PiS (25.01.15)

 

Kwiatkowski odchodzi z Twojego Ruchu. „Miała być lewica, jest popieranie Kopacz”

klep, 25.01.2015
Robert Kwiatkowski

Robert Kwiatkowski (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

„Twój Ruch już nie mój” – ogłosił Robert Kwiatkowski. Na Facebooku zapowiedział odejście z partii, która jego zdaniem stała się „narzędziem zaspokajania ambicji jednego człowieka” – Janusza Palikota.
„Odchodzę, bo nie mogę już uczestniczyć w projekcie, w którym zaczyna brakować miejsca dla ludzi centrolewicy” – napisał na Facebooku Robert Kwiatkowski. Zarzucił Januszowi Palikotowi, że „umówił się” z nim na tworzenie alternatywy dla prawicy, a skończyło się na „popieraniu rządu Ewy Kopacz”.„Realny Sejm bez lewicy”Zdaniem Kwiatkowskiego kandydowanie Palikota w wyborach prezydenckich to „realizowanie czarnego scenariusza dla polskiej lewicy”. Były prezes TVP zarzuca Leszkowi Millerowi i Palikotowi rozbijanie lewicy. „Coraz bardziej realny staje się Sejm bez jakiejkolwiek lewicy. Dwie listy wyborcze to dwa trupy. Nie godzę się na taki scenariusz” – pisze polityk. I zapowiada, że „będzie czynił wszystko, by temu zapobiec”.

http://www.facebook.com

Wojciech Szacki z „Polityki” kąśliwie skomentował na Twitterze, że Kwiatkowski mówi o zbliżeniu Palikota z rządem akurat wtedy, gdy Rwój Ruch zaczął premier atakować.

Jak zauważa 300polityka.pl, dziś rano Kwiatkowskiego zabrakło wśród gości programu „Kawa na ławę” w TVN24. Na jego udział nie zgodziła się centrala Twojego Ruchu.

Kwiatkowski, prezes TVP w latach 1998-2004, przez lata związany był z SLD. W 2012 roku związał się z Ruchem Palikota, rok później został wiceprzewodniczącym stowarzyszenia Europa Plus i członkiem zarządu Twojego Ruchu.

Zobacz także

TOK FM

Prof. Wiktor Osiatyński ostro o odznaczeniu prezesa TK „za zasługi dla Kościoła”

es, 25.01.2015
Prof. Wiktor Osiatyński, konstytucjonalista, krytykuje odznaczenie prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Nawołuje go do rezygnacji z funkcji

Prof. Wiktor Osiatyński, konstytucjonalista, krytykuje odznaczenie prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Nawołuje go do rezygnacji z funkcji (Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta)

– Mam nadzieję, że prof. Rzepliński jak najszybciej zrezygnuje z funkcji prezesa i sędziego Trybunału Konstytucyjnego – komentuje prof. Wiktor Osiatyński. To jeden z niewielu prawników, którzy głośno wyrazili swą opinię na temat odznaczenia szefa Trybunału Konstytucyjnego.
Odznaczenie Prezesa Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego papieskim krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża) za zasługi dla Kościoła i systemu prawnego w Polsce wywołało burzę w środowisku prawników.Jednak prawie żaden z pytanych przez nas prawników nie zdobył się na oficjalny komentarz. Najczęstszy powód odmowy, to: „Nie wypada mi”. Niektórzy nieoficjalnie wyrażali też obawę, że to podważy zaufanie opinii publicznej do bezstronności Trybunału, ale zaznaczali też, że głośne mówienie o tym jeszcze bardziej może to zaufanie podważyć.Natomiast bardzo ostro skomentował sprawę prof. Wiktor Osiatyński, wybitny konstytucjonalista: – Zarówno przyznanie urzędującemu prezesowi Trybunału papieskiego odznaczenia, jak i jego przyjęcie przez prezesa Rzeplińskiego są najbardziej rażącym i niebezpiecznym złamaniem zasady bezstronności w stosunkach państwo – Kościół wyrażonym w art. 25 konstytucji. Natomiast bałwochwalcze wobec ofiarodawców przemówienie prof. Rzeplińskiego w połączeniu z jego poprzednimi wypowiedziami: niedawną, po wyroku Trybunału w sprawie uboju rytualnego, gdy stwierdził, że wolność religii nie powinna podlegać ograniczeniom, i wcześniejszą, gdy do premiera Tuska powiedział publicznie: „Panie premierze, wierzymy w tego samego Boga” – są naruszeniem art. 195 konstytucji. Ten artykuł mówi, że sędziowie Trybunału są niezawiśli i podlegają tylko konstytucji. Nie ma mowy, żeby podlegali prawu Bożemu. Mówi też, że sędziowie nie mogą prowadzić działalności publicznej, która jest nie do pogodzenia z zasadą niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Mam nadzieję, że prof. Rzepliński jak najszybciej zrezygnuje z funkcji prezesa i sędziego Trybunału Konstytucyjnego.

Zobacz także

wyborcza.pl

Prof. Andrzej Rzepliński odznaczony za zasługi dla Kościoła. Prawnicy w szoku

Ewa Siedlecka, 25.01.2015
Prof. Andrzej Rzepliński

Prof. Andrzej Rzepliński (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

Prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński został odznaczony papieskim Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża) za zasługi dla Kościoła i systemu prawnego w Polsce. – To szokujące. Dziwię się, że prezes przyjął to odznaczenie, a szczególnie, że przyjął je jako urzędujący prezes – skomentował dr Paweł Borecki z Katedry Prawa Wyznaniowego na UW.
Jak wynika z relacji zamieszczonej na stronie internetowej archidiecezji warszawskiej, w laudacji ks. Tomasz Dostatni podkreślił zasługi prof. Rzeplińskiego dla Kościoła i systemu prawnego w Polsce, a „szczególną uwagę zwrócił na jego działalność w Trybunale Konstytucyjnym i zgodność jego poglądów, na przykład na karę śmierci, z nauczaniem papieża Jana Pawła II”.Prof. Rzepliński, dziękując, powiedział: – Jestem szczęśliwy, bo jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem. To Kościołowi zawdzięczamy w dużej mierze to, że po latach zaborów i totalitaryzmów możemy mówić i myśleć po polsku.Krzyż Pro Ecclesia et Pontifice został ustanowiony przez papieża Leona XIII 17 lipca 1888 r. dla upamiętnienia 50-lecia jego kapłaństwa. Przyznawany jest przez papieża na wniosek biskupa diecezjalnego. W tym wypadku jest nim kard. Kazimierz Nycz, arcybiskup metropolita warszawski, który w piątek wręczył odznaczenie prof. Rzeplińskiemu.Prof. Andrzej Rzepliński orzeka w Trybunale Konstytucyjnym od grudnia 2007 roku, a od 2010 jest jego prezesem.

Informacja o odznaczeniu papieskim dla prof. Rzeplińskiego poruszyła środowisko prawników, jednak nie chcieli tego faktu skomentować dla „Wyborczej”. Najczęstszy powód odmowy, to: „nie wypada mi”. Niektórzy nieoficjalnie wyrażali obawę, że to podważy zaufanie opinii publicznej do bezstronności Trybunału, ale zaznaczali też, że głośnie mówienie o tym jeszcze bardziej może to zaufanie podważyć. Inni nie widzieli nic złego w przyjęciu przez prof. Rzeplińskiego tego odznaczenia, przeciwnie, uważali, że nie wypadało odmówić (zwykle przed przyznaniem odznaczenia nieoficjalnie pyta się potencjalnego laureata, czy je przyjmie). Niektórzy mieli zastrzeżenie do tego, że prof. Rzepliński, dziękując, podkreślił, że czuje się katolikiem, podczas, gdy jako szef Trybunału Konstytucyjnego – instytucji świeckiej, stojącej na straży prawa świeckiego państwa – powinien był podkreślić, że czuje się przede wszystkim obywatelem. A także, że lepiej zrobiłby, gdyby przyjął odznaczenie po zakończeniu kadencji w Trybunale.

Jedynie dr Paweł Borecki z Katedry Prawa Wyznaniowego na UW, który od lat publicznie krytykuje „wyznaniowe” wyroki Trybunału (dotyczące religii i krzyży w szkołach, a także orzeczenia z 2011r. w sprawie kościelno-rządowej Komisji Majątkowej) zdecydował się na komentarz: – To szokujące. Dziwię się, że prezes przyjął to odznaczenie, a szczególnie, że przyjął je jako urzędujący prezes. To stawia wielki znak zapytania nad jego bezstronnością. Kiedy mówię, że Trybunał jest w sprawach wyznaniowych stronniczy, ludzie patrzą na mnie z niedowierzaniem, mówią, że to „zbyt daleko idące stwierdzenie”. A tu fakty mówią same za siebie!

Sam prof. Rzepliński, zapytany, czy w przyjęciu odznaczenia i swoich słowach o byciu szczęśliwym z tego, że jest Polakiem i katolikiem, nie widzi zagrożenia dla zaufania opinii publicznej do wiarygodności własnej i Trybunału, odpowiedział „Wyborczej”: – Nie uważam, że fakt, iż jestem katolikiem, oznacza, że jestem stronniczy, orzekając w Trybunale.

Równie dobrze mogę być stronniczy jako profesor uniwersytetu, orzekając w kwestiach z tym związanych, a jako syn rolnika – stronniczy w sprawach rolnictwa. Jestem sędzią konstytucyjnym, a nie religijnym. Nie zabiegałem o to odznaczenie. Gdybym sugerował, by dać mi odznaczenie po zakończeniu kadencji w Trybunale, to byłoby to ukrywanie tego, że de facto mi go przyznano. Nie ukrywałem odznaczenia od polskiego prezydenta, od prezydent Litwy też nie. Nie widziałem i nie widzę w tym nic niewłaściwego.

Zobacz także

wyborcza.pl

Magazyn narkotyków w sopockim mieszkaniu. Podejrzani kibole Lechii

Grzegorz Szaro, 25.01.2015
W sopockim mieszkaniu policjanci znaleźli narkotyki, białą broń i pieniądze

W sopockim mieszkaniu policjanci znaleźli narkotyki, białą broń i pieniądze (CBŚP)

Policja zlikwidowała magazyn narkotyków, który znajdował się w sopockim mieszkaniu. Na miejscu zatrzymano dwóch mężczyzn blisko związanych ze środowiskiem pseudokibiców. Policja podejrzewa, że mogli oni również brać udział w napadzie na pociąg, do którego doszło kilka dni temu w Gdańsku.
Akcję przeprowadzili funkcjonariusze z Centralnego Biura Śledczego Policji.- Zatrzymanie odbyło się sprawnie, szybko i dynamicznie, gdy podejrzani wychodzili z mieszkania. W wyniku jego przeszukania ujawniono w sumie 12 kg różnego rodzaju narkotyków, m.in. kilogram kokainy, 650 tabletek ekstazy, kilogram mefedronu oraz tzw. dopalacze – mówi Mariusz Marciniak, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku, która nadzoruje śledztwo.Pieniądze w reklamówce– Wartość zabezpieczonych przez funkcjonariuszy narkotyków oszacowano na blisko 350 tys. zł. W mieszkaniu znajdowała się także reklamówka z 35 tys. zł – dodaje Marciniak.

Zatrzymani mężczyźni mają 29 i 30 lat. Z informacji przekazanych przez policję wynika, że są blisko związani ze środowiskiem pseudokibiców gdańskiej Lechii. Mieszkanie, w którym urządzili narkotykowy magazyn, było przez nich wynajmowane. Po przesłuchaniu w prokuraturze obaj usłyszeli zarzuty udziału w obrocie znacznymi ilościami narkotyków. Grozi im za to kara do 12 lat więzienia.

Z dotychczasowych ustaleń policji wynika również, że jeden z zatrzymanych regularnie uczestniczy w tzw. ustawkach, czyli brutalnych bijatykach organizowanych przez wrogich sobie kiboli. Mężczyzna ten trafił do aresztu na trzy miesiące. Drugi podejrzany po przedstawieniu mu zarzutów otrzymał dozór policyjny oraz środek zapobiegawczy w postaci poręczenia majątkowego w wysokości 30 tys. zł.

Napadli na pociąg?

CBŚP na swojej stronie internetowej poinformowało, że zatrzymani handlarze narkotyków mogli brać udział w napadzie na pasażerów pociągu, do którego doszło w poprzednią sobotę wieczorem na stacji Gdańsk Żabianka. Do wagonów, którymi jechali sympatycy klubu piłkarskiego Arka Gdynia, wtargnęło wtedy kilkanaście zamaskowanych osób, a kilkadziesiąt zostało na zewnątrz, ubezpieczając resztę grupy. Napastnicy atakowali konkretnych pasażerów, bijąc ich pięściami i kopiąc. Rannych zostało kilkanaście osób, z których pięć wymagało hospitalizacji. Po napadzie wszyscy przestępcy szybko się rozpierzchli. Następnego dnia zatrzymano kilku podejrzewanych o udział w tym zdarzeniu, ale z powodu braku wystarczających dowodów nikomu nie udało się przedstawić zarzutów. Policja otwarcie przyznaje, że dla służb operacyjnych była to „sytuacja nie do przewidzenia”, bo wcześniej do takich napadów przecież nie dochodziło.

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

Górnicy dostali, co chcieli. Teraz do Kopacz idą rolnicy. Dają ultimatum: „Ma pani sześć dni, inaczej blokada dróg”

mil, PAP, 25.01.2015
Protesty górników (zdjęcia z listopada 2014 roku)

Protesty górników (zdjęcia z listopada 2014 roku) (Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Skoro premier znalazła czas na spotkanie z górnikami, to musi także znaleźć czas dla rolników, którzy są kołem zamachowym gospodarki – uważa rolnicze OPZZ. I grozi, że jeśli Ewa Kopacz nie spotka się z nimi w ciągu sześciu dni, to zorganizuje „marsz gwiaździsty” na Warszawę lub zablokuje tory czy drogi.
– Postulaty rolników zostaną przekazane w poniedziałek do Kancelarii Premiera – powiedział Sławomir Izdebski, prezes Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych Rolników i Organizacji Rolniczych. Jak dodał, Porozumienie daje Ewie Kopacz sześć dni na podjęcie rozmów z rolnikami. Zaznaczył też, że Porozumienie nie chce rozmów tylko z ministrem rolnictwa, bo – jego zdaniem – „takie spotkania nie rozwiązują problemu”.Izdebski przekonywał, że skoro premier znalazła czas na spotkanie z innymi grupami zawodowymi (np. górnikami), to „musi także znaleźć czas dla rolników, którzy są kołem zamachowym” gospodarki.Kopacz ma czas do piątku– Apeluję do premier – do piątku dajemy czas na rozmowy ostatniej szansy – oświadczył Izdebski. Zaznaczył, że jeśli do rozmów nie dojdzie, rolnicy zorganizują „masz gwiaździsty” na Warszawę; w stolicy powstanie „zielone miasteczko”, a protestujący pozostaną w nim tak długo, aż zostaną spełnione ich postulaty.- Główny postulat to natychmiastowa wypłata rekompensat dla rolników, którzy ponieśli straty spowodowane przez dziki w swoich uprawach – poinformował Izdebski. Dodał, że jeżeli będzie to konieczne, to rolnicy wystąpią z pozwem zbiorowym z tytułu utraconych dochodów z powodu wprowadzenia zakazu uboju rytualnego. Jego zdaniem został on wprowadzony niezgodnie z unijnym prawem.

– Żądamy też rekompensat do produkcji trzody chlewnej – wyliczał Izdebski. Rolnicze OPZZ chce również m.in. dopłat do eksportu wieprzowiny, uruchomienia skupu na potrzeby rezerw materiałowych. Zdaniem Izdebskiego obecnie „w polskim rolnictwie nie ma ani jednej gałęzi, która przynosiłaby dochód”. Rolnicy przypomnieli, że ceny żywca wieprzowego kształtują się na poziomie 3,5 zł za kg, a tak niska cena grozi bankructwem wielu gospodarstwom rolnym.

Forma protestu może być bardziej uciążliwa

Izdebski zapewnił, że jego organizację wspierają inne związki zawodowe – OPZZ i „Sierpień 80”. Dodał, że na razie jest to porozumienie ustne, ale jeżeli premier nie spotka się z rolnikami, między związkami zostanie zawarte porozumienie pisemne, a następnie będzie ustalony termin i forma protestu.

– Forma [protestu] może ulec zmianie, ale w ten sposób, że może być bardziej uciążliwa. Wchodzi w grę blokada torów kolejowych i ewentualnie wjazdów do Warszawy. Proponowana była także całkowita blokada Ministerstwa Rolnictwa, ale od tego raczej odstępujemy – przekazał dziennikarzom.

W niedzielę w Warszawie odbył się III Kongres Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych Rolników i Organizacji Rolniczych – pod hasłem „Dokąd idziesz Polsko”. Uczestniczyli w nim m.in. przewodniczący OPZZ Jan Guz oraz szef górniczych związków „Sierpień 80” Bogusław Ziętek. Na spotkanie przyjechało kilkuset rolników.

Piechociński: Są wybory, zweryfikujcie w ten sposób

Do zapowiadanych przez protestów odniósł się przebywający w Rzeszowie wicepremier, minister gospodarki i szef PSL Janusz Piechociński. Jak podkreślił, wysuwające obecnie postulaty „związki zawodowe nie są przybudówkami politycznymi obecnych dwóch ugrupowań koalicyjnych; są albo lewicowe, albo są prawicowe i ich liderzy nie ukrywają, że grają w scenariuszach politycznych”.

Według Piechocińskiego, „jeden z nich głosi potrzebę wyprowadzenia Polaków na odpowiednik ukraińskiego Majdanu”. – A my mówimy, że nie ma drogi na skróty. Są jedne i drugie wybory; jeśli macie ambicje i cele polityczne, to się zweryfikujcie w ten sposób – powiedział. Wicepremier podkreślił, że „wielką wartością dla rozwoju gospodarczego jest przewidywalność polityczna, spokój społeczny i rosnąca konkurencyjność naszej gospodarki”. – Nie syćmy polskiej przestrzeni publicznej emocjami, nie próbujmy wykorzystywać strony społecznej poprzez konkretnie realizowane scenariusze polityczne – zaapelował.

Problemy na polskim rynku wieprzowiny

Rzecznik resortu rolnictwa Witold Katner zapewnił, że „ministerstwo jest otwarte na dialog i rozmowy, na bieżąco monitoruje sytuację dochodową w rolnictwie, ze szczególnym uwzględnieniem rynku wieprzowiny, który został mocno dotknięty rosyjskim embargiem oraz wystąpieniem afrykańskiego pomoru świń”.

– Resort od dłuższego czasu podejmuje wysiłki mające na celu poprawę sytuacji hodowców trzody chlewnej oraz zakładów przetwórczych – powiedział Katner. Podkreślił, że minister rolnictwa Marek Sawicki aktywnie zabiega na forum unijnym w sprawie uruchomienia mechanizmów pomocowych, takich jak dopłaty do eksportu wieprzowiny oraz do prywatnego przechowywania tego mięsa.

Zobacz także

TOK FM

Pijany proboszcz zatrzymany. Jechał na mszę

25.01.2015
Jak informuje Wyborcza.pl, we wsi Będomin pod Kościerzyną, w niedzielę przed południem, zatrzymano auto prowadzone przez pijanego proboszcza. 53-letni duchowny miał w wydychanym powietrzu ponad promil alkoholu.
Policjanci rutynowo zatrzymywali do kontroli kierowców przejeżdżających przez Będomin. Jak twierdzi nieoficjalnie Wyborcza.pl, jednym z kontrolowanych był proboszcz ze wsi pod Kościerzyną, zmierzający na mszę do sąsiedniej parafii.

– Jednym z elementów kontroli było sprawdzenie trzeźwości kierującego. 53-letni mężczyzna miał w wydychanym powietrzu 1,1 promila alkoholu – powiedział „Wyborczej” Piotr Kwidzyński, rzecznik Komendy Powiatowej Policji w Kościerzynie. – Jutro mężczyzna ma się stawić na przesłuchaniu w roli podejrzanego za jazdę pod wpływem alkoholu – mówi rzecznik.

Dodatkowo zatrzymany nie miał przy sobie prawa jazdy.

Za jazdę pod wpływem alkoholu grozi do dwóch lat więzienia.

Wyborcza.pl

Wprost.pl

Ksiądz planował postawić hospicjum, przedszkole i amfiteatr, a sprzedał grunt pod centrum handlowe

Maciej Sandecki, 15.01.2015

Wizualizacja nowego centrum handlowego na Ujeścisku

Wizualizacja nowego centrum handlowego na Ujeścisku (RWS Investment Group)

Parafia na gdańskim Ujeścisku kupiła od miasta działkę z 98-procentową bonifikatą. Dostała taką zniżkę, bo miały tam stanąć m.in. hospicjum, przedszkole oraz amfiteatr. Proboszcz jednak zamiast zrealizować te obietnice, sprzedał działkę pod centrum handlowe.
O kontrowersyjnych transakcjach dotyczących parafii św. Teresy Benedykty od Krzyża (Edyty Stein) na gdańskim Ujeścisku pisaliśmy w „Wyborczej” już kilka razy, pierwszy raz w kwietniu 2009 roku. Przypomnijmy: parafia powstała w 2001 r., a proboszcz Eugeniusz Stelmach od razu rozpoczął starania o wybudowanie nowego kościoła i wystąpił do władz Gdańska o sprzedaż działki pod świątynię przy ul. Wawelskiej. Działkę o pow. 1,6 ha miasto przekazało parafii za 34,4 tys. zł. Rynkowa cena gruntu wynosiła w momencie sprzedaży w 2003 r. 1,7 mln zł. Transakcję przeprowadzono zgodnie z prawem, ponieważ ustawa o gospodarce nieruchomościami pozwala gminom sprzedać grunt za 2 proc. wartości, jeśli prowadzona na nim będzie działalność charytatywna, kulturalna, lecznicza lub sakralna.Działka to nie wszystkoWkrótce ruszyła budowa kościoła, ale w pewnym momencie stanęła, bo parafii zabrakło pieniędzy na dalsze prace. W grudniu 2008 r. zdesperowany ks. Stelmach postanowił sprzedać jedną czwartą otrzymanej od miasta działki dwóm biznesmenom zajmującym się handlem walutami i nieruchomościami. Podpisał z nimi przedwstępną umowę notarialną i za 4 tys. m kw. otrzymał 650 tys. zł zadatku. Spłacił za to długi, licząc, że pozostałą część należności będzie mógł przeznaczyć na budowę.Problem jednak w tym, że kupując od miasta grunt z bonifikatą, nie mógł go sprzedać przez 10 lat. A jeśli zdecydowałby się to uczynić, to musi zapłacić gminie całą bonifikatę – w tym wypadku, po rewaloryzacji, była to kwota blisko 2 mln zł. Zrobił się problem. Parafia nie miała pieniędzy, żeby zwrócić bonifikatę, a miasto miało tytuł, żeby jej zażądać, i straszyło księdza komornikiem.Miasto rezygnuje z milionów po raz drugiOstatecznie jednak miasto wykazało się wobec parafii hojnością. Parafię zobowiązano do zwrotu jedynie 410 tys. zł, a na dodatek na prośbę księdza zmieniony został plan zagospodarowania przestrzennego, tak by dopuszczał funkcję komercyjną w tym miejscu. Ksiądz w liście martwił się, że bez zmiany planu kupcy zażądają zwrotu zadatku, a on będzie musiał zaniechać budowy świątyni. Miasto początkowo odmówiło, argumentując, że przecież cała działka miała być przeznaczona na cele sakralne, ale w listopadzie 2009 r. plan został zmieniony. Wkrótce stanęły tam delikatesy Piotr i Paweł, a budowa kościoła została ukończona.

Nowe centrum handlowe na Ujeścisku

W środę portal trojmiasto.pl podał, że parafia sprzedała kolejną część 1,6-hektarowego terenu. Tym razem umowy z miastem nie złamała, bowiem transakcji dokonano po 10 latach od zakupu działki. Nabywcą ponad 4 tys. metrów kwadratowych gruntów okazała się firma RWS Investment Group z Gdańska, która planuje postawić tam centrum handlowe o nazwie Veloces.

Firma na swojej stronie internetowej w ten sposób reklamuje inwestycję: „Budynek skomercjalizowany będzie sieciowymi najemcami z branży spożywczej, drogeryjnej, farmaceutycznej, odzieżowej i restauracyjnej. Obiekt handlowo-usługowy charakteryzuje się wysokim standardem wykończenia oraz niespotykaną do tej pory w skali takich obiektów zewnętrzną windą panoramiczną. Doskonała lokalizacja w Gdańsku-Ujeścisku przy ulicy Nieborowskiej, Anny Jagiellonki pozwala na dojazd w ciągu 10 min komunikacją miejską do Gdańska Głównego, będącego centrum biznesowym i kulturalnym Trójmiasta. W sąsiedztwie obiektu komercyjnego są duże osiedla mieszkaniowe, przedszkola, kościół oraz przystanki komunikacji miejskiej”.

Biedronka i Rossmann zamiast hospicjum i przedszkola

Jak podaje RWS, najemcami centrum będą m.in. Biedronka, KIK, Rossmann, Kolporter i Surf Burger.

– Transakcja została sfinalizowana w maju 2014 roku po długich negocjacjach – wyjaśniają Wojciech Sypniewski i Robert Wysłocki, zarząd spółki RWS Investment Group. – W tej chwili jesteśmy na etapie wyboru generalnego wykonawcy i ustaleń terminu rozpoczęcia i zakończenia inwestycji. Planujemy datę jej zakończenia na 2016 rok jako termin najpóźniejszy. Z uwagi na trudną sytuację na rynku, jeżeli chodzi o pozyskiwanie sieciowych najemców, obecnie przebiega komercjalizacja obiektu. W związku z licznymi zapytaniami i pozytywną opinią okolicznych mieszkańców chcemy obiekt zrealizować jak najszybciej w wyróżniającym go standardzie, stosując wysokiej jakości materiały. Obiekt usługowy nie tylko wypełni niezagospodarowany i zaniedbany dotąd teren, ale także posłuży jako łącznik pomiędzy ulicą Nieborowską i Jagiellonki (kładka oraz winda przeszklona ). Staramy się ułożyć mix najemców w taki sposób, aby uzupełniali oni braki w handlu i usługach w najbliższej okolicy.

Niedotrzymane obietnice księdza

Powstaje pytanie, dlaczego na samym początku władze Gdańska zgodziły się sprzedać parafii tak duży teren z 98-procentową bonifikatą? Na działce o powierzchni 1,6 ha można byłoby bowiem postawić dwie bazyliki mariackie. Jak się dowiedzieliśmy, dlatego że ksiądz Stelmach obiecywał miastu, że na tym terenie postawi różne obiekty – zgodne z pierwotną funkcją – charytatywną, kulturalną, leczniczą lub sakralną.

– Ksiądz obiecywał, że powstanie tam dom spotkań ekumenicznych z funkcją przedszkola, hospicjum, dom parafialny, kaplica, amfiteatr, pomnik Edyty Stein czy plac zabaw – wymienia Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta Gdańska.

Proboszcz milczy

Próbowaliśmy porozmawiać z księdzem Stelmachem, dlaczego zamiast postawić na działce te właśnie obiekty, sprzedał grunty pod komercyjne centrum handlowe i sklepy? Niestety, ksiądz nie chciał z nami na ten temat rozmawiać.

– Nie widzę potrzeby odpowiadania na te pytania – stwierdził i wyłączył telefon.

O komentarz w sprawie kontrowersyjnych transakcji księdza Stelmacha poprosiliśmy też prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

– Jestem przekonany, że sprzedaż gruntów z bonifikatą na cele sakralne jest zasadna. Zaspokaja bowiem potrzeby duchowe mieszkańców miasta. Ale smutne i zawstydzające jest, jeśli niektórzy księża, mając pełną świadomość tego, że łamią prawo, próbują sprzedawać ten grunt na cele komercyjne – stwierdził prezydent Adamowicz.

LECH WAŁĘSA Z BRONIĄ W RĘKU? SPOKOJNIE, WSZYSTKO POD KONTROLĄ [ZDJĘCIA]

Zobacz także

Wyborcza.pl

Exit poll: lewicowa SYRIZA wygrała wybory w Grecji. Zdobyła od 35,5 do 39,5 proc. głosów

mig, PAP, 25.01.2015
Alexis Tsipras i jego zwolennicy cieszą się w sztabie SYRIZY po ogłoszeniu wyników wyborów

Alexis Tsipras i jego zwolennicy cieszą się w sztabie SYRIZY po ogłoszeniu wyników wyborów (MARKO DJURICA/REUTERS)

Lewicowa, populistyczna partia SYRIZA wygrała przedterminowe wybory parlamentarne w Grecji. Zdobyła – według sondażu exit poll – od 35,5 do 39,5 proc. głosów. Konserwatywna Nowa Demokracja zdobyła 23-27 proc. O trzecie miejsce rywalizują centrowa partia To Potami i skrajnie prawicowa Złota Jutrzenka.
Dzisiejsze wybory były oceniane jako najważniejsze od wielu lat. Naprzeciw siebie stanęły bowiem partie, proponujące przeciwstawne drogi wyjścia z kryzysu, w którym cały czas znajduje się Grecja. Wyborcy mieli w praktyce zdecydować, czy chcą kontynuowania trudnych reform i pomocy UE.A ludzie na greckiej ulicy mówią, że ich kraj potrzebuje „nowego otwarcia”. Większość przedwyborczych sondaży dawało zwycięstwo SYRIZIE. Partia Aleksisa Ciprasa zyskała popularność jako alternatywa wobec konserwatywnej Nowej Demokracji premiera Antonisa Samarasa. Samaras forsował niepopularne reformy zgodnie z programem pomocowym Unii Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Z kolei Cipras obiecuje, że tuż po wyborach skończy z polityką zaciskania pasa oraz będzie dążył do renegocjacji niekorzystnej – jego zdaniem – umowy z UE w sprawie udzielonej Grecji pomocy, mającej ratować jej zadłużoną gospodarkę.

Udział w wyborach jest obowiązkowy, a złamanie prawa grozi dość znaczną karą finansową. Dużo trudniej jest zagłosować poza miejscem zameldowania, dlatego wielu Greków wyjechało z dużych miast do rodzinnych miejscowości, aby wypełnić swój obowiązek.

Zobacz także

TOK FM

LUKIERSKA, SUTOWSKI: KTO SIĘ BOI SYRIZY?

ULA LUKIERSKA, MICHAŁ SUTOWSKI, 25.01.2015

Jej wyniki w sondażach już zmieniły ton przestraszonych europejskich elit. Po niedzielnych wyborach może popchnąć na nowe tory całą europejską politykę.

Grecka Syriza nie ma dobrej prasy – ani w Polsce, gdzie epitet partii „lewackiej” należy do łagodniejszych, ani wśród globalnych inwestorów.

 

W grudniu 2014 samo ogłoszenie przedterminowych wyborów prezydenckich (i w konsekwencji możliwych wyborów parlamentarnych) wywołało – w kontekście korzystnych dla Syrizy sondaży – największy spadek kursów akcji na giełdzie w Atenach od 1987 roku. Niektórzy analitycy mówią wręcz o panice wśród inwestorów:„Wychodzący ze spotkania [z przedstawicielami Syrizy w Londynie – przyp. red.] chcą sprzedać wszystko, co mają w Grecji”. Z kolei analityk Xelionu Piotr Kuczyński wskazuje na możliwość – szczególnie przykrą w polskim kontekście –dalszego wzrostu kursu franka i ogólnych zawirowań na rynku: „Grecy oczywiście znowu są straszeni tym, co się stanie, jeśli wybory wygra Syriza, obiecuje się im obniżki podatków i różne inne cuda, więc zapewne wybiorą tak, jak chcą tego rynki, ale gdyby tak się nie stało, to możemy wejść w okres potężnego niepokoju, zarówno na rynku walutowym jak i na rynku akcji”.

 

Zwycięstwo Syrizy i utworzenie przez nią rządu wydaje się całkiem realną perspektywą – badania opinii publicznej na tydzień przed wyborami wskazywały, że partii tej zabraknie tylko siedmiu mandatów do bezwzględnej większości w trzystuosobowym parlamencie.

 

O czym świadczy poparcie dla partii, której część inwestorów tak bardzo się obawia i którą część establishmentu tak bardzo potępia?

 

Odpowiedzi może być co najmniej kilka. Głos protestu przeciwko skompromitowanemu establishmentowi – niewątpliwie. Pragnienie zmiany i nadzieja na politykę rzeczywiście odmienną od dotychczasowej – to też typowe zjawisko w ogarniętej kryzysem Europie, gdzie partie socjaldemokratyczne, chadeckie, konserwatywne i liberalne stosują niemal wszędzie niemal te same rozwiązania gospodarcze. Frustracja i gniew społeczny z powodu efektów wieloletniej już polityki cięć – o nich też wspominają komentatorzy, choć z wyraźnie mniejszą dozą zrozumienia. Najmniej chyba mówi się o samych pomysłach Syrizy na wyprowadzenie Grecji i całej strefy euro z kryzysu – być może dlatego, że stoją w kontrze do potocznych wyobrażeń o jego źródłach. Uderzają też w interesy potężnych aktorów. I wreszcie – wymagałyby prawdziwego przewrotu w polityce gospodarczej naszego kontynentu.

 

Zmiana polityki oznacza zaniechanie polityki dotychczasowej. W przypadku Grecji mowa przede wszystkim o ograniczeniu drastycznego programu oszczędności budżetowych, w tym zwłaszcza cięcia płac i świadczeń społecznych, a także redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym, jakie na Grecji wymusiła tzw. trojka w zamian za pomoc w spłacie zadłużenia. Niektórzy publicyści głoszą, że greckie reformy „zaczęły przynosić owoce”, wskazując na zeszłoroczny – pierwszy od połowy 2008 roku – wzrost gospodarczy w wysokości 1,5 procent oraz stopniowy spadek bezrobocia wśród młodych, nadwyżkę pierwotną (tzn. bez uwzględnienia kosztów obsługi długu) w budżecie i wywołany spadkiem cen boom turystyczny. To jednak marne pocieszenie dla mieszkańców kraju, w którym płace realne od 2009 roku spadły średnio o 29 procent; kraju o jednym z najwyższych współczynników ubóstwa w Unii Europejskiej i ogromnych nierównościach. W takich warunkach „dostosowania strukturalne” uderzają przede wszystkim w tych najuboższych, najbardziej uzależnionych od państwa (np. chorych i emerytów) i zarazem najmniej winnych patologicznych mechanizmów w rodzaju unikania podatków, które poprzedziły kryzys.

 

Kryzys w Grecji zbywa się nieraz porównaniami do jeszcze większego kryzysu transformacyjnego krajów postkomunistycznych. Społeczny ból, nawet najbardziej radykalny, świetnie mieści się w ramach myślowych zwolenników „terapii szokowych”. Problem w tym, że o ile szoku Grecy niewątpliwie doświadczyli, o tyle skutki terapeutyczne cięć są nad wyraz nieoczywiste.

 

 

Anatomia klęski

 

Paul Krugman, przywołując dane Eurostatu, wskazuje na dość jednoznaczne efekty cięć wydatków budżetowych w ostatnich latach – w zdecydowanej większości krajów spadek wydatków publicznych wiąże się ze spadkiem PKB. Aditya Chakraborttypisze z kolei, że „prezesi banków i politycy próbują przekonać świat, że Grecja zmierza ku poprawie – ale cały ten optymizm to tylko szukanie uzasadnień dla narzuconej strefie euro terapii szokowej”. To tylko słowa? Bardziej konkretnie piszeDaniel Gros: „Nie ma żadnych dowodów, żeby narzucone jej [Grecji] przez „trojkę” (Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy) rozliczne reformy strukturalne doprowadziły do jakiejkolwiek rzeczywistej poprawy na poziomie podstawowym. Przeciwnie: doszło nawet do pogorszenia wielu wskaźników, obrazujących skuteczność działań rządu oraz funkcjonowanie rynku pracy. […] W każdym kraju, który rozpoczyna program dostosowawczy z poziomu dwucyfrowego deficytu w bilansie rozrachunków bieżących, celem naprawdę istotnym musi być wzrost eksportu. Grecję wyróżnia właśnie brak takiego celu”. A Joseph Stiglitz dodaje, że „w Grecji na przykład rozwiązania zastosowane w celu obniżenia ciężaru długu sprawiły, że kraj ten jest bardziej zadłużony niż w 2010 roku. Cięcia budżetowe boleśnie odbiły się na produkcji, wskutek czego wzrosła relacja długu do PKB. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przynajmniej przyznaje, że była to zarówno porażka intelektualna, jak i błąd polityczny”.

 

To nie jest kwestia tej czy innej teorii, względnie interpretacji. Dane są bezlitosne: po wdrożeniu drastycznych programów oszczędnościowych grecki dług początkowo co prawda spadł, ale w roku 2014 wzrósł ponownie i obecnie wynosi niemal 180 procent PKB tego kraju.

 

Sprawy nie mają się lepiej, gdy przyjrzymy się bliżej greckiemu bilansowi płatniczemu, którego nierównowaga leżała u podstaw katastrofy. Na pierwszy rzut oka widać poprawę, co sugerowałoby, że dewaluacja wewnętrzna ma sens. Problem w tym, że wynika ona „przede wszystkim z załamania importu, jako że wzrost eksportu był bliski zera. Niższe płace realne wywarły wpływ, ale na popyt, a nie przyniosły zwiększenia eksportu kojarzonego z niższymi kosztami produkcji lokalnej. Innymi słowy, to mniejszy popyt towarzyszący niższym płacom i załamanie krajowej gospodarki pozwoliły na zrównoważenie bilansu zagranicznego”. Krótko mówiąc: na skutek brutalnych cięć kosztów i płac Grecy zyskali mniej potencjału eksportowego, niż stracili konsumpcji wewnętrznej, a dusząc w ten sposób wzrost nie zdołali bynajmniej – mimo ogromnych poświęceń – wyprowadzić gospodarki na prostą.

 

 

Równoważenie bez cięć

 

Co w tej sytuacji ma do zaproponowania Syriza? Bynajmniej nie wystąpienie Grecji ze strefy euro, choć takie rozwiązanie sugerują niektórzy ekonomiści, np. Leon Podkaminer, reprezentujący bliskie Syrizie wartości. Grexit – poza efektem domina i zawirowaniami na rynkach, których boją się wielcy inwestorzy – stwarza bowiem istotne problemy z punktu widzenia greckiego społeczeństwa. Trudno z góry rozstrzygnąć, jaki byłby los denominowanego w euro długu w sytuacji powrotu Greków do drachmy. Spodziewany run na banki przerażonych klientów wypłacających na gwałt oszczędności (dopóki są jeszcze w euro) doprowadziłby zapewne do załamania greckiego systemu bankowego. Wreszcie – i to jest być może najpoważniejszy kłopot na dłuższą metę – uzależnienie Grecji od importu(opłacanych w twardej walucie) surowców i paliw może negatywnie zrównoważyć zyski z dewaluacji wewnętrznej.

 

Alexis Tsipras i jego partia nie zamierzają bynajmniej wymyślać koła (tzn. makroekonomii) na nowo, względnie zmuszać grecki bank centralny do drukowania waluty bez pokrycia; dług publiczny traktują jak realny problem. Lider Syrizywskazuje jednak, że „równoważenie budżetu państwa nie wymaga automatycznych oszczędności”. Deklaruje, że „rząd Syrizy będzie dotrzymywał zobowiązań Grecji jako członka strefy euro do zachowania zrównoważonego budżetu i realizował wskaźniki ilościowe”, przy czym to demokratycznie wybranemu rządowi miałby przysługiwać wybór środków adekwatnych do tego celu.

 

Jakie to środki? Oprócz anulowania zobowiązań rządu Samarasa i zastopowania dotychczasowego kierunku „reform” (Syriza chce podwyżki płac minimalnych w miejsce kolejnych cięć emerytur, płac i podwyżki podatków) partyjny program zakłada m.in. subsydiowanie opłat za energię i dodatki żywnościowe dla 300 tysięcy rodzin oraz inne środki służące „złagodzeniu kryzysu humanitarnego, ożywieniu gospodarczemu i przywróceniu ludzi do pracy”. Te środki stymulowania – faktycznie rachitycznego – popytu wewnętrznego skłaniają oczywiście do pytań o ich finansowanie.

 

Najwięcej tak naprawdę zależeć będzie od tego, na ile realne są zapowiedzi „przeciwstawienia się gospodarczej oligarchii unikającej płacenia podatków” (z naciskiem na sektor mediów, nieruchomości i ogólnie zamówień publicznych). Skala tego narodowego sportu Grecji (wbrew optymizmowi Tsiprasa, wcale nieograniczonego do najbogatszych) stwarza oczywiście ogromny „potencjał rozwojowy” po stronie ewentualnych wpływów do budżetu; pytaniem pozostaje, czy w obliczu panującego w Grecji klientelizmu i kleptokracji (znów: nie tylko „politycznej elity”) zbudowanie sprawnych instytucji kontrolnych będzie jakkolwiek możliwe.

 

Obok – dość ogólnikowych, przyznajmy – pomysłów na wewnętrzną politykę gospodarczą Tsipras i jego partyjni koledzy i koleżanki wskazują na jeszcze dwa aspekty koniecznych zmian. Pierwszy to „europejski Nowy Ład inwestycyjny”, którego wdrożenie, skala i treść będzie zapewne przedmiotem sporów w najbliższych latach. Drugi – kluczowy i kontrowersyjny – dotyczy ciężaru obecnego zadłużenia.

 

 

Jak oddłużyć Grecję?

 

W swoim tekście opublikowanym na łamach „Financial Times” lider Syrizy przywołuje historyczną analogię konferencji oddłużeniowej w Londynie z 1953 roku. Państwa zwycięskie w II wojnie światowej (w tym Grecja!) zdecydowały wówczas o anulowaniu około 60 procent zadłużenia zagranicznego Niemiec Zachodnich, aby wesprzeć odbudowującą się ze zniszczeń wojennych gospodarkę sojusznika i ułatwić niemieckiemu społeczeństwu „nowy początek”. Argumentacja Tsiprasa jest przede wszystkim etyczna („to obowiązek moralny, a nie stworzenie pokusy nadużycia”) i zapewne tylko z powodu poprawności politycznej grecki polityk nie pisze wprost, że zawinione „błędy i wypaczenia” narodu greckiego nie dają się nawet porównać z ówczesnym dziedzictwem narodu niemieckiego. Tak czy inaczej, hojność aliantów sprzed ponad pół wieku mieszkańcy RFN spożytkowali z niewątpliwym sukcesem, dowodząc, że uczciwa zasada współodpowiedzialności kredytodawcy i dłużnika za problematyczne pożyczki może również przynosić dobre skutki z pragmatycznego punktu widzenia (do czego i grecki polityk się odwołuje, wskazując na oddłużenie jako warunek przywrócenia w Europie wzrostu).

 

Szczegóły greckiej propozycji oddłużenia kraju (i nie tylko) można znaleźć w tekście głównego ekonomisty Syrizy, Johna Miliosa. Proponuje on przejęcie całego długu państw strefy euro powyżej poziomu 50 procent ich PKB (w sumie około 4,35 biliona euro) przez Europejski Bank Centralny. Nie chodzi jednak o sztuczne jego anulowanie, lecz o formę nieoprocentowanej pożyczki. Dług zostałby zamieniony na tzw. obligacje zerokuponowe (tzn. bez odsetek), które poszczególne rządy spłacałyby EBC przez kolejne dziesięciolecia – w przypadku Grecji i Włoch całość należności zostałaby uregulowana do około 2075 roku. Dodatkowo dla samej Grecji autor planu zastrzegł okres 5-letniej karencji, analogicznie do rozwiązań z historycznej konferencji londyńskiej.

 

Pomysł konferencji oddłużeniowej może znaleźć w Europie sojuszników, o czym świadczą ostatnie wezwania francuskiego ministra finansów Michela Sapin, aby państwa strefy euro respektowały głos greckich wyborców i wykazały gotowość do dyskusji nad restrukturyzacją długu. Z kolei minister finansów Irlandiizadeklarował, że nie wyklucza wsparcia dla idei konferencji na temat oddłużenia Grecji, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii. Wszystko wskazuje na to, że Grecy mogliby w tej sprawie liczyć także na życzliwość Włoch. Na twardych oponentów koncepcji oddłużenia zapowiadali się Finowie, których premier Alex Stubb jeszcze niedawno zapowiadał „zdecydowane nie” dla jakichkolwiek umorzeń greckiego długu, ale w trakcie szczytu w Davos nieco złagodził swoje stanowisko, dopuszczając przynajmniej jego rozłożenie w czasie. Opór wobec restrukturyzacji długu stawiają wciąż przede wszystkim Niemcy: minister Schäuble ostrzegał niedawno aluzyjnie, że „greccy politycy muszą zadbać o to, by nie składać przed wyborami obietnic, których później nie będą mogli dotrzymać”. Do jastrzębi zalicza się także Bałtów, na czele z łotewskim komisarzem UE ds. euro i dialogu społecznego Valdisem Dombrovskisem.

 

Z greckim zadłużeniem wiąże się dziś pewien charakterystyczny paradoks, nieoczywisty w czasach potęgi anonimowych „inwestorów” i abstrakcyjnych „rynków finansowych”.

 

Tak się bowiem składa, że tylko około 17 procent greckich obligacji (blisko 55 z 317 miliardów euro całego długu) znajduje się w rękach wierzycieli prywatnych – reszta została umorzona bądź wykupiona przez instytucje publiczne. I to właśnie im – MFW i EBC, ale przede wszystkim rządom państw takich jak Niemcy, Francja czy Włochy – przyszłoby pokrywać koszty ewentualnej greckiej niewypłacalności. Grecki dług prywatny (głównie w bankach niemieckich i francuskich) stanowi nieistotną część aktywów bankowych, nie niesie zatem za sobą poważnego zagrożenia. Stwarza to interesującą sytuację z punktu widzenia politycznego. Taka bowiem struktura własności greckiego długu wyraźnie osłabia argument możliwej „reakcji rynków”, które zresztą zawsze najbardziej obawiają się realnego bankructwa państwa, a nie państwowych interwencji oddłużeniowych.

 

Najważniejsi aktorzy polityczni w Europie (ale także ci mali, bo relatywnie mocno do swej wielkości uwikłane w pomoc dla Grecji – do poziomu 3 procent PKB – są także kraje takie jak Słowenia, Portugalia czy Cypr) mogą stanąć przed realnym dylematem: czy podtrzymywać moralizującą opowieść o „konieczności spłacania swych długów” i ryzykować, że Grecja zbankrutuje (razem z ich aktywami), czy też raczej zgodzić się na daleko posuniętą interwencję EBC (traumatyczną dla niemieckich elit), połączoną z poluzowaniem kryteriów fiskalnych, które pozwoliłyby krajom takim jak Grecja uzyskać realny wzrost i tym samym środki na spłatę długów.

 

Niedawna decyzja Rady EBC o rozpoczęciu akcji „luzowania ilościowego”, która objęłaby nie tylko – jak dotychczas – aktywa banków prywatnych, ale także obligacje skarbowe z pozoru zdaje się zmierzać w kierunku postulowanym przez grecką lewicę. Rzecz w tym, że zgoda na „amerykanizację” Europejskiego Banku Centralnego i częściowe odejście od niemieckich pryncypiów konserwatywnej polityki monetarnej może usztywnić pozycję Niemiec w polityce fiskalnej. Naciskana przez jastrzębi z prawicowej Alternatywy dla Niemiec kanclerz Angela Merkel będzie więć zapewne tym bardziej obstawać przy „reformach strukturalnych” i domagać się bezwzględnego respektowania „oszczędnościowego” kursu, zwłaszcza w państwach tak zadłużonych jak Grecja. W tym sensie ruch przynoszący częściową ulgę większości państw członkowskich UE nie będzie sprzyjał renegocjacjom warunków spłaty greckiego zadłużenia.

 

 

Czy Grecja ma dobre wyjście?

 

Jakie pole manewru mają greckie partie polityczne? Obok wariantu „katastroficznego”, w którym po utworzeniu przez Syrizę rządu Niemcy nie godzą się na żadną poważną zmianę kursu (i powodują szybkie bankructwo Grecji), oraz wariantu „zachowawczego”, w którym rząd Grecji tworzą po wyborach partie establishmentu (korygujące kurs co najwyżej delikatnie), komentatorzy dopuszczają jeszcze trzecią możliwość: „zwrot cyniczny” Syrizy, w którym partia ta wprawdzie tworzy rząd, ale poza lewicową retoryką nie wprowadza większych zmian. Można się spodziewać, że druga i trzecia z tych możliwości przyniosłyby Schrecken ohne Ende, czyli stagnację gospodarczą i dalsze narastanie spirali greckiego długu, z coraz gwałtowniejszymi wybuchami społecznego gniewu i zwycięstwem faszyzującej prawicy ze Złotego Świtu w perspektywie. Czy zatem dla Grecji nie ma dobrych możliwości?

 

Najbardziej oczywiste scenariusze nie są jedynymi możliwymi. Ewentualneprzesunięcie Syrizy w stronę centrum nie musi oznaczać cynicznej zdrady, a ogromne zaplecze społeczne partii stwarza przyszłemu greckiemu rządowi większe pole manewru w negocjacjach na temat możliwych form oddłużenia, rozłożenia spłaty długu w czasie, rozmiaru europejskich pakietów inwestycyjnych czy nawet – choć tu będzie najtrudniej – poluzowania restrykcji fiskalnych.

 

Nerwowe napięcie inwestorów czy państwowych liderów przerażonych „inwazją populizmu” może skłonić polityczne elity UE do większej otwartości na niestandardowe propozycje. Oddłużenie w formie, która nie zakłada bezpośrednich transferów od „solidnej” Północy do zadłużonego Południa – jak np. według planu PADRES dwóch francuskich ekonomistów Pierre’a Pâris i Charlesa Wyplosza – a do tego twardo sankcjonuje nadmierne zadłużenie w przyszłości, może być zarówno dużym krokiem w stronę wyprowadzenia krajów Unii Europejskiej z kryzysu, jak i opcją akceptowalną dla demokratycznych społeczeństw i Południa, i Północy. Warunkiem podobnego rozwoju wydarzeń byłaby jednak zmiana dominującej w Europie narracji: z nacjonalistycznej gry sprzecznych interesów na solidarystyczną wspólnotę uwarunkowaną wzajemnymi zależnościami.

 

Syriza musi pilnować tej reguły, wystrzegając się języka „dumy peryferii”, a tym bardziej „suwerenizmu”, prezentując się jako awangarda Europy zintegrowanej i solidarnej.

 

Jej przedwyborcze wyniki w sondażach już zmieniły ton przestraszonych europejskich elit. Po wyborach może popchnąć na nowe tory całą europejską politykę.

Krytyka Polityczna

Grecja przed wyborami. „I tak nie można obsłużyć tego długu”

Claudia Laszczak / Barbara Cöllen, Deutsche Welle, 24.01.2015
Akropol w Atenach

Akropol w Atenach (fot. Claudia Laszczak/Deutsche Welle)

Wyjście Grecji ze strefy euro, koniec polityki zaciskania pasa – w razie zwycięstwa skrajnie lewicowej SYRIZ-y w Grecji wszystko będzie możliwe.
Biedę w Grecji widać gołym okiem. Właściciel tawerny, który rozpaczliwie próbuje przekonać przechodnia, by wstąpił do jego lokalu. Złotnik, który chce towarzyszyć turyście do bankomatu, kiedy ten mówi, że nie ma przy sobie tyle gotówki. Młodzi ludzie, którzy już o godz. 6 rano są w drodze z całym dobytkiem, wtedy, kiedy jest ciemno i nikt ich nie może zobaczyć. Dziesiątki tysięcy Greków żyją obecnie na ulicy. W tym wiele rodzin. Musieli opuścić mieszkania, gdyż nie są w stanie spłacać kredytów, które zaciągnęli na ich zakup.Skrajna lewica chce przebudować krajDziś Grecy głosują w przedterminowych wyborach parlamentarnych. W aktualnych sondażach przedwyborczych absolutnym liderem jest skrajnie lewicowa SYRIZA. Partia cieszy się ogromnym poparciem społecznym, gdyż Grecy mają dość zaciskania pasa.Theodorus Paraskevopoulos jest współzałożycielem tego radykalnego ugrupowania. Pełni funkcję doradcy ekonomicznego jego głośnego lidera Alexisa Tsiprasa. Paraskevopoulos ze zrozumieniem odnosi się do złości swoich rodaków.- Ludziom zabiera się dochody – nie daje żadnej perspektywy na lepsze czasy. Kraj można wydobyć z kryzysu prostym programem oszczędnościowym, to powie pani każdy analityk z uczelni ekonomicznej! – grecki ekonomista jest pewny swego. Zapowiada przebudowę Grecji – taki jest cel jego partii.- Potrzebujemy oddechu. I tak nie można obsłużyć tego długu, bo jest po prostu za wysoki – tłumaczy. Zadłużenie Grecji wynosi 180 procent rocznego PKB. Paraskevopoulos żąda zamiast tego „szybkiego programu ożywienia gospodarczego”, jak to nazywa. Płaca minimalna, która obecnie wynosi 560 euro, ma być podniesiona do 700 euro. Małe przedsiębiorstwa mają otrzymać odroczenie płatności, a banki będą upaństwowione – takie są plany.Przedsiębiorcy krytykująLecz te obietnice budzą wiele wątpliwości. Program wzrostu proponowany przez SYRIZ-ę ma być finansowany przede wszystkim z podwyższenia podatków. Wielu greckich przedsiębiorców patrzy na te zamierzenia krzywym okiem.

Konstantin Diplaris jest właścicielem drukarni. Założył ją pół wieku temu jego ojciec, a on przejął ją w 1989 roku. Od tamtego czasu już niejedno przeżył. Tuż przed kryzysem ekonomicznym zainwestował w nową produkcję, po czym wkrótce załamał się popyt na usługi. Drukarnia produkuje m.in. opakowania dla piekarni, barów i restauracji. Kiedyś klienci Diplarisa zamawiali u niego nadruki logotypu firmy – teraz zamawiają jak najtańsze produkty. Niedawno musiał zwolnić 50 pracowników, a podwyżka podatków nie jest mu w ogóle w smak. – Chcemy, aby sytuacja się ustabilizowała. Po sześciu latach recesji mamy dosyć tego. Ciągle podwyższa się nam podatki. Nam potrzebna jest płynność – mówi.

Produkcja w kraju równa zeru

Najpilniejszą sprawą jest uruchomienie produkcji w kraju. Tylko w ten sposób można osiągnąć wzrost gospodarczy. Typowym przykładem działalności gospodarczej w Grecji jest firma Petrosa Petropulosa z Aten. Założyli ją jego przodkowie 100 lat temu. Firma ma siedzibę poza miastem na działce o powierzchni 16 tys. hektarów. Ale w halach produkcja już dawno stanęła. Zamiast tego stoją tam zagraniczne marki samochodów, jak szwedzka Scania czy japońskie Isuzu.

Kiedyś produkowano tu silniki, traktory, generatory prądu – lecz potem wszystko stanęło. Grecy nie byli w stanie sprostać zagranicznej konkurencji. Dzisiaj importuje się wszystkie maszyny z innych krajów europejskich i z Azji. Petropulos zajmuje się co najwyżej małymi adaptacjami i oferuje usługi naprawcze. Greckiej gospodarce brakuje własnej produkcji. Tworzenie wartości dodanej nie ma miejsca we własnym kraju. To dla właściciela firmy jest kluczowym problemem: – Trzeba zmienić to, że nie jesteśmy konkurencyjni. Nasza konkurencyjność jest za niska i ciągle spada.

Odwaga pomimo kryzysu

– Trudno być optymistą, ale to leży w naszej naturze, ciągle przyzwyczajamy się do trudnych warunków – mówią Erietta Tosidou i Melina Pispa, które projektują luksusowe ręczniki i sprzedają je w sklepie internetowym Sun of a Beach w całej Europie, a nawet w USA i Japonii. Marka ta kojarzy się z wiecznie trwającym w Grecji latem.

Młode biznesmenki – 28 i 35 lat – wspierają lokalnych przedsiębiorców i oddają ręczniki do szwalni w Atenach. Mówią, że mają nadzieję przede wszystkim na stabilizację sytuacji ekonomicznej, aby ich firma mogła się dalej rozwijać. – Nasze pokolenie może coś zmienić. Chcemy być aktywni, a nie tylko przyglądać się i czekać, co się wydarzy – podkreślają.

http://vdt.dw.de/index.php?v=pl&w=620&d=1&lg=pl

Artykuł pochodzi z serwisu ”Deutsche Welle”

Zobacz także

TOK FM

Miller chce kończyć jako katolicki feminista. Rewolucja na lewicy się szykuje

Agnieszka Kublik, 25.01.2015
Leszek Miller i Krzysztof Gawkowski

Leszek Miller i Krzysztof Gawkowski (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Sekretarz generalny SLD ogłosił, że nowa twarz lewicy jest katolicką feministką. – Synteza katolicyzmu i feminizmu jest bliska mojemu sercu – zapewnia.
Krzysztof Gawkowski (sekretarz generalny, czyli pierwszy po Leszku Millerze) opublikował w sobotę komentarz, który zapewne jeszcze bardziej wprawi w osłupienie sympatyków Sojuszu niż ogłoszenie w dniu śmierci Józefa Oleksego, że kandydatką lewicy na prezydenta będzie dr Magdalena Ogórek. Znów w partii będzie szok i niedowierzanie.Gawkowski obwieścił, że Ogórek, „nowa twarz lewicy”, to katolicka feministka. „Tak jak większość polskich kobiet” – dorzuca.”Ta deklaracja to wyzwanie dla większości polityków i komentatorów polityki, którzy przyzwyczaili się do rzeczywistości, w której feminizm i katolicyzm są jak ogień i woda. A przecież nie muszą być. To kandydatka, która na nowo zdefiniuje oblicze polskiego feminizmu” – opisuje.Czyli Miller chce skończyć swoją polityczną karierę jako promotor katolickiej feministki. A przecież ani żaden z niego katolik, ani żaden feminista.Mężne serce w kształtnej piersiW 2000 r. w wywiadzie dla „Gazety” tłumaczył, że wiara jego była płytka, bo stracił ją, ujrzawszy swoją 16-letnią kuzynkę z księdzem. Co do stosunku Millera do kobiet wątpliwości mieć nie można. Od lat traktuje je jak przystało na szowinistę.Feministki (i nie tylko je) drażnią jego seksistowskie powiedzonka, jak np. te: „prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, nie jak zaczyna, a jak kończy” albo „jeżeli koło partii kręcą się osoby, kobiety nieatrakcyjne, to jest coś anachronicznego, coś, co odstręcza wyborców” albo o Aleksandrze Jakubowskiej „mężne serce w kształtnej piersi”.Tymczasem Gawkowski prezentuje Magdalenę Ogórek jako „kandydatkę zmiany pokoleniowej, zmiany politycznej, zmiany społecznego postrzegania roli kobiet w polityce”. Jakiej zmiany? Toż to rewolucja na lewicy się szykuje!

Jezus był pierwszym socjalistą

Katolicki feminizm w uproszczeniu zajmuje się przywróceniem kobietom należnego im miejsca w Kościele. Kościół nie przewiduje samorealizacji kobiet, nie godzi się na ich święcenia, bo Bóg powołał je do pełnienia innych ról. Historia Kościoła to historia marginalizacji i dyskryminacji kobiet, które według nauczania z natury są istotami gorszymi od mężczyzn.

Dalej Gawkowski całkiem odkrywa się przed wyborcami: „Synteza katolicyzmu i feminizmu jest bliska mojemu sercu, w moim domu zawsze się mówiło, że Jezus z Nazaretu był pierwszym socjalistą”.

I tak kończy: „Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że SLD części wyborców się już opatrzył. Gdyby tak nie było, osiągalibyśmy wyniki lepsze od tych, które były werdyktem wyborców. Wyciągamy jednak wnioski z woli suwerena”.

Czy właściwe? Lewicowy elektorat zaakceptuje zwrot w kierunku katolickiego feminizmu, a Millera jako katolickiego feministę?

Zobacz także

wyborcza.pl

Gowin: Każdy następny premier będzie groźniejszym przeciwnikiem dla opozycji. Zwłaszcza Siemoniak

klep, 25.01.2015
Posiedzenie rządu Ewy Kopacz

Posiedzenie rządu Ewy Kopacz (Fot. Sławomir Kamiński/AG)

– Głównym problemem Kopacz jest nie jej otoczenie, ale ona sama – mówił w Radiu Zet Jarosław Gowin z Solidarnej Polski. Jego zdaniem jakakolwiek zmiana na stanowisku premiera byłaby niekorzystna dla opozycji, bo jak zasugerował, Ewa Kopacz nie jest groźnym politykiem.
Goście Moniki Olejnik w audycji „7. dzień tygodnia” w Radiu Zet rozmawiali o niespodziewanych dymisjach w otoczeniu premier Ewy Kopacz. Odeszła m.in. oskarżona o szkolenie medialne polityków opozycji Iwona Sulik, rzeczniczka rządu.Otoczenie premier nielojalneRyszard Czarnecki z PiS przekonywał, że ostatnie wydarzenia pokazały, jak płytkie jest kadrowe zaplecze rządu. Stanisław Żelichowski z PSL przyznał, że polityka informacyjna rządu nie jest skuteczna, a realne dokonania ministrów są lepsze niż ich medialny wizerunek.

– Otoczenie premier było skrajnie nieprofesjonalne i jak się okazuje, nielojalne – mówił Jarosław Gowin ze Sprawiedliwej Polski. Jego zdaniem pojawienie się w gabinecie Kopacz osób w rodzaju Sławomira Nitrasa będzie niewątpliwą korzyścią dla rządu.

„Spodziewam się zmiany premiera”

– Głównym problemem Kopacz jest nie jej otoczenie, ale ona sama – dodał jednak Gowin. – Nieprzypadkowe są publikacje, że wszystkie frakcje w PO dochodzą do porozumienia, że trzeba panią premier wymienić. Spodziewam się, że to nastąpi po wyborach prezydenckich – powiedział poseł.

– Z punktu widzenia opozycji wymiana premiera byłaby złą wiadomością. Każdy następny premier, zwłaszcza gdyby to była osoba tak kompetentna jak Tomasz Siemoniak, byłby groźniejszym przeciwnikiem. Ale jako obywatel życzę sobie, żeby do zmiany doszło jak najszybciej – zastrzegł Gowin.

Zobacz także

TOK FM

Żelichowski o słowach Schetyny: Przed kamerą zachowuje się jak mój pies, kiedy wyczuje drzewo

klep, 25.01.2015
Stanisław Żelichowski

Stanisław Żelichowski (Fot. Radio ZET)

– Ten i poprzedni minister, jak wyczują kamerę, to zachowują się jak mój pies, kiedy wyczuje drzewo. Jak się dużo mówi, to się zawsze powie słowo za dużo – huknął Stanisław Żelichowski w Radiu Zet, krytykując Grzegorza Schetynę i Radosława Sikorskiego. Chodzi o oprotestowaną przez Rosję wypowiedź Schetyny na temat roli Ukraińców w wyzwalaniu obozu w Auschwitz.
Polityk PSL w audycji „7 dzień tygodnia” w Radiu Zet porównał postawy Sikorskiego i Schetyny do standardów pierwszych ministrów III RP, Krzysztofa Skubiszewskiego i Bronisława Geremka, którzy rzadko wypowiadali się dla mediów. – To było wielkie święto. Przyjmowali dziennikarzy w pałacyku MSZ, tak jak to robi prezydent. Tam było każde słowo ważone – mówił Żelichowski, który powiedział o sobie, że „jest za stary, żeby pamiętać, o czym powinien zapomnieć”. – Nie bardzo wiem, po co te standardy Skubiszewskiego i Geremka psuć ciągłą obecnością w mediach – dodał Żelichowski.
„Drzewo biega wokół psa”Wypowiedź Schetyny na temat wyzwolenia obozu zagłady w Auschwitz nazwał „ewidentnym błędem”. – Takich rzeczy nie można mówić. Patrząc metodą pana ministra, był Front Ukraiński i Front Białoruski, nie było miejsca, w którym walczyliby Rosjanie – mówił Żelichowski, który wpadkę Schetyny wyjaśniał zbyt częstą obecnością ministra w mediach.- Mój kochany koalicjancie, to nie minister Schetyna biega za kamerami, bo każdy go zna i jakby mógł, to by je odsunął. To kamery biegają za ministrem – zaprotestowała Iwona Śledzińska-Katarasińska z Platformy Obywatelskiej. – Drzewo biega wokół psa – podsumował Marek Siwiec.Czarnecki i Gowin: „Drobne potknięcie. Schetyna nie powinien przepraszać”Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, nazwał wypowiedź Grzegorza Schetyny „niefortunną, niewłaściwą i niedobrą”. – Po stronie rosyjskiej histeria, potraktowali to instrumentalnie i cynicznie, ale paliwa dostarczył im pan minister – ocenił polityk. Czarnecki stwierdził, że wystarczyłby „zwykły komunikat MSZ”, a Rosjanom – o których powiedział, że „mają milion razy więcej na sumieniu – nie należą się przeprosiny.Jarosław Gowin nazwał wypowiedź Schetyny „drobnym potknięciem”. – Uważam, że nie ma powodu do przeprosin, wystarczy zwykły komunikat i doprecyzowanie, co miał na myśli. Reakcja ze strony rosyjskiej jest niewspółmierna, sądzę, nie ze względu na tę wypowiedź Schetyny, ale jego twardy kurs wobec Rosji w kontekście konfliktu Rosji z Ukrainą – mówił Gowin.

Siwiec: „Szkoda, że 70. rocznica wyzwolenia Auschwitz zostaje obsłużona blotkami”

Nieco innego zdania był Marek Siwiec z Twojego Ruchu, który nazwał wypowiedź Schetyny „didaskaliami”. – Ambasador RP, pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, wydała komunikat w tej sprawie. To, z punktu widzenia dyplomacji, zamyka sprawę. To jest w imieniu państwa polskiego, a nie krasnoludków – mówił Siwiec. Reakcję Rosjan nazwał „przesadzoną”.

Siwiec podkreślił, że w efekcie sporu Schetyny z Rosjanami umyka znaczenie 70. rocznicy wyzwolenia obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. – Ta wyjątkowa rocznica i ta wyjątkowa zbrodnia zostaje obsłużona takimi blotkami. Rosjanie przenoszą wymianę poglądów na wypowiedź Schetyny, ponieważ nie mogą tej rocznicy tak, jakby chcieli – stwierdził Siwiec.

„Iwanow to wielka postać”

Monika Olejnik zapytała, czy Putin chciałby zostać zaproszony na obchody. – Oczywiście, że tak. I im się to należy. Jakbyśmy nie rozmawiali, to armia radziecka wyzwoliła i ten obóz, i kawał świata – odpowiedział Siwiec. Dodał, że wybieg Rosji został sprawnie przyjęty przez Polskę. – Siergiej Iwanow to jest wielka postać rosyjskiej polityki, to jest postać numer dwa na Kremlu. W naszym interesie jest to, żeby został poważnie potraktowany – stwierdził Siwiec.

Innego zdania byli Przemysław Wipler z partii Janusza Korwin-Mikkego, oraz Krzysztof Gawkowski z SLD. – Jeżeli miał miejsce błąd, to powinny mieć miejsce przeprosiny. Mamy tyle spraw, w których mamy realne różnice z Rosjanami, że minister, który popełnił błąd, powinien przeprosić. Ten błąd popełnił historyk, Schetyna jest historykiem z wykształcenia – mówił Wipler, który stwierdził, że „ciągłość z ZSRR jest ważnym elementem doktryny putinizmu”. – To musiało wywołać histerię. Jest tyle powodów do zadrażnień z Rosjanami, że nie powinniśmy dokładać dodatkowych – mówił Wipler.

„Polskim ministrem Jaś Fasola”

Również Krzysztof Gawkowski krytykował Schetynę – Oglądając rosyjską telewizję i media światowe, można odnieść wrażenie, że polskim ministrem jest Jaś Fasola – mówił sekretarz generalny Sojuszu.

– O Jezu – westchnęła Monika Olejnik. – Mam wrażenie, że poziom SLD się obniża. Pan Czarzasty mówi, że ja za pieniądze mogę zostać rzecznikiem rządu, Leszek Miller pyta, jakie kompetencje miał Lech Wałęsa, kiedy został prezydentem. Jak można mówić o ministrze, że to Jaś Fasola. Co to znaczy?! – pytała.

Gawkowski bronił się, że mówi o tym, jak to wyglądało z perspektywy innej telewizji. – To wygląda źle, dlatego minister spraw zagranicznych powinien, uważam, przeprosić. Bo to jest problem dla wizerunku Polski – mówił SLD.

Śledzińska-Katarasińska: „Nie ma mowy o przeprosinach”

Posłanka Platformy Obywatelskiej oceniła, że Grzegorz Schetyna „chciał posłodzić Ukrainie”. – Wyszło niezbyt dobrze. Jest komunikat i nie ma mowy o żadnych przeprosinach – ucięła Śledzińska-Katarasińska, która jest wiceprzewodniczącym klubu parlamentarnego PO.

Dodała, że równie dobrze Polska może domagać się od Siergieja Ławrowa przeprosin za to, że mówił o obozie w Oświęcimiu. – Jest Auschwitz-Birkenau. Niech nas za to przeprasza – zaproponowała reprezentantka partii rządzącej w „7 Dniu Tygodnia”.

Zobacz także

TOK FM

25.01.2015

 

PiS może stracić roczną subwencję

PiS udostępniało spółce Srebrna swoją siedzibę na negocjacje biznesowe – ustalił „Newsweek”. Dotarliśmy do filmów i dokumentów odsłaniających kulisy wojny prowadzonej przez współpracowników Jarosława Kaczyńskiego.

Srebrna należy do Instytutu Lecha Kaczyńskiego kontrolowanego przez szefa PiS. W jej zarządzie są przyboczni prezesa: Kazimierz Kujda, Jacek Cieślikowski i Janina Goss.

Spółka od ponad pół roku toczy wojnę z Metropolem, deweloperem, od którego PiS wynajmuje lokale na swoją siedzibę przy ul. Nowogrodzkiej. Spór dotyczy podziemnego parkingu znajdującego się pod podwórkiem przy Nowogrodzkiej. Garaż, w którym staje m.in. auto Kaczyńskiego, jest – lekko licząc – wart kilkaset tysięcy złotych. Przez lata nikt nie kwestionował, że nieruchomość należy do Metropolu. PiS i Srebrna parkowały tam swoje auta, karnie płacąc abonament (z dokumentów wynika, że miesięczna stawka za jedno miejsce wynosi 70 euro).

Sytuacja zmieniła się w marcu 2014 roku. W Srebrnej najęli się ludzie z dawnego CBA, zaczęli przeglądać dokumenty i wyszło im, że część garażu należy jednak do Srebrnej.

Apogeum sporu nastąpiło 1 lipca 2014 roku. Wówczas przy bramie wjazdowej do garażu doszło do przepychanki. „Newsweek” dotarł do filmu z tego zajścia. Widać na nim, jak Piotr Pogonowski, profesor prawa i były dyrektor gabinetu szefa CBA w czasach Mariusza Kamińskiego, kurczowo trzyma się obdrapanej bramy. Naciera na niego portier-emeryt zatrudniony przez Metropol, ale Pogonowski się zapiera i ciałem osłania robotnika ze Srebrnej majstrującego przy ryglu. Przepychance przyglądają się Anita Gargas, dziennikarka śledcza Telewizji Republika, oraz Ernest Bejda, były wiceszef CBA, który najwyraźniej dyryguje poczynaniami profesora i towarzyszących mu pracowników.

Po chwili jest już po wszystkim. Ekipa konserwatorów ze Srebrnej demontuje bramę, zanosi ją na pobliski trawnik i przykuwa łańcuchem do parkanu. Akcję skrupulatnie dokumentuje operator Republiki.

Tutaj możecie zobaczyć całą scenę rozgrywającą się pod siedzibą PiS, którą opisał powyżej dziennikarz „Newsweeka”:

Awantura o kasę - PiS i Srebrna [WIDEO]

0:51 min

– W jakim charakterze występował pan razem z prof. Pogonowskim przy bramie? – pytam Bejdę.
– W charakterze radców prawnych. Udzielamy pomocy prawnej Srebrnej, która poprosiła nas o reprezentowanie spółki w sporze z Metropolem.

Gargas twierdz z kolei, że pod bramą znalazła się przypadkiem. Przyjechała na Nowogrodzką nagrać jednego z polityków PiS i zainteresowała się zajściem. Jeśli rzeczywiście tak było, to zaangażowanie, z jakim operator Republiki filmował konserwatorów Srebrnej wynoszących odbitą bramę, musi budzić uznanie.

Spór o garaż wbrew pozorom jest poważny i może na PiS ściągnąć kłopoty. „Newsweek” dotarł do dokumentów, z których wynika, że PiS w ferworze walki dopuściło się złamania prawa.

Trzy tygodnie po incydencie przy bramie między zwaśnionymi spółkami zaczęły krążyć pisma. W jednym z nich prezes Metropolu napisał: „Na prośbę przedstawicieli PiS zarząd Metropol w dniach od 11 do 21 lipca uczestniczył w spotkaniach zorganizowanych w siedzibie partii PiS (…). Z niezrozumiałych dla nas względów nie doszło do podpisania ugody”.

Oznacza to, że partia Kaczyńskiego użyczała swojego lokalu na biznesowe negocjacje między dwiema prywatnymi firmami, czym naruszyła ustawę o partiach politycznych. Przepisy stanowią, że siedziby partii wolno użyczać tylko na biura poselskie, senatorskie i biura radnych. Ustawa mówi też, że, jeśli partia wydaje pieniądze z subwencji na cele niezwiązane z działalnością statutową (spotkania biznesowe z pewnością nie mieszczą się w statucie), to PKW odrzuca jej coroczną informację finansową. To skutkuje z kolei roczną utratą subwencji.

Mówi człowiek z PiS: – W tej wojnie parking to tylko karta przetargowa. Prawdziwą stawką jest cała Nowogrodzka, jedna z najatrakcyjniejszych działek w mieście. Centrum Warszawy, tuż przy dworcu kolejowym, 10 minut spaceru od drugiej linii metra, blisko lotniska. Gra idzie o grube miliony.

Czytaj też: Janina Goss – to od niej Jarosław Kaczyński pożyczał pieniądze

Newsweek.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s