Szkło (25.01.15)

 

Dariusz Michalczewski: Przeznaczyłem kasę w testamencie z zastrzeżeniem, że na moim pogrzebie mają być balety

Rozmawiali Maciej Drzewicki i Grzegorz Kubicki, 24.01.2015
Dariusz Michalczewswki

Dariusz Michalczewswki (RENATA DĄBROWSKA)

Do „Tańca z gwiazdami” przed każdą edycją mnie zapraszają. Powtarzam zawsze to samo: cena jest stała – chcę milion. I muszę wygrać.
Spotykamy się w restauracji Gianni na placu Przyjaciół Sopotu. – To takie moje biuro – Dariusz Michalczewski śmieje się na powitanie. – Jak mówię w domu, że idę „do biura”, to wiadomo, że jestem w Gianni. W tym prawdziwym biurze, w Manhattanie, jestem może raz w roku. To tu robię moje biznesy, spotykam się ze znajomymi, tu mam swój stolik [siadamy przy ośmioosobowym stole z karteczką „Zarezerwowane”], moje jedzenie. Nawet miejsce wybrałem takie, żeby w lustrze widzieć, kto ulicą przechodzi.

Maciej Drzewicki, Grzegorz Kubicki: Na wszelki wypadek?

– Eee, nie. Żadne nieprzyjemności mnie tu nigdy nie spotkały.

Na pewno nie ma śmiałków, którzy chcieliby zaczepić byłego mistrza? A ta awantura sprzed kilku lat w jednym z sopockich lokali?

– Tamto było ustawione. Zapraszał nas – bo byliśmy całą paczką – znajomy. „Dareczku, musisz wpaść do mojego lokalu”. No to poszliśmy. Sala pełna, już tam byli nieźle zrobieni. To musiała być prowokacja i tyle. Wchodzimy, ja pytam: „Gdzie mamy usiąść?”. A tu jeden taki odważny: „Najlepiej na dupie, bokserku”. Ale czy mi to przeszkadzało? Gdzie tam.

Do zadymy jednak doszło.

– Bo tamci koniecznie chcieli. Ale to moi kibice się za mną wstawili. Tak przynajmniej uznał sąd, my zostaliśmy uniewinnieni. Bili inni.

Zdarzył się panu jakiś pojedynek poza ringiem?

– Ja się nie biję. Zresztą, gdzie miałbym to robić? Nie trafiam do takiego towarzystwa, ja się spotykam z porządnymi ludźmi. Po dyskotekach też już nie chodzę. Moja Baśka bardzo na mnie uważa, najpóźniej o 10 jestem w domu.

Ale rano czy wieczorem?

– Nie, no, poważnie mówię.

Przecież nie zaprzeczy pan, że jest królem życia. Kiedyś przynajmniej tak było. Jak udało się panu te imprezy ukrócić?

– Kocham dobrą atmosferę, to dla mnie największa motywacja – wcale nie kasa, którą i tak musiałem zawsze zarobić. Lubię, jak wszyscy się cieszą, a ja mam świadomość, że sam to wszystko zorganizowałem. A bawić nie muszę się przecież po nocach, przeniosłem zabawę na wcześniejsze godziny. Zresztą Basia jest w ciąży, zrezygnowaliśmy już z niani dla małego Darka [ma pięć lat – red.], to nas też ogranicza. Tyle że my i tak nie mamy czasu na balowanie w Trójmieście, bo ciągle jesteśmy w rozjazdach, cały czas na urlopach. Choćby ostatnio: najpierw Miami, potem pojechaliśmy do Dubaju. Ledwie wróciliśmy, a już lecieliśmy do Hamburga…

A jeśli chodzi o imprezy, to wkrótce przynajmniej będzie okazja. Już mojej Basi zapowiedziałem, że pępkowe to tak ze trzy-cztery dni potrwa.

Wiadomo już, co będzie?

– Dziewczynka. Wreszcie! Bo jeszcze raz bym musiał próbować. Zresztą Basia już zapowiedziała, że kto wie, czy nie będzie jeszcze jednego. A czemu nie. Pieniądze są, warunki też. Ale na razie przerażony jestem. Miałem do tej pory trzech chłopaków, to co nieco już wiem. Ale co ja z córką będę robił?

Jak kto?

– Wszyscy mnie starszą, że z córką będzie inaczej. No i fakt. Moje dorosłe chłopaki – Michał i Nicolas – śmieją się: „Tato, tak nas w kartach czy w chińczyka nauczyłeś oszukiwania, przekręcania, cwaniactwa, że na studiach z nami nikt w nic nie chciał grać”. Z dziewczynką to jednak zupełnie co innego. Albo jak będzie chciała rękawice bokserskie założyć i ze mną „posparować”, to co? Przecież jej nie oddam. Nokautować mnie będzie i tyle. Pewnie, Darkowi się daję nokautować, ale sam też musi trochę przyjąć, żeby wiedział, co to znaczy… A dziewczynka to dziewczynka. Tylko żeby nie wyszło, że biję dzieci, wiecie, o co mi chodzi. Darkowi nie daję łatwo wygrywać, musi zrozumieć, co to rywalizacja.

A ćwiczy chętnie?

– Boks? Nie ma czasu. Dzień w dzień ma pływanie, tenis, piłka, tenis, piłka… On tylko albo uprawia sport, albo maluje. No i tablet, rzecz jasna, ale to chyba wszyscy.

Ma talent?

– Niezwykły. Trener od tenisa mówi, że mały po tygodniu gra jak ktoś, kto ćwiczył dwa lata. Ma dopiero pięć lat i niesamowite wyczucie. Zresztą w badmintona grał już, jak miał trzy latka. Odbijał ze mną nawet po 10-20 razy.

Chciałby pan, żeby syn zrobił sportową karierę?

– Nie ma raczej na to szans, to nie jest takie proste, jak się może wydaje. Ale jak w piłkę będzie chciał grać… Mam wszystkie możliwości, żeby mu to umożliwić. Teraz sponsoruję tę jego drużynę. Wszystko opłacam – boisko, trenera. Trenują dwa razy w tygodniu.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że dopiero przy trzecim dziecku zrozumiał, jak być ojcem.

– Bo coś w tym jest. Np. dziś o 16 wiozę Darka na piłkę. Mogłaby Janeczka, moja teściowa, ale nie. Ja tam muszę być. Mam takie poczucie, że z poprzednimi dzieciakami nic nie robiłem, a teraz mam taką potrzebę. Darek jest kochany chłopczyk. Żeby chociaż on miał coś z tego ojca…

To znaczy wiecie, jak Michał i Nicolas byli mali, ja byłem mistrzem świata. Ciągle miałem mnóstwo zajęć. Musiałem się pokazywać – na tenisie, koszykówce, piłce nożnej, Formule 1. Jak chłopaki chcieli, chodzili ze mną. Dla nich to była „vipowska” atrakcja, ale przecież tylko „przy okazji”. Dla nich samych na nic nie miałem czasu, nic nie było tak specjalnie dla nich. W domu było tak: cicho, bo tata śpi, cicho, bo tata je, cicho, bo tata jest zmęczony, bo coś tam, bo coś tam. A teraz już tak nie jest. Tata jest stary pryk, nic nie ma pilnego do roboty, to ma czas dla dziecka.

Oczywiście mam też co robić. Jest odpowiedzialność za te wszystkie moje biznesy, które prowadzę.

Co to takiego?

– Dużo by opowiadać. Z moim przyjacielem z dzieciństwa rozkręcamy sieć „gimów” pod marką Tiger [niem. „Tygrys”, ringowy pseudonim Michalczewskiego]. Na razie mamy trzy w Trójmieście, ale kolejne już są w planach – m.in. w gdyńskiej Rivierze i na gdańskim Chełmie. Pojawiła się nawet szansa na budowę ogólnopolskiej sieci.

Jest przecież moja marka napojów energetycznych Tiger Energy Drink, która robi już ponad 100 mln zł obrotu rocznie. Wiecie, to taka moja renta…

Ale nie tylko to. Mam grupę zaufanych współpracowników. Siadamy i dyskutujemy – inwestować w to czy nie, kupić czy nie. Mam mądrych ludzi, ale na końcu i tak decyzję muszę podjąć ja, powiedzieć – w prawo czy w lewo. Bo ostatecznie zawsze jest tak samo – albo wszyscy wygramy, albo… ja przegram. To jest ta odpowiedzialność, to jest ta presja.

Nie grozi panu zatem to, co wielu bokserom po skończeniu kariery, czyli spektakularne bankructwo?

– To nie dotyczy tylko byłych bokserów, popatrzcie, ilu koszykarzy NBA ma kłopoty po skończeniu kariery. Ktoś mi kiedyś mądrze powiedział, że życie zaczyna się dopiero po karierze sportowej. Warto się do tego przygotować. Ja może też przegrałem dwie ostatnie walki [wcześniej 48 wygrał], bo nie byłem już tak jak wcześniej skoncentrowany na sporcie, a bardziej na biznesie. Trenowałem tak samo ciężko, ale myślami byłem już gdzie indziej. Manhattan we Wrzeszczu budowaliśmy, trzeba było inwestować…

No dobrze, jak zatem wygląda zwykły dzień milionera? Na przykład dzisiaj…

– Wstałem rano, tak za piętnaście siódma. Basi mama, kochana Janeczka, zrobiła mi śniadanie do łóżka. Odwiedza nas teraz, bo Basia jest już w wysokiej ciąży, więc rano może sobie pospać. Janeczka przygotowuje Darka do przedszkola. Ja jem śniadanie i idę pod prysznic. Potem Darka zawożę do przedszkola i idę biegać – na bieżni w Manhattanie. Potem jeszcze trochę robię siłkę. Dzisiaj miałem z „Volvem” [wspólnik Michalczewskiego i przyjaciel jeszcze z lat dziecinnych] rozkminkę – planowaliśmy, co musimy zrobić i na kiedy. Zrobiliśmy sobie sauenkę, dwa razy piętnaście minut. No i potem przyjechałem do biura. Czyli tu. O 14 przyjdą chłopaki, jeszcze pogadamy o interesach. Na 16 zawożę dziś Darka na piłkę. Potem z powrotem „biuro”. I do domu.

A wieczorami? „M jak miłość”, „Taniec z gwiazdami”?

– Do tego „Tańca z gwiazdami” to mnie do każdej edycji zapraszają, ale moje stawki znają. Powtarzam za każdym razem, że cena jest stała – chcę milion. I muszę wygrać.

Czyli wieczorami co?

– TVN 24. Kocham naszą politykę. Mam swoje ulubione programy: oglądam Monikę Olejnik, „Szkło kontaktowe”, „Kawę na ławę”, te wszystkie wiadomości. Kocham to. Mam swoje zdanie, interesuję się, co się u nas dzieje. Wkur… się czasem, jak nie wiem co. Ale do polityki bym nie poszedł. Brzydzę się robotą (śmiech ).

Ulubieni politycy?

– Może się zdziwicie. Rysiek Kalisz jest dla mnie wielkim człowiekiem. Podziwiam go. Podobnie jak Frasyniuka.

Czyli serce jednak po lewej stronie?

– To są mądrzy ludzie. I tyle. Mam podobne poglądy jak Platforma, ale jak mam wskazać konkretnych polityków, to bardziej mi pasują lewicowcy.

Ostatnio mocno zaangażował się pan w kampanię „Ramię w ramię po równość – LGBT i przyjaciele”. I oberwał pan swoje w internecie. Z perspektywy czasu – warto było?

– W ogóle się nad tym nie zastanawiam. Ja niczego, co robię, nie robię wbrew sobie. Po prostu mówiłem, co myślę. A tej jazdy z homoseksualistami nie rozumiem. Pewnie, że wśród nich są normalni i nienormalni. Tak jak w każdej grupie społecznej. Ale przecież powinno liczyć się to, czy człowiek jest fajny czy niefajny, a nie to, z kim śpi. To jego sprawa!

Wielka dyskusja się zrobiła, czy geje powinni mieć dzieci czy nie. Myślałem o tym i powiem wam, że ja już wolałbym mieć dwie mamy niż ojca, który mnie leje, molestuje albo nie wiadomo co jeszcze. Jeżdżę dużo po domach dziecka, daję kasę, prezenty. I widzę te dzieciaki. Myślicie, czy by ich obchodziło, że mają dwie mamy albo dwóch ojców? Oni po prostu marzą o fajnym życiu, które takie osoby mogłyby im dać…

I co, myślicie, że u nas potem w szkole będzie problem, bo się inne dzieci będą śmiały? Akurat. To rodzice im powiedzą – „Nie bawcie się z nim, bo to dziecko pedałów”. Z zazdrości pewnie, bo sami nie potrafią sobie życia dobrze ułożyć.

Nie zabolało pana nic, co przeczytał o sobie w internecie?

– Nie zwracam uwagi na to, co piszą. Bardziej mnie zastanawiają ci, którzy takie wpisy robią. Tam są czasem naprawdę fajne teksty. Negatywne, ale pomysłowe. Ktoś musiał dużo wysiłku włożyć, czas poświęcić, żeby coś takiego stworzyć. Kurczę, przecież on nic z tego nie ma, za darmo się napracował. To mnie boli, jeśli już. Niewyobrażalne. Żeby oni te swoje pomysły, ten czas, wykorzystali w jakiejś dobrej sprawie, np. żeby mieć lepiej albo coś na tym zarobić.

Osobiście, twarzą w twarz, nikt pana nie krytykował?

– Skąd, same pozytywne komentarze mnie spotkały. Ludzie mówili: „Darek, jesteś wielki”, „Darek, jesteś gość”. Przecież chyba nie sami geje? A wszyscy twierdzili, że myślą dokładnie tak samo, jak ja. Zresztą w tym całym zamieszaniu wcale nie chodzi o homoseksualistów. Bo my dyskryminujemy wszystkich – grubasów, chudych, małych, wysokich. „A za własny nosek się złapcie” – to chciałem powiedzieć.

O tej całej awanturze było głośno nie tylko u nas. Ostatnio w Hamburgu znajomi mnie pytali: „Co się tam u was dzieje?”. Oni widzą, jak się Polska zmienia, są zachwyceni. Dlatego nie mogli pojąć, co my od tych gejów chcemy. Dla nich to już normalne sprawy, że każdy sypia, z kim chce. Nie wiedziałem, jak im wytłumaczyć, że mentalność to my mamy jeszcze daleko, daleko za Europą.

Obraz Polski w Niemczech chyba mocno zmienił się w ostatnich latach?

– Bardzo. Nie chodzi już tylko o to, że oni tu przyjeżdżają i widzą, jak się rozwijamy. Przecież stadiony czy hale sportowe mamy nowsze niż oni. Dużo dobrego robią Niemcy, którzy tu przyjechali do pracy – kadra menedżerska, tacy tam. Oni u siebie złego słowa na Polskę nie dadzą powiedzieć. Wściekają się, jak jeszcze ktoś próbuje w telewizji opowiadać stare dowcipy o Polakach, w stylu: „Jedź do Polski na urlop, twój samochód już tam jest”. Takie żarty są już w złym guście.

Deklaruje się pan jako osoba wierząca.

– Bo tak jest, chodzę do kościoła. Może nie co tydzień, ale chodzę. A wczoraj kolędę mieliśmy. Ksiądz został trochę dłużej, pogadaliśmy.

O Kościele też?

– Nie, o tym to nie. Okazało się, że był moim kibicem, wszystkie walki oglądał.

Ja się w tej wierze wychowałem. Być dobrym, oddanym, pomocnym, nie być zazdrosnym – to jest moja wiara. Słucham w kościele, co księża mówią, i powiem wam, że większość mówi mądre rzeczy. Ale jak wszędzie – jedno zepsute jabłko psuje całą skrzynkę. Nakłaniania do głosowania, uprawiania polityki w kościołach – tego nie chcę. Dla mnie to jest patologia.

Nie jest tajemnicą, że potrafi się pan dzielić tym, co ma.

– Nie zależy mi, by o tym mówili. Zresztą wiecie, nigdy nie mam tyle, by wszystkim dać tyle, ile potrzebują. Znajomi to się nawet ze mnie śmieją: „Darek, po co to robisz, w gazetach i tak ci dupę obsmarują”. I trudno. To jest taka odskocznia. Moja fundacja pomaga młodym sportowcom. Organizujemy obozy, stypendia, teraz budujemy w Słupsku centrum szkolenia olimpijskiego, są kolejne plany.

Nie mówimy tylko o fundacji.

– Jak zgłasza się ktoś po pomoc, staram się pomóc. I wszystko. Tak dla siebie to robię, to w końcu wszystko jest dla dzieci. Pan doktor, który mi nos zoperował po moich walkach – a narobił się chłop przy tym, po tych wszystkich krwotokach i złamaniach – zapytał, czy nie pomógłbym mu wyremontować oddział, laryngologię w wojewódzkim. To remontujemy, kilkadziesiąt tysięcy ma to kosztować. Inny lekarz, mój serdeczny kolega, ma neurologię. „Darek, potrzebujemy ponad 100 koła”. I robimy. Na inne też daję kasę. Kupuję sprzęt na urologię na Zaspie, daję na onkologię w Akademii Medycznej… Nie tyle pewnie, ile by chcieli, ale ile mogę.

Wrócił pan właśnie z Hamburga, ze smutnej uroczystości. Zmarł pana wieloletni trener Fritz Sdunek…

– Zszokowała mnie ta wiadomość. Wróciliśmy z Basią z Dubaju i zaraz lecieliśmy do Niemiec. Wiele wspomnień, długo by opowiadać. Okoliczności smutne, ale powiem wam – to była najpiękniejsza stypa, jaką widziałem. Taka na wesoło. Popiliśmy z chłopakami, odnowiliśmy stare znajomości. O, umówiłem się np. z Witalijem Kliczką, że go w maju odwiedzę w Kijowie. Wiele lat ze sobą się dzień w dzień widywaliśmy w sali treningowej, ale potem kontakt się urwał.

Na wesoło to była stypa, też bym taką chciał. Przeznaczyłem nawet kasę w testamencie z zastrzeżeniem, że na moim pogrzebie mają być balety.

???

– A co, płakać mają? Nie pozwalam. Oczywiście, nie tak to wszystko zaraz, jeszcze trochę. Ale nie wiadomo, każdy ma swoją świeczkę.

Na razie wiedział pan, kiedy odejść z boksu.

– I tak już za długo to ciągnąłem. Ulał mi się po prostu już ten boks. Nie mogłem się już doczekać, kiedy nie będę musiał iść rano na trening, myśleć o walce. Ja jeszcze dwa lata po końcu kariery budziłem się, pocierałem nerwowo nogę, że znowu ten trening. I nagle było takie ufff – jak fajnie, że już nie muszę.

Ma pan jeszcze propozycje? To pewnie bardziej byłby już cyrk, a nie boks.

– Cyrk to robią ci Polacy, co teraz boksują z jakimiś dziadkami po wylewach, którym już nogi inaczej i ręce inaczej chodzą. A głowa to już w ogóle… I jeszcze nasi przegrywają! Ja przynajmniej zarobiłem jeszcze osiem paczek za same przygotowania do walki.

Jak to?

– Kilka lat temu pojawiła się propozycja rewanżowej walki z Graziano Rocchigianim. Zażądałem 200 tys. euro za każdy miesiąc przygotowań. Organizowała to jakaś grupa z Berlina, zgodzili się. Płacili przez cztery miesiące, a potem im coś nie wyszło i temat upadł. Ale swoje zarobiłem.

Dziś już bym się jednak nie zgodził. Jak mają mnie ludzie oglądać? Jakiś ojciec powie synowi – patrz, to jest Michalczewski. A tu na ringu wolny grubas. Nie, tego nie zrobię. Chcę za to wykupić prawa do moich walk. Jak już się uda, zrobię z telewizją program. Takie odcinki co miesiąc – „Wieczór z Tygrysem”. Zaproszę gości, moich przyjaciół z Hamburga, ze starych czasów. Będziemy rozmawiali o tamtych walkach, wspominali, komentowali. Pieniędzy od telewizji nie wezmę, jakoś inaczej się dogadamy – może za procent z reklam? Ale to będzie dobre. Takiego Tygrysa chciałbym, żeby ludzie zapamiętali.

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

Natalia LL przed warszawską wystawą: Seks to poważna sprawa

Emilia Dłużewska, 25.01.2015
Natalia LL

Natalia LL (ADAM STĘPIEŃ)

W latach 80. wchodzę do muzeum w Hamburgu, a tam praca: Jeff Koons kopuluje z Cicioliną. I on ma teraz pieniądze, sławę, a ja się w Polsce muszę z mojej sztuki cały czas spowiadać – mówi artystka Natalia LL
Wystawa „Natalia LL. Secretum et Tremor” w Centrum Sztuki Współczesnej to pierwsza tak obszerna prezentacja indywidualna dorobku artystki, okrzykniętej legendą polskiej awangardy i sztuki feministycznej. Natalia LL tworzy od lat 60., jej prace prezentowane są m.in. w Tate Modern w Londynie i Centre Pompidou w Paryżu. Wystawa potrwa do 19 kwietnia.

Emilia Dłużewska: Ma pani 77 lat. Piękny wiek jak na skandalistkę.

Natalia LL: Nie czuję się skandalistką. Moja sztuka obfituje w motywy erotyczne, bo ta aktywność zawsze mnie interesowała. Na początku było to młodzieńcze zachłyśnięcie. Teraz patrzę na to inaczej, ale wciąż uważam, że erotyka jest ważnym aspektem ludzkiego życia. Platon twierdził, że istota ludzka była kiedyś jednią i dopiero przez gniew bogów podzieliła się na kobiety i mężczyzn, a w akcie seksualnym zespala się na nowo. To przepiękny moment, w dodatku może prowadzić do pojawienia się nowego człowieka. Patrzymy na to może nieco figlarnie, ale to w sumie szalenie poważna sprawa. Ten temat zawsze podnieca ludzi, pominięcie go uważałabym za błąd.

Z jednej strony podnieca, a z drugiej chyba przeraża. W zeszłym roku z powodu pani pracy zamknięto wystawę w czeskim Zlinie.

– To było zaskakujące, bo w naszych oczach Czesi są tacy otwarci i bezpruderyjni. Moje prace były pokazywane na zbiorowej wystawie sztuki lat 70. i po jakimś czasie pojawił się polityk, który zażądał, by je zdjąć, chyba głównie po to, by się pokazać. Ta cenzura oburzyła krytyków. Napisali mnóstwo artykułów, że tak nie można, że my, Czesi, z taką swobodą wypowiedzi, a nagle się buntujemy przeciw sztuce, w dodatku stworzonej dawno i pokazanej już na wielu wystawach. Cieszę się, że jakiś ferment powstał. Oburzeni krytycy doprowadzili do tego, że wystawę odwieszono i potrwała dłużej, niż planowano.

W Polsce też pojawia się moralna panika związana z seksualnością. A jednocześnie rozebrane modelki reklamują blachodachówki.

– Proszę sobie wyobrazić, że w tej chwili na świecie kopuluje kilka milionów ludzi. To jest normalna, ludzka czynność. Ukrywanie erotyki i ciągłe dziwienie się nią uważam za niepoważne. Może część ludzi się tego boi, ale ta chęć pokazania nagiego ciała istniała zawsze. Teraz to do ludzi dociera, oczywiście nie do wszystkich. Zaczęłam zajmować się erotyką w latach 60., ale nie mogłam jej pokazywać, bo działała cenzura, również obyczajowa. W latach 80. przejeżdżałam przez Hamburg, zdążyłam podjechać do Muzeum Sztuki Współczesnej. Wchodzę do sali, a tam wielka praca: Jeff Koons kopuluje z Cicioliną. I on ma teraz menedżerów, pieniądze, sławę, a ja się w Polsce muszę z mojej sztuki cały czas spowiadać.

Może chodzi o to, że jest pani kobietą?

– To chyba nie ma znaczenia. O tyle, że w twórczości kobiet ciało i zabiegi z nim związane zawsze były bardzo ważne. U mężczyzn tyle tego nie było. W latach 70. przyłączyłam się do ruchu feministycznego. Zrobiłam wtedy „Sztukę konsumpcyjną”, która w Polsce była raczej krytykowana, ale spowodowała, że nagle zaistniałam na Zachodzie. Feministki okrzyknęły ją sztandarową pracą i zaczęły zapraszać na wystawy. Z częścią ich haseł niechętnie się zgadzałam, ale byłam częścią tego ruchu, bo one walczyły, by sztuka kobiet przestała być spychana na margines. Jedna z niemieckich krytyczek pytała w muzeach, ile w ostatnich latach kupiły prac mężczyzn, a ile kobiet. 95 proc. było męskich. To był 1974 r., to się teraz bardzo zmieniło.

Pod koniec lat 80. podobną akcję robiła grupa Guerilla Girls. Też liczyły liczbę prac autorstwa mężczyzn i ta proporcja dalej wypadała kiepsko.

– Dziś pewnie jest lepiej, choć równie nieciekawie. Rozpoznawałam wtedy rynek, sprawdzałam, jak to jest w polskiej sztuce, muzeach, galeriach. Po stypendium w USA w 1977 r. zorganizowałam we Wrocławiu pierwszą w Polsce wystawę feministyczną „Women’s art”. W Polsce boom na sztukę kobiet nastąpił w latach 90., dosyć późno. Dobrze, że w ogóle się wydarzył. Te dziewczyny, które się wtedy skrzyknęły, postanowiły pokazać, że przecież istniejemy i robimy równie ciekawą sztukę. Trochę z tym potem przesadzały, ale coś się wtedy ruszyło. Wciąż może kupuje się więcej prac męskich, ale ta sytuacja się zmienia. Na stypendium w Stanach poznałam dużo odważnych kobiet, m.in. Lucy Lippard czy Carolee Schneemann, która robiła wtedy niesamowite performance z tłumem nagich ludzi. Galerzyści, jak Sonnabend czy Castelli, mieli w Nowym Jorku kamienicę – od dołu do góry świetne galerie. Starałam się tam o wystawę, ale nie miałam szans. Musiałabym być dłużej, a oni też podchodzili do mojej sztuki z dystansem. Karol Radziszewski, który zrobił film o moim pobycie w Nowym Jorku, szukał potem tych osób, chociaż uprzedzałam go, że połowa już nie żyje.

Film Radziszewskiego nazywa się „Ameryka nie jest na to gotowa”. Nie była?

– Miałam kilka wystaw w awangardowych galeriach, ale te dziewczyny nie miały pieniędzy, a mi chodziło o coś poważniejszego. Może faktycznie nie było na to przyzwolenia. Carolee Schneemann opowiada, że kobiety w tym czasie mogły sobie robić performance w jakichś dzikich miejscach, skrzykując się z przyjaciółmi, ale poważne galerie wolały mężczyzn. Też oczywiście nie wszystkich, bo te galerie były komercyjne. Kolekcjonerzy byli nastawieni na kupowanie już uznanych artystów, najlepiej malarstwa i to takiego, by było ładne i nie denerwowało. Fotografia czy film dopiero wchodziły do galerii, zresztą sama o to walczyłam.

Zaczynając studia, chciała być pani malarką.

– Chciałam, ale tak się złożyło, że wrocławska WSSP jako pierwsza miała pracownię fotografii i fantastyczne zaplecze fotografów lwowskich. Na Politechnice pracował Witold Romer, nas uczył Bronisław Kupiec. Miało nam to pomagać w fotografowaniu obiektów z ceramiki czy szkła, ale ponieważ prof. Kupiec miał wielkie ambicje, to opowiadał nam o historii fotografii, technikach, przynosił aparaty i pokazywał, jak wywoływać zdjęcia.

Fotografia pomogła w docieraniu do intymności?

– Dała możliwość zupełnie innej rejestracji aktu miłosnego. Żeby to namalować, trzeba by się ciągle ustawiać ze sztalugą, zanim cokolwiek by się zrobiło. Ta szybkość decyzji i możliwość rejestracji aktu erotycznego była bardzo pomocna. We Wrocławiu brakowało miejsca, które pokazywałoby fotografię. W 1971 r. otworzyliśmy z przyjaciółmi galerię Permafo. Pierwszą wystawą była moja „Fotografia intymna”. Tych zdjęć nie można było po prostu wywiesić, więc wymyśliłam specjalny boks. Z wierzchu był oklejony moimi portretami, a w środku mieściły się trzy, cztery osoby. Człowiek nagle znajdował się w sferze intymności. Na większości zdjęć byłam ja z moim partnerem Andrzejem Lachowiczem. To było pokazanie miłości, jedna z wielu czynności, które razem robiliśmy. Oczywiście cenzura musiała obejrzeć każdą pracę, chciała zamykać, ale w końcu dawało się pokazać. Do galerii przychodzili studenci: z ASP, ale też z fizyki czy matematyki i dyskutowali. Teraz jak pokazuję film, to młodzież się dziwi, że przed wystawą był referat. Musiał być, by to było poważnie potraktowane, by przybliżyć widzom, o co chodzi. Erotyki w ogóle wtedy w Polsce nie było i ludzie przychodzili bardzo poważnie o niej porozmawiać.

Jeszcze trudniej było z filmem. Pracowałam na nakręcanych kamerach, trzeba było zatrzymywać kadr i nakręcać z powrotem. Pierwsze taśmowe wideo zrobił mi człowiek z wojskowego klubu Śląsk Wrocław, bo oni mieli nowości techniczne. On akurat kręcił, jak leżę pod kloszem w „Śnieniu”, co ostatnio odtworzył Karol Radziszewski w CSW. Chciał nawet wypożyczyć ten mój klosz, ale ja mam 164 cm, a on 192. Widziałam potem, że spał i się mieścił, więc pewnie zrobił sobie na wymiar.

Nie denerwuje pani czasem „Sztuka konsumpcyjna”? Ludzie kojarzą panią głównie z nią.

– „Sztuka konsumpcyjna” ma swoje miejsce w mojej twórczości, w sumie mnie nie denerwuje. Interesowała mnie wtedy codzienność, takie czynności jak spanie, jedzenie czy właśnie konsumpcja, rejestrowałam to. Na Zachodzie ta praca była odbierana jako krytyka PRL-u, systemu, który nie potrafi zapewnić obywatelom produktów spożywczych. Tak zresztą było. Te banany były kompletnie zielone, musiałyśmy je z modelką ciąć nożem. Ale można też patrzeć na tę pracę jak na czystą erotykę.

Znalazłam informację, że to pani zjada tego banana. I to w tekście z 2012 r.

– W 1971 r. zrobiłam performance, w którym skreśliłam moje dwa nazwiska. Z Lach-Lachowicz zostawiłam tylko LL. Powstała wtedy nowa postać, którą już nie byłam ja. Kiedy tworzyłam „Sztukę konsumpcyjną”, modelki były jakby moimi sobowtórami. To były młode dziewczyny z grona znajomych, właściwie prawie w ogóle ich nie znam. Część już chyba nie żyje.

To kreowanie postaci widać w pani późniejszych pracach. Coraz częściej twarz jest w nich ukryta.

– Mam potrzebę zamaskowania się. W kolejnych dekadach pojawia się we mnie coraz więcej lęków. To widać też na tej wystawie w CSW. Choć będzie tam też trochę „Sztuki konsumpcyjnej”, trochę z „Topologii ciała”, jakaś mała rejestracja stosunku, ale niewielka, bo kurator Ewa Toniak też nie jest zbyt śmiała Przysłanianie twarzy w moich późniejszych pracach, jak „Zjawa podwójna” czy „Erotyzm trwogi”, wiąże się z przerażeniem tym, co może nastąpić. Zaczęłam robić takie prace jeszcze przed atakiem na World Trade Center. Żyjemy w niespokojnych czasach i nie do końca panujemy nad tym, do czego ten niepokój może doprowadzić. Dlatego nawołuję do miłości. O tym są cykle poświęcone Odynowi. Na fotografiach jest mój partner, który towarzyszył mi przez te wszystkie lata i który w tej chwili porusza się na wózku inwalidzkim. Fotografuję go jako Odyna – genialnego starca, który potrafi się przeobrażać w młodzieńca. Takie przekroczenie granicy, transfiguracja, to marzenie każdego człowieka. Dążymy do zachowania młodości, ale wiemy, że to niemożliwe. Pogodzenie się ze starością, niedołęstwem czy umieraniem też może być piękne.

Sadza pani tego Odyna na plastikowym krześle ogrodowym.

– Mimo mojej całej powagi – bo nawet seks traktuję szalenie poważnie – podczas fotografowania potrzebuję luzu. Te prace są robione z dystansem, ale urozmaicają widok na Odynów. Niepoważne akcenty, jak plastikowe krzesło czy różowe boa z piór, są potrzebne, by odbiór sztuki był lepszy. Nie można wszystkiego robić serio i z zaciśniętymi zębami. W mojej sztuce chodzi też o przyjemność.

Natalia LL – właść. Natalia Lach-Lachowicz, polska artystka tworząca fotografię, performance, filmy eksperymentalne, wideo, instalacje, rzeźbę, grafikę i malarstwo. W latach 1957-1963 studiowała w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Od 1975 r. brała udział w wystawach ruchu feministycznego na Zachodzie. W latach 2004-2013 wykładowca ASP w Poznaniu.

Zobacz także

warszawa.gazeta.pl

Odnalazła się księga radziecka z XVIII w. Nikt nie wiedział o jej istnieniu [WIDEO]

Tomasz Haładyj, 25.01.2015
Częstochowa. Antykwarnia 'Niezależna'. Od lewej profesor Dariusz Złotkowski (AJD), dyrektor Archiwum Państwowego
w Częstochowie Elżbieta Surma-Jończyk i antykwariusz Zbigniew Biernacki

Częstochowa. Antykwarnia ‚Niezależna’. Od lewej profesor Dariusz Złotkowski (AJD), dyrektor Archiwum Państwowego w Częstochowie Elżbieta Surma-Jończyk i antykwariusz Zbigniew Biernacki (GRZEGORZ SKOWRONEK)

Księga radziecka jest niczym innym jak księgą rady miasta. – To perełka i największe odkrycie tego typu od niemal 40 lat. Nie mieliśmy pojęcia, że księga z lat 1766-1774 przetrwała do dziś – mówi dyrektor Archiwum Państwowego w Częstochowie Elżbieta Surma-Jończyk
Do antykwariusza Zbigniewa Biernackiego przyszedł jegomość, oferując kilka książek: – Z tego zestawu zainteresowała mnie tylko jedna. Za to jaka!

To największe odkrycie od 1976 r.

Był to gruby zeszyt formatu A4 oprawiony w skórę i wypełniony ręcznym pismem, pięknie kaligrafowanym. Biernacki skontaktował się z Elżbietą Surmą-Jończyk oraz historykiem prof. Dariuszem Złotkowskim z Akademii Jana Długosza.

– Wstępnie zidentyfikowaliśmy, że jest to księga radziecka, czyli Rady Miasta Częstochowy, z lat 1766-1774. Perełka, do tej pory znaliśmy tylko cztery takie księgi. Jedną mamy w Archiwum Państwowym, kolejna znajduje się w zbiorach jasnogórskich, a dwie – w archiwum archidiecezjalnym. Ta jest więc piąta. Nie wiedzieliśmy nawet, że istnieje – mówi Elżbieta Surma-Jończyk.

Dlaczego do dziś zachowało się ich tak mało? – W 1809 r. był pożar ratusza Starej Częstochowy, stojącego na obecnym Starym Rynku. W okresie międzywojennym miejskie archiwalia przewieziono do Warszawy do Archiwum Akt Dawnych, które spłonęło podczas powstania warszawskiego – mówi prof. Złotkowski.

Dla archiwistów zajmujących się historią Częstochowy przyniesiona do Biernackiego księga radziecka jest największym odkryciem od 1976 r., gdy objawiła się poprzednia księga, przyniesiona do jednego z antykwariatów wWarszawie. To właśnie ją odkupiono do zasobów Archiwum Państwowego.

Jakie były jej losy, nie wiadomo. Podobnie jak księgi kupionej kilka tygodni temu przez częstochowskiego antykwariusza. – Człowiek, który ją przyniósł, twierdzi, że znalazł księgę na śmietniku – mówi Biernacki.

Być może tak było, ludzie porządkując stare domy, wyrzucają nieraz wszystko jak leci. – Czasem proszą tzw. zbieraczy: „Panie Janku, posprząta mi pan piwnicę i weźmie za to co chce na makulaturę i złom” – mówi Biernacki.

– Z tym że księga na pewno nie była przechowywana w piwnicy, ponieważ nie czuć od niej stęchlizny – zaznacza Elżbieta Surma-Jończyk. – Czyli musiała być w miejscu suchym: mieszkaniu, może na strychu. Ma ślady po korniku drukarskim, ale nie jest on aktywny. W sumie stan księgi jest bardzo dobry, dużo lepszy niż tej, którą posiadamy.

Księgę radziecką Zbigniew Biernacki przekazał Archiwum Państwowemu

Księga wymaga przebadania i analizy. – Wstępnie możemy powiedzieć, że zawiera opis spraw, z którymi przychodzono do rady miasta. Czyli codziennych: ktoś spierał się z kimś o majątek, inny dał komuś w gębę w gospodzie. Zawartość ksiąg radzieckich z tamtych lat jest bliższa temu, czym współcześnie zajmują się notariusze – mówi prof. Złotkowski.

Ciekawostką znalezionej księgi jest to, że pisana jest z obu stron: czyli ma dwa początki. Wszyscy moi rozmówcy nie mają na to wytłumaczenia.

Prof. Złotkowski i dyr. Surma-Jończyk apelują, by podobne znaleziska przynosić do Archiwum Państwowego, Ośrodka Dokumentacji Dziejów Częstochowy czy antykwariatu. – Nawet, gdy ktoś nie chce się tego pozbywać. Chodzi bowiem o poszerzenie naszej wiedzy historycznej. Taki dokument opracujemy, podpowiemy też, jak go przechowywać czy naprawić – mówi Elżbieta Surma-Jończyk.

Księgę radziecką z lat 1766-1774 Zbigniew Biernacki przekazał Archiwum Państwowemu. To nie pierwszy jego taki krok. A prowadzona przez Biernackiego antykwarnia „Niezależna” przy ul. Kopernika 4 jest czymś więcej niż składem starszych i nowszych książek. Przy dużym stole na zapleczu spotykają się na dyskusjach historycznych pasjonaci przeszłości Częstochowy i regionu.

Zobacz także

czestochowa.gazeta.pl

5 faktów czy 5 mitów? Grzegorz Miecugow o „Szkle kontaktowym” na dziesięciolecie programu

Wiktoria Beczek25.01.2015

„Szkło kontaktowe” (YouTube)

Oglądały je „wykształciuchy”, zdjąć z anteny chciał je Jarosław Kaczyński, a podczas jego trwania na ekranach telewizorów wyświetlono dziesiątki tysięcy SMS-ów od widzów. „Szkło kontaktowe” obchodzi dziesiąte urodziny. Przez ten czas program wzbudzał emocje i prowokował wiele przeciwstawnych opinii. W rozmowie z portalem Gazeta.pl Grzegorz Miecugow obala lub potwierdza pięć z nich.
Teza 1. „Szkło kontaktowe” jest proplatformerskie

Grzegorz Miecugow: Przypięto nam taką łatkę, Gazeta.pl ma ten sam problem. Parę tygodni temu był telefon, zresztą nie po raz pierwszy, z uwagą, że to Platforma jest przy władzy od 7 lat, a my ciągle rozmawiamy o Prawie i Sprawiedliwości. Popatrzyłem wtedy w scenariusz – 21 punktów i ani jednego o PiS. Większość polityków PiS-u nie lubi żartów, a już żartów z siebie na maksa nie lubi. Im bardziej na lewo, tym chętniej się z samych siebie śmieją.

Teza 2. „Szkło kontaktowe” miało największą oglądalność za rządów PiS, kiedy Jarosław Kaczyński postulował likwidację programu

Grzegorz Miecugow: Częściowo jest to prawda, ale wtedy w ogóle temperatura polityczna była taka wysoka, że wszystkie nasze programy miały lepszą widownię. Naprawdę rekordową widownię mieliśmy w sierpniu 2008 roku, kiedy troszeczkę zbieraliśmy plon tego, że wszystkie inne programy były na wakacjach, a my jedni szliśmy na żywo i odnosiliśmy się do rzeczywistości. I to rzeczywistości, w której w ogóle nie było polityki.

Teza 3. Czyli nie jest tak, że bez polityki w „Szkle…” nie mielibyście o czym mówić?

Grzegorz Miecugow: Nie. Sierpień 2008 roku był dla nas pierwszym miesiącem bez komentowania świata polityki. Bałem się tego okresu i przygotowałem sobie cykl wakacyjny – 20 wierszy Wojtka Młynarskiego, które nie straciły ważności od czasów PRL-u. Nagraliśmy to z różnymi aktorami i puściliśmy, ale gdyby ich nie było, to i tak miałbym o czym rozmawiać. Wtedy się przekonałem, że nie polityka nas ustawia.

Mamy ambicję bycia programem informacyjnym. Chcę opowiedzieć ludziom, co się danego dnia zdarzyło, i robię hierarchię ważności – do pierwszej części idą rzeczy, które uznam za najważniejsze, do drugiej inne ważne, a na końcu „michałki”. Politycy się pojawiają, ale gdyby ich nie było, to nic by się nie stało.

Teza 4. Na antenę wpuszczani są tylko zwolennicy PO

Grzegorz Miecugow: Telefon nie jest cenzurowany. Nie pytamy przed wejściem na antenę o temat rozmowy, bo nawet jeśli ktoś zadeklaruje, że chce rozmawiać o kredytach we frankach, to potem może zacząć bluzgać na panią premier. I co my mu zrobimy? Nie wyłączymy go w trakcie, bo wyjdziemy na cenzorów.

Mam w ogóle problem z telefonami krytycznymi. Chcę pilnować dyscypliny, bo minuta to minuta, powinniśmy trzymać się konwencji, ale gdy ktoś zaczyna nas krytykować, to mam problem, żeby powiedzieć mu: „czas minął, proszę kończyć”.

Jedyna cenzura, jaka jest przy telefonach, to koleżanki i jeden kolega, którzy starają się usłyszeć, czy rozmówca jest trzeźwy czy nie.

Teza 5. „Szkło…” oglądają głównie osoby starsze

Grzegorz Miecugow: Cała stacja ma trochę starszą widownię niż docelowa grupa komercyjna 16-49 lat. Zawsze mówiliśmy naszym reklamodawcom, że nasza grupa to widzowie w wieku 19-59 lat.

Oczywiście, jest trochę młodych widzów. Dziś dostałem pozdrowienia od pani Dominiki, która ogląda „Szkło” od samego początku, i to jest połowa jej życia, bo ma dopiero 20 lat. Po tym, kto dzwoni, widać jednak rzeczywiście, że oglądają nas przede wszystkim osoby starsze.

I na koniec pytanie: Jaki SMS od widza najbardziej zapadł panu w pamięć?

Grzegorz Miecugow: Ciągle są takie SMS-y. Mnie najbardziej rozbawił SMS krótki, ale treściwy: „mamo, wiem, że oglądasz, zamknęłaś mnie na balkonie”. Albo „mamo, jak będziesz szła do kuchni, to zrób mi kanapkę”. Takie całkowicie prywatne śmieszą mnie bardziej od politycznych.

gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s