Konwencja (05.02.15)

 

Biskupi: „Konwencja wynika z neomarksistowskiej ideologii gender”. Wróbel zwątpił: „Idiotyczne”

Krzysztof Lepczyński, KAI, 05.02.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103085,17361669,video.html?embed=0&autoplay=1
„Konwencja ws. przeciwdziałania przemocy wobec kobiet wynika ze skrajnej, neomarksistowskiej ideologii gender” – twierdzą biskupi. – Mam sporo żalu do arcypasterzy polskiego Kościoła za używanie tych idiotycznych zbitek myślowych – stwierdził w Poranku Radia TOK FM Jan Wróbel.
Klub parlamentarny PO zadeklarował wczoraj poparcie dla ustawy dotyczącej ratyfikacji konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. Do głosowania „za” konwencją przekonywała posłów Ewa Kopacz. Dziś projektem ratyfikującej ustawy zajmą się sejmowe komisje.

Religia – tak, wypaczenia – nie

Na wieść o przełamaniu impasu w sprawie konwencji zareagowali biskupi. Opublikowano kilka oświadczeń: abp. Wojciecha Polaka, prymasa Polski, Rady ds. Rodziny oraz całego episkopatu. We wszystkich podkreśla się, że Kościół od lat wypowiada się przeciw przemocy domowej, a ona sama jest sprzeczna z ideami chrześcijańskimi.

Biskupi podnoszą, że konwencja antyprzemocowa „wiąże zjawisko przemocy z tradycją, kulturą, religią i rodziną, a nie z błędami czy słabościami konkretnych ludzi”. „Źródłem przemocy mogą być wypaczone formy religii, ale nie religia jako taka, dlatego taki zapis nie powinien mieć miejsca” – podkreśla abp Polak.

„Neomarksizm? Idiotyczne”

Według hierarchów konwencja nie walczy z realnymi przyczynami przemocy: alkoholizmem, brutalizacją życia publicznego i kultury, pornografią. Nie przewiduje też nowych rozwiązań. Ogranicza natomiast suwerenność Polski, oddając kontrole uprawnienia komisji „tzw. ekspertów”, która ma „rozliczać nasz kraj z opieszałości w zmianie wciąż jeszcze obecnego tradycyjnego modelu społeczeństwa”.

Zdaniem biskupów konwencja „nie jest skoncentrowana na przeciwdziałaniu przemocy, jak sugeruje jej tytuł, ale na wprowadzeniu ideologicznej rewolucji kulturowej”. Co więcej, jej założenia wynikają ze „skrajnej, neomarksistowskiej ideologii gender”.

Zwłaszcza to ostatnie stwierdzenie skonfundowało Jana Wróbla, publicystę znanego z konserwatywnych przekonań. – Mam sporo żalu do arcypasterzy polskiego Kościoła za używanie tych, na moje ucho, idiotycznych zbitek myślowych – stwierdził w Poranku Radia TOK FM. – Neomarksistowska ideologia? Ideologia gender? Znaczna część polskich katolików nie bardzo rozumie te określenia, ale odruchowo mają się nauczyć, że jest w nich coś złego – stwierdził. Dodał jednak, że zgadza się z wieloma argumentami episkopatu.

Co zmieni konwencja

O ratyfikowanie konwencji od dawna apelowały organizacje kobiece broniące praw człowieka oraz pomagające ofiarom przemocy. Zdaniem zwolenników konwencji jej zapisy w żaden sposób nie zagrażają rodzinie ani nie uderzają w tradycję ani religię, choć rzeczywiście jest tam napisane, że aktów przemocy nie można usprawiedliwiać tradycją ani religią. Jednak – jak podkreślają eksperci – zapisy te dotyczą krajów, w których akceptowane są tzw. honorowe zabójstwa, przymusowe małżeństwa, w tym dziewczynek z dojrzałymi mężczyznami, obrzezanie dziewczynek itp. W Polsce takie zachowania nie są usprawiedliwiane obyczajem, tradycją ani religią. Wiele przepisów konwencji odnosi się do praktyk z krajów spoza naszego kręgu kulturowego.

Konwencja ma chronić kobiety przed wszelkimi formami przemocy oraz dyskryminacji; oparta jest na idei, że istnieje związek przemocy z nierównym traktowaniem, a walka ze stereotypami i dyskryminacją sprawiają, że przeciwdziałanie przemocy jest skuteczniejsze. Dokument nakłada na państwa-strony takie obowiązki jak zapewnienie oficjalnej całodobowej infolinii dla ofiar przemocy oraz internetowego portalu z informacjami, a także odpowiedniej liczby schronisk i ośrodków wsparcia; przygotowanie procedur przesłuchań policyjnych; monitorowanie, zbieranie danych na temat przestępstw z uwzględnieniem płci.

Zobacz także

TOK FM

 

Kryzys zabija Greków?

Margit Kossobudzka, 05.02.2015
19 marca 2012 r. Port w Pireusie koło Aten. Strażacy wyciągają z wody samochód samobójcy

19 marca 2012 r. Port w Pireusie koło Aten. Strażacy wyciągają z wody samochód samobójcy (PETROS GIANNAKOURIS/AP)

Wiosną 2012 r. liczba samobójstw wśród mieszkańców Grecji wzrosła aż o 30 proc. Ale i tak, biorąc pod uwagę wielkość populacji, Polacy odbierają sobie życie cztery razy częściej!
Grecja to jeden z tych krajów, które najbardziej doświadczyły skutków załamania finansowo-gospodarczego z 2008 r. W ostatnich latach wstrząsały nią bankructwa, wzrost bezrobocia, gwałtowny przyrost zadłużenia państwa, a także strajki i demonstracje. Niektórzy psycholodzy sugerowali, że liczba samobójstw w tym kraju musiała gwałtownie wzrosnąć. Opierając się na nieoficjalnych danych i doniesieniach medialnych, spekulowali, że wzrost ten wyniósł 17-40 proc.Uczeni z Uniwersytetu Pensylwanii w USA wraz z greckimi i brytyjskimi kolegami postanowili sprawdzić, jak kolejne fale kryzysu wpływały na skłonność Greków do odbierania sobie życia. Przeprowadzili obejmującą 30 lat (od 1983 do 2012 r.) analizę danych dotyczących liczby samobójstw, wiążąc je z konkretnymi wydarzeniami.

Wyniki ich pionierskiej pracy publikuje „British Medical Journal”.

Euro poprawia i psuje nastroje

Naukowcy oparli się na doniesieniach medialnych i zidentyfikowali 12 kluczowych wydarzeń między styczniem 1983 a grudniem 2012 r. Wszystkie mogły mieć wpływ na liczbę popełnianych samobójstw. Były wśród nich takie „poprawiacze” nastroju, jak wejście do strefy euro czy igrzyska olimpijskie w Atenach oraz kilka komunikatów o wprowadzeniu kolejnych oszczędności.

W ciągu 30 lat, które analizowali badacze, grecki urząd statystyczny zarejestrował 11 505 samobójstw. 9079 popełnili mężczyźni, 2256 – kobiety. Średnia miesięczna wyniosła ok. 25 samobójstw wśród mężczyzn i blisko sześć wśród kobiet.

Uczeni odkryli, że w październiku 2008 r. liczba samobójstw wśród greckich mężczyzn wzrosła o 13 proc. Kolejny nagły skok – o 18,5 proc. – został zaobserwowany w czerwcu 2011 r., kiedy rząd w Atenach wprowadził działania oszczędnościowe. Po ogłoszeniu cięć budżetowych wybuchły strajki, w których wyniku przestały działać większość usług publicznych w Grecji oraz banki.

Mniej więcej w tym samym okresie doszło do aż 36-procentowego skoku liczby samobójstw wśród kobiet. Także ich długoterminowy wzrost był procentowo większy niż wśród mężczyzn.

W kwietniu 2012 r. pojawił się kolejny ostry, ale krótkotrwały skok liczby samobójstw wśród mężczyzn – aż o 30 proc. Uczeni wiążą go z głośnym w mediach samobójstwem emeryta na głównym placu Aten, który targnął się na swoje życie w odpowiedzi na rządowy plan oszczędności. Naukowcy uważają też, że za ówczesny wzrost liczby samobójstw odpowiadają częściowo greckie media, które szczegółowo omawiały tragedię emeryta (m.in. cytując jego list pożegnalny).

Niestety, rosnącej liczby zamachów na swoje życie w kryzysowej Grecji nie rekompensuje wcześniejszy spadek samobójstw, który naukowcy wiążą z wydarzeniami poprawiającymi nastrój. Wprawdzie po wprowadzeniu euro w Grecji w styczniu 2002 r. liczba samobójstw wśród greckich mężczyzn spadła aż o 27 proc., ale był to spadek tylko chwilowy.

Nie tylko Grecy

W latach 1983-2012 liczba mieszkańców Grecji zwiększyła się z 9,9 do 11,1 mln. Oczekiwany czas życia – ze średnio 75 do 81 lat. PKB na głowę mieszkańca wzrosło z 4787 dol. w 1983 r. do 25 309 dol. w roku 2012. Z drugiej strony bezrobocie skoczyło z 7,6 do 24,3 proc.

„Kryzys lat 2008-12 pokazuje długoterminowy i systematyczny wpływ dużych rządowych programów oszczędnościowych nie tylko na stabilność ekonomiczną kraju, ale także na zdrowie publiczne mieszkańców. Taki wpływ mają też sensacyjne i czasem niepotrzebnie wyostrzone doniesienia medialne” – piszą badacze w „British Medical Journal”.

Po wybuchu kryzysu nie tylko Grecy zaczęli częściej odbierać sobie życie. Z innych badań wynika, że w 2008 r. liczba samobójstw w Hiszpanii wzrosła o 8 proc.

Raport opublikowany w „BMJ” ma swoje ograniczenia. Po pierwsze, liczba samobójstw, na którą się powołują uczeni, jest zapewne mocno zaniżona. Nie ma w nim także danych o próbach samobójczych.

W Grecji wskaźnik samobójstw jest niski na tle innych krajów europejskich. Dzieje się tak m.in. dlatego, że rodziny samobójców ukrywają to, że targnęli się oni na swoje życie. Chcą w ten sposób uniknąć społecznej i religijnej stygmatyzacji.

Samobójstwa w Polsce

Każdego dnia życie odbiera sobie aż 16 mieszkańców naszego kraju (choć zdaniem specjalistów także nasze dane są prawdopodobnie zaniżone). Statystycznie rzecz biorąc, popełniamy więc samobójstwa cztery razy częściej niż Grecy. Według Komendy Głównej Policji w 2012 r. zabiło się 4177 Polaków. To więcej ofiar, niż pochłonęły wypadki drogowe (w tym samym roku zginęło w nich 3571 osób), oraz rak piersi czy prostaty.

Najnowsze dane policji pokazują znaczny wzrost liczby samobójstw w 2013 r. Przekroczyła ona wtedy 6 tys. – to wzrost aż o połowę! Nie wiadomo, jaka była jego przyczyna.

wyborcza.pl

Nowy dwór Ewy Kopacz to wciąż specjaliści od iluzji

03-02-2015
ZOBACZ ZDJĘCIA »WARSZAWA PREMIER KOPACZ KONFERENCJA PO POSIEDZENIU RM

Warszawa, 03.02.2015. Premier Ewa Kopacz (P) oraz sekretarz stanu w KPRM Małgorzata Kidawa-Błońska (L) w drodze na konferencję prasową po posiedzeniu rządu  /  fot. Radek Pietruszka  /  źródło: PAP

Nominacje niechcący pokazują, jak skromne jest zaplecze PO i jak dramatycznie brakuje w odwodach zawodników „robiących jakość”, po których można sięgnąć w sytuacji kryzysowej.

Ogólnie rzecz biorąc, otoczenie premier Ewy Kopacz sprawia wrażenie solidniejszego i lepiej znającego się na swej robocie, niż otoczenie niedawno zdymisjonowane. Michał Kamiński w roli speca od propagandy nie ustępuje osławionemu Igorowi Ostachowiczowi, a nawet ma nad nadwornym pijarowcem Tuska tę przewagę, że na ogół sprawdza się jako waleczny zawodnik w starciach medialnych. Z pewnością zaopiekuje się wizerunkiem pani premier lepiej od poprzedników, którzy zmarnowali trzy miesiące na malowanie „paniusiowatego”, ociekającego różowym lukrem publicznego obrazu Ewy Kopacz.

Czytaj też: Małgorzata Kidawa-Błońska – nowa „stara” rzeczniczka rządu>>>

Spokojna i zrównoważona Małgorzata Kidawa-Błońska – choć zdarza jej się czasem popadać w ostre kolizje z językiem polskim – ma jednak zalety, których brakowało jej poprzedniczce Iwonie Sulik: polityczne doświadczenie oraz gwarantujące lojalność zakorzenienie w partii.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Ewa Kopacz nie ma ręki do ludzi.

Z kolei Jacek Rostowski – nowy szef doradców pani premier – ma bogate doświadczenie zdobyte u Tuska oraz międzynarodowe kontakty.

Z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu, że Ewa Kopacz nie ma ręki do ludzi. To przecież jej poprzednie zaplecze było zapleczem „autorskim”, nieoczywistym z politycznego punktu widzenia, skonstruowanym w oparciu o osobiste preferencje, bazującym na zaufaniu. I ono zawiodło na całej linii. Zaplecze obecne jest konsekwencją tamtej klęski. Pani premier sięgnęła po ludzi, których akurat miała pod ręką. Kamiński bardzo chciał być blisko głownego sztabu decyzyjnego; Rostowski ostatnio przegrał wszystko, co miał do przegrania i chyba nie wiedział, co ma ze sobą zrobić; Kidawa-Błońska sprawdziła się w roli rzecznika już za schyłkowego Tuska i jej kandydatura była naturalna. Te nominacje niechcący pokazują, jak skromne jest zaplecze PO i jak dramatycznie brakuje w odwodach zawodników „robiących jakość”, po których można sięgnąć w sytuacji kryzysowej.

Czytaj także: Stanowisko dla Kamińskiego, nowa rzeczniczka i powrót Rostowskiego – nowe decyzje Kopacz>>>

Być może z tego powodu pani premier nie dokonała zmiany na stanowisku szefa kancelarii – najważniejszym, najbardziej odpowiedzialnym, politycznie wrażliwym. Szef kancelarii odpowiada za obieg dokumentów i pilnuje terminów, a w pracy szefa rządu bywa i tak, że jedno drobne zaniedbanie (np. brak złozonego na czas podpisu) może być źródłem poważnych tarapatów. Obecnie pełniący to stanowisko Jacek Cichocki odziedziczony został po Tusku i – jak od dawna słychać za kulisami władzy – nie ma już serca do tej pracy i chciałby odejść. Najwyraźniej jednak pani premier nie znalazła odpowiedniego zmiennika.

Te nominacje świadczą o trwałym ugruntowaniu się niedobrej filozofii sprawowania władzy przez Donalda Tuska.

I wreszcie wątpliwość najważniejsza: te nominacje świadczą o trwałym ugruntowaniu się niedobrej filozofii sprawowania władzy przez Donalda Tuska. Szefowie pierwszych rządów III RP przeważnie zapraszali do swego najbliższego otoczenia ludzi znających się na państwie – nie tylko polityków, ale i cenionych urzędników oraz specjalistów w ważnych dziedzinach. Kancelaria premiera była miejscem, w którym odbywa się planowanie polityki rządu, wytyczanie kluczowych jej kierunków, koordynacja wychodzących z resortów projektów – w taki sposób, aby realizacja programu rządu postępowała do przodu z korzyścią dla obywateli, a zarazem można było minimalizować polityczne skutki niepopularnych posunięć. Lecz Tusk zmienił tę logikę. Jego bezpośrednie zaplecze – poza utrzymywanym na początku, lecz szybko uznanym za niepotrzebnego Michałem Bonim – już nie służyło państwu, a samemu premierowi. Nie planowało polityki rządu pod kątem realnej zmiany. Interesowała je bowiem w pierwszej kolejności polityczna iluzja. Skoncentrowane było na wizerunku, sondażach, poparciu. Raczej odwodziło szefa rządu od ambitnych projektów, niż zachęcało. Chyba, źe za ambitny projekt uznamy kuriozalne zapowiedzi kastracji pedofilów…

Ewa Kopacz – choć ostatnio często sugerowała, że zaprzątają jej głowę wyłącznie prawdziwe problemy państwa – poszła jednak za Tuskiem. W przedstawionym dziś gronie brakuje specjalistów od ważnych tematów. To ciągle specjaliści od iluzji – i tyczy się to również (a może zwłaszcza) Jacka Rostowskiego, mistrza w dostarczaniu chwytliwych uzasadnień dla biernej polityki ekonomicznej. Nie ma za to nikogo, kto w sytuacji pełnej napięcia, trudnej, ryzykowej politycznie – jak ostatnio przy stole z górnikami – miałby na tyle siły i autorytetu, aby powiedzieć: „Ewka, zatrzymaj się, są granice, których w imię odpowiedzialności za państwo przekroczyć nie można”. A jeśli nikt tych granic nie będzie pani premier uświadamiał, to one naprawdę znikną z politycznego horyzontu.

Newsweek.pl

„Najgorszy człowiek na świecie”: Halber przepłynęła ocean pogardy do samej siebie [ORBITOWSKI]

Łukasz Orbitowski, 04.02.2015
(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

(fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta) ((fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta))

Małgorzata Halber – znana dziennikarka muzyczna – w powieści o swoim alkoholizmie wstrząsa, lecz nie strofuje. Nie męczy nachalnością nawróconego abstynenta. Opowiada o grozie, ale też pięknie picia. Bo picie jest piękne. Wie to każdy, kto musiał przestać.
W filmie Petra Zelenki „Rok diabła” Jarek Nohavica wyłuszcza swoją wielką teorię alkoholową. Wygląda to następująco: u stóp góry stoi sobie człowieczek, który, jak każdy, chleje na umór. I tak, pijąc, wspina się po zboczu. Nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Nie uzależni się, nie zniszczy sobie życia, nie straci pracy ani rodziny i może dawać w palnik tak bardzo, jak chce. Przełom następuje w momencie osiągnięcia szczytu. Bo gdy zaczyna schodzić z górki, nie ma dla niego ratunku. Nie pomogą księża, bliscy i terapeuci. Taki człowiek jest bezpowrotnie stracony. Problem w tym, że nikt nie wie, jak wysoka jest jego górka. Jej szczyt skrywa mgła.Małgorzata Halber szczęśliwie na szczyt swojej górki nie dotarła – wytrzeźwiała w okolicach trzydziestki. „Najgorszy człowiek na świecie” jest świadectwem tego niewyobrażalnego dla mnie procesu. Bystra, piękna i jeszcze pracuje w telewizji Znam trzech niepijących alkoholików: pierwszy jest korposzczurem i drze japę w kapeli metalowej, drugi dzieli ze mną zawód pisarza, trzeci pakuje owoce na trzy zmiany gdzieś pod Liverpoolem. Różni ludzie, a jednak bardzo podobni. Pamiętam, jak trzeźwieli, jak siedzieliśmy do nocy, oni nad herbatką, ja z kuflem w dłoni. „Najgorszy człowiek na świecie” przypomina tamte wieczory, to książka kumpel, z ogromną potrzebą zwierzania się, wolna od wszelkich ambicji literackich. Podczas lektury czułem się, jakbym siedział w towarzystwie czwartego niepijącego przyjaciela.Halber dystansuje się do własnego doświadczenia alkoholowego, opowiadając historię fikcyjnej bohaterki. Pytanie: ile Krystyny jest w Małgorzacie, uznaję za otwarte i nic nieznaczące. Przypadek tej dziewczyny, niezależnie od imienia, wydaje się typowy, a naczelną intencją autorki jest rozbicie mitu alkoholika. To nie cuchnący lump, nie ćma barowa albo dziad sępiący w piwnicach dworca, ale normalny człowiek, schludny, lubiany i sympatyczny. Jak moi przyjaciele.

Przecież pamiętam tę dziewczynę, a nawet podkochiwałem się w niej odrobinkę w czasach „5-10-15”, oczywiście w sposób niewinny i platoniczny.

Później, gdy opowiadała w mediach o Beatlesach, sprawiała wrażenie osoby szczęśliwej, wolnej od trosk. Bystra, piękna i jeszcze pracuje w telewizji!

Małgorzata Halber w Vivie Polska, z którą związana była przez 11 lat:

*

Takim ludziom się zazdrości. Trudno o większy kontrast niż ten pomiędzy jej uśmiechem a ciemnością osadzoną w „Najgorszym człowieku na świecie”. Mam na myśli piekło niedopitych puszek porozstawianych w całym mieszkaniu, bezsenne noce, wyprawy do monopola nad ranem i ocean pogardy do samej siebie.

Trzeźwość w jakimś sensie polega na budowaniu siebie od nowa. Pamiętam, jak ojciec mojego przyjaciela (zabity już przez wódkę) zaszywał się raz na jakiś czas, po czym dręczył całą rodzinę, na zimno i precyzyjnie – okrucieństwo względem bliskich dawało mu namiastkę odurzenia, którego tak potrzebował. Po prostu niepicie nie wystarcza. Trzeźwienie oznacza naukę wszystkiego od początku: wstawania i siadania, chodzenia i składania słów, pracy i relacji międzyludzkich, ze wskazaniem na miłość. To nic miłego. Więcej nawet – bolesne poznawanie własnych emocji wydaje się torturą. A człowiek nawet nie może się już napić.

Piłem, bo żyję w Polsce

„Najgorszy człowiek na świecie” jest ważną i dobrą książką. Takie tytuły nie dostają nominacji do nagród literackich i rzadko kiedy lądują na szczytach list bestsellerów. Trudno jest pisać o piciu. Wychodzi z tego albo „Moskwa-Pietuszki” albo „Pod Mocnym Aniołem”.

Małgorzata Halber znajduje trzecią drogę, pomiędzy tragedią i komedią. Trzeźwienie to jeszcze trudniejszy temat, o czym wie każdy, kto poznał trzeźwiejących. Taki nieszczęśnik zachowuje się jak neofita jakiejś wyjątkowo egzotycznej religii. Bez przerwy gada o tym, jak było na terapii, chwali abstynencję i jeszcze zaczyna nawracać. Aż mam ochotę krzyknąć: „Napijże się, chłopie!”.

Powieść Halber unika tej pułapki. Wstrząsa, lecz nie strofuje. Poucza, lecz nie męczy nachalnością nawróconego abstynenta. Opowiada o grozie, ale też pięknie picia. Bo picie jest piękne. Wie to każdy, kto musiał przestać.

Nie ukrywam: jestem poruszony. Na konfesyjność Małgorzaty Halber odpowiadam swoją szczerością. Dziewczyna zasłużyła. Piszę te słowa na kacu. Przez kilka ostatnich dni piłem z przyjaciółmi. Piłem, bo fajnie jest się zobaczyć, bo przy wódce lepiej się gada, a zwierzenia przychodzą jakoś łatwiej. Piłem, bo nie umiem inaczej spędzać czasu wśród ludzi. Piłem, bo żyję w Polsce. Piłem, bo wszystkie moje kobiety też piły. Piłem, bo tak miałem w zwyczaju i jak znam życie, dziś wieczorem wyskoczę na parę piwek, jeśli nie lepiej. W gruncie rzeczy chleję od dwudziestu lat. Nigdy nie poniosłem żadnej straty związanej z alkoholem. Nie zawaliłem pracy, nie zniszczyłem żadnej znajomości, a mój syn nigdy nie widział mnie pijanego. Zdiagnozowałem się pobieżnie. Nie jestem uzależniony, przynajmniej podług kwestionariusza.

Jak wysoka jest moja górka?


Małgorzata Halber
Najgorszy człowiek na świecie

Znak

Kraków

Zobacz także

wyborcza.pl

Cheerleaderki z Gdyni ponownie zatańczą w NBA. Na meczu Marcina Gortata

piw, eratusz.pl, 03.02.2015
Cheerleaders Gdynia w sezonie 2013/2014

Cheerleaders Gdynia w sezonie 2013/2014 (Fot. Mariusz Mazurczak (www.23studio.pl))

Gdyńskie cheerleaderki znów zatańczą w NBA. Grupa Cheerleaders Gdynia wybierze się za ocean na specjalnie zaproszenie Marcina Gortata. Swoje taneczne popisy zaprezentują podczas meczu Washington Wizards – Sacramento Kings 14 marca.
O cheerleaderkach z Gdyni głośno jest już od dłuższego czasu. Ich występy przykuły uwagę nie tylko kibiców w Trójmieście, w Polsce (uważa się za najlepszy zespół tancerek sportowych w Polsce), ale także w Europie i poza nią. Na co dzień dziewczyny z grupy Cheerleaders Gdynia tańczą na meczach Asseco Gdynia. O tanecznym talencie dziewczyn przekonali się także kibice podczas meczów piłkarskiej reprezentacji Polski, piłkarzy ręcznych, futbolistów amerykańskich oraz w trakcie Final Four koszykarskiej Euroligi. Ponadto gdyńska grupa tancerek gościła na parkietach Litwy, Rosji i Turcji.POLECAMYCHEERLEADERKI Z GDYNI – KIM SĄ, GDZIE TAŃCZĄ I JAK OSIĄGNĘŁY SUKCES [ZDJĘCIA]

W marcu 2012 roku, wówczas jeszcze pod nazwą Cheerleaders Prokom, dziewczyny zachwyciły publiczność za oceanem. Korzystając z zaproszenia Marcina Gortata, zatańczyły na meczu Phoenix Suns z Memphis Grizzlies. Co więcej – występ ten wywarł tak duże wrażenie, że zostały poproszone o kolejny pokaz, tym razem w przerwie spotkania z Minnesotą Timberwolves.

– Od tamtego czasu znacząco zmienił się nasz skład, zatem dla większości dziewczyn będzie to pierwsza podróż do USA. Cieszymy się, że Marcin Gortat ponownie zaprosił nasz zespół. Tak jak dwa lata temu, uświetnimy występami polski wieczór w NBA tzw. Polish Heritage Night – mówi Małgorzata Rudowska, menedżerka Cheerleaders Gdynia.

Warto podkreślić, że Polish Heritage Night odbywa się już po raz piąty. Z tej okazji w latach 2013 i 2014 nasz jedynak w NBA zapraszał na swoje mecze inną grupę z Trójmiasta – Cheerleaders Flex Sopot.

CZYTAJ TAKŻE: Słynne cheerleaderki będą tańczyły na meczach reprezentacji Polski [ZDJĘCIA]

Czeka nas miesiąc intensywnych treningów, bo specjalnie na występ w Waszyngtonie przygotowujemy dwa zupełnie nowe układy. Z pewnością będą w nich akcenty polskie – podkreśla Aleksandra Wójcik, jedna z cheerleaderek, która dwa lata temu z powodu wcześniejszych zobowiązań nie mogła wraz z koleżankami uczestniczyć w amerykańskiej eskapadzie. – Tym bardziej nie mogę się już doczekać wylotu. To spełnienie jednego z moich marzeń – dodaje.

Występ Cheerleaders Gdynia w NBA koliduje z meczem Asseco, które 16 marca w Gdynia Arena podejmie Polfarmex Kutno.

– Koszykarze nie pozostaną bez wsparcia! Od marca 2013 roku prowadzimy zespół Małych Cheerleaderek, w którym trenują dziewczynki w wieku od 4 do 15 lat. Miały już okazję kilka razy tańczyć na meczach Tauron Basket Ligi, jednak nigdy podczas wszystkich przerw. To będzie dla nich doskonałe przetarcie – dodaje Rudowska.

A tak zaprezentowały się gdyńskie cheerleaderki podczas polskiej nocy w NBA w 2012 roku:

CHEERLEADERKI Z GDYNI – KIM SĄ, GDZIE TAŃCZĄ, JAK OSIĄGNĘŁY SUKCES?

Dominikana: Raj, w którym seks jest bogiem

Mirosław Wlekły
04.02.2015 19:00
A A A Drukuj
Kadr z filmu

Kadr z filmu „Sanky Panky” (Materiały prasowe)

Sanky panky nie lubi, gdy nazywa się go męską prostytutką. On stara się, by turystka uwierzyła w jego miłość. I żeby ta wiara przetrwała koniec turnusu
– Pan sam? – recepcjoniści hotelu Dominican Bay (Zatoka Dominikańska) uśmiechają się porozumiewawczo.Recepcja ma wymiar kortu tenisowego. Długie kremowe zasłony zamiast ścian, wiklinowe fotele z białymi poduchami, pośrodku fontanna. Dostaję klucz. Numer 17307.Na rękę zakładają mi różową bransoletkę z plastiku. Od tej chwili mogę w pełni korzystać z dobrodziejstw all inclusive. Piwa, rumy, drinki i fast food od dziesiątej rano niemal do świtu. Wszystko w cenie wczasów.Do morza, choć podobno jest przejrzystoturkusowe jak nigdzie na świecie, dotrą nie wszyscy goście Zatoki Dominikańskiej. Nie dlatego, że się nie da. Pytanie brzmi raczej: po co? Po co komu morze, gdy pod nosem basen, przy nim leżaki, obok bar i tylko krok do hotelowego pokoju. A do morza trzeba przejść 200 metrów i pokonać trzy przecznice. Nawet jeśli nie trzeba iść ulicami: zatłoczonymi, hałaśliwymi, brudnymi, z popękaną nawierzchnią. Hotelowe alejki, deptaki, wiadukty i mostki tak prowadzą zagranicznego turystę, by nie narazić go na kontakt z tubylcami. Ogrodzenia, mury i murki mają zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa. I oddzielić od przykrych widoków i zapachów.Izolacja jest luksusem. Im droższa wycieczka, tym mniej kontaktu z realnym światem.

Sto metrów od hotelu nie ma już idealnie przystrzyżonych trawników i spadających na nie z drzew czerwonych kwiatów hibiskusa; jest beton, na betonie śmieci. Zatrzymują się autobusiki, które wożą ludzi do stolicy (normalny – 50, expresso – 70 peso, 20 razy taniej niż taksówka).

Calle Juan Bautista Vicini to dla wielu turystów początek i koniec kontaktów z tubylcami (nie licząc obsługi hotelu). To jedyne miejsce w drodze nad morze, gdzie dwa równoległe światy, turysty i tubylca, przecinają się. Na styku obu – przy płotach, wyjściach z hoteli, na brzegu morza stoją – sanky panky, kolorowo ubrani młodzi Dominikańczycy: alfonsi, sprzedawcy narkotyków, przewodnicy, a przede wszystkim chłopcy do towarzystwa dla białych turystek.

Seksturystki w obiektywie Ulricha Seidla

– Hola, amigo! Marihuana? Mujeres?

Są namolni. Zagadasz – nie odpuszczą, dopóki nie kupisz trawy albo dziewczyny. Milczysz, czyli jesteś rasistą. Krzyczą za mną, kiedy wchodzę na teren zamkniętego dla osób spoza hotelu, pilnie strzeżonego parku. Po równo przystrzyżonej trawie pośród palm oprócz mnie spacerują tylko kury, które przeskoczyły z sąsiedniej posesji. Wspinam się na przerzucony nad zaniedbanymi ulicami wiadukt dla hotelowych gości. Z dołu nawołują mnie czarnoskóre dziewczyny, jakiś gość znów proponuje trawkę. Udaję, że nie słyszę. Na samym wiadukcie nikt mnie nie dotknie, nikt nie zaczepi. Jeszcze tylko przejście przez klimatyzowany korytarz budynku konferencyjnego i jestem.

Plaża. Biały piasek, turkusowe ciepłe morze, bary pomiędzy palmami. Ochrona pilnuje, żeby nikt z zewnątrz nie przekroczył granicy. Wyznacza ją kamienny murek sięgający łydek.

Tu: niemłode Niemki opalają się toples, Francuz na niebieskim leżaku czule przytula młodą Dominikankę, Włoch fotografuje się w uścisku z nastoletnimi Mulatami, darmowe drinki i zmrożone piwo.

Tam: tani rum, placki z kukurydzy i smażone ryby. Miejska plaża jest zagracona i zaśmiecona.

– Chcesz piedra china? – To sanky panky. Ma na imię Rafi. Najpierw coś wykrzykuje zza murka, potem zaczyna wymachiwać rękami.

– Chcesz dziewczyny?

Przeczę ruchem głowy.

– My też mamy żony. Żona nie musi o niczym wiedzieć – uspokaja. – A może jesteś gejem? To przywiozę ci chłopaka.

Uciekam wzrokiem.

Na plaży bardzo, bardzo dojrzałe Amerykanki tulą się do dwóch miejscowych dwudziestolatków. Słit focia za słit focią. Usta w dzióbek. Pstryk! Ręka na pupie. Pstryk! Całus w policzek. Pstryk! Mokry pocałunek. Pstryk! Amerykanki ryczą ze śmiechu.

Rafi przeskakuje murek. Ostrożnie – tylko kilka kroków w głąb obcego terytorium. Wyciąga otwarte dłonie. Na nich płócienne woreczki. W każdym niewielkie, okrągłe coś. Haszysz? Rafi rechocze.

– To piedra china, chińskie kamienie. Smarujesz nimi fiuta. Po 15 minutach wycierasz. Będzie sterczał całą noc. Możesz nim zabić kobietę.Na plażę przyniósł pięć kamieni miłości. Zapewnia, że to dzieła natury zrobione na bazie kakao. 500 peso sztuka. 40 złotych.W 2008 roku po zażyciu piedra china w Nowym Jorku zmarł mężczyzna. Tamtejszy Departament Zdrowia natychmiast wydał ostrzegawczy komunikat. Stosowany doustnie zaburza pracę serca, może je nawet zatrzymać. Używany na skórę – co jest najczęściej praktykowane – powoduje czasem jej podrażnienie lub uszkodzenie.- Nie chcesz piedry? Pewnie, nie musisz. Zaraz ci przyprowadzę una chica buena. Buenissima! Jaką wolisz? 22, 26 lat? W cenie cztery godziny w hotelu, todo incluido.Rafi podsuwa mi wizytówkę. Cztery wypięte pupy w różowych stringach. Pracuje tylko z mujeres clasicas, zapewnia, że lepszych i prawdziwszych lasek w mieście nie znajdę.Ceny? 2,5 tysiąca peso (190 złotych) za godzinę. 12 tysięcy (900 złotych) za noc.

– Jeśli potrzebujesz dziewczyny na cały tydzień, dogadamy się. Będziesz zadowolony. A może lubisz do dupki? Jak chcesz, przyprowadzę ci Haitankę, one są najciaśniejsze. Mówię ci, rewelacja.

Nie skorzystam, ale postawię butelkę presidente. Rozlewamy do plastikowych kubków. Pogadamy o kinie. „Sanky Panky”. Billboardy reklamujące tę komedię stoją przy głównych arteriach Santo Domingo. Pierwsza część miała premierę w 2006 roku. Młody Genaro rzuca pracę w spożywczaku w stolicy. Uczy się angielskiego i jedzie pracować w kurorcie, a przy okazji zapolować na bogatą amerykańską turystkę. Wybucha jednoturnusowy romans.

Wieśniaki jadą w świat. Spadajcie z raju

Lindsay de Féliz, Brytyjka mieszkająca w Dominikanie, spisała w dziesięciu punktach charakterystykę czyhającego na turystki niebezpieczeństwa zwanego sanky panky.

Ten dekalog mógłby również posłużyć za streszczenie filmu.

1. Pojawiają się wszędzie tam, gdzie jest popyt – czytaj: turyści.

– Większość z nich jest z Europy – Rafi pociąga łyk piwa. – To głównie Włosi, Francuzi i Niemcy. Trochę Kanadyjczyków i Amerykanów. Kiedy akurat nie zajmujemy się bogatymi turystkami, zarabiamy na facetach, którym naganiamy dziewczyny. Czarni biorą Mulatki. Biali wolą ciemne. Wiadomo, im ciemniejsza, tym lepsza, nie? Pracują tu dziewczyny z całej Dominikany. Jak znajdziemy im klienta, odpalają nam 20 procent. W sezonie da się tak wyciągnąć nawet 30 tysięcy peso na tydzień (ponad 2200 złotych).

2. Zadbani: mięśnie, ciuchy z metkami, przeciwsłoneczne okulary znanych firm (zwykle podróbki) i biżuteria. Ubrani kolorowo, w modnych T-shirtach albo kwiecistych koszulach. Zawsze młodzi, zazwyczaj też piękni. Na dominikańskich plażach, w pobliżu drogich hoteli. Zaczepiają turystki i turystów. Załatwią wszystko.

– My jesteśmy branża usługowa – zapewnia Rafi. – Zawozimy do dobrych dyskotek, przywozimy cygara, alkohol. Narkotykami się nie zajmuję, ale naganiam klientów wypożyczalniom pływających bananów. Na tym też można zarobić. Od każdego frajera dostaję 50 peso.

3. Nie tracą czasu: zazwyczaj po kilku godzinach znajomości wyznają miłość, zapewniają, że nigdy nie czuli się w towarzystwie kobiety tak wspaniale, i deklarują, że chcą mieć z nią dziecko (bez względu na to, ile ma lat).

– Najfajniejsze są Amerykanki, ciemnawe takie, ale ostatnio jakby ich mniej przyjeżdżało. Ale niemieckie blondynki też są niczego. No wiesz, tu mają, tam mają – Rafi kreśli dłońmi w powietrzu wielkie łuki. – I te anielskie włosy! Farbowane? Mniejsza, nie jestem wybredny. Gdybym był, nie zarobiłbym na chleb. Nawet jak się trafi stara i gruba, nie odmówię. To w końcu tylko praca. Jak trzeba, łykam pastylki. Biorę je potem ostro, całą noc. Żeby nigdy nie zapomniały tygodnia w Boca Chica.

4. Zapraszają do rodzinnych domów (by przedstawić matce, dzięki czemu kobieta ma poczuć się wybranką), zazwyczaj nędznych, bez kuchni, kanalizacji. Jeśli domy ich rodziców nie spełniają warunków, wynajmują sobie na parę godzin klitkę z matką do wynajęcia.

Rafi to chojrak i prawdziwy profesjonalista: bródka, diamencik w lewym uchu, różowy kolczyk na środku języka, okulary, fioletowe koraliki, tatuaże na ramionach. Pochodzi z pobliskiej La Calety, ma 29 lat i siedmioletniego syna, którego widuje tylko od święta. Kiedyś chciał być barmanem, ale przerwał kurs. Przeprowadził się do Boca Chica i został sanky panky. Raz miał nawet dziewczynę z Polski. Z Olą chodził przez trzy tygodnie. Tyle trwał turnus.

5. Na początku nie proszą o pieniądze, najwyżej o telefon komórkowy, by po wyjeździe turystki móc utrzymywać z nią kontakt (profesjonalni sanky panky mają kilka telefonów, każdy do rozmów z inną zagraniczną „narzeczoną”).

– One najczęściej mają czterdzieści parę, 50 lat. Ale bywają starsze. Młodsze rzadziej. Skoro już tu przyjechały, chcą się zabawić. Albo pocieszyć. Po rozstaniu, rozwodzie, ślubie z nudnym frajerem. Dominikańczyk, Haitańczyk, wszystko im jedno, byle był czarny. Nie wiesz, dlaczego czarny? – rechocze Rafi. – Ale to bzdury. Po prostu babki szukają odmiany. Miłość? Niektóre tak. Dajemy ją im przez tydzień, dwa. Nie, wcale nie za kasę. Czasem któraś rzuci 100 euro za numerek. Ale z reguły nie bierzemy pieniędzy. Naprawdę. Posuwamy je za darmo.

6. O pierwsze pieniądze, na przykład o tysiąc dolarów, zakochane w nich kobiety sanky panky proszą zaraz po ich wyjeździe (listownie lub telefonicznie): zazwyczaj na leczenie matki (tej miłej staruszki, u której niedawno gościła).Sanky panky nie lubi, gdy nazywa się go męską prostytutką. Tu chodzi o coś więcej niż seks. Sanky panky stara się, by turystka uwierzyła w jego miłość. I żeby ta wiara przetrwała koniec turnusu.- Policja was nie tępi? – podpytuję Rafiego.- Chłopie – mówi – dlaczego policja miałaby się nas czepiać? Łapsy są od łapania złodziei, a my uczciwie zarabiamy na chleb. Turyści chcą rozrywki, to ją zapewniamy. Dopóki nasze panie są w Dominikanie, nie dopominamy się o pieniądze. Niektórych zresztą pieniądze mało interesują. Najważniejszy jest ślub.- Ślub?- Niektórym chłopakom się poszczęści. Dostaną zaproszenie do Europy. Pojadą do Niemiec albo Norwegii i się ożenią. Ale to rzadziej. One częściej wysyłają pieniądze. Albo wracają.

7. Po wyleczeniu matki sanky panky zwykle trafiają do więzienia, więc albo kobieta wpłaci kaucję (2 do 5 tysięcy dolarów), albo jej ukochany utkwi tam na wiele lat i już nigdy się nie zobaczą.

Sanky panky pochodzą z biednych rodzin. Edukację kończą na podstawówce. Na więcej ich nie stać. Pracę zaczynają w wieku kilkunastu lat. Gdy zarabiają, pomagają swoim rodzinom.

Rafi z pięcioma kamieniami w kieszeni chodzi w tę i z powrotem po plaży. Zamówił je pewien Wenezuelczyk, ale się nie pojawił.

– Przecież nie skorzystam z wszystkich sam – denerwuje się Rafi. – Poza tym jeśli nie sprzedam kamieni, to z czego zapłacę za pokój (za dobę z łazienką 300 peso, ponad 20 złotych). A żarcie? Mówię ci, lekko nie jest. W porze deszczowej interes siada. Bywają dni, gdy nic nie zarobię.

8. W końcu „tracą pracę”, wmawiają kobietom, że to przez związek z nimi. W rezultacie turystki wysyłają swoim dominikańskim narzeczonym kilkaset dolarów miesięcznie.

– Popatrz na mnie: to dzień moich urodzin, a ja byle jak ubrany, nie stać mnie nawet na fryzjera. Haruję w dzień, żeby w nocy moja rodzina mogła coś zjeść. Boca Chica podupada. 15 lat temu było tu mnóstwo turystów. Amerykanie, pełno Włochów. Kobiety były tańsze, wszystko miałeś już za 1000 peso. Teraz turyści wolą jechać do Punta Cana, na Kubę albo do Brazylii. Upadek, mówię ci.

9. Sanky panky rzadko mają żony. Ale jeśli są związani z Dominikankami, te często wspierają ich w grze z zagranicznymi turystkami. – Nie możemy mieć rodziny. Musimy być independientes. W tej okolicy jest nas kilkunastu. Jesteśmy jak bracia, współpracujemy. Niektórzy mówią o nas źle, a przecież odwalamy kawał dobrej roboty.

10. Proszą o rękę. I wizę.

Pierwsza część „Sanky panky” była do bólu maczystowska. Genaro, młody Dominikańczyk bez wykształcenia i przyszłości, wkuwa angielski, by zapolować na bogatą gringę. Udaje mu się, publiczność jest po jego stronie.

Nakręcony po sześciu latach sequel ma zupełnie inny ton. To właściwie sfabularyzowana umoralniająca pogadanka – przyprawiona oczywiście śmiechem z puszki. Amerykanka Martha wraca do Dominikany. I do Genara. Jest z nim w ciąży. Ale chłopak ma już miejscową narzeczoną La Morenę (gra ją dominikańska piosenkarka i seksbomba Alina Vargas). Pracuje w eleganckim kurorcie. Zabawia turystów w przebraniu kurczaka. Martha czule przykłada jego dłoń do swojego brzucha. – Este es tu hijo, to twoje dziecko – szepce, kalecząc hiszpański. Ale Genaro nie zamierza się ustatkować. Woli swoją La Morenę i zabawy z kolejnymi turystkami, tym razem Włoszkami. Martha z nowo narodzonymi bliźniętami odlatuje więc do Stanów. Ale Genaro pod wpływem spotkania z nią (i afery, która wybucha, gdy spotykają się obie jego narzeczone) zmienia się. Bierze z La Moreną romantyczny ślub na białej plaży. Będzie teraz odpowiedzialnym mężem. Może nawet ojcem.

„Świetna komedia dla całej rodziny” – pisze dziennik „Hoy”, a „El Nacional” dodaje, że bardzo inteligentna: niby śmiech i groteska, ale też zachęta do odpowiedzialności i monogamii. A także szacunku wobec kobiet. „Nowy ton w dominikańskim kinie” – podkreślają recenzenci.

Na Karaibach słońce przez okrągły rok zachodzi około osiemnastej. Od trzech godzin panuje mrok. Plaże i główna Avenida Duarte w ciągu dnia pełne są turystów. Po zmroku schodzą się tu prostytutki. Plaża przed hotelem Zatoka Dominikańska w ogóle nie jest oświetlona. W odróżnieniu od plaży miejskiej i eleganckiej restauracji tuż obok. Trudno byłoby oczyszczać langusty po ciemku.

Nasi politycy są skorumpowani i używają władzy do wzbogacania się. Społeczeństwo ich nie interesuje. Smutek tropików

Rafi nie daje za wygraną. Przyprowadza niską Mulatkę. – Marisol wyssie z ciebie wszystkie soki. Marisol znaczy Morze i Słońce. Tanie znoszone dżinsy, wrzosowy chiński T-shirt opięty na niewielkich piersiach. Niska, włosy związane w kitkę. Tłumaczę, że nie dam jej zarobić, ale chętnie pogadam. – Ciężko gadać, gdy burczy w brzuchu – odpowiada. Biegnę do hotelowej kantyny, która o tej godzinie karmi już tylko fast foodem (dziesięć minut w jedną, dziesięć w drugą stronę; po drodze ani żywej duszy, większość turystów dogorywa przed telewizorami, inni zbierają siły przed nocnym wypadem do dyskoteki). Morze i Słońce polewa hot doga keczupem z saszetki, majonez zostawia na boku, zajada łapczywie. Cedzi cuba libre, które przyniosłem z pustej jeszcze dyskoteki na plaży, nie dopije do końca, w pracy woli nie przesadzać z alkoholem. Ma 24 lata, mieszka w La Romanie, sto kilometrów stąd. – Przekwalifikowałam się. Znajoma opowiedziała mi, że w Boca Chica można dobrze się zaczepić. Trudno było się zdecydować. Ale miałam wyjście? To już jakieś półtora roku trwa. Można się przyzwyczaić. Szczegóły? Nic nadzwyczajnego. Praca jak inne. Wcześniej byłam kelnerką w La Romanie. Zarabiałam 15 tysięcy peso. Niewiele, choć cieszyłam się i z tego. Ale tak to już jest w Dominikanie: wy, turyści, lubicie słońce, chmur i deszczu nie lubicie, więc kiedy kończy się sezon, turystów ubywa, a ludzi z roboty zwalniają. Szukałam długo, nic innego nie znalazłam. A muszę utrzymać dzieci: synek ma siedem lat, córeczka cztery. Sama byłam dzieckiem, gdy pierwszy raz zaszłam w ciążę. Ojciec? Nawet przez kilka lat był moim mężem. Ale mąż to tylko kłopot. Wymagania i niewiele w zamian. Kupuje ciuchy, jakie chce, za ile chce i wcale go nie obchodzi, że ja nie mam z czego zapłacić rachunków. Rozwiedliśmy się. Zniknął. Na dzieci nic nie daje.

Siedzimy na murku odgradzającym plażę Zatoki Dominikańskiej od reszty świata. Plaża jest niemal pusta. Od czasu do czasu przejdą jakieś dziewczyny, które, jak Marisol, nie znalazły jeszcze klienta. W okolicach Bożego Narodzenia klientów przybędzie. Ale jest dopiero listopad, dla przemysłu turystycznego najgorszy miesiąc w roku. Morze i Słońce dojada hot doga. Drugiego zostawia sobie na potem. – Spaliłabym się ze wstydu, gdyby ktoś się dowiedział, co robię. Na szczęście La Romana jest dość daleko, nikt ze znajomych i krewnych nie przyjeżdża do Boca Chica. Mama zajmuje się domem, tata jest taksówkarzem. Pomagają mi. Mama opiekuje się dziećmi. Co im powiedziałam? Że jestem kelnerką.

Jak trafi się dobry klient, taki, co rzuci 500 peso, to zaraz zwijam interes i wracam do dzieci. Ale czasami tkwię tu całą noc i nic. Wtedy dzwonię do matki, żeby została do rana.fy? Nie, nigdy się nie zdarzył. Najkulturalniejsi? Znaczy fajni? Amerykanie i Włosi. Jeden przyniósł mi z hotelu hamburgera. Inny zapłacił 500 peso, a potem dał jeszcze 8 dolarów. Ukradli mi je potem. W Boca Chica to normalne. Mówię ci, to najgorsza dziura. Kurwy i złodzieje. A turyści? Spoko, nie są groźni. Za to bardzo wdzięczni, bo robię im rzeczy, o które nie odważą się poprosić własnych żon.Policja? Nielegalny jest tylko seks z nieletnimi, więc co mi mogą zrobić? Czasami aresztują którąś z dziewczyn bez powodu. Albo straszą, żeby ściągnąć haracz. Jak coś im odwali, to nie ma innej rady, trzeba zapłacić. Premiera
„All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem”
Mirosław Wlekły
Agora
Dominikana to kraj we wschodniej części wyspy Haiti. Słońce, biały piasek, przezroczysta woda. I hotele, których obsługa z uśmiechem spełni każde marzenie turysty. W 2013 r. zarzucono tam dwóm polskim księżom, że wykorzystywali seksualnie dzieci. Jeden był proboszczem w górskiej wiosce. Drugi nuncjuszem apostolskim. Autor „All Inclusive” przeprowadza reporterskie śledztwo, zabierając czytelników w podróż po kraju. Poznajemy ciężarną nastolatkę, chłopców sprzedających się za kilka pesos, napuszonych macho, perwersyjnego dyktatora, kapłana wudu, polskiego misjonarza.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Rafał Sonik: Na wielbłąda mnie nie stać
Liderzy nikomu nie pomogą. Jeśli ja się zatrzymam, to inny na pewno nie stanie, a walczymy o sekundy. Rozmowa z Rafałem Sonikiem

Kluza uświadamia Kwaśniewskiego. Brakuje nam 200 tysięcy Polaków rocznie!
Najgorzej będzie miało pokolenie osób urodzonych w końcówce lat 60., w latach 70. i na początku 80. Bo dziś to pokolenie dużo łoży na system, który został stworzony kiedyś, a jednocześnie jest duże prawdopodobieństwo, że samo zostanie pozbawione pewnych praw.

Siergiej Zacharow. Doniecki Banksy
Najpierw rysujesz jajo – to będzie głowa Putina. Potem koniecznie musisz skupić się na nosie

Ustawa o bestiach a życie
Dziecko trochę płakało, trochę się ruszało. Orgazmu nie przeżyłem, ale wewnętrznie odprężyłem się – podkreślił podczas przesłuchania Henryk Z.

Henryk Szost. Kuszenie maratończyka
Analizuję przeciwnika. Liczy się wszystko: jego oddech, krok (czy się skraca, czy się wydłuża), praca rąk. Obserwuję i obliczam: czy już zaatakować? Z Henrykiem Szostem, rekordzistą Polski w maratonie, rozmawia Anna Śmigulec

Globisz odbiera telefon
– Powiedziałam, żeby już odpuścił tę chorobę. Bo my tu ciągle pijemy i pijemy za jego zdrowie. „Chcesz, żebyśmy zapili się na śmierć?” – zapytałam

Polish shit
…czyli jaki kraj, taki musical [VARGA]

Wyborcza.pl

„50 twarzy Greya” promuje przemoc. W USA kobiety namawiają do bojkotu filmu

ro, 04.02.2015
W USA rozpoczyna się bojkot filmu

W USA rozpoczyna się bojkot filmu „50 twarzy Greya” – adaptacja bestsellerowej powieści promuje przemoc(materiały promocyjne)

Film „Pięćdziesiąt twarzy Greya” do amerykańskich kin wejdzie w walentynki. Tymczasem na Facebooku wystartowała kampania, która nawołuje do bojkotu filmu. – Hollywood nie potrzebuje waszych pieniędzy. Maltretowane kobiety tak.
Miliony kobiet na całym świecie marzą o tym, by być jak Anastasia Steele, czyli główna bohaterka książki „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Według twórców obywatelskiej kampanii „50 dollars not 50 shades” (50 dolarów, nie 50 twarzy) to błąd. – Prawdziwe kobiety nie kończą tak jak Anastasia – głosi jedno z haseł akcji. – One kończą w schroniskach dla kobiet, uciekają latami albo umierają. Hollywood nie potrzebuje waszych pieniędzy O co chodzi? Anastasia Steele to młoda dziewczyna, która w czasie studiów poznaje zabójczo przystojnego i bajecznie bogatego milionera, tytułowego Christiana Greya. Skrywa on wiele mrocznych tajemnic, ale dość szybko okazuje się, że jedną z nich jest zamiłowanie do praktyk sadomasochistycznych. I w ich świat wprowadza niewinną Anastasię. Tak mniej więcej można streścić fabułę trzech książek E.L. James. Powieści wyśmiane przez krytyków za prostacki język i szablonowe postaci zyskały jednak miliony fanów.Romans erotyczny doczekał się też adaptacji filmowej, która premierę będzie miała w tym roku. I właśnie z tej okazji zorganizowano kampanię bojkotującą film. Na facebookowym profilu jej twórcy buntują widzów przeciwko filmowi, zaznaczając, że jest to kampania oddolna i prowadzona głównie przez kobiety. Namawiają do tego, aby 50 dolarów, które widzowie wydadzą na bilet, kubeł popcornu i coca-colę, przeznaczyli raczej na wspieranie walki z przemocą domową albo budowę nowych schronisk dla kobiet, które stały się jej ofiarami. – Hollywood nie potrzebuje waszych pieniędzy – przekonują. – Maltretowane kobiety tak.Ten film czyni przemoc atrakcyjną seksualnieKrytykują też przemoc atrakcyjną seksualnie gloryfikowaną zarówno w serii książek o Greyu, jak i w adaptacji filmowej relacji pomiędzy głównymi bohaterami, którą nazywają „uwłaczającą”.

Mają na myśli ciągnące się przez kilkaset stron, szczegółowo opisane sceny erotyczne, w których Anastasia bez słowa sprzeciwu poddaje się Christianowi.

„The Hollywood Reporter” cytuje przedstawiciela Narodowego Centrum walczącego z wyzyskiem seksualnym, który przyznaje, że „Pięćdziesiąt twarzy Greya” czyni przemoc atrakcyjną seksualnie. Ale nie rozprawia się w ogóle z problemem i konsekwencjami uwłaczających i poniżających dla kobiet relacji.

Organizatorki kampanii, które udzielają się też w ruchu Stop Por Culture (Stop Kulturze Porno) i Londyńskim Centrum dla Poniżanych Kobiet, powiedziały w poniedziałek „The Times”, że są zaskoczone odzewem internautów. W tydzień ich stronę na Facebooku polubiło ponad 4 tys. osób. Dodały, że zgłosili się do nich już darczyńcy z Niemiec i Australii. Kampania robi też furorę na Twitterze.

– Ludzie są zbulwersowani filmem, który tak naprawdę wybiela stalking i gloryfikuje poniżanie. Są szczęśliwi, że mogą zrobić coś pozytywnego i pomóc jakoś zahamować zniszczenie, które już się dokonało – mówią organizatorki.

Zobacz także

wyborcza.pl

Jak długo będziesz żył? Naukowcy znaleźli biologiczny zegar śmierci

Michał Rolecki, 04.02.2015
Helisa DNA

Helisa DNA (123RF)

Popularne „zegary śmierci” w internecie, które wyznaczają datę śmierci na podstawie naszych odpowiedzi na kilka pytań, to tylko zabawa, choć nieco makabryczna. Ale naukowcy właśnie znaleźli coś poważniejszego: biochemiczną metodę przewidywania ryzyka śmierci.
Nasze ciała bezustannie się starzeją. Paradoksalnie ten proces jest najszybszy w niemowlęctwie i zwalnia znacznie wraz z wiekiem, ale jest nieunikniony. Nie dla wszystkich jednak zegar biologiczny odmierza czas tak samo – u niektórych się spieszy i szybciej wybija „godzinę śmierci”. Odpowiadają za to i styl życia, i geny. Badacze z Edynburga znaleźli metodę, dzięki której są w stanie określić tempo zegara biologicznego i przewidzieć długość życia na podstawie badania tylko jednego biochemicznego parametru.Metoda polega na pomiarze poziomu metylacji DNA. To proces, który nie zmienia genetycznego kodu, ale sprawia, że do zasad, które wchodzą w skład DNA, dołączana jest grupa metylowa (-CH3). Wpływa to na to, czy geny są aktywne, czy wyłączone.Z wcześniejszych badań wiadomo, że poziom metylacji jest niezwykle niski w stadium rozwoju embrionalnego, natomiast rośnie z wiekiem. Jest też wysoki w komórkach nowotworowych.Zespół z Uniwersytetu w Edynburgu we współpracy z amerykańskimi i australijskimi naukowcami przeprowadził cztery niezależne od siebie badania, które trwały kilkanaście lat i wzięło w nich udział 5 tys. osób w wieku powyżej 50 lat. Okazało się, że wyższy poziom metylacji DNA wykazuje korelację z podwyższonym ryzykiem zgonu – nawet po uwzględnieniu innych „śmiercionośnych” czynników, takich jak choroby serca, cukrzyca czy palenie tytoniu.Ci, u których poziom metylacji jest wyższy niż średni w ich wieku, są o 16 proc. bardziej narażeni na ryzyko śmierci – z dowolnego powodu. Badacze konkludują, że wskaźnik starzenia się oparty na metylacji DNA to cecha, która lepiej przewiduje ryzyko zgonu niż stan zdrowia, styl życia czy znane czynniki genetyczne.- Te same wyniki we wszystkich czterech badaniach wskazują na związek między zegarem biologicznym i długością życia. Nie wiemy jeszcze, jakie czynniki genetyczne albo styl życia wpływają na wiek biologiczny. Planujemy to teraz szczegółowo zbadać – mówi dr Riccardo Marioni z Uniwersytetu w Edynburgu.

– Ta praca jest fascynująca, bo wskazuje na istnienie całkiem nowego wskaźnika starzenia się, który lepiej prognozuje długość życia niż szacunki bazujące na takich czynnikach, jak” palenie, cukrzyca czy choroby układu krążenia – dodaje główny autor badań prof. Ian Deary.

Badania opublikowano w „Genome Biology”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Rozmowy z górnikami pod presją tłumu. Negocjatorzy szukają bezpiecznego miejsca na spotkanie

Jacek Madeja, 05.02.2015
Wczorajsza demonstracja 2 tys. górników przed siedzibą Jastrzębskiej Spółki Węglowej, gdzie trwały rozmowy zarządu ze stroną związkową

Wczorajsza demonstracja 2 tys. górników przed siedzibą Jastrzębskiej Spółki Węglowej, gdzie trwały rozmowy zarządu ze stroną związkową (DOMINIK GAJDA)

Ósmy dzień protestu w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Po wtorkowych zamieszkach negocjatorzy przez całą środę szukali bezpiecznego miejsca do rozmów.
Kopalnie JSW stoją od ośmiu dni. Atmosfera jest też coraz bardziej gorąca na ulicach Jastrzębia-Zdroju. Budynek spółki otaczał wczoraj szczelnie policyjny kordon, w pogotowiu czekały armatki wodne. Tym razem demonstrujący nie próbowali wedrzeć się do środka ani nie atakowali policjantów. Na celownik wzięli za to ekipy telewizyjne i fotoreporterów, których obrzucili petardami i kamieniami.Zaostrzył się też protest w kopalniach. Według związkowców w każdej kopalni JSW kilkudziesięciu górników rozpoczęło protest pod ziemią. Nie wiadomo, jak długo tam zostaną i czy będą ich zmieniali koledzy.Kolejna runda trwających od ubiegłego tygodnia negocjacji między zarządem spółki i stroną związkową miała się zacząć wczoraj o godz. 13. Ale termin i miejsce spotkania zmieniono z powodu agresywnego tłumu przed siedzibą JSW i obawy powtórki scenariusza z poprzedniego wieczoru. Policjanci, którzy ochraniali budynek, użyli broni gładkolufowej i gazu, by powstrzymać tłum próbujący wedrzeć się do środka.Po zamieszkach zatrzymano 15 osób, wśród nich są pracownicy kopalń, pełnoletni uczniowie i bezrobotni. – Ustaliliśmy, że część zadymiarzy ma powiązania ze środowiskami kibicowskimi, dlatego do Jastrzębia-Zdroju została skierowana grupa do walki z przestępstwami pseudokibiców – mówi Andrzej Gąska, rzecznik śląskiej policji.Związkowcy przekonywali, że pikieta była spontaniczna i sytuacja wymknęła się spod kontroli. – Żadna z organizacji związkowych nie organizowała tej pikiety czy rozruchów pod JSW – przekonuje Piotr Szereda, rzecznik Wspólnej Reprezentacji Związków Zawodowych. – Przyszliśmy na negocjacje, a to, co się stało za budynkiem, nie było inspirowane przez stronę związkową. Wśród ludzi byli górnicy, ale to nie oni rzucali petardami i butelkami.Protestujący od ubiegłej środy górnicy JSW nie chcą się zgodzić na program oszczędnościowy, który forsuje prezes Jarosław Zagórowski. Jego wprowadzenie oznaczałoby cięcia górniczych wynagrodzeń i przywilejów. Dlatego głównym postulatem, który górnicy i związkowcy stawiają na ostrzu noża, jest odwołanie prezesa Zagórowskiego. Na razie udało im się wymóc jego wykluczenie z negocjacji. W rozmowach ze związkowcami biorą udział jedynie wiceprezesi.

Zagórowski sam do dymisji podać się nie zamierza: – Nie ma żadnej pewności, że to poprawiłoby sytuację. Przyjdzie inny zarząd i zostanie poddany tej samej presji. Nie można się poddawać w takiej sytuacji. Nikt, kto dba o dobro firmy i pracowników, nie podda się takiej presji związkowców – uważa prezes. Według zarządu każdy dzień przestoju to około 27 mln zł strat dla spółki.

Zagórowski oskarża też związkowców o inspirowanie zamieszek. – Słowa związkowców, że nie są za to odpowiedzialni, że nie wiedzą, kto przyszedł, to nieprawda. Ktoś tym ludziom dał sygnał, że pod JSW będzie zawierucha. Nie jest to dobry sposób prowadzenia dialogu, wywoływania burd w momencie, kiedy sytuacja jest naprawdę poważna. Ważą się losy spółki i 26 tys. osób zatrudnionych. W momencie, kiedy chcemy wdrażać program oszczędnościowy, kilku liderów związkowych zapowiada, że lud jest żądny krwi, i chce głowy prezesa. Sprowadza się kibiców, którzy nie wiadomo dlaczego się tutaj znaleźli, a co najgorsze, mówi się, że to są górnicy. Górnicy jastrzębskich kopalń nie pozwoliliby sobie na taką burdę. Na taką burdę mogliby tylko pozwolić sobie liderzy związkowi – mówi.

Negocjacje wznowiono w końcu wczoraj o godz. 16 w domu kultury w Świerklanach, kilka kilometrów od Jastrzębia-Zdroju. Miejsce trzymano w tajemnicy, żeby spotkanie nie odbywało się pod presją tłumu.

Do Świerklan dotarli jednak protestujący górnicy. Pojawiły się też informacje, że mają przyjechać pseudokibice. Budynku domu kultury nie ochraniała policja, dlatego po dwóch godzinach rozmowy przerwano i znów przeniesiono do siedziby spółki w Jastrzębiu-Zdroju.

Związkowcy podkreślają, że o porozumienie nie będzie łatwo, bo wciąż nie został spełniony ich podstawowy postulat, czyli odwołanie prezesa Zagórowskiego.

Obie strony próbują wypracować wspólny program oszczędnościowy. Związkowcy żądają, by nie był on oparty jedynie na cięciach wynagrodzeń. Chcą, żeby zwiększyć wydobycie, a oszczędności szukać też w administracji oraz spółkach-córkach JSW, które przynoszą zyski.

O możliwości porozumienia na razie sceptycznie wypowiada się także Longin Komołowski, były wicepremier i minister pracy, który pełni funkcję mediatora w negocjacjach. – Nastąpiło zbliżenie, ale w wielu kwestiach wciąż jest jeszcze duża różnica zdań – powiedział nam przed rozpoczęciem środowej rundy negocjacji.

Zobacz także

wyborcza.pl

Był z Lepperem, trochę w PiS, teraz z Korwinem. Kim jest Sławomir Izdebski, organizator rolniczych blokad?

Krystyna Naszkowska, 05.02.2015
Sławomir Izdebski podczas rolniczej blokady drogi krajowej nr 19 (Białystok - Bielsk Podlaski) w Zabłudowie, 3 lutego 2015 r.

Sławomir Izdebski podczas rolniczej blokady drogi krajowej nr 19 (Białystok – Bielsk Podlaski) w Zabłudowie, 3 lutego 2015 r. (MARCIN ONUFRYJUK)

Sławomir Izdebski. Lat 44. Zawód wyuczony: pedagog po Akademii Podlaskiej w Siedlcach. Wykonywany: rolnik. Z urodzenia: działacz związkowy z dużą umiejętnością organizowania protestów. Żonaty, ma trzech synów.
Z Wikipedii: W Borkach-Kosach w Siedleckiem prowadzi 5-hektarowe gospodarstwo rolne i hurtownię pasz Agromex. Z pisma komornika z Siedlec z 19 stycznia 2015 r.: „Przeciwko p. Sławomirowi Izdebskiemu (tu PESEL) aktualnie jest prowadzonych 15 spraw na łączną sumę 2 mln 835 tys. zł. Dłużnik nie dysponuje żadnym majątkiem, posiada jedynie nieruchomość o powierzchni 0,96 ha wspólnie z żoną Małgorzatą. Nie ma innych nieruchomości ani kont, które komornik mógłby zająć na poczet długów. Nigdzie nie jest zameldowany. Dom, w którym mieszka, należy do jego syna Damiana”.Z pisma wynika, że Izdebski może się jednak uważać za rolnika, gdyż jest ubezpieczony w KRUS.Zimą, na początku 1999 r., na wezwanie Andrzeja Leppera, lidera Samoobrony, zorganizował jedną z najsłynniejszych blokad rolniczych. Miał 28 lat i był nikomu nieznanym hodowcą świń spod Siedlec. Był to czas świńskiego dołka cenowego – za kilogram żywej świni rolnicy dostawali 2,8 zł. Do wsi Zdany udało mu się ściągnąć ok. 2,5 tys. rolników. Mimo siarczystego mrozu przez kilka godzin blokowali międzynarodową drogę E30, uniemożliwiając przejazd tirom jadącym z Berlina do Moskwy.Policji nie udawało się ich rozpędzić nawet przy użyciu gumowych kul, o czym potem z dumą opowiadał Lepper. – Zaskoczyła nas wtedy jego skuteczność. Przebił wszystkich także tam, gdzie były dużo silniejsze struktury związku. To jest facet dynamiczny, bardzo ambitny, z bardzo wysoką samooceną – mówi były rzecznik Samoobrony Mateusz Piskorski.Teraz, 3 lutego, postanowił znowu zablokować drogę w tej samej wsi Zdany. Sukcesu nie powtórzył – choć świnie w skupie znowu są po 2,8 zł za kilogram i choć mróz był słabiutki, to na wezwanie Izdebskiego stawiło się tylko 500 rolników.

Od momentu blokady w 1999 r. jego kariera w Samoobronie toczyła się jak kula śniegowa, z każdym rokiem nabierając prędkości – jeszcze w tym samym roku został szefem struktur partii w Siedleckiem i wiceszefem regionu Mazowsze, rok później – członkiem władz krajowych, a w 2001 r. – senatorem z ramienia Samoobrony. Był najmłodszym senatorem tamtej kadencji, ale też jednym z najmniej aktywnych. Choć był wiceszefem komisji rolnictwa, to nie zabierał w niej głosu. Podobnie jak w sali obrad w biurze senackim w Siedlcach w czasie całej kadencji pojawił się podobno tylko dwukrotnie.

Za to z dużym zaangażowaniem budował struktury Samoobrony. Okręg siedlecki stał się pod jego kierownictwem bastionem Samoobrony, żaden inny w kraju nie mógł się nigdy pochwalić takim poparciem – połowa oddanych tu głosów w wyborach do parlamentu w 2005 r. padła na partię Leppera, a na samego przewodniczącego, jako kandydata na prezydenta Polski, głos oddało 38 proc. głosujących.

Kiedy Izdebski zaczynał karierę senatora, miał ukończoną zaledwie szkołę podstawową. W trakcie kadencji zrobił maturę, zapisał się na studia pedagogiczne w Siedlcach. Ukończył je w 2009 r.

Zaprzyjaźnił się też z Henrykiem Dzidą, wówczas adwokatem Leppera i drugim obok Izdebskiego senatorem z ramienia Samoobrony. Jak opowiada jeden z ówczesnych posłów Samoobrony, podział ról wyglądał wtedy tak: mecenas mówił, a Sławek słuchał i wpatrywał się w niego jak w obraz. Sam Dzido nie ukrywał, że jest w tym duecie mentorem, który ma do zrealizowania poważne zadanie: stworzenia z Izdebskiego nowego chłopskiego lidera. – On jest bardzo zdolny, ale droga na Olimp jest długa, a on nie jest jeszcze gotowy – opowiadał wówczas „Polityce”. – Ja go dopiero hoduję na Leppera.

Dziś też mecenas Dzido jest w pobliżu Izdebskiego.

Choć pozycja Izdebskiego w Samoobronie wydawała się niezagrożona, nagle z niej wyleciał. Nie był tak mocny, jak sądził. Pokłócił się z zastępcą Leppera – Krzysztofem Filipkiem, szefem struktur mazowieckich, o miejsce na listach wyborczych do następnego parlamentu. Filipek, który nadzorował układanie list, dał Izdebskiemu tzw. miejsce niebiorące, a na dokładkę odsunął go od organizowania zjazdu powiatowego w Siedleckiem. Izdebski zażądał wyrzucenia Filipka z partii, oskarżając go o branie pieniędzy za miejsce na liście.

Ale Lepper też go nie poparł i w rezultacie to Izdebski został usunięty z partii. Wraz z nim odszedł też Dzido i mała grupka popierających go działaczy. Filipek nazwał go czarną owcą w stadzie, której trzeba było się pozbyć.

Potem przez kilka lat zakładał organizację za organizacją (zmieniając tylko nieznacznie ich nazwy), które miały przejąć elektorat Samoobrony i oczyścić związek z takich działaczy, jak Filipek, Łyżwiński, Maksymiuk, a nawet sam Lepper. Ale jakoś mu nie szło, wszystkie te związki po pewnym czasie umierały, by przekształcić się w kolejny.

Startował do parlamentu jeszcze w 2007 r., tym razem z listy PiS, jako szef Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Rolników i Organizacji Rolniczych. Nie zdobył mandatu. Twierdzi, że ma w tej partii wielu zaprzyjaźnionych działaczy, ale nie podaje nazwisk. A kto go rekomendował na listy PiS? – Nie pamiętam – twierdzi.

Kiedy był w Samoobronie, zarzucano mu też konszachty z PSL. Także z obecnym ministrem rolnictwa Markiem Sawickim, z którym są niemal sąsiadami – mieszkają we wsiach oddalonych od siebie o 30 km. W PSL nawet żartują, że to Sawicki na własnej piersi wyhodował sobie Izdebskiego, bo wspierał go na początku kariery związkowo-politycznej.

Izdebski do dziś ma dobre zdanie o ministrze. Choć przed kamerami nazywa go „nieudacznikiem”, grozi blokadą drogi dojazdowej do jego domu i okazuje całkowity brak zaufania („Obecność premier Kopacz jest warunkiem niezbędnym, byśmy siedli do rozmów z nim”), to jednak „Wyborczej” przyznaje, że nic do ministra nie ma, zawsze się dogadywali, dobrze im się dotąd układało.

Ma jeszcze przyjaciół wśród dawnych członków Samoobrony. Renata Beger mówi o nim: koleżeński, pracowity, sympatyczny, lojalny. Dlaczego rozstał się z Samoobroną? – Nie mam pojęcia, byłam bardzo zaskoczona, że odszedł.

Ale inny kolega, też były poseł Samoobrony, Józef Suchecki ma nieco odmienne zdanie o Izdebskim. Może dlatego, że przez chwilę mieli wspólne interesy. Suchecki był prezesem spółki handlującej nawozami, a Izdebski je kupował. Ale nie płacił. – Część brał na swoje nazwisko, a część na ten OPZZ rolników, który założył. Za to, co wziął na siebie, to należność jakoś komornik z niego wycisnął, ale za OPZZ do dziś mi zalega 23 tys. zł, choć minęło już z sześć-siedem lat. To nie jest człowiek uczciwy, dba tylko o swój interes, a nie o rolników.

Do „Wyborczej” zadzwonił też adwokat, który prowadzi sprawę rolnika domagającego się od Izdebskiego zapłaty za dostarczone przed laty zboże (prawdopodobnie do tej hurtowni pasz, którą kiedyś prowadził). Niestety, teraz autor rolniczych protestów nie posiada żadnego majątku i komornik nie ma z czego pobrać należności. Szanse, że poszkodowany rolnik dostanie pieniądze za zboże, są znikome.

Dziś Izdebski nie hoduje już świń, tylko na 75 ha ziemi uprawia kukurydzę i pszenicę. Ale, jak sam przyznaje, własnego majątku ma niewiele, bo ziemię i dom przepisał na najstarszego syna Damiana i z nim prowadzi gospodarstwo.Pytany o swoje długi odpowiada, że „przecież każdy z nas ma jakieś zobowiązania”.- Kupiliśmy kombajn, nawozy, trochę się tego nazbierało, ale na pewno nie 2 mln!- To ile?- Nie wiem, nie sprawdzałem. Rolnicy nie ze swojej winy popadają w kłopoty. Zamiast im pomóc, to ich się ściga. O to właśnie walczymy, by rolnikom się poprawiło, by nie mieli zobowiązań – tłumaczy.W ostatnią niedzielę stycznia na SGGW w Warszawie zebrał się kongres OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych zwołany przez Izdebskiego. To aktualna nazwa organizacji, której Izdebski szefuje. – Ukradł połowę nazwy mojej organizacji, a drugą część Jankowi Guzowi z OPZZ – złości się Władysław Serafin, szef kółek i organizacji rolniczych. – Wprowadza ludzi w błąd, bo tam nie ma żadnych innych poza jego organizacją.

Na kongres przyjechało ok. 300 rolników, którzy upoważnili szefa do prowadzania blokad na drogach i rozmów z rządem. Jednym z gości kongresu był Jan Guz, szef OPZZ (który zresztą usiłował nie dopuścić przed sądem do zarejestrowania organizacji Izdebskiego pod tą nazwą, ale przegrał), i europoseł Janusz Korwin-Mikke. Ten ostatni poza atakowaniem rządu mówił, że jego nowa partia potrzebuje gałęzi rolniczej, więc chciałby nawiązać współpracę z jakimś związkiem rolniczym.

– Będzie pan odnogą KORWiN-a? – pytam Izdebskiego.

– W żadnym razie. My mamy teraz zupełnie inne problemy i do żadnej partii nie przystąpimy. Ale jeśli pani pyta mnie, czy wstydzę się Korwina, to odpowiedź brzmi: nie. Nie wstydzę się, że go zaprosiliśmy i tego, co mówił.

Czego chcą rolnicy? Co na to Ministerstwo Rolnictwa?

Wczoraj, po dwóch godzinach negocjacji, rolnicy pod przewodnictwem Sławomira Izdebskiego zerwali rozmowy w Ministerstwie Rolnictwa i zapowiedzieli dalsze protesty na drogach.

Rolnicy chcą: * finansowych rekompensat z powodu niskich cen skupu świń, bydła i mleka, * odszkodowań za zniszczone przez dziki uprawy, * przyspieszenia wypłacania unijnych dopłat.

Mają w sumie 12 postulatów, z czego dziesięć jest już zrealizowanych lub jest w trakcie realizacji.

Pozostałe dwa – wypłata odszkodowań za zniszczone przez dziki uprawy i rekompensaty za niskie ceny świń – wymagają uzgodnień nie tylko z ministrem finansów, ale też z Komisją Europejską.

– Zaproponowałem związkowcom, byśmy wspólnie pracowali nad rozwiązaniem tych dwóch spornych kwestii, niestety, to ich nie interesowało – powiedział „Wyborczej” minister Marek Sawicki.

Związkowcy deklarują, że będą blokować drogi do piątku. Tego dnia oczekują, że minister przedstawi „dokumenty, które zagwarantują wypłatę odszkodowań”. Jeśli tego nie zrobi – protesty mają się nasilić.

– Pan Izdebski jako były senator doskonale wie, że do piątku niczego nie zdziałamy. Nawet jeśli KE poprze ten wniosek, to załatwienie takiej sprawy potrwa ze trzy miesiące. Widać, że tamta strona wcale nie chce się dogadać, tylko podgrzewać konflikt – mówi „Wyborczej” minister Sawicki.

Zobacz także

wyborcza.pl

Biskupi: to konwencja „neomarksistowska”

Renata Grochal, Michał Wilgocki, 05.02.2015
Episkopat protestuje, twierdząc, że założenia konwencji wynikają z

Episkopat protestuje, twierdząc, że założenia konwencji wynikają z „neomarksistowskiej ideologii gender”. (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Tuż przed piątkowym głosowaniem w Sejmie nad ratyfikacją konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet Episkopat protestuje, twierdząc, że jej założenia wynikają z „neomarksistowskiej ideologii gender”.
Dziś konwencją Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej zajmą się sejmowe komisje. Przedstawione będą opinie prawne o zgodności konwencji z konstytucją. O ekspertyzy wnioskował PiS, twierdząc, że konwencja „zagraża tradycyjnej rodzinie i będzie promowaniem feminizmu oraz homoseksualizmu”. W konwencji Konwencja wprowadza kompleksowe rozwiązania, które mają wspierać walkę z przemocą. Państwa-sygnatariusze zobowiązują się do utworzenia odpowiedniej liczby schronisk, ośrodków wsparcia i całodobowej infolinii. Muszą wprowadzić odpowiednie procedury przesłuchań policyjnych, zbierać dane na temat przestępstw z uwzględnieniem płci, przeciwdziałać także przemocy ekonomicznej, bo to coraz częstszy element nękania partnerów.Głosowanie będzie sprawdzianem dla premier Ewy Kopacz, która we wtorek zadeklarowała: „Gwarantuję, iż konwencja przejdzie głosami PO”. Polski rząd podpisał dokument 18 grudnia 2012 r., ale ratyfikację blokowała szeroka koalicja PiS, Sprawiedliwej Polski, PSL, a także części konserwatystów z Platformy. Odpowiedź EpiskopatuPo wypowiedzi Kopacz Episkopat ruszył do kontrofensywy. W wydanym wczoraj oświadczeniu biskupi piszą, że takie inicjatywy rządu jak: konwencja, tabletka „dzień po” ellaOne czy związki partnerskie, „prowadzą do destrukcji ideału małżeństwa i rzeczywistości rodziny. Budzą one nasz zdecydowany sprzeciw, także dlatego, że są oparte na kłamstwie”. Zdaniem biskupów konwencja „nie wnosi żadnych nowych rozwiązań prawnych przeciwdziałających przemocy. Natomiast wiąże ona zjawisko przemocy z tradycją, kulturą, religią i rodziną, a nie z błędami czy słabościami konkretnych ludzi”. Według Episkopatu założenia konwencji wynikają ze „skrajnej, neomarksistowskiej ideologii gender”.

Na koniec biskupi przypominają posłom, że rok 2015 ustanowili Rokiem Jana Pawła II, i wyrażają nadzieję, iż „nauczanie papieża Polaka, obrońcy rodziny i ludzkiego życia, stanie się inspiracją do podejmowania mądrych działań”.

Kościół może tylko proponować

W PO oświadczenie Episkopatu odebrano jako próbę wywarcia presji na posłów, by głosowali zgodnie ze wskazaniami biskupów. – Możemy się wsłuchiwać w głos Kościoła, ale ustanawiamy prawo dla wszystkich Polaków – mówi „Wyborczej” rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska. Dodaje, że nikt nie każe osobom wierzącym korzystać z tych rozwiązań prawnych, ale Platforma nie może ograniczać praw innych ludzi.

W kampanię przeciwko konwencji włączyły się także media ojca Rydzyka. „Nasz Dziennik” napisał wczoraj o proteście organizacji prorodzinnych, które obawiają się „wykorzystania narzuconych w konwencji zapisów jako ścieżki do uprzywilejowania homoukładów”.

Wczoraj premier spotkała się z posłami PO, by przekonywać ich do głosowania za konwencją. We wtorek na spotkaniu z szefami regionów PO Ewa Kopacz mówiła, że ratyfikacja konwencji jest dla niej priorytetem. Zagroziła, że posłowie, którzy zagłosują przeciwko niej, nie dostaną miejsc na listach w wyborach do parlamentu.

– Premier mówiła, że jej zdaniem rozczarowani wyborcy, których PO musi odzyskać, to centrowy i centrolewicowy elektorat. Dlatego trzeba wrócić do spraw światopoglądowych – relacjonuje uczestnik spotkania. W przyszłym tygodniu rząd ma się zająć ustawą o in vitro. Według naszych rozmówców Kopacz zapowiedziała także, że jeszcze w tej kadencji zamierza skierować pod obrady ustawę o związkach partnerskich.

Jeśli konserwatyści z PO się nie wyłamią, Platforma wraz z lewicą mają większość, by przegłosować ratyfikację konwencji.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s