5.

 

Czesław Mozil wyrzuca z koncertu pijaną fankę. Prawicowe tabloidy oburzone: „Celebryta wyklina Polaków!”

Paweł Kośmiński, 31.01.2015
Czesław Mozil

Czesław Mozil (Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta)

– Proszę cię, wypier…! – zwrócił się do jednej z fanek Czesław Mozil podczas koncertu w Liverpoolu. Prawicowe media natychmiast zarzuciły muzykowi, że obraża i wyklina Polaków za granicą. – Jak widzę, że jedna osoba przeszkadza całej reszcie, to moim obowiązkiem jest zareagować. I tak zrobiłem – broni się teraz artysta.
Wszystko zaczęło się od czwartkowego artykułu „Super Expressu”, w którym tabloid donosił o „skandalu” na koncercie Czesława Mozila w Liverpoolu. „Wokalista wyklinał Polaków!” – oburzała się gazeta.

„Język ledwo zna, ale wulgaryzmy opanował znakomicie”

Według cytowanego przez „SE” świadka artysta rozpoczął występ „ostro, od przekleństwa”, „więcej mówił niż śpiewał”, „wyśmiewał Polaków mieszkających na Wyspach”, wręcz „kpił, że są biedni i mieszkają w norach ze szczurami, że języka nie znają”.

Takie zachowanie artysty miało nie spodobać się jednej z fanek, która „nie wytrzymała ciśnienia w pewnym momencie i zaczęła krzyczeć, że Czesław nie wie nic na temat Polski i Polaków”. – On podszedł do niej i wulgarnie, ze złością i agresją wykrzyczał: „Wypier… Słyszysz? Zabieraj rzeczy i wypier…! – wspomina informator „SE”.

Gazeta komentowała: „Wychowany w Danii Czesław Mozil (36 l.), choć urodził się w Polsce, ledwo zna ojczysty język. Wulgaryzmy za to opanował znakomicie”.

Koncert, który odbył się przed ponad tygodniem w Liverpoolu, był ostatnim z kilkunastu, jakie Mozil zagrał w styczniu w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Wcześniej wystąpił m.in. w Bristolu, Edynburgu czy Manchesterze. To pierwsza trasa po wydaniu – poświęconej losom Polaków na emigracji – płyty „Księga Emigrantów Tom 1”.

Świadek „SE” wytknął muzykowi, że „wystąpił na scenie sam, bez żadnego zespołu”. Ale koncerty miały w założeniu charakter solowych, bardziej intymnych występów (Solo Act). Ich ideą jest dotarcie do publiczności w miejscowościach, do których z różnych powodów nie może przyjechać z zespołem.

Ona rozmawia przez telefon. On: „Proszę cię, wypier…!”

Przez kilka dni Mozil nie odnosił się do oskarżeń, w końcu jednak zabrał głos.

– Ja w moim Solo Akcie przedstawiam swoje życie na emigracji i to, jak je przeżyłem będąc dzieckiem. To bardzo intymne spotkania dla mnie i moich fanów, którzy też są emigrantami – tłumaczy na Facebooku. – Na Solo Aktach mam światło na ludzi, żeby mieć z nimi kontakt, żeby czytać ich reakcje. Jak widzę, że jedna osoba przeszkadza całej reszcie, to moim obowiązkiem jest zareagować. I tak zrobiłem.

Bo dziewczyna miała zwracać na siebie uwagę od samego początku. – Od pierwszego kawałka nie mogłem się skupić, ponieważ dziewczyny po mojej lewej stronie były pijane i głośno ze sobą rozmawiały, co jakiś czas wulgarnie się zachowując. Wielokrotnie zwracałem im uwagę i prosiłem, żeby uszanowały innych słuchaczy. Wiele razy to właśnie publiczność komentowała ich żenujące zachowanie – wspomina Mozil.

Nie wytrzymał, gdy dziewczyna odebrała podczas koncertu telefon i zaczęła ostentacyjnie, głośno rozmawiać. – Jest mi przykro, ale proszę cię, wypier…! – zwrócił się do dziewczyny. W odpowiedzi usłyszał, że „gówno wie o Polsce, ku…a”, a dziewczyna sali opuszczać nie ma zamiaru, bo zapłaciła za bilet.

Widać to na zamieszczonym przez muzyka w sieci krótkim filmie z koncertu.

Czesław Śpiewa

Muzyk/zespół · 528 698 osób lubi to

· Wczoraj o 02:49 ·

Liverpool 23 stycznia 2015.

Gdy zaczynałem koncert w Liverpoolu była totalna cisza i skupienie. 130 osób siedzących i stojących, w milczeniu i z uwagą słuchało występu.

Od pierwszego kawałka nie mogłem się skupić, ponieważ dziewczyny po mojej lewej stronie były pijane i głośno ze sobą rozmawiały, co jakiś czas wulgarnie się zachowując. Wielokrotnie zwracałem im uwagę i prosiłem, żeby uszanowały innych słuchaczy. Wiele razy to właśnie publiczność komentowała ich żenujące zachowanie.

Ja w moim Solo Akcie przedstawiam swoje życie na emigracji i to, jak je przeżyłem będąc dzieckiem. To bardzo intymne spotkania dla mnie i moich fanów, którzy też są emigrantami. Podczas tych koncertów wielokrotnie zdarzało się, że ludzie byli bardzo wzruszeni, a później mówili mi, że te teksty są bardzo prawdziwe, oraz że ktoś kto nie był na emigracji nie zrozumie o co w tym chodzi.

Już wiele razy w życiu zlekceważyłem sytuacje gdzie powinienem był zareagować. Biorę na klatę to, że z wielką przyjemnością powiedziałem kobiecie żeby wypierdalała, bo kilka razy wcześniej prosiłem ją, oraz jej koleżankę, o szacunek wobec innych. Gdy w pewnym momencie podczas spokojnej piosenki zadzwonił telefon jednej z nich, a ona go odebrała i głośno manifestując zaczęła rozmawiać przeszkadzając innym w odbiorze koncertu, to nie mogłem tego dłużej tolerować.

Na Solo Aktach mam światło na ludzi żeby mieć z nimi kontakt, żeby czytać ich reakcje. Jak widzę, że jedna osoba przeszkadza całej reszcie to moim obowiązkiem jest zareagować. I tak zrobiłem. Był to finalnie jeden z najbardziej udanych koncertów na trasie. Po koncercie stałem ponad dwie godziny z fanami podpisując płyty i rozmawiając o zaistniałym incydencje.

Chciałbym dodać, że całą trasę (16 koncertów), zagrałem na własne ryzyko finansowe. Nie miałem żadnych sponsorów, ani z góry opłaconych koncertów. Wszystkie koszty trasy zostały pokryte wpływami z biletów. Nie licząc gigantów polskiej sceny metalowej, jestem jedyną osobą, którą odwiedziła Polonię w tak wielu miastach w całej Wielkiej Brytanii.

Podczas całej trasy koncertowej filmowaliśmy rozmowy z Polonią,
spaliśmy u emigrantów, nasza kamera rejestrowała ich życie. Z tych materiałów powstanie pełnometrażowy film dokumentalny „Wiwat Polonia!”

Poniżej przedstawiam nagranie z całego „zajścia”.

Czesław Mozil

„Nienawidzę cię, Polsko” śpiewa i zapewnia, że ją kocha

Zanim jednak Mozil opisał swoją wersję wydarzeń, temat zdążyły podchwycić prawicowe portale, które swojej niechęci do muzyka nie kryją. W przeszłości naraził się im opowieściami o uprawianiu seksu w kościele czy wyniesieniu z kościoła stosu wywiadów z Marysią Sokołowską, 17-latką, która oczarowała prawicę, nazywając Donalda Tuska „zdrajcą”.

„Chamskie zachowanie Mozila w Liverpoolu. Celebryta znów obrażał Polaków”, „Czesław Mozil wyzywał Polaków na koncercie w Liverpoolu” – ekscytowały się teraz media.

Już wcześniej nie spodobała im się piosenka promująca „Księgę Emigrantów” – „Nienawidzę cię, Polsko”. „Mam ci za złe twe dziedzictwo, ciągle we mnie jeszcze żywe. Bo ty jesteś prymitywna, ja jestem prymitywem” – śpiewał Mozil.

W odpowiedzi serwis wPolityce.pl wypomniał mu, że kilka lat wcześniej wystąpił w programie „Kocham cię, Polsko”. „Jak widać, jest w stanie zrobić wszystko, w zależności od zapotrzebowania” – oceniła redakcja.

Mozil przekonywał, że Polskę kocha i „ją chłonie”, a w serwisie YouTube utworzył nawet specjalny kanał poświęcony życiu na obczyźnie. Nie ustrzegł się jednak również przed komentarzami rozeźlonych internautów.

„Jak tak nienawidzisz POLSKI, to wyp… na spedalony Zachód” – nie przebierali w słowach.

Zobacz także

wyborcza.pl

Dzieci zaczynają opowiadać o przemocy w rodzinie. Nikt im nie chce uwierzyć. „Wygląda na to, że wszyscy są w zmowie”

Katarzyna Włodkowska, 31.01.2015
Rodziców zastępczych broni m.in. proboszcz miejscowej parafii. Nieliczni wiedzą, że także on stanie przed sądem za naruszenie nietykalności cielesnej nieletnich

Rodziców zastępczych broni m.in. proboszcz miejscowej parafii. Nieliczni wiedzą, że także on stanie przed sądem za naruszenie nietykalności cielesnej nieletnich (.)

W podstarogardzkiej wsi rodzice zastępczy znęcali się nad dziećmi, bili je i zastraszali. A może to wszystko kłamstwo i konfabulacja? Tak od początku przekonuje m.in. proboszcz miejscowej parafii. Nieliczni wiedzą, że także on stanie przed sądem za naruszenie nietykalności cielesnej nieletnich. Chodzi o dwóch chłopców. Z tej samej rodziny.
W sierpniu 2012 r. do domu Barbary i Stanisława S. z małej pomorskiej wsi pod Starogardem Gdańskim trafiły dwie gimnazjalistki w wieku 14 i 15 lat. Siostry B. odebrano rodzicom biologicznym z powodu przemocy i alkoholizmu – były wyrzucane z domu, pijany ojciec na ich oczach bił matkę, bywało, że nie dostawały nic do jedzenia.

Rodzina S. liczyła wtedy już jedenaścioro dzieci: rodzony syn, dwie adoptowane dziewczynki oraz ośmioro dzieci w wieku od 9 do 15 lat, dla których S. byli rodziną zastępczą.

Jak wyliczyło na naszą prośbę Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Starogardzie, S. otrzymywali miesięcznie na dzieci ok. 10 tys. zł na rękę. Wchodziło w to wynagrodzenie dla rodziców zastępczych oraz pokrycie kosztów utrzymania dzieci.

„Prawdziwa radość i poczucie bezpieczeństwa”

Trzy miesiące po pojawieniu się sióstr B. w nowej rodzinie do Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie wpłynęło pismo od dyrekcji szkoły. Gimnazjalistki szybko zrozumiały, że w domu dochodzi do nadużyć ze strony dorosłych. Zaczęły rozmawiać z rodzeństwem. W efekcie, razem z kilkoma innymi podopiecznymi S., opowiedziały pedagogowi i psychologowi szkolnemu o stosowaniu przemocy w rodzinie. Wcześniej miały dzwonić na telefon zaufania.

Siostry B. wyjaśniły potem, że w ich osobistej sytuacji również pomógł szkolny pedagog.

Dzieci zdarzenia potwierdziły także w rozmowie z psychologiem i dyrektor PCPR. Kilkanaście dni później sąd rodzinny wydał decyzję o przeniesieniu szóstki podopiecznych do innej rodziny zastępczej. Szóstki, a nie ósemki, bo dwa dni wcześniej siostry B. zostały przeniesione na wniosek państwa S. do placówki opiekuńczo-wychowawczej typu rodzinnego. Jako powód podali: manipulowanie młodszym rodzeństwem.

Sąd w Starogardzie Gdańskim jednocześnie ograniczył też władzę rodzicielską S. w stosunku do ich własnych dzieci i przydzielił rodzinie kuratora sądowego – wszyscy troje mieli wtedy po 13 lat.

PCPR podkreślał, że nie mógł zignorować informacji o przemocy. Cały kraj żył właśnie losem dwójki małych dzieci, nad którymi – jak dziś już wiemy – znęcali się fizycznie i psychicznie rodzice zastępczy z Pucka. Tam doszło do tragedii – dzieci w skutek pobicia zmarły.

Cała wieś ich popiera

Sprawą spod Starogardu także zajęła się prokuratura. Rodzina S. zaprzeczała zarzutom, a cała wieś ją poparła. Zebrano w tej sprawie niemal 200 podpisów przeciwko decyzji sądu o odebraniu dzieci. Zaprzyjaźniona z rodziną pediatra, członkowie rady sołeckiej, rady powiatu, którzy napisali nawet do sądu wniosek o oddanie dzieci państwu S., czy częsty gość w domu S. – proboszcz miejscowej parafii – wszyscy wystawili rodzicom zastępczym pozytywne opinie.

Żadna z tych osób nie skonsultowała się w tej sprawie ani z dziećmi, ani z PCPR.

Ksiądz Jacek C. napisał wtedy: „Dzieci żyły tam zawsze zgodnie, widziałem na ich twarzach prawdziwą radość i poczucie bezpieczeństwa. Jednak od pewnego czasu – od ostatnich wakacji, gdy dołączyła do tego domu dwójka dorastających dziewcząt, zauważyłem zmianę. Zdaje się, że te dwie podrastające dziewczyny wciągały te mniejsze dzieci w swój świat nastolatków, tworząc wśród nich podziały i młodzieńcze bunty”.

Sprawą zainteresowały się media. W gazetach lokalnych państwo S. bez skrępowania pokazywali zdjęcia dzieci. Program interwencyjny we wsi zrealizowała także TV Trwam. Tytuł: „Niejasne okoliczności odebrania dzieci”. Podkreślano, że trójka z nich trafiła do wyznawców Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego.

Ksiądz Jacek C. opowiedział w programie pod tytułem „Po stronie prawdy” (nadal jest dostępny w internecie), że gdy tylko dowiedział się o wydarzeniach w szkole, przyjechał do państwa S. Nie uwierzył w informacje, które dzieci przekazały pedagogom. Zapytał, czy chcą się tego wyrzec. Potem odprawił wspólną modlitwę, w trakcie której dzieci miały się przyznawać, że kłamały w szkole i przepraszać Barbarę S. Jedno dziecko, jak ksiądz sam powiedział w rozmowie z dziennikarzem, nie przeprosiło pani S., ani nie przyznało, że wszystko jest kłamstwem. Proboszcz upublicznił na antenie imię tej dziewczynki.

– Dziewczyny od początku nie kryły, że chcą tę rodzinę rozbić, ponieważ chcą wrócić do biologicznych rodziców – kontynuował w programie TV Trwam Tadeusz Pepliński, radny PiS powiatu starogardzkiego, piętnując siostry B.

Udział w programie wzięli też oskarżeni. Dyrektor PCPR nie zaproszono.

– Chcieliśmy im dać prawdziwy dom, nie tylko zastępczy – tłumaczyła drżącym głosem Barbara S. – Wszystko zmieniło się, gdy dołączyły do nas te dwie nastolatki, które zostały rozdzielone z pozostałą dwójką rodzeństwa. Jednemu 14-latkowi wmówiły, że u nas jest źle. Następnego dnia przyznał nam się, że skrzywdził nas, mówiąc, że tu jest źle, a przecież to nieprawda. Dało nam to do myślenia.

Stanisław S. w programie: – One były zaskoczone, że u nas panowała radosna atmosfera, a dzieci mówią do nas mamusiu i tatusiu.

Szkolny psycholog przed sądem: „Kilka dni po przekazaniu sprawy do PCPR państwo S. przyszli z młodszymi dziewczynkami. Powiedzieli, że dzieci zapewnią, że to, co powiedziały w szkole, to nieprawda. Chcieli konfrontacji, zapewniali, że dzieci w obecności dyrektora powiedzą, że tak nie było. My się na to nie zgodziliśmy. Przekazaliśmy sprawę do sądu rodzinnego. Naszym zdaniem dzieci były wtedy poddawane presji”.

„Byli rodziną szanowaną”

Jedna z sióstr B. przed sądem sytuację opisała tak: „Dzieci opowiadały mi o karach cielesnych, że wszystko jest zabronione, że nie dostają nic od państwa S. Na drugi dzień pan Stanisław wziął chłopców i kazał przeprosić, oni kazali im powiedzieć, że to wszystko kłamstwo. Jak zgłosiłam sprawę do pani pedagog, to chcieli wszystkie dzieci od nas odizolować. Ja z siostrą musiałam siedzieć na dole. Jedna z adoptowanych przez nich dziewczynek mówiła, że pani S. je przekupuje, jeździ z nimi na zakupy. Dzieci przestały z nami potem rozmawiać. Raz była kurator i pytała dzieci, jak jest w domu. Ja z siostrą mówiłyśmy, a reszta dzieci powiedziała, że je namówiłyśmy, żeby tak mówiły. To przez wpływ państwa S. Potem M. przyszła do nas z płaczem i mówiła, że pani Barbara uderzyła ją kilka razy w twarz i że nie chce tu być. Sprzątałam z siostrą w łazience, przyszły A. i M. i opowiadały, że miały myśli samobójcze przez to, że są tutaj, że chciały sobie zrobić krzywdę, że nie dają rady, że są bezbronne, że zgłosiły to pedagog, ale się bały i przestały. Wiem, że moja siostra z A. dzwoniły na telefon zaufania. Ciężko było nam się zdecydować, żeby iść do pedagoga. Myślałam, że to chwilowe, ale potem było coraz gorzej. Państwo S. byli rodziną szanowaną przez innych ludzi”.

Kurator sądowy, który przyjechał do domu S., gdy sprawa trafiła do PCPR: „Państwa S. nie było w domu. Rozmawiałam prawie ze wszystkimi dziećmi, nie było tylko jednego chłopca. Wszystkie z młodszych dzieci zaprzeczyły stosowaniu przemocy fizycznej, potwierdziły, że tata, jak są niegrzeczni, ciągnie ich za uszy, ale niezbyt mocno i ich to nie boli. Siostry B. potwierdziły swoje zeznania. (…). Pytałam dzieci o obowiązki. Mówiły, że sprzątają cały dom oprócz sypialni opiekunów, uczestniczą w przygotowywaniu posiłków, wieszają pranie i muszą wstawać o 6:30 rano, żeby obrać ziemniaki na obiad. Czasem myją okna, pomagają w organizowanych imprezach, sprzątają po gościach, przygotowują posiłki. (…). Dzieci stwierdziły, że to siostry B. namówiły je do pójścia do pedagoga i że to wszystko nieprawda. Przyznały, że kiedy rodzice dowiedzieli się, co się stało, to tata przepraszał je za wszystkie krzywdy, a mama powiedziała, żeby zapomniały to, co było złe, a ona zapomni im, co było złe, i zaczną żyć od nowa. (…) Więcej spotkań sam na sam z dziećmi nie miałam, bo państwo S. się na to nie zgodzili, chociaż zostali pouczeni przez przewodniczącego sądowego wydziału, żeby mi taką rozmowę umożliwić”.

Po odebraniu dzieci państwu S. u jednej z dwóch adoptowanych dziewczynek, które zostały z nimi, pojawiły się myśli samobójcze.

– „Gdy pojawiła się niepokojąca informacja o myślach samobójczych jednej z dziewczynek, pojechałam tam” – zeznaje dalej kurator sądowy. – „Dzieci były pod opieką starszego syna. Poprosiłam o rozmowę na osobności z dziewczynką, ale nie uzyskałam zgody. Na drugi dzień, jak byli obecni rodzice zastępczy, ponowiłam prośbę, ale znów nie otrzymałam zgody. Po konsultacji z psychologiem i pedagogiem stwierdziliśmy, że dziewczynka potrzebuje terapii. Ale państwo S. jej tego nie zapewnili. Dziecko tęskniło za rodzeństwem i nie rozumiało, dlaczego nie może się z nimi spotkać. Ja wiem czemu. Państwo S. pisali do sądu wnioski o spotkania, ale rodzeństwo chciało się z dziewczynkami spotkać wyłącznie bez państwa S.”.

„Chodzicie do kościoła”?

W grudniu, czyli miesiąc po odebraniu dzieci państwu S., ksiądz Jacek C., proboszcz w lokalnej parafii, wraz z Marcinem, byłym podopiecznym państwa S., przyjechał do nowej rodziny zastępczej, którą utworzyli członkowie Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, gdzie trafiła trójka z szóstki odebranych dzieci. Duchowny zażądał widzenia z nimi. Miał też grozić, że w przeciwnym wypadku „opisze w prasie czy w mediach, jak Adwentyści traktują dzieci”.

– „Nowy opiekun zadzwonił do mnie. Powiedziałam, że ma ich poinformować, aby wystąpili do sądu z prośbą o widzenie” – zeznała potem na policji Tatiana Neumann, dyrektor PCPR w Starogardzie Gdańskim, żona obecnego wiceministra zdrowia. – „Potem przekazał mi telefon, żebym sama powiedziała, że nie może bez zgody sądu wpuścić ich do domu. Ksiądz wyzwał mnie od głupiej, więc odłożyłam słuchawkę. Ksiądz wielokrotnie zwracał się do nowego opiekuna przy dzieciach, że ma na mnie uważać, że jestem złym człowiekiem, a w zmowie ze mną jest każdy sędzia, prokurator i psycholog. Po naleganiu księdza, opiekun wpuścił ich do domu, żeby przywitali się z dziećmi. Ksiądz od razu zapytał: Dobrze wam tu? Chodzicie do kościoła? Czy byłyście u mamusi [pani Barbary S. – red.] bite? Dzieci zaczęły płakać, więc opiekun kategorycznie obu mężczyzn wyprosił z domu. Po wyjeździe Marcin napisał do dziewczynek SMS-a, żeby wszystkie wiadomości kasowały i nie pokazywały nowym opiekunom”.

Po tych wydarzeniach nowi opiekunowie zrezygnowali z opieki, a dziewczynki przekazano innej rodzinie zastępczej.

„Rozzłościliśmy je”

W lipcu 2013 r. śledczy skierowali do sądu akt oskarżenia przeciwko Barbarze i Stanisławowi S. (rocznik 1964 i 1963). Zarzuty dotyczą naruszenia nietykalności cielesnej w latach 2010-12. Czytam w akcie oskarżenia o uderzaniu dłonią w twarz, ciągnięciu za uszy, włosy lub ubranie pięciorga dzieci. W przypadku jednego dziecka zarzuty obejmują także „uderzenie szklanką w głowę”. Chodzi w sumie o siedmioro nieletnich – wśród dzieci, które miały być bite po twarzy, jest również adoptowana niepełnosprawna dziewczynka.

Akt oskarżenia oparty jest przede wszystkim na zeznaniach pokrzywdzonych nieletnich, dwóch sióstr, które zawiadomiły o przemocy, oraz biegłych psychologów, którzy poświadczyli, że dzieci nie mają tendencji do konfabulacji.

Małżeństwo S. rodzicami zastępczymi byli osiem lat. Konsekwentnie przekonują, że młodsze dzieci zostały zmanipulowane przez gimnazjalistki, które – jak można usłyszeć teraz przed sądem – piły, paliły papierosy i spotykały się z chłopakami, a próba ograniczenia tych zwyczajów miała je rozzłościć.

– W mojej opinii państwo S. powinni otrzymać zarzuty psychicznego i fizycznego znęcania się nad dziećmi – mówi mecenas Paweł Zieliński, pełnomocnik sześciu z siedmiorga pokrzywdzonych dzieci. – Tego typu sprawy z reguły opierają się na zeznaniach ofiar, trudno o naocznych świadków, większość zdarzeń ma miejsce za zamkniętymi drzwiami. Prokuratura ograniczyła się do tego, co najłatwiej przyjdzie im potem udowodnić przed sądem.

„Klęczenie na grochu za złe stopnie”

Dzieci opowiedziały śledczym np. o imprezach alkoholowych w domu państwa S., po których nawet w nocy miały sprzątać, mimo że rano szły do szkoły. Twierdzą, że pełniły też w ich trakcie role barmanów, a alkohol „był dostępny dla wszystkich”. Mówiły o biciu młodszych po głowie za brak kapci, po twarzy za złe oceny, ciągnięciu za włosy niepełnosprawnej dziewczynki, bo „nie chciała ćwiczyć”. Opowiadały również o szarpaniu, gdy „nie chciały odrabiać lekcji”, „klęczeniu na grochu za złe stopnie”, wkładaniu palców między żebra („zabawa w żeberka”), pracowaniu przy budowie domu nawet przez 10-latka, zabawie „końskie – polskie – żydowskie” czy bieganiu zimą boso wkoło domu i wrzucaniu w zaspę śniegu „dla zdrowia”. W twarz można było też dostać, gdy nie powiedziało się „mamusiu” lub „tatusiu”. Bicie w twarz polegało często na wielokrotnym, jednoczesnym policzkowaniu obiema rękoma.

„Zabawa końskie – polskie – żydowskie polegała na tym, że trzeba było zgadnąć: klepnięcie w tyłek to jakie było klepnięcie” – wyjaśniał potem przed sądem Stanisław S., który wraz z żoną zdecydowanie zaprzecza jakiejkolwiek przemocy. – „Miejsce klepnięcia decydowało o odpowiedzi. Dzieci chciały się w to bawić. Bieganie boso wkoło domu to żadne nie biegało. Ten z aparatem biegał w pełnym umundurowaniu straży pożarnej, bo trenował do kursu”.

„Zabawa końskie – polskie – żydowskie” według dzieci radosna jednak nie była i sprawiała ból. A „ten z aparatem” to Marcin, który mieszkał u S. 2,5 roku, do 18. roku życia. To ten sam chłopak, który odwiedził z księdzem Jackiem C. nową rodzinę zastępczą odebranych S. dzieci. Obaj wciąż są w bliskich kontaktach.

Gdy Marcin mieszkał u S., napisał list pożegnalny i uciekł z domu. Został znaleziony jeszcze tego samego dnia, jak siedział nad jeziorem. W poniedziałek 26 stycznia br. zeznał przed sądem, że list napisał z powodu zawodu miłosnego i chciał jedynie zwrócić na siebie uwagę. Na pytanie prokuratora zapewniał, że z nikim się nie przygotowywał do zeznań. Ale śledczy zwrócił uwagę, że chłopak w punktach odnosił się do składanych wcześniej zeznań obciążających rodziców zastępczych. O nich samych mówił zaś tylko „mamusia i tatuś” i podkreślał, jak wiele im zawdzięcza. Zaprzeczył, by był świadkiem lub doświadczał jakiejkolwiek przemocy.

Tymczasem według pokrzywdzonych dzieci bity po twarzy był także Marcin. Miał też być wielokrotnie świadkiem, jak pani S. biła młodsze dziewczynki.

Dzieci opowiedziały również o wylewaniu na nie szklanki lodowatej wody przed pobudką, o tym, że wszyscy musieli chodzić identycznie ubrani, czy braku kieszonkowego. Dwóm chłopcom, którzy towarzyszyli księdzu Jackowi C. na kolędzie, państwo S. mieli odbierać potem zarobione w ten sposób pieniądze. W końcu dzieci poskarżyły się na przemoc ze strony mieszkającego z nimi biologicznego syna i dorosłej córki, która, gdy przylatywała z Irlandii, uczyła je „angielskich słówek”. Kto się nie nauczył, nie mógł iść spać albo dostawał w twarz.

Jedna z pokrzywdzonych zeznała też, że S. zabraniali jej kontaktów z biologicznymi rodzicami. „Mówili, że w domu lepiej mieć nie będę, a moi rodzice to nie moja rodzina” – zeznała dziewczyna, która u S. spędziła trzy lata.

Potwierdziła, że była świadkiem przemocy, imprez alkoholowych, biegania boso zimą wokół domu oraz „że syn biologiczny S. mógł je szarpać, kopać i bić, kiedy chciał”.

Dzieci opowiedziały też o księdzu Jacku C. „Ksiądz Jacek kilka razy uderzył mnie w głowę za niezłożone ręce w czasie modlitwy przed mszą” – czytam w zeznaniach jednego z chłopców. „Raz zostałem mocno uderzony w głowę za powiedzenie na zakrystii » Jezus Maria «”.

Proboszcz po takich zdarzeniach miał potem dzieci przepraszać i tłumaczyć, że jest cholerykiem. W sprawie księdza Jacka C. do kurii diecezji pelplińskiej napisała dyrektor PCPR.

– Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi – mówi Tatiana Neumann.

„Dzieci mogą manipulować nauczycielami”

„Często byli u nas ksiądz, pani sołtys i inni mieszkańcy wioski. Jak oni byli, to mogliśmy posiedzieć przy komputerze, dziewczyny mogły przyjść do nas do pokoju. Wtedy było fajnie. Pani S. była dla nas miła, pozwalała wziąć czekoladę na chleb. Ale jak goście wychodzili, to nie było już tak kolorowo” – czytam w zeznaniach jednej z podopiecznych S.

„Ksiądz, pani sołtys i inni mieszkańcy wioski” zeznawali w poniedziałek przed Sądem Rejonowym w Tczewie. Wszyscy podkreślali dobre relacje w rodzinie, brak skarg od dzieci, które nigdy nie sprawiały kłopotów, a „w trakcie wizyt gości wyraźnie garnęły się do opiekunów”.

– To jak to się dzieje, że wszystko jest dobrze, a potem spotykamy się na sali sądowej? Skąd biorą się takie sytuacje? – zapytał jedną z nauczycielek Sławomir Gebel z Prokuratury Rejonowej w Tczewie, gdzie ostatecznie trafiła sprawa w związku z oskarżeniami o stronniczość śledczych ze Starogardu Gdańskiego.

– Trudno mi odpowiedzieć. Nasze obserwacje mogą różnić się do tego, co miało miejsce w domu – przyznała wychowawczyni. – Dzieci mogą manipulować nauczycielami. Jest to możliwe, tak samo jak to, że nauczyciele nie zauważą problemu czy niepokojących sygnałów.

Prokurator Gebel zwracał też uwagę na tzw. syndrom sztokholmski, który pojawia się u ofiar przemocy, a jednymi z objawów są pozytywne uczucia wobec sprawców, pomocne zachowania czy zrozumienie ich intencji.

Ksiądz proboszcz: „Wszyscy są w zmowie”

Jednym z ostatnich świadków obrony, w kończącym się już procesie, był w poniedziałek ksiądz Jacek C., który ma 20-letni staż kapłański. Także on podkreślał doskonałe relacje w rodzinie państwa S.

Jak ustaliła „Wyborcza”, pod koniec grudnia ub. r. śledczy ze Starogardu Gdańskiego skierowali przeciwko niemu do sądu akt oskarżenia. 45-letniemu duchownemu zarzucono uderzenie dwóch nieletnich, którzy byli u niego ministrantami. To ci sami chłopcy, którzy wraz z pozostałą czwórką dzieci zostali odebrani w listopadzie 2012 r. państwu S. Sprawa wyszła na jaw w trakcie przesłuchań. Początkowo postępowanie było prowadzone w kierunku fizycznego i psychicznego znęcania się nad nieletnimi. Ostatecznie w akcie oskarżenia mowa tylko o naruszaniu nietykalności cielesnej.

– Czyn miał miejsce w listopadzie 2012 r. – mówi Zbigniew Sulewski, wiceszef Prokuratury Rejonowej w Starogardzie Gdańskim. – Oskarżony uderzył chłopców otwartą dłonią w twarz, bo mieli się źle zachowywać. Dysponujemy zeznaniami także innych świadków, którzy potwierdzają nadpobudliwość księdza. On sam nie przyznał się do winy, powiedział jedynie, że takie zdarzenie w ogóle nie miało miejsca, i odmówił składania wyjaśnień.

Ksiądz Jacek C., powiedział reporterce „Wyborczej”, że nigdy nie uderzył dziecka, a sprawa ta jest kolejną manipulacją.

– Wygląda na to, że wszyscy są w zmowie – stwierdził. – Żaden inny ministrant tego nie potwierdzi.

Tego samego zdania jest trójmiejski mecenas Wojciech Olejniczak, obrońca państwa S., który wezwał na świadka oskarżonego księdza, by ten zapewnił, że rodzice zastępczy nigdy nie stosowali przemocy. – Wydaje mi się, że dla wzmocnienia argumentacji przedstawionej w akcie oskarżenia w odniesieniu do państwa S. księdza uwikłano w sprawę odrębnym aktem oskarżenia – stwierdził po rozprawie.

Za przestępstwo przeciwko czci i nietykalności cielesnej grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. Ściganie odbywa się z oskarżenia prywatnego – prokuratura angażuje się, gdy wymaga tego interes społeczny.

Sąd nie widzi podstaw

Umowy z państwem S., jako rodzicami zastępczymi, zostały zerwane. Nadal jednak są opiekunami prawnymi całej szóstki – trwa postępowanie sądowe w tej sprawie.

– Sąd rodzinny czeka na opinię Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego – mówi Tomasz Adamski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gdańsku.

RODK to placówka działająca na zlecenie sądów rodzinnych, która wydaje opinie na podstawie przeprowadzonych badań psychologicznych, pedagogicznych czy lekarskich.

Troje dzieci (rodzeństwo) znajduje się w placówce opiekuńczo-wychowawczej typu rodzinnego, pozostała trójka (również rodzeństwo), w rodzinie zastępczej.

Siostry B., które zapoczątkowały sprawę, nadal żyją w tej samej placówce opiekuńczo-wychowawczej, do której trafiły po ujawnieniu aktów przemocy.

W styczniu 2014 r. państwo S. odzyskali prawa rodzicielskie nad trójką własnych dzieci. Sąd stwierdził, że brak podstaw do ograniczenia władzy rodzicielskiej nad małoletnimi. Orzeczenie jest prawomocne.

trojmiasto.gazeta.pl

Prof. Tadeusz Gadacz: Żyjemy w kłamstwie totalnym

Prof. Tadeusz Gadacz, filozof, wysłuchał Łukasz Długowski, 31.01.2015

Fot. Michał Łepecki

Jak powiemy sobie, że nie ma wyzysku, to łatwiej nam pójść do Zary i kupić dziecku sweterek „Made in Cambodia”
Wojskowi już nie mówią „zabiliśmy wroga”, tylko „zneutralizowaliśmy cel”, nie ma „wojen”, są „konflikty zbrojne”, nie ma „mordów”, są „czystki etniczne”. Angela Merkel o wojnie na Ukrainie powiedziała, że „występuje intensyfikacja obecności wrogiego wojska na pograniczu”. To dość cyniczne sformułowanie.***

Po co zmieniamy język? Na ile jest to świadome? Myślę, że w dużej mierze może być świadome, żeby osłabić poczucie winy wynikające z nazywania rzeczy po imieniu. To osłabienie jest konieczne do prowadzenia biznesu i polityki. Żyjemy w świecie zbyt uwikłanym, w którym przenikają się interesy społeczne, polityczne i ekonomiczne, żeby można było nazywać rzeczy po imieniu. To musiałoby doprowadzić do radykalnych decyzji, których wielu polityków nie chce. Łącznie z obywatelami, bo gdyby przejść od języka wojny do języka gospodarki, to właściwie nikt już nie mówi o wyzysku.

***

Co jest w zamian? Ekonomizacja i outsourcing. Coś, co pozytywnie brzmi. Przedsiębiorcy „tną koszty”, „operacjonalizują zarządzanie” lub „pomniejszają straty”, przenosząc produkcję do innego rejonu świata. Outsourcing brzmi nawet dość przyjemnie, bo dzięki niemu bezrobotne kobiety w Wietnamie czy Kambodży mają pracę. Ale gdy sobie uświadomimy, w jakich warunkach pracują i jak wygląda ich życie, to już nie jest takie kolorowe. Ale jak powiemy sobie, że nie ma wyzysku, to łatwiej nam pójść do Zary i kupić dziecku sweterek „Made in Cambodia”. Być może godzimy się na zmianę języka, żeby stworzyć sobie w miarę spokojną przestrzeń do życia.

Blogerzy modowi zostali wysłani do fabryki ubrań w Kambodży. I przeżyli szok

***

W naszym języku codziennym też znikają pojęcia. Ludzie nie pytają się, czy są szczęśliwi. Raczej o to, czy osiągają sukces. Nie pamiętam, by od opublikowania traktatu „O szczęściu” Władysława Tatarkiewicza ktoś napisał ważną pozycję na ten temat. Być może słowo stało się zbędne i niewiele do nas mówi. Zniknęła zupełnie z języka pedagogiki i z kultury uniwersyteckiej „mądrość”. W krajowych ramach klasyfikacji, które opisują sylwetkę absolwenta i nowy sposób kształcenia, tego pojęcia nie ma. Tak jakby celem nie było kształcenie ludzi mądrych, tylko przygotowywanie „podmiotów na rynek pracy”. Nie mówiąc już o pojęciu tak kiedyś społecznie ważnym jak „honor”. Ostatnie kodeksy honorowe pochodzą z końca XIX w. To, co kiedyś było dyshonorem, staje się dziś dobrze sprzedającym się newsem, na którym można zbić kapitał polityczny.

Coś się pojawiło w zamian? Nic. Znikło pojęcie „przyzwoitości”. Jedną z ostatnich, która o niej pisała, była prof. Barbara Skarga. Po co dziś komu przyzwoitość? Czy głupota znikła? Kwitnie, przykładów są dziesiątki. Ale wydaje się rzeczą nieprzyzwoitą mówić o kimś, że jest głupi, w tej chwili wszyscy są „inaczej”: sprawni inaczej, mądrzy inaczej, realizujący się inaczej.

***

Jakie są konsekwencje? Odwołałbym się do bardzo konkretnego pojęcia, które ksiądz Józef Tischner, mój mistrz, nazwał „kłamstwem strukturalnym”. Żyjemy w kłamstwie strukturalnym. Kiedyś był nim faszyzm, komunizm, dzisiaj jest nim rynek neoliberalny. To już nie jest tak, że to kłamstwo pojedynczej osoby, która zataja prawdę. To kłamstwo dotyczy całych struktur życia: politycznych, społecznych, ekonomicznych, medialnych, także kształcenia. Uczestniczymy w nim i godzimy się na nie. Nie bardzo wierzymy, że jesteśmy w stanie w radykalny sposób zmienić świat, więc bierzemy w tym udział. Bo kto może w tej chwili zmienić zasady rynku neoliberalnego? Nikt? No to mówimy, że nie ma wyzysku, jest outsourcing i ekonomizacja, nie ma mordów, są czystki etniczne. Łatwiej nam przełknąć kolację.

Rozmowa Orlińskiego z prof. Ha-Joon Changiem: Tego ci nikt nie powie o kapitalizmie

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Waszyngton Putina
Jak kongresmen Dana Rohrabacher zakochał się w rosyjskim prezydencie

Uwaga, niebezpieczny Tomasz Merton
Być świętym to znaczy być sobą. Historia niepokornego mnicha z Kentucky

Krzesimir Dębski: Człowieku, Chopin poprawi ci cerę
Miesiąc temu miałem koncert w sławnym Auditorio Nacional w Madrycie. Po Katowicach czułem się w nim jak w okręgowym domu kultury. Boazeria, proszę pani… – z Krzesimirem Dębskim, kompozytorem i dyrygentem, rozmawia Anna S. Dębowska

Zabierzcie Auschwitz do Berlina
To Niemcy, ewentualnie Austriacy powinni być strażnikami pamięci Auschwitz, a my możemy być strażnikami tych strażników. Wtedy skończą się „polskie obozy”, raz na zawsze

Andersen. Moc czarnoksiężnika
Mikołajewski: „Dzienniki” Hansa Christiana Andersena to dla mnie jedna z najważniejszych książek wydana po polsku w ostatniej dekadzie

Obrońcy donieckiego lotniska: Byliśmy cyborgami
Szli tacy na nas jak zombi, trafieni nie padali na ziemię, tylko krzyczeli wniebogłosy i wściekle machali rękami. Ich trupów nawet kruki nie ruszały

Czołgi w pole, ropa w górę
Sprowokowanie wielkiego geopolitycznego kryzysu z udziałem NATO to dla Putina łatwy sposób, by spowodować zwyżkę cen ropy

Po Grecji – Hiszpania. Don Kichot górą
Chcą wyższych podatków dla najbogatszych, krótszego tygodnia pracy, osłon socjalnych łagodzących nierówności. I żeby korporacje płaciły podatki tam, gdzie zarabiają. Rynki podnoszą krzyk: Hiszpanie chcą zrobić u siebie drugą Wenezuelę!

Wyborcza.pl

O. Tadeusz Rydzyk skarży się w „Naszym Dzienniku”: Skarbówka nie pozwalała odpisać 1 proc. na naszą fundację

Ojciec Tadeusz Rydzyk wypowiedział się w sprawie 1 proc. dla swojej fundacji
Ojciec Tadeusz Rydzyk wypowiedział się w sprawie 1 proc. dla swojej fundacji Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta

Status organizacji pożytku publicznego Fundacja Nasza Przyszłość uzyskała w styczniu 2014 roku. Jednak O. Tadeusz Rydzyk twierdzi, że urzędy skarbowe nie przyjmowały PIT-ów od ludzi, którzy chcieli fundacji przekazać część swoich podatków. Według niego urzędnicy mieli twierdzić, że Naszej Przyszłości nie ma jeszcze w wykazie organizacji uprawnionych do gromadzenia funduszy w ten sposób.

„Nasz Dziennik” cytuje w tekście wypowiedź rzecznik ministra finansów. – Nikt nie ma prawa odmawiać odpisu na Fundację Nasza Przyszłość – miała powiedzieć urzędniczka. Rydzyk skarży się też na urzędników, którzy zadeklarowali, że błąd naprawią do końca lutego. –Odpowiedziałem, że nas termin do końca lutego nie interesuje, wszystko powinno być naprawione od początku stycznia – mówi redemptorysta.

Redemptorysta w zeszłym roku zachęcał do przekazywania 1 proc. swojej fundacji.– Podatkowe dary będą przekazane w szczególności na naukę, szkolnictwo wyższe, edukację, oświatę i wychowanie oraz na upowszechnianie tradycji narodowej, pielęgnowanie polskości i rozwój świadomości narodowej, obywatelskiej i kulturowej wśród dzieci i młodzieży – mówił wtedy O. Tadeusz Rydzyk.

Źródło: „Nasz Dziennik”

naTemat.pl

OPZZ Rolników: Od poniedziałku protesty i blokada DK2. Później marsz gwiaździsty na Warszawę

jagor, PAP, 31.01.2015
OPZZ Rolników: Od jutra protesty i blokada DK2. Później marsz gwiaździsty na Warszawę

OPZZ Rolników: Od jutra protesty i blokada DK2. Później marsz gwiaździsty na Warszawę (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych zapowiada od poniedziałku protesty – mają się zacząć od zablokowania dróg na Mazowszu, a potem bjąć pozostałe województwa. Zapowiedział to szef organizacji Sławomir Izdebski.
– Górnicy zablokują drogi na Śląsku, my zablokujemy drogi na Mazowszu i później cyklicznie blokady będą powstawały w województwach: wielkopolskim, mazowieckim (dwie), podlaskim, dolnośląskim i lubelskim. Będą one powstawały cyklicznie, co dwa dni – powiedział dziennikarzom Izdebski.Izdebski powiedział, że protest zacznie się w poniedziałek o godz. 10 między Siedlcami a Terespolem na drodze krajowej nr 2. Wcześniej podawał termin niedzielny, ale – jak wyjaśnił – „pomylił się”. Zaapelował też, by kierowcy omijali wskazany odcinek drogi.

Marsz gwiaździsty na Warszawę

– O kolejnych blokadach będziemy informować na bieżąco. Ja myślę, że polski rząd przyjdzie po rozum do głowy i dokona pewnych zmian i spotka się z nami i potraktuje rolników jako tę grupę społeczną, która powinna być traktowana tak jak górnicy, tak jak lekarze, tak jak ogólnie służba zdrowia i inne grupy społeczne – powiedział.

Dodał, że do „paraliżu Warszawy” dojdzie po kilku dniach, „jeżeli rząd nie przyjdzie po rozum do głowy”. – Nastąpi marsz gwiaździsty na Warszawę wszystkich traktorów sprzętu rolniczego tak, że żadna mysz się nie prześliźnie – mówił.

Rolnicy żądają: Niech premier ujawni, skąd wzięła 100 mln euro dla Ukrainy

Zastrzegł, że rolnicy „już nie proponują”, lecz „żądają”. – My dzisiaj żądamy przede wszystkim tego, żeby pani premier ujawniła źródła pochodzenia 100 mln euro dla Ukrainy, gdy nie ma 7 mln zł na wypłaty odszkodowań dla polskich producentów kukurydzy czy ziemniaka, które zniszczyły dziki. My o tych postulatach i innych będziemy rozmawiać tylko i wyłącznie w kancelarii premiera. Inna droga jest już niemożliwa – groził.

Dodał, że rolnicy „nie chcą wielkich milionów”. – My chcemy pracować, ale za tę pracę chcemy po prostu godnie żyć. Jeżeli premier tego nie rozumie, jeżeli minister tego nie rozumie, to trudno, to po prostu muszą odejść. Rolnictwo polskie jest kołem zamachowym polskiej gospodarki. Jeżeli rolnictwo będzie się rozwijać, będzie rozwijała się cała gospodarka, i my o tym pamiętamy – powiedział.

Najważniejszym postulatem OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych jest wypłata odszkodowań za straty spowodowane przez dziki oraz wypłata rekompensaty za straty poniesione w chowie trzody chlewnej i bydła.

O planowanych protestach rolników była już mowa podczas III Kongresu Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych Rolników i Organizacji Rolniczych, który odbył się w minioną niedzielę w Warszawie.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: