Dinozaury (22.01.15)

 

Czy dinozaury zginęły inaczej, niż przypuszczano?

Michał Rolecki, 22.01.2015
 Część teorii zakłada, że dinozaury wyginęły w wyniku uderzenia asteroidy i wywołanych przez to gigantycznych pożarów.

Część teorii zakłada, że dinozaury wyginęły w wyniku uderzenia asteroidy i wywołanych przez to gigantycznych pożarów. (123RF)

Część dotychczas przyjmowanych teorii zakłada, że dinozaury wyginęły w wyniku uderzenia asteroidy i wywołanych przez to zderzenie gigantycznych pożarów. Naukowcy dowodzą, że było nieco inaczej.
66 mln lat temu w Ziemię uderzyła kometa lub planetoida o średnicy około 10 km. Ślady po tym gigantycznym zderzeniu znaleziono na półwyspie Jukatan w Meksyku. To krater Chicxulub. Tak ogromne uderzenie musiało wywołać dramatyczne skutki. Istotnie, powstanie krateru zbiega się w czasie z wielkim wymieraniem kończącym okres kredowy – okresem, gdy wyginęło około 80 proc. gatunków zwierząt, w tym dinozaury.

Jedną z przyjmowanych dotychczas hipotez było, że energia uwolniona w wyniku uderzenia była tak wielka, że (oprócz stworzenia gigantycznego krateru) rozgrzała powietrze na całej Ziemi do niezwykle wysokich temperatur. Tak wysokich, że zapłonęły rośliny, a całą planetę ogarnęła burza ogniowa. A gdy już rośliny spłonęły, zabrakło pożywienia, przez co wymarło wiele gatunków zwierząt.

Gwoli ścisłości, bez wysokich temperatur rośliny także by zginęły, tyle że później. Uderzenie tak wielkiego ciała wyrzuciło bowiem w powietrze gigantyczne ilości pyłów, które zasłoniły na co najmniej kilka lat słońce, przez co nastała zima. Podobny efekt miały też, jak się przypuszcza, erupcje superwulkanów (tzw. zima wulkaniczna) i stałoby się tak również w wyniku wojny jądrowej (zima nuklearna).

Ale najnowsze badania naukowców wskazują, że było jednak inaczej. Na pewno nie stanęła w ogniu cała planeta. Grupa badaczy z Uniwersytetów w Exeter, w Edynburgu i z Imperial College London odtworzyła w laboratorium olbrzymie energie, które musiało wywołać uderzenie ciała tej wielkości i z pomocą komputerowych symulacji doszła do ciekawych wniosków.

W pobliżu miejsca uderzenia temperatury byłyby co prawda bardzo wysokie, ale trwałyby zbyt krótko (prawdopodobnie mniej niż minutę), aby móc doprowadzić rośliny do zapłonu, choć suche resztki roślin mogłyby zapłonąć. Za to w miejscach bardziej odległych – fala uderzeniowa obiegłaby cały glob – wysokie temperatury utrzymywałyby się dłużej, około siedmiu minut i prawdopodobnie mogłoby to wywołać tam pożary.

– To stawia trochę na głowie nasze dotychczasowe myślenie o takiego typu katastrofie – twierdzą naukowcy. Oznacza bowiem, ze śladów pożarów spowodowanych przez uderzenia wielkich ciał kosmicznych trzeba poszukiwać nie w miejscu uderzenia, ale bardzo od nich odległych, nawet na antypodach.

Teoria, według której wymieranie kredowe spowodowane było uderzeniem komety lub planetoidy, została po raz pierwszy przedstawiona w 1980 roku. Wielu paleontologów i geologów uważa, że katastrofa przyczyniła się do wymierania gatunków pod koniec okresu kredowego, ale nie była jej bezpośrednią przyczyną.

Dr Rory Hadden z Uniwersytetu w Edynburgu mówi: – To naprawdę ekscytujące badanie, łączące różne dziedziny nauki. Inżynierowie i geolodzy zbadali złożony problem w nowatorski sposób. To pozwoli na dokonanie kolejnego kroku w debacie o wielkim wymieraniu pod koniec okresu kredowego, pomoże geologom w interpretacji zapisów kopalnych i pozwoli na ocenę ewentualnych przyszłych zagrożeń takim uderzeniem.

– Oprócz tego metody, które opracowaliśmy w laboratorium na potrzeby tego badania, doprowadziły do nowych odkryć w kwestii tego, jak zachowują się materiały podczas pożarów, zwłaszcza na styku środowiska naturalnego i miasta. Oznacza to, że udało nam się znaleźć odpowiedź na pytanie dotyczące wielkiego wymierania, ale jednocześnie uda nam się lepiej zrozumieć, jak rozprzestrzeniają się pożary w środowisku naturalnym – dodaje.

Badanie opublikowano w „Journal of the Geological Society”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Dzieci z sieci. Adopcja na skróty

Wojciech Tymiński, 22.01.2015
 Matkę mojej córki sama znalazłam na forum. Nie wysłałam, jak inni, reklamującego postu. Nie wchodziłam w ordynarną reklamę

Matkę mojej córki sama znalazłam na forum. Nie wysłałam, jak inni, reklamującego postu. Nie wchodziłam w ordynarną reklamę (123RF)

Witam, jestem w 5. miesiącu ciąży. Zostałam sama. Chętnie oddam dziecko w dobre ręce. Proszę o kontakt
Paulina: Chcę być z tobą podczas porodu24 kwietnia, 21:18

Paulina: Wiesz, dla mnie najważniejsze, że jesteś zdecydowana, bo boję się, że się rozmyślisz.

Beata: Rozmyślić się na 99 procent nie powinnam. Bo wiem, że u was będzie mu dużo, dużo lepiej. Chciałabym go tylko czasem zobaczyć i wiedzieć, co u niego.

Paulina: Myślę, że zawsze możesz wiedzieć, co u niego, i zobaczyć go też. My i tak mu powiemy, że nie daliśmy mu życia, ale za to życie nam go dało. Ale to pewnie jak podrośnie trochę.

Beata: Tylko żeby nie miało do mnie żalu, bo często tak jest.

Paulina: Moja w tym głowa, aby nie miał.

Beata: Wyrośnie na mądrego chłopaczka. Cieszę się, że się znaleźliśmy.

Paulina: Ja też.

Beata: Będzie wszystko dobrze. Do czerwca już niedaleko.

Paulina: Muszę w pracy pogadać, bo chcę w ten dzień, co dostaniesz bóle porodowe, już nie iść i być z Tobą podczas porodu (jeśli pozwolisz).

Beata: Jeśli chcesz, to myślę, że nie ma problemu.

Miałabym pytanie jeszcze. Jak już zaszłam w ciążę i na początku miało być inaczej, że będę wychowywać, bo muszę itd., to wybrałam imię. Nie wiem, czy wam się spodoba, czy wybierzecie inne. Ja wybrałam BŁAŻEJ.

Paulina: Ładnie. My o tym nie myśleliśmy. Myślałam, że dopiero potem o tym porozmawiamy. Jak już się urodzi i gdy będzie już nasze, bo nie chcę zapeszać.

Mnie zawsze podobało się Aleksander, ale nie wiem, bo nie myślałam o tym. Może będzie i Błażej. Zobaczymy.

Ola: Brakuje nam tylko tupotu małych stóp

Wieczór. Malutka miejscowość pod Krakowem. Ola siada przed laptopem. Co napisać? – zastanawia się. O domu na wsi wśród łąk i lasów z pięknym widokiem na góry? O Piotrze – swoim mężu? Czy trzech psach i kocie? A może o czteroletnich staraniach, wpatrywaniu się w pierwszy, drugi, dziesiąty test ciążowy? O tym, gdy usłyszała pierwszy wyrok – „pani jajowody są niedrożne”, czy drugi – „próba in vitro nie powiodła się”.

Bo o faszerowaniu hormonami, kiedy spuchła jak balon, zgubionych przez klinikę zarodkach i straconych 15 tys. zł woli nie pamiętać. Tak jak o wizycie w ośrodku, gdy po długich dyskusjach i przemyśleniach z Piotrkiem postanowili: „Wyciągniemy jakiegoś malucha i nie będzie musiał być sam”. A potem usłyszeli, że on w wieku 42 lat i ona 30-latka – razem ponad 12 lat, w związku małżeńskim ponad sześć – nie mogą być rodzicami dla małego dziecka.

– Niestety, takie są wytyczne, proszę państwa, i musimy się do nich stosować.

– To na dziecko w jakim wieku mamy szansę?

– Cztery, może pięć lat.Później dowiedzieli się, że muszą czekać w kolejce na kurs przygotowujący do adopcji. Około roku. Potem szkolenie. Trwa też z rok.

– Czyli wszystko skończy się najwcześniej za dwa lata, a wtedy niestety – ze względu na zaawansowany wiek męża – będą mogli państwo zaadoptować sześcio-, ośmiolatka – słyszą od pracownika krakowskiego ośrodka.

Na to – „kolejne schody”, „kolejnego kopa” – jak usłyszę później, Ola nie była przygotowana. – Ale ile można ich dostać od życia? – pyta, tak jak wielokrotnie pytała psychologa, który pomagał jej wszystko poukładać sobie w głowie od nowa.

Kiedy ona zaczęła chodzić po lekarzach, Piotr zaczął chodzić po internecie. I znalazł to, wydawało się, idealne rozwiązanie. Wystarczyło odpisać na ogłoszenie albo zamieścić swoje i chwilę poczekać.

„Tym razem się uda” – myśli Ola, przeglądając po raz kolejny wpisy na forum.

„Witam, jestem w 5. miesiącu ciąży. Zostałam sama. Chętnie oddam dziecko w dobre ręce. Proszę o kontakt”.

„Mam 34 lata. Jestem w 14 tyg. ciąży. Ciąża pod kontrolą lekarza. Płód rozwija się prawidłowo. Oddam rodzinie o ustabilizowanej sytuacji materialnej. W korespondencji proszę podać maila. Skontaktuję się tylko z wybranymi osobami”.

„Oddam Kochającej rodzinie córkę – obecnie nieco ponad 2,5 roku – zdrowa, wyjątkowo mądra i śliczna. Zależy mi na tym, żeby dał jej ktoś mnóstwo miłości”.

„W październiku ma przyjść na świat moje dziecko. Szukam dla niego wspaniałego, ciepłego domu. Jeśli jesteś w stanie pokochać to dziecko i wychować je w miłości, to proszę o kontakt na maila”.

Trafia też na takie:

„Wraz z mężem zaadoptujemy dziewczynkę, najchętniej od noworodka (możemy przeczekać ciążę) do 2,5 roku. Cała Polska! Maleństwo będzie miało zagwarantowane wszystko, co najlepsze (dom z ogrodem, prywatną edukacje, zapewnienie rozwoju zainteresowań oraz umiejętności – np. kluby sportowe, szkoły tańca itp.; zapewnienie przyszłości na odpowiednim poziomie), a co najważniejsze… pełną rodzinę wraz z kochającymi dziadkami oraz ogrooooooomną miłość ze strony rodziców!”.

„Koniecznie noworodek, niemowlę, byśmy mogli pokochać jak swoje własne i być przy nim od pierwszych dni Życia:)”.

Ola napisze tak: „Jesteśmy dwojgiem kochających się ludzi. Zawiedliśmy się na lekarzach i całej medycynie. Niestety mimo wielu prób nic nie wyszło z naturalnej ciąży. Mieszkamy na wsi w cudownej okolicy. Do pełni szczęścia brakuje nam tylko tupotu małych stópek. Jeżeli możesz pomóc, napisz…”.

Zabić dziecko można, ale oddać komuś to grzech? Oddam dziecko

Paulina: Szanuję takich ludzi, a nie te laski, co sprzedają dzieci

28 kwietnia, 16:05

Paulina: Już się nie mogę doczekać spotkania, no i z drugiej strony boję się.

Beata: Czego się boisz?

Paulina: Tak ogólnie się boję, bo to szczęście, że cię poznaliśmy. A mnie szczęście jakoś w życiu omija. A teraz zaczynam czuć się szczęśliwa.

Beata: Mnie też omija szczęście… nawet nie wiesz, co teraz przeżywam. Całe życie pod górkę.28 kwietnia, 19:06

Paulina: Ja mam wielki szacunek do ciebie – bo po pierwsze, chcesz małemu dać dom. Chcesz, aby był szczęśliwy. A po drugie, nie prosisz o nic i dla mnie ma to duże znaczenie. Naprawdę podziwiam i szanuję takich ludzi, a nie te laski, co sprzedają dzieci.

30 kwietnia, 08:47

Paulina: kupiłam 2 body, 2 kaftaniki, 2 pół-śpioszki, jedną czapeczkę i pieluszki tetrowe 5 szt. Dokupię czapeczkę i pampersy. A kocyk później, bo chciałam ładny, a nic nie było.

30 kwietnia, 10:08

Paulina: Tomek mówi, że jutro przyjedziemy. Wyjedziemy sobie rano po 8 i tak 12 byśmy byli. Pasuje ci?

2 maja, 14:34

Beata: Bardzo się cieszę, że twój mąż tak o mnie myśli. Trochę się bałam właśnie, że może będzie inaczej. Bardzo mi te nogi puchną, kurczę.

Paulina: On po tym spotkaniu oszalał z radości. Mówię ci, on już wszystkim mówi, cieszy się i już szafkę kupił, co się nie mogłam prędzej doprosić – na ciuchy. Łóżeczko chce potem poszukać na Allegro.

Beata: No bo w sumie przecież pokoik możecie już szykować:)

Paulina: Pokoik to myślę, że na razie łóżeczko wstawimy i tyle, bo maluch musi być blisko.

Ola: Coś mi znowu w głowie siadło

Miała na imię Iwona – po trzydziestce, psycholog, w siódmym miesiącu ciąży. Jako jedna z pierwszych odpisała na wiadomość Oli.

„Ciąża przebiega bardzo dobrze. Mam aktualne badania. Zdrowo się odżywiam. Przyjmuję witaminy. No i nie palę. Szukam kochających się ludzi, którym do pełnego szczęścia potrzebne jest dzieciątko. Mam trójkę cudownych urwisów, których kocham ponad życie, lecz nie mogę pozwolić sobie na kolejne dziecko, a aborcji nie uznaję…”.

Spotkali się. Oni przywieźli kilka swoich zdjęć, ona jedno – USG. Ola płakała jak bóbr, widząc bobasa, który ssie swój kciuk. Od razu spodobali się sobie. „Strzał w dziesiątkę” – pomyśleli.

„Chcemy, byś nas bliżej poznała”, „Przyjedź do nas” – zachęcali. Nie przyjechała. Wymienili kilka SMS-ów, parę maili. W ostatnim przeczytali: „Spadłam ze schodów, nastąpił przedwczesny poród… Ja właśnie wróciłam do domu, ale dziecku niestety się nie udało… przykro mi…”.

Cierpieli, jakby ze schodów spadli razem z nią.

Dwa tygodnie później o szóstej rano obudził ich telefon. Dzwoniła ona. Odebrał Piotrek, bo Ola nie chciała. – Coś mi wtedy znowu w głowie siadło – tłumaczy.

– Będę rodzić!

– Ale jak to? Przecież pani poroniła?- Przepraszam… To było nieporozumienie… To nie ja napisałam… Musimy się spotkać!

Długo myśleli. W końcu zdecydowali: pokręcona historia. Rezygnujemy. Lepiej szukać dalej.

– Chcieliśmy mieć dziecko. Ale nie za wszelką cenę – mówi Ola. Tłumi łzy. Pokazuje mi jednego z kilkunastu maili, które otrzymała. Ten od 24-letniej dziewczyny.

„(…) Rodzina z Wrocławia od 2. miesiąca ciąży do miesiąca po porodzie przelewała mi na konto 2 tys. zł, opłacając przy tym lekarzy, leki, mieszkanie i utrzymując mnie i moją córkę. (…) Mam kilka chętnych par, lecz chcę zostawić sobie wybór, która mi się najbardziej spodoba:) i kto wg mnie będzie w sam raz dla mojego synka”.

– Jak można coś takiego robić? – pyta. – Jak można?

Para „kupiła” od obywateli Rumunii dziecko, które rodzice chcieli porzucić.Precedensowy proces o handel ludźmi.

Beata: Chcę urodzić i mieć spokój

7 maja, 10:41

Beata: Czekam na USG. Zaraz wchodzę.

Paulina: No super, że wreszcie robią. Może coś ci powie.

Beata: Wszystko OK.

Paulina: To super, cieszę się. A mówili ci o wyjściu do domu coś?

Beata: Pytałam, to powiedział, że posprawdza jeszcze wyniki, ale myśli, że do piątku poleżę. Mały waży 2222 kg. Na pewno facet:)

15 maja

Beata: Muszę dzisiaj zrobić pranie i się spakować powoli.

Paulina: N o, spakuj, spakuj. Tomek mówi, że my sobie pojedziemy po drodze do Ciechocinka, a potem do ciebie, jak już będzie wiadomo, na którą.

A my dziś chcemy łóżeczka poszukać i kupić. A wózek to dopiero potem.

Beata: Nosidełko może lepiej, co, takie do samochodu, żeby jakoś małego ze szpitala zabrać.

Paulina: Kupiliśmy w niedzielę.

Ola: Po cichu mówiłam: KrzyśTo była trzecia dziewczyna, z którą się spotkali. Miała na imię Żaneta. Pochodziła ze Śląska. O sobie powiedziała tyle: 25 lat, z ubogiej rodziny, sama z dwójką dzieci. Po rozwodzie. Typowa wpadka – ojciec nieznany. Nie da sobie rady, jak urodzi trzecie.

Od Oli i Piotra usłyszała to, co dwie pozostałe: „Nie chcemy kupić dziecka. Ale możemy ci jakoś pomóc”. Kiwała głową. Chciała tylko jednego: „Jak najwięcej miłości dla tej małej istotki”.

Tak w szóstym miesiącu jej ciąży zaczęli wspólne życie – Ola, Piotrek, Żaneta i… on. Bo to miał być chłopak.

– Chciałam tę ciążę przeżyć razem z nią. Chciałam chodzić na badania, podglądać maleństwo na USG, być przy narodzinach dzieciątka. Być możliwe blisko tego, czego sama nie mogę doznać – tłumaczy Ola.

I była. Przy telefonie, przy komputerze, blisko niej, gdy była taka potrzeba. Razem obserwowały na ekranie, jak rusza się w brzuchu. Słyszały równomierne bicie serca. Potem razem z Piotrkiem oglądali w domu nagranie z USG „młodego”. Ola po cichu mówiła: Krzyś. To wtedy Piotrek nagle dostał skrzydeł.

„Pomalujemy ściany. Wyrzucimy biurko. Tu postawimy łóżeczko dla młodego… Ty nie śpisz po nocach, to może będziesz przy młodym czuwać. A ja rano lubię wstawać, to go wtedy będę karmił” – mówił.

Wtedy padła pierwsza drobna prośba: „Pożyczcie, bo chciałabym córce prezent kupić”. Zaczął się serial, ale jakby z zaciętą na tej samej scenie taśmą. Lekarz. Przelew. Witaminy. Przelew. Badanie. Przelew. Czasami 50 zł, niekiedy 500 zł. Z czasem zaczęły przychodzić SMS-y. „Pomóżcie, bo wyłączą mi prąd”, „Pomóżcie, bo wyłączą mi wodę”.

– Wszystko było na już, na godzinę, koniecznie ze stwierdzeniem, „że może na nas liczyć” – opowiada Ola. Gdy nie odpowiadali, straszyła. „Wasz wybór. Ja też o coś proszę. Jeżeli mi nie pomożecie dzisiaj do 15, nie będziemy się widzieć. Sami wybraliście”.

„Piotrek mnie zawiódł strasznie. Nie macie podstaw, żeby mi nie wierzyć. Nie będę już prosiła o nic. Przykro mi, ale nie wiem, jak to będzie dalej wyglądało, bo myślałam, że możemy na siebie liczyć”.

W końcu, gdy termin rozwiązania był blisko, telefon Oli zamilkł – Żaneta nie pisała, nie dzwoniła, nie odbierała.

– Chcieliśmy się poczuć jak tacy rodzice, jakimi ona chciałaby być, gdyby mogła przy sobie zostawić to dziecko – tłumaczy Ola. – A zaczęliśmy czuć się jak skarbonka.

Do tej pory w szufladzie ma przekazy, które wysyłała Żanecie z odległej o kilka kilometrów od domu poczty. Na 3000 zł.

– Wie pan, to jest ciężkie umawiać się z ciężarnymi kobietami – jedną, drugą, trzecią. Patrzeć na ich okrągłe brzuchy. Słuchać o ich pierwszym, drugim, kolejnym dziecku. A ty próbujesz zajść w ciążę i cały czas nic… I jeszcze robią cię cały czas w balona… W pewnym momencie stawia pan ścianę. I ja ją postawiłam. Powiedziałam do męża: „Jak to ma tak wyglądać i ja mam wypłakać to dziecko, to ja tego nie chcę”.

Monika: Tych porodów miałam cztery czy pięć

– Dobrze pamiętam ten dzień. Tę chwilę. Weszłam do ich domu. Dałam dziecku jeść, przebrałam. Przed sobą miałam dojrzałą kobietę, która chciała wziąć już to dziecko na ręce, chciała je mieć przy sobie. A ja czułam wewnętrzny opór, by to zrobić… To jeszcze synka przytulę… To jeszcze go przewinę… To go jeszcze chwilę potrzymam…

Ważył po urodzeniu 3300 gramów – największe z moich dzieci. Najbardziej do mnie podobny, jakby ktoś skórę z twarzy ściągnął. Ciemne włoski, niebieskie oczy i ten malutki nosek. Tylko w szpitalu marudził jak żadne.

W pewnym momencie zobaczyłam strach w oczach matki adopcyjnej, czy aby na pewno zostawię dziecko. Ale kiedyś trzeba wyjść. „Bardzo cię kocham. Zawsze pamiętaj, że bardzo cię kocham” – to były moje ostatnie słowa.

– Dlaczego pani podjęła tę decyzję? – pytam Monikę, gdy znajduje czas na rozmowę w sobotni wieczór. W domu nie ma jej dzieci.

– Na głowie komornik, mąż hazardzista, czwórka dzieci na utrzymaniu i znikąd pomocy… Nie umiałam sobie w żaden inny sposób pomóc…

– Minęło pięć lat. Nie chciałaby pani cofnąć czasu, zatrzymać dziecko przy sobie?- Miałam dziewięć miesięcy, żeby z całą sytuacją pogodzić się w jakiś sposób. Na tamten moment była to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. I tego się trzymam.

Powiem panu szczerze, że były takie chwile, kiedy zastanawiałam się, czy tych porodów miałam cztery, czy rzeczywiście pięć. Uznać, że miałam cztery porody i mam czwórkę dzieci. Natomiast to piąte jakby nie jest moje.

Najgorzej było po porodzie, szczególnie w szpitalu. Dużo się wtedy o tym myśli, płacze, wpada w bardzo intensywne stany smutku. Do tego dochodzi jeszcze ból piersi.

A potem powrót do domu – i jest trochę łatwiej. Wchodzę do środka i nie kojarzę tego miejsca z tym dzieckiem. Nic mi go nie przypomina – żadne łóżeczko, żaden ciuszek, żadna pieluszka. W takiej przestrzeni można to jakoś, powoli, po kawałku, poukładać sobie w głowie.

– Poznała pani na forum poświęconym adopcji ze wskazaniem matkę, która przeszła już przez ten proces.

– Tak. I to ona wspomagała mnie w decyzji, żeby jednak dziecko zostawić przy sobie. Żebym nie robiła nic pochopnie. Po porodzie rozmowa z nią doprowadzała mnie do równowagi. Mówiła, co po kolei będzie się działo, jak będą wyglądały kolejne etapy odcinania się od dziecka. Wiedziałam, że po trzech tygodniach ten okres płaczu, smutku, tęsknoty przejdzie, a potem będzie coraz lepiej. To ona pomogła mi przez to wszystko przejść.

– A rodzice adopcyjni?

– Byli bardzo zaangażowani emocjonalnie. Wielokrotnie pytali, czy nie zmieniłam zdania, a ja wielokrotnie musiałam ich zapewniać, że nie.

– Jak się znajduje rodziców dla swojego dziecka?

– Wyczuwa się taki fajny kontakt. Mnie dopiero z trzecią rodziną udało się takie relacje nawiązać – bliskie, niemal przyjacielskie. Dużo ze sobą rozmawialiśmy najpierw mailowo, potem telefonicznie, w końcu spotkaliśmy się. Miałam szansę ich dobrze poznać, zobaczyć, jaką są rodziną. Wiem, że mojemu dziecku dałam najlepszych rodziców – matkę, a przede wszystkim ojca takiego, którego moje dzieci nigdy nie miały.

– Nie łatwej byłoby przejść przez to wszystko, korzystając z pomocy ośrodka?

– Nie. Tam zrobiliby w moim życiu nagłe cięcie. Urodziłam, zabrali i koniec. Nie widziałabym go więcej. A ja teraz nie zastanawiam się, co może się z moim dzieckiem dziać, czy nic złego mu się nie dzieje. Wiem, że jest bezpieczne. Ten spokój pozwala mi normalnie żyć.

Mąż z internetu? Do tego już przywykliśmy. Ale dziecko? Dzieci z sieci

Paulina: Jak one cię tak zwyzywają, to się boję

18 maja

Beata: Bolek był u mnie.

Paulina: Ooo. I co? Może mam zadzwonić?

Beata: Prawdę mówiąc, popłakaliśmy się razem. Ale nic nie zrobimy. Jego siostry mnie zwyzywały. W Kraśniku to już nie mam się co pokazywać.

Paulina: Głupie i nienormalne. Inni przecież nie mogą nam nic narzucać. Oni za nas nie będą żyć.

 

Beata: No tak, tak.Paulina: Wiesz, że my nie chcemy, abyś zmieniła decyzję, ale nic nie zrobimy. Ta niepewność mnie załamuje. Cieszę się na małego, że będziemy jego rodzicami. I jak one cię tak zwyzywają, to się boję…

26 maja

Beata: wczoraj miałam nalot rodzinny… NIE POZWALAJĄ MI ODDAĆ MAŁEGO. Babcia, brat i nawet ojciec. Powiedzieli, że nie dociera do mnie, co chcę zrobić. Żebym zobaczyła, co przechodzę po ciąży, że Bozia mnie kara w ten sposób i że może mnie gorzej pokarać, jak będę chciała mieć dziecko, to mogę już nie mieć. Ja mówiłam, że nie chcę się nim zajmować, boję się go. Jest taki malutki. To, że oni się nim zajmą. Bratowa odchowa mi go, a ja zmienię zdanie przez ten czas. PRZEPRASZAM.

Paulina: OK, no rozumiem. To dla nas bardzo ciężkie i teraz wolałabym o tym zapomnieć, skoro mały nie będzie z nami, bo jest ciężko. Tym bardziej że kupiliśmy już dla niego dużo – łóżeczko itd.

Beata: Rozumiem bardzo dobrze, ale pisałaś, że jesteście świadomi tego, że mogę się rozmyślić. Wam jest ciężko i mnie też.

Paulina: Tak, jesteśmy świadomi, więc dobrze, że napisałaś już teraz. Jestem zawiedziona i Tomek też.

Beata: Wiem i jest mi strasznie szkoda i przykro… Chcą mi pomóc. Chcą wychować mi go.

Paulina: OK.

Beata: Ja się boję go nawet dotknąć.

Paulina: OK. Rozumiem. My też chcieliśmy wychować go, ale to twoja rodzina. Rozumiem.

Edyta: Matkę mojej córki sama znalazłam

” Biegniecie po dziecko, super… ja nie biegłam. Nie czekałam na telefon z ośrodka adopcyjnego, że jest… dziecko jak towar, z czym zadzwonią, to biorę. Nie myślałam w kategoriach >>tylko dziecka brakuje mi do szczęścia<<… Dziecko jako etap ku naszemu szczęściu wydaje mi się obrzydliwym egoizmem”.

„Gdybym miała adoptować dziecko zaćpanej, wyciągniętej z rynsztoka kobiety, to tym bardziej uważam, że wręcz powinnam dla dziecka to zrobić, spotkać się, zobaczyć i znaleźć tę akceptację w sobie. Matka biologiczna to pierwszy kawałek mojego dziecka. Akceptuję ją i moje dziecko to czuje, że nie przekreśliłam, nie zamknęłam oczu na żaden jej kawałek”.

„Zawsze będę twierdzić, że ośrodek adopcyjny odbiera matkom biologicznym człowieczeństwo, skazuje je na porzucenie własnego dziecka, a nie na humanitarne oddanie z uszanowaniem jej potrzeby >>moje szczenię jest bezpieczne<<„.

Edyta – ma 38 lat, pochodzi z Trójmiasta – przesyła mi fragmenty swoich wpisów z adopcyjnego forum. Kilka tygodni później rozmawiamy w kawiarni.

– Macierzyństwo dla mnie zawsze było w głowie, a nie w pochwie czy brzuchu. Po prostu chciałam być matką i matką jestem. Zanim zdecydowałam się na adopcję, drążyłam w sobie. Zadawałam setki pytań i szukałam odpowiedzi. „Czy zaakceptuje dziecko chore?”. „Takie, które skończy tylko szkołę średnią, albo to, które nawet tam nie będzie w stanie dojść?”. Analizowałam wszystko, bo chciałam być stuprocentowo pewna, że nic nie zmieni mojej decyzji.

Matkę mojej córki sama znalazłam na forum. Nie wysłałam, jak inni, reklamującego postu. Nie wchodziłam w ordynarną reklamę. Nie osaczałam. Pewnego dnia po prostu zaczęłam z nią pisać. Badałyśmy się powoli, delikatnie. W pewnym momencie poczułam między nami specyficzną wieź. To miało trochę taki walor zakochania się w sobie. Wiedziałam, że to jest ta osoba i żadna inna. Matka biologiczna, z którą mam dziecko…

Dwa tygodnie później byłam z mężem na drugim krańcu Polski. W jej malutkim świecie, który mieścił się w jeszcze mniejszym mieszkanku wynajętym w wielkiej płycie, i ulicy widzianej z okna, prowadzącej prosto do zakładu, gdzie pracowała. Przywitał nas trzyletni smyk w porozciąganych rajstopkach, meble i przedmioty niepasujące do siebie w żaden sposób, i ona – w szóstym miesiącu ciąży.

Wszyscy mówią, że zawsze jest miejsce na jeszcze jeden talerz. Ale ja tam po raz pierwszy w życiu doświadczyłam tak realnego uczucia klaustrofobii i jej osobistego zapętlenia, zazębienia masy różnych problemów i powodów. To nie był taki stan, kiedy można powiedzieć, masz tu, dziewczyno, 500 zł i urodź to dziecko. Nie widziałam żadnego wyjścia dla niej z tej sytuacji…

To było dziwne, ale ona w pewnym momencie oczekiwała zapewnień, że ja kocham to dziecko, które jest w niej. Bo ona go nie kochała.15 dni przed porodem przyjechała do nas. Wszystko było urządzone, ale tylko w mojej głowie. Nie zamówiłam łóżeczka, wózka, pokój dziecka nie czekał jak na filmach. Cały czas miałam świadomość, że może się rozmyślić. Choć powoli pozwalałam sobie uwierzyć, że… może będę mamą. Zaczęło się końcowe odliczanie.

W naszym poznaniu z dzieckiem nie było nic magicznego. Nie było przypadkowego chwycenia za paluszek. Oprócz chwili, kiedy obmywałam ją ze smółki. Widziałam, że dla kobiet na sali to było coś ważnego. Matka wtedy brała prysznic. Potem założyła te swoje dżinsy i tego samego dnia wyszła ze szpitala. Nie chciała karmić dziecka piersią.

Pamiętam, jak mamę biologiczną przytulałam przy drzwiach. Była mi bardzo bliska. Jakbym własną matkę przytulała.

Ostatni raz widziałam ją na rozprawie w sądzie. Zawsze mówiła, że wie, że postąpiła słusznie, i tego nie żałuje.

Ola została zakwalifikowana do Programu Leczenia Niepłodności Metodą Zapłodnienia Pozaustrojowego finansowanego przez Ministerstwo Zdrowia. Czeka na przeprowadzenie drugiego zabiegu in vitro w białostockiej klinice. W ramach ministerialnego programu może liczyć na sfinansowanie jeszcze jednej, ostatniej próby.

Rządowy program leczenia in vitro: Komu rząd pomaga przy dzieciach

Z mężem postanowili, że jeżeli i ona zakończy się niepowodzeniem, nie będą więcej, w żaden inny sposób, starali się o dziecko. Pozostaną bezdzietni.

Paulina zarejestrowała się na trzech forach poświęconych adopcji. Odpisała na kilkanaście ogłoszeń, otrzymała kilka odpowiedzi. Wraz z Tomkiem spotkali się z jeszcze jedną ciężarną kobietą. Ojciec dziecka zażądał za nienarodzoną córkę 5 tys. zł.

Trzy miesiące temu zapisali się na szkolenie dla kandydatów na rodziny zastępcze do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie w Grudziądzu. Paulina myśli o zostaniu zawodową rodziną zastępczą.

Od ponad roku czekają z mężem również na szkolenie w ośrodku adopcyjnym. Dostali 18. numerek (ośrodek przyjmuje jednorazowo na kurs 14 par).

Każdy poranek Paulina wciąż zaczyna od przeglądania kolejnych wpisów na forach internetowych.

Monice udało się spłacić długi. Niedługo po oddaniu syna do adopcji poddała się zabiegowi przecięcia jajowodów, by nigdy więcej nie stawać przed tak dramatycznym wyborem. Teraz podejmuje drugą najtrudniejszą decyzję w swoim życiu – czy powiedzieć dzieciom, że gdzieś w Polsce żyje ich młodszy brat.

Z ojcem adopcyjnym utrzymuje sporadyczny mailowy kontakt. Pisze, gdy chce zobaczyć swoje dziecko. Ostatnie zdjęcie syna, Kuby, dostała dwa lata temu. Jeżeli kiedyś się spotkają, opowie mu całą historię – z najdrobniejszymi szczegółami, które starała się dla niego zapamiętać – to, jak przyszedł na świat, i to, jak znalazła mu dom.

Edyta ma córeczkę o miodowych oczach i kręconych blond włosach. Jej pasją jest obecnie balet. Hania wie, że ma dwie mamy – jedna ją urodziła, druga nosiła w sercu. Wie też chociażby to, że na zdjęciu zrobionym tuż po porodzie widoczny kawałek szlafroka w baranki to jej biologiczna mama.

Edyta w specjalnej szkatułce przechowuje dla córki rzeczy z dzieciństwa. Jest tam m.in. grzechotka motylek, którą w prezencie przywiózł jej starszy brat. Miała wtedy osiem miesięcy. Jest także pamiętnik, w którym Edyta zapisuje powiedzonka córki, chociażby takie: „Mamo, marzyłam o tobie całe życie”.

Hania w przyszłym roku pójdzie do pierwszej klasy podstawówki. Edyta z matka biologiczną wciąż ma kontakt, choć ostatnio przycichł. Ale mówi, że zawsze może do niej zadzwonić.

Beata skasowała swój profil na Facebooku. Zmieniła numer telefonu. Dalsze losy jej oraz dziecka są nieznane. Ale w internecie, na jednej ze stron dla ciężarnych, wciąż można znaleźć jej wpis, od którego wszystko się zaczęło.

„Nie czuję nic do małego. Nie czuję tej matczynej miłości. Nie chcę, żeby dziecko miało ze mną takie życie. Nie jest mnie stać na jego wychowanie. (…) Chcę, żeby trafiło do ludzi, którzy chcą i są gotowi mieć dziecko, chłopczyka. Ja mu tego nie dam. Męczę się strasznie z myślami, że jestem zła itd. Nie miałam odwagi na usunięcie. Postanowiłam, że donoszę ciążę i przynajmniej dam szansę ludziom, którzy chcą, a nie mogą mieć dzieci. JA NIE CHCIAŁAM I NIE CHCĘ. NIE POCZUWAM SIĘ DO ROLI MATKI. NAWET GŁUPIE JEGO RUCHY MNIE DENERWUJĄ. NIC NIE CZUJĘ…”

Tylko na dwóch forach poświęconych adopcji ze wskazaniem doliczyłem się ponad 300 ogłoszeń adopcyjnych zamieszczonych w ciągu zeszłego roku. Niemal każdego dnia pojawiają się nowe.

Niektóre imiona i dane bohaterów na ich prośbę zostały zmienione

Adoptowane dziecko ma swoją historię, a ta historia mówi, że ktoś go nie chciałRozmowa z Grażyną Niedzielską i Dorotą Polańską

Do ośrodka adopcyjnego zgłasza się małżeństwo i mówi, że pewna matka chce oddać im swoje dziecko. A ośrodek…

Grażyna Niedzielska: Trzyma się litery prawa. Ośrodki nie prowadzą adopcji ze wskazaniem i pary o tym wiedzą. My prowadzimy adopcję blankietową, czyli anonimową.

Jedna kobieta pragnie być mamą, druga – nie chce, nie może. Dzięki internetowi się znajdują. Co w tym złego?

Dorota Polańska: Odwrócę pana pytanie. Gdyby miał pan przysposobić dziecko, czy zdecydowałby się pan na inną drogę niż tradycyjna, poprzez ośrodek? Setki par przez to przechodzą. Jakie motywy kierowałyby panem, żeby zaczął pan szukać dziecka na własną rękę, gdzieś w internecie, wchodził w jakąś ryzykowną, niepewną sytuację?

Paulina, jedna z kobiet, z którą rozmawiałem, kilka lat starała się zajść w ciążę. Trzykrotnie poroniła po zabiegu in vitro. Gdy zgłosiła się do ośrodka adopcyjnego, usłyszała, że na szkolenie musi czekać około roku. A dziecko otrzyma najwcześniej za dwa lata. I to nie niemowlę, bo ma już 36 lat. Wtedy zaczęła przeglądać fora.

D.P.: To jest droga na skróty. Takie osoby, surfując po sieci, myślą, że staną się nagle szczęśliwymi posiadaczami dziecka, ale to znaczy, że decydują się nieświadomie na to, żeby zagmatwać życie sobie i temu dziecku.

Dlaczego?

G.N.: Rodzicielstwo adopcyjne różni się od biologicznego. Czas spędzony w ośrodku, na szkoleniach, na rozmowach służy temu, aby przyszłych rodziców do tego rodzicielstwa przygotować. Szkolenia są trudne, bywają dręczące. Pary chciałyby usłyszeć, że jak przyjmą dziecko, to ich uczucia będą takie, jakby je sami urodzili. A słyszą, że to nie jest to samo. Kandydatom mówię obrazowo: w jednej bajce nie urodziło się państwu dziecko na drodze biologicznej, a w innej bajce przyjmują państwo dziecko na drodze adopcyjnej, ale to nie jest ta sama bajka. Przyjęte dziecko nie zastąpi tego nienarodzonego.

Pracujemy z uczuciami osób, które przeszły okres leczenia i nadziei z nim związanych, doświadczyły poronień, urodzenia martwych dzieci. Rodziny, które decydują się na adopcję, przychodzą z całym bagażem tych trudnych doświadczeń. Ośrodek często bywa miejscem, w którym małżonkowie mogą zamknąć bolesną przeszłość. Co najmniej półtora roku pracujemy z rodziną, nim przyjmie ona dziecko. I to jest czas potrzebny na uporanie się z bólem, ze złością, z niesprawiedliwością losu, Boga, a przede wszystkim z tą stratą.

Bo praca w ośrodku to praca ze stratą. W trójkącie adopcyjnym – rodzice adopcyjni, rodzice biologiczni i dziecko – każdy coś traci. Dziecko straciło rodziców, rodzice biologiczni stracili dziecko, rodzice adopcyjni stracili możliwość posiadania biologicznego dziecka.

A potem przychodzi moment, że ten przyszły rodzic staje się gotowy do przyjęcia i pokochania nie swojego dziecka. Ale potrzebna jest najpierw praca, aby przełamać obcość. Zaczynanie adopcji od przeszukiwania sieci to – delikatnie mówiąc – trudna droga.

Pary, z którymi rozmawiałem, zaczynały od wizyty w ośrodkach adopcyjnych, ale wspominały to jako „zderzenie z murem”. Mówiły o „peerelowskich instytucjach”: listy, kolejki, przydział dzieci jak niegdyś mieszkań i poczucie, że jest się petentem, którego trzeba jak najszybciej odesłać do domu.

G.N.: Być może ktoś jest mniej miły, szorstki. Ale w każdym ośrodku szuka się rodzin dla dzieci, nawet jeżeli ma on już długą listę kandydatów. Bo bardzo dużo dzieci potrzebuje pomocy i ośrodki cieszą się, gdy przychodzą nowi kandydaci. Natomiast ośrodki mają też oczekiwania. I często rodziny, które poza ośrodkami szukają sposobu dojścia do adopcji, nie spełniają wymogów formalnych czy psychologicznych.

Te oczekiwania, kryteria są ujęte w przepisach czy też każdy ośrodek ma tu swobodę ?

G.N.: W kodeksie jest napisane, że ośrodek rozpoznaje sytuację zdrowotną, materialną i – najtrudniejszą do uchwycenia – moralną kandydatów. W trakcie spotkań pytamy o wiek, staż małżeński, stan zdrowia, motywacje, badamy, czy kandydaci nie byli karani, czy nie są uzależnieni itd. Pewne kryteria są wypracowane przez same ośrodki. W żadnej ustawie nie jest zapisane, ile lat powinien trwać związek dwojga ludzi. Na Mazowszu przyjmuje się, że co najmniej pięć lat.

Dlaczego akurat pięć? Dwoje ludzi może być ze sobą o wiele dłużej, tyle że w nieformalnym związku.

G.N.: To jest kryterium wypracowane przez lata doświadczeń. Po pierwsze, para musi się dokładnie rozeznać w kwestii swojej płodności. Musi to zbadać i musi mieć na to czas. A po drugie, musi się dotrzeć. Co się wydarza w związku, w którym okazuje się, że jedna z osób nie może mieć dzieci? Dużo, i to trudnych, uczuć jest z tym związanych.

D.P.: Te wymogi nie zostały wymyślone, by utrudnić tym osobom życie.

Od osób, które starały się o dziecko w ośrodku, często słyszałem, że kryteria są zbyt wyśrubowane, niekiedy absurdalne.G.N.: Naszym zadaniem jest tworzenie rodzin wydolnych emocjonalnie, społecznie i materialnie. Czy to jest wygórowane oczekiwanie, by ludzie dorośli potrafili się utrzymać? Żeby mieli pracę, mieszkanie i w miarę przyzwoite warunki w tym mieszkaniu? Szukamy małżeństw, które potrafią się ze sobą porozumieć, mających jakieś wspólne, dobre cele, wartości, potrafiących wspólnie pokonywać trudności. Potrzebujemy rodzin, które mogą stać się wzorem dla przyjętego dziecka.

Stan zdrowia – rzecz dyskusyjna, ale zgłaszają się do nas osoby przewlekle chore, które prawdopodobnie w niedługim czasie same będą wymagały opieki czy wsparcia.

Jeśli przychodzą małżonkowie i mówią, że jeszcze planują jakiś zabieg medyczny, to prosimy, by wrócili, jak zakończą etap leczenia niepłodności. Bo rodzina, która jest nastawiona, że może jeszcze urodzi się jej własne dziecko, nie jest w stanie w pełni otworzyć się na przysposobienie dziecka. Mówię wtedy: życzę, aby państwu się udało i nie musieli państwo wracać do ośrodka.

Czasem małżonkowie nie chcą w równym stopniu przysposobić dziecka, jest to bardziej pragnienie jednej ze stron. Zalecamy terapię – indywidualną lub małżeńską – poprawiającą wzajemne relacje. Niemniej takie okoliczności każą nam rozważyć, czy dana rodzina może zaadoptować dziecko.

To powszechne społeczne oczekiwania, jak powinna wyglądać rodzina dla dziecka. Czy pan sobie wyobraża, że mając 50 lat, będzie dobrym rodzicem dla rocznego dziecka? To jest wiek, kiedy się jest już dziadkiem dla takiego dziecka. Nasz ośrodek powierza niemowlęta parom w wieku 25-38 lat. A do ośrodka zgłaszają się rodziny po czterdziestce i żądają niemowlęcia.

Ale kobiety rodzą teraz dzieci po czterdziestce.

D.P.: To prawda, to się zdarza. Ale za naszą decyzją ma stać jedno – dziecko. Ono miało już raz zerwaną więź z matką. I my mamy zrobić wszystko, aby w perspektywie kilkunastu lat nie doszło do zerwania tej więzi ponownie. A czas jest nieubłagany. Dziecko będzie nas potrzebowało nie tylko teraz, gdy jest małe. Będzie nas potrzebowało, gdy będzie miało lat 10, 15 i 30. Będzie potrzebowało naszej siły fizycznej, naszego umysłu. Wiek staje się przeszkodą, żeby adoptować niemowlę, ale nie jest przeszkodą, aby przysposobić dziecko.

Są pary, które słyszą, że niestety nie będą mogły adoptować dziecka. Jak wygląda to w warszawskim ośrodku?

G.N.: Na setkę rodzin, która się do nas zgłasza w ciągu roku, jest około sześciu odmów. Przy czym mówię tu o parach, które przeszły już przez pewną część szkolenia, wykonały pewną pracę i nie otrzymały pozytywnej opinii komisji.

Co w takim razie ma zrobić para, która nie może mieć swoich dzieci i nie udało się jej pozytywnie przejść procedury kwalifikacyjnej w ośrodku? Pragnienie dziecka przecież ot tak nie znika.

D.P.: Odwrócę pana pytanie. Co ma zrobić dziecko, które nie ma rodziców? Czy może samo żyć? Nie. Czy ta para może dalej żyć? Tak.

G.N.: Adopcja jest dla dziecka. A ośrodek adopcyjny jest jego reprezentantem. Szukamy dla naszych dzieci jak najlepszych rodzin. Bo tu nie chodzi o statystyczną efektywność – wyjąć dziecko z placówki, by wypadło z systemu. Chcemy mieć nadzieję, że osoby, które przyjmą tego człowieka do swojej rodziny, udźwigną trudy życia i zrozumieją uczucia i zachowania dziecka opuszczonego, zranionego, że nie będą uszkadzać go po raz wtóry.

Kobieta, która oddała syna przez wskazanie, tłumaczyła mi, że chciała, by była to jej decyzja, a nie jakiegoś urzędnika.

G.N.: Powiem panu, że bardziej rozumiem kobiety, które szukają rodzin gotowych przysposobić ich dzieci. Może dlatego, że w ośrodku bardzo dobrze znamy mamy biologiczne – ich uczucia, niepokoje, tragedie, ich płacz, ich samotność. Mogę zrozumieć, że kobieta ma poczucie, że gdy pozna przyszłych rodziców, to będzie mniej cierpieć.

Natomiast trudniej mi zrozumieć pary, które wchodzą w taką sytuację, czyli przyjmują dzieci od mam bezpośrednio. Jestem dorosłym człowiekiem. Mam pracę, żonę lub męża, mam pieniądze i widzę kobietę w trudnej sytuacji. Jaka myśl może mi się pojawić w głowie? Zabiorę jej to dziecko, bo ona nie może go wychować? A może powinienem jej pomóc, żeby mogła wychowywać swoje dziecko?

Na forach ciężarne kobiety najczęściej piszą o beznadziejnej sytuacji finansowej. Czy pomoc finansowa może zmienić ich decyzję o oddaniu dziecka?

D.P.: Pomoc materialna jest zazwyczaj jednorazowa i niewystarczająca. Tu nie o to chodzi. Owszem, matki biologiczne rzeczywiście jako główny powód swojej decyzji podają dramatyczną sytuację materialną. Mówią, że nie mają pracy, nie mają gdzie mieszkać itd. I to prawda. Ale z mojego doświadczenia wynika, że w większości przypadków za ich dramatem stoi samotność. Bo partner, jeżeli jest, często mówi: „To jest twoje dziecko i twój problem”. Nie mają obok siebie osoby, która powie: „Damy radę”. Rzadko się do tego przyznają. Łatwiej powiedzieć o trudnej sytuacji materialnej, bo to powód społecznie akceptowalny.

Potencjalni rodzice adopcyjni wchodzą w zażyłe relacje z matkami. Przesyłają sobie zdjęcia, udostępniają facebookowe profile, w końcu spotykają się.

D.P.: Zapewniam, że rodzice, którzy wchodzą w bezpośrednią relację z matką, w większości przypadków nie dostają od niej prawdziwej odpowiedzi, dlaczego jest zmuszona oddać dziecko, ani nie dowiedzą się, jak naprawdę wyglądało jej życie. Matka nie powie rodzicom adopcyjnym: „Proszę państwa, piłam, paliłam i jestem chora psychicznie”. Mimo że w ośrodku mam dzieci z zespołem odstawiennym, uzależnione od narkotyków, ich matki mówią, że nic nigdy nie brały. Jeżeli u mnie w ciągu roku jest około setki dzieci, może jedno jest takie, którego ciąża była prowadzona przez ginekologa. A czasem w tej setce nie ma ani jednego takiego dziecka.

Rodzicielstwo adopcyjne oznacza przyjęcie dziecka takim, jakim ono jest. A ono nie jest stabilne. Ono ma swoją historię, a ta historia mówi, że ktoś go nie chciał. Że matka, będąc w ciąży, podejmowała decyzję, czy może je wychować. A moment, w którym dowiedziała się, że jest w ciąży, był dla niej momentem dramatycznym, a nie euforii i radości. I ta wiadomość wtedy w brzuchu dotarła do tego dziecka. To tak, jakby ktoś komuś na starcie podstawił nogę.Aż 60 proc. dzieci zgłaszanych do mojego ośrodka rozwija się nieprawidłowo. Proszę mi powiedzieć, na jakiej podstawie rodzice adopcyjni, szukający na własną rękę, są w stanie określić, czy to nie dotyczy ich przyszłego dziecka? Czy pary, które nie zostały zakwalifikowane w ośrodku adopcyjnym, są gotowe na przyjęcie takiego dziecka? Bo one wchodzą w sytuacje, o których w ośrodku mówiły, że się ich boją, że takiego dziecka by nie przyjęły. I dokładnie takie dziecko przyjmują.

G.N.: A potem rodzice przychodzą po pomoc, bo nie radzą sobie z tymi dziećmi. Nie rozumieją ich. Przeżywają rozczarowanie, bo zbyt silnie nastawieni są na siebie i na wyidealizowaną wizję rodzicielstwa.

Część z tych rodziców przeszła kurs w ośrodku. Na forach adopcyjnych dość powszechna jest wiedza, że przepisy się zmieniły i należy mieć ukończone szkolenie, by móc przysposobić dziecko.

D.P.: Czyli rodzina tu się niby przygotowuje, a tam szuka czegoś na własną rękę. To znaczy, że tego samego będzie uczyć dziecka – tu robisz ładną minę, a tam działasz.

G.N.: Coś, co na początku swojej historii oparte jest na czymś nieprzepracowanym, zakamuflowanym, o pieniądzach nie wspominając, rzutuje na wzajemne relacje przez całe życie. Nawiasem mówiąc, do nas takie rodziny się nie zgłaszają na szkolenie ani też nie kieruje ich do nas sąd.

Ale chciałabym wrócić do pana pytania o decyzję matki o oddaniu dziecka. Mama biologiczna w ośrodku jest informowana o swoich prawach, zaopiekowana przez pracownika ośrodka i w żaden sposób nie jest nakłaniana do podjęcia decyzji, jakiejkolwiek. A kiedy zetknie się w czasie ciąży z jakąś rodziną i urodzi dziecko, ona wolności mieć nie będzie. Bo rodzina już się psychicznie związała, przygotowała, że weźmie to dziecko. Jeżeli ona po urodzeniu zacznie mówić: „Czuję, że nie jestem w stanie się z nim rozstać”, jaka będzie reakcja? „No co ty? Jak to? Myśmy się już przygotowali. Powiadomiliśmy rodziców, sąsiadów, mamy już kołyskę. Nie tak się umawialiśmy”. I co wtedy? Jak potem żyć z poczuciem, że namówiłam matkę, żeby mi je oddała? Znowu wracamy do etyki.

Ci, którzy adoptowali lub oddali dziecko przez wskazanie, argumentują, że to znacznie skraca drogę dziecka do rodziny i dzięki temu „nie tuła się” ono po różnych ośrodkach.

G.N.: To dziecko nigdzie się nie tuła. Rodzi się w szpitalu, a potem jest przewożone w jedno miejsce – do IPO lub zawodowej rodziny zastępczej. Mama może odwiedzać dziecko, karmić je, pielęgnować. My nie mówimy matce: „Niech pani go nie odwiedza”, bo – w domyśle – jeszcze się z nim zwiąże. Przeciwnie, zachęcamy do tego. Ważne jest, żeby zobaczyła, czy da radę bez niego żyć. Jeżeli podejmuje decyzję, że chce oddać dziecko, ono trafia do właściwej rodziny najszybciej, jak to jest możliwe. Nawet już po sześciu tygodniach. A co się dzieje z matką, która sama oddaje dziecko jakiejś rodzinie? Nikt się nią nie opiekuje.

Jedna z matek biologicznych mówi: „Dałam dziecku najlepszych rodziców i teraz mogę spać spokojnie. W ośrodku zabraliby mi je i koniec. Nawet psa się nie porzuca”.

G.N.: Ona je opuszcza, natomiast nie porzuca. Przychodzi do ośrodka i prosi, aby jej dziecko powierzyć w jak najlepsze ręce. I my to robimy, zgodnie z naszą wiedzą i czymś takim, co się nazywa losem, bo nie na wszystko mamy wpływ.

Niestety, w społeczeństwie funkcjonuje negatywny stereotyp mam, które powierzają swoje dziecko do adopcji. I powinniśmy z tym walczyć. Przykre jest również to, że mama nie wie, iż w ośrodku będzie przyjęta z szacunkiem i że ma wpływ na los dziecka. Pytamy się naszych mam, czy mają jakieś życzenie co do rodziny, co do wychowania, co do wiary. Zawsze bierzemy to pod uwagę.

Nasze mamy piszą listy pożegnalne do dzieci. Mogą napisać też do przyszłych rodziców adopcyjnych. I oni na ten list, czasami listy, odpisują. Nie mówię, że jest to regularna korespondencja. Mamy mogą też zostawić pamiątki dla dziecka.

I każdej mamie mówimy, że zawsze może do nas przyjść i dowiedzieć się, co słychać u jej dziecka, czy dobrze się rozwija, czy jest zdrowe. I one przychodzą, dzwonią, dostają zdjęcia dzieci.

W przypadku adopcji ze wskazaniem możliwy jest też bezpośredni kontakt pomiędzy matką biologiczną a rodzicami adopcyjnymi i dzieckiem. Czy to dobry pomysł?

G.N.: Dziecko potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, a do tego potrzebne jest poczucie przynależności. Stały kontakt z dwiema mamami może to poczucie zaburzać. Jak poradzić sobie z pytaniami: „Czyj jestem?”, „Komu jestem winien lojalność?”. Te pytania zadają sobie wszystkie adoptowane dzieci, ale gdy fizycznie jest tylko jedna mama, odpowiedzi stają się bardziej oczywiste.

Mariola Teska, wiceprezes fundacji Moja Mama, która od 11 lat pomaga ludziom w adopcji ze wskazaniem, przekonuje, że tę formę przysposobienia powinny przeprowadzać same ośrodki.

G.N.: Być może jest to jakaś przyszłość. Ale na razie działamy w ramach obowiązującej ustawy.

Rodzina i przyjęte dziecko powinni w jakiś sposób do siebie pasować. Stąd rozpoznanie dzieci i ich potrzeb, rozpoznanie rodzin, ich oczekiwań, możliwości itd. Adopcja jest Sztuką przez duże S, gdyż dotyczy człowieka i jego losu.

Rozmawiał Wojciech Tymiński

Grażyna Niedzielska – wicedyrektor Ośrodka Adopcyjnego Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Warszawie. Pracuje od 28 lat
Dorota Polańska – dyrektor Interwencyjnej Placówki Opiekuńczej w Otwocku przyjmującej niemowlęta
 

Dramat matki zastępczej: Kto kocha najbardziej na świecie?

 

 

Co się stało w rodzinie zastępczej? Zabawa w króla ciszy.

 

 

Przeczytaj „Dzieci z chmur” – mądrą opowieść kobiet o adopcji, marzeniach i szczęśliwym rodzicielstwie >>

 

 

Co mówi prawo

W adopcji ze wskazaniem rodzice biologiczni (w praktyce matka) sami wskazują rodzinę, której chcą oddać dziecko. W adopcji blankietowej rodzice zrzekają się praw rodzicielskich i wyrażają przed sądem zgodę na przysposobienie ich dziecka przez anonimowych rodziców adopcyjnych. W takiej sytuacji rodzice biologiczni i adopcyjni nie poznają swojej tożsamości, a dziecko może dostać informacje o rodzinach naturalnych po osiągnięciu pełnoletności.

W polskim prawie nie ma przepisów mówiących wprost o adopcji ze wskazaniem. Niemniej jest ona legalna. Rodzice biologiczni składają do sądu oświadczenie o zrzeczeniu się praw do ich dziecka na rzecz konkretnej rodziny/osoby. Równocześnie rodzice adopcyjni składają wniosek o pełne przysposobienie konkretnego dziecka.

Zanim sąd wyda zgodę na adopcję, ma zbadać, czy jest dobra dla dziecka. Od 2012 r. też osoby starające się o adopcję poprzez wskazanie zobowiązane są przejść szkolenie w ośrodku adopcyjnym. Ale wg Rzecznika Praw Dziecka nadal pojawiają się wnioski o przysposobienie niespełniające warunków, a sądy nierzadko wyznaczają długie okresy do ich uzupełnienia. W tym czasie odebrane prosto ze szpitala dziecko wrasta w rodzinę, a sąd orzeka adopcję, by nie niszczyć związku emocjonalnego dziecka z wnioskodawcami.

W Sejmie trwają prace nad ustawą regulującą adopcję ze wskazaniem. Ma ograniczyć krąg rodziców adopcyjnych do krewnych i powinowatych dziecka. Projekt zakłada wprowadzenie bezwzględnego wymogu, aby odbywała się wyłącznie za pośrednictwem ośrodka adopcyjnego. To ma uchronić dzieci przed przekazywaniem ich dla pieniędzy oraz/i osobom, które nie powinny opiekować się dziećmi.

W 2013 roku sądy orzekły 3030 przysposobień, w tym 810 dzieci do 1. roku życia. 413 z nich wynikało ze zgody blankietowej. Ile dotyczyło adopcji ze wskazaniem – nie wiadomo. Mariola Teska, wiceprezes fundacji Moja Mama, która od 11 lat pomaga osobom przy adopcji ze wskazaniem i działa na forum adopcjazewskazaniem.org, twierdzi, że może dochodzić do około 20 przekazań dzieci od rodziców biologicznych do adopcyjnych w miesiącu.

W ilu przypadkac h rodzice biologiczni dostają pieniądze za zgodę na przysposobienie ich dziecka, nie wiadomo. Nie wiadomo też, jak duża jest skala tzw. dzikich adopcji, gdy matka biologiczna rodzi, posługując się dokumentami matki adopcyjnej, lub podaje dane ojca adopcyjnego jako biologicznego. Co na to prawo? Tylko z ogólnych zasad dotyczących procedury adopcyjnej można wywnioskować, że zakłada ona jej niemajątkowy i niekontraktowy charakter. Niemniej dopuszcza przekazanie korzyści majątkowych matce biologicznej, pod warunkiem że nie są one „niestosowne”. W praktyce zatem matce za sprzedanie dziecka w ramach adopcji ze wskazaniem czy też tzw. dzikiej adopcji nic nie grozi. Na pięć lat do więzienia może trafić osoba, która organizuje adopcję w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. W 2014 roku wykryto dziewięć takich przypadków.

W 2013 r. w placówkach opiekuńczo-wychowawczych przebywało blisko 20 tys. dzieci. Największą grupę stanowiły te w wieku 14-17 lat (ponad 9 tys.) oraz 7-13 lat (6,4 tys.). Duża część z nich ze względu na nieuregulowaną sytuację prawną nie może być przysposobiona.

Szacuje się, że w Polsce dotkniętych niepłodnością może być około 1,3 mln par. Kilka tysięcy z nich czeka na adopcję. Ile rozważa taką możliwość, nie wiadomo.

W 2012 r. w szpitalach pozostawiono 1021 noworodków.

 

 

 

 

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Przekręt na awatara
Prawdziwa profesor Ewa Łętowska powiedziała, że zagramy fałszywej na nosie

Dorota Roqueplo. Sypiając z Brueglem
Wyobraźnia napędza zachwyt. W XIX wieku ukrywano nadgarstki, uważano je za fetysz – każda epoka ma swoje świry

Klub Auschwitz: Niosę tego więźnia
Człowiek chce żyć mimo wszystko. Choćby po to, żeby jeszcze raz ubrać się ładnie i zjeść smacznie

7 minut na chłopaka z białaczką
Siedział przede mną w gabinecie i trząsł się ze strachu. A już dobijał się następny pacjent. Wtedy postanowiłam, że odchodzę

Stary człowiek i morze. Kajakiem przez Atlantyk
Zobaczyłem wielki łeb rekina. Przepływał pod kajakiem. Miałem w ręce wiosło, to skorzystałem z niego. Walnąłem rekina w ten łeb

Kuriozum roku, czyli pycha Barczyka
Barczyk machnął megaprodukcję, trudno się dziwić, że pognałem ”Hiszpankę” oglądać, mogę powiedzieć nawet, że mega pognałem, aby się mega zachwycić [VARGA]

Szczygieł na czwartek
Jak Hunter i Farmer sprzedawali mi kanapkę

 

Wyborcza.pl

Autor książki „Chłopiec, który wrócił z nieba” przyznał się do oszustwa. „Nie byłem w niebie”

Karolina Brzezińska, 22.01.2015
Alex Malarkey i jego książka -

Alex Malarkey i jego książka – „Chłopiec, który wrócił z nieba”

– Całą opowieść wymyśliłem, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nigdy nawet nie czytałem Biblii – napisał Alex Malarkey, który po wypadku stwierdził, że odwiedził niebo i przebywał z aniołami. Wraz ze swoim ojcem napisał książkę, która stała się bestsellerem. Po oświadczeniu wydawca wycofał ją ze sprzedaży.
„Chłopiec, który wrócił z nieba”, jak przekonywał wydawca, to „wzruszająca historia zwykłego chłopca, który odbył podróż do nieba i z powrotem. To książka, która pomaga uwierzyć w cuda, w życie poza tym światem i w moc ojcowskiej miłości”. O czym opowiada?To opowieść sześcioletniego wówczas Alexa Malarkeya, który w 2004 r. uległ wypadkowi samochodowemu. Został sparaliżowany i na dwa miesiące zapadł w śpiączkę. Po przebudzeniu zrelacjonował rodzicom wzruszającą historię. Opowiedział, że w czasie śpiączki trafił do nieba i spotkał się tam z aniołami.

Historia zawładnęła wyobraźnią Amerykanów

Relację z nietypowego spotkania Alex zdał ojcu, który spisał ją, a następnie wysłał do oficyny wydawniczej Tyndale House. Książka weszła do sklepów w lipcu 2010 r. i z miejsca stała się bestsellerem. Historia „nadprzyrodzonego spotkania” małego chłopca z aniołami zawładnęła wyobraźnią Amerykanów. Na jej podstawie nakręcono również film telewizyjny. W Polsce książka miała premierę w 2013 r. Można ją kupić za ok. 30 zł.

„Kiedy pewnego listopadowego poranka Kevin Malarkey jechał samochodem ze swym sześcioletnim synem Alexem, zderzyli się z innym pojazdem. Chłopiec odniósł ciężkie obrażenia i zapadł w śpiączkę. Lekarze nie dawali mu żadnych szans. Jednak po dwóch miesiącach Alex wybudził się ze śpiączki i miał do opowiedzenia niezwykłą historię. Opisywał miejsce wypadku, szczegóły akcji ratunkowej i wydarzenia ze szpitala – mimo że pozostawał wtedy nieprzytomny. Opowiadał też o nieziemskiej muzyce i aniołach, którzy przeprowadzili go przez bramy nieba, a także o spotkaniu z Jezusem” – czytamy na okładce książki. Alex opisywał w niej też spotkanie z szatanem, którego zobaczył przez „dziurę w niebie”.

Wydawca: Historia unieważniona. Rezygnujemy

Pięć lat po wydaniu książki Alex przyznał, że zmyślił całą opowieść. Historią o niebie i aniołach chciał zwrócić na siebie uwagę.

„Nie byłem w niebie, nie umarłem. Prawda jest taka, że nigdy nawet nie czytałem Biblii. Jeśli jednak chcecie poznać niebo, to właśnie ją powinniście czytać. Człowiek nie jest nieomylny” – napisał Alex, który swój list wysłał do księgarni handlujących literaturą religijną.

W ubiegły czwartek Todd Starowitz, dyrektor ds. marketingu Tyndale House, powiedział „Washington Post”, że wydawnictwo zdecydowało się zrezygnować z dalszego drukowania książki.

„Na początku tygodnia dowiedzieliśmy się, że Alex Malarkey, współautor książki ‚Chłopiec, który wrócił z Nieba’, unieważnił swoją historię. Z powodu tej informacji rezygnujemy z jej wydawania” – poinformowała w oświadczeniu Maggie Rowe z Tyndale House.

Wydawca zasugerował, że matka chłopca mogła wiedzieć o zmyśleniu dużo wcześniej. „Przez kilka ostatnich lat okazywała niezadowolenie z powodu wydania tej książki. Twierdziła, że zawiera nieścisłości. Wielokrotnie próbowaliśmy spotkać się z Alexem i jego rodzicami, by przedyskutować wątpliwości i ewentualnie nanieść poprawki. Matka chłopca nie zgodziła się jednak uczestniczyć w spotkaniu”.

Bóg jest „bardzo duży” i kocha ludzi

Historie opisujące „niebiańskie życie” są coraz popularniejsze w Stanach Zjednoczonych, a liczba ich fanów wciąż rośnie. „Niebo istnieje… naprawdę” to kolejna i jedna z najbardziej znanych książek, która także porusza „niebiańską tematykę”. Jej autorami są Todd Burpo i Lynn Vincent. Opisują historię syna Burpo – Coltona, który cudem wyzdrowiał po nagłej operacji wycięcia wyrostka robaczkowego. Zaledwie kilka miesięcy po zabiegu jego rodzina też usłyszała niezwykłą opowieść o podróży czteroletniego chłopca do nieba i z powrotem.

Colton opowiedział, że w trakcie operacji opuścił ciało i relacjonował, co w tym czasie robili jego rodzicie. Ze szczegółami opisał także wizytę w niebie. Szczegółowo powielił opis nieba znany z Biblii, mimo że nie mógł go znać, bo jeszcze nie potrafił czytać. Relacjonował także spotkanie z członkami swojej rodziny, którzy już dawno zmarli. Chłopiec opisał Jezusa i anioły. Zapewnił, że Bóg naprawdę istnieje, jest „bardzo duży” i kocha wszystkich ludzi.

Ta książka też stała się światowym bestsellerem, sprzedano ponad 10 mln egzemplarzy. W 2014 r. na jej podstawie powstał film w reżyserii Randalla Wallace’a. Szybko stał się kinowym hitem, zarobił ponad 100 mln dolarów.

Zobacz także

wyborcza.pl

Oto wyznanie: Byłam głupia. Ja, frankowiczka [LIST]

Anna (nazwisko znane redakcji), 21.01.2015
Frank

Frank (ADAM STĘPIEŃ)

Napisałam ten list głównie w ramach autoterapii. Próbuję, na razie psychicznie, pogodzić się z faktem, że mam na głowie niewiarygodnej wielkości, niespłacalny dług we frankach. Nie wiem, kto był większym głupcem – ja i moi rodzice, czy ktoś, kto nam tego kredytu udzielił…
Zazwyczaj nie mam problemu z podpisywaniem się nazwiskiem pod tym, co myślę, ale… dostałam od życia poważną lekcję szacowania ryzyka i boję się, że bank może sobie sprawdzić, kto zacz pisze takie rzeczy do gazety, i na przykład zażądać sobie dodatkowego zabezpieczenia. To byłby dramat. Dlatego proszę wybaczyć, że nazwiska swojego nie podam.A oto moje wyznanie.

Byłam głupia. Ja, frankowiczka

Przyzwyczajam się powoli do różnych myśli. Najpierw, że dorobek życia moich rodziców przepadł i nic po nich nie zostanie. Potem, że sprzedaż ich domu nie jest żadną ostatecznością, bo na zero i tak nie wyjdziemy. Dziś, że ten dług zostanie ze mną na zawsze, bo nigdy nie zdołam go spłacić. I do tego, że nie wiem, co się ze mną stanie.

Rok 2008. Rodzicom zamarzyło się sprzedać spore mieszkanie w centrum i zamienić je na dom pod miastem. Nieruchomości szły w górę, mieszkania w dobrej lokalizacji były w cenie – trochę ulegliśmy nastrojowi i czuliśmy się jak milionerzy. Bo mieszkanie warte było prawie milion. Jak nie być w takiej sytuacji optymistą? Znaleźliśmy dom w podobnej cenie. Tyle że nie zdążyliśmy sprzedać mieszkania. Podpisaliśmy przedwstępną umowę, licząc, że prędzej czy później znajdzie się kupiec.

Głupota, prawda? Dziś, jak to wspominam, to głupota straszliwa. Ale przecież optymizmu nie traci się tak szybko. Widzimy, co dzieje się dookoła. Ludzie biorą kredyty, kupują mieszkania, nie zważając na chore wówczas ceny. Właściwie to wszyscy się boją, że zaraz będą jeszcze droższe. Wzięliśmy kredyt, mieszkanie wynajęliśmy i szukaliśmy dalej kupca.

Kredyt we frankach, wszyscy tak robili. Tak zwany społeczny dowód słuszności. Po sprzedaży mieszkania mieliśmy zostać z niewielkim długiem.

Miałam 26 lat. Kredyt wzięłam z rodzicami, aby – z racji ich wieku – wydłużyć okres kredytowania. Wszyscy jesteśmy z wyższym wykształceniem. Ale wtedy, kiedy na czymś się nie znasz, po prostu ufasz innym. Myślałam wtedy o tym, że z domem rodzice lepiej przejdą „syndrom opuszczonego gniazda”. Ja się wyprowadziłam, siostra dorastała. Ufałam rodzicom, że wiedzą, co robią, rodzice ufali doradcom. I ulegliśmy ogólnej atmosferze na rynku.

Nie minęło wiele czasu, kiedy frank poszybował w górę, a ceny nieruchomości spadły na łeb. Dziś, po sześciu latach, mamy w trójkę na głowie prawie dwumilionowy dług, z zabezpieczeniem na nie więcej niż milion. Za dom nie dostaniemy więcej niż 600-700 tys. Drugim zabezpieczeniem jest mieszkanie babci. Nasze mieszkanie sprzedaliśmy, ale już w dołku i… spłacaliśmy z tego coraz wyższe raty. Pieniądze się kończą, dług cały czas rośnie.

Moi rodzice za jakieś 10 lat przejdą na emeryturę. Na pewno nie podołamy spłacie rat przez najbliższe 24 lata. Właściwie zarobki naszej trójki dziś to mniej więcej tyle, co rata. Sprzedanie wszystkiego nie jest żadnym wyjściem. Do spłaty zostanie drugie tyle. Paradoksalnie dziś marzę nie o domu, ale o tym, by nie mieć niczego. Paradoksalnie, bo sama żyję w wynajętym mieszkaniu. Chciałabym nie mieć domu, mieszkania, nie posiadać nic i móc zacząć od zera. Ale dziś to marzenie jest nierealne.

Wiem, że pod tym listem, jeśli zostanie opublikowany, wyleją się wiadra pomyj na moją głupotę. Tak. Byliśmy głupi. Ale i mądrzejsi ode mnie mówią dziś, że byli głupi… Na przykład Marcin Król w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim. Może jednak błądzić jest rzeczą ludzką i nie ma ludzi nieomylnych?

Czy chciałabym, aby ktoś mi pomógł? Tak. Czy czuję się oszukana? Tak. Dziś nie wierzę już żadnym ekspertom, mądrym głowom, doradcom finansowym, ryzykantom i optymistom. Czy boli mnie, kiedy słyszę, że tacy jak ja nie zasłużyli na pomoc? Cholernie.

Przypomina mi się powódź, w czasie której premier Cimoszewicz powiedział ludziom, że trzeba było się ubezpieczyć. Mniej więcej tak samo liczyliśmy się w 2008 roku ze skokiem franka, jak z obawą powodzi w słoneczne lato.

Wiem, że cena za głupotę bywa wysoka. Ale mimo to czuję jednak jakąś nieziemską niesprawiedliwość związaną z tym, że mam na głowie dług wielkości dwukrotnie większej niż nieruchomości, które są jego zabezpieczeniem. Dla mnie, 32-latki, to wyrok na całe życie. Martwię się o to, czy moi rodzice i babcia na starość będą mieli gdzie mieszkać. Płaczę, kiedy myślę, że nigdy nie będę finansowym oparciem dla mojego przyszłego męża. Nasze małżeństwo zaczniemy od spisania intercyzy.

Z perspektywy rynku rozmiar finansowej tragedii może nie jest taki wielki. Z perspektywy konkretnego człowieka to jest finansowa zagłada.

Wiem, że nieważne, jak ciężko będę przez całe dalsze życie pracować, nic z tego nie będę mieć. Przez kredyt na dom, w którym nigdy mi nie przyszło mieszkać. Ale który jest, istnieje. To majątek, którego nikt nie przepił, nie zmarnował, nie sprzeniewierzył. Tyle że dziś dla banku to mało.

Jedyne, co mnie trzyma przy jakiejś resztce nadziei, to to, że nie tylko ja jestem w takiej sytuacji. Że nas, głupich frankowiczów, jest trochę więcej. Nad zbiorową tragedią zawsze ktoś się pochyla. Zbiorowa głupota zasługuje na litość. I być może po raz kolejny oszukuję sama siebie – w końcu nadzieja jest matką głupich.

Ale dziś mogę mieć tylko nadzieję, że jakoś to będzie. Jak? Boję się tej myśli.

Czy Państwo powinno pomóc frankowiczom? Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl

Zobacz także

wyborcza.pl

Nowicka: Wypowiedzi Episkopatu o pigułce „dzień po” nie są nawet zbliżone do osiągnięć medycyny

kospa, 22.01.2015
Wanda Nowicka

Wanda Nowicka (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Tak naprawdę Episkopat może mówić wszystko. Najważniejsze, żeby rząd nie uległ po raz kolejny presji Kościoła i konsekwentnie wprowadził możliwość sprzedaży pigułki postkoitalnej bez recepty – mówiła w Radiu ZET wicemarszałkini Sejmu Wanda Nowicka.
Informacja Ministerstwa Zdrowia o tym, że pigułka „dzień po” EllaOne będzie w Polsce dostępna bez recepty, zelektryzowała prawicowych polityków i konserwatywne media. Głos w sprawie zabrał również Episkopat, który ocenił, że stosowanie tabletki to grzech ciężki, „zachowanie bezprawne i karalne”. Bo zdaniem Kościoła to zwykła aborcja.- Te wypowiedzi Episkopatu są oparte wyłącznie na ideologii. Trudno mówić, że one są chociaż zbliżone do osiągnięć medycyny – oceniła w czwartek w Radiu ZET wicemarszałkini Sejmu Wanda Nowicka. – Tak naprawdę Episkopat może mówić wszystko. Najważniejsze, żeby rząd nie uległ po raz kolejny presji Kościoła i konsekwentnie wprowadził możliwość sprzedaży pigułki postkoitalnej bez recepty.

Ale w przyjętym w środę stanowisku Naczelna Rada Aptekarska zaapelowała do premier Ewy Kopacz i ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza o podjęcie działań zmierzających do ograniczenia dostępności do tabletki. Tak, aby była ona sprzedawana jak dotąd na receptę.

„To duża ingerencja w układ hormonalny, co przy częstym stosowaniu może w konsekwencji stwarzać problemy z zajściem w ciążę, a później nawet przyspieszyć przekwitanie” – czytamy w stanowisku.

Nowicka podkreśliła, że w przypadku oceny medycznej pigułki „dzień po” bardziej niż Naczelnej Radzie Aptekarskiej, która „jest jednak środowiskiem sprzedawców”, ufa choćby Światowej Organizacji Zdrowia. – Naczelna Rada Aptekarska powinna powstrzymywać się od oświadczeń na temat medycyny, bo naprawdę nie ma pełnej wiedzy na ten temat, o czym słyszymy z tej enuncjacji. Ale przede wszystkim powinna się zająć tym, do czego jest powołana, czyli do udostępnienia wszelkich środków medycznych, które w Polsce są dostępne i legalne – oceniła.

Wicemarszałkini przekonywała: – Przecież nie od dziś mamy problem z aptekarzami, którzy odmawiają sprzedaży nie tylko pigułki „dzień po”, ale w ogóle wszelkiej antykoncepcji. A zatem twierdzenie, że opierają się na wiedzy medycznej, a nie na ideologii, jest absolutnie nieprawdziwe. To jest czysta ideologia.

Zmiana statusu tabletki EllaOne z „na receptę” na „bez recepty” to efekt decyzji Komisji Europejskiej. Bo wbrew obiegowym opiniom nie jest to środek wczesnoporonny, ale przydatny choćby w przypadku, gdy klasyczne sposoby (np. prezerwatywa) zawiodą.

Jednak zespół z Ministerstwa Zdrowia i Rządowe Centrum Legislacji pracują nad „wszelkiego rodzaju zabezpieczeniami prawnymi”, które m.in. mają ograniczyć dostępność tabletki EllaOne ze względu na wiek.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s