Km (29.01.15)

 

Mastalerek: „Miliony Polaków mają kredyt, PiS też będzie miało”. Piasecki: „Ale Polak nie dostaje co rok 17 milionów…”

MT, 29.01.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103087,17328786,video.html?embed=0&autoplay=1
PiS bierze kredyt na sfinansowanie kampanii prezydenckiej. – A co w tym dziwnego? Miliony Polaków mają kredyty, my też będziemy mieli kredyt – komentował sprawę w RMF FM rzecznik PiS Marcin Mastalerek. Do jego wypowiedzi, już po audycji, odniósł się prowadzący program Konrad Piasecki. Na Twitterze zwrócił uwagę na zasadniczą różnicę między partią Jarosława Kaczyńskiego a „przeciętnym Polakiem”.
Mastalerek w rozmowie z Piaseckim wypowiadał się między innymi o sytuacji osób, które zaciągnęły kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich. Zapytany o to, kto powinien zapłacić za ich problemy, stwierdził, że nikt. Partia proponowała, by banki przewalutowały kredyty po kursie ok. 3,50 zł i wzięły część odpowiedzialności za sytuację na siebie. – To jest kwestia tego, czy banki zarobią bardzo dużo, czy zarobią dużo – tłumaczył polityk.„Miliony Polaków mają kredyt…”

– Powinniśmy wszyscy dążyć do tego, żeby człowiek, który idzie do banku, nie czuł się jako ktoś, kto nie może niczego – mówił Mastalerek. Dodał, że kredyty hipoteczne w Polsce są zbyt drogie, a banki mają w kraju zbyt silną pozycję.

Polityk przyznał jednak, że PiS również bierze kredyt – na sfinansowanie kampanii prezydenckiej. – A co w tym dziwnego? Miliony Polaków mają kredyty, my też będziemy mieli kredyt – powiedział Mastalerek, nie przyznając jednak, jaka będzie to kwota.

Te słowa Piasecki skomentował na Twitterze, już po audycji. Zauważył, że zadłużony Polak nie dostaje co roku 17 mln zł z budżetu państwa.

– Chciałbym pana uspokoić – na kampanię wyborczą wydamy, zaangażujemy duże środki, bo chcemy wygrać te wybory, jesteśmy przekonani, że Andrzej Duda ma szanse zostać prezydentem, będziemy do tego dążyli – zapewniał w rozmowie z RMF FM.

„Pani premier powinna oglądać się za siebie”

Mastalerek mówił też o poparciu dla PiS oraz Platformy Obywatelskiej. – Czekam z utęsknieniem, aż sztandar Platformy Obywatelskiej zostanie wyprowadzony – powiedział. Dziennikarz zapytał, kto miałby dać temu hasło. – Myślę, że PO ma tyle wewnętrznych problemów, że hasło do wyprowadzenia sztandarów będzie pochodziło z szeregów PO – odparł polityk. – Pani premier Ewa Kopacz powinna oglądać się za siebie – dodał.

Zapytany zaś o kwestię wysyłania polskich żołnierzy na Ukrainę (co, zdaniem kandydata PiS na prezydenta, było sprawą do rozważenia), Mastalerek odparł stanowczo, że takiej możliwości PiS nie rozważa. – Dziś nie ma w ogóle takiego tematu. Nie ma co o tym rozmawiać, dla nas sprawa jest zamknięta. Andrzej Duda powiedział wyraźnie: dziś nie ma możliwości wysyłania polskich wojsk – stwierdził.

Zobacz także

TOK FM

 

PiS oszczędza na ochronie Jarosława Kaczyńskiego. Do tej pory kosztowała nawet 1,8 mln zł rocznie

Wirtualna Polska twierdzi, że PiS ograniczy wydatki przeznaczane na ochronę Jarosława Kaczyńskiego Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Po przeanalizowaniu partyjnych finansów kierownictwo PiS uznało, że ochrona prezesa Jarosława Kaczyńskiego kosztuje zbyt drogo. Dlatego liczba ochroniarzy ma zostać w tym roku ograniczona.

Wirtualna Polska, powołując się na anonimową „osobę z PiS”, napisała, że ochrona Kaczyńskiego pochłaniała bardzo dużo pieniędzy. Z tego względu liczba pilnujących prezesa PiS ochroniarzy ma zostać ograniczona. – Można zapewnić bezpieczeństwo prezesowi za mniejsze pieniądze, mając pewność, że nic złego się nie stanie – zapewniło źródło dziennikarzy.

Biuro prasowe PiS nie chciało zdradzić, ilu ochroniarzy będzie teraz pilnować Kaczyńskiego. Do tej pory partia wydawała na ochronę, zapewnianą przez firmę byłych żołnierzy jednostki GROM, nawet 1,8 mln zł rocznie (tak było w 2013 roku).

Politycy PiS podkreślali i podkreślają, że Kaczyński potrzebuje ochroniarzy, ponieważ otrzymuje wiele pogróżek. Ponadto w partii wciąż żywa jest pamięć o ataku na jej łódzkie biuro, podczas którego skazany prawomocnie na dożywocie Ryszard Cyba zabił Marka Rosiaka, pracownika biura europosła Janusza Wojciechowskiego.

Dwa lata temu ówczesny rzecznik PiS Adam Hofman wyjaśniał, że wynajęcie ochroniarzy miało związek z „małostkową decyzją PO”. – Ponieważ lider opozycji nie ma ochrony, mimo że kiedyś miał, ale małostkową decyzją PO została ona zabrana, to my będziemy swojego prezesa chronić – mówił Hofman.

źródło: Wirtualna Polska

naTemat.pl

Stop pruskiej edukacji!

Olga Szpunar, 29.01.2015
Docenianą przez szkoły inteligencję matematyczno-logiczno-lingwistyczną ma tylko 20 proc. uczniów. Co z resztą? Szkoły ich nie zauważają

Docenianą przez szkoły inteligencję matematyczno-logiczno-lingwistyczną ma tylko 20 proc. uczniów. Co z resztą? Szkoły ich nie zauważają (Fot. Mateusz Skwarczek)

Dyrektorka wiejskiej podstawówki napisała do Howarda Gardnera, profesora Harvardu: „Jestem zafascynowana pańskimi teoriami. Czy mogę wedle nich uczyć?”. Odpowiedział: „Jasne. I napisz, jak ci idzie”
O szkole w podkrakowskich Konarach od dawna mówiono, że ma pójść do likwidacji. Była nierentowna, miała 61 uczniów i opinię najgorszej w okolicy. Rodzice woleli dowozić dzieci do innych podstawówek.
Ale gdy rok temu Marta Dziechciowska szukała szkoły dla córki, wybrała… Konary. Choć z okien widzi podstawówkę w swojej wsi, a dziecko musi dowozić cztery kilometry, dziękuje Bogu, że szkoły w Konarach nie zlikwidowano.Osiem inteligencji w jednej szkole

Na szosie prowadzącej do podstawówki w Konarach stoi znak „droga zamknięta”. Należy go zignorować i jechać dalej. Jeśli się tego nie wie, można pobłądzić. Błądziła już wycieczka pedagogów z Hamburga, przedszkolanki z Nowej Huty, przedstawiciele prywatnej szkoły z Zamościa i studentki pedagogiki z Grecji. Wszyscy chcieli zobaczyć, jak mała wiejska szkółka pracuje z uczniami.

Zmiana w Konarach nastąpiła trzy lata temu, gdy dyrektorką została Monika Zatorska. Z zawodu nauczycielka i doradca metodyczny. Z zamiłowania: pasjonatka psychologii. Pracowała w szkole w Wieliczce, gdy wpadła jej w ręce książka „Inteligencje wielorakie” Howarda Gardnera. Przeczytała ją raz, potem drugi, trzeci i czwarty. Była oszołomiona.

Ze studiów pedagogicznych wyniosła przekonanie, że inteligencja to zdolności matematyczno-logiczno-lingwistyczne. Że standardowe pomiary mogą określić jej iloraz u konkretnej osoby. Tymczasem Gardner dowodzi, że takie pomiary nie są wystarczające. Istnieje bowiem kilka rodzajów inteligencji: matematyczno-logiczna, językowa, wizualno-przestrzenna, muzyczna, przyrodnicza, ruchowa, interpersonalna i intrapersonalna. Człowiek, uważa profesor, ma w sobie wszystkie te typy, ale rozwinięte w różnym stopniu. Aby ocenić, jaki typ dominuje u danego człowieka, trzeba go obserwować w różnych sytuacjach życiowych.

Teoria inteligencji wielorakich Gardnera powstała w USA na początku lat 80. Do nas dotarła wraz z polskim wydaniem jego książki w 2002 roku.

Zatorska była już wtedy od 13 lat nauczycielką. Lubi miejsca, gdzie ciągle coś się dzieje, a szkoła to według niej właśnie takie miejsce. Fascynuje ją towarzyszenie dzieciom w dorastaniu: dawanie poczucia bezpieczeństwa, wspieranie w budowaniu własnej wartości. Dlatego wybiera pracę z najmłodszymi.

– Od zawsze byłam nawiedzona. Ciągle coś wymyślałam – opowiada. Już pod koniec lat 90. uczy dzieci z klas I-III bez podziału na przedmioty, nie stawia tradycyjnych ocen, tylko opisowe. Nie korzysta z podręczników, bo ma własne pomysły. Wtedy to wszystko jest eksperymentem (dostaje zgodę kuratorium). Dopiero kilka lat później ministerstwo oficjalnie wprowadza do podstawówek nauczanie zintegrowane i ocenę opisową. – Zanim poznałam teorię Gardnera, opierałam się jedynie na swoich intuicjach. Gardner dał mi naukowe oparcie do moich działań – mówi.

Boli ją, że w większości szkół panuje pruski model edukacji: wbija się dzieciom do głowy gotową wiedzę i nie daje miejsca na zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi. A łatwo mogą je znaleźć, choćby przez robienie doświadczeń. Jak się okazuje, nawet do najbardziej elektryzujących, jak izolowanie DNA, wcale nie trzeba specjalistycznego sprzętu. By wyizolować je np. z brokułu, wystarczą: brokuł, sól kuchenna, papierowa gaza, płyn do mycia naczyń i 10 ml spirytusu. Można to wszystko przynieść do klasy? Można! Ale nauczyciele nie przynoszą.

Zżyma się, że szkoły pogrążają słabszych. Uczniowi, który nie rozumie matematyki, nauczyciele grożą: „Nie przejdziesz do następnej klasy”. Ferują wyroki: „Nie potrafisz”, „Jesteś słaby”. – Takie dziecko traci wiarę w siebie. Już na początku edukacji dostaje bagaż niedobrych doświadczeń, który może ciążyć mu przez całe życie. Znam takich uczniów, niektórzy z nich trafili do nas – opowiada.

Co w Konarach mówią uczniowi, który nie rozumie matematyki? – Że da radę. Że błąd, który zrobił w zadaniu, to nie problem, bo każdy popełnia błędy. I przede wszystkim zapewniamy, że mu pomożemy. Że wspólnie znajdziemy metodę, która pozwoli mu nauczyć się dodawania, odejmowania, mnożenia. I przede wszystkim uświadamiamy mu jego mocne strony. Żeby poczuł się dowartościowany. A każde dziecko takie strony ma.

Zdaniem nauczycieli dysleksja to fanaberia albo usprawiedliwienie lenistwa lub głupoty. Dlaczego są niedouczeni?

8 tys. przeszkolono i nic

Zatorska opowiada, że po przeczytaniu „Inteligencji wielorakich” zaczęła odczuwać silny niepokój. Znalazła badania pokazujące, że pożądaną i docenianą przez szkoły matematyczno-logiczno-lingwistyczną inteligencję ma zaledwie 20 proc. uczniów. Co z resztą? Ich szkoły nie zauważają i nie doceniają.

W 2009 r. startuje w ministerialnym konkursie „modernizacja treści i metod kształcenia”. Wraz z Aldoną Kopik, pedagogiem z Kielc, pisze projekt „Pierwsze uczniowskie doświadczenia drogą do wiedzy”. Zakłada on przeszkolenie z teorii Gardnera ponad 8 tys. polskich nauczycieli. Ich zadaniem jest określenie rodzajów inteligencji 140 tys. pierwszaków, a następnie dostosowanie do nich indywidualnych metod pracy. Na realizację pomysłu dostaje 46 mln zł z Unii Europejskiej. W projekcie biorą udział wylosowane podstawówki z sześciu województw: lubelskiego, łódzkiego, małopolskiego, podkarpackiego, śląskiego i świętokrzyskiego. W tym szkoła w Konarach.

Do każdej przesyłką kurierską dociera paczka. A w niej kolorowe zestawy do przyrodniczych doświadczeń, muzyczne bajki, gry rozwijające koordynację wzrokowo-ruchową… Nauczyciele korzystają z nich podczas zajęć pozalekcyjnych z pierwszakami. Wystawiają sztuki teatralne, malują, robią gazetki ekologiczne. Za każdą dodatkową godzinę pracy dostają 40 zł brutto. Projekt trwa do 2011 roku.

Zatorska: – Zakładałyśmy, że gdy się skończy, nauczyciele z klas I-III zmienią swój styl pracy i przeniosą go na zwykłe lekcje. Nie trzeba do tego wielkich pieniędzy, pomoce naukowe łatwo zrobić samemu. Niestety, po 2011 roku wszystko wróciło do normy. Nie wiem o żadnej uczestniczącej w projekcie szkole, która po jego skończeniu zdecydowałaby się nadal pracować z dziećmi według teorii Gardnera.

Bez ławek, z barometrem

Każdy kolor w wachlarzu symbolizuje inny typ inteligencji. Wachlarze są takiej samej wielkości, różnią się tylko szerokością kolorowych pasków w zależności od indywidualnego profilu ucznia.

Swój wachlarz mają wszyscy uczniowie. W klasach I-III profil (na podstawie obserwacji dziecka) tworzą wspólnie rodzice i nauczyciele. W starszych klasach tworzą go sami uczniowie za pomocą specjalnego programu. Wybierają: „Potrafię precyzyjnie przekazać myśli w mowie lub piśmie”, „łatwo naśladuję ruchy”, „lubię towarzystwo”, „zapamiętuję liczby, daty, numery telefonów”, „przywołuję z wyobraźni muzyczne wspomnienie”. Profile trafiają do nauczycieli z opisem mocnych i słabych stron dziecka oraz wskazówkami, jak z nimi pracować.Pierwszak ma wysoko rozwiniętą inteligencję ruchową? Alfabetu i liczenia najszybciej nauczy się w ruchu. Można mu rzucać piłkę i prosić, by liczył każde złapanie. Na posadzce szkolnego korytarza namalowane są matematyczne gry. Dziecko staje na dziewiątce, skacze trzy razy do tyłu i ląduje na szóstce. Już wie, że dziewięć minus trzy równa się sześć.

Dzień w dzień na jednej z przerw dzieciaki biegają na podwórko z wiatrowskazami (zrobiły je same), termometrem (własność szkoły) i barometrem (nagroda z Funduszu Ochrony Środowiska), by potem na specjalnej tablicy zaznaczać temperaturę, ciśnienie, prędkość wiatru. – Przy okazji poznają oś współrzędnych – cieszy się Zatorska.

Gdy została dyrektorką podstawówki w Konarach, wiedziała, że ta szkoła będzie uczyć według teorii Gardnera. Czyli jak? Gdy nauczyciele pytają o to profesora, on odpowiada: „Jestem teoretykiem, a nie pedagogiem. Sami musicie to wszystko wymyślić”. Więc Zatorska wymyśliła. W klasach nie ma ławek, w których uczniowie siedzą odwróceni do siebie plecami. Nie ma stojącego na podeście nauczycielskiego biurka. Wszyscy pracują przy wspólnym stole. Przed każdą lekcją losują, kto obok kogo siedzi, by nauczyć się współpracy ze wszystkimi, bo z tym w polskim społeczeństwie jest bardzo kiepsko. Na podstawie profili inteligencji uczniów tworzona jest oferta zajęć pozalekcyjnych. W tym roku jest Klub Szalonych Liczb, Klub Poligloty, zajęcia kuchenne. Na te ostatnie chcą chodzić prawie wszyscy.

– Gotowanie wymaga uruchomienia wszystkich typów inteligencji. Językowej, bo trzeba przeczytać przepis. Przyrodniczej, bo trzeba odróżnić marchewkę od pietruszki. Matematycznej, bo trzeba odmierzyć produkty. Ruchowej, bo trzeba pomieszać i nakryć do stołu. Interpersonalnej, bo trzeba przy tym stole rozmawiać. Może tylko muzycznej inteligencji nie potrzeba, bo przy pichceniu można się obejść bez śpiewania – mówi dyrektorka.

Marchewkę i pietruszkę dzieci mają z przyszkolnego ogródka. Na lekcjach matematyki mają elementy dramy. Ostatnio Maciek musiał zgadnąć, że ma przyczepioną liczbę 6 na plecach. Koledzy podpowiadali: jest w pierwszej dziesiątce, większa od 4 i mniejsza niż 9.

Na polskim tańczą, przedstawiając bohaterów lektur (ostatnio był to pies, który jeździł koleją). Podczas nocy czytelnika gonią wokół szkoły, bawiąc się w czytelnicze podchody. Ostatnio chodzili po wsi i robili sondę, z czego Polska może być dumna. Najwięcej ludzi odpowiedziało: z wolności.

Ten się w szkole wciąż bawi!

Magdalena Kolbusz, mama ucznia z VI klasy: – Na początku trudno było się przyzwyczaić. Pytam syna, co w szkole, a on, że się bawili. Gdy tak któryś raz z rzędu odpowiedział, to się zaniepokoiłam. Jak to? Dzieci sąsiadów od rana do wieczora siedzą nad książkami, testy piszą, a ten się w szkole bawi? Ale pani dyrektor wytłumaczyła nam całą metodę i teraz jestem dumna, że syn chodzi do tej szkoły. Mieszkam w Konarach od urodzenia – jeszcze pięć lat temu nikt by za nią złamanego grosza nie dał. A teraz wielu nam zazdrości, że mamy taką podstawówkę. Syn zrobił się bardziej otwarty, nie boi się pytać, gdy czegoś nie wie, nie boi się występować. I nie jest zestresowany. A wcześniej dzieci robiły tu wszystko pod linijkę, miały siedzieć jak myszki pod miotłą. Nauczyciele zaczęli też inaczej rozmawiać z rodzicami. Dawniej na zebraniach ciągle słyszeliśmy, jakie mamy złe dzieci. Że klną, nie uczą się, słabo zjadają obiady, siedzą godzinami przed komputerem.Teraz na każdym kroku są chwalone. A przecież to te same dzieci!

Marta Dziechciowska, mama Wiktorii: – To niesamowite, że na wsi jest taka podstawówka. To jakbyśmy za darmo mieli świetną prywatną szkołę. Nawet lepszą niż prywatną. Niepokoi mnie tylko, co dalej. W całym województwie nie ma gimnazjum prowadzonego podobną metodą. Czy dziecko, które wyjdzie z takiej szkoły, będzie w stanie się przestawić na klasyczny model uczenia?

Marzena Kurleto dwa lata temu przepisała syna do Konar z innej podstawówki. – Długo chorował. Gdy wrócił po ponad dwóch miesiącach do szkoły, matematyczka kazała mu zdawać materiał z całego roku. Umawiała się z nim kilkakrotnie i nie przychodziła. Gdy w końcu zrobiła egzamin, powiedziała, że syn go nie zaliczył. Chłopak się załamał. Płakał, że nie wyjdzie z domu i nie pokaże się na oczy kolegom. Na drugi dzień okazało się jednak, że zdał. Nauczycielka tłumaczyła, że przejrzała test zbyt pobieżnie. Powiedziała, że przepuści go do następnej klasy, ale po wakacjach będzie pytać go na każdej matematyce. A ja już wiedziałam, że po wakacjach do tej szkoły nie wrócimy. Dwa miesiące po rozpoczęciu roku w Konarach Karol wpadł do domu z okrzykiem: „Kocham Konary!”. A rok później był zupełnie innym chłopcem. Kiedyś na lekcjach siedział cicho. Nie podnosił ręki do odpowiedzi bez względu na to, czy ją znał, czy nie. Bał się wypowiadać. Teraz jest do tego pierwszy.

Michał Nagy, tata Julki i Helenki: – W większości szkół uczniowie traktowani są przedmiotowo. Jak skoszarowane wojsko pruskie, które ma wykonywać polecenia. Są tresowani, by z sobą konkurować. Ścigają się w konkursach i zawodach, a potem są dzieleni na zdolnych i niezdolnych.

Nie chcieliśmy z żoną, by nasze córki uczyły się w takiej szkole. Gdy tylko usłyszeliśmy o Konarach, przepisaliśmy je. Chodzą tu od września i są zadowolone. Codziennie wieziemy je 7 kilometrów. Czasem kursujemy tam i z powrotem po dwa razy, bo każda zaczyna lekcje o innej godzinie. Ale warto. Nauczyciele wsłuchują się tutaj w potrzeby dzieci, czego bardzo brakowało nam w poprzedniej szkole. Tam ciągle trzeba było coś wyjaśnić, coś naprawić… Teraz zostawiamy dziewczynki w szkole i mamy poczucie, że już o nic nie musimy walczyć. Jest fajnie.

Z podstawówki nie wyszedł jeszcze żaden uczeń prowadzony od początku do końca metodą „gardnerowską”. Ale w gimnazjach są już dzieci, które liznęły jej w ostatnich klasach. Ostatnio przyszły do starej szkoły i powiedziały Zatorskiej: „W naszym gimnazjum w Świątnikach pani od polskiego mówi, że tylko uczniowie z Konar potrafią pisać wypracowania”.

Jak zabijamy dziecięce talenty

Stara kadra, nowy zapał

Gdy Zatorska przyszła do szkoły, nie wymieniła kadry. Cztery nauczycielki z własnej woli odeszły na emeryturę. W tym dwie na wcześniejszą. Dyrektorka podejrzewa, że mogło im być z nią i nowymi metodami nie po drodze, ale nie powiedziały tego wprost. – Mógł być u nas bunt – opowiada Anna Malec, polonistka (22 lata w zawodzie). – Pracujemy tu po 20 lat i nagle przychodzi ktoś z zewnątrz, by nam wszystko do góry nogami wywrócić. Ale nie było.

Malec pamięta pierwszą prelekcję w szkole, na której Zatorska opowiadała nauczycielom o teorii Gardnera. – Byłam zachwycona. W tym, co mówiła, było tyle ciepła i szacunku dla ucznia – wspomina. – To było jak wyzwolenie. Ten potencjał zawsze we mnie tkwił, ale wydostał się na wierzch dopiero, gdy dostałam zielone światło, że mogę uczyć inaczej. Kiedyś w szkole byłam panem i władcą, siedziałam na podwyższeniu za biurkiem i wykładałam uczniom stare prawdy. Teraz wiem, że to uczeń jest ode mnie ważniejszy, a moją rolą jest wsłuchać się w jego potrzeby. Siedzę z dziećmi przy wspólnym stole, pozwalam im pytać, wspólnie zastanawiamy się nad odpowiedziami. Fantastycznie się z nimi bawię podczas nocy czytelnika. Z radością tańczę na polskim. Wcześniej była rutyna, która tę radość zabijała. Teraz jest zapał i ogromne zaangażowanie. Jest też duma. Chodzę na różne kursy i czuję, że ja, wiejski nauczyciel, jestem przed szeregiem.

Małgorzata Boćko (nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej z 27-letnim stażem pracy): – Bardzo często to uczniowie dyktują tematy lekcji. Dzisiejsze dzieci chcą się dowiedzieć tylu rzeczy. Dlaczego „Titanic” utonął, dlaczego wybuchają wulkany. Tylko że wielu dorosłych nie chce ich usłyszeć. Nie zaspokajają ich ciekawości. I nie doceniają wrażliwości.

Ostatnio Malec i Boćko zorganizowały grę historyczną. W jej ramach uczniowie wcielali się w Polaków walczących w dwóch wrogich armiach. Mieli się zastanowić, co tacy ludzie mogliby powiedzieć sobie nawzajem. Dziewięciolatek napisał na kartce: „Bracie, strzelam do Ciebie ze łzami w oczach”.

Jedyna taka w PolsceZ Howardem Gardnerem Monika Zatorska widziała się tylko raz. W 2010 roku przyjechał do Polski na konferencję dla nauczycieli. Zamieniła z nim dwa kurtuazyjne zdania. Nie pamięta nawet dokładnie o czym. Każdy z uczestników spotkania chciał się dopchać do profesora. Gdy została dyrektorką w Konarach, znalazła jego adres mailowy i napisała: „Jestem zafascynowana pańskimi teoriami. Chciałabym według nich uczyć dzieci w mojej szkole i nazwać ją >>gardnerowską<< . Czy ma pan coś przeciwko temu?”. Profesor odpisał: „No jasne. Od czasu do czasu napisz mi, jak ci idzie”. Minęły trzy lata i Zatorska właśnie siada do opisania Gardnerowi, co przez ten czas w szkole zrobiła. Kiedyś chciałaby go zaprosić, żeby zobaczył to na własne oczy.

Mała podstawówka w Konarach jest jedyną szkołą „gardnerowską” w całej Polsce. Nauczyciele z kraju i zagranicy, którzy chcą wprowadzać podobne metody uczenia w swoich szkołach, przyjeżdżają tutaj na praktyki.

W 2013 roku szkołę badali urzędnicy małopolskiego kuratorium oświaty. W obszarze „indywidualizacja pracy z uczniem” Konary dostały najwyższą notę. Prócz nich tak wysoko ocenione zostały tylko trzy szkoły w całej Polsce. W innych obszarach (praca nauczycieli, wyciąganie wniosków z wyników egzaminów, wspomaganie rozwoju uczniów i zarządzanie placówką) Konary zostały ocenione tylko stopień niżej.

Wzdłuż schodów prowadzących na piętro podstawówki przyklejone są karty z prawami ucznia: jest prawo do odpoczynku, do prywatności, do ochrony przed przemocą, do własnych poglądów i do zadawania pytań.

Uczniowie dostali kolorowe kółeczka. Gdy czują, że zrozumieli materiał, kładą na ławce zielone. Kto nie rozumie, nie musi podnosić ręki i przyznawać się przed całą klasą. Wystarczy, że położy obok siebie czerwoną tekturkę. Tym samym dyskretnie da znak nauczycielowi, że potrzebuje pomocy. Przed każdą lekcją nauczyciele informują dzieci o jej celach i wypisują je na tablicy. Wspólnie z uczniami ustalają, co z tego, czego się nauczyli, będzie oceniane. A każda ocena opatrzona jest komentarzem. W nim obowiązkowo muszą się znaleźć: pochwała tego, co poszło dobrze, odnotowanie tego, co wymaga poprawy, i wskazówki, jak to zrobić. Jest to tak zwane ocenianie kształtujące, które powoli wchodzi do polskich szkół. W Konarach pojawiło się trzy lata temu.

Na ścianie przy wejściu do szkoły wisi tablica zatytułowana „Nasi wyjątkowi uczniowie”, a na niej… zdjęcia wszystkich dzieci. W całej podstawówce jest ich 97. W najliczniejszej klasie – 21. Sale w budynku są tak małe, że trudno byłoby pomieścić więcej uczniów. Tymczasem chętnych przybywa.

Ze względu na warunki część trzeba odprawić z kwitkiem. Ostatnio w Konarach pojawił się uczeń z Krakowa. Rodzice wożą go 20 kilometrów w jedną stronę. Po drodze mijają renomowane krakowskie szkoły.

Ten tekst możesz również przeczytać w nowej wersji aplikacji ”Dużego Formatu” na smartfony: wybr.cz/DFaplikacja

 

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Martin Schoeller: Celebryci nienawidzą moich zdjęć.
Prezydent Obama słuchał tego, co mówię. Paris Hilton miała problem, żeby skupić się i spokojnie stać przed obiektywem. Z Martinem Schoellerem rozmawia Beata Łyżwa-Sokół

Bug wyżywi.
Ludzie nam zazdroszczą. A mnie nikt tych pieniędzy nie dał, tymi rękami je zarobiłem! Zresztą kto komu broni przemycać?

Z rakiem na papierosie.
I tylko jednego chciał przed śmiercią: zapalić. Na niczym mu tak nie zależało

Rok Tetiany. Co się stało z bohaterką Majdanu.
Bandaż jest zawiązany nieporadnie, Mykoła sam go sobie założył, gdy leżał tam, na ziemi. Tania zdejmuje go i widzi, że zapomniał o opasce uciskowej

Być jak Adam Słodowy.
Ich cel był jasny: zdobyć 100 tysięcy subskrybentów w trzy miesiące i wejść do pierwszej setki polskiego YouTube’a. Udało się w dwa

Co dalej z kopalniami? Krzysztof Domarecki: Kupię i naprawię.
Jestem katolikiem, który w Indiach dużo nauczył się o Bogu. Kalkulacja wyłącznie finansowa nigdy nie dawała mi satysfakcji

Świat według Orlińskiego.
Nie po mokrym, czyli „hej, to ten facet!” Lankosz przypomina w „Ziarnie prawdy”, jak role drugoplanowe powinny być obsadzane

Krawat Hartmana…
czyli kto gryzie rękę władzy [VARGA]

 

Wyborcza.pl

Krawat Hartmana, czyli kto gryzie rękę władzy

Krzysztof Varga, 29.01.2015
Prof. Jan Hartman

Prof. Jan Hartman (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Hartman nie omieszkał pochwalić się, że na galę raczył przybyć „pod krawatem bordo”, a wokół niego „pachniały dekolty”

Jan Hartman to filozof, etyk, polityk, publicysta, felietonista, ateista, specjalista od kazirodztwa, słowem człowiek wielu talentów. Najważniejszą cechą Hartmana jest jego niebywała wręcz omnipotencja, wypowiadanie się na dowolne tematy, nieraz z brawurą, a nieraz z dezynwolturą. Hartman jako człowiek wybitnie inteligentny ma pełną świadomość, że mówić trzeba głośno i od czapy, tylko wtedy szerokie masy usłyszą głos filozofa. A że filozofia umiera (Hartman napisał o tym rozprawkę w książce „Polityka filozofii”), trzeba się przekwalifikować i siłę głosu wzmocnić.

Po gali wręczenia Paszportów „Polityki” Hartman popełnił wpis na swym blogu, sprowokowany wypowiedzią laureata w dziedzinie literatury Zygmunta Miłoszewskiego, który odbierając nagrodę, rzekł w te słowa: „Do różnych urzędników zajmujących się kulturą, którzy dziś przyszli na imprezę ludzi kultury: macie państwo niezły tupet”. Eksplodował skandal, albowiem na widowni zasiadał prezydent Bronisław Komorowski oraz minister kultury Małgorzata Omilanowska, to do nich miała być skierowana ta wypowiedź, która tak wzburzyła Hartmana, że machnął kuriozalny felieton „Smarkacze”. O ile wypowiedź Miłoszewskiego uznać można za nieco mętną, to felieton Hartmana uznać należy za wybitnie kabotyński, tym bardziej że jego istotnym elementem jest utyskiwanie na niechlujny strój laureata, który na scenę wszedł w wymiętej koszuli miast w garniturze, a wszak do czynienia mieliśmy z wyjątkowo eleganckim wydarzeniem w Teatrze Wielkim. Rozumiem, że według lewicowca Hartmana garnitur świadczy o człowieku, i piętnowałby Marka Hłaskę za to, że ten obnosi się w plugawym swetrze i skórzanej kurtce miast w szykownym garniturze. Pech Hartmana na tym polega, że urodził się mocno za późno – w czasach Hłaski jego kariera publicysty z pewnością jeszcze mocniej by jaśniała.

Sam Hartman nie omieszkał pochwalić się, że na galę raczył przybyć „pod krawatem bordo”, a wokół niego „pachniały dekolty”. I kiedy Hartman błogo wąchał owe dekolty, od czego chyba mu się w głowie zakręciło i pomieszało, „nagle wyskakuje na scenę jakiś obdartus, co to nie musi garnituru, bo on wielkim młodym (względnie) artystą jest. I nuże pyskować na zgromadzoną władzę, bo mu wolno. A kto mu co zrobi? Przecież, k…a, wolność mamy w kulturze, nie?”.

Owszem, właśnie tak, należy wreszcie uświadomić filozofa, że mamy wolność w kulturze, a wolność artysty oznacza także używanie stroju niedbałego i wypowiadanie zdań skandalicznych, co Hartman nazywa „smarkaterią i żenadą”. Hartman jest autorem książki „Głupie pytania„, w której znajdujemy rozdział „Co to jest prawda?”, a w nim zdanie, które znakomicie pasuje do jego felietonu: „Prawda jest tym, co mówi nasza teoria, gdyż to nasza teoria jest prawdziwa”. I tego się Hartman trzyma.

Nie wypowiedź autora „Gniewu” jest tu najciekawsza, ale histeria i lizusostwo Hartmana, którego retoryka daleka jest od filozofii, bliska zaś stylem temu, jak o artystach pisać mogli w latach 50. czy 60. co gorliwsi publicyści. Felieton Hartmana mógłby być ozdobą prasy za Bieruta czy Gomułki, niech się Hartman wsłucha we własne słowa i wykona nad nimi namysł filozoficzny, może coś się Hartmanowi odetka w głowie. Zdanie „Od tego warszawskiego dobrobytu poprzewracało się co poniektórym we łbach” jest jedynie subtelnym wstępem do dalszej twórczości, gdzie padają frazy tak oszałamiające, że wciąż otrząsnąć się nie umiem: „Miłoszewski ugryzł rękę, która go głaszcze i karmi. Nadużył podanego mu mikrofonu dla zdobycia taniej popularności (…), nie bacząc na to, że robi krzywdę honorującym go gospodarzom, obraża niewinnych ludzi i kradnie show, za który nie zapłacił. Jak taki honorny, to mógł odmówić przyjęcia nagrody. Gest to może już potaniały, niemniej zawsze zrzeczenie się pieniędzy robi jakieś wrażenie. Ale przyjść, wziąć i naszczekać – to tak robią małe kundelki”.

Rozmowa z Janem Hartmanem: Kim pan jest, panie Hartman

Czy Hartman frazę o „gryzieniu ręki, która go głaszcze i karmi” wyciął ze starego numeru „Żołnierza Wolności”, czy z „Trybuny Ludu”? Czy Hartman inspiruje się twórczością Władysława Machejka, gdy pisze „przyjść, wziąć i naszczekać – to tak robią małe kundelki”? Rzecz oczywista, którą Hartmanowi jednak powtarzać trzeba uparcie, aby wreszcie pojął: żadna rządowa ręka Miłoszewskiego nie głaszcze i nie karmi, głaszczą go i karmią czytelnicy, którzy jego książki w masowych ilościach kupują, a sam pisarz o popularność już walczyć nie musi – w przeciwieństwie do desperata Hartmana. Rozumiem zazdrość filozofa, każdy chciałby masowe nakłady sprzedawać, ale żeby od razu używać bolszewickiej retoryki? Nawet jeśli w dalszej części felietonu stara się Hartman rzeczowo tłumaczyć, że dla państwa wcale kultura priorytetem być nie musi, że wdzięczni być powinniśmy, iż galę nagród kulturalnych przedstawiciele władzy nawiedzają, że coraz więcej dofinansowań na przedsięwzięcia kulturalne się pojawia.

Otóż idzie o to, że władza – w szerokim pojęciu – kulturę ma w niepoważaniu, że owszem, prominentni politycy chętnie przyjdą na galę do Teatru Wielkiego, ale nie dla samej kultury, lecz dla splendoru. Chętniej brykają publicznie – jak były premier – po boiskach w obecności kamer telewizyjnych, kopiąc piłkę, ale jakoś kamery nijak przyłapać ich nie potrafią na wizycie w księgarni, a w teatrze wyłącznie na premierze sztuki według powieści rządowego speca od public relations.

Minister Omilanowska, w której wszyscy wielkie nadzieje pokładamy, w wywiadzie dla „Newsweeka” powiedziała, że „ludzie zatrudnieni w sektorze kultury są w Polsce najgorzej zarabiającą grupą społeczną. I nikogo, poza ludźmi kultury, to nie martwi! Jest zgoda społeczna, żeby kultura była gorzej opłacana”. I tak jest w istocie, w mniemaniu narodu i polityków, którzy narodu przecież są przedstawicielami, artyści to łajzy i łachudry, którym nic się nie należy, a najmniej należą im się pieniądze, bo to darmozjady – doskonale się to w myślenie Hartman wpisuje, aż się dziwię, że wielkiej kariery politycznej nie zrobił, nawet tutaj, jak widać, talentu zabrakło. A pisarzy warto słuchać, najważniejsze zdania o Polsce wypowiedział Eustachy Rylski, większą one siłę miały niż gigabajty publicystyki politycznej: „Nie mam dobrego zdania na jego temat [państwa polskiego]. Uważam, że jest słabe, rozchwiane, defensywne i neurotyczne. Przesadnie represyjne wobec jednostki i rejterujące przed każdym tłumem. W dodatku uznające za tłum kilkadziesiąt osób, czego najlepszym dowodem jest kompromitująco zakończona próba przeniesienia krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego albo uległość wobec związkowych protestów, jeżeli są tylko wystarczająco brutalne”.

Niech się może Hartman, zamiast w chamowaty sposób popisywać, pochyli nad tym, jak władza – która tak bardzo sprzyja kulturze – rejteruje przed Kościołem, dotując Świątynię Opatrzności Bożej, na którą rząd wyłożył już 60 milionów złotych. Tak jest – 60 baniek, za które można by bardziej zdychającą kulturę wspomóc, a nie ze strachu robić dobrze Kościołowi.

Jakby Hartman swój krawat bordo wreszcie poluzował, toby może głębszy oddech złapał, zdaje się, że ma problemy z dotlenieniem mózgu. Zresztą nikt nie musi nosić krawata, nawet w tak eleganckich okolicznościach jak gala w Teatrze Wielkim.

 

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Martin Schoeller: Celebryci nienawidzą moich zdjęć.
Prezydent Obama słuchał tego, co mówię. Paris Hilton miała problem, żeby skupić się i spokojnie stać przed obiektywem. Z Martinem Schoellerem rozmawia Beata Łyżwa-Sokół

Bug wyżywi.
Ludzie nam zazdroszczą. A mnie nikt tych pieniędzy nie dał, tymi rękami je zarobiłem! Zresztą kto komu broni przemycać?

Z rakiem na papierosie.
I tylko jednego chciał przed śmiercią: zapalić. Na niczym mu tak nie zależało

Rok Tetiany. Co się stało z bohaterką Majdanu.
Bandaż jest zawiązany nieporadnie, Mykoła sam go sobie założył, gdy leżał tam, na ziemi. Tania zdejmuje go i widzi, że zapomniał o opasce uciskowej

Skaczą i liczą.
Dyrektorka wiejskiej podstawówki napisała do Howarda Gardnera, profesora Harvardu: „Jestem zafascynowana pańskimi teoriami. Czy mogę wedle nich uczyć?”. Odpowiedział: „Jasne. I napisz, jak ci idzie”

Być jak Adam Słodowy.
Ich cel był jasny: zdobyć 100 tysięcy subskrybentów w trzy miesiące i wejść do pierwszej setki polskiego YouTube’a. Udało się w dwa

Co dalej z kopalniami? Krzysztof Domarecki: Kupię i naprawię.
Jestem katolikiem, który w Indiach dużo nauczył się o Bogu. Kalkulacja wyłącznie finansowa nigdy nie dawała mi satysfakcji

Świat według Orlińskiego.
Nie po mokrym, czyli „hej, to ten facet!” Lankosz przypomina w „Ziarnie prawdy”, jak role drugoplanowe powinny być obsadzane

 

Zobacz także

Wyborcza.pl

Książka Palikota przypomina poradnik coucha i nie uratuje kampanii. W naTemat pierwsze fragmenty “Wszystko jest możliwe”

W naTemat jako pierwsi publikujemy fragmenty autobiografii Janusza Palikota "Wszystko jest możliwe".
W naTemat jako pierwsi publikujemy fragmenty autobiografii Janusza Palikota „Wszystko jest możliwe”. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

Janusz Palikot intensywnie pracuje w kampanii prezydenckiej, ale nie widać efektów. Jego objazd po bazarach “Polski lokalnej” nie przebija się do ogólnopolskich mediów. Punktem zwrotnym nie będzie też premiera książki “Wszystko jest możliwe”. W naTemat – jako pierwsi – publikujemy fragmenty wydawnictwa. Palikot opowiada o wyprawie na biegun, piciu wódki z Czesławem Miłoszem i żali się, że z zarobionych pieniędzy zostaje mu coraz mniej.

Lider Twojego Ruchu został już właściwie pogrzebany przez wyborców, polityczną konkurencję i media. Kampania prezydencka ma odmienić losJanusza Palikota i jego partii. Ważną osią ma być książka “Wszystko jest możliwe”. Twój Ruch poinformował kilka dni temu na stronie internetowej, że jej premiera odbędzie się 31 stycznia, a wydarzenie poprowadzi Jacek Poniedziałek.

Sztab Palikota ujawnił nam obszerne fragmenty książki. Autobiografia lidera Twojego Ruchu ułożona jest chronologicznie, opowiada o drodze Palikota z Biłgoraja do Warszawy. Tytuł “Wszystko jest możliwe” kojarzy się z poradnikami, którymi rynek zalewają specjaliści od psychologii i couchingu. I odpowiada temu treść książki. Palikot pisze o swojej wyprawie na biegun z 2001 roku.

JANUSZ PALIKOT

poseł, lider Ruchu Palikota

Doświadczenie ciszy. Wynika to z tego, że na biegunie nie ma wyjścia – jeśli powie się jedno słowo, to mówienie zaboli, bo para z ust natychmiast zamarznie na twarzy. Z czasem jednak milczenie zaczyna być przyjemne i odechciewa się mówienia. Hemingway powiedział, że człowiek uczy się mówić pięć lat, a milczeć pięćdziesiąt. Idąc na biegun, uczymy się milczenia w ciągu kilku dni.

Fragment „Wszystko jest możliwe”

Jednak z tej podróży do wnętrza siebie Palikot nie wyciągnął żadnych wniosków, co doskonale pokazuje jego kariera polityczna: głośna, kolorowa, nie zawsze w dobrym tonie. Na kolejnych stronach Palikot stara się budować swoją legendę self-made-mana, opisując przygodę z biznesem.

JANUSZ PALIKOT

poseł, lider Ruchu Palikota

Żyję z pieniędzy zarobionych dziesięć lat temu i wcześniej, wówczas ogromnych. I choć kupka jest coraz mniejsza, wciąż mogę całą swoją energię przeznaczać nie na zarabianie, lecz na działalność publiczną. Dziękuję losowi, Polsce, moim współpracownikom, że tak się stało. Że to w ogóle było możliwe.

Fragment „Wszystko jest możliwe”

Ale ważny jest wizerunek intelektualisty, filozofa. Palikot wspomina o swojej pracy w PAN i nie stroni od wstawek z literatury czy filozofii. Opisuje też spotkanie z Czesławem Miłoszem, choć dużo miejsca zajmuje w nim wątek butelki “Pana Tadeusza”, którą biznesmen podarował nobliście.

Ważne miejsce w książce zajmuje rodzina i żona Monika. I tutaj znowu Palikot ucieka w erudycyjne popisy, opisując związek jako realizację wywodzącej się z greckich mitów koncepcji “prajedni” i nawiązując do poglądów Platona. To raczej przekaz nie dla masowego odbiorcy. Wątek dotyczący polityki daje zarys programu politycznego Palikota.

JANUSZ PALIKOT

poseł, lider Ruchu Palikota

Chcę w kampanii reprezentować i zmobilizować ludzi, którym bliskie jest marzenie o takiej Polsce. Chcę, by ich głos został usłyszany ponad dudnieniem bębnów wojennych tych, którzy zaraz ruszą na wojnę. Ale kandyduję również dlatego, że Polska potrzebuje innej polityki gospodarczej – opartej na rozwoju, a nie na niskich płacach. Wiem, że mam kwalifikacje, by tego dokonać. Polacy mogą i muszą zarabiać więcej. I to jest możliwe poprzez rozwój, który wymaga odwagi i wiedzy.

Fragment „Wszystko jest możliwe”

Palikot uderza też bezpośrednio w Bronisława Komorowskiego (wypominając mu złożenie kwiatów pod pomnikiem Romana Dmowskiego) i w PO (za brak ratyfikacji Konwencji przeciw przemocy wobec kobiet, brak związków partnerskich i stosunek do Kościoła). To jednak wszystko powtarzanie przetartych frazesów, brakuje nowej koncepcji. Całość książki może skrywać ciekawsze wątki, ale na razie wygląda to nie na szczerą autobiografię, ale na hagiografię. A te lubią tylko ich bohaterowie, nie czytelnicy.

naTemat.pl

Rektor zawiadamia prokuraturę. Skandaliczny wpis profesora!

Barbara Stanisz, 29.01.2015
Pokazujemy tylko niektóre sceny z filmu, który udostępnił Bogusław Paź. Inne sceny są zbyt drastyczne

Pokazujemy tylko niektóre sceny z filmu, który udostępnił Bogusław Paź. Inne sceny są zbyt drastyczne (YouTube)

Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego Bogusław Paź nie kryje się ze swoimi antyukraińskimi obraźliwymi poglądami – publikuje je na swoim Facebooku. Dotychczas rektor przymykał oko, uznając je za prywatne. Aż do dzisiaj. Paź zamieścił bowiem w internecie drastyczny film, na którym widać, jak prorosyjscy separatyści znęcają się nad ukraińskimi jeńcami i profanują ich zwłoki.
Sprawę profesora instytutu filozofii „Gazeta Wyborcza” opisała w połowie grudnia. „Konto, które założył na Facebooku, ma charakter publiczny. Każdy może je odwiedzić. Zdecydowana większość wpisów dotyczy Ukrainy. Profesor pisze o sąsiadującym z Polską państwie niemal wyłącznie „UPA-ina” lub „Banderowcy”. Studenci z Ukrainy to dla niego „pasożyty”, które studiują w Polsce na koszt Polaków. Dowodzi, że „często chodzi im o zalegalizowanie pobytu i pieniądze, które na studiowanie dostają od państwa polskiego”. Wśród polubionych przez niego facebookowych stron można wymienić: „Nie popieram UpaMajdanu”, „Nie dla finansowania Ukrainy”, „Nie dla pomocy Ukrainie”, „Ukrainiec nie jest moim bratem” i „STOP ukrainizacji Uniwersytetu Opolskiego”. Ta ostatnia została już usunięta. Profil profesora również był przez jakiś czas zablokowany za naruszenie regulaminu” – pisaliśmy w ubiegłym roku.Drastyczny film z dowcipnym komentarzemNa obraźliwe wpisy zwróciliśmy wtedy uwagę władz Uniwersytetu. Jednak fakt, że wpisy zamieszczane są na Facebooku, był dla nich wystarczającym argumentem, by uznać je wtedy za prywatne i w sprawę nie ingerować. Również prof. Jan Hartman, zapytany przez nas o zdanie, zaznaczył wtedy, że wszczynanie jakiegokolwiek postępowania dyscyplinarnego wobec profesora, byłoby ograniczaniem wolności słowa – jednej z najwyższych wartości na uczelni wyższej.Przychylność środowiska najwyraźniej spowodowała, że wrocławski profesor filozofii poczuł, że może więcej. Kilka dni temu zamieścił na swoim facebookowym profilu wyjątkowo drastyczny film opublikowany w portalu YouTube. Widać na nim, jak prorosyjscy separatyści znęcają się nad wziętymi do niewoli ukraińskimi żołnierzami i jak wyciągają z samochodowego bagażnika ich zwłoki – rzucają nimi, ciągną zmarłych za nogi, układają ich na stosie. Wszędzie widać krew i wewnętrzne narządy zabitych. Film jest tak drastyczny, że trudno obejrzeć go od początku do końca.

Skandaliczny film spostrzegł internetowy profil „Rosyjska V kolumna w Polsce”. Opisał publikację i skomentował: „U kogo ten film? U Bogusława Pazia, profesora Zakładu Filozofii Nowożytnej Uniwersytetu Wrocławskiego. Jego komentarz: „Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło! I jak tu nie kochać „Ruskich”…?”.

Właściciel konta „Rosyjska V…” dodaje w swoim wpisie: „Piszący te słowa nie chce, by jego dzieci studiowały filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim. Coś z tym trzeba zrobić. Może trzeba listy pisać. Na przykład do: …” – i tu podaje pocztowy i internetowy adres prof. dr. hab. Marka Bojarskiego, rektora UWr.

Już go nie bronią

Jacek Przygodzki, rzecznik prasowy Uniwersytetu: – Byłem u rektora, gdy dowiedział się o nowej publikacji prof. Pazia. Był zszokowany. Nakazał, by sprawą zajął się rzecznik dyscyplinarny oraz uniwersytecka komisja etyki. Sporządził też już zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa.

Wpis z filmem zniknął z profilu profesora filozofii. Paź ukrył także udostępniane dotychczas publiczne wpisy z ostatnich miesięcy. Pozostały starsze wpisy – ostatni z sierpnia 2014 r. To obrazek ze strony Wiocha.pl – zdjęcie młodej kobiety z podpisem: „Elin Krantz – działaczka polityczna propagująca multikulturalizm, walcząca o prawa imigrantów w Szwecji, jak na ironię w 2010 r. została brutalnie zgwałcona i zamordowana przez imigranta z Etiopii. Multikulturalizm niejednemu wyszedł bokiem”. Ale o tej publikacji profesora pisaliśmy już w poprzednich tekstach.

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

Kibol kina polskiego, czyli ziarno kiełkuje [Varga]

Krzysztof Varga, 15.01.2015
Borys Lankosz (z lewej) i Zygmunt Miłoszewski w sandomierskiej katedrze

Borys Lankosz (z lewej) i Zygmunt Miłoszewski w sandomierskiej katedrze (Fot. materiały prasowe)

W sposób zupełnie nieoczekiwany i poniekąd wbrew sobie zostałem prawdziwym kibolem polskiego kina.

Jeszcze kilka lat temu kino polskie odstręczało mnie z zasady, na polskie filmy chodziłem z niechęcią, a czasami wręcz z pewnym obrzydzeniem, zbyt często wszak trafiałem na wstrząsające gnioty, na spektakularne ściemy, na ordynarne próby przekręcenia widza, wreszcie na filmy, których filmami nijak nazwać nie można było, na komedie, którym dać miano prawdziwych komedii nie uchodziło, albowiem były jedynie zlepkami skeczy, zupełnie nieśmiesznych skeczy, ma się rozumieć.Jeśli z jakichś powodów psychologicznych chciałem przeżyć brutalne katharsis poprzez obcowanie ze sztuką mierną, żałosną, nieudaczną – szedłem na polskie kino popularne, a potem brałem na tych produktach odwet felietonistyczny. W pewnym momencie stało się to zawstydzającą łatwizną, było proste jak napaść z kijem bejsbolowym na inwalidę. Mówiąc krótko: przestało mi sprawiać radość nawet znęcanie się nad polskimi produktami, zarówno tymi zwanymi komediami, jak i tymi określanymi mianem kina artystycznego.Od pewnego czasu jednak sprawy przybrały zaskakująco inny obrót i to raczej nie ja się zmieniłem, ale kino nasze się zmieniło. Kino polskie zaczęło mnie zaskakiwać pozytywnie, nie mnie jednego zresztą, skoro na emanacje polskiej twórczości filmowej ruszyły miliony rodaków, bo nagle okazało się, że można w Polsce robić wybitne kino środka, znakomite kino popularne czy też świetne kino gatunkowe.Obecnie jestem kibolem polskiego kina, na wszystkie nowe polskie filmy biegnę chyżo w dniu premiery, a i często oglądam przed premierą, premier z niepokojem wyczekuję, z zachwytem bieżę nawet na filmy bezsensowne, jak ostatnio na zupełnie absurdalną „Panią z przedszkola” (która na osobny tekst zasługuje), kalendarz swój, jak na kibola przystało, układam, kierując się repertuarem kin. Los kibola na tym wszak polega, że chodzi nie tylko na mecze zwycięskie, ale także na te sromotnie przegrane, nie tylko wiktorie, ale i klęski przeżywa wzniośle. Ja już się do tak paranoicznie kibolskiego stanu doprowadziłem, że w zasadzie to mógłbym zająć się wyłącznie felietonistyką filmową i każdy nowy polski film skrupulatnie i niuansowo opisywać, co by jednak dla czytelników zupełnie nie do wytrzymania się stało.

„Ziarno prawdy” Borysa Lankosza według powieści Zygmunta Miłoszewskiego to była rzecz, na którą wyczekiwałem wyjątkowo, wyczekiwałem zaciekle, zajadle i fanatycznie jak na prawdziwego kibola przystało. Tym bardziej czekałem, że przecież pierwsza ekranizacja Miłoszewskiego, mianowicie „Uwikłanie” w wykonaniu reżysera Bromskiego, w istocie była kryminałem, ale kryminałem wybitnie specyficznym: reżyserowi Bromskiemu udało się powieść Miłoszewskiego brutalnie zarżnąć i sprofanować jej zwłoki. Dlatego też w ekscytacji pobiegłem na pokaz prasowy „Ziarna prawdy”.

Czkawka kryminalna, czyli wielkość Miłoszewskiego

Streszczać tu naturalnie „Ziarna prawdy” nie zamierzam, scenariusz wiernie trzyma się powieści Miłoszewskiego, może z tej przyczyny, że sam Miłoszewski go z Lankoszem pisał, niedziwne więc, że Miłoszewski się ściśle książki Miłoszewskiego tu trzyma. Tyle powiem tym, którzy powieści nie czytali, że rzecz się dzieje w Sandomierzu, gdzie straszliwe zbrodnie są popełniane. Co ciekawe, inspirowane są owe morderstwa sławnym swą niesławą obrazem Karola de Prevota w tamtejszej katedrze wiszącym, a przedstawiającym mordy rytualne w wykonaniu Żydów; obraz ten jest emanacją zaściankowego antysemityzmu, ale dla szaleńca, który w Sandomierzu seryjnie morduje, staje się intelektualną inspiracją. Wszystko wskazuje na to, że jakiś oszalały Żyd mści się na gojach w wielce wyrafinowany sposób, tyle że nie żydowski antypolonizm przecież jest wiodącym wątkiem opowieści, ale właśnie polski antysemityzm i wiara w owe mordy rytualne oraz w toczenie krwi polskiej niezbędnej do wypieku pysznej macy. Do akcji wkracza zatem prokurator Teodor Szacki, grany przez Roberta Więckiewicza, aby owego wyrafinowanego obłąkańca złapać, tymczasem morderstwo goni morderstwo i ten, który o bycie mordercą jest podejrzany, za chwilę sam wisi na haku jako kolejna ofiara prawdziwego zbrodniarza. Tyle tylko powiedzieć mogę, ale każdy, kto powieść Miłoszewskiego czytał, wie przecież, o co dokładnie tam chodzi, jak się sprawy naprawdę mają. Ten zaś, kto „Ziarna” nie czytał, straszliwe zaniechanie lekturowe popełnił, które jeszcze ma czas naprawić, a i na film Lankosza pójść – film bez czytania książki można obejrzeć, książkę bez znajomości filmu można przeczytać, ale za obligatoryjne uważam i książkę przeczytać, i film Lankosza obejrzeć.

Borys Lankosz: Hollywood jest dla Polaków

Powiedzieć, że oglądając „Ziarno prawdy” popadłem w histeryczny, niekontrolowany zachwyt, byłoby mocną przesadą, taką retoryczną brawurę odpuszczam od razu. Jednakowoż film ten przecież spełnia wszelkie moje kibolskie potrzeby co do kina gatunkowego, takich polskich filmów rocznie jestem gotów oglądać nie mniej niż tuzin, według mnie jest to robota mistrzowska, film, który standardy światowe kryminału czy też thrillera trzyma mocno, i jeśli o scenariusz idzie, i o zdjęcia, montaż, muzykę i grę aktorską.

Ja oczywiście już słyszałem kwękanie, że „Ziarno” słabo kręci, że „Ziarno” napięcia nie trzyma, że nawet Wielki Więcol zaliczył tu spadek formy; jeżeli w istocie Wielki Więcol zaliczył tu spadek formy, to ja mocno jestem za tym, żeby nieustannie takie spadki formy zaliczał. Co tu kryć – ja na każdy film, w którym gra Więckiewicz, idę natychmiast z szalikiem kibolskim.

Scenariusz scenariuszem, zdjęcia zdjęciami, muzyka muzyką, ale jakie tu są dialogi! Jakie tu padają frazy! Jakie w tych dialogach genialne pojawiają się diagnozy, nie tylko co do samej sprawy kryminalnej, ale co do istoty polskości. Mam dość mocne przekonanie, że jest to film z najlepszymi dialogami od lat, to, że są to dialogi polskie, aż trudno uwierzyć, tak są precyzyjne, tak są sarkastyczne, tak są wreszcie – wstrząsająca wiadomość! – niebywale zabawne. Tak są też bezlitosne w opisie polskości, że czekam na grafomańskie recenzje niektórych wzburzonych krytyków, którzy „Ziarnu” antypolskość zarzucą. To jest film, w którym najważniejsze zdania o istocie polskości padają, o polskiej nienawiści, o polskiej żółci, o polskiej zawiści, o polskiej zemście. A i o Kościele polskim przecież tam znakomite frazy fruwają, osobliwie w wykonaniu bohatera o nazwisku Szyller, proponuję się w jego zdania wsłuchać w scenie, gdy z Szackim się spotyka. I w to, co mówi na spotkaniu z Szackim niejaki rabin Zygmunt, który dziwi się, że spotkał Polaka z poczuciem humoru – w istocie Polak z poczuciem humoru to jest okaz rzadki, my od humoru wolimy przecież honor. Przymiotnik „polski” pada tam często i pada nieprzypadkowo, ale nie chcę powiedzieć, że „Ziarno” jest filmem publicystycznym, bo nie jest żadną miarą. Jest rasowym kryminałem, ale w żadnym chyba tak zwanym ambitnym kinie, w kinie zwanym artystycznym, tyle prawdy o Polsce nie powiedziano, ile w owym wybitnym kryminale.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Palikot. Jestem na dnie
– Dzwonię po rady do przywódcy hinduizmu. Mówię, że mi nie wychodzi. A Ravi na to: „We wrześniu w Polsce zajdzie zmiana…”

Będę rodzić terrorystów
Razem pójdziemy na front, chyba że Allah wybierze dla ciebie macierzyństwo. Powinnaś poprosić Allaha, żebyś mogła rodzić dzieci. Pomogę ci

Kalwas o uboju rytualnym. Milczenie owiec
Zarżnięte byki, krowy i owce leżą na ulicach, w sklepach, w kawiarniach. Krew się leje, Bóg się cieszy

Polska nie chce Olka
Chłopcu odmówiono polskiego obywatelstwa, bo w jego akcie urodzenia wpisane są dwie kobiety

FotoReportaż. Dzieci Syberii
Poszliśmy z babcią na żebry. Babcia zemdlała z głodu i upadła. Ja zacząłem płakać i zasnąłem. Obudziłem się w domu dziecka. Opowieści Polaków, którzy jako dzieci przetrwali okrucieństwo zesłania

„Wilq”. Komiks klasy średniej
Obrażona koleżanka przyjechała mi powiedzieć: „Minkiewicz, ty to potrafisz każdego zeszmacić!?

Górnik, czyli oszołom
Wzmożenie wielu polskich publicystów budzą rozmaite przywileje zawodowe: barbórkowe, pępkowe, trzynastki. Nikt nie pamięta, że to pozostałość po czymś, co występuje w całej zachodniej Europie, tylko w Polsce już prawie nie, bośmy to wyrzucili na śmietnik – zbiorowych układów pracy [SROCZYŃSKI]

Świat według Orlińskiego. Wolinski, wieczny chłopiec…
…czyli moje wspomnienie ”Charlie Hebdo”

Zobacz także

Wyborcza.pl

Vonnegut, Bauman, Drezno. Niemcom opadają hajlujące ręce. Nauczyli się roztapiać lód-9?

Michał Wachnicki, 29.01.2015
Zwolennicy Hitlera pozdrawiają go nazistowskim salutem. Zdjęcie zrobione w Norymberdze w 1929 roku.

Zwolennicy Hitlera pozdrawiają go nazistowskim salutem. Zdjęcie zrobione w Norymberdze w 1929 roku. (AP Photo)

Następnego antyislamskiego marszu ruchu Pegida w Dreźnie nie będzie. Organizacja przeżywa kryzys, a wszystko dzięki społecznej presji. Niemcy – przynajmniej na razie – kontrolują bardzo niebezpieczną substancję społeczną: lód-9. Może więc do powtórki 1933 r. nie dojdzie
Zwolennicy Pegidy (Patriotyczni Europejczycy przeciw Islamizacji Zachodu) od kilku miesięcy co poniedziałek zbierali się w miejscu dawnej starówki i wznosili antyislamskie hasła. Na każdy marsz przychodziło ich coraz więcej i więcej.Ruchowi najpierw sprzeciwiły się otwarcie niemieckie elity z kanclerz Angelą Merkel na czele, później na marsze w Dreźnie i innych niemieckich miastach ruszyły kontrdemonstracje. Momentem przełomowym było ustąpienie z przewodnictwa ruchu jego założyciela Lutza Bachmanna, który opublikował na Facebooku zdjęcie, gdzie upodobnił się do Hitlera. Wczoraj zrezygnowała jego następczyni Kathrin Oertel. Jak napisała, „ustąpiła z powodu ogromnej wrogości, pogróżek i utrudnień zawodowych”. Inny członek zarządu wywodzącego się z Drezna ruchu postąpił podobnie: boryka się z problemami, ponieważ jego firma straciła publiczne zamówienia – podała Pegida. W obliczu wewnętrznego kryzysu ruch odwołał najbliższą planowaną demonstrację. Niemcy nauczyli się roztapiać lód-9.Lód-9 z kociej kołyskiLód-9 odkrył amerykański pisarz Kurt Vonnegut. W książce „Kocia kołyska” opisał substancję tak: „Lód-9 jest formą wody, która nie zamarza w temperaturze 0°C, tylko 45.8°C. Kiedy lód-9 wejdzie w kontakt z normalną wodą, powoduje jej krystalizację i zamarzanie całej objętości naczynia. Ze względu na to, że ludzie składają się w większości z wody, lód-9 zabija człowieka prawie natychmiast, kiedy wejdzie w kontakt z krwią lub błonami śluzowymi, np. oczu”.

Jak można się domyślać, w książce jeden z bohaterów przypadkowo wyrzuca grudkę lodu-9 do morza, a w konsekwencji cały światowy ocean, rzeki, jeziora zamarzają w ciągu kilku minut. Ludzkość i wszystkie formy życia giną. Autor pisze, że „procesu nie można było powstrzymać, tak jak nie można powstrzymać rozsypania się piramidy puszek, gdy ktoś wyciągnie jedną z nich od spodu”. Zniszczenie małego kawałka struktury wpływa na dalsze zniszczenie całej struktury.

Lód-9 jest substancją fikcyjną i nie istnieje w fizycznej rzeczywistości. Ale istnieje w rzeczywistości społecznej. Przypomniały o tym wtorkowe obchody 70. rocznicy wyzwolenia Auschwitz i wspomnienie Holocaustu – prawdziwej zagłady ponad miliona ludzi dokonanej przez Niemców. Używając vonnegutowskiej metafory – „zamarznięcia” człowieczeństwa. Podobnie jak w „Kociej kołysce” największa tragedia europejskiej cywilizacji zaczęła się niepozornie, od pierwszej „grudki lodu-9” wrzuconej między ludzi.

Nowoczesność, Hitler, zagłada

Był nią Adolf Hitler przemawiający znad kufla z piwem do kilkunastu ludzi w jednej z monachijskich knajp w 1923 roku. Niewiele, tylko kilkanaście wpatrzonych w swego proroka osób. A jednak wystarczyło. Jak pisał Zygmunt Bauman w „Nowoczesności i zagładzie”, to właśnie zdobycie tych „kilkunastu zwolenników było kluczowe dla rozwoju nazizmu”. Moment, w którym Hitler znalazł grono swoich apostołów, był początkiem zmiany struktury niemieckiego społeczeństwa. Bez wiernego zaplecza nie zwołałby pierwszych zebrań. Bez zebrań nie byłoby marszów, bez marszów – poczucia siły, bez poczucia siły – otwartej dyskryminacji mniejszości…

Niemieckie społeczeństwo szybko „zamarzało”. Od wygranej Hitlera w wyborach w 1933 roku wystarczyło zaledwie kilka lat, by – jak pisze dalej Bauman – „biurokracja sprowadziła ludzi do rzędu wielkości ilościowych” i by w czasie wojny inżynier jednej z niemieckich fabryk napisał list do przełożonego, w którym w punktach wyliczył, jak można usprawnić komory gazowe, by funkcjonowały bardziej wydajnie i skutecznie. W jego piśmie ani razu nie pojawia się słowo ‚człowiek’.

Tony ludzkiej mączki kostnej

W tym czasie struktura społeczeństwa była już całkowicie zmieniona, a jego energia nastawiona na przemysłowe mordowanie innych istot ludzkich. By ją rozmontować, alianci musieli zniszczyć Rzeszę wraz z całym jej aparatem biurokratycznym, którego przejęcie stało się priorytetem w latach po wojnie.

Właśnie o tym pisał Vonnegut. Będąc amerykańskim jeńcem wojennym, przeżył w 1945 roku dywanowe bombardowanie Drezna, które zniszczyło 85 proc. średniowiecznego miasta. „Szliśmy gwarnymi ulicami, a z rogów średniowiecznych domostw wyglądały postaci świętych, rogatych faunów, mężczyźni chodzili w kapeluszach, czyste kobiety w sukniach” – pisał w innej swojej książce „Rzeźnia numer pięć”. Powieść pochodzi z 1969 roku i w tym czasie Drezno „wyglądało już jak Dayton w Ohio, tylko że miało więcej otwartych przestrzeni. Musiały być tam tony ludzkiej mączki kostnej”.

Oto ostateczna konsekwencja niszczenia struktury społeczeństwa, którą Hitler zapoczątkował w latach 20. XX wieku.

Pucz rozbity, Führer nabiera mocy

W tym samym Dreźnie w 2014 roku kolejna „grudka lodu-9” została wrzucona między ludzi. To ruch Pegida właśnie.

Jak pokazuje doświadczenie hitleryzmu, zmianie struktury społecznej nie mogą się oprzeć pojedynczy ludzie; w tamtych czasach istniały osoby, które wołały o opamiętanie, ale zostały zagłuszone przez hajlujący tłum. Odpowiedzią wydaje się natomiast głośno wyrażana – już na samym początku – solidarność jednostek. Widać ją dziś w zdecydowanej presji społecznej, która skutecznie niszczy strukturę dyskryminacyjnego ruchu.

W 1923 roku Hitler też jednak nie zdobył szerokiego poparcia. Wtedy pucz monachijski został rozbity, a jego przywódca skazany na pięć lat więzienia. Wrócił silniejszy. Warto o tym pamiętać.

Zobacz także

wyborcza.pl

Szef „Solidarności” groził posłom? Piotr Duda pod lupą prokuratury za „wiemy jak wyglądacie, znamy wasze adresy”

Zawiadomienie w sprawie słów Piotra Dudy wpłynęło już do stołecznej prokuratury.
Zawiadomienie w sprawie słów Piotra Dudy wpłynęło już do stołecznej prokuratury. Fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta

Prokuratura bada sprawę Piotra Dudy. Chodzi o wypowiedź szefa NSZZ „Solidarność”, jaka padła w kierunku posłów ze Śląska na styczniowej konferencji prasowej: – My wiemy, znamy wasze nazwiska i wiemy, gdzie mieszkacie i immunitet wam nie pomoże.

Piotr Duda w ten sposób naciskał na posłów ze Śląska, by ci nie poparli przygotowanego przez rząd Ewy Kopacz projektu ustawy zakładającej – w ramach restrukturyzacji Kompanii Węglowej – likwidację czterech kopalń.

– Jeżeli się okaże, że ta ustawa zostanie w tym tygodniu przegłosowana w Sejmie, pójdzie szybką ścieżką do Senatu, pan prezydent podpisze, to my też wiemy, co mamy robić – mówił Piotr Duda. – Ja chcę tym posłom ze Śląska powiedzieć jedno: my wiemy, znamy wasze nazwiska i wiemy, gdzie mieszkacie i immunitet wam nie pomoże.

Na fakt, że takie słowa mogą być zaklasyfikowane jako groźba karalna zwrócili Dudzie uwagę już dziennikarze obecni na konferencji. Ten jednak zlekceważył ich argumenty.

Wypowiedź szefa „Solidarności” skomentował też marszałek Sejmu Radosław Sikorski, wzywając Dudę do wycofania kontrowersyjnych słów. – Te słowa budzą niepokój, to nacisk na granicy groźby karalnej – zauważył Sikorski, dodając, że Sejm „pracuje energicznie nad jedynym realnym planem uzdrowienia sytuacji w górnictwie”.

Dziś zawiadomienie o tym, że słowa Piotra Dudy mogły być groźbą karalną, wpłynęło do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście-Północ – podaje TVN24. Informację potwierdził już rzecznik tej instytucji, Przemysław Nowak. Teraz prokuratorzy mają 30 dni na czynności sprawdzające i decyzję, czy wszcząć śledztwo czy odrzucić zawiadomienie.

Źródło: TVN24.pl

naTemat.pl

Ciężarna z martwym płodem zgłosiła się do szpitala. Po porodzie kobieta walczy o życie

mn, 29.01.2015
Centrum Zdrowia Kobiety i Dziecka w Zabrzu

Centrum Zdrowia Kobiety i Dziecka w Zabrzu (fot. materiały szpitala)

37-letnia kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży zgłosiła się do Centrum Zdrowia Kobiety i Dziecka w Zabrzu. Badania wykazały, że kobieta od kilkunastu dni nosi martwe dziecko. Lekarze zalecili poród siłami natury.
O sprawie jako pierwsze poinformowało RFM FM. Anita Przytocka, rzeczniczka Szpitala Miejskiego w Zabrzu, którego centrum jest częścią, potwierdziała „Wyborczej”, że ciążę u 37-latki prowadził lekarz niezatrudniony w jednostce. – Już pierwsze badania wskazywały, że kobieta od kilkunastu dni nosi martwe dziecko. Tętno płodu było niewyczuwalne – mówi Przytocka.Rzeczniczka zapewnia, że rodzice zostali poinformowani o całej sytuacji, a lekarze podjęli decyzję o porodzie naturalnym. – Cięcie cesarskie w przypadku martwego płodu jest przeprowadzone wyłącznie w ściśle określonych przypadkach medycznych. Tutaj one nie wystąpiły – podkreśla Anita Przytocka.W trakcie porodu nastąpiło nagłe zatrzymanie krążenia i obfite krwawienie z dróg rodnych matki. – Operacja ratowania życia pacjentce była niezwykle trudna, trwała wiele godzin. Dzięki postępowaniu chirurgicznemu, przetoczeniu ponad 20 jednostek krwi i podaniu NovoSevenu udało się zatrzymać krwotok. Stan pacjentki jest ciężki, ale stabilny – informuje rzeczniczka.W Prokuraturze Rejonowej w Zabrzu prowadzone jest postępowanie wyjaśniające w sprawie ciąży 37-latki. Niezależne postępowanie wyjaśniające prowadzi też rzecznik praw pacjenta. Jak podkreśla Przytocka, obu tym instytucjom szpital w Zabrzu udostępnia całą dokumentację.

Sprawą, jak mówi rzeczniczka, zajął się także Zespół Analizy ds. Zdarzeń Niepożądanych Szpitala Miejskiego w Zabrzu.

Zobacz także

katowice.gazeta.pl

Szef sztabu Magdaleny Ogórek: Oczekujemy, że spadnie temperatura nagonki

29.01.2015

Magdalena Ogórek – kandydatka SLD na prezydenta Polski – planuje w ramach kampanii wyborczej m.in. objazd po kraju i spotkania z wyborcami. 14 lutego odbędzie się konwencja z jej udziałem – zapowiedział Leszek Aleksandrzak, który będzie szefem sztabu M. Ogórek. Zapewnił, że kandydatka będzie odpowiadała na wszystkie pytania dziennikarzy. „Oczekujemy jednej rzeczy – że spadnie temperatura nagonki” – dodał.

Magdalena Ogórek /PAP/Jacek Turczyk /PAP
Magdalena Ogórek
/PAP/Jacek Turczyk /PAP

Aleksandrzak jest wiceprzewodniczącym SLD. Zapowiedział, że cały sztab ma zostać skompletowany w ciągu najbliższych kilku dni i zaprezentowany w przyszłym tygodniu. Na pytanie, dlaczego SLD dotychczas tak „oszczędnie” prezentowało kandydatkę na prezydenta odparł, że kampania przed wyborami prezydenckimi jeszcze formalnie nie ruszyła.

Chcemy spotykać się z ludźmi i rozmawiać o ich problemach, bo – naszym zdaniem – i partie polityczne, i kandydaci zbyt mało słuchają Polaków– zapewnił. Podkreślił, że kandydatka zamierza jeździć po kraju i spotykać się z wyborcami w całej Polsce, nie tylko na zamkniętych spotkaniach, ale również na ulicach miast.

Magdalena Ogórek ma wygłosić przemówienie programowe na zaplanowanej na 14 lutego konwencji organizowanej w Warszawie przez SLD. Według Aleksandrzaka głos najprawdopodobniej zabierze również szef SLD Leszek Miller.

W połowie stycznia Magdalena Ogórek zaprezentowała swój program; znalazły się w nim propozycje, m.in. powołania komisji kodyfikacyjnej, by „napisać prawo od nowa”, obniżenia podatków, zorganizowania rodzaju Gwardii Narodowej, pomocy dla młodych przedsiębiorców, dofinansowania wywiadu czy „przeorientowania” dyplomacji.

Zgodnie z konstytucją wybory prezydenta Rzeczypospolitej zarządza marszałek Sejmu na dzień przypadający nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego prezydenta. Zaprzysiężenie Bronisława Komorowskiego odbyło się 6 sierpnia 2010 roku. W czasie wskazanym przez ustawę zasadniczą przypadają trzy niedziele, kiedy musi się odbyć pierwsza tura; poza 10 i 17 maja, także 3 maja.

PAP

RMF24

Radio ZET: Nowe śledztwo ws. kilometrówek

mikpie, 29.01.2015
Jest nowe śledztwo ws. oszustwa na poselskich kilometrówkach – dowiedziało się Radio ZET. Prokuratura bada przypadki ponad 100 posłów z kadencji 2005-07. Do nowego postępowania włączono też zawiadomienie na Romana Giertycha.
Jak donosi Radio ZET, prokuratura wzięła pod lupę aż 107 posłów z czasów koalicji PIS, LPR i Samoobrony. Na liście pojawiają się m.in. posłanki Marzena Wróbel czy Beata Kempa. Zdecydowana większość wymienionych w dokumencie posłów nie jest znana publicznie, choć w większości są to ówcześni parlamentarzyści PiS. Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie oszustwa.Zawiadomienia wpłynęły od dwóch osób prywatnych, które opisując każdego z posłów wymieniały kwoty, jakie ci pobrali na poczet rozliczeń za przejazdy prywatnymi samochodami. Było to 30 tys. zł na głowę.

Do nowego postępowania śledczy włączyli też zawiadomienie na Romana Giertycha. Były wicepremier powiedział Radiu ZET, że w tamtej kadencji był jednym z nielicznych posłów, którzy najmniej korzystali z kilometrówki, i zapowiedział, że złoży zawiadomienie na osobę, która na niego doniosła.

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: