Duda (06.02.15)

 

Słomiany zapał

Andrzej Hołdys, 06.02.2015
LILAC - w pełni ekologiczne osiedle firmy Modcell z Bristolu

LILAC – w pełni ekologiczne osiedle firmy Modcell z Bristolu (Peter Thomson / ASSOCIATED PRESS)

Osiedle LILAC robi furorę w Wielkiej Brytanii. Eksperci mówią, że wyznacza nowe trendy w budownictwie mieszkaniowym. Wymyślili go zapaleńcy, którzy uparli się, by żyć w mieście w sposób neutralny dla środowiska.
Domy w LILAC są ze słomy. Tak, zwykłej słomy, która zostaje na polach po żniwach i zwykle kończy jako pasza, ściółka lub nawóz organiczny, a ostatnio coraz częściej jako biopaliwo. Okazuje się jednak, że jej możliwości są znacznie większe. Słoma bowiem może też być niezłym materiałem budowlanym. Pod warunkiem że wie się, jak z nią postępować. Zapaleńcy, którzy na przedmieściach Leeds wznieśli swoje sławne już na całych Wyspach osiedle, wprawdzie takiej wiedzy nie mieli, ale zwrócili się do tych, którzy ją mają: naukowców w Bath w południowej Anglii.

Bath to zabytkowe miasteczko z rzymskimi tradycjami i młodą uczelnią, zwaną co prawda uniwersytetem, ale z licznymi wydziałami inżynieryjnymi o świetnej reputacji. Parę lat temu na tamtejszym wydziale architektury utworzono Centrum Innowacyjnych Materiałów Budowlanych, którym kieruje prof. Pete Walker, wielki entuzjasta… słomy. Na uczelnianym kampusie zbudował jednopiętrowy słomiany dom, który służy mu do testowania najdziwniejszych pomysłów i przeprowadzania eksperymentów. W zeszłym roku na przykład poddał swój dom próbie wiatru, aby sprawdzić, jak słomiana konstrukcja zachowa się przy wichurze o prędkości 200 km/godz. Wytrzymała dzielnie, a dane z testu wrzucono do modelu komputerowego, który ma pomóc w projektowaniu czterokondygnacyjnych budynków. Walker już parę lat temu opatentował swoje drewniane panele wypełnione słomą. Zanim to uczynił, regularnie poddawał je też próbom ognia i wody.

Przyjeżdżali tu po zdrowie obywatele imperium rzymskiego, dziś Bath odwiedza 5 mln turystów rocznie. Bath.

Wdrażaniem tego, co wymyśli i przetestuje naukowiec z Bath, zajmuje się firma Modcell z niedalekiego Bristolu. Zaczynała niedawno jako uczelniany start-up, a dziś realizuje kilkanaście zamówień rocznie na słomiane budynki. Kto sobie wyobraża, że są to skromne chatki dla entuzjastów radykalnego powrotu do natury, ten jest w błędzie. Wypełnione słomą prefabrykaty układa się niczym klocki lego. Najnowsze realizacje to: szkoła podstawowa, liceum, biurowiec, no i oczywiście LILAC.

***

Osiedle, o którym mówi cała Wielka Brytania, składa się z czterech jednokondygnacyjnych budynków, w których znajduje się łącznie 20 lokali o różnej powierzchni – od kawalerek po mieszkania czteropokojowe. Mieszka w nich około 40 osób. Przeważają rodziny z małymi dziećmi oraz emeryci. Mało jest ludzi w średnim wieku. – Wymyśliliśmy sobie to osiedle sześć lat temu – mówi Paul Chatterton, geograf z uniwersytetu w Leeds i jeden z piątki zapaleńców, którzy pewnego dnia postanowili zrealizować marzenia o własnym domu.

W tym przypadku nie chodziło tylko o cztery ściany, ale o coś więcej. – Wymarzyliśmy sobie kameralne osiedle zamieszkałe przez ludzi tworzących wspólnotę kierującą się pewnymi regułami. Przede wszystkim domy miały być maksymalnie przyjazne dla środowiska, a także dostępne finansowo dla ludzi o średnich dochodach – mówi Chatterton. Motywacja ekologiczna jest dla niego bardzo ważna, podobnie jak dla pozostałych członków wspólnoty. – Czerpiemy satysfakcję z tego, że możemy funkcjonować w mieście w taki sposób, aby nie niszczyć środowiska. Takie osiedla to przyszłość urbanizacji. Aby tak się stało, nie mogą być jednak zbyt drogie, bo to podważałoby sens wspólnotowej idei – dodaje.

Na co dzień Chatterton prowadzi badania nad zmianami zachodzącymi w przestrzeni miejskiej. Bada, jak oddolna aktywność społeczna może odmieniać wygląd i funkcję miast. – LILAC to do pewnego stopnia projekt badawczy – żartuje. W 2010 r. on i pozostali entuzjaści wykonali pierwszy krok. Założyli spółdzielnię, a następnie kupili zaniedbaną działkę budowlaną w niezbyt ciekawej lokalizacji w Leeds. Zaraz potem całą piątką pojechali do Bath do Walkera oraz do Bristolu do Modcell, aby porozmawiać o swoim słomianym osiedlu, które nazwali LILAC (od ang. Low Impact Living Affordable Community ). Wtedy pomysł zaczął nabierać realnych kształtów.

***

Od początku chcieli, aby ich domy były ze słomy. Chatterton, podobnie jak Walker, jest jej fanem. – Ma wiele zalet. Przede wszystkim doskonale izoluje. Można z niej wznosić budynki pasywne, które praktycznie nie potrzebują ogrzewania. Takie domy są przyjazne dla klimatu i to już na etapie budowy – podkreśla. Rzeczywiście, podczas produkcji tradycyjnych materiałów budowlanych w powietrze wędruje mnóstwo gazów cieplarnianych. Natomiast w przypadku domów ze słomy jest odwrotnie. Węgiel, który się w niej znajduje, zostaje wycofany z obiegu, i to na długo (Walker twierdzi, że zbudowane według jego technologii budynki mogą stać 200 lat i w tym czasie nie stanowią zagrożenia dla klimatu).

Słoma ma też inne zalety. Jest tania i łatwo dostępna. W końcu to materiał lokalny, rolniczy odpad. – Z tych milionów ton, które co roku zostają na polach w Wielkiej Brytanii, można by wybudować setki tysięcy mieszkań – puszcza wodze wyobraźni Chatterton. A naukowcy z Bath dorzuciliby jeszcze, że gdy w końcu taki słomiany dom trzeba będzie rozebrać, to właściwie cały nadaje się do biodegradacji. Zniknie sobie bez śladu, nie robiąc nikomu szkody.

Oto sposób na rosnące ceny mieszkań i samotność. Ekokolektyw

LILAC zaczął być budowany wiosną 2012 r. Niecałe dwa lata później wprowadzili się do niego pierwsi mieszkańcy. Wszyscy przystąpili wcześniej do spółdzielni, którą założył Chatterton z przyjaciółmi. To spółdzielnia jest właścicielem osiedla, to ona spłaca kredyt w banku i reguluje rachunki za prąd, gaz, wywóz śmieci czy sprzątanie. Ona także zarabia na sprzedaży części energii elektrycznej wytwarzanej przez ustawione na dachach ogniwa fotowoltaiczne.

Większość tego słonecznego prądu jest jednak konsumowana przez jeszcze jeden, piąty budynek postawiony na terenie osiedla. Nikt w nim nie mieszka, ale dla wspólnoty ma kluczowe znaczenie. Tu usytuowano małą kawiarenkę, salę spotkań towarzyskich, mały plac zabaw dla osiedlowych dzieci na czas niepogody, a także kilka magazynów, w których przechowuje się wspólny sprzęt i przedmioty: kosiarki, rowery, wózki dla dzieci, leżaki, piłki i wiele drobnego sprzętu.

To jedno z założeń wspólnoty: ograniczyć konsumpcję poprzez maksymalne wykorzystanie wspólnie kupowanych dóbr. Jedno z pomieszczeń zmieniono na pralnię, w której ustawiono dziesięć pralek. Nie zdarzyło jeszcze, aby wszystkie równocześnie pracowały. Z samochodami już tak dobrze nie poszło. W ramach osiedla wydzielono parking dla dziesięciu wspólnie użytkowanych pojazdów. – Założyliśmy, że tyle nam wystarczy, ale okazało się inaczej. Wciąż większość z nas dojeżdża samochodami do śródmieścia. Cóż, nie wszystko działa w zgodzie z teoretycznymi założeniami. Nasz projekt to także eksperyment społeczny – przyznaje Chatterton.

Również naukowcy z Bath potraktowali LILAC jak eksperyment na żywym organizmie. W kilku mieszkaniach rozmieścili sensory, które mierzą temperaturę, wilgotność i skład chemiczny powietrza. Czujniki powtykano także do wnętrza ścian. Monitorują stan i właściwości słomy. Fundusze na badania dostali z Brukseli w ramach projektu badawczego Eurocell, którego sami byli inicjatorami. – Chcemy dowieść, że słoma może być jednym z podstawowych materiałów budowlanych w Europie, która do połowy XXI w. zamierza o 80 proc. ograniczyć emisję dwutlenku węgla i równie znacząco zredukować zużycie energii – mówi Walker. Oczywiście nie wszędzie i nie w każdym warunkach słoma będzie odpowiednia, ale są też takie regiony, gdzie powinna być traktowana jak materiał pierwszego wyboru. – LILAC jest tego najlepszym przykładem – mówi naukowiec.

Liczby rzeczywiście robią wrażenie. Rachunki za ogrzewanie są na osiedlu o 90 proc. niższe niż w domach stojących po sąsiedzku, wzniesionych w tradycyjny sposób i z tradycyjnych materiałów. Chatterton mówi, że w poprzednim mieszkaniu za prąd i gaz płacił rocznie około 1500 funtów, teraz płaci 190 funtów. Poza grubą warstwą słomy na ścianach i dachu przed chłodem chronią go też trójwarstwowe szyby oraz mechaniczna wentylacja odzyskująca ciepło. Niskie rachunki to także zasługa kolektorów słonecznych ogrzewających wodę w kranach. Nic dziwnego, że LILAC zbiera nagrodę za nagrodą w rozmaitych konkursach architektonicznych i ekologicznych.

Jeśli za życia jesteś z ekologią na bakier, zaraz po śmierci możesz się zrehabilitować. Sekretne życie ekonieboszczyków

***

Tymczasem brytyjscy eksperci zastanawiają się, czy takie „zielone” wspólnoty mogą doprowadzić do rewolucyjnych zmian w budownictwie mieszkaniowym w miastach i czy w związku z tym samorządy lokalne, a także państwo, powinny wspierać podobne inicjatywy. – Gdziekolwiek w Wielkiej Brytanii mówi się dziś o radykalnych rozwiązaniach w polityce mieszkaniowej, zawsze pada przykład LILAC jako alternatywy dla budownictwa indywidualnego i deweloperskiego, które są mało przyjazne dla środowiska, względnie drogie i niedostępne dla wielu ludzi o umiarkowanych dochodach, a poza tym ich cechą jest to, że izolują ludzi od siebie – mówi Danny Dorling, profesor demografii z Oksfordu.

Chatterton chciałby przyspieszyć tę rewolucję. Opublikował kilka artykułów naukowych na temat przyszłości miejskich zielonych ruchów mieszkaniowych, obficie czerpiąc ze swojego doświadczenia, a ledwo zamieszkał w LILAC, siadł do pisania książki. Ukazała się parę tygodni temu, nosi tytuł „Low impact living” i jest praktycznym przewodnikiem dla tych, którzy zamierzają pójść w jego ślady. W Wielkiej Brytanii chętnych przybywa. Niedawno dziennikarze „Guardiana” odbyli rekonesans po kraju i naliczyli 18 podobnych projektów znajdujących się w różnych stadiach realizacji. Dwa razy więcej wspólnot dopiero formalizuje swoją działalność. Wiosną budowa osiedla rusza w Cambridge, 200 km na południe od Leeds. 40 rodzin chce się wprowadzić do swoich „zielonych” domów pod koniec 2016 r. Jak w LILAC, wspólnotę tworzą głównie młode pary z dziećmi oraz emeryci. Łączą ich umiarkowane dochody, proekologiczna motywacja oraz to, że nie chcą żyć w izolacji od innych. Władze Cambridge po przystępnej cenie zaoferowały im działkę budowlaną opuszczoną przez dewelopera w 2008 r., kiedy zaczął się kryzys finansowy. Leżała odłogiem i nie było na nią chętnych. Teraz urzędnicy pomagają w gromadzeniu koniecznych zgód i ekspertyz.

Czemu LILAC stał się taki popularny? Wszak ekowioski nie są nowym pomysłem.

Dom Organiczny: Zamieszkali pod ziemią, żeby nie zasłaniać sąsiadom widoku na ocean i nie słyszeć hałasu z autostrady

Istnieją w Niemczech, Danii, Irlandii, USA, a także w Wielkiej Brytanii. Jednak wszystkie one funkcjonują z dala od miast, z którymi z założenia nie chcą mieć nic do czynienia. Natomiast LILAC jest projektem na wskroś miejskim, osiedle zajmuje niewielki obszar, a jego mieszkańcy nie zamierzają uciekać na wieś. – Przychodzą do nas tłumy ludzi. Wielu chciałoby tu zamieszkać. Stworzyliśmy nawet listę oczekujących – mówi Chatterton. Jego zdaniem skala zainteresowania jest tak duża, że w samym Leeds w ciągu dziesięciu lat mogłoby spokojnie powstać nawet 20 takich osiedli.

Tymczasem prof. Dorling zwraca uwagę, że popularność takich idei jak LILAC bierze się także ze zmian pokoleniowych oraz z nowego klimatu społecznego, który pojawił się w Europie po kryzysie 2008 r. – Po pierwsze, generacje wyrosłe w erze internetu przywykły do korzystania ze wspólnych zasobów. Filmy i piosenki ściągają z sieci. Zamiast kupować auta, wzajemnie je użyczają. Oferują sobie nawzajem noclegi. Liczy się dla nich raczej swobodny dostęp do dóbr niż ich posiadanie. Oczywiście zjawisko ma także podłoże ekonomiczne. Młodzi ludzie dotknięci przez kryzys są mniej wiarygodni dla banków. Nie chcą, ale i nie mogą mieć własnych samochodów czy domów. Co im pozostaje? Wynajem, kąt u rodziców. Dlatego szukają alternatywnych rozwiązań, takich jak LILAC – mówi uczony.

Słoma? Naturalnie!

Rozmowa z architektem Jackiem Gałąską, propagatorem budownictwa naturalnego, założycielem jednej z pierwszych w Polsce pracowni architektonicznych projektujących również domy ze słomy.

Czy w Polsce powstają domy ze słomy?

– Tak. Już wybudowanych lub wznoszonych jest od 70 do 100 budynków w technologii zwanej po angielsku strawbale. Polska nazwa to glinosłomobela. Większość z nich posiada konstrukcję drewnianą, którą wypełnia się sprasowanymi kostkami słomianymi. Następnie ściany są pokrywane tynkiem glinianym lub wapiennym. Największy dom, jaki projektowałem, ma 500 m2 powierzchni użytkowej. Większość polskich realizacji można obejrzeć na stronie Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Budownictwa Naturalnego.

Przybywa zainteresowanych słomą?

– Owszem. Coraz więcej ludzi chce bowiem mieszkać zdrowo i tanio. Budynki słomiano-gliniane mogą im to zaoferować. W Europie budownictwo naturalne, oparte na materiałach nisko przetworzonych, takich jak słoma, drewno i glina, jest popularne od lat. Wiele realizacji ma wysoki poziom techniczny i wizualny. Polska nieco odstaje, ale staramy się to nadrobić.

Przygotował Pan pierwszy w Polsce katalog gotowych projektów domów z bloczków ze słomy. Dlaczego?

– Zależy mi na rozpowszechnieniu idei domu dostępnego, a jednocześnie zdrowego i energooszczędnego. Projekty indywidualne są dość drogie. Stąd pomysł stworzenia projektów powtarzalnych, które będzie mógł sobie kupić, a następnie wybudować każdy.

Taki dom ze słomy to propozycja dla każdego czy raczej niszowa oferta dla entuzjastów ekologii?

– Zdecydowanie dla każdego. Na pewno przed podjęciem decyzji warto sobie taki dom zobaczyć, a może i w nim pomieszkać, na przykład w osadzie agroturystycznej „Słomiany zapał” w Borach Tucholskich. Część moich klientów zdecydowała się na taki dom właśnie dlatego, że spędzili w takim budynku wakacje.

Czy w naszym klimacie słoma sprawdza się jako materiał budowlany? Nie straszny jej wiatr, mróz, ulewy?

– Sprawdza się w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Szwajcarii i krajach skandynawskich. I u nas też. Takie domy są projektowane przez inżynierów w taki sposób, by wytrzymały uderzenia wichur i obciążenie śniegiem. Przed deszczem chronią impregnowane tynki gliniane lub wapienne, czasami dodatkowo deskowane.

Czy zimą nie marznie się w takim domu?

– Ależ skąd. Ma on parametry termiczne zbliżone do budynków pasywnych, przy czym osiąga się to względnie niewielkim kosztem. Słoma ma własności izolacyjne zbliżone do styropianu, za to jest od niego znacznie tańsza.

A zagrożenie pożarowe?

– Słoma otynkowana tynkiem wapiennym lub glinianym jest niepalna. Testy przeprowadzone w Europie pokazały, że jej odporność ogniowa wynosi 120 minut. To oznacza, że spełnia najwyższe europejskie standardy przeciwpożarowe.

Jak długo może przetrwać taki dom ze słomy?

– Najstarszy w Europie zbudowany w technologii strawbale stoi prawie 100 lat. I jest w dobrym stanie.

W Wielkiej Brytanii ze słomy wznosi się szkoły, budynki uczelniane i osiedla domów wielorodzinnych. Czy w Polsce też jest to możliwe?

– W tej chwili nie. Technologie naturalnego budownictwa nie posiadają na razie polskich ekspertyz i badań. Pracujemy nad tym w ramach stowarzyszenia OSBN, o którym wspomniałem na początku.

I naprawdę są one takie tanie?

– Budowa domu w technologii naturalnej jest trochę tańsza niż domu murowanego. Ceny w firmach wykonawczych wahają się od 1,9 do 2,5 tys. zł za 1 m2 powierzchni użytkowej, w zależności od systemu budowy oraz cen materiałów. Jednak prawdziwe oszczędności, przede wszystkim na ogrzewaniu, pojawiają się, gdy już w nim zamieszkamy. Pod tym względem dom typu strawbale, czyli z glinosłomobeli, nie ustępuje domom energooszczędnym i pasywnym.

W ”Piątku Ekstra” czytaj też:

Ewolucje ewolucji
Choć ewolucja nie budzi dziś żadnych wątpliwości, to jej przebieg i mechanizmy okazują się o wiele bardziej skomplikowane, niż to się śniło Darwinowi

Tymon Tymański: Nasze gówno to balsam na sterane serca
Chcę, żeby z tego Big Brothera pociekło trochę kwasu, piany i łez, żeby on się zakrztusił, wyrzygał trochę prawdy – mówi Tymon Tymański. „Polskie gówno” od dziś w kinach

Gdy Skandal pieści Szoł-Biza
„Polskie gówno” wcale nie jest tak wesołe, jak można by się spodziewać. Przygody muzyków jeżdżących po Polsce rozlatującym się busem bywają śmieszne, ale częściej są przygnębiające i upokarzające.

Sankowski i Świąder w stereo
Nowości muzyczne: Archive, Modern Times, Untold Stories i Computer Controlled Acoustic Instruments pt2

O tym, co jeleń nosi na głowie [WAJRAK]
Jelenie, a dokładnie jelenie samce – czyli te, które noszą wspaniałe poroża, podglądam sobie nieco dokładniej dwa razy do roku. Raz w czasie ich godów – odbywającego się jesienią rykowiska, a drugi raz zimą – i tuż przed zrzuceniem ich ozdób.

Kurkiewicz w księgarni
Reportaż o wybrzeżu Costa Brava ” Głosy starego morza” Normana Lewisa, fascynująca książka „Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii” Erica Barataya, dla dzieci „Florka. Z pamiętnika ryjówki” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel.

wyborcza.pl/piatekekstra

Ewolucje ewolucji

Wojciech Mikołuszko, 06.02.2015
Wystarczy, że jedna z bakterii uzyska nową umiejętność, a szybko przekazuje ją w prezencie innym mikrobom.

Wystarczy, że jedna z bakterii uzyska nową umiejętność, a szybko przekazuje ją w prezencie innym mikrobom.(123RF)

Choć ewolucja nie budzi dziś żadnych wątpliwości, to jej przebieg i mechanizmy okazują się o wiele bardziej skomplikowane, niż to się śniło Darwinowi
„Ewolucja jest faktem, który nie wymaga żadnego uzasadnienia przez teorię w sensie darwinowskim. Po prostu w kolejnych warstwach skalnych widać, jak zmieniają się organizmy” – mówił prof. Jerzy Dzik z Instytutu Paleobiologii PAN w Warszawie. Również biolodzy badający dziś żyjące organizmy nie mają wątpliwości, że powstały one w wyniku ewolucji. Tylko tak można wytłumaczyć zarówno niezwykłą różnorodność form i trybów życia milionów gatunków, jak i ich zaskakującą jednolitość na poziomie molekularnym.

W izraelskiej jaskini uczeni znaleźli czaszkę, która zmienia wiedzę o naszym „wyjściu z Afryki”. Czaszka pierwszego Europejczyka

Do dziś jednak dyskusję wywołują sam przebieg ewolucji oraz jej mechanizmy. Ogólny zarys przemian świata żywego jest oczywiście znany, ale mnóstwo szczegółów wciąż skrywa mgła tajemnicy. Nowe skamieniałości oraz kolejne badania genów i białek przynoszą informacje, które doszlifowują, a czasem mocno zmieniają tę wizję. Podobnie jest z mechanizmami. Odkąd Karol Darwin ogłosił swoje wiekopomne dzieło „O pochodzeniu gatunków”, wiadomo, że głównym napędem ewolucji jest dobór naturalny. Na świat bowiem przychodzą organizmy różniące się od siebie. Jedne z nich lepiej sobie radzą w środowisku, inne – gorzej. Te pierwsze przeżywają i dają początek kolejnym pokoleniom, te drugie giną bezpotomnie. Wśród dzieci tych osobników, które przetrwały, następują nowe zmiany, czyli mutacje. I znów wkracza dobór naturalny: lepiej przystosowane wygrywają w walce o byt, gorsze znikają.

Galapagos: To miejsce zainspirowało Karola Darwina do stworzenia teorii selekcji naturalnej.

Do niedawna uważano, że właśnie tak, i tylko tak, przebiega ewolucja. Dziś wiadomo, że mechanizm doboru naturalnego nie jest wcale jedyny. Odkryto na przykład, że geny mogą się włączać lub wyłączać, nie zmieniając przy tym swojej budowy. Nie powstaje więc żadna mutacja – po prostu w wyniku diety lub zmian w środowisku gen przestaje (lub zaczyna) działać. A to włączenie bądź wyłączenie jest przekazywane potomstwu.

Jeszcze dziwniejsze informacje nadeszły od badaczy bakterii. Odkryli oni, że potrafią się one na potęgę wymieniać ze sobą genami – i to z przedstawicielami zarówno własnego gatunku, jak i innych. Wystarczy, że jedna z bakterii uzyska nową umiejętność, a szybko przekazuje ją w prezencie innym mikrobom. Nowy gen rozprzestrzenia się więc po świecie bez pomocy typowego doboru naturalnego.

Badacze organizmów bardziej skomplikowanych niż bakterie długo nie zaprzątali sobie tym głowy. Ale i ich spokój został zakłócony. Odkryto, że niektóre geny można dostać w prezencie od wirusów, z pominięciem pośrednictwa ojca lub matki. A niedawno naukowcy z Marine Biological Laboratory w USA ogłosili, że geny przeskakują nawet między skomplikowanymi organizmami. Badali morskiego ślimaka Elysia chlorotica, który znany był z obyczaju okradania glonuVaucheria litorea. Zabierał mu chloroplasty – zielone organelle komórkowe, która umożliwiają fotosyntezę. U nowego, zwierzęcego gospodarza nadal one działały i dostarczały mu pokarm, zmieniając go tym samym w coś w rodzaju roślino-zwierzęcia albo ślimaczej baterii słonecznej. Teraz odkryto, że stało się to możliwe dzięki temu, iż z glonu do komórek ślimaka przeskoczył gen odpowiedzialny za opiekę nad chloroplastami!

Ewolucja chyba nigdy nie przestanie nas zadziwiać.

Kobiecy biust: Boski odprysk ewolucji

Sprawdź, na jakim jesteś etapie ewolucji. Kliknij, aby powiększyć

W ”Piątku Ekstra” czytaj też:

Słomiany zapał
Osiedle LILAC robi furorę w Wielkiej Brytanii. Eksperci mówią, że wyznacza nowe trendy w budownictwie mieszkaniowym. Wymyślili go zapaleńcy, którzy uparli się, by żyć w mieście w sposób neutralny dla środowiska.

Tymon Tymański: Nasze gówno to balsam na sterane serca
Chcę, żeby z tego Big Brothera pociekło trochę kwasu, piany i łez, żeby on się zakrztusił, wyrzygał trochę prawdy – mówi Tymon Tymański. „Polskie gówno” od dziś w kinach

Gdy Skandal pieści Szoł-Biza
„Polskie gówno” wcale nie jest tak wesołe, jak można by się spodziewać. Przygody muzyków jeżdżących po Polsce rozlatującym się busem bywają śmieszne, ale częściej są przygnębiające i upokarzające.

Sankowski i Świąder w stereo
Nowości muzyczne: Archive, Modern Times, Untold Stories i Computer Controlled Acoustic Instruments pt2

O tym, co jeleń nosi na głowie [WAJRAK]
Jelenie, a dokładnie jelenie samce – czyli te, które noszą wspaniałe poroża, podglądam sobie nieco dokładniej dwa razy do roku. Raz w czasie ich godów – odbywającego się jesienią rykowiska, a drugi raz zimą – i tuż przed zrzuceniem ich ozdób.

Kurkiewicz w księgarni
Reportaż o wybrzeżu Costa Brava ” Głosy starego morza” Normana Lewisa, fascynująca książka „Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii” Erica Barataya,dla dzieci „Florka. Z pamiętnika ryjówki” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel.

wyborcza.pl/piatekekstra

 

O tym, co jeleń nosi na głowie

Adam Wajrak, 06.02.2015
Waga poroża u jeleni może przekraczać nawet 10 proc. masy ciała

Waga poroża u jeleni może przekraczać nawet 10 proc. masy ciała (Adam Wajrak)

Jelenie, a dokładnie jelenie samce – czyli te, które noszą wspaniałe poroża, podglądam sobie nieco dokładniej dwa razy do roku. Raz w czasie ich godów – odbywającego się jesienią rykowiska, a drugi raz zimą – i tuż przed zrzuceniem ich ozdób.
Te zimowe obserwacje uskuteczniam u naszego sąsiada Darka Wiącka, który poza tym, że jest właścicielem cudownej agroturystyki (odrobina reklamy za to, co robi, nie zaszkodzi), ale również wielbicielem jeleni. Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale pewnej ciężkiej zimy do siana przeznaczonego dla jego koni przyszły jelenie. Przyszły i zostały. Na początku były dwa albo trzy, dziś jest ich – lekko licząc – kilkanaście, i to głównie byki. Co ciekawe, to właśnie one są najbardziej zaprzyjaźnione z Darkiem. Łanie, które w innych miejscach bardzo szybko przyzwyczajają się do ludzi, tu są jakby bardziej płochliwe. Ciekawe jest to, że jelenie zupełnie się nie boją i wystarczy, że Darek je zawoła, a po chwili wychodzą z lasu. Oczywiście reagują tylko na głos Darka, kto inny może sobie wołać do woli. Poza tym przychodzą do ludzi, którzy są tylko od strony domu. Gdy ktoś podchodzi od strony lasu, natychmiast zwiewają, tak jakby wiedziały, że od skradającego się człowieka nie można się niczego dobrego spodziewać.

Adam Wajrak: Sarna w opałach

Dzięki tym całkiem pokojowym relacjom między człowiekiem a jeleniami mogłem sobie obejrzeć cały przegląd wspaniałych poroży. Różnych. Dużych i małych. I zawsze zachwycających. Mniej i bardziej rozłożystych niczym gałęzie, strzelających w górę niczym płomienie, ciemnych i jasnych. Co ciekawe, pomimo tych ozdób na głowie jelenie wychodziły z całkiem gęstego lasu bez większych problemów, choć nam, ludziom, wydaje się, że powinny się natychmiast w coś zaplątać albo przynajmniej co chwila uderzać.

Nawet gdy jelenie zwiewają w popłochu, nic takiego raczej im się nie przydarza. Poroże to wspaniały i bardzo tajemniczy produkt ewolucji. Takie podwójne ozdoby na głowach ma wiele przeżuwaczy – roślinożernych zwierząt o rozbudowanych żołądkach. Najprostsze z nich to po prostu kostne wyrostki pokryte skórą – takie, jakie mają żyrafy. Nieco bardziej skomplikowane to kostne wyrostki pokryte jakby pochewką z tkanki rogowej, która rośnie, ale nie jest wymieniana. Takie rogi mają żubry, kozice i muflony.

Adam Wajrak: Miłość na rykowisku

Do tego mamy rogowe, wymieniane co roku, niewielkie narośla na kostnej podstawie u żyjących w Ameryce widłorogów. Poroże, czyli coś zbudowanego z tkanki kostnej, noszone na głowie przez jelenie, sarny, łosie oraz renifery, które są jedynymi jeleniowatymi mającymi je u obu płci, jawi się jako coś zupełnie niezwykłego. Po pierwsze, dlatego, że jest to naprawdę kawał kości i u dorodnych jeleni może przekraczać nawet 10 proc. wagi ciała. Trzeba sporego wysiłku organizmu, żeby coś takiego „zbudować”. Po drugie, co roku ta ozdoba jest zrzucana i odbudowywana. Kiedy do poroża zostanie odcięty dopływ krwi – w wypadku naszych jeleni stanie się to w najbliższych tygodniach – tyki po prostu odpadną. A wiosną rozpocznie się formowanie nowych. Po co aż taki wysiłek? Czy chodzi o to, by pokazać łaniom, jakim się jest kandydatem na męża? Może, ale przecież jest na to wiele innych, mniej kosztownych sposobów.

Prawdopodobnie poroża to dowód, że ewolucja nie zawsze musi działać z sensem i logiką w naszym ludzkim rozumieniu, choć bardzo często przy okazji produkuje coś naprawdę pięknego.

W ”Piątku Ekstra” czytaj też:

Słomiany zapał
Osiedle LILAC robi furorę w Wielkiej Brytanii. Eksperci mówią, że wyznacza nowe trendy w budownictwie mieszkaniowym. Wymyślili go zapaleńcy, którzy uparli się, by żyć w mieście w sposób neutralny dla środowiska.

Ewolucje ewolucji
Choć ewolucja nie budzi dziś żadnych wątpliwości, to jej przebieg i mechanizmy okazują się o wiele bardziej skomplikowane, niż to się śniło Darwinowi

Tymon Tymański: Nasze gówno to balsam na sterane serca
Chcę, żeby z tego Big Brothera pociekło trochę kwasu, piany i łez, żeby on się zakrztusił, wyrzygał trochę prawdy – mówi Tymon Tymański. „Polskie gówno” od dziś w kinach

Gdy Skandal pieści Szoł-Biza
„Polskie gówno” wcale nie jest tak wesołe, jak można by się spodziewać. Przygody muzyków jeżdżących po Polsce rozlatującym się busem bywają śmieszne, ale częściej są przygnębiające i upokarzające.

Sankowski i Świąder w stereo
Nowości muzyczne: Archive, Modern Times, Untold Stories i Computer Controlled Acoustic Instruments pt2

Kurkiewicz w księgarni
Reportaż o wybrzeżu Costa Brava ” Głosy starego morza” Normana Lewisa, fascynująca książka „Zwierzęcy punkt widzenia. Inna wersja historii” Erica Barataya,dla dzieci „Florka. Z pamiętnika ryjówki” Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel.

wyborcza.pl/piatekekstra

 

Dlaczego w styczniu lepiej nie chorować?

4 lutego 2015 Michał Zabdyr-Jamróz

O godzinie 6:00 po 14 godzinach morderczych negocjacji osiągnięto porozumienie z Ministrem Zdrowia. Poradnie będą otwarte sukcesywnie, od dzisiaj, jak tylko dotrzemy do pracy – tak brzmi komunikat Zespołu Negocjacyjnego Porozumienia Zielonogórskiego z 7 stycznia 2015 roku. Dokładnie jedenaście lat i jeden dzień wcześniej, po jeszcze bardziej morderczych – bo 40-godzinnych – rozmowach zawarty został bardzo podobny kompromis między tymi samymi stronami. Mechanizm w obu tych przypadkach, jak i wielu, które miały miejsce pomiędzy nimi, był dokładnie ten sam. Rząd – za pośrednictwem NFZ-u – narzuca świadczeniodawcom nowe warunki kontraktów (na udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej ze środków publicznych). Zwykle oznacza to dla lekarzy nowe obciążenia bez dodatkowych pieniędzy. Niezależni świadczeniodawcy – tj. prywatne spółki kapitałowe lub lekarze tworzący indywidualne i grupowe praktyki – podejmują „strajk” polegający na odmowie zawierania kontraktów z NFZ. W styczniu, gdy nowe zasady mają wejść w życie, pacjenci zastają zamknięte gabinety. Rząd – do tej pory nieprzejednany – przekonuje się, że wcześniejsze groźby nie były blefem. Pod presją opinii publicznej rozpoczynają się intensywne negocjacje, po których rząd wycofuje dodatkowe obciążenia albo przeznacza na nie więcej pieniędzy.

W kontekście niedawnego sporu o wdrażanie pakietów reform – „kolejkowego” i „onkologicznego” – do Porozumienia Zielonogórskiego mogła przylgnąć opinia bezwzględnej grupy interesów, która kosztem pacjentów stara się ugrać jak najlepszy interes dla lekarzy. Poniekąd trafnie, ale już normatywna ocena tego stanu rzeczy nie jest wcale tak jednoznaczna, jakby to mogła sugerować ta piętnująca kategoria. Jedenastoletnia historia tej organizacji dowodzi, że jest ona strukturalną koniecznością: jest nieunikniona w systemie zdrowotnym zbudowanym na fundamencie zasady instytucjonalnego egoizmu. Żeby zrozumieć jej rolę, wypada prześledzić historię polskiego systemu zdrowotnego na szerszym tle uprawianego w Rzeczpospolitej modelu polityki.

Data pierwszego porozumienia wynegocjowanego przez Porozumienie – 6 stycznia 2003 roku – nie była przypadkowa. Dopiero co powstał Narodowy Fundusz Zdrowia, państwowy ubezpieczyciel o scentralizowanej strukturze – zastępując samorządowe Kasy Chorych. NFZ, znajdujący się pod bezpośrednią, hierarchiczną kontrolą Ministra Zdrowia i Premiera, mógł teraz dyktować jednolite dla całego kraju warunki kontraktowania świadczeń zdrowotnych. Ta SLD-owska reforma wbrew pozorom tylko w ograniczonej mierze zmodyfikowała system zdrowotny ustanowiony przez koalicję Akcji Wyborczej „Solidarność” i Unii Wolności w 1999 roku – hurtem z trzema innymi „wielkimi reformami”. Swoją drogą, sama ilość przeprowadzanych na raz zmian – uniemożliwiająca adekwatną reakcję społeczną (czy to próbę korekty, czy choćby oswojenia się z nimi) – sprawia, że reforma ta nosiła wiele znamion zastosowania „doktryny szoku”. Utrzymany został mechanizm kontraktowania świadczeń przez publicznego płatnika – rozwiązanie, które miało umożliwić jednoczesne funkcjonowanie „rynku wewnętrznego” i publicznego finansowania usług zdrowotnych, tak aby prywatne jednostki opieki zdrowotnej mogły leczyć za pieniądze z obowiązkowych składek. W takim modelu – naśladującym upowszechniony i sprawdzony w Europie wzorzec niemiecki – obowiązuje ścisłe rozgraniczenie funkcji płatnika i świadczeniodawcy. Inaczej niż w modelach „socjalistycznych” (którego przykładem był choćby oryginalny system brytyjskiej NHS – Narodowej Służby Zdrowia), relacja między świadczeniodawcami a publicznym płatnikiem jest tu kształtowana na zasadzie dobrowolnej, cywilnoprawnej umowy między niezależnymi i formalnie równymi pomiotami.

Oczywiście w systemie, w którym pieniądze z publicznych składek zdrowotnych stanowią najpewniejsze źródło dochodu, trudno mówić o równej pozycji rozproszonych świadczeniodawców w obliczu monopolistycznego płatnika, który na dodatek został scentralizowany i może dyktować reguły gry. W takim układzie w sposób naturalny musiała powstać instytucja zwiększająca siłę przetargową prywatnych świadczeniodawców publicznego systemu. Tak się złożyło, że rolę tę przyjęła powołana w Zielonej Górze Federacja Związków Pracodawców Ochrony Zdrowia, powszechnie znana jako Porozumienie Zielonogórskie. Jego funkcją jest stawianie oporu każdej aktualnie rządzącej opcji politycznej, gdy tylko jej decyzje naruszają interesy członków Porozumienia. W tym kontekście krótki sojusz Porozumienia z PO stanowił wyraźną aberrację i był skazany na rozpad. Porozumienie jest dość typową grupą interesu, działającą bez szerszego programu polityczno-ideologicznego. Warto jednak pamiętać, że jej systemową rolą nie jest obrona interesów pacjentów ani nawet wszystkich pracowników ochrony zdrowia, mimo że takie wrażenie czasem jest wywoływane. Nie działa ona na rzecz wszystkich lekarzy ani tym bardziej pielęgniarek i położnych (w tym miejscu polecić wypada najnowszą książkę poświęconą działalności związkowej pielęgniarek i położnych pt. Bunt białych czepków).Porozumienie Zielonogórskie służy przede wszystkim lekarzom prywatnych podmiotów leczniczych – grupy, która, jak się powszechnie uważa, najbardziej skorzystała na zasadach obowiązującego systemu zdrowotnego. Jako że podstawowa opieka zdrowotna sprywatyzowała się w Polsce szczególnie szybko, jedną z najliczniejszych grup reprezentowanych przez Porozumienie są lekarze pierwszego kontaktu. To właśnie ich pakiet onkologiczny i kolejkowy dotknęły w największym stopniu.

Najsilniejszą bronią Porozumienia Zielonogórskiego jest rzecz jasna skoordynowana odmowa zawierania kontraktów z NFZ. Odmowa taka, podobnie jak odmowa wykonania ponad-limitowych świadczeń – stosowana często przez publicznych świadczeniodawców poddawanych ostrym rygorom płynności finansowej – ma oczywiście jeden podstawowy skutek: ograniczenie dostępu do świadczeń dla pacjentów. Z tego względu działania te wzbudzają słuszne oburzenie opinii publicznej. Właśnie wtedy na jaw wychodzi egoizm grupowy, który stawia pod znakiem zapytania dobrą wolę prywatnych świadczeniodawców. Reagujący oburzeniem na chciwość i egoizm lekarzy gubią jednak z oczu istotę problemu. Rzecz bowiem w tym, że chroniące interes grupowy protesty, często uderzające rykoszetem w zwykłych ludzi, stanowią jedyny skuteczny sposób komunikacji polityczno-instytucjonalnej w Polsce.

Wszystko to jest konsekwencją typowej dla naszych rządów (spod różnych szyldów) praktyki jednostronnego uprawiania polityki. Przy reformach zdrowotnych widać to szczególnie wyraźnie. Niezależnie od rangi i skali reform, są one jedynie fasadowo „konsultowane społecznie” – zorganizowani „interesariusze” nie są traktowani jak równi partnerzy. Ich opinie o proponowanych zmianach są zwykle uwzględniane w minimalnym stopniu albo wprost ignorowane. Ich sprzeciw w fazie tworzenia polityki nie przynosi skutku, gdyż nie mają wiążącego wpływu na proces decyzyjny. Reforma przechodzi gładko i sprawnie – albo raczej takie jest początkowe wrażenie. Potem okazuje się, że te same podmioty, które wyrażały sprzeciw, mają współuczestniczyć we wdrażaniu nowych rozwiązań. Oczywiście, wykorzystują one skrzętnie jedyny punkt wpływu na politykę, jaki mają – blokując reformy i odmawiając podporządkowania się ich zapisom. W ten sposób pas transmisyjny polityki doznaje zatoru dopiero na etapie implementacji. Stało się tak w przypadku pakietów onkologicznego i kolejkowego, zupełnie tak samo było, kiedy aptekarze protestowali w sprawie refundacji leków w 2012 roku (też w styczniu, oczywiście), i w wielu innych przypadkach. Rząd jest oczywiście za każdym razem „zaskoczony” tego typu obrotem spraw. Tymczasem sprzeciw wyrażany już podczas procesu prawotwórczego za każdym razem powinien dla niego stanowić zapowiedź kłopotów. Ignorowanie takich sygnałów nie świadczy dobrze o przezorności naszych polityków.

Ujmując rzecz szerzej, dostrzec można, że takie praktyki są symptomem głębszej choroby trawiącej państwo polskie. Wpadło ono mianowicie w koleiny specyficznego modelu uprawniania polityki. Rzeczpospolita, przechodząc na nowo proces politycznej modernizacji po 1989 roku, po pewnym okresie dezorientacji weszła na ścieżkę konsolidacji tradycyjnego, tzw. racjonalnego modelu polityki. Jest to model rządzenia państwem, który opisał Max Weber w swojej koncepcji zarządzania biurokratycznego. Doskonale wpisuje się on zarazem w model demokracji zaproponowany przez Josepha Schumpetera – tzw. elityzm konkurencyjny. Model ów polega na tym, że cele polityki państwa wyznaczają jednostronnie politycy partii, które wygrały w wyborach. Środki do realizacji tych celów dobierają zaś urzędnicy – w sposób domniemanie apolityczny i ściśle profesjonalny. Obywatele i organizacje społeczne są tu zredukowana do roli biernych odbiorców polityki albo elektoratu wybierającego sobie wodzów. Model ten jest silnie umocowany konstytucyjnie, choćby za sprawą instytucji Korpusu Służby Cywilnej oraz wskutek prymatu pośrednich i partyjnych form demokracji.

Podejście to w Polsce ma być uzupełniane przez tzw. model inkrementalny, zarysowany przez Charlesa Lindbloma w artykule o wymownym, acz trudno przetłumaczalnym tytule The science of „muddling through”  (Nauka „babrania się”, „borykania się”, „przedzierania się”). Model ten powstawał w oparciu o pluralistyczną koncepcję demokracji Roberta Dahla. Tutaj polityka prowadzona ma być metodą małych kroczków i drobnych reform ad hoc, podejmowanych przy ścisłym współudziale rozmaitych grup interesów, organizacji społecznych, związków, stowarzyszeń itp. W Polsce ucieleśnieniem tego modelu są instytucje dialogu społecznego z Komisją Trójstronną na czele. Służą one przede wszystkim do prowadzenia negocjacji pomiędzy władzami publicznymi i dwoma zasadniczymi grupami interesów ekonomicznych: przedsiębiorcami i pracownikami najemnymi.

Pierwszy z tych modeli (racjonalny), przeżywający na Zachodzie złotą erę w pierwszej połowie XX wieku, jest bardzo wygodny przy wdrażaniu dużych, całościowych reform, które realizują jednolitą wizję programową. Z oczywistych względów jest on najbardziej atrakcyjny dla partii politycznych i urzędników – stanowiąc jednocześnie remedium na zjawisko parlamentarno-partyjnego paraliżu państwa. Z tego względu model ten był stanowił na przykład podstawową treść programu Sanacji po zamachu majowym. Ówczesne ustawy (czy raczej dekrety prezydenckie z mocą ustawy) były wzorcowym przykładem elegancko i komplementarnie napisanych aktów prawnych.

Drugi model rządzenia (inkrementalny) zaczął być rozbudowywany po II wojnie światowej, głównie jako mechanizm rozładowywania potencjalnych napięć społecznych (w tym strajków). Służył on budowie szerszych koalicji na rzecz reform. Siłą rzeczy akcentował on przy tym zasadę kompromisu interesów. W Polsce, o ile istnieje sporo instrumentów dialogu społecznego – tak jak wspomniana Trójstronna Komisja ds. Społeczno-Gospodarczych (z Zespołem Trójstronnym ds. Ochrony Zdrowia przy Ministerstwie Zdrowia) czy Wojewódzkie Komisje Dialogu Społecznego – dla wszystkich jest dość jasne, że nie funkcjonują one jak należy. Ich struktura faworyzuje tylko niektóre z podmiotów. Nie przypadkiem to właśnie „Wpływ sposobu organizacji dialogu społecznego na efekty gospodarcze” stanowi przedmiot szczególnego zainteresowania przedstawicieli wielkiego biznesu w Polsce, takich jak Marek Goliszewski z BCC. Aktualnie zjawiska charakterystyczne dla modelu Webera-Schumpetera mocno zdominowały praktykę sprawowania władzy w Polsce. Podejście to ułatwia bowiem sprawne wykorzystanie kapitału politycznego zdobytego w medialnych sporach ideologicznych. Dialog społeczny w jego aktualnej formie nie służy komunikacji potrzeb społecznych, lecz organizowaniu poparcia dla gotowych rozwiązań. Dlatego też organizacje związkowe – tak jak niegdyś Porozumienie Zielonogórskie – poszukują możliwości sojuszy z partiami politycznymi, jako jedynymi, które mogą zagwarantować im jako taki wpływ na politykę. Dokument programowy rządu pt. Zasady Dialogu Społecznego”, od czasu jego uchwalenia w 2002 roku, stosowany jest coraz bardziej fasadowo.

Jak to się ma do interesownych zachowań Porozumienia Zielonogórskiego? Otóż ma się tak, że zachowania takie są u nas systemową koniecznością. Polska przyjęła rywalizacyjny model społeczno-gospodarczy. W systemie zdrowotnym opartym na kontraktach między płatnikiem a świadczeniodawcami, z założenia obie strony umowy „ciągną w swoją stronę”, starając się uzyskać jak najlepsze dla siebie warunki. Mechanizm rynku wewnętrznego wymusza egoizm instytucjonalny. System ten z zasady stawia interesy rządu, pacjentów, lekarzy świadczeniodawców, pielęgniarek w opozycji do siebie nawzajem. I niekoniecznie musi to być patologiczne – pod warunkiem, że istnieją mechanizmy sprawnego rozwiązywania konfliktów interesów, zanim dotkną one grup najsłabszych. Niestety w Polsce mechanizmy te są wadliwe lub nie działają wcale. Kontrakty na udzielanie świadczeń zdrowotnych za publiczne pieniądze są zwykle narzucane z pozycji siły przez instytucje mające do tego uprawnienia regulacyjne. W tej sytuacji jedynym językiem, w którym interesariusze mogą zakomunikować swoje potrzeby – w sposób, który dotrze do decydentów – jest konflikt: strajk świadczeniodawców, odmowa nadwykonań, itp. To jest język szantażu, w którym pacjenci stają się zakładnikami, ale innego języka druga strona nie słucha.

W Polsce mamy więc aktualnie do czynienia z patologiczną kombinacją egoizmu instytucjonalnego z biurokratycznym zarządzaniem publicznym. Brakuje mechanizmów rozładowujących napięcia. Brakuje ich w praktyce, bo teoretycznie istnieją. Problemem jest mentalność, złe nawyki i przesądy dotyczące tego jak powinno się rządzić państwem. Bez zasadniczego przeorientowania modelu komunikacji politycznej w Polsce możemy być pewni, że obywatele–pacjenci wciąż będą traktowani przez obie strony jak karta przetargowa. A przy każdej kolejnej reformie zdrowotnej styczeń będzie miesiącem, w którym lepiej nie chorować.

Michał Zabdyr-Jamróz
Doktoryzujący się politolog. Asystent w Instytucie Zdrowia Publicznego CM UJ. Dżokej PowerPointa; niekonsekwentny anarchodandys. Udzielał się społecznie w Stowarzyszeniu DoxoTronica i Klubie Jagiellońskim. Bardziej publicystycznie pisał m.in. do Pressji i Rzepy. Naukowo pochłania go demokracja deliberatywna a także polityka zdrowotna, socjobiologia i habeas corpus.

nowe-peryferie.pl

 

Pełna mobilizacja w PiS przed konwencją Andrzeja Dudy

Agata Kondzińska, 06.02.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Wielkie są w PiS nadzieje związane z sobotnią konwencją kandydata na prezydenta Andrzeja Dudy. Szlifowane jest jego wystąpienie, do sztabu dopraszani są kolejni politycy, mobilizowane są sojusznicze partie.
Prośba o jak najwyższą frekwencję w sobotnie popołudnie w studiu ATM w Warszawie została już przekazana nie tylko działaczom PiS, ale też liderom Solidarnej Polski i Polski Razem. Zmobilizowane jest Forum Młodych PiS, partyjna młodzieżówka.Zaproszenia dostali popularni blogerzy i osoby aktywne w mediach społecznościowych. – Zależało nam na osobach, które dyskutują z nami merytorycznie, niekoniecznie są wobec nas życzliwe, ale też nie obrażają nas w sieci – mówi „Wyborczej” Paweł Szefernaker odpowiedzialny za kampanię w internecie.Wyborcza konwencja Andrzeja Dudy ma być przełomem i teatrem jednego aktora. W PiS liczą, że jego występ – dzień po występie prezydenta Komorowskiego na radzie krajowej PO – nada Dudzie miano jedynego realnego kontrkandydata. Cyzelowane jest jego wystąpienie. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że wersje są dwie. Do Warszawy przyjdą żona i córka.Sztabowcy PiS odczarowują prezydenckie sondaże zamawiane przez media, w których Andrzej Duda oscyluje na granicy 20 proc., i opowiadają o swoim, w którym ma 25 proc. poparcia, a prezydent – 55 proc. i jest „na granicy pierwszej tury”.Mimo że Duda już od miesiąca objeżdża Polskę, nie przekłada się to na poparcie. A kandydat PiS każdemu coś obiecuje. Przyszłym emerytom – odwrócenie reformy emerytalnej, pacjentom – powstrzymanie „urynkowienia” systemu ochrony zdrowia, rolnikom – że będzie orędownikiem ich spraw, górnikom – że będzie pilnował, czy nie zostaną oszukani przez rząd, czy kopalnie rzeczywiście nie będą likwidowane.Wczoraj na Facebooku poinformował, że ma za sobą odwiedziny w 67 powiatach i 79 spotkań.

Nieżyczliwi drwią, że Duda, który objazd po kraju dzieli z lotami do Brukseli na posiedzenia Parlamentu Europejskiego, jest już zmęczony. – Nic bardziej mylnego, widziałam go wczoraj, wygląda doskonale – mówi Beata Szydło, szefowa jego sztabu.

Sobotnia konwencja ma rozpędzić kampanię wyborczą kandydata PiS. Formalnie od niej powinna się zacząć, bo zgodnie z przepisami kampanię można prowadzić dopiero po ogłoszeniu daty wyborów. Sztabowcy wysłali jednak wcześniej Dudę w Polskę, by pracował na swoją rozpoznawalność. Temu miały też służyć dwa spoty, które PiS wypuścił do internetu.

W budowie jest strona internetowa kandydata (start w przyszłym tygodniu), która ma być platformą skupiającą zwolenników Dudy. Niedawno do sztabu dołączył poseł PiS Jarosław Sellin. Ten były dziennikarz m.in. TVP i Polsatu w latach 90. ma służyć swoją wiedzą o mediach i zostać zastępcą Beaty Szydło w sztabie wyborczym.

Zobacz także

wyborcza.pl

Związki partnerskie. Rząd staje Unii okoniem i blokuje negocjacje

Ewa Siedlecka, 06.02.2015
Wrocław, 25 września 2010 r. Demonstracja poparcia dla ustawy o związkach partnerskich

Wrocław, 25 września 2010 r. Demonstracja poparcia dla ustawy o związkach partnerskich (Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta)

Premier Ewa Kopacz w wystąpieniu na sto dni rządu obiecała uchwalenie ustawy o związkach partnerskich. Rząd blokuje jednak unijne rozporządzenie w tej sprawie.
Unia ma gotowy projekt rozporządzenia regulującego sprawy majątkowe związków partnerskich. Ma obowiązywać w krajach członkowskich. Prawa były jednakowo respektowane we wszystkich państwach. A więc np. jeśli Polacy zawrą związek na Węgrzech, polskie sądy musiałyby respektować to, że po sobie dziedziczą czy odpowiadają wspólnym majątkiem za długi. I to niezależnie od tego, czy w Polsce – lub innym kraju UE – uznaje się związki partnerskie.Projekt przygotowała Komisja Europejska, a półtora roku temu pozytywnie zaopiniował go Parlament Europejski. Teraz przedstawiciele rządów toczą negocjacje w Radzie Europejskiej. Do przyjęcia rozporządzenia potrzebna jest zgoda wszystkich, więc Polska może je zablokować. I chce to zrobić.Wynika to z wytycznych negocjacyjnych dla przedstawiciela Polski, z którymi się zapoznałam. Rząd zdecydował się na blokowanie, mimo że premier Ewa Kopacz w wystąpieniu na sto dni rządu zadeklarowała, że będzie przygotowany projekt regulujący podstawowe sprawy życiowe partnerów. Platforma ma w tym celu przedstawić zmodyfikowany projekt posła Dunina – rejestrowania u notariusza związku polegającego na wspólnocie majątkowej, dziedziczeniu, wspólnej odpowiedzialności za długi, prawie do informacji o zdrowiu partnera i do jego pochowania.Tymczasem w stanowisku negocjacyjnym Polska sprzeciwia się rozporządzeniu, które „oznaczałoby uznanie na polskim obszarze prawnym przynajmniej części skutków prawnych zarejestrowanych związków partnerskich zawartych w innych państwach członkowskich”.Rząd ma zastrzeżenia przede wszystkim do przepisu rozporządzenia, który stanowi, że państwa nie mogą odmawiać uznania skutków majątkowych związków partnerskich, powołując się na „klauzulę porządku publicznego”. Taką klauzulę ma większość krajów. Mówi ona, że jeśli uznanie skutków prawa obcego państwa godziłoby w podstawy porządku prawnego państwa uznającego, to takich skutków się nie uznaje.Według rządu uznanie majątkowych skutków związków partnerskich godziłoby w podstawę polskiego porządku prawnego, którą jest art. 18 konstytucji. Mówi on, że „małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką RP”.

Dlaczego rząd w sprawie związków powołuje się na przepis o małżeństwie? Być może oparł się na opinii opracowanej przez b. wiceministra sprawiedliwości Michała Królikowskiego, który twierdził, że związek partnerski z zasady, niezależnie od jego prawnego kształtu, godzi w obowiązek „ochrony i opieki” małżeństwa i rodziny. Tej opinii nie podzieliły ekspertyzy zamówione przez Sejm z okazji rozpatrywania ustaw o związkach partnerskich.

W tym samym stanowisku rząd stwierdza, że „praktyczne korzyści” z unijnego rozporządzenia dla obywateli polskich „byłyby znikome”.

Tymczasem związki partnerskie w innych krajach UE zawrzeć może ponad 1,2 miliona dorosłych obywateli Polski mających orientację homoseksualną. Dla porównania: kredyty we frankach wzięło 570 tysięcy obywateli RP, a o zabezpieczeniu interesów frankowiczów debatują ministrowie i instytucje finansowe.

– Para jednopłciowa, która zawarła związek w innym kraju UE, ma tam różne prawa: ubezpieczenie zdrowotne, dziedziczenie, informację o stanie zdrowia. Po powrocie do Polski traci to wszystko. W takich rodzinach też rodzą się i są wychowywane dzieci. Uregulowanie przynajmniej kwestii majątkowych to wielka korzyść z wprowadzenia rozporządzenia – partnerzy mogliby bezpieczniej wrócić do Polski – mówi Agata Chaber, prezes Kampanii przeciw Homofobii.

KPH zachęca do podpisywania w internecie apelu do premier Kopacz, marszałka Sejmu i szefów klubów parlamentarnych o wprowadzenie pod obrady Sejmu i uchwalenie ustawy o związkach partnerskich.

Nie udało nam się uzyskać z kancelarii premiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego mimo zapowiedzi premier Kopacz rząd sprzeciwia się uchwaleniu unijnego rozporządzenia.

W tej chwili na 28 państw UE tylko pięć nie uznaje ani związków partnerskich, ani małżeństw jednopłciowych. Oprócz Polski to Grecja, Rumunia, Cypr i Włochy.

UE: Partnerzy muszą mieć prawa

Polska ma coraz więcej problemów wynikających z nieuznawania skutków związków partnerskich zawartych za granicą.

Pierwszy dotyczył prawa wjazdu do Polski bez wizy partnerów Polaków spoza Unii.

Unia gwarantuje im to prawo jako „rodzinie” obywatela Unii, ale polskie przepisy uznają partnera za osobę obcą. Po przegranych sprawach przed sądem administracyjnym szef Straży Granicznej wydał interpretację, że partnerzy powinni jednak być traktowani jak osoby bliskie i na granicy dostawać automatycznie wizę.

Kolejny problem to zakup nieruchomości w Polsce przez partnerów Polaków lub wspólnie Polaka i partnera. Polskie prawo przewiduje, że cudzoziemiec musi wykazać „związek z Polską”. Takim związkiem jest małżeństwo, ale nie związek partnerski.

Trzeci problem: dzieci z legalnych związków partnerskich Polaków nie dostają polskiego obywatelstwa, mimo że konstytucja im to gwarantuje.

Niedawno Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę Polki. Jej córce odmówiono rejestracji brytyjskiego aktu urodzenia, w którym w rubrykach „rodzice” była wpisana ona i jej partnerka.

Brak rejestracji aktu urodzenia uniemożliwia uzyskanie polskiego paszportu, dostęp do służby zdrowia, oświaty i korzystania z innych praw obywatela polskiego.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s