Kreml (07.02.15)

 

Ewangelia Marii, matki Jezusa, odczytana

Michał Skubik, 06.02.2015
Fragment

Fragment „Ewangelii Marii, matki Jezusa” (YouTube / ShantiUniverse)

„Ewangelia dziejów Marii, matki Chrystusa, Pana naszego, tej, której archanioł Gabriel przyniósł dobrą nowinę. Ten, który podąży całym swym sercem, znajdzie to, czego szuka. Tylko nie bądź dwóch umysłów”. Te słowa jako pierwsza przetłumaczyła prof. Anne Marie Luijendijk z Uniwersytetu Princeton.
Mała książeczka o wymiarach około 7,5 na 7 cm, spisana ponad 1,5 tys. lat temu w języku koptyjskim, znajduje się obecnie w posiadaniu Harvard University’s Sackler Museum. Zawiera nieznaną dotąd ewangelię. Ślady palców pozostawione na marginesach świadczą zaś o tym, że była wielokrotnie czytana. W 1984 roku trafiła tam jako darowizna Beatrice Kelekian, która odziedziczyła ją po mężu Charlesie Dikranie i teściu Dikranie Kelekianie. Kelekian senior był znanym w zachodnim świecie kolekcjonerem i handlarzem dzieł sztuki specjalizującym się w islamskiej, a w szczególności perskiej ceramice. Posiadał również dużą kolekcję antyków koptyjskich. Niestety, pomimo przeszukania archiwów rodzinnych Kelekianów profesor Luijendijk nie zdołała ustalić, w jaki sposób rodzina weszła w posiadanie tego rękopisu.

Ewangelia, życie i śmierć Jezusa

Dzisiaj mianem ewangelii określa się zwyczajowo pisma chrześcijańskie opisujące życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Możemy je podzielić na cztery ewangelie kanoniczne wchodzące w skład Nowego Testamentu: według świętych Marka, Mateusza, Łukasza i Jana, oraz pozostające poza oficjalnym kanonem ewangelie apokryficzne. Podział ten został wprowadzony prawdopodobnie w pierwszej połowie II w.

Tym większe było zdziwienie profesor Luijendijk, gdy okazało się, że książka, którą tłumaczy, nie jest ewangelią w dzisiejszym znaczeniu tego słowa. Książeczka ta zawiera 37 niejasnych przepowiedni. „Kiedy zaczęłam rozszyfrowywać manuskrypt i natrafiłam na słowo ‚ewangelia’ w pierwszym wierszu, spodziewałam się, że dalej będę czytać o życiu i śmierci Jezusa jak we wszystkich kanonicznych ewangeliach. Albo że będzie to tekst zbliżony do Ewangelii św. Tomasza [jedna z wielu ewangelii poza oficjalnym kanonem]” – napisała w swojej książce „Forbidden Oracles? The Gospel of the Lots of Mary”. Zaledwie kilka z przepowiedni wspomina o Jezusie.

Niejasne wróżby

Przepowiednie, jak to przepowiednie, są dość mętne. Jedna z nich głosi, na przykład: „Niezwłocznie podąż przed siebie. To rzecz od Boga. Wiedz i zobacz, że od wielu dni twe cierpienie jest wielkie. Ale niech cię to nie frasuje, bowiem dotarłeś do przystani zwycięstwa”. Inna zaś: „Wiedz, o, człowiecze, że dokonałeś najlepszego. Ale nie zyskałeś nic prócz straty, sporów i wojen. Jednako gdy poczekasz, czeka cię powodzenie dzięki Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba”.

Według badaczki, która odczytała ten starożytny manuskrypt, mógł on być zbiorem wskazówek i porad życiowych dla szukających rozwiązania swoich problemów. Posiadacz książeczki zadawał pytanie, następnie otwierał ją na wybranej losowo stronie i czytał, jaką odpowiedź czy radę ma dla niego wyrocznia.

Możliwe też, że był to rodzaj książeczki używanej przez wróżbitów. Osoba szukająca rozwiązania swoich problemów przychodziła do wróżbity, który po zadaniu pytania otwierał książkę na dowolnej stronie, wybierając jedną z 37 przepowiedni, i dokonywał jej interpretacji w odniesieniu do zadanego pytania.

Mimo braku dokumentów świadczących o pochodzeniu rękopisu badaczka po analizie źródeł uważa, że prawdopodobnym miejscem jego pochodzenia jest świątynia św. Colluthusa w Egipcie. Według Luijendijk w czasach starożytnych było to popularne miejsce pielgrzymek, znane również z uzdrowień. W tej świątyni archeologowie odkryli inne teksty z zapisanymi pytaniami, które mogą wskazywać na to, że w tym miejscu praktykowano różne formy wróżbiarstwa. „Pośród wielu usług oferowanych pielgrzymom w tej świątyni było wywoływanie snów, w skład którego wchodziła rytualna kąpiel i wróżenie z ksiąg lub zapisanych karteczek” – pisze badaczka w swojej książce.

Dobra nowina, ewangelia jak żadna inna

W czasach starożytnych popularne były książki z przepowiedniami, a używano ich do przewidywania czyjejś przyszłości. Według Luijendijk do tej pory jest to jedyna tego typu książka, która określona jest jako „ewangelia”. Słowo to pochodzi od greckiego „euangelion” i znaczy tyle co „dobra nowina”.

– Znaczące jest, że ta książka sama siebie określa jako ewangelię – powiedziała Luijendijk dla Live Science. Badaczka uważa, że to już miało wpływ na sposób, w jaki ludzie szukający pomocy czy informacji odbierali tę książkę. – Nikt, kto chce znać przyszłość, nie chce słuchać złych wiadomości.

Dzisiaj ludzie łączą słowo „ewangelia” bezpośrednio z życiem i śmiercią Jezusa. Być może dla ludzi antyku słowo to miało zupełnie inne znaczenie.

– Samo to, że nie jest to ewangelia w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, daje wystarczająco dużo powodów, by spytać o rozumienie terminu „ewangelia” w późnej starożytności – powiedziała Luijendijk.

.

Źródło: Live Science

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Dominikana: Raj, w którym seks jest bogiem

Mirosław Wlekły, 04.02.2015
Kadr z filmu

Kadr z filmu „Sanky Panky” (Materiały prasowe)

Sanky panky nie lubi, gdy nazywa się go męską prostytutką. On stara się, by turystka uwierzyła w jego miłość. I żeby ta wiara przetrwała koniec turnusu
– Pan sam? – recepcjoniści hotelu Dominican Bay (Zatoka Dominikańska) uśmiechają się porozumiewawczo.

Recepcja ma wymiar kortu tenisowego. Długie kremowe zasłony zamiast ścian, wiklinowe fotele z białymi poduchami, pośrodku fontanna. Dostaję klucz. Numer 17307.

Na rękę zakładają mi różową bransoletkę z plastiku. Od tej chwili mogę w pełni korzystać z dobrodziejstw all inclusive. Piwa, rumy, drinki i fast food od dziesiątej rano niemal do świtu. Wszystko w cenie wczasów.

Do morza, choć podobno jest przejrzystoturkusowe jak nigdzie na świecie, dotrą nie wszyscy goście Zatoki Dominikańskiej. Nie dlatego, że się nie da. Pytanie brzmi raczej: po co? Po co komu morze, gdy pod nosem basen, przy nim leżaki, obok bar i tylko krok do hotelowego pokoju. A do morza trzeba przejść 200 metrów i pokonać trzy przecznice. Nawet jeśli nie trzeba iść ulicami: zatłoczonymi, hałaśliwymi, brudnymi, z popękaną nawierzchnią. Hotelowe alejki, deptaki, wiadukty i mostki tak prowadzą zagranicznego turystę, by nie narazić go na kontakt z tubylcami. Ogrodzenia, mury i murki mają zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa. I oddzielić od przykrych widoków i zapachów.

Izolacja jest luksusem. Im droższa wycieczka, tym mniej kontaktu z realnym światem.

Sto metrów od hotelu nie ma już idealnie przystrzyżonych trawników i spadających na nie z drzew czerwonych kwiatów hibiskusa; jest beton, na betonie śmieci. Zatrzymują się autobusiki, które wożą ludzi do stolicy (normalny – 50, expresso – 70 peso, 20 razy taniej niż taksówka).

Calle Juan Bautista Vicini to dla wielu turystów początek i koniec kontaktów z tubylcami (nie licząc obsługi hotelu). To jedyne miejsce w drodze nad morze, gdzie dwa równoległe światy, turysty i tubylca, przecinają się. Na styku obu – przy płotach, wyjściach z hoteli, na brzegu morza stoją – sanky panky, kolorowo ubrani młodzi Dominikańczycy: alfonsi, sprzedawcy narkotyków, przewodnicy, a przede wszystkim chłopcy do towarzystwa dla białych turystek.

Seksturystki w obiektywie Ulricha Seidla

– Hola, amigo! Marihuana? Mujeres?

Są namolni. Zagadasz – nie odpuszczą, dopóki nie kupisz trawy albo dziewczyny. Milczysz, czyli jesteś rasistą. Krzyczą za mną, kiedy wchodzę na teren zamkniętego dla osób spoza hotelu, pilnie strzeżonego parku. Po równo przystrzyżonej trawie pośród palm oprócz mnie spacerują tylko kury, które przeskoczyły z sąsiedniej posesji. Wspinam się na przerzucony nad zaniedbanymi ulicami wiadukt dla hotelowych gości. Z dołu nawołują mnie czarnoskóre dziewczyny, jakiś gość znów proponuje trawkę. Udaję, że nie słyszę. Na samym wiadukcie nikt mnie nie dotknie, nikt nie zaczepi. Jeszcze tylko przejście przez klimatyzowany korytarz budynku konferencyjnego i jestem.

Plaża. Biały piasek, turkusowe ciepłe morze, bary pomiędzy palmami. Ochrona pilnuje, żeby nikt z zewnątrz nie przekroczył granicy. Wyznacza ją kamienny murek sięgający łydek.

Tu: niemłode Niemki opalają się toples, Francuz na niebieskim leżaku czule przytula młodą Dominikankę, Włoch fotografuje się w uścisku z nastoletnimi Mulatami, darmowe drinki i zmrożone piwo.

Tam: tani rum, placki z kukurydzy i smażone ryby. Miejska plaża jest zagracona i zaśmiecona.

– Chcesz piedra china? – To sanky panky. Ma na imię Rafi. Najpierw coś wykrzykuje zza murka, potem zaczyna wymachiwać rękami.

– Chcesz dziewczyny?

Przeczę ruchem głowy.

– My też mamy żony. Żona nie musi o niczym wiedzieć – uspokaja. – A może jesteś gejem? To przywiozę ci chłopaka.

Uciekam wzrokiem.

Na plaży bardzo, bardzo dojrzałe Amerykanki tulą się do dwóch miejscowych dwudziestolatków. Słit focia za słit focią. Usta w dzióbek. Pstryk! Ręka na pupie. Pstryk! Całus w policzek. Pstryk! Mokry pocałunek. Pstryk! Amerykanki ryczą ze śmiechu.

Rafi przeskakuje murek. Ostrożnie – tylko kilka kroków w głąb obcego terytorium. Wyciąga otwarte dłonie. Na nich płócienne woreczki. W każdym niewielkie, okrągłe coś. Haszysz? Rafi rechocze.

– To piedra china, chińskie kamienie. Smarujesz nimi fiuta. Po 15 minutach wycierasz. Będzie sterczał całą noc. Możesz nim zabić kobietę.

Na plażę przyniósł pięć kamieni miłości. Zapewnia, że to dzieła natury zrobione na bazie kakao. 500 peso sztuka. 40 złotych.

W 2008 roku po zażyciu piedra china w Nowym Jorku zmarł mężczyzna. Tamtejszy Departament Zdrowia natychmiast wydał ostrzegawczy komunikat. Stosowany doustnie zaburza pracę serca, może je nawet zatrzymać. Używany na skórę – co jest najczęściej praktykowane – powoduje czasem jej podrażnienie lub uszkodzenie.

– Nie chcesz piedry? Pewnie, nie musisz. Zaraz ci przyprowadzę una chica buena. Buenissima! Jaką wolisz? 22, 26 lat? W cenie cztery godziny w hotelu, todo incluido.

Rafi podsuwa mi wizytówkę. Cztery wypięte pupy w różowych stringach. Pracuje tylko z mujeres clasicas, zapewnia, że lepszych i prawdziwszych lasek w mieście nie znajdę.

Ceny? 2,5 tysiąca peso (190 złotych) za godzinę. 12 tysięcy (900 złotych) za noc.

– Jeśli potrzebujesz dziewczyny na cały tydzień, dogadamy się. Będziesz zadowolony. A może lubisz do dupki? Jak chcesz, przyprowadzę ci Haitankę, one są najciaśniejsze. Mówię ci, rewelacja.

Nie skorzystam, ale postawię butelkę presidente. Rozlewamy do plastikowych kubków. Pogadamy o kinie. „Sanky Panky”. Billboardy reklamujące tę komedię stoją przy głównych arteriach Santo Domingo. Pierwsza część miała premierę w 2006 roku. Młody Genaro rzuca pracę w spożywczaku w stolicy. Uczy się angielskiego i jedzie pracować w kurorcie, a przy okazji zapolować na bogatą amerykańską turystkę. Wybucha jednoturnusowy romans.

Wieśniaki jadą w świat. Spadajcie z raju

Lindsay de Féliz, Brytyjka mieszkająca w Dominikanie, spisała w dziesięciu punktach charakterystykę czyhającego na turystki niebezpieczeństwa zwanego sanky panky.

Ten dekalog mógłby również posłużyć za streszczenie filmu.

1. Pojawiają się wszędzie tam, gdzie jest popyt – czytaj: turyści.

– Większość z nich jest z Europy – Rafi pociąga łyk piwa. – To głównie Włosi, Francuzi i Niemcy. Trochę Kanadyjczyków i Amerykanów. Kiedy akurat nie zajmujemy się bogatymi turystkami, zarabiamy na facetach, którym naganiamy dziewczyny. Czarni biorą Mulatki. Biali wolą ciemne. Wiadomo, im ciemniejsza, tym lepsza, nie? Pracują tu dziewczyny z całej Dominikany. Jak znajdziemy im klienta, odpalają nam 20 procent. W sezonie da się tak wyciągnąć nawet 30 tysięcy peso na tydzień (ponad 2200 złotych).

2. Zadbani: mięśnie, ciuchy z metkami, przeciwsłoneczne okulary znanych firm (zwykle podróbki) i biżuteria. Ubrani kolorowo, w modnych T-shirtach albo kwiecistych koszulach. Zawsze młodzi, zazwyczaj też piękni. Na dominikańskich plażach, w pobliżu drogich hoteli. Zaczepiają turystki i turystów. Załatwią wszystko.

– My jesteśmy branża usługowa – zapewnia Rafi. – Zawozimy do dobrych dyskotek, przywozimy cygara, alkohol. Narkotykami się nie zajmuję, ale naganiam klientów wypożyczalniom pływających bananów. Na tym też można zarobić. Od każdego frajera dostaję 50 peso.

3. Nie tracą czasu: zazwyczaj po kilku godzinach znajomości wyznają miłość, zapewniają, że nigdy nie czuli się w towarzystwie kobiety tak wspaniale, i deklarują, że chcą mieć z nią dziecko (bez względu na to, ile ma lat).

– Najfajniejsze są Amerykanki, ciemnawe takie, ale ostatnio jakby ich mniej przyjeżdżało. Ale niemieckie blondynki też są niczego. No wiesz, tu mają, tam mają – Rafi kreśli dłońmi w powietrzu wielkie łuki. – I te anielskie włosy! Farbowane? Mniejsza, nie jestem wybredny. Gdybym był, nie zarobiłbym na chleb. Nawet jak się trafi stara i gruba, nie odmówię. To w końcu tylko praca. Jak trzeba, łykam pastylki. Biorę je potem ostro, całą noc. Żeby nigdy nie zapomniały tygodnia w Boca Chica.

4. Zapraszają do rodzinnych domów (by przedstawić matce, dzięki czemu kobieta ma poczuć się wybranką), zazwyczaj nędznych, bez kuchni, kanalizacji. Jeśli domy ich rodziców nie spełniają warunków, wynajmują sobie na parę godzin klitkę z matką do wynajęcia.

Rafi to chojrak i prawdziwy profesjonalista: bródka, diamencik w lewym uchu, różowy kolczyk na środku języka, okulary, fioletowe koraliki, tatuaże na ramionach. Pochodzi z pobliskiej La Calety, ma 29 lat i siedmioletniego syna, którego widuje tylko od święta. Kiedyś chciał być barmanem, ale przerwał kurs. Przeprowadził się do Boca Chica i został sanky panky. Raz miał nawet dziewczynę z Polski. Z Olą chodził przez trzy tygodnie. Tyle trwał turnus.

5. Na początku nie proszą o pieniądze, najwyżej o telefon komórkowy, by po wyjeździe turystki móc utrzymywać z nią kontakt (profesjonalni sanky panky mają kilka telefonów, każdy do rozmów z inną zagraniczną „narzeczoną”).

– One najczęściej mają czterdzieści parę, 50 lat. Ale bywają starsze. Młodsze rzadziej. Skoro już tu przyjechały, chcą się zabawić. Albo pocieszyć. Po rozstaniu, rozwodzie, ślubie z nudnym frajerem. Dominikańczyk, Haitańczyk, wszystko im jedno, byle był czarny. Nie wiesz, dlaczego czarny? – rechocze Rafi. – Ale to bzdury. Po prostu babki szukają odmiany. Miłość? Niektóre tak. Dajemy ją im przez tydzień, dwa. Nie, wcale nie za kasę. Czasem któraś rzuci 100 euro za numerek. Ale z reguły nie bierzemy pieniędzy. Naprawdę. Posuwamy je za darmo.

6. O pierwsze pieniądze, na przykład o tysiąc dolarów, zakochane w nich kobiety sanky panky proszą zaraz po ich wyjeździe (listownie lub telefonicznie): zazwyczaj na leczenie matki (tej miłej staruszki, u której niedawno gościła).

Sanky panky nie lubi, gdy nazywa się go męską prostytutką. Tu chodzi o coś więcej niż seks. Sanky panky stara się, by turystka uwierzyła w jego miłość. I żeby ta wiara przetrwała koniec turnusu.

– Policja was nie tępi? – podpytuję Rafiego.

– Chłopie – mówi – dlaczego policja miałaby się nas czepiać? Łapsy są od łapania złodziei, a my uczciwie zarabiamy na chleb. Turyści chcą rozrywki, to ją zapewniamy. Dopóki nasze panie są w Dominikanie, nie dopominamy się o pieniądze. Niektórych zresztą pieniądze mało interesują. Najważniejszy jest ślub.

– Ślub?

– Niektórym chłopakom się poszczęści. Dostaną zaproszenie do Europy. Pojadą do Niemiec albo Norwegii i się ożenią. Ale to rzadziej. One częściej wysyłają pieniądze. Albo wracają.

7. Po wyleczeniu matki sanky panky zwykle trafiają do więzienia, więc albo kobieta wpłaci kaucję (2 do 5 tysięcy dolarów), albo jej ukochany utkwi tam na wiele lat i już nigdy się nie zobaczą.

Sanky panky pochodzą z biednych rodzin. Edukację kończą na podstawówce. Na więcej ich nie stać. Pracę zaczynają w wieku kilkunastu lat. Gdy zarabiają, pomagają swoim rodzinom.

Rafi z pięcioma kamieniami w kieszeni chodzi w tę i z powrotem po plaży. Zamówił je pewien Wenezuelczyk, ale się nie pojawił.

– Przecież nie skorzystam z wszystkich sam – denerwuje się Rafi. – Poza tym jeśli nie sprzedam kamieni, to z czego zapłacę za pokój (za dobę z łazienką 300 peso, ponad 20 złotych). A żarcie? Mówię ci, lekko nie jest. W porze deszczowej interes siada. Bywają dni, gdy nic nie zarobię.

8. W końcu „tracą pracę”, wmawiają kobietom, że to przez związek z nimi. W rezultacie turystki wysyłają swoim dominikańskim narzeczonym kilkaset dolarów miesięcznie.

– Popatrz na mnie: to dzień moich urodzin, a ja byle jak ubrany, nie stać mnie nawet na fryzjera. Haruję w dzień, żeby w nocy moja rodzina mogła coś zjeść. Boca Chica podupada. 15 lat temu było tu mnóstwo turystów. Amerykanie, pełno Włochów. Kobiety były tańsze, wszystko miałeś już za 1000 peso. Teraz turyści wolą jechać do Punta Cana, na Kubę albo do Brazylii. Upadek, mówię ci.

9. Sanky panky rzadko mają żony. Ale jeśli są związani z Dominikankami, te często wspierają ich w grze z zagranicznymi turystkami. – Nie możemy mieć rodziny. Musimy być independientes. W tej okolicy jest nas kilkunastu. Jesteśmy jak bracia, współpracujemy. Niektórzy mówią o nas źle, a przecież odwalamy kawał dobrej roboty.

10. Proszą o rękę. I wizę.

Pierwsza część „Sanky panky” była do bólu maczystowska. Genaro, młody Dominikańczyk bez wykształcenia i przyszłości, wkuwa angielski, by zapolować na bogatą gringę. Udaje mu się, publiczność jest po jego stronie.

Nakręcony po sześciu latach sequel ma zupełnie inny ton. To właściwie sfabularyzowana umoralniająca pogadanka – przyprawiona oczywiście śmiechem z puszki. Amerykanka Martha wraca do Dominikany. I do Genara. Jest z nim w ciąży. Ale chłopak ma już miejscową narzeczoną La Morenę (gra ją dominikańska piosenkarka i seksbomba Alina Vargas). Pracuje w eleganckim kurorcie. Zabawia turystów w przebraniu kurczaka. Martha czule przykłada jego dłoń do swojego brzucha. – Este es tu hijo, to twoje dziecko – szepce, kalecząc hiszpański. Ale Genaro nie zamierza się ustatkować. Woli swoją La Morenę i zabawy z kolejnymi turystkami, tym razem Włoszkami. Martha z nowo narodzonymi bliźniętami odlatuje więc do Stanów. Ale Genaro pod wpływem spotkania z nią (i afery, która wybucha, gdy spotykają się obie jego narzeczone) zmienia się. Bierze z La Moreną romantyczny ślub na białej plaży. Będzie teraz odpowiedzialnym mężem. Może nawet ojcem.

„Świetna komedia dla całej rodziny” – pisze dziennik „Hoy”, a „El Nacional” dodaje, że bardzo inteligentna: niby śmiech i groteska, ale też zachęta do odpowiedzialności i monogamii. A także szacunku wobec kobiet. „Nowy ton w dominikańskim kinie” – podkreślają recenzenci.

Na Karaibach słońce przez okrągły rok zachodzi około osiemnastej. Od trzech godzin panuje mrok. Plaże i główna Avenida Duarte w ciągu dnia pełne są turystów. Po zmroku schodzą się tu prostytutki. Plaża przed hotelem Zatoka Dominikańska w ogóle nie jest oświetlona. W odróżnieniu od plaży miejskiej i eleganckiej restauracji tuż obok. Trudno byłoby oczyszczać langusty po ciemku.

Nasi politycy są skorumpowani i używają władzy do wzbogacania się. Społeczeństwo ich nie interesuje. Smutek tropików

Rafi nie daje za wygraną. Przyprowadza niską Mulatkę. – Marisol wyssie z ciebie wszystkie soki. Marisol znaczy Morze i Słońce. Tanie znoszone dżinsy, wrzosowy chiński T-shirt opięty na niewielkich piersiach. Niska, włosy związane w kitkę. Tłumaczę, że nie dam jej zarobić, ale chętnie pogadam. – Ciężko gadać, gdy burczy w brzuchu – odpowiada. Biegnę do hotelowej kantyny, która o tej godzinie karmi już tylko fast foodem (dziesięć minut w jedną, dziesięć w drugą stronę; po drodze ani żywej duszy, większość turystów dogorywa przed telewizorami, inni zbierają siły przed nocnym wypadem do dyskoteki). Morze i Słońce polewa hot doga keczupem z saszetki, majonez zostawia na boku, zajada łapczywie. Cedzi cuba libre, które przyniosłem z pustej jeszcze dyskoteki na plaży, nie dopije do końca, w pracy woli nie przesadzać z alkoholem. Ma 24 lata, mieszka w La Romanie, sto kilometrów stąd. – Przekwalifikowałam się. Znajoma opowiedziała mi, że w Boca Chica można dobrze się zaczepić. Trudno było się zdecydować. Ale miałam wyjście? To już jakieś półtora roku trwa. Można się przyzwyczaić. Szczegóły? Nic nadzwyczajnego. Praca jak inne. Wcześniej byłam kelnerką w La Romanie. Zarabiałam 15 tysięcy peso. Niewiele, choć cieszyłam się i z tego. Ale tak to już jest w Dominikanie: wy, turyści, lubicie słońce, chmur i deszczu nie lubicie, więc kiedy kończy się sezon, turystów ubywa, a ludzi z roboty zwalniają. Szukałam długo, nic innego nie znalazłam. A muszę utrzymać dzieci: synek ma siedem lat, córeczka cztery. Sama byłam dzieckiem, gdy pierwszy raz zaszłam w ciążę. Ojciec? Nawet przez kilka lat był moim mężem. Ale mąż to tylko kłopot. Wymagania i niewiele w zamian. Kupuje ciuchy, jakie chce, za ile chce i wcale go nie obchodzi, że ja nie mam z czego zapłacić rachunków. Rozwiedliśmy się. Zniknął. Na dzieci nic nie daje.

Siedzimy na murku odgradzającym plażę Zatoki Dominikańskiej od reszty świata. Plaża jest niemal pusta. Od czasu do czasu przejdą jakieś dziewczyny, które, jak Marisol, nie znalazły jeszcze klienta. W okolicach Bożego Narodzenia klientów przybędzie. Ale jest dopiero listopad, dla przemysłu turystycznego najgorszy miesiąc w roku. Morze i Słońce dojada hot doga. Drugiego zostawia sobie na potem. – Spaliłabym się ze wstydu, gdyby ktoś się dowiedział, co robię. Na szczęście La Romana jest dość daleko, nikt ze znajomych i krewnych nie przyjeżdża do Boca Chica. Mama zajmuje się domem, tata jest taksówkarzem. Pomagają mi. Mama opiekuje się dziećmi. Co im powiedziałam? Że jestem kelnerką.

Jak trafi się dobry klient, taki, co rzuci 500 peso, to zaraz zwijam interes i wracam do dzieci. Ale czasami tkwię tu całą noc i nic. Wtedy dzwonię do matki, żeby została do rana.

fy? Nie, nigdy się nie zdarzył. Najkulturalniejsi? Znaczy fajni? Amerykanie i Włosi. Jeden przyniósł mi z hotelu hamburgera. Inny zapłacił 500 peso, a potem dał jeszcze 8 dolarów. Ukradli mi je potem. W Boca Chica to normalne. Mówię ci, to najgorsza dziura. Kurwy i złodzieje. A turyści? Spoko, nie są groźni. Za to bardzo wdzięczni, bo robię im rzeczy, o które nie odważą się poprosić własnych żon.

Policja? Nielegalny jest tylko seks z nieletnimi, więc co mi mogą zrobić? Czasami aresztują którąś z dziewczyn bez powodu. Albo straszą, żeby ściągnąć haracz. Jak coś im odwali, to nie ma innej rady, trzeba zapłacić.

Premiera


„All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem”
Mirosław Wlekły
Agora

Dominikana to kraj we wschodniej części wyspy Haiti. Słońce, biały piasek, przezroczysta woda. I hotele, których obsługa z uśmiechem spełni każde marzenie turysty. W 2013 r. zarzucono tam dwóm polskim księżom, że wykorzystywali seksualnie dzieci. Jeden był proboszczem w górskiej wiosce. Drugi nuncjuszem apostolskim. Autor „All Inclusive” przeprowadza reporterskie śledztwo, zabierając czytelników w podróż po kraju. Poznajemy ciężarną nastolatkę, chłopców sprzedających się za kilka pesos, napuszonych macho, perwersyjnego dyktatora, kapłana wudu, polskiego misjonarza.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Rafał Sonik: Na wielbłąda mnie nie stać
Liderzy nikomu nie pomogą. Jeśli ja się zatrzymam, to inny na pewno nie stanie, a walczymy o sekundy. Rozmowa z Rafałem Sonikiem

Kluza uświadamia Kwaśniewskiego. Brakuje nam 200 tysięcy Polaków rocznie!
Najgorzej będzie miało pokolenie osób urodzonych w końcówce lat 60., w latach 70. i na początku 80. Bo dziś to pokolenie dużo łoży na system, który został stworzony kiedyś, a jednocześnie jest duże prawdopodobieństwo, że samo zostanie pozbawione pewnych praw.

Siergiej Zacharow. Doniecki Banksy
Najpierw rysujesz jajo – to będzie głowa Putina. Potem koniecznie musisz skupić się na nosie

Ustawa o bestiach a życie
Dziecko trochę płakało, trochę się ruszało. Orgazmu nie przeżyłem, ale wewnętrznie odprężyłem się – podkreślił podczas przesłuchania Henryk Z.

Henryk Szost. Kuszenie maratończyka
Analizuję przeciwnika. Liczy się wszystko: jego oddech, krok (czy się skraca, czy się wydłuża), praca rąk. Obserwuję i obliczam: czy już zaatakować? Z Henrykiem Szostem, rekordzistą Polski w maratonie, rozmawia Anna Śmigulec

Globisz odbiera telefon
– Powiedziałam, żeby już odpuścił tę chorobę. Bo my tu ciągle pijemy i pijemy za jego zdrowie. „Chcesz, żebyśmy zapili się na śmierć?” – zapytałam

Polish shit
…czyli jaki kraj, taki musical [VARGA]

Wyborcza.pl

Małgorzata Szumowska: Lubię odzierać ze złudzeń [ROZMOWA]

Tadeusz Sobolewski, 06.02.2015
Małgorzata Szumowska

Małgorzata Szumowska (Fot. JACEK POREMBA)

Innych – i siebie też. Wiara wiarą, a jednak mnie wkurza, że ludzie stale muszą budować sobie jakieś iluzje – z Małgorzatą Szumowską rozmawia Tadeusz Sobolewski. Film Szumowskiej „Body/Ciało” startuje w konkursie głównym Festiwalu Filmowego w Berlinie.
Tadeusz Sobolewski: Skąd się wzięły postacie z filmu „Body/Ciało”? Ten prokurator wdowiec, którego gra Janusz Gajos? Jego córka anorektyczka? Terapeutka, która koresponduje z duchami zmarłych?

Małgorzata Szumowska: Temat anoreksji towarzyszył mi od lat, znałam parę dziewczyn z zaburzeniami odżywiania, w liceum każda z nas miała z tym jakiś kontakt, każda chciała być chuda. Pojawiła się dziewczyna, która napisała o tym książkę, chciała robić film. Zaczęliśmy z Michałem Englertem pisać, ale po dwóch miesiącach mieliśmy dość. Nie chcieliśmy filmu dziejącego się w zimnych przestrzeniach szpitala, bez nadziei, w hermetycznym, niezrozumiałym świecie, w który nawet nam, obeznanym, trudno wejść. I porzuciliśmy ten pomysł.

Michał rzucił hasło: „Zróbmy film o ciele”. Chodziła za nim postać prokuratora, samotnego mężczyzny, z bagażem wieku. A za mną chodziła postać dziwnej kobiety. Spotkałam ją w sklepie z marokańskimi gadżetami. Pojechałam tam, żeby coś kupić, i z jakiejś innej perspektywy spojrzałam na Warszawę i nierozpoznaną rzeczywistość: Polaków. Kobieta, do której przyjechałam, mieszkała w bloku, sama, z wielkim psem i z tonami marokańskich poduszek w piwnicy. Była dla mnie tajemnicą. Mówiła coś o obecności zmarłych, o tym, że czuje energię. Wydawała się osobą głęboko nawiedzoną. Ona stała się pierwowzorem postaci terapeutki.

Do nas filmy przychodzą przez ludzi, przez napotkane sytuacje, zdarzenia. I tak z filmu o anorektyczkach zrobiło się coś kompletnie innego. Choć są w nim sceny szpitalne, nie pokazujemy w nich strasznej dewastacji, jaką wywołuje anoreksja.

Jednak zaskoczyło mnie, że kiedy pokazywałam ci sceny z „Body/Ciała”, śmiałeś się i powiedziałeś, że to komedia. Na razie chyba jako jedyny, chociaż my również uważamy, że to bardzo śmieszny film.


*

W każdym razie scena wywoływania duchów przebija wszystko. Ma się ochotę zareagować na nią jak Gajos, śmiechopłaczem. A potem, na końcu, jest napis, że film jest dedykowany Baumiemu. Kto to jest Baumi?

– Karl Baumgartner, producent z Frankfurtu. Zdobył Złotą Palmę za „Underground” Kusturicy, robił filmy Jima Jarmuscha, miał produkować film Tarkowskiego, ale nie zdążył, bo Tarkowski umarł. Miał ksywę Baumi. Przez dziesięć lat był zawodowym piłkarzem.

Baumi mnie odkrył. Miałam 26 lat, zrobiłam „Szczęśliwego człowieka” i film „Dokument”. On to zobaczył i zadzwonił do mnie, akurat w moje urodziny, pamiętam, padał deszcz. Powiedział: „Nazywam się Karl Baumgartner, jestem producentem z Pandory. Chciałbym wyprodukować twój następny film”. I wyprodukował „Ono”, a potem „33 sceny z życia”. Przy „Sponsoringu” nie udało się nam razem pracować przez zaborczość francuskiej strony, ale cały czas strasznie się przyjaźniliśmy. Był dla mnie kimś bardzo bliskim.

Co się z nim stało?

– Miał raka płuc. Umarł niedługo po tym, gdy na zeszłorocznym Berlinale dostał nagrodę dla najlepszego producenta. Byłam na jego pogrzebie. To był skrajnie laicki pogrzeb, nie widziałam w życiu czegoś takiego. Piliśmy wódkę na trumnie.

Pomyślałem sobie, że nie oglądając się na nic, tworzysz w kinie coś w rodzaju rodziny i włączasz w to także swoich umarłych. Terapeutka z „Body/Ciała” mówi o umarłych, od których dostaje listy, że oni czasem nie wiedzą, iż nie żyją, snują się koło nas, chodzą do biura, jeżdżą metrem… Ta mieszanka kultur, wierzeń, magii, która u religijnych ortodoksów ma bardzo złą opinię, w twoim filmie pomaga żyć ludziom udręczonym samotnością. Nie widzimy ducha, ale kiedy tak siedzą razem, terapeutka, jako ta trzecia, staje się jakby figurą zmarłej matki. Wszystko to jest wyrażone w niuansach, między wierszami. Właściwie nie opowiadasz w tym filmie fabuły. To są takie…

-…plamy. Jak mówił nam w szkole Karabasz: trzeba opowiadać autonomicznymi plamami. Do dziś to pamiętam. Tak właśnie opowiedziany jest ten film. Ale na takie rzeczy można sobie pozwolić, robiąc filmy z małym budżetem, samemu je produkując, z grupą ludzi, którzy są blisko ciebie.

Jak powstawała pani Ania?

– Szukałyśmy w internecie takich osób. Robiłyśmy ludziom zdjęcia, w tramwajach, w supermarketach. Znaleźliśmy w Google’u stronę, na której są spreparowane w Photoshopie portrety celebrytów – jak by wyglądali, gdyby byli normalnymi ludźmi? Gwyneth Paltrow na przykład albo… Są na tym portalu nie do rozpoznania. Ktoś ma niezdrową cerę, ktoś nosi trwałą, ktoś jest źle ubrany. Pomyśleliśmy, że to idealny trop na Maję Ostaszewską jako panią Anię. Kupowałyśmy dla niej rzeczy w szmateksie, przymierzałyśmy peruki, w końcu musiała włosy obciąć. Tak powstała terapeutka Ania. Kiedy już ją mieliśmy, w tej spódnicy trzy czwarte i kurtce koloru pudrowego, kogoś podobnego znaleźliśmy na YouTubie: to był film z Lidla, promocja karpia. Patrzymy, a to ona z siatką. Pani Ania. Typowa Polka.

Która wierzy w magię brazylijską. Albo w buddyzm tybetański – jak przyjaciółka prokuratora. Scena jej zaimprowizowanego tańca to kolejny zdumiewający epizod.

– I pomyśleć, że to Ewa Dałkowska, jako ta buddystka, odprawia swój półgoły taniec. Podziwiam, wybitna odwaga.


*

I prokurator, który „w nic nie wierzy”, „nie obchodzi żadnych świąt”, w końcu bierze udział w obrzędzie.

– Gajos pytał, jak ma to zagrać. Mówiłam: „Nie wiem, może zagraj tak, że trochę się boisz, a trochę w to wierzysz”. On na to: „Nie, ja cały czas będę grał, że nie wierzę!”. I miał rację. To wtedy dopiero wychodzi. Człowiek mówi: „Nadal nie wierzę”, ale to przestaje być ważne. Ważne, że ludzie chcą w coś wierzyć.

Wierzą w wiarę – jak mówił Gombrowicz. I wybierają sobie pośredników, jakich chcą. Nie muszą słuchać się jednej religii. Nie chodzi o to, czy duchy są czy ich nie ma – tylko o to, co pozwala żyć, przynosi ulgę. Robisz kino „postreligijne”.

– Wiara wiarą, a jednak mnie wkurza, że ludzie stale muszą budować sobie jakieś iluzje. Lubię innych – i siebie też – odzierać ze złudzeń.

Drażni mnie na przykład, jak słyszę od kogoś: „Wiesz, ona mnie tak lubi…”. Albo: „Powiedział mi, że jestem taka fajna…”. Mam świadomość, że wcale tak nie jest i że w najlepszym wypadku to wszystko trzeba podzielić przez dziesięć. Michał Englert nie pozwalał mi tak podchodzić do naszego filmu, mówił, że traktuję postacie tak, jakbym chciała im odebrać wiarę. „Po co to robisz? – mówił. – To im pomaga żyć”. I popatrz, jednak robię film, który to chroni.

Ale robię to podświadomie. Sama jestem raczej typem rebeliantki, brutalistki. Denerwuje mnie, jak ktoś nie widzi rzeczywistości, swojej pozycji w świecie, stosunku ludzi do siebie. Po co tak bardzo zniekształcać nasze relacje ze światem? Mam to rebelianctwo po ojcu. Lecz w sumie – myślę – jest to cecha zła: agresywne obnażanie.

W filmie to okrutne spojrzenie przechodzi w spojrzenie współczujące. A równocześnie wszystko to jest na swój sposób śmieszne, jak scena seansu z duchami.

– Baliśmy się tej sceny, no bo „bez niej nie ma filmu”. Ekipa zastanawiała się, jak to będzie. Ja mówiłam: „Nic nie będzie, nakręcimy to w 20 minut”. Powiedziałam Januszowi: „Mógłbyś się w tej scenie trochę wzruszyć, rozpłakać?”. On: „Ja tak na zawołanie nie umiem, dajcie mi krople do oczu…”. Daliśmy. On na to: „Jednak spróbuję bez kropli…”.

Ksiądz gej ogląda film Szumowskiej „W imię…”

Terapeutka z jednej strony ma przeciwko sobie prokuratora odpornego na wszelką wiarę, z drugiej strony – ordynatora szpitala, wiernego nakazom i zakazom Kościoła, który w brazylijskich metodach terapeutki wietrzy jakieś zło. Jakie to ma odniesienie do rzeczywistości?

– Z tego, co zdołaliśmy zdokumentować, różnice w leczeniu zaburzeń odżywiania między nami a na przykład Skandynawią są ogromne. Tam terapeuta przychodzi do domu i przeprowadza terapię rodzinną. U nas dba się przede wszystkim, żeby nie doprowadzić do zagłodzenia. Dokarmianie i farmakologia. Pani Ania w to nie wierzy – ona wierzy w te swoje duchy, bo uważa, że w ten sposób może pomóc.

Jednak kiedy wychodzi na jaw oszustwo, to nie zbija jej z tropu. „Nic nie szkodzi” – mówi. Cuda i duchy są tylko tłem dla tego, co ma nastąpić między ludźmi. I właśnie następuje.

Zrobiłabyś taki film, powiedzmy, dziesięć lat temu?

– Nie, to jest ten niesamowity walor wieku i najfajniejsza rzecz w tym zawodzie, że wciąż wydaje mi się, że ten moment dopiero następuje, że teraz już wiem jak. Wydaje mi się nieskromnie, że najlepsze filmy są przede mną. A przy tym mam dystans, wiem, że to wszystko nie jest tak potwornie na serio. Mam dystans do siebie w porównaniu z tym, co przeżywałam tu, w Berlinie, dwa lata temu z powodu filmu „W imię…”, z tą obawą, czy zostanę doceniona. Zresztą dziś ten film zrobiłabym trochę inaczej.

Małgorzata Szumowska: Kobieta po pewnych przejściach – rozmowa Pawła T. Felisa o festiwalu o Berlinie.

Wielu moich rówieśników latami powtarza te same poglądy, zdania. Ja jestem typem, który wciąż się zmienia, przemieszcza, czasem w rytmie godzinowym. Gajos powiedział, że podoba mu się w pracy ze mną to, że nie ma pojęcia, co się stanie za pięć minut.

Dlatego tak ważny jest mój tandem z Michałem Englertem, autorem zdjęć i współscenarzystą. Przychodzimy na plan. On ustawia kamerę. Robimy próbę i czujemy oboje, bez słów, że to nie działa, sytuacja jest drewniana, nieprawdziwa. I zaczynamy szukać rozwiązania od razu, bez pisania. I widząc przerażenie pani od skryptu, mówimy: „Kręcimy bonus!”. Warianty a, b, c, d… – poza numeracją. Sens sceny, zapisany w scenariuszu, pozostaje, ale my go znajdujemy w niuansach, w trakcie pracy. I tylko Jacek Drosio, montażysta i prezes naszej firmy Nowhere, umie się w tym wyznać i na końcu oszlifować cały ten materiał i stworzyć film. Myślę, że nasze filmy to wynik pracy całej naszej trójki, uzupełniamy się i bez jednego z tych elementów wszystko mogłoby się zawalić. Jacek nawet nie czyta scenariusza. On zabiera się do żywego materiału i działa tylko na jego podstawie.

Mówi się, że polskie kino znalazło wreszcie swoją widownię. Ludzie zaczęli chodzić na polskie filmy.

– To jest niezwykłe zjawisko, ale ma również swoje inne strony. Ten wyścig, to czekanie, jaki będzie box office po weekendzie, to przyzwyczajenie, że ludzie muszą chodzić do kina, wszystko to sprawia, że nasze kino zmierza ku komercji. Na razie polityka jest taka, żeby kino polskie było „dla wszystkich”, nie dla niszy – boję się, że kino artystyczne nie ma jeszcze u nas swojego widza, świadczą o tym słabe wyniki takich filmów jak „Foxcatcher”, „Ida” czy „Lewiatan”.

Ja mam ten komfort, że mogę się z tego wyścigu wyłamać. Nie chcę robić filmów, które by się wszystkim podobały, i mam swoją stałą widownię w Polsce.

Nie chodzi o poszerzenie gustów widowni?

– Myślę inaczej: tu chodzi o naturalny podział. Są ludzie, którzy wybierają ambitne kino, są tacy, co chodzą na mainstream, i tacy, którym wystarczają komedie romantyczne.


Maja Ostaszewska w filmie „Body/Ciało”

Dużo zawdzięczasz kinu duńskiej Dogmy?

– Wyrastałam na niej. Lubię „Festen” Vinterberga, lubię filmy von Triera. Ważne, że tamte filmy były robione tak, jakby filmowano to, co rzeczywiście dzieje się przed kamerą. Dzianie się i filmowanie szły razem. Ja też lubię takie prowadzenie scen, jakby coś się miało za chwilę wydarzyć. Nie lubię kina, w którym czuć inscenizację. Ojciec mi mówił: „W kinie najważniejsza jest forma, wszystkie historie zostały już opowiedziane”. Ja na to, że chcę dzielić się z widzem swoją wrażliwością. Ojciec: „Przed tobą całe tabuny reżyserów dzieliły się wrażliwością – udało się tylko tym, którzy opakowali to w odpowiednią formę”.

Nie wystarczy mieć dobrych aktorów, nie wystarczy ustawić światła i sprawnie opowiedzieć historię. Takich filmów, będących sprawnym przeniesieniem scenariusza, są tysiące. I trochę tak wygląda dziś polskie kino. A gdzie forma? Gdzie punkt widzenia, jakiego dotąd nie było? Musisz czuć, że idziesz w jakiejś sprawie, widzisz jakby z góry swój film i robiąc go, ocierasz się o jakąś tajemnicę.

Jak w pierwszej scenie filmu „Body/Ciało”.

– Miała być ostatnia. Paweł Pawlikowski po przeczytaniu scenariusza powiedział: „Daj ją jako pierwszą, ona ci ustawi film”. Miał rację.

Zmartwychwstanie ciała. Różnie można o tym myśleć. Metafora? Symulacja?

– A to prawdziwy przypadek, całkowicie wytłumaczalny. Opowiedziała o nim prokurator, która nam pomagała, pani Monika Całkiewicz. Nie wymyśliłabym nigdy takiej sceny.

Małgorzata Szumowska – ur. w 1973 r. reżyserka, członkini Europejskiej Akademii Filmowej, autorka m.in. dokumentu „A czego tu się bać?” o wiejskich zwyczajach pogrzebowych oraz fabuł: „Szczęśliwy człowiek”, „Ono” według scenariusza nominowanego na festiwalu Sundance, „33 sceny z życia” (nagroda w Locarno), „Sponsoring”, „W imię…”. Córka dziennikarki i pisarki Doroty Terakowskiej oraz dziennikarza i filmowca Macieja Szumowskiego. Jej nowy film „Body/Ciało” ma premierę w poniedziałek w konkursie głównym festiwalu w Berlinie.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Žižek: Nadchodzi nowe średniowiecze
Kiedy w mediach słyszę słowa „demokracja” czy „prawa człowieka”, natychmiast zaczyna mnie mdlić. Ze Slavojem Žižkiem rozmawia Sławomir Sierakowski

Czy Franciszek jest lewakiem?
Dlaczego konserwatyści mają problem z papieżem

Uniwersytet psuje się od rektora
Na naszych uczelniach petryfikujemy struktury, które utrwaliły się lata temu. Nie ma dopływu świeżej krwi: młodej, z innych ośrodków. Kadrą akademicką kieruje obrona status quo, zwykła rutyna i zazdrość. Z prof. Leną Kolarską-Bobińską, minister nauki i szkolnictwa wyższego, rozmawia Agnieszka Kublik

Ojciec, numer 20761
– Kiedy dorośniecie, zabiorę was tam i wszystko pokażę – obiecywał. Nigdy się na to nie zdobył. Chyba nie był w stanie wytrzymać ponownej konfrontacji śmierci z życiem w towarzystwie dzieci, które stanowiły przedłużenie jego cudem ocalonego istnienia

Mity greckie
Coś, co w środku i na północy Europy nazywa się lenistwem, w Grecji lenistwem nie jest. Ludzie tutaj naprawdę muszą żyć wolniej

Kolekcjoner
Odzyskiwanie kamienic z lokatorami to specjalność Marka Mossakowskiego. Spis 51 adresów, do których rości sobie prawa, zatytułował „Moje grunty warszawskie”

Dżihad, wielka przygoda
Nie zbombardowaliśmy Asada, nie odbiliśmy Krymu, pozwalamy religijnym szaleńcom szarogęsić się w kolebce cywilizacji. W najważniejszej bitwie – o wartości – zbiorowo zdezerterowaliśmy. Z prof. Jeanem-Pierre’em Filiu rozmawia Marta Urzędowska

Wyborcza.pl

Dżihad, wielka przygoda

Marta Urzędowska, 06.02.2015
Nowa, groźniejsza wersja Osamy ben Ladena: Abu Bakr al-Baghdadi, twórca i przywódca ISIS

Nowa, groźniejsza wersja Osamy ben Ladena: Abu Bakr al-Baghdadi, twórca i przywódca ISIS (Fot. AP)

Nie zbombardowaliśmy Asada, nie odbiliśmy Krymu, pozwalamy religijnym szaleńcom szarogęsić się w kolebce cywilizacji. W najważniejszej bitwie – o wartości – zbiorowo zdezerterowaliśmy. Z prof. Jeanem-Pierre’em Filiu rozmawia Marta Urzędowska
Jean-Pierre Filiu – ur. w 1961 r., historyk, arabista. Profesor studiów bliskowschodnich w paryskiej uczelni Sciences Po. Był dyplomatą w Jordanii, Syrii, Tunezji i USA. Na początku lat 90. doradzał ministrom obrony i spraw wewnętrznych, w latach 2000-02 był doradcą premiera Lionela Jospina. Rok temu w Polsce ukazał się jego komiks historyczny „Najlepsi wrogowie. Historia relacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Bliskim Wschodem”.

MARTA URZĘDOWSKA: Jeszcze niedawno baliśmy się Al-Kaidy, teraz drżymy przed Państwem Islamskim. Słusznie?

JEAN-PIERRE FILIU: Nie mówmy „Państwo Islamskie”. To dla nich zwycięstwo – nie dość, że państwo, to jeszcze wszystkich muzułmanów. Nazywajmy ich ISIS albo Daisz, od angielskiej i arabskiej nazwy Islamskie Państwo Iraku i Syrii.

Przyszłość to ISIS. Wystarczy spojrzeć na liczby: Al-Kaida w swoich najlepszych latach, przed atakiem na World Trade Center, liczyła mniej niż tysiąc osób. Daisz to minimum 30 tys. wyszkolonych ludzi, często z potężnym doświadczeniem w partyzantce. Al-Kaida nigdy nie podbiła żadnych ziem, ISIS kontroluje terytorium wielkości Jordanii. Al-Kaida wydała na ataki z 11 września marne pół miliona dolarów, budżet ISIS to 2 mld.

Ale najważniejsza różnica leży poza statystykami. Siedzibą Al-Kaidy był zawsze Afganistan. Strategicznie i symbolicznie – ślepa uliczka świata. ISIS to Syria, a więc serce Bliskiego Wschodu, próg Europy. To nie Mali, Nigeria czy nawet Egipt, ale pierwsze muzułmańskie imperium. To tutaj, według przepowiedni, odbędą się bitwy końca świata, tu wypełnią się proroctwa. I to dlatego ludzie, którzy mają mniej lub bardziej apokaliptyczne oczekiwania, tak bardzo chcą się tu znaleźć. Żeby być w gronie ocalonych wybrańców.

Jest jeszcze jedna różnica: ISIS przyciąga tysiące Europejczyków. W Syrii walczy już 3 tys. europejskich mudżahedinów.

– Jestem w tej branży od dawna, ale jeszcze nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Nigdy nie mierzyliśmy się z zagrożeniem takich rozmiarów i tak bardzo bliskim.

Ale odpowiedzialność za zamachy w Paryżu wzięła jemeńska Al-Kaida.

– Tyle że nigdy nie przedstawiła dowodu, czyli przyjętego w takich sytuacjach przygotowanego zawczasu nagrania. Dżihadyści to formaliści, mają swoje procedury i trzymają się ich. Na takim właśnie nagraniu wystąpił Amedy Coulibaly, który zaatakował policjantkę i klientów koszernego sklepu – ale on powiedział, że działał w imieniu ISIS. I poinformował, że wspierał pieniędzmi i bronią braci Kouachi, którzy napadli na redakcję „Charlie Hebdo”.

Jemeńska Al-Kaida próbuje robić wokół siebie hałas, bo ma problemy na własnym podwórku – szyiccy partyzanci Huti przejmują władzę w Sanie, dlatego sunniccy terroryści chcą pokazać, że nadal są silni. Za to ISIS nie musi niczego udowadniać. Atakuje jednego dnia w libijskim Trypolisie, drugiego w irackim Kirkuku, trzeciego – na egipskim Synaju, a czwartego – w Paryżu.

To wystarczający dowód, co potrafią, a w dodatku poruszają się jak ryby w wodzie w świecie nowych technologii i mediów społecznościowych. Wiedzą, że to my jesteśmy zacofani, a oni są awangardą. I że rozpaczliwie brak nam spójnej strategii.

Zachód jak dziecko we mgle? To nic nowego.

– Najpierw pozwalamy ludziom cierpiącym na poważne urojenia snuć plany, potem pozwalamy im dyktować warunki, a gdy wreszcie reagujemy, to z opóźnieniem. Tak było z Baszarem al-Asadem w Syrii i z Putinem na Ukrainie. Putina do aneksji Krymu ośmieliło właśnie to, że nie zbombardowaliśmy Asada po masakrze chemicznej latem 2013 r. Zachód dowiódł, że jest mocny jedynie w gębie. W najważniejszej bitwie naszych czasów – o wartości – zbiorowo zdezerterowaliśmy. A ideologiczną próżnię, która po nas pozostała, wypełnia dzisiaj ISIS. Ci ludzie robią to, co mówią. Są wiarygodni. I dlatego tak pociągający.

Wędrówka europejskich dżihadystów do Syrii też zaczęła się zimą 2013 r. Kiedy kilka miesięcy wcześniej byłem w Aleppo, spotkałem tam paru „naszych” mudżahedinów, ale nikt nie traktował ich poważnie. Miejscowi mówili o nich: „Marsjanie”, bo nie znali języka, nie rozumieli, co się dzieje. Ale po chemicznej masakrze nastąpił przełom. Nagle do Syrii zaczęły przybywać setki Europejczyków przyciągniętych zdjęciami zagazowanych dzieci w Damaszku.

Nie wierzę, że to wystarczyło, żeby Pierre czy Jack stwierdzili: „Pakuję plecak i lecę do Syrii”.

– Wie pani, półtora tysiąca ludzi, w tym mnóstwo dzieci, zabitych gazem w dwie godziny – to jednak mocny obraz. Ale tu nie chodzi o skalę, tylko raczej o to, że ta masakra nie została uznana przez świat. Dlatego stała się zadrą, której nie sposób wybaczyć. „Umyliście ręce!”. Zaczęły się mnożyć teorie spiskowe.

Myślę, że to za mało. Islamiści musieli trafić w głębsze potrzeby.

– Nie myli się pani. Znawca islamu profesor Olivier Roy mówi, że europejscy dżihadyści jadący na Bliski Wschód przypominają ludzi, którzy w latach 60. jeździli do Boliwii porwani ideami Che Guevary. Byli tak samo oderwani od rzeczywistości i tak samo chcieli przeżyć romantyczną, egzotyczną przygodę.

To właśnie egzotyka sprawia, że mamy dziś w Europie tak wiele nawróceń na islam. Bo europejscy muzułmanie, którzy jadą do Syrii, to najczęściej konwertyci – nie są wychowani w islamie, nie mają religijnych podwalin. To tzw. muzułmanie socjologiczni – a wyjazd do Syrii jest podróżą inicjacyjną. Zmieniasz nazwisko, tożsamość, stajesz się nową osobą. Żenisz się z kimś, kogo wcześniej nie spotkałeś.

Czyli ISIS nie da się pokonać. Już możemy złożyć broń.

– Da się. Właśnie w Syrii. Zresztą syryjskim rebeliantom już nieraz to się udawało. Ostatnio w styczniu, kiedy wyparli radykałów z Aleppo, i to bez żadnej pomocy z zewnątrz.

Tyle że z powstańcami nikt nie rozmawia, bo zgodnie z prawem międzynarodowym państwa nie rozmawiają z rebeliantami czy – szerzej – z tzw. niepaństwowymi aktorami. Oczywiście to bez sensu dziś, kiedy w Syrii główną siłą po stronie Asada już dawno nie są instytucje państwa, wojsko, policja, tylko Hezbollah, a w Palestynie najważniejsza nie jest Autonomia Palestyńska, tylko Hamas. Ale Ameryka i Europa potrafią jedynie umieszczać kolejne nazwiska na listach terrorystów.

Przecież Amerykanie od pół roku bombardują ISIS.

– To pozorne ruchy. Oni nie mają pojęcia, co się tam dzieje. Zachowują się, jakby Bliski Wschód był przedmieściami Waszyngtonu. Ale co można wywalczyć samymi nalotami w kraju, w którym kluczowe decyzje zapadają w małych pokoikach gdzieś na przedmieściach Rakki między dwiema-trzema osobami?

Żeby jeszcze te bomby spadały tam, gdzie trzeba. Ale większość nalotów dotyczy Iraku, a akurat tam ISIS jest raczej częścią lokalnych gier. Za to w kluczowej Syrii nie dość, że nalotów jest o wiele mniej, to jeszcze znakomita większość z nich przypada na Kobane. Małe miasteczko bez żadnego strategicznego znaczenia, za to symboliczne za sprawą romantycznej otoczki kurdyjskiej walki i kamer stojących na przygranicznym wzgórzu. Do tego w Iraku Zachód nadal ma żołnierzy. W Syrii – ani jednego. Po raz pierwszy w historii mamy tak wielkie zagrożenie dla stabilności świata, z którą nie próbujemy walczyć. Nie mamy nawet systemu ostrzegania.

Ameryka zawiodła. A Europa może coś zrobić?

– Musi. To sprawa życia i śmierci. Po pierwsze, otwórzmy oczy – to najtrudniejsze i najbardziej bolesne. Mamy pieniądze, jesteśmy potężną wspólnotą, ale nic nie zdziałamy, jeśli nie stworzymy wspólnej strategii. Poza tym musimy poważnie, jak dorośli, porozmawiać z Ankarą. Oni potrzebują nas, my potrzebujemy ich. Ostatnie dekady Turcy spędzili, stojąc w drzwiach Europy, teraz czas przyznać, że bez nich jesteśmy bezbronni. Nie znam ani jednego dżihadysty, który przyjechałby do Syrii przez Liban czy Jordanię – wszyscy przyjeżdżają z Turcji. Pokażmy Turkom, że mogą na nas polegać, pomagając im w ich negocjacjach z Kurdami. To dziś dla nich najważniejsza sprawa – Erdogan może być nowym Atatürkiem naszego wieku, jeśli mu się to uda.

No i jeszcze jedno – cokolwiek się stanie, zachowajmy rozwagę. Dżihadyści, którzy atakują dziś w Europie, mają dwa cele. Pierwszy – skłócić społeczeństwo, wywołać antyislamskie zamieszki, co jeszcze bardziej zradykalizuje muzułmanów. Drugi – zmusić Europejczyków i Amerykanów, żeby w akcie zemsty uderzali na ślepo. Kiedy masz szalejące emocje i ludzi na ulicach, łatwo popełnić błąd, wpaść w pułapkę, w którą chcą nas wciągnąć – jak te bezsensowne naloty.

Ciągle rozmawiamy o dżihadystach z Europy, ale ISIS ma poparcie głównie na Bliskim Wschodzie. Arabowie wspierają radykałów?

– To jak zastanawianie się nad społeczną bazą reżimu Asada: otóż jego społeczną bazą zawsze były izby tortur i rosyjska broń. Tak samo jest z ISIS. Kiedy tylko zajmują jakieś miasto, zaczynają od zbudowania służb bezpieczeństwa.

Ale też trzeba przyznać, że mają „miękkie” argumenty. Główny jest religijny: „Jesteście Arabami, sunnitami, a my was bronimy”. To działa w Iraku, w Syrii mniej. Drugiego argumentu dostarcza sam Asad: „Tu, gdzie rządzimy, nikt was nie bombarduje”. No i nie zapominajmy, że Daisz płaci ludziom za służbę.

Jednak mimo to z ich terenów wyjeżdżają wszyscy wykształceni ludzie, specjaliści. Być lekarzem, inżynierem, wykładowcą pod władzą ISIS to tak, jak być lekarzem, inżynierem, wykładowcą za Stalina.

Jak zmieniło się zagrożenie terrorystyczne od World Trade Center?

– Mogliśmy mieć problem z głowy zimą 2002 r. Blisko połowa bojowników Al-Kaidy była martwa albo schwytana, a ben Ladena i jego prawą rękę Zawahiriego można było łatwo wytropić. Ale Ameryka już straciła zainteresowanie Al-Kaidą. Poszła na globalną wojnę z terrorem i wymyśliła, że zacznie ją od Iraku – czyli zdestabilizuje potencjalnie najbardziej zapalny punkt Bliskiego Wschodu.

Tak wyhodowała potwora: to tam stworzyliśmy potężną iracką Al-Kaidę i Abu Musaba al–Zarkawiego. Ze zwykłego zakapiora, handlarza narkotykami, zrobiliśmy ikonę, a przy okazji mentora Abu Bakra al-Baghdadiego, wtedy jednego z wielu radykalnych imamów, a dziś dzisiejszego kalifa ISIS. Potem pozwoliliśmy zagrożeniu rozlać się do Syrii, a stamtąd na cały świat. Efekt jest taki, że nie można otworzyć gazety, żeby nie zobaczyć zobaczyć twarzy kalifa Baghdadiego.

I jakby tego było mało, my wciąż lejemy wodę na jego młyn. Wczoraj w Paryżu rozmawiałem z dziennikarzem z „New Yorkera”. Żalił się, że jest w tak cudownym miejscu, a jedyne, o czym od tygodnia rozmawia, to bracia Kouachi – najgłupsze, najbardziej oszalałe i najmniej interesujące typy, jakie można znaleźć w całej Francji.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Žižek: Nadchodzi nowe średniowiecze
Kiedy w mediach słyszę słowa „demokracja” czy „prawa człowieka”, natychmiast zaczyna mnie mdlić. Ze Slavojem Žižkiem rozmawia Sławomir Sierakowski

Czy Franciszek jest lewakiem?
Dlaczego konserwatyści mają problem z papieżem

Uniwersytet psuje się od rektora
Na naszych uczelniach petryfikujemy struktury, które utrwaliły się lata temu. Nie ma dopływu świeżej krwi: młodej, z innych ośrodków. Kadrą akademicką kieruje obrona status quo, zwykła rutyna i zazdrość. Z prof. Leną Kolarską-Bobińską, minister nauki i szkolnictwa wyższego, rozmawia Agnieszka Kublik

Ojciec, numer 20761
– Kiedy dorośniecie, zabiorę was tam i wszystko pokażę – obiecywał. Nigdy się na to nie zdobył. Chyba nie był w stanie wytrzymać ponownej konfrontacji śmierci z życiem w towarzystwie dzieci, które stanowiły przedłużenie jego cudem ocalonego istnienia

Mity greckie
Coś, co w środku i na północy Europy nazywa się lenistwem, w Grecji lenistwem nie jest. Ludzie tutaj naprawdę muszą żyć wolniej

Kolekcjoner
Odzyskiwanie kamienic z lokatorami to specjalność Marka Mossakowskiego. Spis 51 adresów, do których rości sobie prawa, zatytułował „Moje grunty warszawskie”

Małgorzata Szumowska: Lubię odzierać ze złudzeń [ROZMOWA]
Innych – i siebie też. Wiara wiarą, a jednak mnie wkurza, że ludzie stale muszą budować sobie jakieś iluzje – z Małgorzatą Szumowską rozmawia Tadeusz Sobolewski. Film Szumowskiej „Body/Ciało” startuje w konkursie głównym Festiwalu Filmowego w Berlinie.

Wyborcza.pl

Justyna Prus, POLITYKA INSIGHT

07.02.2015
5 godzin na Kremlu
Wygląda na to, że kremlowska taktyka wymuszania ustępstw przez kolejne eskalacje – znowu zadziałała.

 

Angela Merkel i François Hollande do późna rozmawiali w piątek z Władimirem Putinem. Wyniki negocjacji w sprawie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego będą jednak ujawnione dopiero w niedzielę, po dodatkowych konsultacjach telefonicznych liderów Ukrainy, Rosji, Niemiec i Francji.

Najpewniej europejscy dyplomaci potrzebują teraz czasu, by przekazać odpowiedź Kremla Kijowowi. Do Moskwy pojechali z wersją porozumienia wynegocjowaną z Ukraińcami. Nikt się chyba nie spodziewał, że Władimir Putin da się przekonać do tego, co przyjechało z Kijowa.

Rozmowy w Moskwie odbyły się za zamkniętymi drzwiami i nie uczestniczył w nich nikt oprócz trójki liderów. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow określił je jako „konstruktywne”. To bezpieczna formuła, która może oznaczać różne rzeczy. Z drugiej strony fakt, że rozmowy trwały tak długo, pozwala na umiarkowany optymizm – to znaczy, że obie strony chciały rozmawiać.

Wciąż nie wiadomo dokładnie, z czym Merkel i Hollande pojechali na Wschód. Ze słów kremlowskiego rzecznika wynika, że pracowano nad dokumentem dotyczącym realizacji porozumień z Mińska. Z naszych informacji wynika, że negocjatorzy pracują nad protokołem mińskim z „pewnymi poprawkami”. Czy to oznacza przesunięcie linii demarkacyjnej na zachód i północ, zgodnie z obecną linią rozgraniczenia, przesuniętą po separatystycznej ofensywie? Czy chodzi o nakłonienie Ukrainy do finansowania zbuntowanych regionów, nad którymi nie ma żadnej kontroli? Moskwie na pewno zależy na wszystkim, co wzmocni legitymację samozwańczych liderów na wschodzie Ukrainy i przymusi Kijów do traktowania ich jako uznanych władz, a także do uwzględniania ich decyzji np. w takich sprawach jak stosunki z Unią.

Sytuacja, w której Ukraina musiałaby płacić za region, którego nie kontroluje ani fizycznie, ani politycznie i który jednocześnie miałby wpływ na jej działania, jest wymarzona dla Moskwy. Wówczas można by w Ukrainie blokować wszystko, a w razie potrzeby zagrozić atakiem wojskowym. Dokładnie tak jak stało się to w połowie stycznia. W interesie Ukrainy jest coś dokładnie odwrotnego.

W styczniu Angela Merkel mówiła, że nie ma sensu rozmawiać z Moskwą, jeśli nie ma szans na realny postęp. Odwołała wtedy spotkanie czwórki normandzkiej w Astanie. Tuż po tym nastąpiła gwałtowna eskalacja ze strony Rosji i separatystów. Teraz Merkel sama pojechała do Moskwy, by negocjować pokój z Putinem. Wygląda na to, że kremlowska taktyka wymuszania ustępstw przez kolejne eskalacje znowu zadziałała.

Polityka.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s