Kaczor (03.02.15)

 

Można ścigać Macierewicza, ale co z tego

Wojciech Czuchnowski, 03.02.2015
Antoni Macierewicz

Antoni Macierewicz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

„Raport o działalności Wojskowych Służb Informacyjnych był dokumentem i niósł ze sobą określone skutki prawne”. Tak orzekła wczoraj sędzia Anna Wierciszewska-Chojnowska, otwierając tym samym drogę do ścigania Antoniego Macierewicza za kłamstwa i pomówienia zawarte w raporcie, którego był głównym autorem.
Nieco ponad rok temu prokuratura umorzyła sprawę z uzasadnieniem, które wstrząsnęło opinią publiczną. Stwierdziła, że wprawdzie raport zawiera wiele nieprawdziwych i źle zweryfikowanych informacji, które skrzywdziły kilkadziesiąt osób, ale Macierewicz nie może za to ponieść odpowiedzialności. Powód? Likwidator WSI nie był funkcjonariuszem publicznym, a jego raport nie jest dokumentem „w rozumieniu kodeksu karnego”.

Ludzie, czytając to, przecierali oczy ze zdumienia, bo „dzieło” Macierewicza zostało przecież w styczniu 2007 r. ogłoszone w Monitorze Polskim z podpisem prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Raport miał być fundamentem nowego państwa – rządzonej przez PiS IV Rzeczypospolitej, która na szczęście przetrwała tylko osiem miesięcy dłużej.

Dzielni prokuratorzy wszczęli śledztwo zaraz po wyborach przegranych przez PiS i po sześciu latach doszli do wniosku, że likwidator, twórca raportu – a wtedy już wiceprezes partii Jarosława Kaczyńskiego – nie może być ukarany. Tłumaczyli, że likwidując WSI, Macierewicz i jego koledzy nie pobierali pensji, a raport był tylko „zestawem sądów i ocen”.

Inaczej do sprawy podchodziły sądy, które w cywilnych sprawach wytaczanych przez osoby pomówione w raporcie o rzekome przestępstwa popełniane we współpracy z WSI orzekały przeprosiny i odszkodowania. Wyroki kilkanaście razy potwierdziły, że Macierewicz w raporcie nakłamał, nie sprawdził podstawowych faktów i nie słuchał żadnych tłumaczeń. Ponad 1 mln zł zapłacił już za to skarb państwa. Sam Macierewicz spał jednak spokojnie.

Z kuriozalnym stanowiskiem prokuratury nie mogli się pogodzić ci, którzy w raporcie zostali z nazwiska wymienieni jako przestępcy i donosiciele. Byli to oficerowie WSI, ale też na przykład założyciele Polsatu i TVN, przedstawieni przez Macierewicza jako agenci tajnych służb. Przez rok walczyli o to, by likwidator mógł być bodaj sądzony za to, co powypisywał w raporcie. Wczoraj wygrali, bo sędzia Wierciszewska-Chojnowska stwierdziła „oczywistą oczywistość”, że materiał zamieszczony w Monitorze Polskim nie jest internetowym felietonem z bloga szaleńca, lecz dokumentem, za którym miały iść (i szły) konsekwencje prawne.

Orzeczenie tego prostego faktu zajęło osiem lat. W tym czasie przedawniła się część przestępstw związanych z publikacją raportu. Dzisiaj Macierewicza można ścigać już tylko za „poświadczenie nieprawdy”. Sprawa przedawni się w 2017 r. Raczej nie ma szans na to, by przed upływem tego terminu jeden z większych szkodników w polskiej polityce usłyszał wyrok.

Zobacz także

wyborcza.pl

Gużyński: W Polsce źle rozumiemy pojęcie rozdziału Kościoła od państwa

MT, 02.02.2015
O. Paweł Gużyński

O. Paweł Gużyński (Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta)

– Mamy problem z podstawowym znaczeniem pojęcia rozdziału Kościoła od państwa czy neutralności światopoglądowej – stwierdził dominikanin o. Paweł Gużyński w programie Tomasza Lisa. W dyskusji o orderze dla prezesa Trybunału Konstytucyjnego dodał, że równoważenie neutralności z ateizmem jest nonsensem.
Gośćmi Tomasza Lisa w dyskusji na temat przyznania prof. Andrzejowi Rzeplińskiemu, prezesowi Trybunału Konstytucyjnego, papieskiego krzyża Pro Ecclesia et Pontifice byli Monika Płatek, Ryszard Kalisz, Jarosław Gowin i dominikanin o. Paweł Gużyński. Nagroda ta została przyznana za „zasługi dla Kościoła i systemu prawnego w Polsce”, co spotkało się z krytyką między innymi ze strony konstytucjonalisty Wiktora Osiatyńskiego.Monika Płatek, która również odnosi się krytycznie do tej sytuacji, przyznała, że „pewnie Kościół i Watykan chciały dobrze”, mimo to jest to niezręczne wydarzenie. – Order za zasługi daje się słudze, a sędzia TK służy tylko konstytucji – zaznaczyła, dodając, że jest to order od głowy obcego państwa.

„Czym on przez te osiem lat mógł się zasłużyć?”

Ryszard Kalisz podkreślił, że nie ma żadnych zastrzeżeń co do niezawisłości Rzeplińskiego ani wszystkich 14 pozostałych sędziów TK, mimo to przyznanie takiego odznaczenia Rzeplińskiemu również budzi w nim wątpliwości. – Jeśli po ośmiu latach bycia sędzią dostaje on order Pro Ecclesia et Pontifice, czyli za zasługi dla Kościoła i papieża, to ja zadaję proste pytanie: czym on przez te osiem lat mógł się zasłużyć? – zastanawiał się. Zauważył też, że „posłom, senatorom i wszystkim pełniącym kierownicze funkcje zabrania się przyjmowania podczas pełnienia obowiązków odznaczeń państwowych” i że dotyczy to również sędziów Trybunału Konstytucyjnego.

Ordery również od Niemiec i Litwy

Jarosław Gowin w odniesieniu do słów Płatek przypomniał, że Rzepliński nie jest jedyną osobą, która dostała order obcego państwa. Odznaczenia dostawaliśmy między innymi od Niemiec i Litwy. – Ale Litwa nie była nigdy podmiotem spraw, które rozstrzygał Trybunał, a Kościół jest bardzo często – odparła Płatek.

– W związku z tym, że w ten sposób działają, prezes TK stwarza sytuację, w której będzie się musiał wyłączyć ze wszystkich spraw, które z jednej strony dotyczą Kościoła – stwierdziła. Później dodała też, że przez całą tę sytuację można odnieść wrażenie, że TK jest stronniczy. – A Trybunał przyznaje, że są naciski – dodała.

Gowin wytknął też, że poprzednik Rzeplińskiego również przyjął nagrodę. Było to wyróżnienie od towarzystwa naukowego KUL, który jest instytucją kościelną. – Pan nie widzi różnicy? – zdziwiła się Płatek.

W Polsce „mamy problem z podstawowymi znaczeniami”

O. Gużyński zwrócił w pewnym momencie uwagę na to, że w Polsce źle rozumiane są pewne pojęcia. – Mamy problem z podstawowymi znaczeniami takich kategorii jak rozdział Kościoła od państwa, neutralność światopoglądowa. Jest to błędnie rozumiane – mówił. – Równoważone są na przykład neutralność i ateizm – dodał, tłumacząc, że jest to nonsens i dramatyczne niezrozumienie tej zasady.

Gowin dodał w tej kwestii, że w polskiej konstytucji de facto nie ma pojęcia rozdziału państwa i Kościoła. – Jest pojęcie bezstronności, według którego państwo zachowuje równy dystans wobec różnych religii, kościołów, światopoglądów – zaznaczył.

Lewandowski: Ewa Kopacz nie powinna gasić wszystkich pożarów

Gościem Tomasza Lisa był również Janusz Lewandowski, były komisarz europejski ds. budżetu, obecnie szef doradców premier Ewy Kopacz. Rozmowa dotyczyła przede wszystkim fali protestów, które zapoczątkowały ostatnie strajki górników. – Wchodzimy w rok wyborczy, bez żadnych złudzeń – powiedział. – Koalicja rządzi od siedmiu lat, co jest w Europie ewenementem, więc jesteśmy postrzegani jako oaza stabilności. Ale jest rok wyborczy, więc jest rok protestów – dodał.

Przyznał, że pierwsza wizyta Kopacz na Śląsku była niefortunna, i skupił się na argumencie, że obecna zła sytuacja górnictwa wynika między innymi z niskich cen surowców na świecie.

– Ale Ewa Kopacz nie powinna być osobiście strażakiem i gasić wszystkich pożarów – stwierdził.

gazeta.pl

Związki partnerskie – sprawdzian dla Kopacz

Katarzyna Kolenda-Zaleska, „Fakty” TVN, 03.02.2015
Ewa Kopacz

Ewa Kopacz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ustawa o związkach partnerskich będzie nie tyle testem dla Platformy, ile przede wszystkim testem dla przywództwa Ewy Kopacz. Pani premier na swojej „studniówkowej” konferencji prasowej – choć nie była mocno naciskana – stanowczo oświadczyła, że jeszcze w tej kadencji Sejm zajmie się projektem ustawy dotyczącej związków partnerskich autorstwa PO.
Po pierwsze – gdzie ten projekt? Na razie utknął w wewnątrzpartyjnych przepychankach między platformerskimi konserwatystami a liberałami. Niby jest jakaś wersja kompromisowa, którą w szufladzie trzyma poseł Artur Dunin, ale nie podoba się ona ani konserwatystom, ani liberałom, ani środowiskom LGBT. O jakim więc projekcie mówiła premier? O tym właśnie? U marszałka Sejmu żadnego projektu nie ma, więc Sejm może sobie na razie tylko pomarzyć, że coś będzie rozpatrywane.Po drugie – pani premier coś oświadczyła. Bez żadnych wątpliwości powiedziała tak: Będzie ustawa, Sejm się nią zajmie.

Podobnie miała zadeklarować na zarządzie partii, czym zresztą nie wzbudziła zachwytu. Ewa Kopacz zagrała va banque czy tylko rzuciła kolejną obietnicę bez pokrycia? Pani premier – która od początku zmaga się z wizją własnego przywództwa – będzie musiała teraz udowodnić, że wypowiedziane publicznie słowo ma swoją wartość. To także sprawdzian tego, czy panuje nad własną partią i jest na tyle silna, że potrafi przeprowadzić to, co sobie założyła. Zakładam, że pani premier zależy na uchwaleniu ustawy. Czasu jest jednak mało, więc Ewa Kopacz, jeśli chce zachować swój autorytet, musi co najmniej doprowadzić do pierwszego czytania ustawy w Sejmie. Potem, gdy już projekt trafi do komisji, może pewnie w niej utknąć na wiele tygodni. Ale Kopacz przynajmniej będzie mogła powiedzieć, że doprowadziła do tego, iż ustawa w końcu ujrzała światło dzienne.

I po trzecie – to, czy będzie ta ustawa, czy nie, jest ważne dla zdefiniowania tożsamości ideowej Platformy przed wyborami. Dziś, gdyby zadać pytanie o to, jaką partią jest PO, nie otrzymamy jednoznacznej odpowiedzi. W kwestii gospodarczej – liberalizm odszedł do historii wraz ze zwrotem Donalda Tuska ku socjaldemokracji (sam mówił o tym po kilku latach rządzenia). Partia, która była nadzieją przedsiębiorców, zawiod-ła. Tworząca się w Polsce klasa średnia potrzebuje swoich reprezentantów, tyle że dziś PO nie spełnia już jej oczekiwań.

W kwestiach światopoglądowych Platforma zawsze była podzielona i nie sprawdziła się zasada ucierania kompromisowych decyzji. Ale dziś to właśnie te sprawy będą decydować o tym, czy PO jest partią nowoczesną i odważną, czy raczej bojaźliwą i niezdecydowaną. Dlatego losy ustawy o związkach partnerskich będą papierkiem lakmusowym zdolności partii do własnego samookreś-lenia.

Przed wyborami Platforma potrzebuje jasnego zdefiniowania wizji państwa, by wyborca mógł wiedzieć, dlaczego ma głosować właśnie na tę partię. Że to nie tylko z powodu strachu przed powrotem PiS lub perspektywą zmarnowania głosu na upadającą lewicę.

Zobacz także

wyborcza.pl

„Jeśli maturę napiszą tak, jak zrobili ten film, studiami nie muszą się martwić”. Maturzyści z Leszna podbili internet

Justyna Suchecka, 02.02.2015
Film maturzystów z I LO w Lesznie

Film maturzystów z I LO w Lesznie (YouTube / I LO Leszno)

Niemal pół miliona widzów w ciągu tygodnia obejrzało film maturzystów z I Liceum Ogólnokształcącego w Lesznie. A to miała być tylko „oprawa artystyczna” na studniówkę.
Uczniowie klasy 3g o profilu geograficzno-historycznym z I LO w Lesznie są autorami bezsprzecznie najpopularniejszego studniówkowego filmu w Polsce. Od 25 stycznia, gdy opublikowali go na portalu YouTube, wyświetliło go już ponad 486 tys. internautów.Maturzyści pracowali nad filmem – którego premierę zaplanowano na studniówkę – po lekcjach. Ostatnią scenę nagrywali jeszcze w dniu przedmaturalnego balu.

W obronie matury

Materiał z Leszna nawiązuje do popularnych filmów z serii „Szybcy i wściekli”. Są strzelaniny, samochodowe wyścigi, emocje. Bohaterowie próbują jednak powstrzymać nie tyle np. wrogi gang, co wyciek maturalnych odpowiedzi do internetu. Robią to, bo zależy im, by egzamin dojrzałości przebiegł zgodnie z planem. Swój film zatytułowali „Fast 8 – Final Exam”.

leszno

– Każdy z nas potraktował to jako wielką, spontaniczną zabawę. Nie było sztywnego scenariusza, on tak naprawdę tworzył się w czasie kręcenia filmu – mówił lokalnemu portalowi Elka.pl Kacper Wojciechowski, reżyser, autor zdjęć i montażysta produkcji.

Kiedy film przebił 400 tys. wyświetleń na stronie szkoły napisano: „Nam nie pozostaje nic innego, jak tylko im podziękować za świetny pomysł i ogromne zaangażowanie w jego realizację. Dziękujemy, że jesteście uczniami Jedynki!”

Maturzyści zbierają też pochwały od internautów – ci chwalą pomysł, grę aktorską oraz montaż. A w komentarzach pod filmem można przeczytać m.in. „jeśli maturę napiszą tak, jak zrobili ten film, studiami nie muszą się martwić”.

Edyta Feliczak-Przybyła, wychowawczyni klasy o ich maturę się też nie martwi. – To cudowni młodzi ludzie, pełni pasji i zaangażowania i świat stoi przed nimi otworem – mówi „Wyborczej”. – Na wielu studniówkach w życiu byłam, ale takiego aplauzu, jaki oni zebrali, nie pamiętam. Światło zgasło, wyświetliliśmy film i było tylko wielkie wow i burza braw. Jestem z nich bardzo dumna.

Popularny jak gender

W zeszłym roku hitem postudniówkowym okazał się film z tanecznymi popisami uczniów Zespołu Szkół nr 1 w Ostrzeszowie. Serca internautów podbili maturzyści, którzy w różowych spódnicach odtańczyli swoją wersję „Jeziora łabędziego”. Na internetową popularność ich tańca wpływ miało jednak…zamieszanie wokół gender.

Gdy film opublikowały organizacje feministyczne (pod żartobliwym hasłem: „gender zaatakował maturzystów”), tańcem chłopaków z budowlanki zainteresowały się media. Efekt? Film z Ostrzeszowa wyświetlono do dziś ponad 260 tys. razy.

W tym roku matura rozpocznie się 4 maja egzaminem pisemnym z języka polskiego na poziomie podstawowym, ostatni maturzyści zakończą egzaminacyjny maraton 29 maja – ustną odpowiedzią z języka obcego.

Justyna Suchecka: Interesują Cię tematy związane z edukacją? Lubisz o nich czytać i dyskutować? Zapraszam na mój profil na Facebooku!

Zobacz także

wyborcza.pl

„Ruskie zabili Kaczora” [Znamy scenariusz filmu „Smoleńsk” Krauzego]

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski, 03.02.2015
Operator filmowy podczas zdjęć do

Operator filmowy podczas zdjęć do „Smoleńska” przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, 10 kwietnia 2013 r.(ADAM LACH/THE NEW YORK TIMES/EAST NEWS)

Antoni Krauze w fabule „Smoleńsk” rekonstruuje katastrofę z 10 kwietnia 2010 r. na podstawie teorii zespołu Macierewicza. Premiera: w środku okresu wyborczego.
Fundacja Smoleńsk 2010 podaje, że „batalia o realizację filmu wkracza w decydującą fazę”. Zdjęcia do filmu mają być wznowione w lutym, premiera – planowana na październik, czyli gorący politycznie czas – między wyborami prezydenckimi a parlamentarnymi.Na film Antoniego Krauzego (wyreżyserował słynny „Czarny czwartek” z 2010 r.) potrzeba 9,5 mln zł. Brakuje prawie 2,5 mln. Dzięki wpłatom darczyńców udało się już przygotować produkcję, skompletować ekipę i zrealizować pięć dni zdjęciowych, czyli ok. 15 proc. planu. Fundacja zapewnia, że „ci, którzy zechcą zainwestować w film – otrzymają pełnoprawną pozycję inwestorską i będą – proporcjonalnie do wniesionego wkładu – partycypować w zyskach z rozpowszechniania. Inwestycja to minimum 5 tys. zł. Nazwiska wszystkich darczyńców i inwestorów (jeśli wyrażą wolę) znajdą się w napisach końcowych.Pieniędzy zabrakło, bo przed rokiem Państwowy Instytut Sztuki Filmowej odmówił dotacji. Eksperci zdruzgotali scenariusz jako jednostronną, „fabularyzowaną publicystykę smoleńską”. Wywołało to oburzenie na prawicy i oskarżenia, że PISF bierze udział w spisku przeciwko filmowi, który miał „pokazać prawdę”. Wtedy powołano fundację Smoleńsk 2010.

Doroty droga do prawdy

Przeczytaliśmy scenariusz. Tekst satyryka blisko związanego z PiS i „Gazetą Polską” Marcina Wolskiego przerobili Tomasz Łysiak, producent filmowy Maciej Pawlicki (obaj publikują w związanych z PiS mediach i są zwolennikami teorii zamachu) oraz sam Antoni Krauze.

„Mały targ na osiedlu. Dzień. Dorota przy straganie, wybiera warzywa. Na targu jakieś zamieszanie, ktoś biegnie, w dali słychać krzyk » Jezu! «, Dorota zdziwiona, odwraca głowę. Sprzedawca ze straganu obok zdejmuje fartuch, rusza na parking [krzyczy] » Ruskie zabili Kaczora «” – to jedna z pierwszych scen „Smoleńska”.

Dorota to główna bohaterka filmu. Poznajemy ją, jak rankiem 10 kwietnia 2010 r. budzi się obok „młodego mężczyzny”, idzie do łazienki, a potem na zakupy.

Dorota to typowy „leming” – pracuje w prywatnej telewizji, żyje w związku partnerskim, w Warszawie. Przygotowuje relację o katastrofie. Jej szefowie to cyniczny Rafał (od początku wie, że „winni są piloci”) oraz demoniczny „Red”, który dostaje dyspozycje z tajemniczej centrali i zachwyca się, gdy chuligani pod Pałacem Prezydenckim obrażają krzyż i żałobników (żałobników nazywa „motłochem”).

Wśród ofiar katastrofy jest ksiądz, przyjaciel rodziny i ojciec chrzestny Doroty. Coraz trudniej jest jej się zgodzić z poleceniami szefów i polityką telewizji. Przechodzi ewolucję. Pod koniec filmu ma już pewność, że był zamach. W ostatniej scenie moralnie rozdarta stoi z ekipą operatorską pod Pałacem, a w jej stronę idzie Marsz Pamięci w kolejną „miesięcznicę” smoleńską. Co zrobi? Zostanie z ekipą czy przyłączy się do marszu?

Dyplomata i Blondynka

W tę ramę autorzy wtłoczyli wątki dowodzące spisku na prezydenta. Tak więc zaraz po katastrofie funkcjonariusze ABW wkraczają do salonów prezydenta i pokojów posłów, którzy lecieli samolotem. Coś konfiskują. Na miejscu katastrofy zjawia się Dyplomata. Dyryguje rosyjskimi sołdatami i zabiera zdjęcia polskiemu operatorowi. Ten sam Dyplomata widziany jest przed domami ofiar „seryjnego samobójcy”, czyli świadków katastrofy ginących rzekomo z własnej ręki (w filmie tych samobójstw jest aż osiem, a wszystkie powiązane z katastrofą).

Pozytywne postacie, które w filmie walczą o prawdę to: Blondynka (literackie połączenie Ewy Stankiewicz i Anity Gargas), Spec i Siwy. Blondynka tłumaczy Dorocie: „Kiedyś w Katyniu nie pytano, kto zabił polskich oficerów, teraz mamy nie pytać, co zdarzyło się w Smoleńsku? Historia się nie skończyła, koleżanko”.

Spec to ekspert od lotnictwa, a Siwy jest politykiem i działaczem klubów „Gazety Polskiej”. Dorota wyjeżdża też do USA do ojca, idzie na wykład „Profesora N.” (połączeni w jedną postać eksperci z zespołu Antoniego Macierewicza – profesorowie Binienda, Nowaczyk i Szuladziński), który obala oficjalną wersję przebiegu katastrofy. „N” to być może aluzja do „niepokorny” i „niezależny”.

Ale najważniejsza postać filmu to nie dziennikarka, lecz prezydent Lech Kaczyński. W filmie będą jego archiwalne wystąpienia z Sejmu i Gruzji, za którą Rosjanie „poprzysięgli mu zemstę” – zrealizowali ją pod Smoleńskiem. Prezydent jest postacią pomnikową, bez skazy. Chroni słabszych, myśli tylko o Polsce, lud go uwielbia. W końcowej scenie na czele delegacji dołącza do duchów pomordowanych w Katyniu oficerów.

Scenariusz nie wprost mówi o zamachu, ale wszystkie puzzle układają się w tylko jeden logiczny, nierozerwalny ciąg: zamach.

Ostatnia scena z samolotem: rosyjski pułkownik z wieży kontrolnej w Smoleńsku sięga po telefon i relacjonuje tajemniczemu generałowi: „Towarzyszu generale, podchodzi, wszystko włączone i reflektory. Wszystko gotowe, tak toczno!”.

Następna scena: „Samolotem targa wstrząs. W kabinie przerażające krzyki. Ksiądz znakiem krzyża udziela absolucji”.

„Zabijajcie, palcem nie kiwniemy”

W wywiadach Krauze zapowiadał, że lot tupolewa zrekonstruuje na podstawie faktów ustalonych przez zespół Macierewicza, że w Smoleńsku doszło do zamachu, a w filmie chce pokazać sekwencję zdarzeń, które to potwierdzą.

„Strzały w Gruzji nie były przypadkowe. Już wcześniej testowali, czy mogą zabić Lecha Kaczyńskiego. To jest klucz do zrozumienia, dlaczego zginął” – mówił Krauze.

Jego zdaniem gruziński atak był bardzo dobrze zaplanowany przez Rosjan: „To był sprawdzian, jak zareagują polskie władze. Co zrobią, jak postąpią w sytuacji, gdyby zginął polski prezydent. Pamiętamy tamtą reakcję obozu rządowego: » ślepy snajper «, » jaki prezydent, taki zamach «, » nie potrafili trafić z 30 metrów «. Rosjanie dostali wolną rękę. Właściwi ludzie otrzymali sygnał: » A proszę bardzo, zabijajcie, palcem nie kiwniemy «”.

Krauze przyznaje, że były kłopoty z obsadą. „Na razie więcej jest odmów niż akceptacji [najgłośniejsza to Marian Opania, który nie zgodził się zagrać Lecha Kaczyńskiego]. Ludzi owładnął jakiś paraliż, strach. Boją się ostracyzmu towarzyskiego, ale myślę, że jest w tym coś więcej” – twierdzi.

Na razie wiadomo, że Beata Fido zagra dziennikarkę Dorotę, Halina Łabonarska jej matkę, Lech Łotocki – Lecha Kaczyńskiego, a Ewa Dałkowska – Marię Kaczyńską. Akces do filmu zgłosili też Jerzy Zelnik i Redbad Klynstra.

Zobacz także

wyborcza.pl

Terlikowskiego utopijna wizja rodziny – głos w sprawie konwencji antyprzemocowej

Agnieszka Kublik, 03.02.2015
Tomasz Terlikowski

Tomasz Terlikowski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Tomasz Terlikowski w felietonie w „Rzeczpospolitej” postawił tezę, że aby przeciwdziałać przemocy w rodzinie, nie wolno ratyfikować konwencji o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (bo w istocie jest przeciw rodzinie i tradycji), ale wystarczy wspierać Kościół, który chroni tradycyjną rodzinę (to skuteczniejsza metoda ochrony rodziny).
Dlaczego Kościół miałby potrzebować wsparcia rządu w opiece nad rodziną? Wszak to jego codzienna troska.Ofiary przemocy potrzebują także wsparcia od państwa. I to takiego, jakiego nie dostaną od swoich kapłanów.Konwencja wymaga konkretnych rozwiązań takich jak: 24-godzinna bezpłatna infolinia dla ofiar przemocy, skuteczna izolacja sprawcy od ofiary, sprawne i zdecydowane ściganie i karanie, odpowiednia do potrzeb liczba schronisk dla ofiar przemocy domowej. Organizacje zajmujące się pomocą ofiarom przestępstw od lat alarmują, że brakuje ogólnodostępnej fachowej pomocy prawnej, psychologicznej i socjalnej. A niska skuteczność ścigania i karania sprawców oznacza, że ofiary są pozostawione same sobie, niechronione przed sprawcą.

Według badań Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości co roku przemocy fizycznej lub seksualnej doświadcza od 700 tys. do miliona Polek. W wyniku przemocy domowej ginie około 150 kobiet. Wniosek: każdego tygodnia giną trzy kobiety. Żyłyby, gdyby otrzymały pomoc.

A Terlikowski zauważa, że „przemoc w Polsce wcale nie jest wysoka”. Bo gorzej jest np. w krajach skandynawskich.

Zapewne chodzi o wyniki badań Agencji Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Polska ma najniższy wskaźnik przemocy doświadczanej przez kobiety od obecnego lub byłego partnera (najwyższy ma Dania).

Żeby te dane zrozumieć, trzeba zdawać sobie sprawę z różnic kulturowych. Na przykład u nas potocznie gwałt jest utożsamiany wyłącznie z wymuszonym siłą stosunkiem, gdy tymczasem Skandynawki mają świadomość, że jest to także wymuszony stosunek z mężem czy partnerem, nawet wtedy, gdy nie doszło do penetracji. Tam kobiety zgłaszają policji wszystkie przypadki, u nas coraz więcej, ale nadal jest z tym problem. U nas nie ma świadomości przemocy ekonomicznej (chodzi o to, że partner używa pieniędzy do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli nad partnerką), w Skandynawii kobiety są jej świadome.

Terlikowski uważa, że ochrona tradycyjnej rodziny ochroni przed przemocą i kobiety, i dzieci. Odwołuje się jednak do utopijnego modelu rodziny: takiej, w której przestrzegany jest dekalog od przykazania pierwszego do dziesiątego.

Polacy nie słuchają się w tych kwestiach ani państwa, ani Kościoła. Coraz rzadziej zawierają małżeństwa. W latach 90. w związkach nieformalnych przychodziło na świat ok. 7 proc. dzieci, teraz – 21 proc.

Rodzina się zmienia. Każdej należy się ochrona przed przemocą. Tradycyjnej i nietradycyjnej. Od Kościoła i od państwa.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s