Dzień po (31.01.15)

 

„Za wizytę ginekologa płacę 400 zł. Ale nie mam wyjścia”. Pigułka „dzień po” na receptę [WASZE HISTORIE]

Aneta Bańkowska, 30.01.2015
Apteka

Apteka (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Choć pigułkę „dzień po” można już kupić bez recepty, nie milkną głosy, że zmiana przepisów była błędem. Nasze rozmówczynie przekonują, że jest inaczej i na dowód opowiadają swoje historie. – Miałam 18 lat, utrzymywali mnie rodzice. Nie miałam pieniędzy na prywatną wizytę – wspomina Ania. Inna czytelniczka, Zuzanna, za receptę musiała zapłacić 400 zł. Ale i tak nie mogła jej zrealizować.
W zeszłym tygodniu wiceminister zdrowia Igor Radziewicz oświadczył, że pigułka „dzień po” będzie dostępna w Polsce bez recepty dla osób, które ukończyły 15. rok życia. Nowy status preparatu ellaOne został też już wpisany do systemu komputerowego, z którego korzystają aptekarze.

Choć nowe przepisy już funkcjonują, nie milką głosy, że wprowadzone zmiany nie są bezpieczne dla zdrowia kobiet. Tak brzmi chociażby stanowisko prezydium Naczelnej Rady Aptekarskiej, która przekonywała, że tabletki powinny być wydawane wyłącznie na receptę. Zdaniem Rady wypisanie druczku powinno też poprzedzić badanie lekarskie.

Poniższe historie to relacje kobiet, które jeszcze przed zmianą przepisów próbowały zdobyć receptę na antykoncepcję awaryjną. W obu przypadkach o jej zdobyciu zadecydowało szczęście – 24 godziny (czas, w którym działanie preparatu jest najskuteczniejsze) to często zbyt krótko, by dostać się do lekarza.

Zuzanna: średniej wielkości miasto na zachodzie Polski

Wypadek po imprezie – prezerwatywa pękła. Szybko wyliczyłaś, że teraz akurat masz dni płodne. Wolisz nie ryzykować, nie chcesz być w ciąży. Więc jedziesz.

Ginekologów masa, ale nie w weekend. W twojej przychodni włącza się sygnał faksu, w jedynym w mieście szpitalu recepcjonistka każe jechać na SOR i czekać. Odkładasz tę opcję na potem. Pogotowie? Masz tam znajomego lekarza, ale on też był na tych urodzinach. Dziś nie pracuje. Koleżanka dermatolożka? Na wakacjach.

Co robisz? Piszesz esemesy do koleżanek. Dwie podają komórki do swoich lekarzy, ale – fatum – nie odbierają. W końcu dostajesz numer. Ginekolog – najdroższy w mieście – wypasiony sprzęt, przeszczepione włosy. Masz wyjście? Nie masz. Dzwonisz, umawiasz się.

400 zł w nowiutkich banknotach prosto z bankomatu

Podjeżdżasz pod wskazany adres. Gabinet mieści się w prywatnym domu – gabinet jest nieczynny, lekarz w szlafroku uchyla Ci drzwi. „Pani wypełni sobie swoje dane sama” – mówi, wręczając papierek. 400 zł dostaje w ośmiu nowiutkich banknotach po 50 zł, prosto z bankomatu.

Aptek bez liku, dwie-trzy na ulicach w centrum. Czynnych jak na lekarstwo w niedzielę rano. Wsiadasz w auto i jeździsz. Kilka trefnych adresów już masz na swojej krótkiej liście – w jednej farmaceutka nie zrealizowała recepty na pigułki, bo była nieważna jeden dzień. – Trzeba było pilnować terminów, jak się chce kupować TAKIE leki – usłyszałaś. Pod innym adresem za ladą stoi koleżanka mamy. Masz 27 lat, ale ona ciągle się dziwi, że uprawiasz seks. – Ty? Takie tabletki? – rzuciła, gdy przyszłaś z receptą na pigułki antykoncepcyjne. Więcej tam się nie pojawiasz.

Dodzwaniasz się w końcu do dyżurnej apteki i pytasz, czy pigułka, którą masz na swojej drogocennej recepcie, jest. W słuchawce cisza. – Nie mam – rzuca farmaceutka i mówi, że wszedł klient.

„Przez ten stres na pewno nie będzie ciąży… Ale dni płodne to dni płodne”

I znów esemesy – szybka rewizja, kto ma rodzeństwo pracujące w aptece. Jest siostra Bartka. Pracuje w mieście oddalonym o 40 km. Co robisz? Dzwonisz. Czy apteka czynna? Czy będą mieli środek, którego szukam. Mają, ale apteka nieczynna. Klucze ma szefowa. Nie otworzy w niedzielę. Mówisz, jaki jest problem, dziewczyna rozumie. Ale nie pomoże, bo jak.

Tracisz nadzieję, myślisz: przez ten stres to na pewno ciąży nie będzie. Potem, że jednak dni płodne to dni płodne. Patrzysz na receptę i się wkurzasz.

Oddzwania siostra – ma koleżankę, która ma na czarną godzinę lek z Egiptu – tam wszystko można kupić bez recepty, i to o wiele taniej niż w Polsce. Są jak u nas, tylko czasem w innych opakowaniach. Masz wyjście? Nie masz. Jedziesz, płacisz, zażywasz. Masz pewność? Nie masz żadnej. Recepty nie realizujesz nigdy. PS Ciąży nie było.

Ania: Miałam 18 lat. Nie było mnie stać na prywatną wizytę

Ani „wpadka” przydarzyła się na kilka miesięcy po 18. urodzinach. Dopiero rozpoczynała życie seksualne; prezerwatywa pękła za jednym z pierwszych razów. Podobnie jak w poprzedniej historii, sytuacja miała miejsce tuż przed weekendem. Co gorsza, to nie było duże miasto, ale miasteczko, w którym wszyscy się znają.

– W moim mieście był tylko jeden ginekolog, który oczywiście nie przyjmował w weekendy. O prywatnej wizycie mogłam zapomnieć z dwóch powodów: po pierwsze, nigdzie w okolicy nie było takiej przychodni, a po drugie – nie było mnie na nią stać. Utrzymywali mnie rodzice, nie chciałam im opowiadać o całej sytuacji. Nie mogłam do nich pójść i poprosić o 150 zł ot tak, bez wyjaśnienia, na co są mi potrzebne pieniądze – tłumaczy Ania.

Chłopak Ani również nie miał doświadczenia w takich sytuacjach, więc nie mógł służyć radą, co powinna zrobić. Posłużył za to pieniędzmi – dzięki nim miała za co kupić lek. Pozostał tylko największy problem – skąd wziąć receptę.

Rodzice znajomych byli lekarzami. Ale nie mogli załatwić recepty

– Zaczęłam szperać w internecie. Sprawdzałam, czy tabletkę można kupić na jakiejś aukcji, oczywiście od osoby, jeśli taką znajdę, z okolicy. Nic nie znalazłam. W końcu zwróciłam się do znajomych, których rodzice byli lekarzami. Pytałam, czy mogą pomóc. Nie mogli załatwić mi recepty, sami wstydzili się o coś takiego prosić. Ale udzielili najcenniejszej wskazówki – mogę ominąć gorączkowe poszukiwanie ginekologa i zwrócić się pierwszego kontaktu – opowiada Ania.

Umówienie się na wizytę do lekarza pierwszego kontaktu nie było już takim problemem. Wizyta odbyła się w sobotę. – Nie było komentarzy ani pouczeń. Powiedziałam, co się stało i poprosiłam o receptę. W ciszy zaczekałam na jej wypisanie. Oczywiście wstydziłam się jak nigdy w życiu. I bałam, bo lekarz dobrze mnie znał, znał też moich rodziców. Tak to właśnie wygląda w małych miasteczkach – mówi Ania. I dodaje: – Kiedy już wyszłam z gabinetu, byłam szczęśliwa jak nigdy. Oczywiście czaiłam się przed apteką dłuższy czas, czekając aż będzie pusta. Nie mogłam ryzykować, że odbierając pigułkę kogoś spotkam. Udało się.

Jak po latach Ania patrzy na to doświadczenie? – Dziś mieszkam w Warszawie, z takimi rzeczami nie ma tu problemu. Ale współczuję wszystkim dziewczynom w małych miejscowościach, które musiały przeżywać coś podobnego. Założę się, że wiele z nich mogło zwyczajnie się poddawać w takich sytuacjach i – czy to z braku dostępu do lekarza, czy z powodu wstydu – rezygnowało z „walki” o pigułkę „po”. Wierzę, że wiele z nich, gdyby mogło dostać tabletkę bez recepty, nie zachodziłoby w niechcianą ciążę – stwierdza Ania.

Monika nie chce dziecka. Ale w długi weekend przychodnie są zamknięte

Trwa sierpniowy długi weekend, cała Warszawa opustoszała. W dodatku są wakacje – wiele prywatnych gabinetów lekarskich jest zamkniętych, państwowe przychodnie też pracują na pół gwizdka. Wiadomo, urlopy.

Z partnerem zawsze się zabezpieczamy, ale tym razem coś idzie nie tak. Pęka prezerwatywa. Nie chcemy dziecka, więc zaczynamy wyścig z czasem. Mamy 24 godziny na zdobycie tabletki „po”, bo jej skuteczność jest największa właśnie podczas pierwszej doby.

Mamy pecha – jest piątek wieczór, więc mogę się zgłosić albo na szpitalny SOR, albo do poradni nocnej pomocy lekarskiej. Dzwonię na izby przyjęć kilku placówek, ale nikt nie odbiera. Wreszcie w jednym ze szpitali ktoś podnosi słuchawkę. Wyjaśniam, o co chodzi.

Recepcjonistka po chwili zastanowienia odpowiada, że może któryś z lekarzy wypisze receptę, ale muszę mieć ubezpieczenie. Nie mam go przy sobie, więc odpuszczam. Optymistycznie zakładam, że lepiej zgłosić się do szpitala rano albo pójść na prywatną wizytę, niż czekać przez kilka godzin na SOR-ze bez pewności, że uda się coś załatwić.

Lekarz obiecuje, że przyjedzie do gabinetu. Potem nie odbiera telefonu

Następnego dnia znajduję w internecie stronę z numerami do ginekologów, którzy na pewno przepiszą pigułkę. Zaczynam dzwonić, ale albo nikt nie odbiera, albo numery okazują się być nieaktualne. Poddaję się i dzwonię do prywatnej przychodni. Jest sobota, więc lekarz przyjmuje tylko do 13… i do tego ma komplet pacjentów. Mogę przyjechać, ale nie mam gwarancji, czy mnie przyjmie.

Zanim zadzwonię do kolejnych klinik, wybieram jeszcze numer do ginekologa, który przyjmuje niedaleko domu. Oczywiście ma wolny weekend, ale też blisko do gabinetu – obiecuje, że specjalnie dla mnie przyjedzie tam na chwilę. Umawiamy się na 16. Jestem spokojna, oddycham z ulgą, że sprawa jest załatwiona.

O 16.15 zaczynam dzwonić do lekarza. Nie odbiera, później wyłącza telefon. Czekam kolejne pół godziny i wiem, że się nie pojawi. Prywatna przychodnia jest już nieczynna, więc dzwonię do pobliskiego szpitala. Recepcjonistka kieruje mnie na dyżur świątecznej pomocy lekarskiej w placówce obok. Dzwonię. W tle słyszę rozmowę dyżurnej i lekarki. Niechętnie mówi, że wypisze receptę.

„Jeśli ktoś nie może wytrzymać, to niech wypije szklankę wody”

Jadę do przychodni. Dyżurna internistka w gabinecie każe mi pokazać dowód osobisty. Chce sprawdzić, czy na pewno jestem pełnoletnia (byłam, i to od kilku lat). Później robi wyrzuty, że jeżeli „ktoś nie może wytrzymać i się nie zabezpiecza, to niech wypije szklankę wody zamiast iść do łóżka”. W obcesowy sposób tłumaczy mi też, że jeśli nie chce się mieć dzieci trzeba stosować środki antykoncepcyjne. Nie kłócę się z nią, bo boję się, że nie wypisze druczku. Na koniec muszę jeszcze wysłuchać wykładu o tym, jakie spustoszenie w moim organizmie wywoła tabletka. Jest też pouczenie, że TAKICH SUBSTANCJI nie można łykać TAK CZĘSTO (to mój pierwszy raz). Mijają długie minuty. W końcu dostaję receptę i wychodzę.

Imiona bohaterek zostały zmienione.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s