Grabaż (09.02.15)

 

Krzysztof „Grabaż” Grabowski: widzę ku…stwo, które ten kraj toczy

Żaneta Gotowalska
Redaktor Onet Wiadomości
09.02.2015

Ma na swoim kon­cie 15 płyt, Pasz­port Po­li­ty­ki, a na sce­nie obec­ny jest od 30 lat. W wy­wia­dzie dla Onetu mówi: „z jed­nej stro­ny mam do mej oj­czy­zny uczu­cia mi­ło­ści, sen­ty­men­tu, przy­wią­za­nia, ale z dru­giej stro­ny widzę to ku…​stwo, które ten kraj nisz­czy, toczy”. Z Krzysz­to­fem „Gra­ba­żem” Gra­bow­skim, li­de­rem Pi­dża­my Porno i ze­spo­łu Stra­chy na Lachy, o Pol­sce, mu­zy­ce i co­dzien­no­ści ar­ty­sty, roz­ma­wia­ła Ża­ne­ta Go­to­wal­ska.

Krzysztof "Grabaż" Grabowski - fot. Sławomir Nakoneczny

Foto: Sławomir Nakoneczny / Materiały prasoweKrzysztof „Grabaż” Grabowski – fot. Sławomir Nakoneczny

Ża­ne­ta Go­to­wal­ska: Do­brze ci się żyje w Pol­sce?

Krzysz­tof „Gra­baż” Gra­bow­ski: Życie z Pol­ską i w Pol­sce…  Z jed­nej stro­ny mam do mej oj­czy­zny uczu­cia mi­ło­ści, sen­ty­men­tu, przy­wią­za­nia. Ale z dru­giej stro­ny widzę to ku…​stwo, które ten kraj nisz­czy, toczy.

Pró­bu­ję na takie rze­czy zwra­cać uwagę. To jest za­da­nie ar­ty­sty, który bywa za­an­ga­żo­wa­ny spo­łecz­nie. Sta­ram się te rze­czy, które sam za­uwa­żam, opi­sy­wać i śpie­wać o nich w pio­sen­kach.

Boisz się po­wro­tu PiS do wła­dzy?

Oba­wiam się wszyst­kich ludzi, któ­rzy są nie­obli­czal­ni. PiS to for­ma­cja, któ­rej rządy wiele złego Pol­sce wy­rzą­dzi­ły. To, że Pol­ska jest dra­ma­tycz­nie prze­cię­ta na pół, to za­słu­ga Ja­ro­sła­wa Ka­czyń­skie­go i jego so­cjo­tech­ni­ki. To pro­ces, który jest ste­ro­wa­ny przez niego świa­do­mie, cy­nicz­nie i bez­względ­nie.

W tym bo­le­śnie po­dzie­lo­nym kraju sta­ram się zna­leźć miej­sce dla sie­bie. Jest to bar­dzo cięż­kie, ubo­le­wam nad tym. Przez całe życie ma­rzy­łem, by w na­szym kraju do­szło do sy­tu­acji, w któ­rej lu­dzie ma­ją­cy po­mysł na sa­me­go sie­bie, mogli to zre­ali­zo­wać.

Ty sobie z tym jakoś po­ra­dzi­łeś.

Parę rze­czy, które po Okrą­głym Stole za­czę­ły leżeć na ulicy, pod­nio­słem. Dzię­ki temu je­stem tym, kim je­stem. Z per­spek­ty­wy 20-kil­ku lat widzę jed­nak, że jest spore grono osób, które się na to nie za­ła­pa­ło. Jest też więk­sze grono, które mnie jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża, które nie za­ła­pa­ło się na to, by co­kol­wiek z ulicy pod­nieść. To dra­mat.

Całe po­ko­le­nie mło­dych ludzi jest bez­rad­ne. Od­ci­na­ne są im moż­li­wo­ści zro­bie­nia ka­rie­ry, zre­ali­zo­wa­nia sie­bie sa­mych. Mło­dzi lu­dzie zo­sta­li za­mknię­ci w klau­stro­fo­bicz­nym sło­iku, tło­czą się tam, obi­ja­jąc się o sie­bie, nie mając żad­nych per­spek­tyw. To bar­dzo słabe.

Mamy dalej wil­czy ka­pi­ta­lizm. Ci, co mieli się na­cha­pać, już to zro­bi­li. Ci, któ­rzy nie zdą­ży­li, nie mieli oka­zji, nie mają nic. To dy­so­nans. Uwa­żam, że ci, któ­rzy są naj­bo­gat­si, po­win­ni za­opie­ko­wać się tymi od­rzu­co­ny­mi.

W tym boleśnie podzielonym kraju staram się znaleźć miejsce dla siebie. Jest to bardzo ciężkie, ubolewam nad tym. Przez całe życie marzyłem, by w naszym kraju doszło do sytuacji, w której ludzie mający pomysł na samego siebie, mogli to zrealizować.

Krzysztof „Grabaż” Grabowski

Jest na to jakiś spo­sób?

Gdy­bym był mi­liar­de­rem, sta­rał­bym się, by z tego bo­gac­twa ko­rzy­sta­li też i inni. Na­tu­ral­nym, ludz­kim od­ru­chem jest to, by ten dy­stans skra­cać. Oddać część swo­je­go bo­gac­twa lu­dziom, któ­rzy nic nie mają. To je­dy­na szan­sa dla tego kraju. Je­że­li ci naj­bo­gat­si nie zdo­bę­dą się na tego typu re­flek­sje, to za chwi­le nie będą mieli nic.

Przyj­dzie taki bur­del, że albo bę­dzie­my ko­lej­ną re­pu­bli­ką ba­na­no­wą, albo w ogóle nas nie bę­dzie. I znów bę­dzie­my mówić: mia­łeś, cha­mie, złoty róg. Lu­dzie, który się wzbo­ga­ci­li, a sami wy­ro­śli z bu­ra­ków, są po­zba­wie­ni re­flek­sji spo­łecz­nej. Trze­ba im po­gro­zić utra­tą ich mi­liar­do­wych bo­gactw. Może zmą­drze­ją.

Nie może być tak, że jest taka wyrwa: jedni na szczy­cie, dru­dzy wyje… w ko­smos, funk­cjo­nu­ją­cy jak to­tal­ny mar­gi­nes. To prę­dzej czy póź­niej od­bi­je się na całym spo­łe­czeń­stwie.

Kiep­ska jest kon­dy­cja na­sze­go kraju…

Pań­stwo pol­skie jest opę­ta­ne pa­ra­li­żem, coraz mniej jest w sta­nie nam za­gwa­ran­to­wać. Nie jest w sta­nie roz­wi­nąć żad­nej opie­ki nad nami. Niby to jest Unia Eu­ro­pej­ska, XXI wiek, ale na dobrą spra­wę przy­po­mi­na­my pierw­szych osad­ni­ków na Dzi­kim Za­cho­dzie.

Były osoby, które sobie z tym po­ra­dzi­ły, ale jest wciąż spora część, która po­le­gła. W ka­pi­ta­li­zmie są lu­dzie bo­ga­ci i bied­ni, ale jeśli prze­ło­ży­my nasz ka­pi­ta­lizm na ten we Fran­cji czy Niem­czech, to jest ogrom­na róż­ni­ca. Bo­ga­ci z Pol­ski w Niem­czech by­li­by klasą śred­nią.

Czy twój pro­blem z de­pre­sją to za­mknię­ty etap?

De­pre­sja to przy­pa­dłość, którą każdy z nas ma, w więk­szym lub mniej­szym stop­niu. Po­rów­nam to do zęba. Jak cię boli ząb – idziesz do den­ty­sty. Jak cię boli dusza – idziesz do psy­chia­try. Jeśli jest dobry psy­chia­tra – to może ci pomóc. Mam do­bre­go le­ka­rza i mi po­ma­ga. Żyję z sio­strą de­pre­sją cały czas, na karku, pod ręką. Mam ochro­nę psy­chia­trycz­ną i daję sobie z tym radę.

Czy czu­jesz się „chory na wszyst­ko”?

Są mo­men­ty, że czuję się chory na wszyst­ko. Kiedy za bar­dzo wczu­wam się w rolę i wcho­dzę we wszyst­kie pro­ble­my, które do­ty­czą na­sze­go spo­łe­czeń­stwa. Nie spo­sób nie być wtedy cho­rym na wszyst­ko.

Jak sobie z tym ra­dzisz?

Wy­two­rzy­łem w sobie prze­ciw­cia­ła, które po­zwa­la­ją się od­izo­lo­wać. Boli cię ząb, bie­rzesz ta­blet­kę i ten ból ci prze­cho­dzi. Je­stem wła­śnie na takim eta­pie. Wia­do­mo, że przyj­dzie mo­ment, że bę­dzie trze­ba ten ząb usu­nąć.

Je­stem teraz w takim sta­nie, że sta­ram się nie my­śleć o tym, co bę­dzie, gdy de­pre­sja do­pad­nie mnie na ca­łe­go. Je­stem w chwi­li, w któ­rej wszyst­kie złe rze­czy zwią­za­ne ze spo­łecz­ny­mi lę­ka­mi są w ja­kimś od­da­le­niu.

Trze­ba pa­mię­tać, że czło­wiek we współ­cze­snym świe­cie żyje w za­gro­że­niu. Kiedy je­steś zdro­wy, wszyst­ko jest okej. Ale jak nóżka się po­wi­nie, coś się zwich­nie, nie daj Boże, trze­ba bę­dzie się zmie­rzyć z pol­ską służ­bą zdro­wia. Wtedy mo­men­tal­nie czu­jesz się bo­ha­te­rem „Pro­ce­su” Kafki. Wszyst­ko od­wra­ca się do góry no­ga­mi. Lą­du­jesz w głę­bo­kiej du….

Maria Pe­szek rów­nież miała de­pre­sję. Two­rząc płytę „Jezus Maria Pe­szek” nieco na tej de­pre­sji „sko­rzy­sta­ła”. Nie my­śla­łeś, by – tak jak ona – coś na tym ugrać?

Szcze­rze? Gdyby płyta Marii Pe­szek była ch…, to de­pre­sja w ni­czym by jej nie po­mo­gła. Ta płyta była zaje… i dla­te­go od­nio­sła suk­ces. To naj­lep­sza płyta Ma­ry­si, jaką na­gra­ła.

De­pre­sja jest naj­po­pu­lar­niej­szą cho­ro­bą wśród ludzi, któ­rzy są nad­wraż­liw­ca­mi. Nie ma żad­ne­go ar­ty­sty, który by nim nie był.  Z jed­nej stro­ny to bło­go­sła­wień­stwo, a z dru­giej prze­kleń­stwo. Ja też zro­bi­łem płytę po de­pre­sji – „Do­de­ka­fo­nię”.

Na końcu „Do­de­ka­fo­nii” jest utwór „Radio Dal­ma­ci­ja”, który – jak po­wie­dzia­łeś – opo­wia­da o go­ściu, któ­re­mu się ewi­dent­nie prze­la­ło. Po­dob­nym utwo­rem była „Droga na Brześć”. Czy to nie jest tak, że po­peł­niasz pa­pie­ro­we sa­mo­bój­stwo, by za­mknąć pe­wien etap twór­czo­ści?

Tak się czu­łem, kiedy pi­sa­łem ten utwór. Każdy twór­ca cza­sem po­wi­nien na­pi­sać tak, jakby to była ostat­nia rzecz, którą ma stwo­rzyć. Cho­dzi­łem koło „Radio Dal­ma­ci­ja” pra­wie 10 lat.

Kiedy czy­ta­łam bio­gra­fię i tra­fi­łam na frag­ment tłu­ma­czą­cy nieco treść tego utwo­ru, po­my­śla­łam, że to jakiś ko­niec w two­jej twór­czo­ści.

Od  „March­fii  w bu­to­nier­ce”, czyli 2001 roku, po każ­dej pły­cie do­cho­dzę do mo­men­tu, kiedy je­stem pusty i ja­ło­wy. Za­wsze po­ja­wia się mo­ment wy­czer­pa­nia i zu­ży­cia. Trze­ba się na nowo okrę­cić, ze­brać w sobie i po­cze­kać na przy­chyl­ność nie­bios. Ze­brać znów siły i na­pi­sać coś no­we­go.

Im dalej w las, tym u mnie te okre­sy prze­rwy są dłuż­sze. Przed  „Do­de­ka­fo­nią” nie na­pi­sa­łem nic przez trzy lata. To wią­za­ło się z de­pre­sją. Pró­bo­wa­łem i nic nie wy­cho­dzi­ło. Kiedy wy­sze­dłem sam z sobą na pro­stą  – na­pi­sa­łem tę płytę.

Jeśli cho­dzi o płytę „!TO!” – mi­nę­ły trzy lata, znów przy­szło, na­pi­sa­łem, uka­za­ło się. Teraz je­stem cał­ko­wi­cie ja­ło­wy, czy­sty. Trze­ci rok mija, a ja nic nie piszę. Nie czuję ta­kiej po­trze­by. Nawet nie pró­bu­ję ni­cze­go za­czy­nać, bo nie mam nic do po­wie­dze­nia. Paweł Du­nin-Wą­so­wicz po­wie­dział o pio­sen­kach z płyty „!TO!”, że to są już au­to­pla­gia­ty.

Cze­kam, cze­kam, cze­kam…  Okres ten nie wiąże się u mnie z jakąś za­łam­ką. Po pro­stu wiem, sam sobie uświa­do­mi­łem, że zro­bi­łem już tyle rze­czy w życiu, że nie muszę sobie ni­cze­go udo­wad­niać. Wszyst­ko ma swój kres. Być może pi­sa­nie pio­se­nek się u mnie skoń­czy­ło.

Czy po­dró­że cię in­spi­ru­ją do pi­sa­nia tek­stów?

Każdy spo­sób na pi­sa­nie pio­sen­ki jest dobry. Każdy autor ma swoje spo­so­by. Był taki mo­ment w moim życiu, kiedy byłem aż tak nie­cier­pli­wy, że na urlo­pie po­sta­no­wi­łem pisać pio­sen­ki. Na szczę­ście był tylko jeden taki rok.

Na­pi­sa­łem „List do Che”, „Drogę na Brześć”, „Kosz­ma­rów 4 pary” – trzy po­waż­ne utwo­ry, które miały wątek chor­wac­ki. Kiedy zna­jo­mi szli się opa­lać, ja zo­sta­wa­łem w po­ko­ju i pi­sa­łem, bo mia­łem taką po­trze­bę, a gi­ta­ra była pod ręką. To było w 2003 roku. Od tego czasu nie biorę ze sobą gi­ta­ry. Po­świę­cam się wy­po­czyn­ko­wi.

Sam sobie uświadomiłem, że zrobiłem już tyle rzeczy w życiu, że nie muszę sobie niczego udowadniać. Wszystko ma swój kres. Być może pisanie piosenek się u mnie skończyło.

Krzysztof „Grabaż” Grabowski

I co dalej?

Nie wiem. Je­stem go­ściem, który ma na swoim kon­cie 15 płyt. Na tych pły­tach są moje pio­sen­ki.

Pla­nu­jesz coś no­we­go?

Nie. Znów wra­ca­my do klo­nów i do Du­ni­na-Wą­so­wi­cza. Paweł jest takim czło­wie­kiem, który może po­wie­dzieć wszyst­ko na temat tego, co robię. Jeśli on od­no­si takie wra­że­nie, myślę sobie, że wi­docz­nie tak być musi. Wyj­ścia są dwa: cał­ko­wi­cie prze­kom­bi­no­wać sie­bie albo za­milk­nąć.

Ale to jest jakaś wy­rocz­nia?

Każdy ar­ty­sta po­wi­nien mieć men­to­ra. Paweł bywa moim men­to­rem, jest czło­wie­kiem, który po­sia­da taki smak ar­ty­stycz­ny, z któ­rym to sma­kiem się liczę. Je­stem szczę­śli­wy, że mam kogoś, kto jest w sta­nie – w bar­dziej lub mniej kry­tycz­ny spo­sób – spoj­rzeć na to, co robię.

Bar­dzo cięż­ko jest być sę­dzią we wła­snej spra­wie. Wtedy bar­dzo do­brze jest mieć kogoś, kto ci sprzy­ja, ale jed­no­cze­śnie po­tra­fi za­cho­wać obiek­ty­wizm wobec tego, co ro­bisz. Je­dy­nym takim osob­ni­kiem jest Paweł. Cza­sa­mi się de­ner­wu­ję na to, co mówi, ale póź­niej czę­sto przy­zna­ję mu rację. Do­brze mieć kogoś ta­kie­go nad sobą.

No i nie two­rzysz…

Byłem bar­dzo płod­ny wtedy, kiedy nie było kom­pu­te­rów. Wtedy, w każ­dej wol­nej chwi­li jaką mia­łem, chwy­ta­łem za gi­ta­rę. Gra­łem sobie ka­wał­ki, ko­ja­rzy­łem słowa. Po­jem­ność mo­je­go mózgu była wtedy dużo więk­sza niż obec­nie.

Nie mu­sia­łem sobie ni­cze­go no­to­wać, na­gry­wać. Wszyst­ko dzia­ło się w mojej gło­wie. Kom­pu­ter to bladź, za­wład­nął mną cał­ko­wi­cie. Bar­dzo trud­no jest mi się od tego ode­rwać.

Czy łatwo mieć przy­ja­ciół, będąc ar­ty­stą?

Za­le­ży o ja­kich po­zio­mach przy­jaź­ni mowa.

Za­śpie­wa­łeś kie­dyś, że „wro­gów…”

„Wro­gów się boję mniej, bar­dziej przy­ja­ciół”…  Ge­ne­ral­nie nie mam przy­ja­ciół. Jest kilka osób, o któ­rych myślę, że są moimi przy­ja­ciół­mi i chciał­bym wie­rzyć, że tak jest. Na­to­miast nie sta­ram się drą­żyć tego aż tak do­kład­nie, żeby pod­da­wać ich ja­kim­kol­wiek te­stom. Je­stem po­trój­nie nie­uf­ny wobec ludzi…

Po­trój­nie nie­uf­ny, ale masz ponad czte­ry ty­sią­ce zna­jo­mych na Fa­ce­bo­oku.

To są zna­jo­mi. Je­stem bar­dzo trud­nym go­ściem w obej­ściu. Cięż­ko być moim przy­ja­cie­lem. Sta­ram się nie sza­fo­wać tym ter­mi­nem: „przy­ja­ciel”.

A są nimi lu­dzie z ze­spo­łu?

Lu­dzie z ze­spo­łu, to lu­dzie z ze­spo­łu.

A Kozak (An­drzej Ko­za­kie­wicz, gi­ta­rzy­sta w ze­spo­le Stra­chy na Lachy i Pi­dża­ma Porno – red.) to twój przy­ja­ciel?

To zu­peł­nie inny ro­dzaj re­la­cji in­ter­per­so­nal­nych. To są, w pew­nym sen­sie, naj­waż­niej­si dla mnie lu­dzie. Lu­dzie, któ­rzy przy wszyst­kich moich wa­dach i ewi­dent­nych nie­do­stat­kach, za­ufa­li mi. Praca ar­ty­stycz­na ze mną jest jak nie­sie­nie krzy­ża. Oni ten krzyż ze mną niosą. Ale, z dru­giej stro­ny, myślę, że aż tak źle ze mną nie mają. Je­stem taką po­sta­cią, która się wy­my­ka kla­sycz­nym de­fi­ni­cjom bycia ar­ty­stą.

Je­stem fe­no­me­nem. Go­ściem, który ma ze­ro­we umie­jęt­no­ści, ale po­tra­fi ze­lek­try­zo­wać swoją pu­blicz­ność. Bez chło­pa­ków z ze­spo­łu był­bym nikim. Oni beze mnie też. To kla­sycz­na sym­bio­za, ze­spół wła­śnie. W przy­pad­ku Ko­za­ka czy Ku­zy­na (Rafał Pio­tro­wiak, per­ku­si­sta w ze­spo­le Stra­chy na Lachy i Pi­dża­ma Porno  – red.) trwa to już pra­wie 30 lat. Nie jeź­dzi­my ze sobą na wa­ka­cje, nie spę­dza­my ze sobą świąt. Spo­ty­ka­my się na pró­bach i na kon­cer­tach. Mnie ten ro­dzaj bli­sko­ści wy­star­czy. Myślę, że im także.

Wspo­mnia­łeś o umie­jęt­no­ściach… Jak to jest z two­imi lek­cja­mi śpie­wu?

Do­je­cha­li­śmy do mo­men­tu, w któ­rym trze­ba było coś ze mną zro­bić. Prak­tycz­nie w tym samym mo­men­cie, ze­spół i ja, pod­ję­li­śmy tę de­cy­zję. Można po­wie­dzieć, że prze­ży­li­śmy or­gazm w tym samym cza­sie.

Elż­bie­ta Za­pen­dow­ska po­wie­dzia­ła, że nie trze­ba umieć śpie­wać, żeby móc to robić do­brze. Nie boisz się, że po lek­cjach śpie­wu za­tra­cisz taką gra­ba­żo­wą ma­nie­rę, na którą skła­da­ją się pewne nie­do­sko­na­ło­ści, a którą lu­dzie tak lubią i która jest dla cie­bie cha­rak­te­ry­stycz­na?

Za­pew­niam cię, że nie­do­sko­na­ło­ści były, są i będą (śmiech).

To są lek­cje mo­du­la­cji głosu?

Daj spo­kój. Je­stem głu­chy jak pień (śmiech).

To po co te lek­cje?

Są o tyle cenne, że pod­da­ję się oce­nie osoby, która jest z ze­wnątrz.  Zaje… do­świad­cze­nie. Tyle lat to nade mną wi­sia­ło. Pewne rze­czy były na wy­cią­gnię­cie ręki, a ja sobie z tego nie zda­wa­łem spra­wy. Na tych lek­cjach mu­sia­łem przy­jąć na twarz całą praw­dę o sobie.

Wy­obraź sobie go­ścia, z pla­ty­no­wy­mi i zło­ty­mi pły­ta­mi, z pasz­por­tem Po­li­ty­ki na kon­cie, w któ­re­go rąbie się jak w bok­ser­ską grusz­kę (śmiech). To nie było miłe, ale było praw­dzi­we. Sta­ra­my się pra­co­wać tak, by prze­su­wać środ­ki cięż­ko­ści. To daje efek­ty. Radzę sobie z rze­cza­mi, z któ­ry­mi dotąd sobie nie ra­dzi­łem. Jak to lu­dzie od­bio­rą? 95 proc. w ogóle nie zwró­ci na to uwagi. A te 5 proc.? Po­ży­je­my, zo­ba­czy­my.

Dużo do­sta­jesz nie­przy­chyl­nych wia­do­mo­ści na Fa­ce­bo­oku?

Fa­ce­bo­ok spodo­bał mi się dla­te­go, że są tam osoby, które mają imię, na­zwi­sko, twarz. Je­stem w sta­nie ogar­nąć, kim ta osoba jest. Na pod­sta­wie tych kon­kre­tów ak­cep­tu­ję jego proś­bę o zo­sta­nie zna­jo­mym. Każ­de­mu daję kre­dyt za­ufa­nia. Lecz jeśli spe­cy­ficz­na linia za­ufa­nia zo­sta­je na­ru­szo­na, nie mam za­ha­mo­wań, by się tej osoby po­zbyć.

Fa­ce­bo­ok po­do­ba mi się też dla­te­go, że prze­wa­ża­ją tam po­zy­tyw­ne kli­ma­ty, jest po­zy­tyw­na wy­mia­na myśli i ener­gii. Spo­ty­kam się z oso­ba­mi en­tu­zja­stycz­nie do mnie na­sta­wio­ny­mi. Tacy po­win­ni być zna­jo­mi. Ty ich lu­bisz, ale oni też lubią cie­bie. Nikt mi na Fa­ce­bo­oku nie na­pi­sał, że je­stem bu­ra­kiem i wie­śnia­kiem. To wcze­śniej, na forum, się zda­rza­ło.

Ko­bie­ty piszą w ko­men­ta­rzach na Fa­ce­bo­oku, że chcia­ły­by być twoją żoną (śmiech).

Nie spo­tka­łem się z czymś takim.

Masz sporo fanek?

Jeśli mó­wi­my o mnie, jako prze­cięt­nym męż­czyź­nie w wieku 50 lat, to tak, mam sporo fanek.

Foto: Sławomir Nakoneczny / Materiały prasowe

Dziew­czy­ny, które jeż­dżą na kon­cer­ty i do­dat­ko­wo masz je w zna­jo­mych, wkrę­ca­ją się w twoje pry­wat­ne życie?

Nie, moje życie jest moim ży­ciem. Ni­ko­go w nie nie wkrę­cam. Je­stem ja, moja pry­wat­ność, któ­rej strze­gę skru­pu­lat­nie.

A łatwo jest mieć ro­dzi­nę, żonę, będąc ar­ty­stą?

Nigdy nie można po­wie­dzieć, że łatwo jest mieć żonę. Każda taka re­la­cja wy­ma­ga kom­pro­mi­sów i zaje… walki o sie­bie. Je­stem ze swoją ko­bie­tą pra­wie 30 lat. Mie­li­śmy różne fajne mo­men­ty, ale też i mo­men­ty fa­tal­ne.

Nie jest łatwo być ar­ty­stą, który ma ro­dzi­nę, ale dużo trud­niej jest być ro­dzi­ną ar­ty­sty. Do­sko­na­le sobie z tego zdaję spra­wę. To wy­ma­ga zaje… kom­pro­mi­sów z oby­dwu stron.

A co z two­imi utwo­ra­mi o re­la­cjach dam­sko-mę­skich? Jest „Za stary na Co­urt­ney Love” i „Ru­mie­niec” – utwo­ry o ro­man­sie i jego kon­se­kwen­cjach…

Ist­nie­je coś ta­kie­go, jak pi­sa­nie na pod­sta­wie swo­ich oso­bi­stych prze­żyć. Ale jest też li­te­rac­ka wy­obraź­nia. Wtedy się pisze sce­na­riu­sze. Masz wy­obraź­nię, po­tra­fisz tak na­krę­cić sie­bie, by zna­leźć się w tej hi­sto­rii na tyle au­ten­tycz­nie, żeby od­bior­ca, który łyka tę hi­sto­rię, my­ślał, że to zda­rzy­ło się na­praw­dę.

W jed­nym przy­pad­ku mo­żesz na­pi­sać pio­sen­kę opar­tą na fak­tach. W dru­gim, utwór, który chwy­ta za serce płeć pięk­ną, ale opar­ty jest na wy­obraź­ni. Na tym po­le­ga ta­lent. Po­tra­fisz te hi­sto­rie umiej­sco­wić tak, że od­bie­rasz je jako au­ten­tycz­ne. Są moje pio­sen­ki, które opie­ra­ją się na au­ten­tycz­nych zda­rze­niach, ale więk­szość jest prze­ze mnie wy­my­ślo­na.

A „Mo­ral­ne salto”, które jest uwiel­bia­ne przez wiele ko­biet. Fik­cja?

Hi­sto­ria jest ba­nal­na. Facet opusz­cza ko­bie­tę, wy­bie­ra młod­szą ko­le­żan­kę. Ubra­łem to w słowa i wy­szła taka, a nie inna pio­sen­ka. Nie mogę po­wie­dzieć, że było to o jed­nej, kon­kret­nej hi­sto­rii. Pi­sząc, bywam re­ży­se­rem, opo­wia­dam coś. Wiele osób myśli: to jest coś o mnie. To wtedy zna­czy, że film wy­szedł. Jeśli robię pio­sen­kę, z którą iden­ty­fi­ku­je się wiele osób, to zna­czy, że ta pio­sen­ka jest okej.

Będąc liderem czasami trzeba podejmować chu… decyzje, po podjęciu których czujesz się chu…. Ja się tak właśnie czułem. Ale podjąłem taką decyzję i wiem, że to jest słuszne.

Krzysztof „Grabaż” Grabowski

Po re­ak­ty­wa­cji Pi­dża­my Porno nie uwie­ra­ją cię twoje stare tek­sty? Były one bar­dziej bun­tow­ni­cze. W wieku 50 lat wyj­dziesz na scenę i za­śpie­wasz, że je­steś „poje… pun­kow­cem”?

Tego aku­rat nie śpie­wam (śmiech). Na pły­tach Stra­chów też jest kilka tek­stów bun­tow­ni­czych. Roz­ma­wia­my po ko­lej­nej pró­bie Pi­dża­my. Czer­pię z tego wiel­ką przy­jem­ność. Ab­so­lut­ny dresz­czyk ro­bie­nia cze­goś no­we­go, mimo że już to kie­dyś ro­bi­łem, na­pi­sa­łem. Od­bie­ram to jako super przy­go­dę.

W tym roku bę­dziesz ob­cho­dził 50. uro­dzi­ny. Czy to nie jest tak, że re­ak­ty­wa­cja Pi­dża­my to twój pre­zent dla sa­me­go sie­bie?

Też. Za­czą­łem od­czu­wać dys­kom­fort, że moje pio­sen­ki dla Pi­dża­my leżą gdzieś odło­giem. A „stara” Pi­dża­ma nie była w sta­nie ich grać. Tak cza­sa­mi bywa. Wy­ko­naw­czo do­tar­li­śmy do punk­tu „Wiel­ka nie­moż­ność”. Trze­ba było roz­su­płać węzeł gor­dyj­ski. Bycie w Pi­dża­mie opie­ra­ło się na re­la­cjach kum­plow­skich.

W sta­rym skła­dzie do­tar­li­śmy do punk­tu, gdzie kum­pel­stwo prze­szka­dza­ło. Nie byłem w sta­nie, za każ­dym po­wro­tem, wra­cać do bazy, fun­da­men­tu. Nie mia­łem sił, by się wy­kłó­cać, gdzie jest dur a gdzie mol. Nie mia­łem na to czasu, ocho­ty, nie byłem go­to­wy na to psy­chicz­nie.

Z dru­giej stro­ny były Stra­chy na Lachy, które same prze­szły przez okres burz, czasy gdzie by­wa­ło fa­tal­nie. Po­tra­fi­li­śmy jed­nak z tej sy­tu­acji wy­brnąć. Mu­sie­li­śmy prze­kro­czyć sie­bie sa­mych i to zro­bi­li­śmy. Wy­szło mi, że ten skład per­so­nal­ny, to naj­więk­szy mój ka­pi­tał.

Z dru­giej stro­ny Stra­chy, jako band, kapkę się prze­grzał. Nad­wą­tli­li­śmy ko­niunk­tu­rę. Więc sy­tu­acja wyj­ścio­wa wy­glą­da na­stę­pu­ją­co: pra­cu­jesz z do­ro­sły­mi męż­czy­zna­mi, któ­rzy mają ro­dzi­ny, trze­ba grać, żeby mogli żyć. Muszą za­ra­biać. No i do­je­cha­li­śmy do ta­kie­go mo­men­tu, w któ­rym je­ste­śmy.

Jak Julo (Ju­lian Pio­tro­wiak – red.) i Dzia­dek (Sła­wo­mir Mi­zer­kie­wicz – red.) za­re­ago­wa­li na od­su­nię­cie ich od Pi­dża­my Porno? Na Ja­ro­ci­nie było widać, że bar­dzo emo­cjo­nal­nie po­de­szli do spra­wy…

To zro­zu­mia­łe i oczy­wi­ste. Na­to­miast wszyst­kie po­wo­dy, które wią­za­ły się z tym, że Pi­dża­ma wy­ga­si­ła swoją dzia­łal­ność, nie usta­ły. Za­rów­no ja, jak i Kozak, wy­klu­czy­li­śmy ja­ką­kol­wiek opcję kon­ty­nu­owa­nia tego w przy­szło­ści. U mnie po­ja­wi­ło się to już w 2007 roku. To nie mo­gło­by funk­cjo­no­wać dalej. Hi­sto­rie ar­ty­stycz­ne i in­ter­per­so­nal­ne się wy­czer­pa­ły. Je­stem li­de­rem tego ze­spo­łu i to lider po­wi­nien takie de­cy­zje po­dej­mo­wać. Za­ję­ło mi to rap­tem 7 lat.

Jak od­bie­rasz ne­ga­tyw­ne głosy, że bez Jula i Dziad­ka to już nie to samo? Że to nie bę­dzie stara Pi­dża­ma?

Szcze­rze? Lu­dzie mogą to od­bie­rać tak, jak chcą. W Pi­dża­mie byłem kom­po­zy­to­rem, au­to­rem tek­stów, me­na­dże­rem, księ­go­wym…  Pi­dża­ma Porno to mój pseu­do­nim. Obok mnie pra­wie za­wsze byli Kozak i Kuzyn, z któ­ry­mi pra­cu­ję pra­wie 30 lat. Ani Dzia­dek, ani Julo, mimo prób, nie za­funk­cjo­no­wa­li dalej w tym biz­ne­sie.

Gdy w ka­pe­li jest układ kum­pel­ski, to po­dej­mo­wa­nie dra­stycz­nych de­cy­zji jest dużo cięż­sze. Mu­sisz za­cho­wy­wać się jak skur… z kor­po­ra­cji. Będąc li­de­rem cza­sa­mi trze­ba po­dej­mo­wać chu… de­cy­zje, po pod­ję­ciu któ­rych czu­jesz się chu…. Ja się tak wła­śnie czu­łem. Ale pod­ją­łem taką de­cy­zję i wiem, że to jest słusz­ne.

Po­wie­dzia­łeś, że w Pi­dża­mie byłeś me­na­dże­rem. Po­dob­nie w Stra­chach. Nie ża­łu­jesz, że nie macie ta­kie­go ty­po­we­go me­na­dże­ra?

Cza­sa­mi ża­łu­ję, ale ze mną strasz­nie cięż­ko się współ­pra­cu­je. Bywam go­ściem apo­dyk­tycz­nym, per­fek­cjo­ni­stą w pew­nych rze­czach. Nie je­stem w sta­nie roz­kła­dać każ­de­go pro­jek­tu na czyn­ni­ki pierw­sze. U mnie jest ak­cja-re­ak­cja. Buch! Pod­pi­su­je­my kon­trakt, przy­jeż­dża­my, gramy, cześć, do wi­dze­nia.

Gdy­bym to z sie­bie zrzu­cił i prze­ka­zał komuś, to ten ktoś i tak dzwo­nił­by do mnie z każdą spra­wą. Szko­da kasy na te­le­fon. Wolę już za­ła­twiać wszyst­ko sa­me­mu. I tak mam za­ple­cze bar­dzo ba­ro­ko­we. Jest nas sporo, sporo gęb do wy­ży­wie­nia. To byłby nie­po­trzeb­ny zby­tek, jesz­cze jedna osoba. Ko­ro­na z głowy mi nie spad­nie, jeśli sam to za­ła­twię. Mam to tak ob­cy­ka­ne, że daję radę. Każdy może po­wie­dzieć, że ar­ty­sta po­wi­nien sku­pić się na twór­czo­ści, a takie spra­wy zo­sta­wić innym. Jak jed­nak wspo­mnia­łem – ta twór­czość, póki co, nie ma wi­do­ków na przy­szłość, więc sta­ram się ad­mi­ni­stro­wać.

Za­wie­si­łeś dzia­łal­ność Stra­chów?

Nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści.

Pi­dża­ma Porno i Stra­chy na Lachy będą dwoma by­ta­mi rów­no­le­gły­mi?

To opti­mum, które chciał­bym osią­gnąć. Ktoś chce, że­by­śmy za­gra­li kon­cert i może wy­brać: Stra­chy czy Pi­dża­ma. To coś, do czego dą­ży­łem. Je­ste­śmy go­to­wi pod­jąć to wy­zwa­nie. Mo­że­my to zre­ali­zo­wać.

Nie my­śla­łeś, żeby wpro­wa­dzić do ze­spo­łu ko­bie­tę?

Ko­bie­ty i rock’n’roll nie idą w parze. Rock’n’roll to spra­wa ty­po­wo męska. Mu­sisz za­cho­wać re­wo­lu­cyj­ną czuj­ność. Ko­bie­ta ją osła­bia. Na co nam baba? (śmiech) Co ona mia­ła­by robić? Go­to­wać? Wszę­dzie tam, gdzie po­ja­wia się ko­bie­ta, za­czy­na­ją się kon­flik­ty. To oczy­wi­ste.

A gdyby była brzyd­ka, ale ład­nie by śpie­wa­ła (śmiech)?

Nie, nie po­tra­fię funk­cjo­no­wać z brzyd­ki­mi ko­bie­ta­mi. Ko­bie­ta w ze­spo­le? To jest nie do po­my­śle­nia.

W Pi­dża­mie „jak ja nie­na­wi­dzę two­jej ge­ne­ra­cji”, w Stra­chach „je­ste­ście gorsi niż wasi sta­rzy”… Masz pro­blem z młod­szym po­ko­le­niem?

To zu­peł­nie inni lu­dzie. Z in­ny­mi prio­ry­te­ta­mi, am­bi­cja­mi. Jest to ge­ne­ra­cja, któ­rej nie obej­mu­ję, nie ogar­niam. To ro­ze­dr­ga­na masa, ga­la­re­ta. To pierw­sze po­ko­le­nie, od cza­sów Hi­tler­ju­gend, które gło­su­je na pra­wi­cę. Ci lu­dzie, wy­cho­wa­li się w wol­nej Pol­sce, a hoł­du­ją cią­got­kom dyk­ta­tor­skim. To skraj­na głu­po­ta.

Boisz się bar­dziej po­wro­tu PiS czy jed­nak doj­ścia do wła­dzy Ruchu Na­ro­do­we­go, Ja­nu­sza Kor­win-Mik­ke­go?

Dla mnie nie ma wiel­kiej róż­ni­cy mię­dzy Kor­wi­nem, Ru­chem Na­ro­do­wym i PiS. Moim dra­ma­tem jest to, że po­śród tych wszyst­kich ugru­po­wań w Pol­sce, nie widzę ni­ko­go dla sie­bie. Nie ma par­tii, o któ­rej mógł­bym po­wie­dzieć, że na nich wła­śnie oddam swój głos. Je­stem za­wie­szo­ny po­mię­dzy Plat­for­mą, SLD, PSL i Twoim Ru­chem czy Zie­lo­ny­mi i Ru­chem Ko­biet.

No to póki co…

Póki co, żadna z tych sił nie wy­peł­nia mnie nawet w 20 proc. Ta­kich ludzi, jak ja, jest bar­dzo wielu. Całe moje życie je­stem w mniej­szo­ści.

W jed­nym z utwo­rów Pi­dża­my na­pi­sa­łeś „mój te­le­wi­zor gra non stop…” Oglą­dasz pro­gra­my in­for­ma­cyj­ne?

„Koka koka hera hera” to utwór na­pi­sa­ny w 1996 lub 1997 roku.

„Bomba tra­fi­ła w śro­dek tłumu (…). Po­ka­zu­je to ka­me­ra, cał­kiem spo­koj­nie jem ko­la­cję”.

Jeśli jest włą­czo­ny te­le­wi­zor to oglą­dam fut­bol. Na sta­dio­nach, pod­czas fut­bo­lo­we­go wi­do­wi­ska, na razie nikt nie ginie. Kiedy nie gra Lech Po­znań, staję się tzw. ko­ne­se­rem piłki i od­da­ję się tylko czy­stej sztu­ce, jakby okre­ślił to Wit­ka­cy. Pa­trzę na mecz, de­lek­tu­ję się grą, śle­dzę niu­an­se tak­tycz­ne. Jeśli już włą­czę jakiś pro­gram in­for­ma­cyj­ny, to szyb­ko tracę cier­pli­wość. Są dwie, trzy wia­do­mo­ści i na­stę­pu­je kwa­drans re­klam. Wtedy już – nie ma mnie przed te­le­wi­zo­rem.

Kry­ty­ko­wa­łeś Ewe­li­nę Li­sow­ską, która zmie­ni­ła słowa swo­je­go utwo­ru na rzecz re­kla­my jed­nej z sieci skle­pów. Sprze­dał­byś swoją pio­sen­kę do re­kla­my?

Nie wiem, to za­le­ży.

Od kwoty, jaką by ci za­pro­po­no­wa­li?

Nie ukry­wam, że też… Ewe­li­na Li­sow­ska to młoda pio­sen­kar­ka, która ma mega głos. Na me­lo­dii, na któ­rej opie­ra się jej prze­bój, wsta­wia inne słowa. Słowa, które są ab­so­lut­nie de­bil­ne i bez sensu.

Ostat­nio sporo za­mie­sza­nia po­ja­wi­ło się przy co­ve­rze two­je­go utwo­ru – „Dzień dobry, ko­cham cię”, w wy­ko­na­niu Li­be­ra i Bar­ba­ry Kur­dej-Sza­tan…

Oni nie zmie­ni­li ani jed­ne­go słowa w tej pio­sen­ce…

Mimo wszyst­ko, kom­plet­nie nie pa­so­wa­ło mi to ich wy­ko­na­nie…

To zu­peł­nie inna es­te­ty­ka, niż ta, w któ­rej ja funk­cjo­nu­ję i która tobie przy­pa­da do gustu. Być może byli tacy lu­dzie, któ­rym się to spodo­ba­ło. Na tym po­le­ga gra­nie co­ve­rów.

Wa­ha­łeś się z udzie­le­niem zgody na co­ve­ro­wa­nie? Pytam, bo sam mia­łeś pro­ble­my z Prze­my­sła­wem Gin­trow­skim (przy wy­da­wa­niu płyty „Autor” z pio­sen­ka­mi Jacka Kacz­mar­skie­go – red.).

Po moich ak­cjach ze śp. Prze­my­sła­wem Gin­trow­skim obie­ca­łem sobie, że obo­jęt­nie kto zwró­ci się do mnie z proś­bą o wy­ko­rzy­sta­nie mo­je­go utwo­ru w jego wła­snej wraż­li­wo­ści ar­ty­stycz­nej, nie będę zgła­szał sprze­ci­wu. Do mo­men­tu, w któ­rym mnie nie zszar­ga.

Nie uwie­ra cię wer­sja Li­be­ra i Kur­dej-Sza­tan?

Były wcze­śniej­sze wer­sje, któ­rych nie za­ak­cep­to­wa­łem. Nie dla­te­go, że mi się to nie po­do­ba­ło albo nie było w moim gu­ście. Były tam prze­kła­ma­nia w tek­ście.

A nie pro­po­no­wa­li ci, żebyś to ty wy­ko­nał utwór do filmu?

Pro­du­cen­ci filmu za­ży­czy­li sobie, że ma to być cover – no to go do­sta­li (śmiech). Moja wer­sja była tylko w przed­za­jaw­kach. Je­dy­ną wspól­ną rze­czą, jaka łączy ten film z moją pio­sen­ką, jest tytuł. Zdaję sobie spra­wę, że nie je­stem do końca ak­cep­to­wal­ny po­wszech­nie. Ci, któ­rzy mnie słu­cha­ją, osią­gnę­li pe­wien sto­pień wta­jem­ni­cze­nia. Są świa­do­mi moich ogra­ni­czeń i pier… to. Wy­da­je mi się, że pro­du­cen­ci uzna­li, że moja wer­sja utwo­ru jest za słaba. Po­sta­no­wi­li więc za­trud­nić Li­be­ra i… chyba prze­do­brzy­li.

I wer­sja Li­be­ra jest – de­li­kat­nie mó­wiąc – ch… cho­ler­nie słaba.

To ty to po­wie­dzia­łaś (śmiech). Nie­je­den się na moich ka­wał­kach spa­lił. Wbrew po­zo­rom nie są takie pro­ste. Przez 10 lat, kiedy nor­mal­nie funk­cjo­no­wa­ła Pi­dża­ma Porno, ro­bi­li­śmy uro­dzi­ny i wtedy za­pra­sza­li­śmy czo­łów­kę pol­skie­go rocka, wy­bit­ne głosy: żeby śpie­wa­li nasze utwo­ry. Je­dy­nym go­ściem, które je zmiótł to­tal­nie, był Spię­ty (Hu­bert Do­ba­czew­ski, lider Lao Che – red.). Resz­cie zda­rza­ły się pro­ble­my.

No ale gdzie Spię­ty, a gdzie Liber?

Swego czasu uku­łem taką tezę, że gdyby mnie za­bra­kło, a by­ła­by po­trze­ba gra­nia kon­cer­tów jako Pi­dża­ma, to Spię­ty byłby moim na­tu­ral­nym za­stęp­cą. Ale jakoś żyję i jest spoko.

Onet.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s