Ugresic (25.01.15)

 

Program PiS? Festiwal populizmu za pieniądze podatników

15.02.2014

Jak największe polskie partie piszą swoje programy? Za budżetowe dotacje robią dziesiątki badań opinii publicznej. Dowiadują się dzięki temu (bo z Polakami niechętnie rozmawiają), że Polakom najbardziej doskwiera bezrobocie, zła opieka zdrowotna, brak mieszkań i pieniędzy na utrzymanie dzieci. Następnie szukają rozmaitych „ekspertów“ i specjalistów od PR-u, którzy za ciężkie pieniądze wyjęte z kieszeni obywateli wymyślają co nowego wyborcom sprzedać i w jakim opakowaniu. Problem w tym, że te partie i ich eksperci nie zastanawiają się jakie są prawdziwe przyczyny problemów, które rzeczywiście Polaków bolą. Nie są w stanie zaproponować skutecznych rozwiązań. Na niesprawne państwo i nadmierną biurokrację mają tylko jedną receptę: więcej ingerencji państwa w nasze życie i więcej biurokracji! Przecież z badań wychodzi im właśnie, że ludzie chcą, aby to państwo dawało im pracę… Z przykrością stwierdzam, że taki kolejny socjalno-populistyczny program przedstawiła dziś największa partia opozycyjna. Chociaż Jarosław Kaczyński w wielu punktach słusznie zdiagnozował dziś problemy Polaków, to zaproponował fatalne recepty. Kolejny raz Prawo i Sprawiedliwość chce gasić pożar… dolewając do niego benzyny.

Spójrzmy na postulaty gospodarcze z przedstawionego dzisiaj programu.  Po pierwsze: PiS proponuje odwrócenie jednej z nielicznych naprawdę udanych reform swoich rządów. Postuluje przywrócenie trzeciej stawki podatkowej PIT, na poziomie 39%.

Po drugie powraca do projektu Narodowego Programu Zatrudnienia.  Zakłada on zwiększenie kosztów pracy o 7% i oznacza, że pracodawcy będą musieli spędzać rocznie 41 godzin więcej na rozliczanie podatków. Według naszych ekspertów po jego wprowadzeniu system podatkowy w Polsce będzie, zgodnie z metodologią Banku Światowego, mniej przyjazny niż na Białorusi. W rankingu „Paying Taxes“ spadniemy o 26 pozycji.  W skrócie: zamiast uproszczeń zaproponowano dalsze komplikowanie najdroższej w OECD administracji podatkowej.

Wreszcie PiS chce oskładkować umowy cywilno-prawne (tak samo zresztą jak rząd) i usztywnić Kodeks Pracy. Efekty może być jeden: większe bezrobocie. Chociaż wiele dziś mówiono na kongresie programowy o Polakach na emigracji, to w praktyce te propozycje oznaczają po prostu kolejną fale wyjazdów „za chlebem“.

Według szacunków koszt dzisiejszego kongresu wraz z towarzyszącą mu kampanią (produkcja spotów, czas antenowy etc.) to grubo ponad milion złotych. By była jasność – to milion złotych z kieszeni podatników. Dziś zaczęła się rywalizacja wyborcza, na którą największe partie polityczne wydadzą grube miliony z pieniędzy, które odbierają obywatelom w podatkach.

Premier Donald Tusk już zareagował wyzywając Kaczyńskiego na debatę i rzucając hasło „Jarosław na debatę się staw“. Tak się składa, że kiedy ja proponowałem Premierowi debatę o programie gospodarczym, to się od niej brzydko migał. Cóż, socjaldemokrata Tusk socjalisty Kaczyńskiego się nie boi. Obaj za to boją się alternatywy, jaką jest powstanie w Polsce normalnej, wolnorynkowej prawicy. Obaj wydając pieniądze podatników będą próbowali nas zakrzyczeć spotami i zasłonić billboardami. Nie uda im się, bo chociaż my nie mamy milionowych dotacji z budżetu, to mamy program, który naprawdę rozwiązuje problemy Polaków. Już jutro przedstawimy jego najważniejszą część: priorytety naszego programu gospodarczego.

gowin.salon24.pl

LUKIERSKA, SUTOWSKI: KTO SIĘ BOI SYRIZY?

ULA LUKIERSKA, MICHAŁ SUTOWSKI, 24.01.2015

Jej wyniki w sondażach już zmieniły ton przestraszonych europejskich elit. Po niedzielnych wyborach może popchnąć na nowe tory całą europejską politykę.

Grecka Syriza nie ma dobrej prasy – ani w Polsce, gdzie epitet partii „lewackiej” należy do łagodniejszych, ani wśród globalnych inwestorów.

 

W grudniu 2014 samo ogłoszenie przedterminowych wyborów prezydenckich (i w konsekwencji możliwych wyborów parlamentarnych) wywołało – w kontekście korzystnych dla Syrizy sondaży – największy spadek kursów akcji na giełdzie w Atenach od 1987 roku. Niektórzy analitycy mówią wręcz o panice wśród inwestorów:„Wychodzący ze spotkania [z przedstawicielami Syrizy w Londynie – przyp. red.] chcą sprzedać wszystko, co mają w Grecji”. Z kolei analityk Xelionu Piotr Kuczyński wskazuje na możliwość – szczególnie przykrą w polskim kontekście –dalszego wzrostu kursu franka i ogólnych zawirowań na rynku: „Grecy oczywiście znowu są straszeni tym, co się stanie, jeśli wybory wygra Syriza, obiecuje się im obniżki podatków i różne inne cuda, więc zapewne wybiorą tak, jak chcą tego rynki, ale gdyby tak się nie stało, to możemy wejść w okres potężnego niepokoju, zarówno na rynku walutowym jak i na rynku akcji”.

 

Zwycięstwo Syrizy i utworzenie przez nią rządu wydaje się całkiem realną perspektywą – badania opinii publicznej na tydzień przed wyborami wskazywały, że partii tej zabraknie tylko siedmiu mandatów do bezwzględnej większości w trzystuosobowym parlamencie.

 

O czym świadczy poparcie dla partii, której część inwestorów tak bardzo się obawia i którą część establishmentu tak bardzo potępia?

 

Odpowiedzi może być co najmniej kilka. Głos protestu przeciwko skompromitowanemu establishmentowi – niewątpliwie. Pragnienie zmiany i nadzieja na politykę rzeczywiście odmienną od dotychczasowej – to też typowe zjawisko w ogarniętej kryzysem Europie, gdzie partie socjaldemokratyczne, chadeckie, konserwatywne i liberalne stosują niemal wszędzie niemal te same rozwiązania gospodarcze. Frustracja i gniew społeczny z powodu efektów wieloletniej już polityki cięć – o nich też wspominają komentatorzy, choć z wyraźnie mniejszą dozą zrozumienia. Najmniej chyba mówi się o samych pomysłach Syrizy na wyprowadzenie Grecji i całej strefy euro z kryzysu – być może dlatego, że stoją w kontrze do potocznych wyobrażeń o jego źródłach. Uderzają też w interesy potężnych aktorów. I wreszcie – wymagałyby prawdziwego przewrotu w polityce gospodarczej naszego kontynentu.

 

Zmiana polityki oznacza zaniechanie polityki dotychczasowej. W przypadku Grecji mowa przede wszystkim o ograniczeniu drastycznego programu oszczędności budżetowych, w tym zwłaszcza cięcia płac i świadczeń społecznych, a także redukcji zatrudnienia w sektorze publicznym, jakie na Grecji wymusiła tzw. trojka w zamian za pomoc w spłacie zadłużenia. Niektórzy publicyści głoszą, że greckie reformy „zaczęły przynosić owoce”, wskazując na zeszłoroczny – pierwszy od połowy 2008 roku – wzrost gospodarczy w wysokości 1,5 procent oraz stopniowy spadek bezrobocia wśród młodych, nadwyżkę pierwotną (tzn. bez uwzględnienia kosztów obsługi długu) w budżecie i wywołany spadkiem cen boom turystyczny. To jednak marne pocieszenie dla mieszkańców kraju, w którym płace realne od 2009 roku spadły średnio o 29 procent; kraju o jednym z najwyższych współczynników ubóstwa w Unii Europejskiej i ogromnych nierównościach. W takich warunkach „dostosowania strukturalne” uderzają przede wszystkim tych najuboższych, najbardziej uzależnionych od państwa (np. chorych i emerytów) i zarazem najmniej winnych patologicznych mechanizmów w rodzaju unikania podatków, które poprzedziły kryzys.

 

Kryzys w Grecji zbywa się nieraz porównaniami do jeszcze większego kryzysu transformacyjnego krajów postkomunistycznych. Społeczny ból, nawet najbardziej radykalny, świetnie mieście się w ramach myślowych zwolenników „terapii szokowych”. Problem w tym, że o ile szoku Grecy niewątpliwie doświadczyli, o tyle skutki terapeutyczne cięć są nad wyraz nieoczywiste.

 

 

Anatomia klęski

 

Paul Krugman, przywołując dane Eurostatu, wskazuje na dość jednoznaczne efekty cięć wydatków budżetowych w ostatnich latach – w zdecydowanej większości krajów spadek wydatków publicznych wiąże się ze spadkiem PKB. Aditya Chakraborttypisze z kolei, że „prezesi banków i politycy próbują przekonać świat, że Grecja zmierza ku poprawie – ale cały ten optymizm to tylko szukanie uzasadnień dla narzuconej strefie euro terapii szokowej”. To tylko słowa? Bardziej konkretnie piszeDaniel Gros: „Nie ma żadnych dowodów, żeby narzucone jej [Grecji] przez „trojkę” (Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy) rozliczne reformy strukturalne doprowadziły do jakiejkolwiek rzeczywistej poprawy na poziomie podstawowym. Przeciwnie: doszło nawet do pogorszenia wielu wskaźników, obrazujących skuteczność działań rządu oraz funkcjonowanie rynku pracy. […] W każdym kraju, który rozpoczyna program dostosowawczy z poziomu dwucyfrowego deficytu w bilansie rozrachunków bieżących, celem naprawdę istotnym musi być wzrost eksportu. Grecję wyróżnia właśnie brak takiego celu”. A Joseph Stiglitz dodaje, że „w Grecji na przykład rozwiązania zastosowane w celu obniżenia ciężaru długu sprawiły, że kraj ten jest bardziej zadłużony niż w 2010 roku. Cięcia budżetowe boleśnie odbiły się na produkcji, wskutek czego wzrosła relacja długu do PKB. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przynajmniej przyznaje, że była to zarówno porażka intelektualna, jak i błąd polityczny”.

 

To nie jest kwestia tej czy innej teorii, względnie interpretacji. Dane są bezlitosne: po wdrożeniu drastycznych programów oszczędnościowych grecki dług początkowo co prawda spadł, ale w roku 2014 wzrósł ponownie i obecnie wynosi niemal 180 procent PKB tego kraju.

 

Sprawy nie mają się lepiej, gdy przyjrzymy się bliżej greckiemu bilansowi płatniczemu, którego nierównowaga leżała u podstaw katastrofy. Na pierwszy rzut oka widać poprawę, co sugerowałoby, że dewaluacja wewnętrzna ma sens. Problem w tym, że wynika ona „przede wszystkim z załamania importu, jako że wzrost eksportu był bliski zera. Niższe płace realne wywarły wpływ, ale na popyt, a nie przyniosły zwiększenia eksportu kojarzonego z niższymi kosztami produkcji lokalnej. Innymi słowy, to mniejszy popyt towarzyszący niższym płacom i załamanie krajowej gospodarki pozwoliły na zrównoważenie bilansu zagranicznego”. Krótko mówiąc: na skutek brutalnych cięć kosztów i płac Grecy zyskali mniej potencjału eksportowego, niż stracili konsumpcji wewnętrznej, a dusząc w ten sposób wzrost nie zdołali bynajmniej – mimo ogromnych poświęceń – wyprowadzić gospodarki na prostą.

 

 

Równoważenie bez cięć

 

Co w tej sytuacji ma do zaproponowania Syriza? Bynajmniej nie wystąpienie Grecji ze strefy euro, choć takie rozwiązanie sugerują niektórzy ekonomiści, np. Leon Podkaminer, reprezentujący bliskie Syrizie wartości. Grexit – poza efektem domina i zawirowaniami na rynkach, których boją się wielcy inwestorzy – stwarza bowiem istotne problemy z punktu widzenia greckiego społeczeństwa. Trudno z góry rozstrzygnąć, jaki byłby los denominowanego w euro długu w sytuacji powrotu Greków do drachmy. Spodziewany run na banki przerażonych klientów wypłacających na gwałt oszczędności (dopóki są jeszcze w euro) doprowadziłby zapewne do załamania greckiego systemu bankowego. Wreszcie – i to jest być może najpoważniejszy kłopot na dłuższą metę – uzależnienie Grecji od importu(opłacanych w twardej walucie) surowców i paliw może negatywnie zrównoważyć zyski z dewaluacji wewnętrznej.

 

Alexis Tsipras i jego partia nie zamierzają bynajmniej wymyślać koła (tzn. makroekonomii) na nowo, względnie zmuszać grecki bank centralny do drukowania waluty bez pokrycia; dług publiczny traktują jak realny problem. Lider Syrizywskazuje jednak, że „równoważenie budżetu państwa nie wymaga automatycznych oszczędności”. Deklaruje, że „rząd Syrizy będzie dotrzymywał zobowiązań Grecji jako członka strefy euro do zachowania zrównoważonego budżetu i realizował wskaźniki ilościowe”, przy czym to demokratycznie wybranemu rządowi miałby przysługiwać wybór środków adekwatnych do tego celu.

 

Jakie to środki? Oprócz anulowania zobowiązań rządu Samarasa i zastopowania dotychczasowego kierunku „reform” (Syriza chce podwyżki płac minimalnych w miejsce kolejnych cięć emerytur, płac i podwyżki podatków) partyjny program zakłada m.in. subsydiowanie opłat za energię i dodatki żywnościowe dla 300 tysięcy rodzin oraz inne środki służące „złagodzeniu kryzysu humanitarnego, ożywieniu gospodarczemu i przywróceniu ludzi do pracy”. Te środki stymulowania – faktycznie rachitycznego – popytu wewnętrznego skłaniają oczywiście do pytań o ich finansowanie.

 

Najwięcej tak naprawdę zależeć będzie od tego, na ile realne są zapowiedzi „przeciwstawienia się gospodarczej oligarchii unikającej płacenia podatków” (z naciskiem na sektor mediów, nieruchomości i ogólnie zamówień publicznych). Skala tego narodowego sportu Grecji (wbrew optymizmowi Tsiprasa, wcale nieograniczonego do najbogatszych) stwarza oczywiście ogromny „potencjał rozwojowy” po stronie ewentualnych wpływów do budżetu; pytaniem pozostaje, czy w obliczu panującego w Grecji klientelizmu i kleptokracji (znów: nie tylko „politycznej elity”) zbudowanie sprawnych instytucji kontrolnych będzie jakkolwiek możliwe.

 

Obok – dość ogólnikowych, przyznajmy – pomysłów na wewnętrzną politykę gospodarczą Tsipras i jego partyjni koledzy i koleżanki wskazują na jeszcze dwa aspekty koniecznych zmian. Pierwszy to „europejski Nowy Ład inwestycyjny”, którego wdrożenie, skala i treść będzie zapewne przedmiotem sporów w najbliższych latach. Drugi – kluczowy i kontrowersyjny – dotyczy ciężaru obecnego zadłużenia.

 

 

Jak oddłużyć Grecję?

 

W swoim tekście opublikowanym na łamach „Financial Times” lider Syrizy przywołuje historyczną analogię konferencji oddłużeniowej w Londynie z 1953 roku. Państwa zwycięskie w II wojnie światowej (w tym Grecja!) zdecydowały wówczas o anulowaniu około 60 procent zadłużenia zagranicznego Niemiec Zachodnich, aby wesprzeć odbudowującą się ze zniszczeń wojennych gospodarkę sojusznika i ułatwić niemieckiemu społeczeństwu „nowy początek”. Argumentacja Tsiprasa jest przede wszystkim etyczna („to obowiązek moralny, a nie stworzenie pokusy nadużycia”) i zapewne tylko z powodu poprawności politycznej grecki polityk nie pisze wprost, że zawinione „błędy i wypaczenia” narodu greckiego nie dają się nawet porównać z ówczesnym dziedzictwem narodu niemieckiego. Tak czy inaczej, hojność aliantów sprzed ponad pół wieku mieszkańcy RFN spożytkowali z niewątpliwym sukcesem, dowodząc, że uczciwa zasada współodpowiedzialności kredytodawcy i dłużnika za problematyczne pożyczki może również przynosić dobre skutki z pragmatycznego punktu widzenia (do czego i grecki polityk się odwołuje, wskazując na oddłużenie jako warunek przywrócenia w Europie wzrostu).

 

Szczegóły greckiej propozycji oddłużenia kraju (i nie tylko) można znaleźć w tekście głównego ekonomisty Syrizy, Johna Miliosa. Proponuje on przejęcie całego długu państw strefy euro powyżej poziomu 50 procent ich PKB (w sumie około 4,35 biliona euro) przez Europejski Bank Centralny. Nie chodzi jednak o sztuczne jego anulowanie, lecz o formę nieoprocentowanej pożyczki. Dług zostałby zamieniony na tzw. obligacje zerokuponowe (tzn. bez odsetek), które poszczególne rządy spłacałyby EBC przez kolejne dziesięciolecia – w przypadku Grecji i Włoch całość należności zostałaby uregulowana do około 2075 roku. Dodatkowo dla samej Grecji autor planu zastrzegł okres 5-letniej karencji, analogicznie do rozwiązań z historycznej konferencji londyńskiej.

 

Pomysł konferencji oddłużeniowej może znaleźć w Europie sojuszników, o czym świadczą ostatnie wezwania francuskiego ministra finansów Michela Sapin, aby państwa strefy euro respektowały głos greckich wyborców i wykazały gotowość do dyskusji nad restrukturyzacją długu. Z kolei minister finansów Irlandiizadeklarował, że nie wyklucza wsparcia dla idei konferencji na temat oddłużenia Grecji, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii. Wszystko wskazuje na to, że Grecy mogliby w tej sprawie liczyć także na życzliwość Włoch. Na twardych oponentów koncepcji oddłużenia zapowiadali się Finowie, których premier Alex Stubb jeszcze niedawno zapowiadał „zdecydowane nie” dla jakichkolwiek umorzeń greckiego długu, ale w trakcie szczytu w Davos nieco złagodził swoje stanowisko, dopuszczając przynajmniej jego rozłożenie w czasie. Opór wobec restrukturyzacji długu stawiają wciąż przede wszystkim Niemcy: minister Schäuble ostrzegał niedawno aluzyjnie, że „greccy politycy muszą zadbać o to, by nie składać przed wyborami obietnic, których później nie będą mogli dotrzymać”. Do jastrzębi zalicza się także Bałtów, na czele z łotewskim komisarzem UE ds. euro i dialogu społecznego Valdisem Dombrovskisem.

 

Z greckim zadłużeniem wiąże się dziś pewien charakterystyczny paradoks, nieoczywisty w czasach potęgi anonimowych „inwestorów” i abstrakcyjnych „rynków finansowych”.

 

Tak się bowiem składa, że tylko około 17 procent greckich obligacji (blisko 55 z 317 miliardów euro całego długu) znajduje się w rękach wierzycieli prywatnych – reszta została umorzona bądź wykupiona przez instytucje publiczne. I to właśnie im – MFW i EBC, ale przede wszystkim rządom państw takich jak Niemcy, Francja czy Włochy – przyszłoby pokrywać koszty ewentualnej greckiej niewypłacalności. Grecki dług prywatny (głównie w bankach niemieckich i francuskich) stanowi nieistotną część aktywów bankowych, nie niesie zatem za sobą poważnego zagrożenia. Stwarza to interesującą sytuację z punktu widzenia politycznego. Taka bowiem struktura własności greckiego długu wyraźnie osłabia argument możliwej „reakcji rynków”, które zresztą zawsze najbardziej obawiają się realnego bankructwa państwa, a nie państwowych interwencji oddłużeniowych.

 

Najważniejsi aktorzy polityczni w Europie (ale także ci mali, bo relatywnie mocno do swej wielkości uwikłane w pomoc dla Grecji – do poziomu 3 procent PKB – są także kraje takie jak Słowenia, Portugalia czy Cypr) mogą stanąć przed realnym dylematem: czy podtrzymywać moralizującą opowieść o „konieczności spłacania swych długów” i ryzykować, że Grecja zbankrutuje (razem z ich aktywami), czy też raczej zgodzić się na daleko posuniętą interwencję EBC (traumatyczną dla niemieckich elit), połączoną z poluzowaniem kryteriów fiskalnych, które pozwoliłyby krajom takim jak Grecja uzyskać realny wzrost i tym samym środki na spłatę długów.

 

Niedawna decyzja Rady EBC o rozpoczęciu akcji „luzowania ilościowego”, która objęłaby nie tylko – jak dotychczas – aktywa banków prywatnych, ale także obligacje skarbowe z pozoru zdaje się zmierzać w kierunku postulowanym przez grecką lewicę. Rzecz w tym, że zgoda na „amerykanizację” Europejskiego Banku Centralnego i częściowe odejście od niemieckich pryncypiów konserwatywnej polityki monetarnej może usztywnić pozycję Niemiec w polityce fiskalnej. Naciskana przez jastrzębi z prawicowej Alternatywy dla Niemiec kanclerz Angela Merkel będzie więć zapewne tym bardziej obstawać przy „reformach strukturalnych” i domagać się bezwzględnego respektowania „oszczędnościowego” kursu, zwłaszcza w państwach tak zadłużonych jak Grecja. W tym sensie ruch przynoszący częściową ulgę większości państw członkowskich UE nie będzie sprzyjał renegocjacjom warunków spłaty greckiego zadłużenia.

 

 

Czy Grecja ma dobre wyjście?

 

Jakie pole manewru mają greckie partie polityczne? Obok wariantu „katastroficznego”, w którym po utworzeniu przez Syrizę rządu Niemcy nie godzą się na żadną poważną zmianę kursu (i powodują szybkie bankructwo Grecji), oraz wariantu „zachowawczego”, w którym rząd Grecji tworzą po wyborach partie establishmentu (korygujące kurs co najwyżej delikatnie), komentatorzy dopuszczają jeszcze trzecią możliwość: „zwrot cyniczny” Syrizy, w którym partia ta wprawdzie tworzy rząd, ale poza lewicową retoryką nie wprowadza większych zmian. Można się spodziewać, że druga i trzecia z tych możliwości przyniosłyby Schrecken ohne Ende, czyli stagnację gospodarczą i dalsze narastanie spirali greckiego długu, z coraz gwałtowniejszymi wybuchami społecznego gniewu i zwycięstwem faszyzującej prawicy ze Złotego Świtu w perspektywie. Czy zatem dla Grecji nie ma dobrych możliwości?

 

Najbardziej oczywiste scenariusze nie są jedynymi możliwymi. Ewentualneprzesunięcie Syrizy w stronę centrum nie musi oznaczać cynicznej zdrady, a ogromne zaplecze społeczne partii stwarza przyszłemu greckiemu rządowi większe pole manewru w negocjacjach na temat możliwych form oddłużenia, rozłożenia spłaty długu w czasie, rozmiaru europejskich pakietów inwestycyjnych czy nawet – choć tu będzie najtrudniej – poluzowania restrykcji fiskalnych.

 

Nerwowe napięcie inwestorów czy państwowych liderów przerażonych „inwazją populizmu” może skłonić polityczne elity UE do większej otwartości na niestandardowe propozycje. Oddłużenie w formie, która nie zakłada bezpośrednich transferów od „solidnej” Północy do zadłużonego Południa – jak np. według planu PADRES dwóch francuskich ekonomistów Pierre’a Pâris i Charlesa Wyplosza – a do tego twardo sankcjonuje nadmierne zadłużenie w przyszłości, może być zarówno dużym krokiem w stronę wyprowadzenia krajów Unii Europejskiej z kryzysu, jak i opcją akceptowalną dla demokratycznych społeczeństw i Południa, i Północy. Warunkiem podobnego rozwoju wydarzeń byłaby jednak zmiana dominującej w Europie narracji: z nacjonalistycznej gry sprzecznych interesów na solidarystyczną wspólnotę uwarunkowaną wzajemnymi zależnościami.

 

Syriza musi pilnować tej reguły, wystrzegając się języka „dumy peryferii”, a tym bardziej „suwerenizmu”, prezentując się jako awangarda Europy zintegrowanej i solidarnej.

 

Jej przedwyborcze wyniki w sondażach już zmieniły ton przestraszonych europejskich elit. Po wyborach może popchnąć na nowe tory całą europejską politykę.

Krytyka Polityczna

odpowiedźZiemkiewicza

ZGŁASZAM DO PROKURATURY (ZA PAPIEŻA)

JAŚ KAPELA, 23.01.2015

Warszawa, dnia 23.01.2015

 

Jan Kapela

Krytyka Polityczna

Ul. Foksal 16 IIp.

00-372 Warszawa

 

Prokuratura Rejonowa

w Warszawa Śródmieście

ul. Krucza 38/42

00–512 Warszawa

 

 

Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa

 

Niniejszym składam zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa:

 

1. Naruszenie artykułu 136, paragraf 3 Kodeksu karnego, poprzez publiczne znieważenie głowy państwa Watykan.

 

W dniu 20 stycznia 2014 o godzinie 23.19 na portalu Twitter na profilu o nazwie @R_A_Ziemkiewicz, który – jak można domniemywać – prowadzony jest przez rolnika Rafała Aleksandra Ziemkiewicza, znanego jak najpopularniejszy polski publicysta – została zamieszczona informacja o treści: „Papież idiota. Straszne”.

 

Uzasadnienie

 

Znieważanie głowy obcego państwa to poważne przestępstwo – jak miałem się okazję osobiście przekonać, występując jako świadek przestępstwa ściganego z paragrafu 133. Podobnie przykładem może świadczyć Ewa Wójciak, która z powodu zamieszczenia na portalu Facebook informacji o papieżu o treści „no i chuja wybrali” została w efekcie zwolniona z posady dyrektorki Teatru Dnia Ósmego. Warto też dodać, że za znieważenie głowy państwa Watykan został skazany redaktor naczelny tygodnika „NIE” Jerzy Urban. Powodem wyroku był artykuł Urbana pt. „Obwoźne sado-maso” z sierpnia 2002 r., zamieszczony w „NIE” tuż przed pielgrzymką papieża Jana Pawła II do Polski. Urban pisał m.in.: „Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź”. Urban nazwał też papieża m.in. „Breżniewem Watykanu”, „żywym trupem” i „sędziwym bożkiem”. W związku z czym wznoszę jak na wstępie.

Krytyka Polityczna

Wolność słowa dla wszystkich

KOPENHAGA – Zamach na francuski magazyn „Charlie Hebdo” był atakiem na demokrację, wolność i ideały leżące u podstaw wszystkich wolnych społeczeństw. Mierząc się z siłami ekstremizmu i terroru, musimy mieć odwagę opowiedzieć się za tymi ideałami oraz bronić prawa do mówienia tego, w co wierzymy. Ale musimy także zadbać o przyznanie takiego samego prawa innym.„Charlie Hebdo” to nie pierwsze pismo, które ucierpiało z powodu publikacji rysunków uważanych przez niektórych za obraźliwe dla islamu. W 2005 r., kiedy byłem premierem Danii, duńska gazeta „Jyllands-Posten” wywołała międzynarodowe kontrowersje, publikując 12 szkiców proroka Mahometa. Część muzułmanów w Danii i za granicą oskarżyła „Jyllands-Posten” o bluźnierstwo w związku z publikacją wizerunku proroka. Wzywano do zemsty na gazecie, na moim rządzie i na interesach Danii za granicą.

Zareagowaliśmy, opierając się na zasadzie wolności słowa stanowiącej jeden z filarów demokracji – i jeśli ktoś go osłabia, godzi w samą demokrację. W wolnych krajach każdy obywatel ma prawo do swobodnego wypowiadania wszelkich treści, do wyrażania tego, w co wierzy albo czego pragnie, ma prawo krytykować i wyśmiewać, co mu się podoba – pisząc, rysując i posługując się wszelką inną pokojową formą wyrazu. Każdy obywatel ma także prawo nie zgodzić się z opinią innego i wyrazić swój sprzeciw w pokojowy sposób zgodny z prawem.

W 2005 r., w czasie kryzysu wywołanego publikacją karykatur, część komentatorów i polityków ze świata muzułmańskiego twierdziła, że nadużyto prawa do wolności słowa; wzywali do przeprosin i potępienia tej formy wyrazu, przede wszystkim przez „Jyllands Posten”, a potem przez mój rząd. Rzecz jasna z wolności słowa należy korzystać mądrze i odpowiedzialnie. Ale wierzyliśmy i nadal wierzymy, że próby jej ograniczania nie byłyby ani działaniem mądrym, ani odpowiedzialnym, i że właściwym sposobem reakcji na rzekomą obelgę jest przedstawienie kontrargumentu, a nie organizowanie zamachu terrorystycznego. A w demokracjach zawsze można wnieść sprawę do sądu.

Tą zasadą kierowaliśmy się przez cały czas w kryzysie w 2005 r. Nie przeprosiliśmy za decyzje redakcyjne niezależnej gazety, mimo ogromnej presji ugrupowań muzułmańskich i rządów. Nie próbowaliśmy też uzasadniać publikacji karykatur. Po prostu broniliśmy wolności słowa.

Mimo przerażenia i złości, jakie czujemy po zamachu na „Charlie Hebdo”, musimy wszyscy trzymać się mocno tej zasady, bo ograniczanie swobody wyrazu byłoby osłabianiem naszych społeczeństw. Zamachy na dziennikarzy były czynem koszmarnym i niegodnym, ale jeśli zareagujemy nań, ograniczając wolności, na których zbudowano nasze społeczeństwa, zatańczymy tak, jak zagrali nam mordercy.

Rządy muszą bronić wolności dziennikarzy do swobody wyrażania opinii i wolności każdego obywatela do tego, by mógł poprzeć lub nie zgodzić się z tym, co piszą dziennikarze. A dziennikarze muszą nadal pisać i rysować to, w co wierzą. Autocenzura podważy ich wolność i zachęci do dalszych nacisków na swobodę wypowiedzi.

W ciągu kilku ostatnich dni część redakcji stwierdziła, że właściwą reakcją na zamach na „Charlie Hebdo” będzie publikacja karykatur publikowanych przez ten magazyn. Inne uznały, że nie tędy droga. Jeszcze inne krytykowały linię „Charlie Hebdo”. Redaktorzy mieli prawo podejmować te decyzje i szukać takich form ekspresji, jakie uznali za stosowne. To esencja demokracji. Kiedy na takie decyzje będzie wpływał strach przed zemstą, wtedy skończy się nasza wolność.

Dla obywateli wolność słowa oznacza, że ma się odwagę bronić tego, w co się wierzy, bez sięgania po przemoc – przeciw dziennikarzom czy przedstawicielom jakiejkolwiek religii. Zastrzelenie dziennikarzy z zimną krwią za wydrukowanie karykatury to ohydna zbrodnia. Ale jest nią także zamach na meczet czy napaść na muzułmanina tylko z powodu jego wiary.

Jest miejsce na dyskusję, nawet bardzo gorącą, dotyczącą niosącego głęboką moralną treść pytania: jak równoważyć wolność słowa i szacunek dla religii? Ale argumentami w tej dyskusji powinny być słowa, nie kule – klawiatura, nie kałasznikow. Każdy z nas ma prawo do swojej opinii. Nikt nie ma prawa zabijać tych, którzy mają inne zdanie.

Marsz milionów ludzi w Paryżu 11 stycznia był cudownym wyrazem solidarności i pokoju. Każdy przywódca i parlamentarzysta powinien starać się sprostać tym ideałom w odpowiedzi na zagrożenie ekstremizmem.

Zamachy terrorystyczne w Paryżu zmienią, miejmy nadzieję, podejście do obrony wolności prasy i wolności w ogóle, bo miliony ludzi zdały sobie sprawę, o co tak naprawdę chodzi. Wolność wypowiedzi nie jest nam dana raz na zawsze. Musimy jej bronić nawet – a wręcz zwłaszcza – wtedy, kiedy nie zgadzamy się z daną wypowiedzią.

Anders Fogh Rasmussen – były premier Danii i sekretarz generalny NATO. Twórca i prezes firmy doradczej Rasmussen Global.

naTemat.pl

Jest wieczne „teraz”, wieczne Auschwitz

Łukasz Długowski, 24.01.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,143016,17300253,video.html?embed=0&autoplay=1
Mój ojciec był przeciętnym Żydem, który nigdy się nie wychylał. Pewnego dnia zrozumiałam, że gdyby był Niemcem, byłby jednym z nich, esesmanem
Stoję na rampie. W rękach mam walizki, na sobie długi, ciężki płaszcz. Jest sierpień, upał, selekcję prowadzi kobieta. Patrzę na nią zahipnotyzowany. Wiem, że pałką, którą trzyma w dłoni, wskazuje: ty do gazu, ty do roboty. Chcę, żeby się we mnie zakochała, żeby dała mi żyć.Taki miałem sen przed moją pierwszą medytacją na Judenrampe .

***

Najpierw pół godziny w milczeniu. Sto osób siada po turecku, zamyka oczy. Głowa powinna być pusta, ale w mojej kotłują się myśli. W tle słyszę przechodzące wycieczki, przewodniczka: „Niech się państwo nie dadzą zwieść. Teraz rośnie tutaj zielona trawa, ale w obozie było błoto po kolana. Gdyby była trawa, zostałaby zjedzona”. Po chwili młodzi Żydzi śpiewają coś strasznie smutnego, jakby opłakiwali zmarłego nad grobem. Później dowiem się, że to „Hatikwa”, hymn Izraela .

Przerwa, 15 minut na rozprostowanie nóg.

Siadamy, cztery osoby wstają i czytają nazwiska zabitych z list przygotowanych przez SS. Imię, data urodzenia, śmierci, miasto rodzinne. Nakładają się na siebie słowa akcentowane po polsku, angielsku, niemiecku i arabsku. Młoda Włoszka buja się, jakby miała chorobę sierocą, tylko pomyliły jej się kierunki. Łysy Amerykanin z siwym zarostem do każdego nazwiska dodaje: „We remember you” („Pamiętamy cię”). Do ucha dochodzi: Epstein, Epstein, Epstein. Czekam, kiedy usłyszę inne nazwisko, ale przez kilka minut wybija się tylko Epstein. Jedna kartka, cała rodzina, 40 osób. Od momentu pojmania redukowali ich historie, upychali w coraz ciaśniejszą przestrzeń. Najpierw w wagonie bydlęcym – zajęli połowę miejsca. W baraku, osiem prycz. W komorze gazowej, pięć metrów kwadratowych. W piecu, po dwa ciała naraz.

Z 40 historii zostało 40 słów.

Nie opuszczę cię

– Zaczęło się w 1994 r. od faceta, który szedł z Auschwitz do Hiroszimy. Z tej okazji była tu konferencja, na którą zostałem zaproszony – opowiada Bernie Glassman, buddysta, mistrz zen, syn polskiej Żydówki. Oprowadzali nas po Brzezince, kiedy tam wszedłem, poczułem dusze, które chciały być pamiętane.

Siedzimy w sali Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. Bernie ma 75 lat, wygląda na zmęczonego, mruczy pod nosem, czasem nie da się go zrozumieć. Ale emanuje dobrocią, idealnie nadawałby się na dziadka w reklamie cukierków, którymi obdarowuje wpatrzonych w niego wnuków. Zamiast dzieci sto dorosłych osób patrzy w niego jak w obrazek. Mówią, że to jeden z najważniejszych mistrzów zen na świecie.

– Lubię mówić, że żyjemy w klubach. Nie zapraszamy do nich ludzi, którzy są od nas inni. Zabijamy ich, bijemy, więzimy. Auschwitz przypomina nam o najokrutniejszym sposobie traktowania ludzi z nie naszego klubu.

Glassman twierdzi, że w medytacjach oświęcimskich wcale nie chodzi o upamiętnienie Holocaustu, ale o uświadomienie sobie, jak traktujemy innych. Bernie zgadza się, że nie ma języka, który mógłby opisać Auschwitz. Nie ma nawet myśli, którą można by o nim pomyśleć. Dlatego co roku organizuje medytacje, a nie konferencje oświęcimskie. Przez pięć dni sto osób odprawia ceremonie, siedzi na Judenrampe, skąd Żydzi szli do gazu, i medytuje.

Niemiecki ksiądz Manfred Deselaers, który od 20 lat mieszka w Auschwitz, wstanie po Bernim i doda:

– Czasami lepiej jest milczeć, niż mówić. Wtedy mogę usiąść z tobą i nawet jeśli nie wiem, co powiedzieć, to obiecuję, że cię nie opuszczę.

Byli więźniowie głównymi gośćmi obchodów wyzwolenia Auschwitz

W Auschwitz było idealnie

Styczeń, mróz. 65-lecie wyzwolenia Auschwitz. Żołnierze, którzy pełnią wartę, mdleją z zimna. Opowiada jedna z kobiet: – Nie nadawałam się już do pracy, trafiłam do baraku, który był ostatnim przystankiem przed komorą gazową. Nie dostawałyśmy jeść ani pić. Strażnik za karę kazał mi przez całą noc stać na dziedzińcu, w śniegu, nago. Rano kobiety wciągnęły mnie z powrotem, byłam zamarznięta. Jedna z nich zapaliła świeczkę i próbowała mnie rozgrzać. Powoli przesuwała płomień od stóp do głów. Z tamtej grupy przeżyły tylko dwie kobiety, ja i ta, która trzymała świeczkę. Stoi tutaj obok mnie.

Stoję w tym samym baraku, za chwilę wyjdę na ten sam dziedziniec. Wokół mnie sto osób. Eve Marko, żona Berniego, która opowiedziała tę historię, prosi, żebyśmy odśpiewali kołysankę po polsku. Śpiewamy: „Lulajże, Jezuniu, moja perełko./ Lulaj, ulubione me pieścidełko. / Lulajże, Jezuniu, lulajże, lulaj./ A Ty Go, Matulu, w płaczu utulaj”. Marushka, z pochodzenia polska Żydówka, nic nie rozumie, ale płacze.

– Moja matka, która przeżyła Auschwitz, nigdy nie śpiewała mi kołysanek po polsku, zawsze po niemiecku. Czuła się zdradzona przez swój kraj – powie mi później.

Marushka była tutaj rok temu. Płakała w tym samym baraku, może przy tej samej kołysance. Było jej ciężko, wyszła na dziedziniec złapać oddech. Po chwili wbiegli mężczyźni, tańczyli. Wili się wężykiem wokół kobiet, prowadził ich Ohad Ezrahi, grubiutki rabin. Wśród tańczących był Tracy, narzeczony Marushki.

– Nie miałem tego w planach godzinę wcześniej, nie miałem tego w planach minutę wcześniej – opowiada mi w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. Nie działałem z własnej woli, poczułem, że przemawiają przeze mnie dusze, które szukają jedności, szczęścia i miłości. Padłem na kolana, rozpostarłem ręce i zapytałem Ohada: „Rabinie, udzielisz nam ślubu?”.- Zapytaj narzeczoną, ja tu nie mam nic do gadania – odpowiedział.

Tracy obrócił się do Marushki:

– Wyjdziesz za mnie?

To miała być formalność, byli razem od trzech lat, zaręczeni od trzech miesięcy, ślub zaplanowany. Marushka odpowiedziała: „Nie”. Ohad poradził Tracy’emu, żeby zapytał jeszcze raz.

– Klęczałem przed nią, mocno wpatrywałem się w jej oczy i zapytałem: „Wyjdziesz za mnie?”.

Ślub odbył się na tym samym dziedzińcu, na którym kobieta z opowieści Eve prawie zamarzła na śmierć. Młodzi zamiast pod chupą – tradycyjnym baldachimem, pod którym odbywa się ślub – stali pod szalem ściągniętym z czyjejś kurtki. Mieli coś niebieskiego – kwiat chabru z trawnika przed barakiem. Następnego dnia w Centrum Dialogu i Modlitwy odbyło się wesele. Było noszenie pary młodej na krzesłach, trzypoziomowy tort, wódka i gry weselne.

Wybór

Spodnie w kant, białe koszule z rękawami podwiniętymi do łokci. Jakby wybierali się do kościoła. Trzech dyskutuje. Wyraźnie coś im sprawia problem. – Za wolno się palą? Za szeroko ich rozrzuciliśmy? Ogień przygasa? Z całej ósemki tylko dwóch się rusza, jeden się schyla, drugi robi zamach nogą jak do wykopu piłką. Kopie lewą, może zaplątała mu się ręka? Może zsunęła się głowa? A może źle na to patrzę, może on próbuje złapać równowagę? Lawiruje między palącymi się ciałami, chce wetknąć tę nogę między palące się biodro a ramię, żeby pewnie stanąć.

Zdjęcie sonderkommanda przy paleniu zwłok zrobił jeden z nich, prawdopodobnie Grek Alex. Aparat znalazł wśród rzeczy spalonych Żydów. To jedna z czterech ocalałych fotografii.

Stoję na polance, na której palili ludzi. Czasami swoich bliskich. Shlomo Venezia, jeden z ocalałych palaczy, najpierw zaprowadził swojego wujka do gazu, a potem, zanim wrzucił go do pieca, odmówił nad nim kadisz. Przez pierwszy tydzień-dwa nie mógł znieść tego okrucieństwa, potem się przyzwyczaił. Nie miał wyboru.

Od młodości uczono mnie, że życie jest największą z wartości. Ale teraz zastanawiam się: czy rzeczywiście? Gdyby do gazu szedł mój siedmioletni syn, poszedłbym z nim czy wolał żyć? Chcę wierzyć, że wszedłbym z nim. Przytulił i dał mu tyle miłości, ile bym mógł. Sprawił, żeby miejsce strachu zajęła bliskość. A może z miłości zabiłbym, zanim zacząłby się dusić?

Człowiek chce żyć mimo wszystko. Choćby po to, żeby jeszcze raz ubrać się ładnie i zjeść smacznie. Niosę tego więźnia. Klub Auschwitz

Ołówek przywiązany do ręki

Kreski. Czarne, proste, krótkie. Łączą się w wychudzone nogi, kościste ramiona, żebra przebijające skórę. Wychodzą spod ręki jednego z pierwszych więźniów Auschwitz Mariana Kołodzieja, numer obozowy 432. Cienkopisem rysuje je na kartonie, kartony składa w całe sceny, sceny w teatr zbrodni. Wystawia je w piwnicy Centrum Maksymiliana w Harmężach, 10 km od obozu. Po ich obejrzeniu ks. Józef Tischner powie: „Prawdziwy Oświęcim jest tutaj”.

Marian spędził w obozach koncentracyjnych pięć lat. Przez prawie 50 lat nikomu o tym nie mówił. Żona, aktorka Halina Słojewska, dowiedziała się dopiero, kiedy dostał wylewu. Rysowanie obozowych snów i wspomnień stało się sposobem na rehabilitację mózgu. Zaczynał z ołówkiem przywiązanym do ręki.

– Postawiłem tyle kresek, ilu było ludzi w Oświęcimiu – powie w jednym wywiadzie.

Mówił też, że przeżył piekło i funduje to piekło tym, którzy przyjdą je obejrzeć. Na ścianach setki rysunków, tysiące wygłodzonych ludzi. Wchodzisz i nurkujesz w szambie: „Taniec śmierci”, „Głodowa cela śmierci”, „Ściana płaczu”, „Starszy obozowy nr 1”.

„To kapo nr 1, Bruno Brodniewicz – najważniejszy, niejednokrotnie pan życia i śmierci” – pisze Kołodziej. „Otaczają go ci, którzy za każdą cenę chcą ocalić życie. Służą panu i władcy. Szepczą mu do ucha donosy na innych więźniów, karmią najlepszymi kąskami wybranymi z obozowego kotła, grają na różnych instrumentach ulubione przez kata melodie, rysują jego portrety. Spełniają wszystkie posługi higieniczne, czyszczą paznokcie, gdy trzeba, służą własnym ciałem do seksualnych perwersji. A on rozkraczony, olbrzymim spasionym ciałem, wycina na trzymanym przez siebie kiju poszczególne sztychy, kreski, z których jest dumny, ponieważ każda kreska oznacza więźnia osobiście zamordowanego. Na rysunku możesz ich naliczyć 34”.

Nie ma „potem”Co rano mamy spotkania w kółkach. Wokół świeczki siada dziesięć osób i opowiada o tym, co przeżyło, co czuje, co boli. Wylewa się ze mnie.

– Czuję gniew. Wychodzimy z Brzezinki, z piwnicy Kołodzieja i przełączamy się na small talki, żarciki, uśmieszki: to twój pierwszy raz? Skąd jesteś? Jak się wymawia twoje imię? W hotelu idziemy na kawę, zagryzamy magnum oblanym białą czekoladą i rozsiadamy się w skórzanych fotelach. Te pieprzone przywieszki z imionami, poranne kółka wsparcia, na których żalimy się, jak nam ciężko, minuty ciszy, medytacje na rampie. To wszystko jest beznadziejnie puste. Co można powiedzieć? Co można zrobić? Dzisiaj zrozumiałem, że nie ma „potem”. Jest wieczne „teraz”, wieczne Auschwitz.

Potem

– Ostatnim rabinem warszawskiego getta był Kelman Szapiro. Ze względu na swoją pozycję nie musiał tego robić, uczył dzieci. Codziennie po kilka razy powtarzał: „Kinderlach, moje drogie dzieci, najświętszą rzeczą, jaką możecie zrobić, to pomóc komuś. Nie ma nic bardziej świętego ponad pomoc”. Rabin zginął w obozie w Trawnikach. Rabin Shlomo Krlibach, który go znał i opowiadał wszystkim jego historię, wiele lat później przechadzał się ulicami Tel Awiwu. Wszędzie, gdzie był, miał w zwyczaju pozdrawiać wykluczonych: babcie klozetowe, śmieciarzy. Podchodził i pytał: „Jak się masz? Co się u ciebie dzieje?”. W Tel Awiwie zapytał o zdrowie staruszka sprzątającego ulice. Gdy usłyszał znajomy akcent, zapytał, skąd jest.

– Z Polski, z Warszawy – usłyszał.

– A znałeś rabina Kelmana Szapiro?

– Byłem jego uczniem, trafiłem do Auschwitz. I wierz mi, wiele razy chciałem się rzucić na druty, zabić się. Ale tuż przed przypominałem sobie słowa rabina: „Moje drogie dzieci, najświętszą rzeczą, jaką możecie zrobić, to pomóc komuś. Nie ma nic bardziej świętego ponad pomoc”. I wracałem do baraku. Wiesz, jak wiele dobrego można było zrobić w Auschwitz? Teraz jestem stary, biedny i chory. Nie ma się kto mną zaopiekować. I wiele razy chciałem się zabić. Ale gdy przypominałem sobie, co powiedział rabin, wracałem do domu. Wiesz, ile dobrego można zrobić jako sprzątacz ulic w Tel Awiwie?

Zwykli ludzie

Niemiecki mnich zen Heinz-Jürgen Metzger powiedział, że podczas medytacji oświęcimskich nie powinny być wspominane tylko dusze ofiar, ale także oprawców. Bo jeśli buddyści tego nie zrobią, dokonają tego samego co Hitler: podzielą ludzi na tych, którzy się do czegoś nadają, i na tych, którzy są bezużyteczni, do gazu.

– Połowa ludzi chciała wtedy wyjechać – wspomina Bernie. Nie chcieli przyznać, że zło jest też ich częścią.

Wszyscy zostali. W wieżyczce strażniczej, pod którą przejeżdżały pociągi z transportami, odbyła się ceremonia upamiętniająca oprawców.

Przedostatni wieczór medytacji spędzamy w męskim baraku. Pytanie: czy moglibyśmy być katami? Mówi Ohad, rabin:

– Pochodzę z Izraela, gdzie bardzo łatwo jest wejść w rolę ofiary. W ogóle bardzo łatwo jest nam patrzeć na siebie jak na ofiarę. Zawsze przyznajemy sobie za to kilka dodatkowych punktów. Ale bycie ofiarą jest niebezpieczne. Jako ofiara zaczynasz myśleć, że możesz więcej, że zasługujesz na zemstę. I stajesz się oprawcą.

Eve Marko, w Oświęcimiu zamordowano jej dwie ciotki, wujka i kuzyna:

– Mój ojciec był zwykłym człowiekiem. Przeciętnym Żydem, który nigdy się nie wychylał. Ważniejsze było to, co mówią sąsiedzi, niż to, co sam myśli. Pewnego dnia zrozumiałam, że gdyby był Niemcem, byłby jednym z nich. Jednym z SS. Nie wychylałby się, tylko dołączył. Nie potrzeba być potworem, żeby się do nich dołączyć.

Eve majstruje przy trzeszczącym mikrofonie i ciągnie dalej:

– To jest dobrze udokumentowane. W książce Christophera Browninga „Zwykli ludzie. 101. Policyjny Batalion Rezerwy i >>ostateczne rozwiązanie<< w Polsce” jeden z dowódców mówi do żołnierzy, którzy mieli za chwilę rozstrzelać Żydów: „Nie musicie tego robić. Nie zostaniecie ukarani”. Spośród 200 czy 300, ilu ich tam było, wystąpiło czterech. Tylko jeden z nich ze względów moralnych, pozostali trzej z czysto technicznych. To byli ludzie tacy sami jak mój ojciec. Bohaterów zawsze jest niewielu. Nie możemy na nich liczyć, musimy liczyć na siebie. Musimy liczyć na siebie w czasach, kiedy bohaterstwo nie jest jeszcze potrzebne. Kiedy możemy zmieniać rzeczywistość poprzez małe, zwykłe działania. Po to, żebyśmy później nie musieli wyczekiwać bohaterów. Mamy rok 2014 i pytam siebie: czym on się różni od 1933 czy 1936?

Wyborcza.pl

Polak tłucze żonę? Niech tłucze! Od tradycji Europie wara

Renata Durda, Grzegorz Wrona, Draginja Nadaždin, Sergio de Arana, Joanna Piotrowska, 24.01.2015
Marsz Pand - razem przeciwko przemocy. Warszawa, 05.12.2014

Marsz Pand – razem przeciwko przemocy. Warszawa, 05.12.2014 (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

„Bo zupa była za słona” – to przewrotne hasło pamiętnej kampanii przeciwko domowej przemocy z 1997 roku. Minęło 18 lat, w międzyczasie zostaliśmy obywatelami Europy, a w tysiącach domów zupa nadal jest za słona – zaś policja, sądy i sąsiedzi nadal uznają to za dobre usprawiedliwienie. On bije, gwałci, odbiera pieniądze – znaczy, że zasłużyła
Debata nad Konwencją Rady Europy o zwalczaniu i zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej toczy się od trzech lat. Podpisana przez rząd konwencja na ratyfikację przez parlament czeka dwa lata. Dokument ten jest przedstawiany przez wielu hierarchów Kościoła katolickiego oraz środowiska konserwatywne jako zagrożenie, które miałoby zniszczyć rodzinę, tradycję oraz promować homoseksualizm. Część polityków wykorzystuje go jako straszak mający zapewnić wygraną w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. W tym czasie konwencja została ratyfikowana przez 15 państw, w tym również kraje takie jak Włochy i Malta, gdzie Kościół katolicki odgrywa ważną rolę w społeczeństwie.Przemoc wobec kobiet oraz przemoc domowa są w Polsce powszechne. Według badań prof. Beaty Gruszczyńskiej z Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości co roku w Polsce od 700 tysięcy do miliona kobiet doświadcza przemocy fizycznej lub seksualnej. Co roku w wyniku przemocy domowej ginie 150 kobiet. Wśród dorosłych Polek 11 procent doświadczyło gwałtu lub usiłowania gwałtu, a każdego roku 30 tysięcy kobiet zostaje zgwałconych.

Państwo przymyka oczy

Koronnym argumentem przeciwników konwencji jest stwierdzenie, że prawo w Polsce skutecznie przeciwdziała przemocy domowej, a państwo skutecznie ściga sprawców. Niestety – to nieprawda. Podstawowym warunkiem zapewnienia bezpieczeństwa ofierze jest odizolowanie od niej sprawcy osobom oraz wymierzenie mu kary. Tymczasem na 10 zgłoszonych policji przypadków 7 postępowań jest umarzanych. W pozostałych, jeżeli dojdzie do skazania, w 86 proc. karę wymierza się w zawieszeniu. Jedynie w 5 proc. wyroków sąd nakłada na sprawcę obowiązek opuszczenia mieszkania lub zakaz zbliżania się do ofiary przemocy. Często ofiary muszą same przekonywać prokuraturę lub policję do tego, że bicie, przemoc psychiczna oraz seksualna są przestępstwem, które wymiar sprawiedliwości ma obowiązek ścigać. W praktyce tak właśnie wygląda stosunek organów ścigania do przeciwdziałania przemocy domowej.

Konwencja Rady Europy to umowa międzynarodowa, która nakłada na państwa w niej uczestniczące obowiązek prowadzenia działań w kilku kierunkach: zapewnienia realnej ochrony, skutecznego karania sprawców oraz działań prewencyjnych. Przykładami konkretnych rozwiązań, które w Polsce nie działają, a które konwencja wprowadza, mogą być: 24-godzinna bezpłatna infolinia dla ofiar przemocy, ośrodki specjalistyczne dla ofiar przemocy seksualnej, dostosowana do skali potrzeb sieć schronisk i ośrodków pomocy dla ofiar przemocy domowej oraz wprowadzenie do prawa pojęcia przemocy ekonomicznej. Konwencja wymaga także, aby państwa strony wprowadziły przepis umożliwiający natychmiastową izolację sprawcy od ofiary – w każdym przypadku wystąpienia przemocy. Praktyka wskazuje, że najczęściej do opuszczenia wspólnego mieszkania są zmuszone ofiary, w tym dzieci, a nie sprawca. Nadal do rzadkości należy zabranie przez interweniującą policję sprawcy przemocy z miejsca jego zamieszkania.

Prywatna przemoc

Przemoc domowa oraz przemoc wobec kobiet w społecznych wyobrażeniach są uznawane za mniej istotne i mniej zagrażające ogółowi formy przemocy. Mamy skłonność do oceniania przemocy, w której ofiary znajdują się w relacjach intymnych ze sprawcami lub są z nimi spokrewnione, raczej w kategorii „wewnętrznych problemów rodziny” lub „problemów w związku”. Również ofiary przemocy domowej oraz przemocy seksualnej często myślą o doznanych przez siebie krzywdach w kategoriach „prywatnej przemocy”. Najbliższe otoczenie wspiera taki sposób myślenia, sugerując, że „on nie jest taki zły” lub „może jakoś go sprowokowałaś”.

Często ofiara przemocy domowej lub seksualnej, która zgłasza policji przestępstwo, staje się czarną owcą, a sprawca jest uznany za ofiarę pomówienia. Ofiara w wielu przypadkach musi najpierw udowodnić swoją prawdomówność oraz brak ukrytych intencji, aby otoczenie i odpowiednie służby zechciałby uwierzyć w jej wersję wydarzeń. Polskie sądy nie są wolne od uprzedzeń, w wyniku których co trzeci wyrok za przestępstwo zgwałcenia to wyrok w zawieszeniu, a średni wymiar kary za gwałt ze szczególnym okrucieństwem wynosi w Polsce 3,3 roku więzienia.

Przemoc, narzędzie władzy

Przemoc wobec kobiet oraz przemoc domowa to przede wszystkim problem mężczyzn. Według statystyk policyjnych to oni stanowią 92 proc. sprawców. Wśród ofiar 67 proc. to kobiety, 22 proc. to dzieci.

Oba rodzaje przemocy są zjawiskami bardzo egalitarnymi – wśród sprawców znajdziemy bezrobotnych, robotników i rolników, jak i przedsiębiorców, pracowników naukowych, gwiazdy filmu i sportu.

Badania psychologiczne wśród sprawców pokazują, że w tej grupie mężczyzn bardzo silna jest akceptacja dla autorytarnego modelu rodziny, przedmiotowego traktowania kobiet oraz silnych stereotypów dotyczących ról mężczyzn, kobiet i dzieci w rodzinie.

Sprawcy stosują przemoc nie z powodu wrodzonego sadyzmu, ale w celu utrzymywania władzy i kontroli nad bliskimi. W ich wyobrażeniach mężczyzna będący głową rodziny ma prawo karać za nieposłuszeństwo podległą mu kobietę i dzieci. U tej grupy myślenie w kategoriach: „Jeśli się baby nie bije, to jej wątroba gnije”, „Brudy pierz w domu” albo „Gwałt w małżeństwie nie istnieje” jest bardzo silne. Bez zmiany tych postaw w całym społeczeństwie nie jest możliwe skuteczne przeciwdziałanie przemocy.

Przemocy wobec kobiet nieodłącznie towarzyszy krzywda dzieci. W domach, gdzie kobieta jest bita, poniżana czy dyskryminowana, dzieci są zarówno ofiarami przemocy, jak i jej świadkami – według badań prof. Gruszczyńskiej dzieci były nimi w 60 proc. przypadków. W takich rodzinach domowy oprawca posiada władzę totalną, wyznacza zasady i siłą podporządkowuje sobie otoczenie. Przemoc i ustawiczne zagrożenie tworzą atmosferę napięcia, niepewności, zachwiania podstawowego poczucia bezpieczeństwa. Dziecko obserwujące przemoc często staje się obrońcą bezradnego rodzica, starając się uspokoić agresora lub osłonić własnym ciałem ofiarę. Najważniejsi dla nich dorośli pozostają w toksycznej relacji przepełnionej strachem, wrogością, poniżeniem i rozpaczą.

Konwencja uwzględnia również konieczność ochrony dzieci przed przemocą ze strony dorosłych oraz specjalnej ochrony dziecka, które jest świadkiem przemocy domowej.

Poświęcenie ofiar

Przeciwnicy konwencji zgłaszają sprzeciw wobec każdej regulacji prawnej, która wymaga od państwa, by interweniowało w obronie ofiar przemocy domowej. Nawet wprowadzony do polskiego prawa w 2010 roku ustawowy zakaz stosowania przemocy fizycznej wobec dzieci spotkał się z oporem części hierarchów kościelnych i konserwatystów, według których brak możliwości bicia dzieci oraz stosowania tzw. klapsa narusza prawo rodziców do wychowania potomstwa zgodnie z ich światopoglądem. Zbyt często bezpieczeństwo i ochrona rodziny są przez skrajnych zwolenników tego poglądu utożsamiane z zapewnieniem bezkarności sprawcom przemocy domowej. Nie można bronić modelu państwa, które poświęca bezpieczeństwo najsłabszych jednostek w imię ochrony interesów sprawcy przemocy.

W październiku tego roku posłowie PO, PSL i PiS na posiedzeniu komisji parlamentarnych zablokowali sejmowe głosowanie nad ratyfikacją konwencji. W tym samym miesiącu organizacje pozarządowe – w tym Amnesty International, Centrum Praw Kobiet, fundacja Feminoteka, fundacja Dzieci Niczyje oraz Pogotowie Niebieska Linia – wystosowały do posłów apel o jak najszybszą ratyfikację konwencji. Apel pozostał bez odpowiedzi.

Niestety, prawa ofiar przemocy stały się kartą przetargową w zabiegach o poparcie Kościoła katolickiego przed zbliżającymi się wyborami. Być może politycy blokujący ratyfikację konwencji gotowi są poświęcić życie kilkudziesięciu kobiet rocznie oraz zdrowie kilkuset tysięcy ofiar przemocy domowej, aby zdobyć głosy wśród sprawców oraz części konserwatystów bojących się zniszczenia polskiej tradycji. Będzie to wyraźny sygnał dla społeczeństwa, że interesy polityczne wybranych grup są ważniejsze od społecznej solidarności i ochrony bezpieczeństwa najsłabszych jednostek.

Zablokowanie konwencji może przynieść niektórym politykom sukces wyborczy, jednak cenę tego „sukcesu” poniosą ofiary przemocy.

Tytuł i lead od redakcji

Renata Durda, szefowa Pogotowia „Niebieska Linia” IPZ; Grzegorz Wrona, adwokat; Draginja Nadaždin, dyrektorka Amnesty International Polska; Sergio de Arana, Głosy Przeciw Przemocy; Joanna Piotrowska, prezeska Fundacji Feminoteka

Apel do posłów o ratyfikację Konwencji można podpisać TUTAJ

Wyborcza.pl

Eliot Higgins. Człowiek, który przyłapał Putina

Milena Rachid Chehab, Leicester, 24.01.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,143016,17301177,video.html?embed=0&autoplay=1
Dobrym szpiegom nie trzeba służbowych legitymacji, pistoletów i satelitów. Wystarczy im puszka coli, skórzana kanapa i laptop
Jako bezrobotny Eliot Higgins większość czasu spędzał na skórzanej kremowej kanapie w towarzystwie trzyletniej dziś córki Eli bawiącej się na zagraconej zabawkami podłodze salonu. W telewizorze pierwszeństwo miała zawsze „Świnka Peppa”, no, chyba że na którymś z kanałów leciał „Columbo”. Dziś Higgins jest nadal bezrobotny, ale większość czasu spędza w telewizyjnych studiach i w salach wykładowych. No, chyba że w telewizji leci „Columbo”.Eliot ma 34 lata, mieszka na przedmieściach 330-tysięcznego Leicester w środkowej Anglii, a jego zawodowe CV nie wygląda imponująco: nieskończona szkoła policealna w Southampton, informatyk, wklepywanie danych w firmie bieliźniarskiej, pracownik socjalny w ośrodku dla uchodźców, zasiłek.

Za to śledczego CV mógłby mu pozazdrościć niejeden zdobywca Pulitzera. To dzięki śledztwom bezrobotnego z Leicester świat dowiedział się ponad wszelką wątpliwość, że:

– jedna z grup syryjskich rebeliantów posługuje się karabinami maszynowymi, granatnikami i moździerzami używanymi wcześniej na wojnie w byłej Jugosławii. Od armii chorwackiej kupiła je Arabia Saudyjska i przy milczącej zgodzie USA przeszmuglowała przez Jordanię do Syrii. Skandal wykryty przez Higginsa opisał potem „New York Times”;

– podczas masakry w syryjskiej Ghucie użyto sarinu, mimo że Baszir al-Asad stanowczo się tego wypierał;

– w Syrii wielokrotnie zrzucano na dzielnice mieszkalne zakazane, bo wyjątkowo okrutnie kaleczące bomby beczkowe wypełnione trotylem, paliwem, gwoździami i kawałkami metalu. Używała ich zarówno syryjska armia, jak i siły opozycyjne.

Gdy w zeszłym roku Pokojową Nagrodę Nobla dostała ONZ-owska Organizacja ds. Zakazu Broni Chemicznej, m.in. właśnie za prowadzenie misji w Syrii, eksperci kręcili nosami, bo „śledztwa Eliota Higginsa zdziałały więcej niż Narody Zjednoczone”.

A po co mi arabski? Jest Google Translator

W ubiegłym roku Higgins znalazł się na czołówkach światowych mediów dwukrotnie. W sierpniu po analizie filmu, na którym bojownicy Państwa Islamskiego ścinają głowę brytyjskiemu dziennikarzowi Jamesowi Foleyowi, wskazał, gdzie to się stało (wzgórza na południe od syryjskiego miasta Ar-Rakka), choć tłem było zupełne pustkowie. Drugi raz w listopadzie, gdy z pięcioma innymi amatorami opublikował raport z śledztwa dowodzący, że samolot Malaysia Airlines zestrzelono nad Ukrainą rakietą Buk należącą do rosyjskiego wojska.

Wszystko to Eliot odkrył, nie ruszając się z kanapy i doglądając córki, podczas gdy jego żona obsługiwała klientów w okienku na pobliskiej poczcie. Jeszcze cztery lata temu nie wiedział o broni więcej niż przeciętny posiadacz Xboxa. Nie zna ani arabskiego, ani rosyjskiego – zwykle wystarcza mu Google Translator – a na Bliskim Wschodzie był raz, gdy w 2011 roku odwiedzali w Turcji rodziców żony.

Gdy spotykamy się pod koniec listopada, Higgins ma już biuro. To pokoik w jednym z anonimowych biurowców w centrum Leicester: bezbarwne wertikale, dwa krzesła, stół, laptop i profesjonalny mikrofon do nagrywania podcastów i komentarzy dla radia.

Przeprowadzka była nieunikniona, bo Higginsom urodził się syn, a Nuray zaczęła mieć dosyć nawiedzających ich dom ekip telewizyjnych. No i tego, że cały interes, z hipoteką włącznie, wisi na jej pensji. Eliot ogłosił więc zbiórkę na portalu Kickstarter. Dostał ok. 50 tys. funtów i teraz może zająć się tym, co umie najlepiej.

Kim jest? Dziennikarzem, choć równie dobrze pasuje mu aktywista, e-detektyw i bloger. O „ekspercie od uzbrojenia” nie pomyślał, choć tak właśnie przedstawiają go w mediach.

Pierwszy raz dowiedział się, że nim jest, ledwie siedem miesięcy po tym, jak latem 2011 roku w ogóle zainteresował się tematem i zaczął prowadzić bloga. Dziś od świtu do zmierzchu analizuje setki tysięcy zdjęć i filmów, które śledzi na ponad tysiącu kanałów na YouTubie, Facebooku, Twitterze i w innych mediach społecznościowych. Szuka na nich dowodów zbrodni. Interesuje go broń i to, gdzie oraz przez kogo została użyta.

Jego dzienna norma to 300 filmów. – Nawet nie wyobrażasz sobie, ile tego jest. Wszystko ogólnodostępne, aż grzech, żeby się marnowało – mówi. Niektórzy po prostu dzielą się relacjami z działań wojennych w swojej okolicy, inni otwarcie dokumentują w necie swoje zbrodnie – nie tylko na postrach, ale również po to, żeby pokazać mocodawcom, że broń, którą dostali, została właściwie użyta. – Pojedynczy materiał zwykle jest bezwartościowy, ale zwielokrotniona informacja tworzy chmurę, która daje konkretny obraz. Na przykład tego, które tereny są kontrolowane przez rebeliantów, a które przez wojska rządowe – tłumaczy Higgins.


Eliot Higgins opowiada o swoich śledztwach

Hejterzy, jestem zobowiązany

Zaczęło się od Bliskiego Wschodu. A w zasadzie od forum internetowego „Guardiana”, gdzie wyżywał się pod artykułami o tym dzisiejszym jądrze ciemności. Jako Brown Moses, postać z piosenki Sinatry („Gdybym wiedział, że będę sławny, nigdy nie wybrałbym tak idiotycznej ksywy”), ma na koncie ponad 5 tys. postów. – Część z nich to ciągłe hejterskie dyskusje z kilkunastoma trollami. Powinienem im podziękować, bo są tak uparci i dociekliwi, że muszę mieć na wszystko więcej niż rzetelne dowody – uśmiecha się.

Potem dzięki Libii odkrył wagę geolokalizacji. Gdy wdał się w wielodniowy spór o to, które tereny kontroluje opozycja, a które ludzie Kaddafiego, całymi dniami szukał pojedynczych klatek, które mogłyby udowodnić, że nie myli się co do przebiegu linii frontu na przedmieściach Trypolisu, i porównywał obiekty na zdjęciach ze szczegółami na ogólnodostępnych mapach satelitarnych.

W końcu stwierdził, że arabska wiosna to zbyt poważna sprawa, żeby pisać o niej z doskoku. Założył bloga, głównie o Syrii. – Reżim nie wpuszczał obserwatorów. Wielu dziennikarzy, którym udało się dotrzeć na front, zginęło, a strzępki informacji były sprzeczne – wspomina.

Ponieważ z nagrań wrzucanych przez samych Syryjczyków nie rozumiał niczego poza „Allahu akbar”, wyłączał dźwięk i skupiał się na tym, co był w stanie ustalić.Czyli przede wszystkim na broni. Po pierwsze, najłatwiej było ją zidentyfikować. Po drugie, występowała wszędzie. Nie tylko w filmikach propagandowych, ale też jako element tła na zupełnie niewinnych obrazkach, na przykład z łuskami pocisków na drugim planie.

Czy wcześniej pasjonował się militariami? Nie za bardzo. Wiedzę o kalibrach, wersjach, szczegółach uzbrojenia i amunicji czerpał z Wikipedii albo dopytywał internautów. Zwykle na Twitterze albo przez Storyful – internetowy „otwarty newsroom”, gdzie każdy może wrzucić tekst, zdjęcie lub wideo, które wydaje mu się warte dziennikarskiego zgłębienia.


Wykład Eliota Higginsa

Świnka Peppa i sarin

Umiejętności i wiedza zdobyte podczas pierwszych miesięcy syryjskiej rewolucji przydały się, gdy Damaszek rozprawił się z niespokojną prowincją Ghuta. 21 sierpnia 2013 roku na kilka zbuntowanych miast spadły pociski, ale nie takie, do jakich Syryjczycy już przywykli. Atak chemiczny zabił co najmniej 800, a według niektórych źródeł nawet 1,8 tys. osób. Lekarze opowiadali, że nie mogli nic zrobić, kiedy dzieci dusiły się na ich rękach, bo w szpitalach zabrakło odtrutek.

Przez następne tygodnie światowi przywódcy „wyrażali zaniepokojenie”, a inspektorzy ONZ co rusz napotykali jakieś przeszkody. A na blogu Browna Mosesa tego samego dnia pojawiły się wyłuskane z odmętów YouTube’a zdjęcia i filmy, na których było widać, że rakiety nie eksplodowały od razu, ale padały nienaruszone, uwalniając z głowic śmiercionośny sarin.

Higgins pokazywał światu ulice pełne wijących się w konwulsjach, poparzonych, dławiących się ludzi. – Ledwo mogłem na to patrzeć, zwłaszcza jeśli dwa metry ode mnie Ela oglądała „Świnkę Peppę” – wspomina.

Nie męczył się na darmo. Gdy Biały Dom w końcu przyznał, że w Syrii użyto broni chemicznej, wielu dziennikarzy nie kryło rozczarowania dowodami amerykańskiego wywiadu. Przecież dużo lepsze znaleźli już dawno u pewnego brytyjskiego blogera.

Jasna strona nerwicy

– Mam osobowość obsesyjno-kompulsywną – przyznaje. Gdy coś go zainteresuje, wkręca się bez reszty. Po przebudzeniu zerka na Twittera, czy nie ma świeżych zdjęć z akcji zbrojnych, zamachów, zamieszek. Kiedy przyglądał się libijskiej rewolucji, budził się w nocy, by sprawdzić nowe tropy, a każdą kolejną hipotezą zamęczał żonę i znajomych.

Higgins nie może zrozumieć, że świat nie pasjonuje się tym wszystkim równie mocno jak on. A jeśli nie świat, to przynajmniej ludzie mediów. – Dziennikarze opierali się na pojedynczych źródłach, których często nie byli w stanie zweryfikować. A przecież wystarczyło sięgnąć choćby do powszechnie dostępnych w internecie map satelitarnych, które są regularnie aktualizowane. Nie mogłem uwierzyć, że nawet doświadczeni dziennikarze nie wpadli na ten pomysł – mówi.

Denerwuje go jednak nie tylko nieznajomość podstawowych narzędzi. Wkurza go, gdy w tak ważnych i delikatnych sprawach jak zbrodnie wojenne autorzy – nie tylko młode pistolety, ale też zasłużeni dziennikarze starej daty – polegają na pojedynczych anonimowych źródłach, nie siląc się na ich weryfikację.

Tak jak Seymour Hersh, nestor dziennikarstwa śledczego i laureat Pulitzera, który opierając się na zdaniu „wysokiego szczebla urzędnika wywiadu”, przekonywał, że masakra gazowa w Ghucie była prowokacją obliczoną na wciągnięcie USA w wojnę. Zaatakowali rebelianci z islamistycznego Frontu an-Nusra, gazów bojowych dostarczyli im Turcy, a wina miała obciążyć Asada. Na takie przekroczenie „czerwonej linii” Biały Dom musiałby zareagować (i rzeczywiście zareagował – Barack Obama odwołał rozkaz uderzenia w ostatniej chwili, gdy Damaszek zgodził się oddać broń chemiczną).

Na Higginsie nie robiły wrażenia zasługi człowieka, który poinformował świat o masakrze w wietnamskim My Lai i torturach w irackim więzieniu Abu Ghraib. Coś mu nie pasowało. Przyjrzał się typom pocisków i rakiet użytych 21 sierpnia, przeanalizował ich zasięg, sprawdził, czy rebelianci mogli mieć taką broń, np. zdobytą w syryjskich arsenałach, i stwierdził, że sarin nie pochodził z Turcji, a powstańcy sami nie zdołaliby wyprodukować tak zaawansowanej broni. Jego batalię z Hershem relacjonowały największe światowe media.

Jednak najtrudniej Eliotowi wybaczyć dziennikarzom koktajl z lenistwa, braku wrażliwości i pogoni za sensacją. Nie może zapomnieć, jak po jednym z ataków w Syrii światowe media powtarzały komunikat o braku ofiar, chociaż wystarczyło wejść na Facebooka, by ustalić nazwiska ludzi opłakiwanych przez krewnych i znajomych. Ani tego, że gdy w materiałach identyfikujących miejsce egzekucji dziennikarza Jamesa Foleya (z którym nieco wcześniej korespondował w sprawie niezidentyfikowanej broni) zaczernił obie sylwetki, media, które podchwyciły jego trop, przez kilka kolejnych dni epatowały pełnymi stop-klatkami z filmiku dżihadystów.

Higgins dość szybko zaczął mierzyć się nie tylko z dziennikarzami, ale też z ekspertami, którzy – jak Yezid Sayigh z prestiżowego Carnegie Middle East Center na stronach Huffington Post – bez żenady przyznają, że „osobiście nie mają czasu na przedzieranie się przez media społecznościowe w Syrii, żeby się zorientować, które źródła, strony, media i osoby są wiarygodne, a które nie. Rzecz wymaga czasu, a potem jeszcze trzeba to wszystko dalej śledzić”.

Higgins ze śledzeniem nie miał problemów, więc coraz odważniej zaczął dokumentować na blogu przypadki użycia broni chemicznej, pokazując choćby wyszperane w sieci ujęcia, na których widać wijącego się w konwulsjach psa z pianą na pysku. Albo udowadniać spustoszenia, jakie siały rakiety w miejscowości Adra pod Damaszkiem.

– Tylu ludzi potrafi spędzić cztery godziny na zabijaniu jakiegoś wirtualnego smoka! A mogliby zrobić coś pożytecznego – Eliot nie może zrozumieć, dlaczego nikomu nie chce się pójść w jego ślady. Zwłaszcza że nie ma w tym nic trudnego. – Gry uczą wychwytywania szczegółów i umiejętności długotrwałej koncentracji – przekonuje. Wie, co mówi – zanim się ożenił, potrafił przez 36 godzin bez przerwy grać przez sieć w „Warcrafta”.

Chyba narzeka niepotrzebnie. Odkąd jego blog stał się popularny, notując nawet 25 tys. odsłon dziennie, ciągle zgłaszają się do niego ludzie, którzy również zaczęli analizować wojenną stronę YouTube’a. Wielu na tyle sprawnie i regularnie, że kilka miesięcy temu Higgins powołał grupę śledczą Bellingcat. Należą do niej m.in.: grafik komputerowy, pracownik Microsoftu, a także „pewna bardzo wpływowa w świecie technologii osoba”, która jest gotowa zrezygnować ze swej intratnej posady. Pod warunkiem że dostanie 50 tys. funtów rocznie. – Fajnie byłoby ją ściągnąć na pełny etat, ale wtedy musielibyśmy mieć budżet również dla pozostałych. A o sponsorów trudno, bo ci od grantów dziennikarskich wysyłają nas do tych od nowych technologii, a ci odsyłają nas z powrotem – tłumaczy Higgins.

Freak zakłada krawatNa razie członkowie Bellingcata pracują za dobre słowo. A mają pełne ręce roboty. Nie tylko dlatego, że na świecie wrze. Sporo czasu poświęcają na reklamę. Eliot wie, że jeśli nie chce powtórzyć casusu Edwarda Snowdena, który narobił szumu, ujawniając globalną skalę inwigilacji przez amerykańską National Security Agency, ale ludzi nie zmienił, nie może być outsiderem.

Stara się zbudować wokół Bellingcata społeczność i podkreśla rolę networkingu. Szkoli dziennikarzy, prawników, obrońców praw człowieka (niedawno zgłosiła się do niego nigeryjska działaczka, by nauczył ją tropić zakamuflowanych dżihadystów).

Tylko specsłużby nie palą się do tego, by wykorzystać jego doświadczenie. Ostatnio miał zajęcia z włoskimi policjantami („Pytali, z kim pracuję na Bliskim Wschodzie. Nie mogli uwierzyć, że z nikim. Ludziom nie mieści się w głowie, że można prowadzić poważne śledztwo na podstawie ogólnodostępnych źródeł”) – i na tym koniec.

– Nie wierzę, że rządowe agencje nie robią tego co wy. Część ich pracowników od lat zajmuje się przecież tradycyjnym białym wywiadem. Czytają prasę, analizują publiczne dokumenty i tak dalej. Internet na pewno też wzięli pod lupę.

– Owszem, lecz młyny tak wielkich instytucji mielą bardzo wolno. Trochę śledzą fora dżihadystów, ale to wszystko. Bo jeśli do takich śledztw bierze się wielka instytucja, nagle się okazuje, że trzeba przeszkolić sztab ludzi, załatwić budżet, komputery, pensje. A potem tłumaczyć się przed zwierzchnikami, że minęły już dwa miesiące i nic.

– MI5 czy CIA nie chciały was zatrudnić?

– Po co? Wystarczy im, że czytają naszą stronę. I raz mnie przesłuchali.

Najbardziej otwarty okazał się londyński King’s College. Higgins przymierza się właśnie do prowadzenia tam kursu, ale prestiżowa uczelnia, która prowadzi liczące się w świecie war studies, zamierza uruchomić cały kierunek poświęcony białemu wywiadowi w mediach społecznościowych.

CIA w każdym domu

Ledwie zdążam się przedstawić, Eliot z miejsca decyduje, że powinnam pójść w jego ślady. Jaka tam benedyktyńska robota, „przecież w 30 minut może się tego wszystkiego nauczyć każdy”. Sadza mnie przed komputerem i skacząc między dziesiątkami folderów pełnych filmów, zdjęć i map, pokazuje, jak doszedł do tego, że to Rosjanie odpowiadają za tragiczny koniec lotu MH17.

Najpierw śledzimy więc trasę samobieżnej wyrzutni rakiet Buk operującej na terenach kontrolowanych przez separatystów. 17 lipca wyrzutnię widać m.in. na jednym ze skrzyżowań w Doniecku, na szosie H21 w miejscowościach Śnieżne i Torez, a potem w Śnieżnem. Już nie w konwoju ciężarówek, na lawecie, ale poruszającą się samodzielnie. Z kierunku, w którym pada cień, wynika, że było około 13.30. „Giez” („Gadfly”, tak nazywają Buka natowscy wojskowi) przejeżdżał ulicą Karpacką i kierował się na południe.

Z kolei reporterzy agencji Associated Press trzy-cztery godziny przed katastrofą widzieli wyrzutnię z czterema rakietami SA-11 ziemia-powietrze zaparkowaną i w gotowości bojowej na ulicy w Śnieżnem. Jeden z pocisków odpalono, kierunek – północny zachód. Prędkość SA-11 wynosi 3 machy, zasięg – 30 km. O 16.21 czasu lokalnego 10 km dalej usłyszano huk rozbijającego się wraku, a okolicę zasłały spadające z nieba ciała pasażerów malezyjskiego boeinga.

Na wideo opublikowanym dzień później przez ukraińskie ministerstwo obrony widać tę samą wyrzutnię Buk w kontrolowanym przez separatystów Ługańsku bez jednej rakiety. Tymczasem rosyjscy wojskowi na konferencji prasowej udowadniali, że adres – ulica Dniepropetrowska 34 – na uwiecznionej przy okazji reklamie dilera samochodów wskazuje na kontrolowany przez Ukraińców Krasnoarmijśk.

Wielu komentatorów było skłonnych dać temu wiarę, ale nie Eliot. Bellingcat szybko sprawdził, powiększając zdjęcie, że na billboardzie żadnego adresu nie ma, za to zarysy budynków wskazują na Ługańsk, stolicę samozwańczej republiki. Mało tego, śledczy od Higginsa udowodnili, że separatystów regularnie wspierały siły zbrojne Federacji Rosyjskiej. Wystarczyło przejrzeć portale społecznościowe, by znaleźć mnóstwo fotek ze wschodniej Ukrainy z bukami w tle. Wrzucali je do sieci żołnierze 53. Brygady Przeciwlotniczej z Kurska.

Tylko co z tego, skoro nawet dowody przedstawione czarno na białym w wyczerpującym raporcie nie skłoniły Zachodu, by oficjalnie obciążył winą Rosjan? Eliot się tym nie przejmuje. Uważa, że i tak dokonali cudu. – Dwa lata temu nikt by nie zwrócił uwagi na jakiś raport blogerów amatorów. Dziś nagłaśniają go tak wpływowe instytucje jak Human Rights Watch, tweetują o nim europejscy politycy, a przywódcy G20 cytują nas na szczycie w Brisbane – mówi. Jest pewien, że ich raport odniesie skutek. I to wcześniej niż później.

Z tym, że przyszłość należy do amatorów podobnych do rozczochranego okularnika z kremowej kanapy w Leicester, zaczynają się zgadzać uznane autorytety. „W czasach zimnej wojny 80 proc. tego, co chcieliśmy wiedzieć, było utajnione. Dziś proporcje są odwrotne: tylko 20 proc. jest zastrzeżone, a 80 proc. dostępne dla każdego” – tłumaczył niedawno na łamach „New Yorkera” Mark Lowenthal, były oficer CIA i urzędnik wysokiego szczebla wielu amerykańskich instytucji wywiadowczych, a obecnie szef cenionej Intelligence & Service Academy.

Bond? Jaki Bond?

Po kilku godzinach już potrafię efektywnie przeczesywać serwisy społecznościowe i wiem, na jakie niepozorne detale zwracać uwagę, żeby za pomocą niewinnego selfie udowodnić zbrodnię wojenną. Ale nadal nie mam pojęcia, dlaczego właściwie Higgins spędza po kilkanaście godzin dziennie, robiąc to, co robi.

Eliot nie rozumie pytania. – Może powodów patriotycznych? – sugeruję. – Coś ty?! Żaden patriotyzm! – wybucha śmiechem. – Jeśli staję po czyjejkolwiek stronie, to najwyżej po stronie cywilów. Ale nie ma dla mnie większego znaczenia, czy rację ma Asad czy rebelianci, Moskwa czy Kijów.

Od razu mówi też, że nie chce, jak sugerują niektórzy, bawić się w Jamesa Bonda. Raczej w e-Sherlocka Holmesa, jeśli już. – Właściwie to nie wiem, co mnie tak ciągnie do grzebania w materiałach wojennych na Twitterze i YouTubie. Chyba po prostu zwykła ciekawość odkrywcy. Ostatnio uświadomiłem sobie, że gdy decydowałem się na bloga, to był to tylko jeden z pomysłów na długiej liście tematów. Ale tak się wciągnąłem, że właściwie nie pamiętam, jakie były te inne.

Pytania do tekstu: www.szkolazklasa.pl.

W ramach tegorocznej edycji programu „Szkoła z klasą” uczymy dzieci i młodzież czytania ze zrozumieniem. Akcję prowadzą Centrum Edukacji Obywatelskiej i „Gazeta Wyborcza” przy wsparciu Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Fundacji Agory. Partnerzy główni 5. edycji programu to: Intel, Google i Samsung. Partnerzy wspierający: British Council, Goethe Institut, SAS Institute Polska. Honorowy patronat – minister edukacji narodowej.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Wiedzieliście
Pomysł, że ktoś ma zdolność kredytową na 200 tys. zł, ale jeśli zdecyduje się na franki, wzrośnie ona do 300 tys., jest sprzeczny z wszelkimi zasadami uczciwej bankowości. To kryminał

Banki same nie odpuszczają
Skrzyknijcie się w internecie, organizujcie, przygotujcie dokumenty wzywające banki do podjęcia negocjacji, nagłaśniajcie to medialnie. Jeżeli jeden bank ulegnie, inne będą na cenzurowanym. Z prof. Adamem Brzozowskim rozmawiają Mariusz Jałoszewski i Waldemar Paś

Olga Tokarczuk: To nie jest kraj dla heretyków
Wszyscy mamy poczucie, że zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu. Stare idee się wyczerpały, a nie powstała żadna nowa. Czasem mi się wydaje, że świat czeka teraz na wojnę. A w każdym razie na coś innego – z Olgą Tokarczuk rozmawia Dorota Wodecka

Donbas woła: Pomocy!
Pomoc charytatywna z Ukrainy do nas nie dociera. Z Rosji nie dociera. Ludzie zaczynają umierać z głodu. Emeryci wieszają się lub topią

Dzień dobry, luzerzy!
Byłeś od nich mądrzejszy, wrażliwszy, ciężej pracowałeś i bardziej marzyłeś. Teraz, patrząc na ich sukces i swoją przegraną, pytasz siebie: gdzie popełniłem błąd?!p>

Wyborcza.pl

Dzień dobry, luzerzy! [UGREŠIĆ]

Dubravka Ugrešić*, 24.01.2015
Byłeś od nich mądrzejszy, wrażliwszy, ciężej pracowałeś i bardziej marzyłeś. Teraz, patrząc na ich sukces i swoją przegraną, pytasz siebie: gdzie popełniłem błąd?!
1.„Chciałabym zrobić wywiad z Jenn J.”, pisze do mnie w mailu znajoma mieszkająca w Szwecji, moja krajanka. „Kim jest Jenn J.?”, pytam.

Jenn J. jest właścicielką małego sklepu z płóciennymi torbami. Mieszka na Upper West Side w Nowym Jorku z mężem, trzema pięknymi córkami i kotem Pongo. Internetowa strona Jenn daje spojrzenie na jej życie, które wygląda jak reklama szczęścia. Jenn J. jest urodziwą blondynką z północy Europy, jej mąż to wysoki, mocno zbudowany jasnowłosy mężczyzna, też z północy, ich córki to piękne jasnowłose, smagłe nastolatki, prawdziwe boginie.

Drewniany dom w otoczeniu ojczystej północnej przyrody pojawiający się w snach każdego z nas, wysokie, potężne drzewa, rozmarzone dziewczynki rzucają spojrzenia z rozpiętych hamaków, promienie słońca snują się po trawniku, rodzina wyleguje się na trawie – wszystko potwierdza, że szczęście istnieje.

Także ich trzypiętrowy dom w Nowym Jorku jest jak z bajki. Miejsce wybrała Jenn J., która od dzieciństwa wiedziała, że Nowy Jork to jej miasto. Od dawna poważnie zajmowała się ekologią, a jako stylistka z zawodu długo się zastanawiała, co ona sama mogłaby zrobić, by świat stał się lepszym miejscem do życia. I kiedy policzyła, ile drzew traci życie dla papieru, w który pakuje się bożonarodzeniowe prezenty, zrozumiała, że ratunek dla planety kryje się w… torbie.

Zaprojektowała więc torby, torby organizery, do których włożymy buty, suszarki, tenisówki, biżuterię, kosmetyki, leki, rajstopy, komputerowe kable – wszystko, co można by włożyć do torby, i wszystko, co nie wymaga torby. Zaprojektowała torby ze słowami zaczynającymi się od dużych liter, torby w rozmaitych kolorach, z rozmaitymi wzorami, torby dla dzieci, na prezenty, na bożonarodzeniowe prezenty. Jenn J. stworzyła rajski świat toreb. Torby dają nam przy okazji poczucie, że razem z rzeczami schowamy do nich nasze urazy i strachy, nasze wady i nasze troski, że w końcu w naszych duszach i myślach zaprowadzimy porządek.

Dzięki, Jenn J.!

Wprawdzie płócienne torby nie są oryginalnym pomysłem, w moim mieszkaniu na przykład leżą wszędzie, wkradły się wraz z kupionymi butami, książkami, po wizytach na różnych targach książki i festiwalach literackich, po zakupie lepszych okazów garderoby. Ale choć nieoryginalne, torby Jenny są estetycznie zachwycające, jak kolorowe cukierki i serca z piernika, i żaden cynik nie podważy pomysłu Jenn, zwłaszcza że torby są płócienne, a nie bawełniane, bo bawełna jest droga, mówi wrażliwa społecznie Jenn J.

Jej toreb nie szyją wycieńczone dzieci w Bangladeszu, tylko sama Jenn, piękna i zmysłowa kobieta siedząca za maszyną do szycia, otoczona swoimi czarodziejskimi kolorowymi szmatkami i nieziemskimi córkami. Korzystając z torebek plastikowych, zatruwamy środowisko. Kupiwszy torby Jenny, będziemy z nich korzystać przez całe życie. Od czasu do czasu możemy odświeżyć kolekcję, a jeśli nam się znudzą, możemy torby rozpruć i uszyć z nich zasłony, spódnicę albo wielki worek. No tak, Jenn J. sprzedawała dotąd swoje torby online, ale niedawno otworzyła swój przyjazny ekologicznie butik na Manhattanie. Urządził go ojciec szczęśliwej rodziny, i to sam, starając się wykorzystać wyłącznie ekologiczne materiały.

Co tak bardzo poruszyło moją znajomą w opowieści o torbach? Zawiść, sama przyznaje. Wizja totalnego sukcesu, która kazała jej zadać sobie pytanie, gdzie popełniła błąd. Moja znajoma skończyła fizykę. Szybko zrozumiała, że z fizyki chleba nie będzie. Podjęła próbę z butikiem, jak Jenn J. Nie udało się. Co prawda był to butik w Belgradzie, nie na Manhattanie, ale butik to butik. Niedawno zrobiła doktorat; nie, nie z fizyki, tylko z teorii komunikacji, o sieciach społecznych. I co – zbliża się do pięćdziesiątki, a pracy nie widać. Faktem jednak jest, że mąż ma pracę, i to ratuje sytuację w tym sensie, że lodówka nigdy nie jest pusta i rachunki za prąd są płacone regularnie.

„Dlatego chciałabym zrobić wywiad z Jenn J. – mówi moja znajoma – żeby ją spytać, co przegapiłam, co należało zrobić; żeby dowiedzieć się, gdzie popełniłam błąd…”.

2.

Co to za czasy, myślę sobie, że ludzie, którzy ledwo wyrośli z przedszkola, natychmiast popadają w kryzys wieku średniego, z tymi bezsennymi nocami, kiedy w głowie mielą się wszystkie inne możliwe scenariusze i opcje w rodzaju: co by było, gdybym wówczas zamiast w lewo skręcił w prawo albo gdybym zamiast w dół ruszył w górę? W komunizmie człowiek mógł oskarżać system i sam komunizm, w kapitalizmie wszystkich przegranych winni jesteśmy sami. Stąd te bezsenne noce czy też zapadanie w twardy tropikalny sen, jakby sen miał nas katapultować w jakąś lepszą przyszłość albo lepszą przeszłość.

Jenn J. nie ma gęstych brwi jak Breżniew ani wąsów jak Stalin, nie wygląda też, jakby właśnie wyszła z salonu masażu – a tak dzisiaj wygląda wielu oligarchów, kryminalistów, morderców, złodziei, dorobkiewiczów, najgorsze szumowiny, tak czy inaczej wielu ludzi trzymających władzę. Jenn J. pacyfikuje nas powierzchownością sympatycznej, niewinnej gospodyni domowej, której jedyną troską na świecie jest jej rodzina i jakość życia. Zauroczona wizją szczęścia rodziny, dla której każdy dzień to Boże Narodzenie, moja szwedzka znajoma nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak to możliwe, że ktoś, sprzedając płócienne torby online, zarobił na dom na Upper West Side na Manhattanie, na butik gdzieś na Soho i piękny drewniany dom na północy Europy. I czy ta odpowiedź jest w ogóle ważna!?

Rozumiem moją szwedzką znajomą. Ja też spędzam bezsenne noce, zastanawiając się, gdzie popełniłam błąd. Ukończyłam szkoły, wykonywałam i wykonuję swoją pracę, stawiając sobie wysokie wymagania profesjonalne, artystyczne i moralne. Dzisiaj wszystkie wartościujące standardy moralne, estetyczne, profesjonalne ustanawia rynek. W Chorwacji przed moimi oczami stale pulsuje Severina: to najwyższy standard na chorwackim rynku wartości, popowa piosenkarka pozbawiona głosu, gwiazda porno, która codziennie zapełnia media swoimi selfies, posyłając swojej malutkiej, ale oddanej czteromilionowej nacji całusa na dzień dobry. Severina, przeczytałam to w gazetach, za wieczorny noworoczny spacerek po scenie dostanie 50 tysięcy euro, honorarium, które mogłabym pewnie w Chorwacji zgromadzić stopniowo w ciągu, dajmy na to, 50 lat, pod warunkiem że pisałabym jedną książkę rocznie i miałabym wydawcę, który gotów byłby moje książki publikować.

Takie są relacje w chorwackim symboliczno-wartościującym układzie sił. To wstyd dla Chorwacji, powiedzą moi znajomi, wielu światowych popowych piosenkarzy dostaje za jeden wieczór nieporównanie więcej. Fakt, myślę sobie, ale tylko Chorwaci gotowi są zapłacić tak dużo, żeby posłuchać nieprzyjemnie skrzekliwego głosu Severiny; tylko Chorwaci gotowi są oglądać klasyczne dzieło chorwackiej dramaturgii z Severiną w roli głównej; tylko Chorwaci żarłocznie łykają wszystkie detale z łatwego do przewidzenia życia Severiny i nie czują bólu w żołądku; tylko totalnie pozbawieni praw chorwaccy konsumenci medialni – którzy nie mają już pieniędzy nawet na prąd, a co tu mówić o przedpłacie na telewizor – gotowi są zapłacić 50 tysięcy euro, żeby ktoś taki jak Severina upiększył im noc Bożego Narodzenia albo Nowego Roku.

Rozmowa z dr. Tomaszem Grosse: Chorwacja w UE. Po co Unii „druga Grecja”?

3.

Gdzie popełniłam błąd, zastanawiam się. Śledzę chorwackie media i często trafiam na twarze, które znam ze swojego byłego życia. O, to stara znajoma na jakimś wręczaniu nagród albo na koncercie, trzyma w ramionach cudowną białą pudlicę, jakby to było wibrujące dildo przyozdobione jedwabistym włosem. O, i tam, dwóch znajomych, którzy w gronie innych Chorwatów polewają się kanistrami wody w imię jakiejś sprawy, bo inni ludzie na świecie też polewają się wodą w imię jakiejś sprawy. Nikt wprawdzie do końca nie wie, o jaką sprawę chodzi, ale w końcu jest tu też publiczność, która radośnie klaszcze, oglądając ważnych i uśmiechniętych ludzi polewających się zimną wodą w imię jakiejś sprawy. Rozpoznaję swoich znajomych i znajome wszędzie. To ludzie sukcesu, promieniują absolutnym zadowoleniem z siebie i z życia. Jak to możliwe, zastanawiam się, jak mogłam się tak zagapić, jak przeżyłam wszystkie te lata, w jakiej pogrążyłam się malignie!?

No tak, o jednym z nich zupełnie zapomniałam. Bo nie było jak go zapamiętać; chodził ze mną do szkoły w małym, zabłoconym miasteczku, które nie miało czym się chlubić poza fabryką, bo to w niej pracowali miejscowi ludzie. Ten typ pochodził z jakiejś zabłoconej wioski w pobliżu tego zabłoconego miasteczka z fabryką, jego rodzice byli ledwo piśmiennymi chłopami, a jemu udało się skończyć ekonomię, wrócić i znaleźć pracę w tejże fabryce. Typowy okaz młodej komunistycznej kadry w czasach, kiedy partia komunistyczna wydawała już ostatnie tchnienie, w gruncie rzeczy przykład transformacji nie do zapamiętania.

Dzisiaj, mniej więcej 45 lat później, czytam w chorwackich gazetach, że w tym czasie został dyrektorem fabryki, którą zjadał krok po kroku, aż wreszcie skonsumował ją jak tabliczkę czekolady. Jego dzieci skończyły Oksford i Cambridge. I willę sobie kupił w Londynie, w Hampstead Heath. Zastanawiam się, skąd on to wiedział, jak na to wpadł ten chłopak z zabłoconej wsi?! Dlaczego ja na to nie wpadłam, czyż nie byłam mądrzejsza od niego, dlaczego tego wszystkiego nie wiedziałam?! Gdzie popełniłam błąd?!Gdzie popełniłem błąd, zastanawia się mój znajomy, astrofizyk. Został bez pracy, szpera w komputerze, szukając czegoś, co mu da pieniądze na chleb, ale przed jego oczami pojawia się na ekranie komputera wielka, zwalista pupa Kim Kardashian. Pupa jest nieruchoma, obserwuje mojego znajomego jak meteoryt, jak lodowiec, jak gwiazda. Gdyby kliknął w jakikolwiek portal na świecie, zawsze wyskoczy pupa Kim Kardashian. Mój znajomy pojmuje wreszcie, że ta pupa to ostatnie pozdrowienie dla zdychającej cywilizacji, i poddaje się. Pupa na ekranie jest coraz większa, zbliża się powoli, planeta Kardashian, która za kilka sekund uderzy w planetę Ziemia i rozbije ją na miliony kawałków. Gdzie popełniłem błąd, zastanawia się, wysilając ostatki mózgu nasz astrofizyk, a potem zapomina o wszystkim…

Gdzie popełniłam błąd? Najwyraźniej nie było ciężko, skoro nawet dzieciaki mają większe życiowe sukcesy ode mnie?! Jak tylko się pojawią, z dnia na dzień zdobywają sławę w literaturze. Albo najpierw zdobywają sławę, a książka podpisana ich nazwiskiem to dodatkowy zysk. Dlaczego ja nigdy nie zdążyłam napisać autobiografii, zastanawiam się, a piętnastolatki już mają swoje? „My life so far” … Zoella, młoda stylistka, makijażystka, blogerka, zaczęła od niewinnego bajdurzenia na blogu, od porad udzielanych dziewczynkom, jak się malować, jak czesać, miliony lajków, miliony kliknięć. I proszę, nie minęło kilka miesięcy, a słynny Penguin publikuje jej książkę „Girl, Online”. Książkę napisali redaktorzy. Sławna Zoella albo Zoe Sugg oświadczyła, okazując zero emocji: „To jasne, że zespół redaktorów z Penguina pomógł mi napisać tę opowieść”.

Gdzie popełniłem błąd, zastanawia się mój znajomy, dr Dado. Zbliża się do pięćdziesiątki, jest lekarzem ogólnym, czyli internistą, z dwiema nieskończonymi specjalizacjami, zatrudnionym w pogotowiu w małym prowincjonalnym miasteczku blisko Zagrzebia. Każdego dnia jedzie do pracy samochodem, traci przynajmniej dwie godziny na dojazd i tyle samo na powrót. To prawda, korki też są winne, ale po drodze odwiedza starą babcię, przyjaciela, któremu trzeba zrobić zastrzyk, bo jego lekarz rodzinny nie ma czasu, sąsiada, który nie da rady pójść do apteki, a potrzebuje leków…

Gdzie popełniłam błąd, zastanawia się jego żona. Ukończyła informatykę, jedne z najtrudniejszych studiów, prymuska, zatrudniła się w jakimś technikum, lepszej pracy nie znalazła. I tak we dwójkę popychają wszystko do przodu w miniaturowym mieszkanku w nowym Zagrzebiu, z psem na dodatek, nawet kredytu za to mieszkanie jeszcze nie spłacili, i coraz trudniej im do niego wejść, bo nacierają na nich i wypychają ich na zewnątrz książki. „Wszystkiego już się wyrzekliśmy – skarży się mój znajomy – nie zrezygnujemy przecież z książek!?”.

Chorwacja w kryzysie: W kasie pustki, Czy UE będzie musiała ratować Chorwację?

Gdzie popełniłam błąd? W ciągu zaledwie 40 lat – tyle jestem w pisarskim fachu – znalazłam się w takim punkcie, że poważne książki mało kto kupuje, a jeśli nawet je kupuje, na pociechę dostaje bonus, torebeczkę kawy ness. A w kawiarniach na torebeczkach z cukrem – którego nie jedzą nawet dzieci, a co dopiero dorośli – uważniejszy miłośnik kawy znajdzie kilka wersów poezji wydrukowanych drobnymi literami…

– Wiesz, co jest napisane na jednej z serii torebek?! – pyta mnie moja szwedzka znajoma.

– Jakich torebek?

– Torebek Jenny, pamiętasz?

– Ach, tak! I co tam jest napisane?

– „Wielcy ludzie rozprawiają o ideach. Przeciętni ludzie rozprawiają o wydarzeniach. Mali ludzie rozprawiają o ludziach”.

– Kto to powiedział?

– Eleanor Roosevelt.

– I co z tego?

– Kobieta wyznacza kierunki!

– Kto? Eleanor Roosevelt?

– Nie. Jenn J.

– Niby dlaczego?

– Dlatego że szlag trafi wkrótce ten świat! Jenn J. zacznie niedługo produkować ekologicznie przyjazne worki. Przydadzą się przy okazji pogrzebów, kiedy ludzie zaczną masowo umierać z głodu, albo w trakcie trzeciej wojny światowej… A ludzie są przecież ekologicznie przyjaznym nawozem! Myślisz, że tych trzystu bogaczy na kuli ziemskiej myśli inaczej?!

Przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić


*Dubravka Ugrešić – powieściopisarka, autorka esejów, sztuk teatralnych, scenariuszy i książek dla dzieci. W Polsce wydano m.in. jej „Forsowanie powieści rzeki”, „Stefcię Ćwiek w szponach życia”, „Kulturę kłamstwa”, „Muzeum bezwarunkowej kapitulacji”, „Czytanie wzbronione”, „Nikogo nie ma w domu”, „Życie jest bajką” i „Kulturę karaoke”.
www.dubravkaugresic.com

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Wiedzieliście
Pomysł, że ktoś ma zdolność kredytową na 200 tys. zł, ale jeśli zdecyduje się na franki, wzrośnie ona do 300 tys., jest sprzeczny z wszelkimi zasadami uczciwej bankowości. To kryminał

Banki same nie odpuszczają
Skrzyknijcie się w internecie, organizujcie, przygotujcie dokumenty wzywające banki do podjęcia negocjacji, nagłaśniajcie to medialnie. Jeżeli jeden bank ulegnie, inne będą na cenzurowanym. Z prof. Adamem Brzozowskim rozmawiają Mariusz Jałoszewski i Waldemar Paś

Olga Tokarczuk: To nie jest kraj dla heretyków
Wszyscy mamy poczucie, że zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu. Stare idee się wyczerpały, a nie powstała żadna nowa. Czasem mi się wydaje, że świat czeka teraz na wojnę. A w każdym razie na coś innego – z Olgą Tokarczuk rozmawia Dorota Wodecka

Donbas woła: Pomocy!
Pomoc charytatywna z Ukrainy do nas nie dociera. Z Rosji nie dociera. Ludzie zaczynają umierać z głodu. Emeryci wieszają się lub topią

Eliot Higgins. Człowiek, który przyłapał Putina
Dobrym szpiegom nie trzeba służbowych legitymacji, pistoletów i satelitów. Wystarczy im puszka coli, skórzana kanapa i laptop

Wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: