Grecja (29.01.15)

Grecja odkręca reformy

Michał Kokot, 29.01.2015
Nowy premier Grecji Aleksis Tsipras z członkami swojego rządu przed siedzibą parlamentu w Atenach

Nowy premier Grecji Aleksis Tsipras z członkami swojego rządu przed siedzibą parlamentu w Atenach (Lefteris Pitarakis / AP (AP Photo/Lefteris Pitarakis))

Nowy rząd populistów Aleksisa Tsiprasa wstrzymuje prywatyzację, zapowiada podwyższenie płac i świadczeń, a nawet likwiduje barierki przed parlamentem. Inwestorzy w pośpiechu wycofują z kraju swój kapitał.
Zaledwie trzy dni po wyborach zmiany w Grecji przebiegają błyskawicznie. Aleksis Tsipras, lider zwycięskiej lewicowej SYRIZ-y, ogłosił zawiązanie koalicji z prawicową populistyczną partią ANEL już w poniedziałek rano. Dzień później zaprzysiężony został jego rząd, a w środę zapadły pierwsze kluczowe decyzje. Są całkowicie sprzeczne z ustaleniami poprzedników z tzw. trojką (Europejski Bank Centrlany, Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy), która pożyczyła Grecji 240 mld euro na ratowanie państwa przed bankructwem.

Nowy gabinet zapowiedział całkowite wstrzymanie prywatyzacjii. Wbrew uzgodnieniom z „trojką” nie zostanie sprzedanych 14 lotnisk ani żaden z portów morskich, w tym największy w Pireusie. Chińscy inwestorzy byli gotowi zainwestować w niego 320 mln euro.

W Grecji ma wzrosnąć również płaca minimalna, co ogłosił minister pracy Panagiotis Skourletis – która wyniesie 751 euro (obecna to 586 euro), czyli tyle, ile przed wybuchem kryzysu. Natomiast inny członek gabinetu Tsiprasa, szef MSW Giorgos Katrougalos, potwierdził przedwyborcze deklaracje SYRIZ-y o tym, że wkrótce rząd przywróci wszystkich zwolnionych urzędników państwowych. Ilu ich jest, dokładnie nie wiadomo, ale tylko w ubiegłym roku pracę straciło 9,5 tys. osób. Wrócić ma również wypłata „trzynastki” dla „najsłabiej zarabiających pracowników”.

Inwestorom na wieść o deklaracjach rządu Tsiprasa włos się jeży na głowie. W środę grecka giełda straciła 8,5 proc. Dzień wcześniej, gdy został ogłoszony skład rządu – 4 proc. Analitycy głowią się, czy ogłoszone przez Tsiprasa decyzję są już pewne, czy to jednak tylko dalszy element zagrywki przed negocjacjami z „trojką”. Termin programu pomocowego dla kraju upłynie pod koniec lutego. Jeśli Grecja za miesiąc nie znajdzie dodatkowych pieniędzy, państwo może stanąć ponownie w obliczu bankructwa.

W piątek do Aten ma przyjechać szef eurogrupy Jeroen Dijsselbloem, który już ostrzegł Tsiprasa, że „przynależność do strefy euro oznacza respektowanie wszystkich podjętych wcześniej zobowiązań”. Ale szef SYRIZ-y podkreśla, że nie zamierza wracać do ustaleń poprzedników, które nazywa „polityką poddaństwa”. Swoim ministrom oznajmił zaś: – Radykalnie zmienimy politykę i zarządzanie państwem prowadzone przez poprzedników.

Cała jego dotychczasowa polityczna kariera oparta jest na buncie. Sprzeciw, strajki, obywatelskie nieposłuszeństwo wychodziły mu jak dotąd najlepiej. Od lat występuje jako trybun ludowy, jedną z jego ostatnich decyzji było zlikwidowanie barierek przed parlamentem, by „władza była bliżej ludzi”.

Odmawia zakładania krawata, podkreślając, że nie jest członkiem establishmentu. Potrafi porwać tłumy, co wielokrotnie udowodnił w trakcie kampanii wyborczej. Dostawał niekończące się owacje, gdy najpierw grzmiał, że zrobi porządek z oligarchami, a zaraz później dodawał, że „zwróci Grecję ludowi pracującemu”. Odchodzący premier i lider konserwatywnej Nowej Demokracji Antonis Samaras nie wytrzymał z nim konkurencji. Dosłownie – w ostatnim dniu kampanii zupełnie stracił głos. Na tle 41-letniego Tsiprasa (jest najmłodszym premierem Grecji od 1865 r.) Samaras od dawna wypadał jak relikt minionej przeszłości.

Urodzony cztery dni po upadku rządów wojskowej junty w 1974 r. Tsipras swoją karierę polityczną zaczął znacznie wcześniej niż inni. Gdy skończył 15 lat, wstąpił do młodzieżówki komunistów. Rok później dowodził już strajkiem okupacyjnym w swojej szkole średniej, gdzie poznał żonę. Wówczas sprzeciwiali się planowanej reformie edukacji. – Chcemy w pewnym momencie sami oceniać, czy możemy przejść do następnej klasy – tłumaczył w 1990 r. w studiu telewizyjnym.

W latach 90. w Greckiej Partii Komunistycznej, w której wciąż panowały stalinowskie nostalgie oraz resentymenty za powrotem ZSRR, doszło do rozłamu. Mniej radykalni członkowie stworzyli Synaspismós. Tsipras, wówczas student inżynierii lądowej, przeszedł do nowej partii. I szybko w niej awansował lub – jak twierdzi Takis Pappas w książce „Populizm i kryzys polityczny w Grecji” – zrobił „typową karierę aparatczyka”.

Najpierw awansował na sekretarza politycznego młodzieżówki Synaspismós i członka komitetu centralnego partii, do której w 2004 r. dołączyły rozmaite ugrupowania skrajnej lewicy: maoistów, ale też zielonych i alterglobalistów. Tak powstała koalicja radykalnej lewicy SYRIZA, której kuźnią kadr była i zachowała w niej największe wpływy Synaspismós.

Gwiazda Tsiprasa rozbłysła w 2006 r., gdy w wyborach na burmistrza Aten niespodziewanie zajął trzecie miejsce i zdobył 10,5 proc. głosów. Dwa lata później dzięki protekcji ówczesnego szefa Alekosa Alavanosa, który widział w nim swojego następcę, był już szefem Synaspismós i SYRIZ-y. Koalicja ugrupowań, której przewodził, nie była jednak w stanie wypracować żadnego programu politycznego. – Nie będę ukrywać. Nie jesteśmy gotowi i nie mamy na razie nic do zaproponowania – mówił zimą 2008 r. dziennikarzom.

Rok później jego partia dostała ledwie 5 proc. głosów w wyborach parlamentarnych. Dopiero w 2012 r. na fali kryzysu SYRIZA odbiła się od dna i zajęła drugie miejsce z wynikiem 16,8 proc. – W odróżnieniu od innych partii jej politycy nie byli uwikłani w żadne skandale korupcyjne. Hasła SYRIZ-y, która domagała się podwyżek pensji i świadczeń dla coraz szybciej popadającego w biedę społeczeństwa, trafiły na podatny grunt – mówi „Wyborczej” Eleni Panagiotarea z ateńskiego think tanku Eliamep.

Najmłodszy syn Tsiprasa nazywa się Ernesto, po Ernesto „Che” Guevarze – słynnym argentyńskim rewolucjoniście, który jednak nigdy nie potrafił wziąć na siebie odpowiedzialności rządzenia.

Dla „Wyborczej”

Takis M. Pappas, prof. Uniwersytetu Macedonii w Salonikach

Grecy dali czerwoną kartkę politykom PASOK-u i Nowej Demokracji, którzy rządzili Grecją przez ostatnie cztery dekady i uwikłani są w rozmaite skandale korupcyjne. SYRIZA nie jest zaś skompromitowana w oczach greckich wyborców, ale po niej zostanie już tylko neonazistowski Złoty Świt i komuniści.

Od 1974 r., po upadku wojskowej junty, w Grecji liczył się tylko populizm. Pozornie ma on maskę liberalnej Nowej Demokracji i socjalistycznego PASOK-u, w rzeczywistości obydwu partiom nie chodziło o nic innego jak tylko o zaspokajanie konsumpcyjnych oczekiwań wyborców i potrzeb partyjnych. Efektem tego jest wysokie zadłużenie kraju i niska efektywność w gospodarce. Rządzącym nigdy nie chodziło o reformy.

SYRIZA jest przykładem partii antysystemowej, „demokracji nieliberalnej”. Takie partie są również we Francji, na Węgrzech, w Holandii, Portugalii czy Hiszpanii. Nieliberalna demokracja i populizm właśnie przeżywają w Europie swój rozkwit.

NOT. MIH

Zobacz także

wyborcza.pl

NOWY MINISTER FINANSÓW GRECJI: TUTAJ KAŻDY JEST DŁUŻNIKIEM. CHCEMY TO ZMIENIĆ

MÓWI YANIS VAROUFAKIS, 28.01.2015

To nie o kłopoty samej Grecji chodzi, ale systemowy kryzys w Europie.

Michał Rozworski: Wiem, że to właściwie niewyczerpany temat, ale jak się przedstawia bieżąca sytuacja gospodarcza Grecji?

 

Yanis Varoufakis: W skrócie: każdy jest czyimś dłużnikiem i nikt nie może zapłacić. Banki bankrutują, zalegają państwu, sobie nawzajem i bankom zagranicznym. Obywatele są zadłużeni w bankach i u państwa. Państwo wisi pieniądze wszystkim. Mamy do czynienia z potrójną niewypłacalnością: zrujnowanymi bankami, zrujnowanym państem i zrujnowanym sektorem prywatnym. Istnieją oczywiście, jak wszędzie indziej, tak zwane „kieszenie bogactwa”, gdzie wszystkim wiedzie się dobrze. Ci mają pieniądze w Szwajcarii, w londyńskim City, na Wall Street i we Frankfurcie, a nawet trochę pieniędzy w greckich bankach. Ogólnie sytuacja jest taka, że – mimo pewnego odbicia w zeszłym roku, które jednak nie przedkłada się na zarobki – gospodarka jest na równi pochyłej. To musi napawać wszystkich obawami.

 

Ale mimo wszystko wspomina pan o pewnym odbiciu. To interesujące. Wszystko to wygląda trochę jak odwrócenie sytuacji z 2012 roku – z jednej strony wskaźniki ekonomiczne mówią o minimalnej poprawie, jeśli to słowo w ogóle do Grecji pasuje; z drugiej społeczeństwo wydaje się mniej podatne na zewnętrzą i wewnętrzną presję. Co się stało, że teraz SYRIZA może wygrywać wybory?

 

Po pierwsze, SYRIZA dojrzała w ciągu ostatnich dwóch lat, nie ma co do tego wątpliwości. To musiało także ośmielić jej elektorat. Po drugie, co być może nawet ważniejsze, jest już zupełnie jasne, że cała ta opowieść o „greckim ożywieniu gospodarczym” [Greek-covery] to niezła ściema. To była propagandowa bańka, która musiała w końcu prysnąć. A Greczynki i Grecy są już tym zwyczajnie zmęczeni.

 

Jechałem ostatnio taksówką, kierowca rozpoznał mnie jako kandydata w wyborach i mówi:

 

„Grecy dzielą się na dwie kategorie. Są ci, którzy boją się o to, co im jeszcze zostało. Reszta ma już wszystko gdzieś, chcą tylko zagłosować tak, żeby pokazać światu, że mamy dość tego błędnego koła”.

 

Powiedzmy, że SYRIZA wygra [rozmowa odbyła się 21 stycznia – przyp.red]. Jakie będą najważniejsze zadania dla jej potencjalnego ministra finansów w ciągu najbliższych miesięcy czy roku?

 

Trzy rzeczy. Pierwszą z nich jest przeprowadzenie rzetelnych i twardych negocjacji z naszymi partneremi w Europie, Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Europejskim Bankiem Centralnym, aby zrewidować niedorzeczności zobowiazania, na które Grecja zgodziła się wobec swoich wierzycieli. Zadanie numer jeden to ich renegocjacja, ujmując to wprost.

 

Zadanie numer dwa to odpowiedź na grecki kryzys humanitarny. Tak naprawdę potrzebna jest niewielka suma, by nakarmić głodnych, uwolnić dzieci do odrabiania lekcji przy świecach, zająć się najsłabszymi i najbardziej wrażliwymi ofiarami tego kryzysu.

 

Zadanie numer trzy to zapewnienie, by stałe przychody państwa nie ucierpiały w wyniku jakiejś formy strajku tych, którzy podatki tu jeszcze płacą.

 

Jak realistyczny jest ostatni punkt? Jak można naciskać na płacenie podatków? I po jakie środki mogą sięgnąć ci, którzy chcą zablokować ten program?

 

Pogróżki od oligarchów, którzy czują się wyjątkowo niepewnie z perspektywą rządów SYRIZY, dostajemy już teraz, zanim jeszcze ten rząd w ogóle mógł powstać. Groźby trafiają do naszego politycznego przywództwa, do nas samych, do naszych rodzin. Nie ma wątpliwości, że kleptokracja będzie zaciekle walczyć przeciwko wstępującemu rządowi SYRIZY, którego podstawowym zadaniem będzie przeprowadzenie reform z prawdziwego zdarzenia.

 

Mówiąc „prawdziwe reformy”, mam na myśli ten niemoralny trójkąt między spółkami i podwykonawcami sektora państwowego, bankami – to jest: zrujnowanymi bankierami żyjącymi z pożyczek państwa i pieniędzy wyciągniętych z kieszeni bezbronnego podatnika – oraz mediami, z których wszystkie zbankrutowały, ale żyją jako zombie, podtrzymywane w tym stanie przez banki-zombie, które dają im pieniądze z bailoutowych pożyczek. Ten trójkąt chce nas dorwać, więc dla nas też jest jasne, że musimy wypowiedzieć mu wojnę w pierwszy poniedziałek po wygranych wyborach.

 

Co więc sytuacja Grecji oznacza dla Europy, szczególnie jeśli chodzi o narzędzia gospodarcze i politykę ekonomiczną, narzucone przecież na poziomie instytucji europejskich?

 

Przypomnę na początku, że Grecja była ostrzeżeniem przed katastrofą.

 

W 2010 roku byliśmy najsłabszym ogniwem systemu, ale gdyby nas nie było w strefie euro, ktoś inny zamiast nas znalazłby się w tej sytuacji. Bo to nie o kłopoty samej Grecji chodzi, ale systemowy kryzys, którego Europa dalej nie chce uznać.

 

Społeczne koszty tej odmowy uznania problemu są wielkie i cały czas rosną. Nie ma więc znaczenia, czy to grecki, irlandzki czy francuski premier będzie musiał stanąć jako następny przed Komisją Europejską czy innym zgromadzeniem przywódców Europy i powiedzieć: „Nie, nie zgadzamy się na spłacanie długu na takich warunkach, do tego ze środków, które polityka oszczędności i cięć jeszcze bardziej obcina, czyniąc go niespłacalnym”.

 

Potrzeba nam rozsądnej dyskusji w Europie o problemach, które sami stworzyliśmy w strefie euro, czyli unii monetarnej niezdolnej do odpowiedzi na kryzys lat 2008-2009. Negowanie tego faktu przybrało w końcu formę układu z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i pierwszego bailoutu Grecji w roku 2010. Powstał schemat, który stosowano później w kolejnych państwach. To podejście poniosło sromotną porażkę. Podejmijmy więc rozmowę na nowo, zamiast naciskać, że mamy zobowiązania sprzed lat, które właśnie teraz należy spłącać. Dziś nie ma na to szans, tak jak w 1919 nie było szans na realizację traktatu wersalskiego.

 

Mówi pan o porozumieniach, ale czy przyszłość Grecji leży w strefie euro czy raczej poza nią?

 

Jesteśmy przekonani, że nasze miejsce jest w Europie i szukamy rozwiązań dobrych tak dla Europy, jak i dla Grecji.

 

Naszym zdaniem podział strefy euro czy podział Unii – cokolwiek myślimy o historii czy konstrukcji strefy euro i UE – byłby jednoznacznie szkodliwy dla każdego europejskiego narodu i światowej gospodarki.

 

Nie zapominajmy, że sama UE wciąż nie wyczołgała się z dołka, w którym znalazła się po zapaści w 2008. Europa to jedna trzecia światowej gospodarki i właśnie się chwieje. Eksportuje deflację do reszty świata: Chiny zwalniają, a USA robią, co mogą, żeby utrzymać swój quasi-wzrost. A Europa może jeszcze całej gospodarce światowej zadać poważny cios. Zrobiliśmy to przecież dwukrotnie w ostatnim stuleciu. Czas z tym skończyć.

 

Grecja to promyk nadziei na to, że w końcu zaczniemy rozmawiać o gospodarce. Nie mamy zamiaru nikomu nic narzucać, chcemy jedynie uchylić drzwi, przez które uda się również prześlizgnąć reszcie koleżanek i kolegów w Europie, wejść do jednego pokoju i odbyć rzetelną rozmowę o tym, co się dzieje. A tego nam przez cały czas odmawiano.

 

21 stycznia 2015 r.

 

 

Przeł. Jakub Dymek. Rozmowa ukazała się na blogu Political Eh-Conomy. Wywiad publikujemy za zgodą autora. Zapis rozmowy w języku angielskim ukazał się także na stronach Ricochet.

 

Yanis Voroufakis – ekonomista, przedsiębiorca, od 27 stycznia 2015 Minister Finansów Grecji z ramienia SYRIZY. Jego książka o kryzysie finansowym i długu „The Global Minotaur” (wyd. Zed Books 2011) została przełożona na pięć języków, jest także autorem m.in podręcznika „Modern Political Economics” i wydanej nakładem Routledge „Economic Indeterminacy”. Prowadzi bloga pod adresem http://yanisvaroufakis.eu/. 

 

Michał Rozworski – dziennikarz, współpracownik magazynu Ricochet, mieszka w Vancouver. Prowadzi bloga o ekonomii politycznej Political Eh-Conomy

 

 

Dziennik Opinii o zwycięstwie Syrizy w wyborach w Grecji:

Igor Stokfiszewski: Nadzieja jest mistrzem z Grecji

Ula Lukierska, Michał Sutowski: Kto się boi Syrizy?

Jakub Majmurek: Syriza: ze skłotów i fakultetów do władzy

Krytyka Polityczna

Ogórek prawa nie napisze

Jan Widacki, 29.01.2015
Magdalena Ogórek

Magdalena Ogórek (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Zapowiedziane przez Magdalenę Ogórek „pisanie prawa od nowa” to zadanie niewykonalne, nawet gdyby została wybrana na prezydenta, powołana na urząd premiera i osobiście obsadziła w Sejmie wymaganą do zmiany konstytucji większość
Wśród wielu zdumiewających propozycji zawartych w „credo” kandydatki SLD na urząd prezydenta RP pani doktor Magdaleny Ogórek znalazła się i taka, która dotyczy zmiany prawa. Oczywiście prawo należy ulepszać, dostosowywać do zmieniających się warunków. Wiele jest tu zapewne do zrobienia i duża w tym może być rola prezydenta. Rzecz w tym, że p. Ogórek chce prawo napisać od nowa. Rzeczywiście propozycja to śmiała. Czy potrzebna? I czy wykonalna?Jestem pewien, że kandydatka na urząd prezydenta nie wie, co mówi. Wyjaśniając najprościej: system prawa w państwie stanowi pewną całość, uporządkowaną hierarchicznie od konstytucji poprzez ustawy aż po akty wykonawcze. Te ostatnie nie mogą być sprzeczne z ustawami, ustawy nie mogą być sprzeczne z konstytucją. Nie mogą być też wewnętrznie sprzeczne i sprzeczne między sobą. W państwach należących do UE regulacje prawne nie mogą być dodatkowo sprzeczne z regulacjami obowiązującymi w Unii. System prawny nie powinien posiadać luk i tak dalej.Tego się nie da zrobić

Jeśli chce się prawo pisać od nowa, to trzeba zacząć od konstytucji. Później należałoby napisać kilka tysięcy nowych ustaw (w tym kilka kodeksów), a na podstawie nowych ustaw kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy rozporządzeń. To zadanie pisania prawa od nowa wedle zapowiedzi p. Ogórek miałaby wykonać komisja kodyfikacyjna powołana przy prezydencie.

Nie wiem, czy kandydatka na urząd prezydenta wie, że kadencja prezydenta w Polsce trwa (na razie, na podstawie starego prawa) jedynie pięć lat. W tym czasie opracowanie takiej liczby projektów aktów prawnych jest po prostu nierealne.

Poza tym prezydent (wciąż wedle starego prawa) nie jest monarchą absolutnym, a w zakresie tworzenia prawa ma jedynie inicjatywę ustawodawczą i prawo weta. Ustawy uchwala w Polsce (wciąż wedle starego prawa) parlament. Nawet mając sejmową większość, nie uda się w ciągu dwóch kolejnych kadencji przeprowadzić przez parlament tysięcy nowych ustaw, dbając o to, by nie pozostawały one w sprzeczności ze starymi, które jeszcze nie straciły mocy obowiązującej.

Uchylenie ustawy powoduje z zasady, że tracą moc wszystkie rozporządzenia wydane na jej podstawie. Utrata w jednym czasie mocy obowiązującej przez setki rozporządzeń spowodowałaby absolutną anarchię w państwie, sparaliżowała administrację, życie gospodarcze, służbę zdrowia, edukację, ochronę bezpieczeństwa i wszelkie inne dziedziny życia społecznego i państwowego, stan nie do zniesienia dla ludności.

Krótko mówiąc, zapowiedziane „pisanie prawa od nowa” byłoby zadaniem niewykonalnym, nawet gdyby Magdalena Ogórek została wybrana równocześnie na prezydenta, powołana na urząd premiera i osobiście obsadziła w Sejmie wymaganą do zmiany konstytucji większość, a przy tym zawładnęła w Polsce opinią publiczną i uzyskała poparcie liderów związków zawodowych. Na razie kandyduje raczej bez szans na urząd prezydenta, a wspierająca ją siła polityczna w sondażach otrzymuje 8-10-proc. poparcie.

Czy prawo może być proste

Przy okazji zapowiedzi o „pisaniu prawa od nowa” Magdalena Ogórek wypowiedziała kilka złotych myśli godnych przeanalizowania. Twierdzi na przykład, że „prawo musi być proste dla obywatela, a nie palestry”. Zacznijmy od przypomnienia, „palestra” w języku polskim znaczy „ogół adwokatów”. Zatem, kandydatka na urząd prezydenta dokonała podziału dychotomicznego społeczeństwa: na obywateli i adwokatów. Zakłada, że może być tak, że adwokaci (i tylko oni) rozumieją prawo, a nie są w stanie zrozumieć go pozostali obywatele. A gdzie sędziowie, prokuratorzy, notariusze, urzędnicy administracji? Czy rozumieją prawo tak jak adwokaci, czy nie rozumieją, podobnie jak reszta obywateli? Nie ma tu jasności.

Inna złota myśl: „jeśli obywatel nie jest w stanie zrozumieć prawa, to znaczy, że jest ono źle napisane”. Myślę, że przyczyn niezrozumienia prawa może być więcej, niż ogarnia wyobraźnia kandydatki na urząd prezydenta. Taką przyczyną co najmniej równie często może być np. brak elementarnej edukacji prawniczej w szkołach i ogólnie niska kultura prawna społeczeństwa. Może by raczej próbować zdziałać coś w tej dziedzinie?

Tęsknota do prawa, które w jasny i przejrzysty sposób zostanie spisane na dwunastu tablicach i umieszczone na rynku, jest nieco spóźniona. Było to jeszcze możliwe dwa i pół tysiąca lat temu. Dziś już nie jest. Nie przez przewrotność palestry i wszystkich innych prawników razem wziętych, ale przez to, że życie społeczne, gospodarcze i polityczne przez tych dwadzieścia pięć wieków niezwykle się skomplikowało. Pojawiły się też nowe, wówczas nieznane standardy praworządności, ochrony praw człowieka, których konsekwencje wymagają zabezpieczenia infrastrukturą prawną.

Innym nowszym przykładem dążenia do prawa jasnego i prostego jest unieważnienie wszelkiego prawa ancien régime’u, ogłoszenie, że salus revolutiae suprema lex (dobro rewolucji najwyższym prawem) i sprawowanie rządów, a także ferowanie wyroków na podstawie rewolucyjnego sumienia. To, jak wiadomo, zawsze jest klarowne, bo świat rewolucjonisty jest w wyrazistych czarno-białych barwach. Ale ten stosunkowo niedawny eksperyment, jak wiadomo, też się nie udał, a cena, jaką za niego zapłacono, jest ogólnie znana. Jestem pewien, że nie o ten model rewolucji prawa chodziło pani Ogórek i nie do niego tęskni.

O pływaniu w brudnej wodzie

Wygadując to wszystko, kandydatka zabezpiecza się dość prymitywnym chwytem erystycznym. Tych, którym jej absurdalne pomysły na „pisanie prawa od nowa” się nie spodobają, określa z góry jako „tych, którzy lubią pływać w brudnej wodzie” i zapowiada, że spodziewa się z ich strony agresji.

Osobiście nie przepadam za pływaniem w brudnej wodzie. Od ponad czterdziestu lat staram się uczyć studentów i nie tylko studentów rozumienia prawa. Zdarzyło mi się w różnych rolach uczestniczyć w tworzeniu tego niedoskonałego na pewno prawa. Staram się też je egzekwować jako adwokat. Wywody kandydatki na urząd prezydenta nie budzą też we mnie agresji. Raczej politowanie.

I tak sobie myślę, że miłej doktor Ogórek zrobiono niepotrzebnie krzywdę. Źle to świadczy o jej politycznym zapleczu.

Jan Widacki – profesor zwyczajny prawa, dziekan Wydziału Prawa, Administracji i Stosunków Międzynarodowych Krakowskiej Akademii im. Frycza Modrzewskiego. W latach 1989-90 – ekspert OKP, 1990-92 – wiceminister spraw wewnętrznych, 1992-96 – ambasador RP na Litwie, 2007-11 – poseł na Sejm. Autor podręczników i monografii (łącznie ok. 25), adwokat

Jeśli chce się prawo pisać od nowa, to trzeba zacząć od konstytucji. Później należałoby napisać kilka tysięcy nowych ustaw (w tym kilka kodeksów), a na podstawie nowych ustaw kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy rozporządzeń

Zobacz także

wyborcza.pl

Jacek Pawlicki: Grecja stanie się koniem trojańskim Putina w UE?

28-01-2015
ZOBACZ ZDJĘCIA »SYRIZA Grecja polityka Unia Europejska Europejski Bank Centralny Międzynarodowy Funduszu Walutowy

 fot. Panayiotis Tzamaros/NurPhoto/ZUMA Wire  /  źródło: Zuma Press

Problemy Grecji mogą rozwiązać tylko Grecy. Europa musi im w tym pomóc. Kryzysowa recepta kanclerz Merkel nie jest może idealna, ale darowanie długów to też żadne rozwiązanie.

Szanuję i rozumiem wybór Greków, ale nie cieszy mnie fakt, że w Atenach rządzi toksyczna koalicja skrajnej lewicy z narodowcami. Oba ugrupowania – poza władzą – łączy niechęć do Niemiec i Unii Europejskiej. Rozdzierana politycznymi kryzysami i liżąca rany po kryzysie finansowym UE ma dość problemów, by użerać się z eurosceptyczną Grecją.

Niepokoją mnie prokremlowskie sympatie nowego premiera Aleksisa Tsiprasa, który zaczął urzędowanie od kwestionowania z trudem uzgodnionej polityki zaostrzania sankcji wobec Rosji, wspierającej krwawą rebelię w Donbasie. Grecja z powodów historycznych zawsze była blisko Rosji. Sympatie do Moskwy można zrozumieć w kraju, który przez 400 lat pozostawał pod turecką okupacją i dla którego carska Rosja była jednym z gwarantów niepodległości w połowie XIX wieku. Trudno jednak pojąć pobłażliwość wobec polityki Putina, która ostatnio tylko kosztowała życie kilkudziesięciu cywilów.

Wyborcy radykalnie lewicowej SYRIZY manifestują wyborcze zwycięstwo

Aristidis Vafeiadakis/ZUMA Wire, Zuma Press
Wyborcy radykalnie lewicowej SYRIZY manifestują wyborcze zwycięstwo

W najgorszym ze scenariuszy rządzona przez Koalicję Radykalnej Lewicy (będącej zlepkiem komunistów, marksistów i lewaków) Grecja stanie się koniem trojańskim Putina w UE. Nie sądzę, aby tak się stało, ale nowy grecki rząd może utrudniać osiągnięcie konsensusu w polityce wobec Kremla. Nowy szef Rady Europejskiej Donald Tusk będzie miał trudny orzech do zgryzienia. Jak najszybciej powinien wybrać się do Aten i dogadać się z nowym premierem.

Po wyborczym zwycięstwie Tsipras powiedział, że Grecja wstała z kolan. I że Grekom przywrócona została nadzieja. Nadzieja – jak wiadomo – umiera ostatnia. A jeśli jej zabraknie, zostaje tylko sznur. W przypadku państwa i narodu – honorowe samobójstwo nie wchodzi w grę. Problem w tym, że nadzieja, której uosobieniem stał się Tsipras, jest złudna. Żaden z wierzycieli nie zgodzi się na umorzenie wynoszącego 240 mld euro długu, choć wielu chce rozmawiać o przedłużeniu okresu spłaty, obniżeniu oprocentowania.

George Panagakis/Pacific Press, Zuma Press
„Grecja się przeładowuje” – głosi napis na greckiej fladze zwolenników radykalnie lewicowej SYRIZY, która postuluje ograniczenie ekonomicznego zaciskania pasa narzuconego na kraj przez UE

Przyciśnięci kryzysem do muru i zmęczeni polityką zaciskania pasa Grecy wybrali człowieka, który w kampanii wyborczej obiecywał zerwać “bailoutowy” kaganiec narzucony Atenom przez UE, Europejski Bank Centralny i MFW. Owszem, w czasie kampanii złagodniał, stępił nieco ostrze krytyki, ale rozbudził oczekiwania, które niełatwo będzie spełnić. Problemy Grecji rozwiązać mogą tylko Grecy. Owszem, nie zrobią tego bez pomocy Europy, która musi wziąć pod uwagę głos protestu jakim było zwycięstwo Syrizy. Straszenie “grexitem” nic nie dało. Nie sądzę, aby Grecy wrócili do drachmy. Ale wybór na ministra finansów ciętego na Niemców “antybailoutowego” polityka Yanisa Varoufakisa to wyraźny sygnał, że Tsipras podnosi stawkę i chce utargować jak najwięcej.

Zgoda – Merkel nie ma idealnej recepty na kryzys eurolandu. Polityka zaciskania pasa nie sprawdziła się w Grecji. Czas zacząć poważną dyskusję na temat tego, co zrobić, by dyscyplina finansowa nie dusiła gospodarki. Mądre poluzowanie cugli może doprowadzić do wzrostu gospodarczego, a to warunek sukcesu. Aby rozmawiać o greckim problemie trzeba wyciszyć emocje i uzbroić się w cierpliwość. Gra na antyniemieckich resentymentach nie prowadzi donikąd. Cudu w Atenach nie będzie. Putin nie zapłaci długów Aten.

Czytaj też: Ile wynosi grecki dług i skąd się wziął?

Newsweek.pl

LULA CZY CHAVEZ?

CEZARY MICHALSKI, 28.01.2015

Najciekawsze pytanie, jakie nasuwa zwycięstwo Syrizy, znalazłem w „Financial Times”. Brzmi ono: „Lula czy Chavez?” – i oczywiście dotyczy Tsiprasa. Na początek dostaliśmy koalicję Syrizy z „Niezależnymi Grekami”, którzy uważają Żydów za ukrytych władców świata, imigrantów za podludzi „wysysających greckie bogactwo”, a UE za „Europę pedałów, która zastąpiła Europę narodów”.

 

Wiem, że w koalicji z socjaldemokratyczną To Potami Syriza miałaby nieco bardziej związane ręce w negocjacjach z Trojką, bo ta partia nie jest aż tak żarliwie eurosceptyczna. Jednak wzięcie jawnie faszyzującego sojusznika pokazuje inną linię podziału, która lewicy (jest jeszcze jakaś lewica?) powinna dać do myślenia. Ponieważ szydziłem sobie na tych łamach z potencjalnej koalicji Kaczyńskiego z Korwinem, koalicja z tamtejszymi korwinistami, zawiązana przeciwko „europejskiemu dyktatowi” przez nadzieję europejskiej lewicy także nie budzi mego entuzjazmu.

 

„Nadzieja będąca mistrzem z Grecji” (cyt. za Stokfiszewski parafrazujący Celana), jak dla mnie, wciąż ma jeszcze mocno zakwefione oblicze.

 

Do tego trzeba będzie sobie wybrać źródło nadziei spośród co najmniej dwóch różnych źródeł: Ukraina suwerenna wobec Kremla albo Grecja suwerenna wobec Brukseli. Gdyż nowy grecki rząd jest zdecydowanie prorosyjski i odciął się od wszelkich nowych sankcji, jakie UE mogłaby nałożyć na Putina, który rozpoczął nową ofensywę w Donbasie.

 

Tak samo jak nie ma międzynarodówki nacjonalizmów, nie ma też międzynarodówki „antysystemowców”. Nie ma nawet podstawowej solidarności pomiędzy nimi. No, chyba że przeciwko Weimarowi UE, przeciwko kiereńszczyźnie UE, której ja będę bronił do końca wraz z tym czy innym batalionem kobiecym. Być może dlatego grecka populistyczna lewica tak łatwo mogła się dogadać ze skrajną grecką prawicą na bazie „urażonej przez Niemcy” narodowej dumy.

 

Kto jednak na polskiej lewicy zastanawia się nad prawomocnością koalicji Tsiprasa z Korwinem? Czy wolno bowiem wątpić w nadzieję będącą mistrzem z Grecji, szczególnie w czasach, kiedy tak bardzo brakuje nam jakiejkolwiek nadziei? Sartre tłumaczył się kiedyś, że przecież nie mógł publicznie powiedzieć prawdy o stalinowskiej Rosji, gdyż największym grzechem było w jego oczach „odebranie nadziei robotnikom z Billancourt”. Tsipras nie jest Stalinem ani żaden z nas nie jest Sartre’em. Niemniej zawsze warto się zastanowić nad jakością nadziei własnej i tej, jaką chcemy proponować innym.

 

BBC4 (znów jestem „za Kanałem”) nadaje dyskusję o Grecji z udziałem Daniela Cohn-Bendita i Anne Applebaum. Applebaum uważa, że Grecy to coś w rodzaju współczesnego narodu złodziei, gdyż wybrali Syrizę, aby „nie musieć oddawać pożyczonych pieniędzy”. Cohn-Bendit ma szczęśliwie nieco bardziej skomplikowane poglądy.

 

Przypomina, że program oszczędnościowy Brukseli trudno nazwać sukcesem. Parametry makroekonomiczne nieco się poprawiły, ale pacjent – w tym przypadku Grecja – zmarł.

 

Jednak i on zwycięstwa Syrizy nie uważa jeszcze za gwarancję powrotu Grecji do życia. Mówi, że „naprawdę nic nie wiadomo”, a największym źródłem niepokoju jest dla niego właśnie ta „zbyt łatwo zawarta koalicja przeciwna naturze” pomiędzy Syrizą a partią antysemicką, antyimigracyjną, homofobiczną i ksenofobiczną.

 

Jeśli teraz Unia „poluzuje Grekom”, to i tak będzie dobrze, choć nie wiadomo, czemu nie mogła „poluzować” weimarskiej koalicji chadeków z socjaldemokratami, kiedy ta jeszcze w Atenach rządziła. Choć odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Wtedy „nie poluzowała” Grekom, bo nie musiała, tak jej się przynajmniej wydawało. Kiedy w Atenach rządzi już koalicja partii antyeuropejskich, Unia musi „poluzować”, tylko nikt nie wie, czy nie będzie to decyzja podjęta zbyt późno, aby tak bliski mi porządek weimarski (walczący nie przeciwko globalizacji, ale o jej zhumanizowanie) jeszcze w Grecji ocalić. W takich momentach spóźnienie miewa kluczową rolę polityczną. Może rozstrzygać pomiędzy ocaleniem a upadkiem jakiegoś politycznego porządku.

 

Na przykład Europejski Bank Centralny zaczął operację „luzowania ilościowego” sporo lat po tym, jak zrobiła to Rezerwa Federalna. Neoliberalna ponoć Ameryka zdecydowanie skorygowała „cykl koniunkturalny”, w ramach którego raz ludzie (nie wszyscy) mogą opływać w bogactwa, a raz (też nie wszyscy) oddawać się kanibalizmowi, gdyż „taka jest natura kapitalizmu” i „tylko komuchy mogą się przeciw tej naturze buntować” (nie tylko). Bardziej zdecydowanie niż Europa, którą wszyscy wciąż oskarżają o większy etatyzm czy wręcz o socjalizm. Jednocześnie faktem jest, że Ameryka złagodziła swój cykl koniunkturalny kosztem całego świata. Szczególnie kosztem pieniądza całej reszty świata, który to pieniądz z całego świata Ameryka na swój rynek, aby siebie ratować, ściągnęła. Po drugie, oczywiście Ameryka również w tym cyklu koniunkturalnym – podobnie jak w cyklu koniunkturalnym zakończonym kryzysem lat 30. XX wieku – okazała się wystarczająco silna, aby swój cykl koniunkturalny łagodzić kosztem całego świata.

 

Jednak tak silną uczyniła Amerykę właśnie samozagłada Europy w latach 1914–1918. Powtórzona z niezwykłym rozmachem w latach 1939–1945. Za każdym razem to amerykańscy żołnierze musieli potem instalować lub reinstalować na kontynencie europejskim „mdłe demokracje”, chadecko-socjaldemokratyczny Weimar, który wcale nie wydaje mi się gorszy i bardziej „pozbawiony nadziei” niż Chavezowska Wenezuela, Kuba czy Korea Północna. Ten Weimar osadzony w Europie dwa razy, nie bez udziału Amerykanów, był słabszy po roku 1918, silniejszy – na zachodzie kontynentu, bo wschodu już nie udało się uratować – po roku 1945. Ale czy dziś jest wystarczająco silny, by przeżyć politycznie wspólne uderzenie UKiP-u, Die Linke, Podemos, Syrizy i Niezależnych Greków? Ono bowiem nie tylko w Grecji jest wspólne, co potwierdza choćby publicznie wyrażany zachwyt Marine Le Pen zwycięstwem Syrizy (i jej koalicją z Niezależnymi Grekami).

 

„Lula czy Chavez?” – to pytanie sprowadza się do dylematu, czy Tsipras będzie negocjował wewnątrz UE, wewnątrz globalizacji, próbując ją skorygować i odnieść w niej sukces, jak to zrobił Lula. Czy też, jak Chavez, pójdzie drogą Kuby i Korei Północnej, próbując się od globalizacji uniezależnić. Z podobnymi zresztą skutkami.

 

Z drugiej jednak strony, jeśli w tej Europie, w tej wersji globalizacji, nie ma miejsca na Lulę, znaczy to, że będzie produkowała kolejnych Chavezów. A pytanie, kim okaże się Tsipras u władzy, wciąż pozostaje otwarte.

Krytyka Polityczna.pl

Nowy premier Grecji straszy inwestorów. Giełda w Atenach tonie

mk, PAP, 28.01.2015
W środę główny indeks giełdowy w Atenach tracił ponad 9 proc. To już trzeci - najpoważniejszy - dzień jego spadków.

W środę główny indeks giełdowy w Atenach tracił ponad 9 proc. To już trzeci – najpoważniejszy – dzień jego spadków. (PETROS GIANNAKOURIS/AP)

Aleksis Tsipras oświadczył w środę, że jego rząd chce wynegocjować z Unią Europejską „sprawiedliwe, trwałe i wzajemnie korzystne rozwiązanie” dotyczące spłaty ogromnego długu Grecji. Gwałtownie tanieją greckie akcje. Rośnie też wyraźnie ryzyko inwestycji w greckie obligacje.
W środę główny indeks giełdowy w Atenach tracił ponad 9 proc. To już trzeci – najpoważniejszy – dzień jego spadków. W poniedziałek, po wyborach w Grecji, które wygrała skrajna lewica, stracił 3,2 proc., a we wtorek kolejne 3,69 proc. Notowania giełdy w Atenach silnie kontrastują z nastrojami na innych giełdach w Europie. Niemiecki DAX tuż przed końcem sesji znajdował się na niewielkim plusie. Podobnie jak nasz WIG20.W środę gwałtownie rosła również rentowność greckich obligacji rządowych – przekroczyła 10,6 proc. i w ciągu minionych trzech dni zwiększyła się aż o ponad jedną czwartą. To dowód na to, że inwestorzy z coraz większą niechęcią chcą pożyczać Grekom pieniądze. Dla porównania – rentowność polskich obligacji 10-letnich była w środę na poziomie 2,03 proc.Tsipras zapowiada zmiany

Gwałtowne spadki na giełdzie i wzrost rentowności greckiego długu należy łączyć z najnowszymi wypowiedziami greckiego premiera. Nie tylko zapowiedział, że chce negocjować z Unią nowe warunki spłaty długu Grecji, ale również dodał, że jest gotów „przelać krew”, aby „przywrócić Grecji godność”.

„Wśród naszych priorytetów znajduje się przeprowadzenie renegocjacji z naszymi unijnymi partnerami w celu znalezienia sprawiedliwego, trwałego i wzajemnie korzystnego rozwiązania”, które nie doprowadzi do „katastrofalnego zerwania wzajemnych relacji” – wskazał przywódca lewicowo-populistycznej partii SYRIZA na pierwszym posiedzeniu Rady Ministrów.

Zastrzegł jednocześnie, że jego rząd nie zamierza kontynuować – jak to ujął – „polityki poddaństwa”.

Renegocjacje mają dotyczyć planu pomocowego dla Grecji oraz jej długu. SYRIZA opowiada się za „redukcją długu i zerwaniem z polityką restrykcyjnych oszczędności w celu – jak tłumaczy – rozruszania gospodarki”.

Niemcy ostrożni

Niemiecki minister gospodarki Sigmar Gabriel powiedział na konferencji prasowej w Berlinie, że Niemcy szanują demokratyczny wybór Greków dokonany w niedzielę. Podkreślił jednocześnie, że „celem jest utrzymanie Grecji w strefie euro”. Wezwał nowy rząd w Atenach, by przestrzegał „zasady sprawiedliwości” wobec tych, którzy pomogli Grecji w ostatnich latach; „wobec ludzi w Niemczech i w Europie (…), którzy okazali swą solidarność” z Grekami. „Sprawiedliwość i solidarność powinny obowiązywać obie strony” – zaznaczył Gabriel.

Pierwsze negocjacje w piątek

Za negocjacje z wierzycielami Grecji (Komisja Europejska, Europejaki Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy) odpowiedzialny jest wicepremier, ekonomista Jannis Dragasakis. Przed niedzielnymi wyborami parlamentarnymi, które przyniosły SYRIZ-ie zwycięstwo, domagał się on śledztwa, które ma wyjaśnić, dlaczego kraj musiał zgodzić się na restrykcyjny program oszczędności.

Premier Tsipras podkreślił w środę, że piątkowe rozmowy w Atenach z szefem eurogrupy Jeroenem Dijsselbloemem będą „kluczowe i produktywne”. Jednym z priorytetów będzie – jak dodał – znalezienie rozwiązania „kryzysu humanitarnego” i pomoc dla najuboższych. „Jesteśmy rządem uzdrowienia narodowego, naszym celem jest przywrócenie bezpieczeństwa i godności” krajowi – zaznaczył.

Podczas poniedziałkowego spotkania ministrów finansów państw eurolandu Dijsselbloem powiedział, że „przynależność do strefy euro oznacza, że należy respektować wszystkie podjęte wcześniej zobowiązania”.

Zobacz także

wyborcza.biz

Westerplatte, historia i Rosja. Dyskusja o pomyśle prezydenta Komorowskiego

Paweł Wroński, 29.01.2015
Uroczystości z okazji 70. rocznicy lądowania aliantów w Normandii.<br /><br />
Prezydenci Bronisław Komorowski i François Hollande na polskim<br /><br />
cmentarzu wojskowym w Urville-Langannerie, 6 czerwca 2014 r.

Uroczystości z okazji 70. rocznicy lądowania aliantów w Normandii. Prezydenci Bronisław Komorowski i François Hollande na polskim cmentarzu wojskowym w Urville-Langannerie, 6 czerwca 2014 r. (CHARLY TRIBALLEAU AFP EAST NEWS/AFP)

Tegoroczne obchody 70. rocznicy zakończenia II wojny światowej mogą się zakończyć kłótnią o jej historię.
Szef kancelarii prezydenta Putina Siergiej Iwanow nazywa chęć zorganizowania przez Polskę obchodów na Westerplatte „próbą podretuszowania historii”. Taki pomysł ogłosił w „Wyborczej” prezydent Bronisław Komorowski.Wczoraj w radiowej Trójce doradca prezydenta ds. międzynarodowych prof. Roman Kuźniar tłumaczył, że na obchody na Westerplatte ma być zaproszony przedstawiciel Rosji.Nie wykluczał, że do Moskwy na uroczystości 9 maja uda się z kolei prezydent Komorowski, ale – jak zastrzegł – będzie to uzależnione od sytuacji na Ukrainie i decyzji innych przywódców unijnych.

Oznaczałoby to, że formuła spotkania na Westerplatte wykraczałaby poza pierwotnie proponowaną formułę udziału krajów Unii Europejskiej.

„Wyborczej” prof. Kuźniar powiedział, że jego zdaniem idea prezydenta zorganizowania spotkania na Westerplatte „została ujawniona przedwcześnie”, zanim uzgodniono kwestie organizacyjne.

Urzędnicy prezydenta zastrzegają, że idea spotkania nie jest w żadnym stopniu konfrontacyjna wobec Rosji.

– Chcemy pokazać, że Unia Europejska powstała jako odpowiedź Europy na II wojnę światową i dzięki niej ostatnie 70 lat to czas pokoju na kontynencie – mówi jeden z urzędników prezydenta.

Zdaniem naszych rozmówców Komorowski jest ” bardzo zdeterminowany”, aby tego rodzaju uroczystości się odbyły i aby w ten sposób „demokratyczna Europa wspólnie uczciła tę rocznicę”.

– Jeśli sytuacja na Ukrainie się nie ustabilizuje, to trudno byłoby sobie wyobrazić, aby przywódcy europejscy świętowali pokój w Moskwie, z krajem, który prowadzi bezpardonową wojnę. Skoro nie Moskwa, to Westerplatte, gdzie się wszystko zaczęło – dodaje.

Sprawa zorganizowania obchodów zakończenia wojny – według jego relacji – była poruszana w czasie wtorkowych rozmów prezydenta Komorowskiego z prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenką i prezydentem Francji François Hollande’em, którzy brali udział w 70. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu Auschwitz.

Rezultat tych konsultacji jest nieznany. Powiedziano nam, że na razie „nie wszyscy europejscy partnerzy są przekonani do polskiego pomysłu, choć jesteśmy dopiero na początku drogi”.

Wiadomo, że na Westerplatte będzie chciał przyjechać prezydent Ukrainy. Jemu bardzo zależy na konfrontacji wizji historii.

Chciałby podkreślić wkład Ukraińców w walkę z III Rzeszą. To miałby być mocy cios w propagandę Rosji, która twierdzi, że obecne władze Ukrainy są w prostej linii spadkobiercami faszyzującego OUN-UPA.

W czasie uroczystości w Auschwitz Poroszenko przypominał, że co piąty z żołnierzy zdobywających obóz koncentracyjny w 100. Dywizji Lwowskiej był Ukraińcem, a jednostką, która pierwsza weszła do obozu, dowodził Ukrainiec żydowskiego pochodzenia z okolic Połtawy.

Niemal w tym samym czasie prezydent Putin w Moskiewskim Muzeum Żydów i Tolerancji przypominał, że banderowcy mordowali Żydów we Lwowie, Odessie i Kijowie, i sprzeciwiał się „fałszowaniu historii”.

Już teraz widać, że idea spotkania na Westerplatte bardzo się nie podoba w Rosji.

W Auschwitz szef kancelarii prezydenta Putina Siergiej Iwanow mówił, że na całym świecie dąży się do tego, by umniejszyć wkład Rosji w zwycięstwo nad faszyzmem – czego dowodem miała być wypowiedź szefa polskiego MSZ, że to Ukraińcy zdobywali obóz Auschwitz.

Inicjatywę polskiego prezydenta skomentował w następujący sposób: – Obchodzenie zwycięstwa w Gdańsku jest dziwne, bo jakie to było w Gdańsku zwycięstwo? W Gdańsku wojna się zaczęła. Jest to jedna z tych prób, by nieco skłamać wobec historii, zmienić ją, poprawić, podretuszować.

Zobacz także

wyborcza.pl

Siatka hiszpańskich księży pedofilów z klanu Romanonesa stanie przed sądem

Maciej Stasiński, 29.01.2015
Ksiądz

Ksiądz (Fot. 123RF)

Sędzia śledczy oskarżył dziesięciu księży z Granady oraz dwóch świeckich o seksualne wykorzystywanie nastoletnich chłopców.
Skandal ujawniła ofiara, a dziś 24-letni działacz katolickiego stowarzyszenia Opus Dei. Sprawy nie pozwolił zatuszować papież Franciszek.Sędzia Antonio Moreno Martin postawił we wtorek zarzuty księżom pedofilom z diecezji w Granadzie, znanym jako klan Romanonesa, jak zwano jego nieformalnego szefa księdza Romana Martineza, proboszcza parafii San Juan de Vianney. Ujawnił też materiały śledztwa.Zeznania głównego świadka oskarżenia, ofiary o pseudonimie Daniel, oraz trzech innych osób dowodzą, że kilka lat temu ks. Martinez i jego koledzy regularnie zapraszali kilkunastoletnich chłopców, ministrantów lub kształcących się na księży uczniów, do prywatnych mieszkań oraz do kilku willi, jakie posiadali w okolicach Granady. Tam stopniowo wciągali ich w swój krąg i przymuszali do współżycia seksualnego.

Zaczynało się od spania w tym samym pokoju, potem w jednym łóżku. Po jakimś czasie ks. Martinez proponował dotykanie, masaż, masturbację, aż wreszcie stosunki płciowe.

Księża oglądali też wspólnie z chłopcami filmy pornograficzne, uprawiali grupową masturbację i seks oralny. Opornych Martinez zachęcał, namawiał, a kiedy to nie skutkowało – groził wyrzuceniem z kongregacji, w której się uczyli.

Księża tłumaczyli im seks jako bezgrzeszne uprawianie chrześcijańskiej miłości pod ich ojcowską opieką.

– Miłość cielesna jest wolna i podnosi człowieka duchowo – wyjaśniał Danielowi ks. Martinez. – Daj się prowadzić i przeżywaj swoją seksualność bez zahamowań.

Daniel ulegał, bo służył u niego od siódmego roku życia jako ministrant. Był półsierotą. Z biegiem lat ks. Martinez przyjął na siebie rolę jego ojca, a od kiedy chłopiec skończył 13 lat, namówił go do przeprowadzenia się z domu rodzinnego na plebanię, wmawiał mu wielkie powołanie kapłańskie i stopniowo uzależnił od siebie. Wszystko to działo się w latach 2004-08, gdy Daniel miał 14-18 lat.

Skargę na Martineza i innych księży dorosły już Daniel (w międzyczasie wstąpił jako świecki do stowarzyszenia Opus Dei i został wykładowcą uniwersyteckim) przedłożył arcybiskupowi Granady Francisco Javierowi Martinezowi. Kiedy jednak ten nie podjął żadnych kroków wobec siatki pedofilów (potem usprawiedliwiał się, że „badał ją wnikliwie”), Daniel – ośmielony jego stanowczą postawą w tych sprawach – napisał list do papieża Franciszka.

Latem ubiegłego roku papież zadzwonił do Daniela, wysłuchał jego relacji i nakłonił, by mężczyzna złożył doniesienie do prokuratury. Biskupowi Martinezowi nakazał zaś rozliczenie winnych zgodnie z przepisami kościelnymi. O swojej interwencji opowiedział dziennikarzom w listopadzie ubiegłego roku.

Dopiero wówczas biskup zareagował i ukarał swoich księży.

Afera wstrząsnęła Kościołem w Hiszpanii. Rzecznik episkopatu José Mar~a Gil Tamayo potępił winnych, a ofiary prosił o przebaczenie.

Skruszony arcybiskup Granady nazajutrz po aresztowaniu ks. Martineza (co miało miejsce w listopadzie) położył się krzyżem w katedrze na znak pokuty. – Zło Kościoła obarcza każdego z nas. Proszę o przebaczenie krzywd, jakie zostały wyrządzone, i skandali, jakie wyszły na jaw – mówił wówczas w homilii.

Martinez i pozostali księża zostali aresztowani, jednak zwolniono ich za kaucją. Sędzia postawił im zarzuty i czeka ich proces. Sędzia bada jeszcze inne wątki sprawy, bo istnieje podejrzenie, że siatka wykorzystywała więcej osób.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s