TK (27.01.15)

 

„Przyjęcie medalu od Kościoła to błąd Rzeplińskiego. Teraz każda decyzja TK dot. Kościoła będzie budzić podejrzliwość”

Anna Siek, 27.01.2015
Andrzej Rzepliński, prezes TK

Andrzej Rzepliński, prezes TK (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Dla mnie przyjęcie odznaczenia przez prof. Rzeplińskiego jest czymś szokującym – mówił w Poranku Radia TOK FM prof. Aleksander Smolar, szef Fundacji Batorego, komentując odznaczenie prezesa Trybunału Konstytucyjnego papieskim medalem. Jego zdaniem sprawa jest niebezpieczna dla prof. Rzeplińskiego i całego trybunału.
„W dowód uznania dla zaangażowania w pracę na rzecz Kościoła i społeczeństwa” prezes Trybunału Konstytucyjnego – prof. Andrzej Rzepiliński – otrzymał od Kościoła katolickiego odznaczenie „Pro Ecclesia et Pontifice”. „Jestem szczęśliwy, gdyż jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem. Przecież to Kościołowi zawdzięczamy, że po latach zaborów i totalitaryzmów możemy mówić i myśleć po polsku” – mówił prawnik, odbierając kościelne odznaczenie.

Według prof. Aleksandra Smolara, przyjęcie wyróżnienia „to poważny błąd” ze strony prezesa TK. Przede wszystkim dlatego, że będzie to miało bardzo duży wpływ na postrzeganie trybunału, którego niezależność powinna być poza dyskusją.

– Prof. Rzepliński, kiedy dowiedział się o przyznaniu odznaczenia, powinien powiedzieć, że choć jest bardzo wdzięczny za wyróżnienie, to nie może go przyjąć. Do czasu zakończenia misji na stanowisku prezesa TK. Bo przyjęcie medalu osłabia jego rolę niezależnego arbitra. Teraz na każdą decyzję jego lub Trybunału Konstytucyjnego, która będzie nawet z daleka dotykała problemów Kościoła, będzie patrzyło się z podejrzliwością. Będzie zwracało się uwagę na to, że Rzepliński to jest człowiek Kościoła. To niebezpieczne dla samego Rzeplińskiego i trybunału – mówił prezes Fundacji Batorego w „Poranku Radia TOK FM”.

Nietakt

Jak ocenił prof. Smolar, nie tylko prezes TK popełnił błąd, przyjmując odznaczenie. Także Kościół powinien zdawać sobie sprawę z niezręczności całej sytuacji.

Bo wyróżnienie dla prof. Andrzeja Rzeplińskiego jest de facto wskazaniem, że „człowiek reprezentujący instytucję, która powinna być niezależna, jest w istocie nasz”. – To był nietakt ze strony Kościoła – stwierdził gość „Poranka Radia TOK FM”.

Prof. W. Osiatyński: Mam nadzieję, że prof. Rzepliński jak najszybciej zrezygnuje z funkcji prezesa i sędziego TK>>>

Zobacz także

 

TOK FM

Czy prezes TK zasłużył na kościelny medal? Oto trzy głośne orzeczenia Trybunału na korzyść Kościoła

Krzysztof Lepczyński, 26.01.2015
Trybunał Konstytucyjny. Sędzia Andrzej Rzepliński

Trybunał Konstytucyjny. Sędzia Andrzej Rzepliński (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Trybunał Konstytucyjny nierzadko rozstrzyga na korzyść Kościoła katolickiego w sprawach, gdy jest on jedną ze stron. Wystarczy spojrzeć na głośne orzeczenia z ostatnich lat dotyczące oceny z religii na świadectwach, dopłacania do katolickich uczelni i Komisji Majątkowej. Może to wyjaśniać, dlaczego prof. Andrzej Rzepliński, prezes TK, dostał papieski medal za pracę na rzecz Kościoła.
Prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego, otrzymał papieskie odznaczenie „Pro Ecclesia et Pontifice”, w dowód uznania dla zaangażowania w pracę na rzecz Kościoła i społeczeństwa. – Jestem szczęśliwy, gdyż jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem. Przecież to Kościołowi zawdzięczamy, że po latach zaborów i totalitaryzmów możemy mówić i myśleć po polsku – powiedział prawnik, odbierając odznaczenie z rąk kard. Kazimierza Nycza.

Trybunał Konstytucyjny po stronie Kościoła

Skąd atencja Kościoła względem prof. Rzeplińskiego? W laudacji o. Tomasz Dostatni wskazuje na działalność publiczną prawnika i wierność jego poglądów nauczaniu Jana Pawła II.

Czy chodzi tylko to? Trudno powiedzieć, warto jednak zauważyć, że Trybunał Konstytucyjny w konflikcie katolików z obrońcami świeckiego państwa stawał po stronie tych pierwszych. W 1991 roku odrzucił skargę Rzecznika Praw Obywatelskich na wprowadzenie religii do szkół za pomocą instrukcji zamiast ustawy. Za konstytucyjny uznał także obowiązek poszanowania wartości chrześcijańskich przez nadawców radiowych i telewizyjnych.

Trzy ostatnie głośne sprawy dotyczące związków państwa i Kościoła miały miejsce już za kadencji prof. Rzeplińskiego w Trybunale.

1. Oceny z religii liczone do średniej

W grudniu 2009 roku TK orzekł, że wliczenie do średniej ocen z obowiązkowych zajęć lekcyjnych ocen z religii lub etyki jest zgodne z konstytucją. Skargę złożyła grupa posłów lewicy, chodziło o rozporządzenie Romana Giertycha, ówczesnego ministra edukacji, które włączało oceny z religii lub etyki do średniej na świadectwie, mającej znaczenie przy rekrutacji do liceum czy na studia.

Posłowie przekonywali, że państwo łamie w ten sposób m.in. konstytucyjną zasadę bezstronności w sprawach przekonań religijnych i zasadę równego traktowania. Trybunał te skargi odrzucił, uznając że – w dużym skrócie – skoro już religia (a nie religioznawstwo) trafiła do szkół i znajduje się na świadectwach, to logicznym jest, że ocena wliczana będzie do średniej.

Zdanie odrębne wyraziła wówczas prof. Ewa Łętowska. – Wyrok Trybunału przyjmujemy z satysfakcją – cieszył się rzecznik Episkopatu ks. Józef Kloch.

2. Finansowanie katolickich uczelni

Tydzień po sprawie ocen z religii Trybunał zajął się kwestią finansowania uczelni katolickich z budżetu państwa. Grupa posłów w skardze wskazywała, że ustawa o finansowaniu Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu, Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie i Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie wykracza poza konkordat. Ryszard Kalisz z SLD przekonywał też, że wspieranie katolickich uczelni jest równoznaczne z dofinansowywaniem szkół niepublicznych. A te przecież pieniędzy od państwa nie dostają.

Jednak TK uznał, że finansowanie katolickich uczelni nie jest sprzeczne z konstytucją. Realizuje bowiem „konstytucyjne prawo do nauki – poszerzając ofertę kształcenia, wolność wyznania – bo wspiera kształcenie w duchu wyznawanej religii i realizuje konstytucyjną zasadę przyjaznego współdziałania pomiędzy państwem a Kościołami i związkami wyznaniowymi dla dobra człowieka i dobra wspólnego”. Znów zdanie odrębne złożyła prof. Łętowska, prof. Rzeplińskiego nie było w składzie orzekającym.

3. Komisja Majątkowa

W czerwcu 2011 roku Trybunał zajmował się sprawą Komisji Majątkowej, która zwracała majątek Kościołowi katolickiemu i innym związkom wyznaniowym majątki bezprawnie odebrane w PRL. Według SLD Komisja przekazała Kościołowi więcej, niż wcześniej mu odebrano, a jej działalność wiązała się ze stratami dla państwa. Oczekiwano, że TK swym wyrokiem umożliwi samorządom domaganie się zwrotu majątków od Kościoła i krytycznie oceni działalność Komisji. Nic takiego się nie stało.

Trybunał uznał za sprzeczny z konstytucją jeden przepis ustawy, co umożliwiało samorządom co najwyżej ubieganie się o odszkodowania od państwa. Pozostałe skargi sędziowie odrzucili. Argumentowali, że skarżone przepisy zostały już uchylone. Prawo pozwala jednak Trybunałowi zajmowanie się już uchylonymi przepisami, sędziowie robili to zresztą w przeszłości, choćby w sprawie stanu wojennego. Podobne orzeczenie ws. Komisji Majątkowej zapadło dwa lata później.

Prof. Łętowska: Komentarz? Byłoby nie w porządku

Sprawa odznaczenia dla prof. Rzeplińskiego wzbudziła konsternację w środowisku prawniczym. – To szokujące. Dziwię się, że prezes przyjął to odznaczenie – powiedział „Gazecie Wyborczej” dr Paweł Borecki z UW. Prof. Wiktor Osiatyński poszedł jeszcze dalej, mówiąc że oczekuje dymisji prezesa TK.

Jednak większość pytanych przez „Gazetę Wyborczą” prawników nie chciała komentować sprawy prof. Rzeplińskiego. Podobnie reagowali nasi rozmówcy. O to, czy w zachowaniu prezesa jest coś nie w porządku, zapytaliśmy m.in. byłą sędzię Trybunału, prof. Ewę Łętowską. – Tak samo nie w porządku jest, by sędzia w stanie spoczynku zabierał głos na taki temat – odparła konstytucjonalistka.

Zobacz także

TOK FM

Wywiad-rzeka z Jurijem Andruchowyczem: Jak Putin zjednoczył mi kraj

Marek Beylin, 27.01.2015
Jurij Andruchowycz w 2010 r.

Jurij Andruchowycz w 2010 r. (Fot. Sebastian Rzepiel / Agencja Gazeta)

– Nie dyskutując o historii, bo na to nie było czasu, daliśmy sobie z nią radę, gdyż sami zaczęliśmy ją tworzyć – tak o narodzonym na nowo społeczeństwie ukraińskim mówi Jurij Andruchowycz. „Szcze ne wmerła i nie umrze” już w księgarniach
Wyśmienity pisarz opowiada o ukraińskim zrywie, o społeczeństwie, które wdeptywane w ziemię jednak się obudziło. Przejmująca jest ta rozmowa z nim, którą poprowadził Paweł Smoleński. To są krwiste opowieści, wypełnione anegdotami, zwrotami akcji – thriller społeczno-polityczny, mówiona powieść o Ukrainie.

Mówi o koszmarnym stanie ukraińskich elit politycznych, o prezydentach uformowanych po sowiecku, jak Krawczuk czy Kuczma. O Janukowyczu, tępym mafioso chcącym zarządzać Ukrainą jak gangiem, czy o Juszczence, człowieku bez klasy, który wolał oddać władzę Janukowyczowi, niż dogadać się z Julią Tymoszenko.

Andruchowycz jest tej opowieści narratorem oraz uczestnikiem. Gdy w listopadzie 2014 r. Janukowycz zerwał szykowane porozumienie z UE i wybrał smycz Putina, pisarz stracił wiarę w rychłą odmianę losu na Ukrainie. Pamiętał klęskę pomarańczowej rewolucji, widział marazm społeczny i wtedy jeszcze skromne protesty na Majdanie. Właśnie wyjeżdżał do Austrii, gdy dostał telefon, że brutalnie biją demonstrantów. Zamiast na lotnisko pojechał na Majdan. Zastał tam blisko milion ludzi.

Jak opowiadać o zabitych buntownikach, by uniknąć zbanalizowanego patosu? To bodaj najbardziej wstrząsająca scena książki. Gdy siły Janukowycza rozstrzeliwują Majdan i ginie stu ludzi, tzw. Niebiańska Sotnia, do punktu medycznego przynoszą telefony poległych. Obsługuje ten punkt dziewczyna, która, „jeśli telefon zadzwoni, ma odebrać i krótko poinformować, że tego człowieka już nie ma. Znoszą jej telefony, kładą na stół, przybywa ich i przybywa, a ona czeka na dzwonek”. Gdy wieści o masakrze się roznoszą, „zaczyna się koncert na kilkadziesiąt dzwonków, wybrzmiewa kakofonia różnych sygnałów. Ona odbiera te telefony po kolei, ale zanim powie: »Przykro mi, nie żyje, zabili go «, musi nacisnąć jakiś klawisz i spojrzeć na wyświetlacz. Ma dość, bo na jednym, drugim, kolejnym ekranie wyświetla się słowo »mama «. Płacze, ale nie wolno jej pokazać słabości”.

Także dlatego Majdan nieodwracalnie zmienił Ukrainę. Obudził społeczeństwo oraz umocnił pragnienie, by wreszcie skończyć z syfem, w którym Ukraińcy dotąd żyli. I zjednoczył kraj, w czym kolosalnie dopomógł Putin, wywołując wojnę na wschodzie. „Już nie będzie tak, by – mówiąc symbolicznie – zachód [Ukrainy] chwalił się Banderą, a wschód ( ) może Szachtarem Donieck. »Niebiańska Sotnia « i zabici na Donbasie łączą wszystkich”.

Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem w programie „Xięgarnia”:

*

Ale swą mówioną powieść Andruchowycz buduje nie tylko wokół niespodzianej odmiany zbiorowego losu, lecz także wokół ukraińskiej samotności. Po jednej stronie jest wróg, Rosja chcąca podporządkować sobie Ukrainę. Właśnie Rosja, nie tylko Putin, bo Andruchowycz uważa społeczeństwo rosyjskie za zniewolone postsowiecką imperialną propagandą. „Najważniejszy warunek, by Rosja była szczęśliwa – mówi – brzmi: cały świat musi się nas bać”. O Rosji – że da się w niej znaleźć ledwie kilkudziesięciu sprawiedliwych. Przesada? Może, ale zrozumiała, wszak mówi to słabszy, ten, kogo chcą podbić. I kto słyszy stamtąd jedynie bełkot o ukraińskich faszystach.

Andruchowycz opowiada to wszystko, zanim Zachód zaostrzył politykę wobec Rosji. Kieruje więc gniew i rozczarowanie także w stronę Europy. Ma poczucie, że rosyjska propaganda odniosła tam sukcesy. Opowiada, jak na targach książki we Frankfurcie Niemcy pytali go głównie o „ukraińskich faszystów”. I boi się „dziwnych porozumień z Rosją, jakiejś zgody, która nadejdzie nie wiadomo skąd i może być rezultatem naszego zmęczenia, ale przede wszystkim waszej, europejskiej obawy przed Kremlem”.

Zauważa też, że w Polsce eskaluje konflikt z przeszłości. „W 1993 r. polsko-ukraińska rozmowa o Wołyniu była o wiele spokojniejsza niż dzisiaj, choć pamięć i historyczne fakty nie zmieniły się ani na jotę”.

Ukraina w oczach Andruchowycza jest osamotniona: ma zawziętego wroga i zdystansowanych sprzymierzeńców, którzy nie chcą jej w Europie. „Widzę, jak dzisiaj gnamy w przyszłość. Niestety, mamy na karku tyle balastu…”. Samotna i niepewna wyprawa Ukraińców w przyszłość – ten epicki obraz zapada w pamięć. I powinien uwierać nasze sumienia.


Paweł Smoleński
Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem


Czarne
Wołowiec

Zobacz także

wyborcza.pl

Nazwisko nowego rzecznika rządu bez znaczenia. Przez Donalda Tuska w polityce zostali tylko słabeusze w tym fachu

W czasach Donalda Tuska funkcja rzecznika rządu bardzo mocno się  zmieniła...
W czasach Donalda Tuska funkcja rzecznika rządu bardzo mocno się zmieniła… Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Od chwili zdymisjonowania Iwony Sulik trwa gorąca dyskusja na temat potencjalnych następców skompromitowanej rzeczniczki rządu. Dziś najważniejsze pytanie w tej sprawie dotyczy jednak tego, czy premier Ewa Kopacz postawi wreszcie na rzecznika prasowego z prawdziwego zdarzenia, czy też kontynuować będzie zapoczątkowaną przez Donalda Tuska „tradycję” obsadzania tego stanowiska jedynie pro forma. Co ostatnimi czasy czynią już w zasadzie wszystkie partie…

Spekulacje na temat nazwiska nowego rzecznika prasowego Rady Ministrów rozpalają emocje osób zainteresowanych polityką, bo wciąż mają oni przed oczami obraz tego fachu wykreowany w latach 80-tych i 90-tych. W Białym Domu, czy na Downing Street 10 sprawni rzecznicy rządu bywali wówczas „drugimi po bogu”, bo potrafili nakreślać odpowiednią narrację od ręki nawet w najtrudniejszych dla rządu chwilach.

Trochę historii…
Wartość dobrego rzecznika doceniali nawet PRL-owscy przywódcy w Warszawie. Wizerunek rządów Wojciecha Jaruzelskiego, Zbigniewa Messnera, a na koniec Mieczysława Rakowskiego niestrudzenie próbował ratować Jerzy Urban. Uznawany dziś za jedną z najbardziej paskudnych person w polskich mediach i polityce na status ten zasłużył nie tylko swym charakterem. Taką miał też pracę. I czego by o nim nie mówić, wykonywał ją skutecznie.

O wiele wyższe standardy etyczne przy równie wysokich kompetencjach technicznych prezentowała też demokratyczna następczyni Urbana, czyli Małgorzata Niezabitowska. W czasach, gdy dziennikarze na rządowych konferencjach nie byli tak powściągliwi w zadawaniu trudnych pytań jak dziś i często wprost powtarzali to, o co pytała ulica, Niezabitowska skutecznie zdejmowała z barków Tadeusza Mazowieckiego konieczność zapowiadania trudnych reform, czy uspokajania emocji tracącego wpływy komunistycznego establishmentu.

Tak rola rzecznika prasowego rządu wyglądała mniej więcej przez kolejne piętnaście lat, gdy twarzami Rady Ministrów byli nie tylko kolejni premierzy, ale i ich rzecznicy. Część z nich – jak Jarosław Sellin i Krzysztof Luft u Jerzego Buzka, czy Michał Tober w gabinecie Leszka Millera – grała też rolę kluczowych spin doctorów, dla których kampania wyborcza trwała nawet, gdy o wyborach nikt inny jeszcze zbyt poważnie nie myślał.

Rzecznik nie-prasowy
Gdy w Kancelarii Premiera pojawił się Donald Tusk, funkcja rzecznika rządu mocno się jednak zmieniła. Pozostały zadania spindoctorskie, ale zauważenie w mediach rzecznika Rady Ministrów zaczęło graniczyć z cudem.

Kres dawnej erze przyniosła nominacja dla Pawła Grasia. Przez pięć lat, które spędził on na tym stanowisku, łatwiej było dowiedzieć się od premiera Donalda Tuska, co u Grasia niż na odwrót. – Byłemu premierowi było to na rękę, bo wolał mieć eksperckie zaplecze i samodzielnie wcielać w życie ich rady. Ewę Kopacz podobna taktyka może jednak chyba wiele kosztować – słyszę od jednej z posłanek Platformy.

– Koncepcja Donalda Tuska była generalnie taka, że rząd jest niedostępny informacyjnie – komentuje natmiast Jacek Żakowski. – Jeżeli polityka rządu jest poważna, potrzebny jest też dobry rzecznik. Im polityka jest uprawiana mniej poważnie, tym ci rzecznicy stają się mniej potrzebni. Osoby pełniące wysokie funkcje państwowe muszą więc zdecydować, czy chcą robić to na poważnie i od kontaktów z mediami mieć rzeczników, czy być celebrytami lub żyć w ukryciu – tłumaczy.

„Era Grasia” trwa
Ewie Kopacz doświadczony publicysta odradza obie z tych dróg. Jacek Żakowski przypomina, że w zapowiadających się na trudne czasach rządowi przyda się wreszcie profesjonalista, który będzie potrafił inicjować i organizować debatę publiczną. Rozumianą nie jako gaszenie politycznych pożarów i przebiegającą choć trochę na zasadach zaproponowanych przez Radę Ministrów, a nie drugą stronę.

W niedzielę w Kancelarii Premiera na rozmowach dotyczących obsady zwolnionego po zdymisjonowanej za współpracę z opozycją Iwonie Sulik pojawiła się podobno była rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska, główny doradca w gabinecie politycznym pani premier Sławomir Nitras i rzecznik klubu parlamentarnego PO Paweł Olszewski. Jeżeli Ewa Kopacz wybierać będzie właśnie z tego grona, kontynuację koncepcji „rządu niedostępnego informacyjnie” i rzecznika powołanego pro forma mamy jak w banku.

Dostojne wycofanie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej już przecież znamy. Sławomir Nitras to polityk lepiej realizujący się w zakulisowych negocjacjach niż w mediach. Co tylko potwierdził niezręcznie tłumacząc, że problemy obecnej premier to wina… „dołku styczniowo-lutowego”. Natomiast Paweł Olszewski zabiera publicznie głos ostatnim czasy tak rzadko, że chyba sam musi czasem zapominać, że jest sekretarzem klubu parlamentarnego PO i w związku z tym pełni też zadania rzecznika.

Hofman był tylko jeden?
W polskiej polityce dobrych rzeczników w ostatnich latach zresztą ze świecą można szukać nie tylko w środowisku platformerskim. W Sojuszu Lewicy Demokratycznej Dariusz Joński zawsze wygląda przed kamerami na niezwykle pewnego siebie, ale niektórymi wypowiedziami sprawia, że partia Leszka Millera więcej w oczach wyborców traci niż zyskuje. Rzecznikiem prasowym w starym dobrym stylu próbował być Andrzej Rozenek, ale po coraz większych kłopotach Twojego Ruchu właściwie nie ma już kogo i czego reprezentować.

Jak zwraca uwagę Jacek Żakowski, do niedawna rzecznika prasowego z prawdziwego zdarzenia miało więc tylko Prawo i Sprawiedliwość. – Adam Hofman nie był słabeuszem – stwierdza publicysta. I podkreśla, że Hofman wydatnie pomagał przedstawiać prezesowi swojego ugrupowania określoną wizję, którą PiS proponuje Polakom. Skutecznie chronił też Jarosława Kaczyńskiego, gdy media napierały zbyt mocno.

Teraz Jarosław Kaczyński publicznych wystąpień raczej unika. Jak pisał niedawno w naTemat Michał Gąsior, w PiS tłumaczą, że celowo usunął się w cień, by nie przytłaczać kampanii prezydenckiej prowadzonej przez Andrzeja Dudę. W partii nie ukrywają jednak również tego, że prezes Marcina Mastalerka na następcę Adama Hofmana namaścił raczej z rozsądku i niezbyt finezyjne medialne poczynania nowego rzecznika po prostu nie wzbudzają jego zaufania.

Kopacz to nie Obama…
A może czas rzeczników w polityce rzeczywiście na dobre minął i rację miał Donald Tusk, który wolał milczeć lub sprawy z mediami brać we własne ręce? Podobnie od lat swoją pozycję budują przecież też Barack Obama w USA, czy David Cameron w Wielkiej Brytanii. Za Odrą Steffen Seibert bywa dosłownie rzecznikiem rządu, bo najważniejszych decyzji kanclerskich Angela Merkel również broni sama.

O tym, że bez rzecznika „daje sobie świetnie radę” także Ewa Kopacz próbowała przekonywać nas w piątkowym „Bez autoryzacji” Julia Pitera. I moglibyśmy w to nawet uwierzyć, gdyby europosłanka Platformy nie powiedziała tego w dniu, w którym szefowa rządu zaszyła się w swojej kancelarii…

naTemat.pl

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: