokość zasiłku zależy od zarobków). W firmie budującej drogi pracował 25 lat. Jego żona Adelina – była nauczycielka – każdego miesiąca dostaje coraz mniejszą emeryturę. Zmniejszyła się już o 400 euro.

– Przysyłają mniej, nie tłumaczą dlaczego ani nawet jak to wyliczyli – denerwuje się Adelina.

– Portugalia biednieje. Możliwe, że wiele osób w naszym kraju dzisiaj jeszcze nic nie jadło – mówi Patricio, gdy mija południe. Drugie mieszkanie, którego w międzyczasie dorobili się w Vila Franca de Xira Monizowie, wynajmują pracownikowi straży pożarnej. Już trzeci miesiąc nie płaci za czynsz.

Imiona dzieci Monizów na ich prośbę zmieniłem, nazwisko jest autentyczne

Strzeż się, Polsko!

Z José Gomesem Ferreirą, portugalskim komentatorem politycznym telewizji SIC, rozmawia Mirosław Wlekły

Zamiast ze słońcem Portugalia kojarzy się dziś z kryzysem. Co zyskaliście na wstąpieniu do Unii Europejskiej, a co zmarnowaliście?

– Było mnóstwo rzeczy pozytywnych i mnóstwo negatywnych. Ale uważam, że saldo końcowe jednak jest dodatnie. Do 2020 roku dostaniemy 25 miliardów euro, które będą decydujące dla naszych dalszych inwestycji. Po wstąpieniu do Unii otwarły się możliwości, jakich nasz kraj nie miał od dawna. Dostaliśmy gigantyczną pomoc finansową i doradczą. Niestety, działo się to w kraju z wieloma ułomnościami, gdzie związki biznesu i władzy są zbyt bliskie. Co się wydarzyło? Dwie niebezpieczne rzeczy. Po pierwsze, nadmierna koncentracja kapitału w rękach niewielkiej grupy. Po drugie, państwo zaczęło konkurować z sektorem prywatnym, ubiegając się o fundusze europejskie. Poprzez wszelkie departamenty ministerstw, instytucje publiczne, urzędy miast i gmin, organizacje regionalne. Z początku miało to dobry wpływ na ekonomię, bo przybywało inwestycji. Dobrze to czy źle? Nikt się nad tym nie zastanawiał. Najważniejsze, że były inwestycje, praca i żyło się wspaniale. Ale ta gigantyczna pomoc europejska – dla instytucji publicznych, samorządów – przeznaczana była na projekty wymyślane przez decydentów politycznych: ministrów, prezydentów miast, regionalnych departamentów ministerstw – wszystkich, którzy byli pod wpływem partii rządzącej.

Co w tym złego?

– Że te inwestycje nie przystawały do rzeczywistości. Tamte lata wykreowały rzesze specjalistów nieprzydatnych z punktu widzenia wolnorynkowej gospodarki. Kończyli studia, znajdowali świetnie płatną pracę, bo dawała na to Unia. Ale na wolnym rynku byli zupełnie niepotrzebni. To samo działo się w sektorze prywatnym. Tworzono firmy, które działały tylko dzięki pieniądzom z Unii, same na wolnym rynku nie były w stanie się utrzymać. Wszystko to zapewniło oczywiście wzrost gospodarczy, nowe miejsca pracy, ale jakość tego wzrostu była słaba.

Kiedy się o tym przekonano?

– Portugalczycy przyzwyczaili się do życia dzięki pieniądzom z zewnątrz. Zaczęto więc coraz więcej pożyczać za granicą. A potem nadszedł czas wejścia do strefy euro i rządzący usłyszeli, że ta waluta to dla Portugalii „kaftan bezpieczeństwa”. Powiedziano nam: skorzystaliście na pieniądzach unijnych, zmodernizowaliście częściowo swoją ekonomię, urosła wasza gospodarka, a teraz, żeby wejść do klubu stabilnej waluty, musicie nam pokazać rygor w wydatkach publicznych. W 1995 roku nowy premier António Manuel de Oliveira Guterres z Partii Socjalistycznej uważał, że jeśli będzie wzrost gospodarczy, to sektor prywatny i państwowy z zadłużeniem sobie poradzą.

I pozwolono Portugalii przy takiej polityce na wstąpienie do strefy euro?

– Traktat w Maastricht zakładał, że deficyt budżetowy nie może przekraczać 3 proc. W czasie rosnącej gospodarki państwo miało spore dochody i wcale nie było trudno taki deficyt osiągnąć. Ale władza zrozumiała, że nie może dalej pożyczać wprost z zagranicy.

I jak sobie poradziła?

– Znalazła inny sposób na pożyczanie: system, w którym dług przyjdzie spłacać za wiele lat, dopiero następnym pokoleniom. Zaczęła na przykład budować autostrady w systemie SCUT (Bez Kosztów dla Użytkowników). Robiło się to tak: państwo przedstawiało plan, prywatni inwestorzy prosili o zagraniczną pożyczkę, za którą budowali autostradę, a państwo, zamiast pokryć koszt budowy gotówką, płaciło wielkie sumy za dzierżawy lub leasing przez 20 lub 30 lat. To pozwoliło państwu nie zwiększać deficytu. Powiększał się jedynie o roczne opłaty za autostrady. Inwestycje nie obciążały wprost budżetu Portugalii, a europejskie instytucje to tolerowały.

Co w tym złego? Przecież budowa autostrad wyciągnęła z kryzysu Stany Zjednoczone.

– W Portugalii inwestowano tak aż do 2002 roku, kiedy państwo straciło kontrolę nad wydatkami i deficyt przekroczył 3 proc. Polityka zmieniła się, gdy premierem został socjaldemokrata José Manuel Durao Barroso: zaczął kontrolować wydatki, zaciskał pasa, czego jednak Portugalczycy nie mogli zrozumieć. Dlaczego z powodu niewielkiego długu spowalniać inwestycje? – myślano. Tym bardziej że właśnie zaczęło rosnąć bezrobocie. Rząd był pod presją. A kiedy Barroso w 2004 roku został szefem Komisji Europejskiej, zastąpił go Pedro Santana Lopes, który tej presji nie udźwignął (z jednej strony społeczeństwa chcącego więcej inwestycji, z drugiej – wymagającej kontroli wydatków Europy). Po wyborach 2005 r. premierem został socjalista José Sócrates. Zapewniał, że będzie kontrolował deficyt, ale zadba też o wzrost gospodarczy. I zaczął powtarzać błędy swojego kolegi partyjnego Guterresa. Oficjalnie kontrolował deficyt, a tak naprawdę brutalnie zadłużał kraj. Dał też sygnał prywatnym inwestorom, że nadal mogą funkcjonować, pożyczając pieniądze za granicą i pakując je w inwestycje, których kraj i społeczeństwo nie potrzebują.

Jesteśmy małym krajem. Nie potrzebowaliśmy tylu autostrad, nowych szpitali, portów, centrów logistycznych. Wielu rzeczy nagle zrobiło się za dużo, a te inwestycje tylko wysyłały mylące sygnały dla ekonomii. Rozpędzonego pociągu nie dało się już zatrzymać. Państwo nie miało pieniędzy na inwestowanie, a firmy prywatne nie chciały więcej ponosić ryzyka. Rozwijały się więc inwestycje typu SCUT, wszystkie przy współpracy państwa i inwestorów prywatnych. Niby ryzyko na siebie brały firmy, ale tak naprawdę – w wyniku ukrytych renegocjacji czy gwarancji – cenę płaciło państwo. Już wtedy były głosy, że doprowadzi to nas do ruiny. Nikt jednak nie spodziewał się, że wydarzy się to tak szybko. A kiedy przyszedł kryzys, to jak zareagowały europejskie rządy? Uznały, że trzeba pobudzić gospodarkę, inwestować jeszcze więcej. Portugalia rozpoczęła więc wielki plan budowy szkół, likwidując budynki, które były w całkiem dobrym stanie. Masowo modernizowano centra miast. W 2009 r. były wybory, więc wydawano jeszcze więcej i obniżono podatki. Zmniejszono VAT, zatrudniano dodatkowych urzędników. Kto miał trochę pojęcia o ekonomii, już wiedział, że zbliża się tragedia. Ale rząd szedł w zaparte i socjaliści ponownie wygrali wybory. Okazało się, że to, co osiągnęliśmy 25 lat wcześniej, zboczyło na złe tory.

Co wy, Portugalczycy, przez te wszystkie lata sobie myśleliście?

– Że najważniejsze są inwestycje. Bo jeśli nasza ekonomia będzie rosła, to długi jakoś się potem pospłaca. I stało się, co się miało stać. To wszystko wydarzyło się, mimo że wciąż odbieraliśmy pomoc od Unii Europejskiej. Dlatego mówię: strzeżcie się, Polacy! Wydawajcie mądrze pieniądze z Unii, nie pozwólcie marnotrawić ich na nieproduktywne inwestycje. Nie przeznaczajcie ich tylko na cele komercyjne: zbyt dużo nieruchomości, spekulacje akcyjne, niepotrzebne salony piękności czy centra fitness.

Nie skupiajcie się na inwestycjach, które zwiększą wyłącznie popyt wewnętrzny i nastawione są na poprawę jakości życia, na które wydawane są pieniądze z zagranicznych pożyczek. Zainwestujcie te pieniądze w rolnictwo i przemysł wysokiej jakości. Zredukuje to import i zwiększy eksport. Inwestujcie w handel, owszem, ale taki, dzięki któremu można by też zarabiać na obcokrajowcach: turystach i tych, którzy zamierzają u was inwestować. Ostrzegam, uważajcie na to!

Na co jeszcze?

– Na partnerstwo publiczno-prywatne. Na inwestycje pięknie nazywane operacjami leasingowymi, które są wielką iluzją. Bo biznesy firm prywatnych mają zawsze gwarancje państwowe (jeśli nie bezpośrednie, to pośrednie). Jeśli nie będziecie ostrożni, będziecie w przyszłości cierpieć jak my. Za 20 albo 15, a może już za pięć lat też możecie prosić o pomoc Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

I kolejna przestroga dla Polski. Kiedy nowy kraj integruje się z UE, wraz z mnóstwem pieniędzy dostaje zbiór instrukcji dotyczących ochrony środowiska, przemysłu, handlu. Portugalia przyjęła wszystkie te regulacje, choć niektóre nie przystają do naszej gospodarki, do nawyków społeczeństwa. Wraz z rosnącą liczbą przepisów rośnie aparat państwowy, i tak już ogromny. Szefowie instytucji państwowych robią wszystko, by udowodnić przydatność rosnącej liczny urzędników. Już nie tylko absorbują przepisy unijne, ale tworzą dodatkowe, własne. Miasta mają więc przepisy, które w ogóle nie przystają do rzeczywistości. Tworzą na wszystko podatki i grzywny. Ministerstwa wymyślają kary i obostrzenia, które blokują rozwój gospodarki. Kto popełnia w Portugalii największe przestępstwa gospodarcze? Państwo, bo powstrzymuje ludzi od inwestowania. Ktoś chce zainwestować – pierwsza odpowiedź państwa jest „nie”. Druga: „nie”. A także trzecia i 20. Dopiero za 28. razem, po daniu łapówki, przedsiębiorca słyszy „tak”. To jest dopiero tragedia naszego kraju. To się niestety nasiliło, odkąd wstąpiliśmy do Unii. Strzeżcie się, Polacy! Nie pozwalajcie rosnąć aparatowi państwowemu, nie przyjmujcie absurdalnych dla was przepisów, które hamują przedsiębiorczość. Pozwólcie przedsiębiorcom inwestować. W Portugalii to już prawie niemożliwe, bo stworzono za dużo uregulowań i biurokracji.

Na przykład?

– Pytam znajomego adwokata, który obsługuje biznes, jak to się dzieje, że mimo kryzysu jego firma wciąż rośnie. Mówi, że dzięki inwestorom z zagranicy. Kupują tu nieruchomości i już istniejące firmy. A dlaczego nie tworzą tu firm od podstaw? Jesteś głuptas, odpowiada. Przecież zdobycie pozwoleń to szaleństwo. Jest całkowita blokada. Nikt nie inwestuje w Portugalii, budując od podstaw, zatrudniając nowych ludzi, mimo że na rynku jest zapotrzebowanie i siła robocza nie jest tu zbyt droga. Powstrzymuje ich biurokracja. Sądownictwo też nie działa. Problemy przedsiębiorców nie są rozwiązywane przez lata. Pozostaje im łapownictwo. Polska ma wszelkie predyspozycje, by stać się świetnie prosperującym krajem. Już takim jest. Ale zagrożeń, jak widać na przykładzie Portugalii, jest dużo. Prawda jest taka, że wszystko, co zaczęliśmy osiągać dwie dekady temu, rozwinęło się w stronę niepotrzebnego zbytku. Tego przede wszystkim Polska musi uniknąć.


José Gomes Ferreira
Wiceszef działu informacyjnego telewizji SIC, jeden z najchętniej słuchanych komentatorów politycznych Portugalii. Mówi się o nim: człowiek, który tłumaczy Portugalczykom kryzys. Nie owija w bawełnę, na politykach nie zostawia suchej nitki. „Przede wszystkim jestem obywatelem, potem dziennikarzem” – powtarza. W garażu zbiera paragony za wszystkie zakupy (nawet za kawę), żeby zmuszać przedsiębiorców do płacenia podatków. I żeby kontrolować swoje wydatki. Wielu widziałoby go nawet na stanowisku premiera.


W lutym ukaże się książka Mirosława Wlekłego „All Inclusive” o Dominikanie, wyd. Agora

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Sklep z surogatką
Wystarczy wysłać swoje zamrożone komórki rozrodcze albo gotowy zarodek i przyjechać po dziecko

Złodziejki spermy
Chana Chaja Chen ma zapłacić Dawidowi Glili 120 tysięcy szekli. Sąd uznał, że doszło do kradzieży nasienia i mężczyzna został zmuszony do zostania ojcem

Andrzej Mularczyk. Pcham taczkę z blondynką
Nie chcę już plakatów o zaplutym karle reakcji, chcę przenieść się w świat, gdzie najważniejsza jest miłość i potajemne schadzki

Snajper: spokojny człowiek, który zaczął zabijać
Jedna kula, jedno życie – mówi bez emocji. Zanim trafił do batalionu „Ajdar”, budował wieżowiec w centrum Warszawy

Kosmonauci
Dom opieki przy Kosmonautów w Lublinie obnaża prawdziwą naturę mężczyzn

Gdzie podziali się nasi Białorusini?
Dziadek opowiadał Oli, jak jego ojciec każdego dnia po zmroku szedł na pole i kładł się w zbożu. Zawsze w białej koszuli. Na wypadek, gdyby przyszli

Polsko-ruska wojna o mięso
Historia mięsa, w którą zaangażowali się ministrowie, główni lekarze weterynarii obu krajów, służby bezpieczeństwa i media

Wyborcza.pl

Krwawe owoce

Monika Olejnik, „Kropka nad i” TVN 24, „Gość Radia Zet”, 09.01.2015
Protesty w Paryżu po zamachu na redakcje tygodnika

Protesty w Paryżu po zamachu na redakcje tygodnika „Charlie Hebdo” (Hektor Pustina (AP Photo/Hektor Pustina))

Po barbarzyńskim zamachu w „Charlie Hebdo” czuć lekką satysfakcję w portalach prawicowych, czyli tych blisko Boga.
Kto sieje wiatr, ten zbiera burze – dają do zrozumienia publicyści. Francuski magazyn obrażał wszystkich, Jezusa, Maryję, prezydenta Hollande’a, opozycję, islam, Mahometa, ale – jak twierdzi polska prawica – bardziej drwił z katolików niż z islamu.We Frondzie pytają: „Czy pora zapłaty dla wnuków ’68 nadeszła?”. Wypominają nieżyjącym dziennikarzom, że mieli powiązania z masonerią. Że sami sobie prorokowali, pisząc: „A we Francji zamachu jeszcze nie było? Na co zamachowiec: Poczekajcie do końca stycznia”.

Teza dziennikarzy jest taka, że wraz z chrześcijańską kulturą we Francji ginie kultura tolerancji. Tolerancja dla polityki multikulti przynosi krwawe owoce.

Niektórzy twierdzą, że „zemsta dla chrześcijanina jest nie do przyjęcia”. Cóż to za totalne bzdury.

Czy w naszym katolickim kraju katolik nie morduje katolika? Czy uczniowie chodzący na religię nie stają się mordercami? Czy zemsta jest przypisana tylko muzułmanom? Zamachowcy wykorzystują Mahometa do swoich niecnych celów. Czy gorsza jest zbrodnia z okrzykiem „Allah jest wielki, pomścimy go”, czy zbrodnia bez okrzyku?

Jeden z dziennikarzy prawicowych pisze wPolityce.pl: „Chrześcijaństwo w czasie krucjat było łagodniejsze, bo miało wpisane nauczanie miłosierdzia”. Kiedy się to czyta, dreszcze przechodzą po plecach. Takie zacietrzewienie przypisane jest ludziom bez serca. Nieważne, czy są ateistami, katolikami, czy muzułmanami.

Czy panowie zauważyli, że jeden z zamachowców z zimną krwią zabił policjanta, który był muzułmaninem?

Redaktor naczelny prawicowej telewizji Republika idzie jeszcze dalej w tłumaczeniu mordu w redakcji „Charlie Hebdo”. Jego wpis na Twitterze jest kuriozalny: „Czwarta wojna światowa trwa. Tym razem przeciwnikiem są partyzanci uzbrojeni w wiarę w życie wieczne, której Europejczykom brak. To jest ich siłą”.

Czy Tomasz Terlikowski, arcypapież polskiego Kościoła, chciałby, żeby katolicy w Polsce mieli właśnie taką siłę?

Zobacz także

wyborcza.pl

Socjolog z lubelskiej uczelni oskarżona. „Zas…ny rząd”

Anna Gmiterek-Zabłocka, TOK FM, 08.01.2015

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Socjolog, pracująca w ramach unijnego projektu na jednej z lubelskich prywatnych uczelni wyższych, stanie przed sądem za znieważenie prezydenta RP i rządu.
29-letnia kobieta w sierpniu zostawiła samochodód na miejscu dla niepełnosprawnych w centrum Lublina. Owszem, miała kartę do korzystania z takich miejsc, tyle że nie swoją. – Posiadała kartę wydaną dziadkowi jej kolegi – mówi prokurator Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.„Zas…ny rząd”

Gdy policjanci chcieli ją wylegitymować, zaczęła się awantura. To wtedy padły niewybredne słowa o prezydencie i rządzie. Nie chciała okazać dokumentów, mówiła m.in., że płaci podatki na „zas…ny rząd Tuska i Komorowskiego”. Mówiła też o „jeb…ym” rządzie i prezydencie, którzy „nic nie robią”; miał też paść m.in. epitet „przygłup”. – Zarzut dotyczy znieważenia Prezydenta RP, Rady Ministrów, a także narodu żydowskiego poprzez używanie słów powszechnie uznawanych za obelżywe, pogardliwe i obraźliwe – mówi prokurator.

Dostało się też policjantom. Też zostali znieważeni i tego dotyczy drugi z zarzutów. Jest i zarzut trzeci: zmuszanie policjantów do zaniechania prawnej czynności służbowej.

Koleżanka też oskarżona

Kobieta, już w trakcie przesłuchania, do niczego się jednak nie przyznała. Stwierdziła, że owszem, w stosunku do jednego z policjantów użyła jedynie określenia, że jest „gruby”. Ale ponoć był… rzeczywiście otyły. Poskarżyła się też na samych policjantów. – Mówiła o niewłaściwym zachowaniu funkcjonariuszy, którzy mieli odnosić się do niej w sposób niemiły – dodaje Syk-Jankowska.

Pani socjolog grozi do 3 lat więzienia. Przed sądem stanie też jej znajoma, również socjolog z tej samej prywatnej uczelni. Gdy pojawiła się na parkingu – jak wynika z akt sprawy – chcąc „pomóc” koleżance, też znieważała policjantów i próbowała na nich wpływać, by odstąpili od swoich czynności.

Akt oskarżenia z Prokuratury Rejonowej Lublin Południe właśnie trafił do sądu.

Zobacz także

lublin.gazeta.pl

Telewizory w 2015: co nas czeka po Ultra HD?

Jacek Krywko, 08.01.2015
USA-BUSINESS/

USA-BUSINESS/ (STEVE MARCUS / REUTERS / REUTERS)

Telewizory zawsze przykuwały największą uwagę na targach CES w Las Vegas. Nie inaczej jest w tym roku. Tym bardziej że największe firmy mają nieco różne wizje przyszłości tego rynku.
Telewizory zawsze wydawały mi się najnudniejszą częścią tych targów. Każdego roku po prostu są trochę większe, z trochę większą rozdzielczością, trochę lepszym odwzorowaniem kolorów i trochę lepszym kontrastem. Ewolucja bez rewolucji. Słowem: nudy. Tymczasem na CES 2015 czołowe firmy pokazały kilka istotnych nowości, które mogą faktycznie zmienić sposób, w jaki korzystamy z telewizorów i o nich myślimy. A co najważniejsze, wreszcie dopracowały się własnych, autorskich koncepcji. Może więc w miejsce rozważania, czy ekrany LG rzeczywiście są o 7,5 proc. jaśniejsze od ekranów Panasonica, wreszcie pojawi się realny wybór.Ekrany

Tego zagadnienia oczywiście nie można pominąć, bo ekran nadal pozostaje najważniejszym elementem wyznaczającym jakość telewizora. Najistotniejszą konkluzją, jaka wynika z prezentacji największych marek w branży, jest zadomowienie się na dobre standardu 4K. Urządzenia obsługujące standard Ultra HD pojawią się w coraz większym wyborze przekątnych. Wszystkie firmy zapowiedziały też znaczący wzrost ich produkcji (większość chce ich wytwarzać czterokrotnie więcej), a to oznacza spadek cen. Jest jednak sporo nowinek.

Samsung pokazał trzy nowe telewizory oznaczone jako JS9500, JS9000 oraz JS8500. Wszystkie zostały wyposażone w ekrany SUHD (firma nie wyjawiła jednak, co dokładnie oznacza tu litera S). Mają się odznaczać znacznie lepszymi kontrastem, kolorami oraz jasnością. W tym celu firma wykorzystała alternatywną względem LCD Quantum Dot (kropkę kwantową). Aby wyświetlić obraz, wiązka niebieskiego światła jest przepuszczana przez serię nanokryształów wykonanych z selenku kadmu. Nanokryształy mierzą od 2 do 10 nanometrów i w zależności od rozmiaru tworzą inny kolor. Ich warstwy w ekranie układa się naprzemiennie z warstwami materiałów półprzewodzących. Zdaniem firmy pozwala to na poprawienie jakości wyświetlanych kolorów o mniej więcej 30 proc. w stosunku do klasycznych wyświetlaczy LCD.

Tę samą technologię w swoich ekranach wykorzystało LG. Zajęła ona jednak dość niewiele czasu na konferencji tego producenta. Całą resztę poświęcono oczku w głowie koreańskiego giganta, czyli ekranom OLED, gwarantującym nieograniczony kontrast. – To szczyt tego, co jest dziś możliwe, i przyszłość telewizji – zapewniał Tim Alessi, szef działu rozwoju nowych produktów w LG. – Najważniejsza jest ich zdolność do pokazania prawdziwej czerni. W klasycznych, podświetlanych LED-ami ekranach nie ma doskonałej czerni, ponieważ zawsze emitują pewną ilość światła. OLED pozwala całkowicie wyłączać poszczególne piksele, czyniąc je idealnie czarnymi. Stąd nieograniczony kontrast – przekonywał. O ile jednak zalety wykonanych w tej technologii ekranów nie budzą wątpliwości, o tyle może je budzić ich cena. Są potwornie drogie, a LG cały czas zmaga się z wypracowaniem procesów pozwalających produkować je taniej. Planuje wydać na idące w tym kierunku badania 600 mln dol. Wyobrażenie o skali wyzwania daje to, że Samsung o OLED-owych telewizorach nawet nie wspomina, a Sony otwarcie ogłosiło wycofanie się z prac nad tą technologią.

Głównym punktem prezentacji Sharpa było urządzenie pokazujące nieco odleglejszą przyszłość, czyli standard 8K. Chodzi o rozdzielczość wynoszącą 7680 na 4320 pikseli. Pierwsze testowe programy emitowane w tym formacie pojawią się w Japonii dopiero w 2016 r., zatem na upowszechnienie się 8K trzeba będzie nieco poczekać. Zwłaszcza że marketingowcy nie zdążyli nawet ukuć dla niego odpowiednio chwytliwej nazwy (czyżby Hiper Mega HD?).

Sony w kwestii ekranów skupiło się bardziej na ich wyglądzie i pokazało telewizor nieprawdopodobnie wręcz cienki, bo mierzący ledwie 4,9 mm (mniej niż niemal wszystkie dostępne na rynku smartfony). Obudowa rozszerza się w nim tylko tam, gdzie przewidziano miejsce na wtyczki.

Rzeczywiście Smart

Przyjęło się już dawno, że telewizor, jak sama nazwa wskazuje, to sprzęt do oglądania telewizji. Od jakiegoś czasu jednak ich producenci wpisali się w trend dołączania do wszystkiego słówka „smart”. Dostaliśmy zatem Smart TV. Jeszcze niedawno oznaczało to po prostu zdolność telewizora do łączenia się z internetem. Niestety, kiedy nasz sprzęt już się do niego podłączył, okazywało się najczęściej, że jest znacznie mniej „smart”, niż byśmy tego oczekiwali.

Oczywiście można było przeglądać filmy na YouTubie, ale wpisanie tytułu w wyszukiwarkę za pomocą pilota pozbawionego klawiatury QWERTY potrafiło wystawić na próbę najbardziej cierpliwych. Poza kilkoma aplikacjami pozwalającymi oglądać takie hity, jak „Pamiętniki z wakacji”, internet w telewizorze nie na wiele się przydawał. Teraz może się to zmienić. Najnowsze urządzenia niemal wszystkich producentów są w stanie automatycznie łączyć się z naszymi telefonami. Samsung pokazał, co można w ten sposób osiągnąć. Telefon oczywiście pozwala uniknąć koszmaru mozolnego wpisywania poszukiwanych fraz po literce. Można skorzystać z klawiatury smartfona lub po prostu dyktowania. Zsynchronizowany telewizor może też pokazać nam rano ekran z prognozą pogody, listę spotkań, które mamy umówione na dany dzień, a także włączyć się, kiedy ustawimy w telefonie budzik. Oglądanie na jego ekranie zdjęć i filmów z innych naszych urządzeń ma być bezproblemowe, płynne i bezprzewodowe. To samo tyczy się wyświetlania stron WWW.

Sony do wszystkich powyższych funkcji dorzuciło jeszcze pilot z mikrofonem, dzięki któremu możemy mówić do telewizora nawet bez telefonu. Telewizory tego producenta są też wyposażone w usługę Playstation Now, która pozwala zamienić go w konsolę, tyle że bez konsoli. Interesująca nas gra jest uruchamiana na serwerach. Stamtąd obraz jest transmitowany na nasz ekran. Tak jak w przypadku konsoli gra się z użyciem kontrolera znanego z Playstation. Co więcej, Sony pozwoliło korzystać z tej usługi także innym producentom. Będzie można ją uruchomić również na nowych telewizorach Samsunga.

Na inny pomysł w tym zakresie wpadło LG, które porozumiało się z jednym z największych światowych dostarczycieli internetowych filmów, czyli z Netflixem. Netflix ma ze swojej strony rozszerzać swoją bazę filmów przerobionych tak, by w pełni wykorzystywały możliwości promowanych przez LG ekranów OLED.

Większość tych dobrodziejstw ma trafić na rynek najpóźniej do 2016 roku. Niestety, właściwie na wszystkich prezentacjach producenci jak ognia unikali podawania cen, a to dobrze dla naszych portfeli nie wróży. Najważniejsze jednak, że branża najwyraźniej zaraziła się kreatywnością i możemy zdecydować, czego chcemy od telewizora. Dostępu do ulubionych filmów? Gry w najnowsze konsolowe hity? Działania w roli centralnego elementu domu, z którym rzut oka pozwoli sprawdzić pogodę i najważniejsze dla nas informacje? Dotąd wybieraliśmy głównie przekątną.

Zobacz także

wyborcza.pl

Pigułki „dzień po” bez recepty w Unii. Ale czy w Polsce?

Tomasz Bielecki, Bruksela, 08.01.2015
Komisja Europejska zezwala, by kolejny rodzaj pigułki „dzień po” był sprzedawany w UE bez recepty. Ale ostateczna decyzja, jak to będzie wyglądać w polskich aptekach, należy do władz Polski.
O sprawie jako pierwsze poinformowało radio RMF FM.Decyzja Komisji Europejskiej o zniesieniu obowiązku posiadania recepty dotyczy środka sprzedawanego w UE pod nazwą handlową EllaOne i zawierającego substancję ulipristal acetate. EllaOne jest obecnie sprzedawane, także w Polsce, na receptę. To jeden ze specyfików z arsenału antykoncepcji awaryjnej (postkoitalnej), czyli przyjmowanej do pięciu dni po stosunku bez zabezpieczenia bądź kiedy zawiodły klasyczne sposoby, np. pękła prezerwatywa. Antykoncepcja awaryjna jest najskuteczniejsza w pierwszej dobie po stosunku.

Komisja Europejska podjęła decyzję zgodną z zaleceniem Europejskiej Agencji Leków (EMA) z listopada 2014 r. EMA wyjaśnia, że działanie EllaOne polega na zastopowaniu bądź spowolnieniu owulacji. Doszła do wniosku, że kilka lat użytkowania EllaOne w Europie (jest w sprzedaży od 2009 r.) dowiodło, że z jego zażywaniem nie wiąże się takie ryzyko zdrowotne, które kazałoby zastrzegać jego sprzedaż tylko dla kobiet z receptą od lekarza. Z kolei brak wymogu recepty to szansa na szybszy dostęp kobiet do specyfiku, który jest tym skuteczniejszy, im szybciej po stosunku się go zastosuje.

Ale ostateczna decyzja, czy znieść obowiązek posiadania recepty na EllaOne w aptekach poszczególnych państw, należy do ich władz. – Taka jest jednoznaczna interpretacja prawna Komisji Europejskiej. Pozwalamy na zniesienie obowiązku posiadania recepty, ale każdy kraj UE decyduje samodzielnie, czy z tego zezwolenia skorzystać na własnym terytorium – mówi Enrico Brivio, rzecznik Komisji Europejskiej.

Środowa decyzja Komisji Europejskiej co do antykoncepcji awaryjnej nie jest precedensowa. W większości krajów Unii już teraz sprzedaje się bez recepty środki oparte na substancji levonorgestrel – m.in. pod nazwami handlowymi Norlevo, Levonelle i Postinor. Wyjątkiem jest Malta, gdzie nie sprzedaje się ich wcale. A także Polska, Niemcy, Chorwacja, Gracja, Węgry i Włochy, gdzie władze – mimo braku takiego ogólnounijnego obowiązku – zastrzegają ich sprzedaż tylko dla osób z receptą od lekarza. Levonorgestrel może – to zależy od czasu jego podania – utrudniać zagnieżdżenie się zapłodnionego jaja w macicy, co np. w katolickim nauczaniu oznacza, że ma działanie wczesnoporonne.

Zobacz także

wyborcza.pl

Snajper: spokojny człowiek, który zaczął zabijać

Wojciech Pestka, 08.01.2015

Fot. Wojciech Pestka

Jedna kula, jedno życie – mówi bez emocji. Zanim trafił do batalionu „Ajdar”, budował wieżowiec w centrum Warszawy
Jego pogodna twarz nie kojarzy się z wojną. – Leonid, dla swoich „Leo” albo „Leo zawodowiec” – przedstawia się (nazwiska nie ujawni w gazecie). – Każdy na wojnie ma pseudonim, żeby przeciwnicy nie mogli mścić się na rodzinie. Skończyłem 50 lat. Urodziłem się w Ordżonikidze, w obwodzie dniepropietrowskim. Później przeprowadziliśmy się do Irszańska. Ojciec pracował w kopalni tytanu na potężnej koparce, która naraz brała na łychę 15 m sześc. ziemi. A ponieważ ojciec pochodzi stąd, z Wołynia, więc wróciłem. Najpierw mieszkałem w Łucku, teraz w wiosce koło Iwanyczi. 20 km od polskiej granicy, od Buga. Pięć lat przepracowałem w Polsce jako zbrojarz betoniarz. Ostatnie miejsce pracy: biurowiec Warsaw Spire na rondzie Daszyńskiego. Najwyższy w Polsce. Zawsze pracowałem na legalnych papierach, byłem w Warszawie prawie do końca 2013. Jak ruszyło się w Kijowie, rzuciłem wszystko i pojechałem, to był początek grudnia. Na Majdanie byłem do końca. Po ucieczce Janukowycza wróciłem do domu, ale wytrzymałem tylko dwa miesiące. Już nie ciągnęło mnie na budowy do Polski, a u nas pracy nie było, więc ruszyłem na południe.Majdan

Na Majdan poszedłem tak jak wszyscy – jako zwykły człowiek z ulicy. Szukałem swoich. Trafiłem do Wołyńskiej Sotni Samoobrony, mieli swoje koszary na trzecim piętrze w Pałacu Październikowym. Byliśmy w ochronie Majdanu, broniliśmy barykady na ulicy Instytuckiej. Tam pod koniec toczyły się najcięższe walki. Ale walczyliśmy i na Hruszewskiego, i na Chreszczatyku. To nie były oddziały najemnych żołnierzy, jak rozgłaszała rosyjska propaganda. Tam byli zwykli ludzie, którzy mieli dość Janukowycza. Nie lubię tego wspominać, ale w przeszłości byłem milicjantem. W 1989 ukończyłem Wyższą Szkołę Oficerską Milicji w Winnicy i w stopniu kapitana służyłem w oddziale specjalnym do walki z przestępczością zorganizowaną. Byłem strzelcem wyborowym. W 1994 zwolniłem się ze służby. Gdybym został, może teraz byłbym pułkownikiem albo generałem – śmieje się. – Janukowycz był hojny, kiedy rozdawał awanse i generalskie stopnie. A tak przyszło mi walczyć ze swoimi byłymi kolegami: z milicją, Berkutem. Chłopakom z sotni powiedziałem, kim byłem kiedyś. Pozwolono mi zostać. Tu wszyscy byliśmy równi. Zamiast broni mieliśmy styliska od łopat, na głowach kaski budowlane: białe, żółte, czerwone. Wtedy jeszcze strzelano gumowymi kulami, granatami ogłuszającymi, używano gazu. Zabijać zaczęli dopiero 18 lutego 2014.

Tak zaczęło się 12 miesięcy, które odmieniły Ukrainę: Rok temu wyszli na Majdan w Kijowie

Zabijanie

Strzelali z różnych miejsc, odległych od Majdanu nawet o cztery kilometry – dzisiaj snajperskie karabiny dają taką możliwość. Siła rażenia pocisku jest ogromna, przebija stalowy słup oświetleniowy na wylot. Dwie ścianki z żelaza o grubości 5 mm! Więc jak mogły nas chronić tarcze ze sklejki albo kaski BHP. Nikt nie myślał, że zdecydują się na użycie broni. Cała noc z 18 na 19 lutego zeszła nam na barykadzie, trwał szturm, użyli wozów pancernych. Czasami tragicznie to wyglądało, czasami śmiesznie. Za pierwszą linią klęczały kobiety, odmawiały modlitwy i podawały butelki z benzyną, brukową kostkę. Nie było gdzie się cofać. O 7 rano przyjechali nasi ze Lwowa, chociaż Kijów był obstawiony przez wojsko i milicję. Berkutowcy się wycofali. Nawet w milicji zaczęło brakować chętnych, nikt nie chciał umierać za Janukowycza. Zasłonił się nimi, bo potrzebował czasu, żeby spakować złoto. O snajperach mówiono, że strzelają rosyjscy żołnierze ze specnazu. Usłyszałem, jak koło mojego ucha przelatuje kula. Podmuch, blisko, może 30 centymetrów od mojej głowy. Karabin strzelca wyborowego wydaje inny odgłos. Wiedziałem, że to nie zabawa. „Nie wychodzić za róg, strzela snajper!” – krzyknąłem. Ktoś odpowiedział: „Dla nas jeszcze kuli nie zrobili”. Ludzie zaczęli się histerycznie śmiać, hałaśliwie, strasznie. Zabili chłopaka koło głównego wejścia do Pałacu Październikowego. Daliśmy znać na scenę, żeby ostrzegli wszystkich przez głośniki. Ale było za późno. Strzelali nawet z hotelu Ukraina, później znaleźli snajperską broń w jednym z pokoi. Podpaliliśmy opony. W letnim barze, przy ulicy prowadzącej do soboru Michajłowskiego, na zestawianych stolikach bez znieczulenia operowano rannych, wyjmowano kule. Zaciskali w zębach czapki, rękawiczki, żeby nie krzyczeć. Pomoc, lekarstwa – to przyszło później, strzelali trzy dni. Po raz pierwszy widziałem, jak zabija się ludzi.

Strach

Wtedy się nie bałem, nie było czasu. Dopiero w domu, kiedy minęło pięć, sześć dni, zajrzałem do internetu i zobaczyłem, co się tam działo, gdzie byłem. Dopiero wtedy zacząłem się trząść ze strachu.

Nie minęły dwa miesiące, a Rosjanie zajęli Krym. Nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. A jak ruszyło się na południu, zrozumiałem, że czekanie przed telewizorem nie ma sensu. Zwłaszcza że żona zaczęła narzekać, że już dość tego siedzenia: „Rusz się, weź się do pracy, tylko zawadzasz”. „Chyba nie wiesz, na co mnie stać, znajdę taką pracę, że będziesz w szoku”. Ale nie chciała słuchać. Poszukałem organizacji, które werbowały Ukraińców do obrony ojczyzny – znów mówi bez emocji, jakby obrona kraju była czymś naturalnym, co nie podlega dyskusji. Tam spotkałem faceta, z którym uprawiałem sport jeszcze w milicji, pokazałem mu wszystkie papiery. Kazał mi być gotowym do wyjazdu w poniedziałek. W niedzielę wieczorem żona zaczęła podejrzewać, że znów jadę do Kijowa. „Co im po mnie na tym Majdanie, tam nie ma co robić” – powiedziałem.

Batalion ukraińskich ochotników rusza na wschód: Reportaż Igora T. Miecika

Kobiety

Mam szacunek dla kobiet. Bez kobiet byłoby ciężko. Byłem dwa razy żonaty. Gdy miałem 21 lat, na kursach przygotowawczych poznałem Irenę, zdawaliśmy na wydział ekonomiczny uniwersytetu w Tarnopolu. Nie dostałem się, wzięli mnie do wojska. Przyjeżdżała na przepustki. Dopiero po wojsku zostałem studentem historii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łucku. Z Ireną mam dwóch synów: Jurija i Dmytryka. Stała się przesadnie wierząca, związała się ze Świadkami Jehowy. Przestała zajmować się domem. Powiedziałem: dość. Sam mogę zająć się dziećmi. Przystała na to, ale nie zgodził się sąd. Podzielił dzieci, ona dostała młodsze. Drugi raz ożeniłem się, gdy miałem 42 lata. Wracałem samochodem z pracy: zarządzałem grupą handlowców zajmujących się dystrybucją telefonów komórkowych. Koło Włodzimierza Wołyńskiego zatrzymała mnie kobieta. Spytałem, co taka ładna kobieta robi w takiej podłej dziurze. Okazało się, że wyszła tu za mąż, mieszka we wsi, w której urodził się mój ojciec. Jechała pomóc bratowej w przetransportowaniu lustra. Zaproponowałem swoje auto. Tak poznałem Galinę, siostrę jej męża, moją drugą żonę. Przeprowadziłem się do niej na wieś, mieszkanie w Łucku zostawiłem synowi. Mam z nią dwie córeczki:12-letnią Sofijkę i sześcioletnią Witalinę. We wrześniu poszła do I klasy. Gdyby nie sierpniowa kontuzja podczas rakietowego ostrzału naszych stanowisk, nie mógłbym zaprowadzić jej do szkoły. A tak: nie ma tego złego.

„Ajdar”

W tamtym czasie oddziały spontanicznie tworzone z ochotników formowane były pod zarządem milicji albo wojska: to przekładało się na uzbrojenie, jakie otrzymywali „dobrowolcy”. Z Łucka wyjechaliśmy w pięciu: Andrij, zastępca dowódcy II wołyńskiej kompanii batalionu „Ajdar”, kierowca i my, trzej nowicjusze z naboru. Transport na front trafił się nam przypadkowo, przyjechał bus z ciałem zabitego żołnierza i wracał po pogrzebie. Całe nasze wyposażenie to były buty z darów, które dostaliśmy w biurze samoobrony. Nawet nie z tej samej pary, mocne, ale niezwykle ciężkie, służą mi do tej pory. Stacjonowaliśmy w jakiejś kołchozowej bazie, 6 km od Starobielska. Dali nam automat AK-74, jeden na trzech, powiedzieli: swój karabin zdobędziecie na wrogu. Ajdar to mała rzeczka w rejonie Ługańska, od niej pochodzi nazwa batalionu. Nasze zawołanie: „Ajdar! Przyszliśmy, zwyciężyliśmy i wróciliśmy do domów. Z nami Bóg!”.

Nadia Sawczenko. Ochotniczka z batalionu „Ajdar”. Najsłynniejsza Ukrainka

Sczastie

Dopiero po trzech dniach dostałem karabin snajperski Dragunowa (SWD) kaliber 7,62 mm. 13 czerwca z grupą 60 żołnierzy ruszyliśmy w kierunku Ługańska, 77 kilometrów na wschód. Mieliśmy opanować miasteczko Sczastje z potężną elektrociepłownią i założyć w nim bazę wypadową. Dziwne uczucie: wszystkie domy otwarte, puste, żywego ducha. Walki z separatystami, pierwsi ranni, zabici [słucham i przypominam sobie informację, jaką znalazłem wtedy na profilu FB batalionu „Ajdar” o 58 zabitych i blisko 100 rannych terrorystach]. Przeciw nam cały czas szła czarna propaganda ze strony rosyjskiej: straszono nami. „Mówili, że nas wszystkich pozabijacie – przyznała starsza kobieta, w której obejściu urządziłem swoje stanowisko – że jesteście banderowcy, faszyści, że przyszliście nas wymordować. Traktujecie nas lepiej niż my siebie. Dam znać, niech wracają”. Wtedy jeszcze przewaga była po naszej stronie, Rosjanie ze swoją techniką: czołgami i wyrzutniami Grad, Uragan, Smiercz, weszli oficjalnie na ten teren 24 sierpnia, w dzień niepodległości Ukrainy. Batalion liczył wtedy 150 ochotników, II kompanią wołyńską, w której byłem snajperem, dowodził docent uniwersytetu kijowskiego Jewhen Dykyj, zastąpił go później adwokat z Łucka Ihor Łakyn.

Opaski

Na naszą bazę wybraliśmy trzypiętrowy budynek szkoły milicyjnej, na podwórku ustawiliśmy kuchnię polową. Rozkazy dostawaliśmy ze Sztabu Operacji Antyterrorystycznej (ATO). Pełniliśmy funkcję elitarnego oddziału do zadań specjalnych. Rano zbiórka, sprawdzenie, czy telefony są wyłączone, wyjęte baterie. Żeby nas nie namierzyli przez sieć komórkową. W zależności od zadania kolumna składała się z 2-3 BTR-ów albo kilku opancerzonych BWP, reszta musiała się wozić zwykłymi ciężarówkami: GAZ 66 albo URA. Czasami dostawaliśmy eskortę czołgów T-64. Przed akcją otrzymywaliśmy taśmę samoprzylepną, za każdym razem innego koloru, z której robiliśmy opaski, żeby odróżnić wrogów od swoich. Czasami dla zmylenia informatorów wyruszaliśmy w odwrotną stronę, objeżdżaliśmy większe wsie, pozycje separatystów, żeby wykorzystać element zaskoczenia, pojawić się niespodziewanie. Wielu z nas ginęło na podejściach podczas ataku, bo nie wszystkie miny udawało się na czas unieszkodliwić. Na przedzie zwykle szły czołgi albo BTR-y, za nimi my, ubezpieczając się wzajemnie. Podwórko po podwórku, ulica po ulicy. Te wszystkie filmy o wojnie w porównaniu z rzeczywistością są jak bajki dla dzieci. Wyobraź sobie, że przez cały dzień czekasz, czy nie spadnie na ciebie pocisk, a strzelają ze wszystkich stron. Nic nie możesz zrobić, tylko czekać. Schowasz się w piwnicy? Czasami kopali do 2 metrów głębokie doły, a i tak jak trafił pocisk, potrafiło ich żywcem zasypać. A przecież, strzelają czy nie, musisz wyjść, sprawdzić, co się dzieje, żeby nie wzięli cię żywcem. Bo wtedy znęcają się okrutnie. Katują na śmierć. Myślałem, że nie wrócę z ostatniej akcji, pożegnałem się z życiem, tak było ciężko.

Rebelianci odrąbali Wasylowi ramię. Za tatuaż z herbem Ukrainy

SWDZabić. To podstawowe zadanie snajpera. „Wyeliminować żołnierzy wroga stwarzających największe zagrożenie”. Najważniejsze przykazanie: widzieć wszystko, samemu być niewidocznym. W naszej kompanii jest dwóch snajperów, ubezpieczamy się wzajemnie, zajmując stanowiska po obu stronach kontrolowanego obszaru. Porozumiewamy się przez radio, nasze rozmowy słyszy dowódca. Wymianę informacji ograniczamy do minimum, żeby nie zdradzić kryjówki, bo pracujemy na takim samym sprzęcie radiowym jak przeciwnik i możemy podsłuchiwać się nawzajem. Teraz karabin. W skrócie SWD – Snajperska Wintowka Dragunowa. Rok produkcji 1987. Efektywność rażenia 1300 m. Celna, trwała i niezawodna pod jednym warunkiem – że nie przegrzeje się lufy, oddając zbyt często strzały. Ciężar karabinu z magazynkiem 4,5 kg, długość – 1225 mm. Istotny mankament: strzela głośno, huk zdradza stanowisko snajpera, pogłos niesie się na 3 km. Rozwiązaniem byłby tłumik, który jest w standardowym wyposażeniu rosyjskich strzelców wyborowych: będę musiał go zdobyć albo samemu zrobić. Celownik optyczny – luneta przybliża czterokrotnie. Oczywiście słyszałem o celownikach pracujących na podczerwieni, które widzą za murem, drzewem, w nocy, ale to bajka nie na realia ukraińskie. Czasem trudno zlokalizować przeciwnika. Jeśli nie używa tłumika, tylko po odgłosie mogę zorientować się mniej więcej, skąd strzela. Ale żeby mu odpowiedzieć, muszę mieć stuprocentową pewność, że trafię. Inaczej zdradzę swoją pozycję i to on może mnie zabić. Czasami ryzykuję. Zamykaliśmy kocioł wokół Ługańska, został pas ziemi niczyjej, za którym stały bloki. Z drugiego piętra zaczął strzelać snajper. Podniosłem się i zza drzewa wpakowałem dwa magazynki w lewo od miejsca, z którego padły strzały. Dokładnie 20 kul, przestrzeliłem cały sektor. Zamilkł. Na wojnie ważna jest kalkulacja. Założyłem, że uczono go według tego samego podręcznika: po oddaniu strzału odejdź pięć metrów w lewo i zajmij nowe stanowisko. Ryzykowałem, mógł przecież odejść w prawo. I wtedy ja byłbym martwy.

Rusłan

Teraz o partnerze snajpera – jego cieniu, numerze 2. Moim cieniem jest Rusłan. Jego obowiązki? Oprócz swojej broni nosi mój automat i zapasowe magazynki. Według regulaminu powinienem mieć karabin i pistolet do obrony własnej, ale że pistoletów nie ma, wydali nam automaty Kałasznikowa (AKS). Ja noszę karabin snajperski, cztery zapasowe magazynki i granaty do obrony. Na wszelki wypadek w plecaku jeszcze dziesięć magazynków: sto naboi. Numer 2 wyszukuje cele, mierzy odległość przez specjalną lunetę. To moja dodatkowa para oczu. Jego najważniejsze zadanie to dać mi możliwości odejścia ze stanowiska, osłonić mnie ogniem. Bo jeśli nas namierzyli, to mają dwa wyjścia: wziąć żywcem albo zabić. Jesteśmy cenną zwierzyną. Wyrządzamy wrogowi więcej szkody niż 20 zwykłych żołnierzy. Wtedy do obrony służą nam automaty i granaty.

Snajperzy separatystów to strzelcy wyborowi wyszkoleni w Rosji. Używają broni nowszej generacji o większej skuteczności rażenia, nawet do 3 km. Na wyposażeniu mają tłumiki. Każdego snajpera chroni kilku żołnierzy. Nie można go podejść, najwyżej zestrzelić z „muchy” – ręcznego granatnika RPG 26. Co ważne, mają broni i amunicji pod dostatkiem. Nam brakuje wszystkiego. Sprzęt jest stary, z czasów radzieckich. Nie ma szans na stuprocentowe trafienie.

Zasiadają do wigilijnego stołu i liczą ofiary: smutne święta na Ukrainie

Sumienie

Nie wiem, ile moich pocisków było celnych. Nawet nie chcę tego wiedzieć. Sumienie, wątpliwości przeszkadzały mi do momentu, kiedy na Majdanie zastrzelili pierwszych demonstrantów, wśród których byli moi koledzy. W okolicach Ługańska po raz pierwszy użyli przeciw nam gradów. 40 pocisków, każdy o masie ponad 60 kg i długości prawie trzech metrów, jednocześnie w jedno miejsce. W szpitalu polowym zobaczyłem kolegę, pseudonim „Profesor”, bo nosił okulary. Pod wpływem wybuchu pocisku z grada eksplodowała amunicja, którą miał na sobie, stracił pół twarzy, ucho. Co tu mówić o sumieniu? Jeśli nie zabiję, zostanę zabity.

Wyglądam na człowieka spokojnego. Przed laty powiedziano mi w szkole milicyjnej: masz w sobie spokój, nadajesz się na snajpera. Z wykształcenia jestem nauczycielem historii. W normalnym życiu nie skrzywdziłbym nawet muchy. Tego cywilnego osobnika zostawiam w domu. Tam, na wschodzie, staję się kimś innym. Wszystko, co ważne w normalnym życiu, zostaje wyłączone. Tam jestem maszyną do zabijania.

Ale czy maszyna ma sny, czy wojna przychodzi do maszyny we śnie każdej nocy?

Grad

Na początku strzelali do nas z moździerzy. Pocisk moździerzowy, kiedy jest już blisko, dwieście, sto metrów, zaczyna piszczeć jak hamulec samochodu. To nie strach, ale przeczucie czegoś nieuchronnego rzuca człowieka na ziemię. Grady pojawiły się później. 40 pocisków rakietowych, które lecą na odległość do 20 km, zamienia w piekło obszar dziesięciu boisk do piłki nożnej. Pociski odłamkowo-burzące są mniej straszne od kasetowych, które wybuchają w powietrzu, wyrzucając na wszystkie strony miny, granaty, rakiety przeciwpancerne. Zanim pocisk wystrzelony z grada osiągnie cel, mija kilkanaście sekund. Potem uderzenie, próżnia, kolejne wybuchy, piekło, zatrzymuje się czas. W otwartym polu nie ma człowiek szans. Pierwszy raz na własnej skórze doświadczyłem gradów na początku lipca 2014. Od czterech dni bez przerwy padał deszcz. Potop. Szliśmy przez pole pszenicy po kostki w wodzie, żeby przed nocą zająć pozycję. Nagle zauważyłem wzlatujące w niebo gejzery błota, które zaczęły otaczać nas ze wszystkich stron. Nie wiedziałem, co się dzieje. Padnij! – pociągnął mnie na ziemię poprzednik Rusłana (kilka dni później zaginął). Strzelali pociskami odłamkowo-burzącymi, które wybuchają przy zetknięciu z ziemią. Uratował nam życie deszcz: grunt był tak rozmiękły, że rakiety wchodziły w ziemię jak w masło. To tłumiło siłę wybuchu.

Zbieram różne rzeczy do izby pamięci w szkole, w której moja żona uczy prac ręcznych i techniki. Mam rosyjską rakietę przeciwpancerną i naszywkę separatystów odprutą z munduru zabitego czołgisty: „Batalion >>Zaria<<, Ługańska Niepodległa Republika”.

Wojna

Wojna nie może rządzić się emocjami, w wojnie powinna być logika i rozum. A żołnierz musi wiedzieć, dlaczego, przeciw komu walczy. Za co oddaje życie. Rosjanie wierzą, że przyszli ratować Ukrainę od Ukraińców. Tu, na wschodzie, nic nie jest jasne, w tej wojnie jest dużo pytań, nie wiadomo, komu naprawdę zależy na nas, na Ukrainie. Nie poszedłem na wojnę po to, żeby uchronić od niej swoje dzieci. Synowie nie poszli walczyć, chociaż są w wieku poborowym: starszy ma 28 lat, młodszy 25. Gdyby chcieli pójść, nie mógłbym im przeszkodzić. Zresztą czy pytaliby o zgodę? Tak jak ja nie pytałem swojej żony. Chciałem oszczędzić jej stresu. Powiedziałem, że jadę do Kijowa do pracy, a pojechałem na Majdan. Szedłem z demonstrantami Instytucką, kiedy zadzwoniła. Skręciłem za róg domu, ale w trakcie rozmowy spadł pod moje nogi hukowy granat. – To tam cię zaniosło, jak mogłeś, pokazują wszystko w telewizji, wiem, co się tam dzieje – zaczęła krzyczeć i się rozpłakała. – Nie tylko jestem na Majdanie, ale idę w pierwszym szeregu – nie było już sensu ukrywać prawdy. Za drugim razem, kiedy pojechałem na front, też nie miałem szczęścia. Zadzwoniłem, żeby jej wytłumaczyć, że zrobiłem to, co powinienem zrobić, i nic nie może na to poradzić. Kiedy mówiłem, że jest bezpiecznie, zaczęła strzelać artyleria i zerwało się połączenie. Wyobrażam sobie, co przeżyła.

Nie wiem, kiedy się to u mnie obudziło? I co to jest? Czy tak wygląda patriotyzm? Nie mogłem patrzeć na to, co z nami robią, jak nas traktują, kim dla nich jesteśmy. Jak żyjemy…

To jest wojna każdego Ukraińca. Razem ze mną w tym samym czasie w oddziale zaczynało tę wojnę 36 osób. Minęły trzy miesiące, przy życiu zostało siedmiu. 26 sierpnia 2014 zostałem ranny. Zawaliła się na nas ściana. Dziesięć metrów od nas wybuchła rakieta z wyrzutni Smiercz. Osiem metrów długości, osiemset kilo wagi…

Dostałem przepustkę do domu.

Ukraińskie dzieci bawią się w wojnę: Lusia rzuca lalki i idzie na front

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Sklep z surogatką
Wystarczy wysłać swoje zamrożone komórki rozrodcze albo gotowy zarodek i przyjechać po dziecko

Złodziejki spermy
Chana Chaja Chen ma zapłacić Dawidowi Glili 120 tysięcy szekli. Sąd uznał, że doszło do kradzieży nasienia i mężczyzna został zmuszony do zostania ojcem

Andrzej Mularczyk. Pcham taczkę z blondynką
Nie chcę już plakatów o zaplutym karle reakcji, chcę przenieść się w świat, gdzie najważniejsza jest miłość i potajemne schadzki

Kosmonauci
Dom opieki przy Kosmonautów w Lublinie obnaża prawdziwą naturę mężczyzn

Gdzie podziali się nasi Białorusini?
Dziadek opowiadał Oli, jak jego ojciec każdego dnia po zmroku szedł na pole i kładł się w zbożu. Zawsze w białej koszuli. Na wypadek, gdyby przyszli

Portugalia pogrążona w kryzysie ostrzega: Strzeż się, Polsko!
Szpitale nie działają, zawodzą instytucje, ekspremiera aresztowali, bo prał brudne pieniądze i wywoził do Francji. Portugalczycy boją się, że staną się angolską kolonią

Polsko-ruska wojna o mięso
Historia mięsa, w którą zaangażowali się ministrowie, główni lekarze weterynarii obu krajów, służby bezpieczeństwa i media

wyborcza.pl

Janusz Korwin-Mikke zakłada nową partię

Maciej Orłowski, 09.01.2015
Janusz Korwin-Mikke po ogłoszeniu wyników eurowyborów. Warszawa, 25 maja 2014 r.

Janusz Korwin-Mikke po ogłoszeniu wyników eurowyborów. Warszawa, 25 maja 2014 r. (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

To ucieczka nie tylko od konfliktów personalnych w „starej” partii, ale także jej problemów ze sprawozdaniami finansowymi.
Ostatnie miesiące były wyjątkowo pechowe dla Janusza Korwin-Mikkego. W październiku zjazd Kongresu Nowej Prawicy wymienił prawie całe kierownictwo. Prawą ręką Korwin-Mikkego został Przemysław Wipler, były poseł PiS, obecnie jedyny poseł KNP w Sejmie. Nie spodobało się to starej gwardii. Decyzją sądu partyjnego unieważnili wybory, przywracając na stanowiska swoich kolegów.Zamiast przygotowań do wyborów samorządowych następne miesiące upłynęły w KNP na wewnątrzpartyjnych przepychankach. Skutkiem była porażka w wyborach – Nowa Prawica otrzymała 3,89 proc. w wyborach do sejmików, o ponad 3 pkt proc. mniej niż do europarlamentu.

Ale to nie koniec problemów lidera KNP. W poniedziałek konwentykl partii (grono zasłużonych działaczy) odwołał go z funkcji prezesa. Za głosowało aż 16 z 18 członków tego organu. Nowym prezesem został Michał Marusik, europarlamentarzysta KNP, z Korwin-Mikkem związany od 20 lat.

Przed październikowym zjazdem zasiadał we władzach partii, ale na zjeździe nie dostał nawet absolutorium. Do władz przywróciła go starszyzna KNP.

Oficjalnym powodem odwołania Korwin-Mikkego był nadmiar obowiązków uniemożliwiający mu sprawne zarządzanie partią. Wiadomo jednak, że głównie poszło o konflikt ze starą gwardią wokół przyjmowania nowych członków.

Korwin-Mikke i skupieni wokół niego młodzi działacze chcą otwarcia się na napływających po sukcesie w eurowyborach nowych ludzi i współpracy ze środowiskami bliskimi KNP ideowo – jak np. Ruch Narodowy czy Partia Libertariańska. Sprzeciwia się stara gwardia, bo boi się konkurencji wewnątrz partii.

Nowy prezes w niedawnym wystąpieniu w kanale KNP na YouTubie apelował, by chronić KNP „nawet przed jedną kroplą dziegciu, która psuje beczkę miodu”.

W środę media informowały, że do obalenia Korwina doszło również z powodu oburzenia, że ma nieślubne dzieci. Sami członkowie KNP zaprzeczają, ale fakt wycieku takiej wiadomości świadczy o wielkich napięciach w partii.

Jak dowiaduje się „Wyborcza”, przyczyny odwołania prezesa są jeszcze inne. Według byłego rzecznika Nowej Prawicy Tomasza Sommera [podał się do dymisji po odwołaniu Korwin-Mikkego], starą gwardię rozzłościł pomysł założenia nowej partii. Wynikał on przede wszystkim z obawy o zablokowanie subwencji budżetowej w przypadku przekroczenia progu 3 proc. w wyborach parlamentarnych.

– Nie jesteśmy pewni, czy PKW zaakceptuje sprawozdania finansowe za rok 2014. Dotychczas KNP była partią pozaparlamentarną i księgowość nie była prowadzona z taką pedanterią, jak wymaga tego PKW. Nie groziły za to żadne sankcje. Teraz mamy szansę na co najmniej 3 proc., a więc i na subwencję z budżetu. Nie dostaniemy tych pieniędzy, jeśli PKW odrzuci sprawozdanie finansowe za ubiegły rok. Stąd pomysł nowej partii z czystą kartą – mówi.

Według nieoficjalnych źródeł w dniu, w którym odwołano Korwin-Mikkego, PKW odrzuciła sprawozdanie finansowe KNP za 2013 r. – A zawarte tam błędy były popełniane również w 2014 r. – mówi nasz informator.

Jego słowa potwierdza Wipler. – Kilka osób płaciło za paliwo z własnych pieniędzy, a później dokonywało zwrotu za faktury z konta partii. Zakwestionowane przez PKW transakcje były banalne, dotyczyły kilku nierozliczonych faktur rzędu łącznie 3 tys. zł. Ale złożenie sprawozdania kwestionowanego przez PKW oznacza de facto dobrowolną rezygnację z trzyletniej subwencji, czyli utratę od 9 do ponad 20 mln zł – tłumaczy nam. I dodaje: – Partia bardzo szybko urosła, dlatego dostosowanie logistyki i finansów do tego wzrostu było bardzo trudne.

Już przed Bożym Narodzeniem Korwin-Mikke zwołał zebranie liderów KNP z całego kraju, na którym przedstawił pomysł nowej formacji, a na początku stycznia gotowy był już jej statut. 5 stycznia poinformował o tym konwentykl partii, ale ci, zamiast go poprzeć, odwołali ze stanowiska. – Kolegom nie spodobało się, że w nowym statucie nie było żadnych „świętych krów” i że w nowej partii nie będą mieli żadnych przywilejów – komentuje Wipler.

Według Sommera i Wiplera założenie nowej partii jest niemal przesądzone. Na początku lutego zostanie prawdopodobnie zwołany jeszcze jeden zjazd partii, na którym zostanie zmieniona nazwa. Obecnie brzmi ona: Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego. – Nie może być dwóch formacji sygnowanych nazwiskiem prezesa – tłumaczy Wipler.

Tymczasem Korwin-Mikke szykuje się do wyborów prezydenckich. Szefem jego sztabu zostanie właśnie Wipler. Członkowie starej gwardii zapewniają, że zdetronizowany prezes ma ich „pełne poparcie” w walce o fotel prezydenta.

Zobacz także

wyborcza.pl

Prezydent Komorowski proponuje szklane urny. Jak zmieni się kodeks wyborczy?

Paweł Wroński, 09.01.2015
Bronisław Komorowski podpisuje projekt nowelizacji kodeksu wyborczego

Bronisław Komorowski podpisuje projekt nowelizacji kodeksu wyborczego (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Prezydent podpisał wczoraj projekt nowelizacji kodeksu wyborczego. Ma on przywrócić zaufanie do wyborów i zawiera też propozycje zgłaszane przez PiS.
Prezydentowi zależy, by Sejm przyjął nowelizację szybko, żeby zgodnie z nią mogły być przeprowadzone wybory parlamentarne jesienią 2015 roku.Wczoraj na konferencji prasowej prezydent określił swoją inicjatywę jako „jeden z etapów przywracania zaufania Polaków do instytucji demokratycznych wyborów” po wyborach samorządowych. Komorowski przyznał, że zaufanie spadło z powodu załamania się systemu liczenia głosów oraz „daleko idących oskarżeń”, łącznie z tymi o sfałszowanie wyborów zgłaszanych głównie polityków PiS. Zaznaczył, że te oskarżenia nie mają podstaw. Do sądów okręgowych zgłoszono 1300 protestów. Jedynie w 142 stwierdzono „istotne uchybienia”.

„Dosłownie w kilku” przypadkach sąd zarządził powtórzenie wyborów. Podobnie było w poprzednich latach. Prezydent przytoczył wyniki grudniowego sondażu CBOS: jedynie 8 proc. wierzy w sfałszowanie wyborów. – To świadczy o zdrowym rozsądku Polaków – podsumował.

Komorowski podkreślił, że w jego ocenie listopadowy kryzys udało się opanować poprzez doprowadzenie do zakończenia wyborów oraz „odnowienie” składu Państwowej Komisji Wyborczej. Za sukces uznał to, że to sądy, a nie politycy określają prawidłowość wyborów.

Wskazał, że konieczne jest „wyjście z kryzysu” i poprawienie systemu wyborczego. Zaznaczył przy tym, że naprawia to, co zepsuli politycy, zgodnie nowelizując w nieszczęśliwy sposób kodeks wyborczy w 2010 r.

Prezydent zaproponował poprawki, które mają zwiększyć zaufanie do komisji wyborczych i aktu wyborczego oraz usprawnić działanie PKW.

Te pierwsze wykorzystują propozycje, jakie na początku roku zgłaszało PiS w projekcie nowelizacji odrzuconym przez Sejm. Zakładają one: wprowadzenie przezroczystych urn wyborczych oraz rejestrację głosu i dźwięku w lokalu komisji wyborczej w trakcie liczenia głosów.

Prezydent chce ponadto wprowadzenia dodatkowych instrukcji dla wyborców, a także zagwarantowania, że karta do głosowania będzie „jednostronna”. Chodzi o wyeliminowanie tzw. książeczek wyborczych, które zdaniem ekspertów wprowadzały w błąd wielu głosujących w wyborach samorządowych – bo instrukcje dotyczyły głosowania na „kartę wyborczą”.

Prezydent chce przywrócić też zasadę, zgodnie z którą w trakcie liczenia rozdzielano głosy nieważne na „błędnie wypełnione” (z dwoma krzyżykami, z dopiskami) oraz „puste” – czyli oddane czyste karty do głosowania, które często są wyrazem protestu wyborczego. W trakcie ubiegłorocznych wyborów do sejmików województw oddano prawie 18 proc. nieważnych głosów, ale nie wiadomo, ile z nich wynikało z pomyłki, a ile z niechęci do udziału w tym głosowaniu.

Prezydent powtórzył swoje postulaty dotyczące reformy PKW. Do tej pory sędziowie piastowali w niej stanowiska bezterminowo (w praktyce do 70. roku życia). Komorowski proponuje, by kadencja trwała dziewięć lat. Dzięki temu członkowie PKW będą mogli korzystać z doświadczenia wyborczego, a rotacja wewnątrz komisji będzie służyła „większemu otwarciu na wyzwania współczesności”. Zgodnie z projektem przewodniczący PKW będzie mógł wydawać polecenia szefowi Państwowego Biura Wyborczego, które faktycznie organizuje wybory od strony technicznej.

Przed podpisaniem nowelizacji prezydent zaprezentował projekt przedstawicielom wszystkich klubów parlamentarnych. Stwierdził, że z „satysfakcją” dostrzegał, że nie było sprzeciwu wobec tych propozycji, a niektórzy „przyznają się do autorstwa niektórych rozwiązań”. – I bardzo dobrze – dodał.

Zobacz także

wyborcza.pl

Słynny pisarz wieszczy zwycięstwo islamu we Francji. Dostał ochronę

2015-01-08
Michel Houellebecq

Michel Houellebecq (Fot. HUGO ORTUNO / Polska Agencja Prasowa)

Znany francuski pisarz i poeta Michel Houellebecq odżegnuje się od związków z fanatycznym islamem a także skrajną prawicą we Francji. Zbiegiem okoliczności, wczoraj, w dniu ataku na paryską redakcję magazynu „Charlie Hebdo” we Francji ukazała się najnowsza książka Houellebecq’a „Posłuszeństwo”. Policja podjęła decyzją o objęciu domu pisarza ścisłą ochroną .

Książka przedstawia fikcyjną wizję opanowanej przez islam Francji. W 2022 roku skrajnie prawicowa Marie LePen przegrywa wybory prezydenckie na rzecz muzułmańskiego kandydata. Uniwersytety wprowadzają obowiązkowe nauczanie Koranu, a nowe władze nakazują wszystkim Francuzkom noszenie chust. Pracować mogą tylko mężczyźni, dozwolona jest poligamia.

Po zamachu na redakcję „Charlie Hebdo”, w którym zginęło 12 osób, w tym ośmiu dziennikarzy magazynu, policja podjęła decyzją o objęciu domu pisarza ścisłą ochroną.

CZYTAJ TAKŻE: Atak na meczet w Le Mans. Do środka wrzucono granaty>>>

CZYTAJ WIĘCEJ: Wybuch koło meczetu we francuskim mieście. Ktoś podłożył bombę>>>

W 2001 roku Huellebecq udzielił miesięcznikowi „Lire” wywiadu, w którym nazwał islam„najgłupszą religią świata”. Pisarzowi wytoczono proces, w którym został oskarżony o nawoływanie do nienawiści rasowej i o islamofobię.

Huellebecq bronił się twierdząc m.in., że jego postawa nie wyraża poglądów rasistowskich, jako że islam nie jest rasą lub cechą wrodzoną, ale religią, i można przestać być muzułmaninem. Sąd przychylił się do jego zdania i pisarzwygrął proce. Trybunał paryski orzekł, że wypowiedź była dozwoloną krytyką religii i nie zawierała obrazy muzułmanów.

Po ataku na Charlie Hebdo krytycy zarzucili pisarzowi dolanie oliwy do ognia. We Francji rosną bowiem antymuzułmańskie nastroje, a Marie Le Pen jest jedną z faworytek prezydenckiego wyścigu w 2017 roku. To właśnie książka Houellebecq’a była inspiracją dla okładki najnowszego numeru „Charlie Hebdo”, który ukazał się wczoraj, tuż przed zamachem na siedzibę redakcji.

Sam Michel Houellebecq twierdzi jednak, że książka wcale nie jest prezentem dla Marie Len Pen oraz skrajnej, antyislamskiej prawicy. – Ona tego nie potrzebuje, bo sprawy i tak idą dla niej w dobrym kierunku. Nie sądzę, żeby ta książka cokolwiek zmieniła. Nie znam przykładów, gdy powieść zmienia bieg historii. Eseje, manifesty partii komunistycznych zmieniały świat, ale nie powieści – powiedział Houellebecq.

Specjaliści obawiają się, że po ataku na Charlie Hebdo może dojść do odwetu na mieszkających we Francji muzułmanach. Szacuje się, że od 5 do 10 procent francuskiej populacji to właśnie wyznawcy islamu. Francja ma najwyższy odsetek muzułmanów wśród wszystkich krajów Europy Zachodniej.

Dzisiaj rano do meczetu w Le Mans został wrzucony granat, a w świątyni wypadły szyby. Znaleziono także trzy granaty, które nie eksplodowały. Do eksplozji doszło także koło meczetu w mieście Villefranche-sur-Saone na południu Francji. Nikt nie został ranny, a policja twierdzi, że incydent nie miał związku z atakiem na redakcję „Charlie Hebdo”.

Wczoraj przed południem trzech zamaskowanych mężczyzn weszło do redakcji Charlie Hebdo w Paryżu i zabiło 12 osób. Wśród ofiar jest czterech najbardziej znanych rysowników satyrycznego pisma oraz dwóch policjantów. Jeden z zabójców oddał się już w ręce policji. Trwa obława na dwóch pozostałych sprawców. Rano w tej sprawie francuska policja zatrzymała kilkanaście osób, a na przedmieściach Paryża doszło do strzelaniny. Zginęła w niej jedna policjantka.

Dziennik.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s