Kwaśniewski (04.02.15)

 

W klubie PO jedność ws. konwencji przeciw przemocy wobec kobiet. Grupiński: „Tomaszewski też poprze”

karslo, PAP, 04.02.2015
Rafał Grupiński

Rafał Grupiński (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

Klub zadeklarował ponadto jedność w kwestii głosowania nad ustawą dot. ratyfikacji konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet. – W piątek powinniśmy to zgodnie przegłosować – powiedział szef klubu PO Rafał Grupiński.
Szef klubu Platformy zadeklarował poparcie klubu PO dla ustawy dotyczącej ratyfikacji konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. – Na dzisiejszym spotkaniu nie było żadnego głosu przeciwnego poparciu tej konwencji. Myślę, że w piątek powinniśmy to zgodnie, jeśli chodzi o nasz klub, przegłosować – zaznaczył.

Według Grupińskiego ratyfikację konwencji ma poprzeć również nowy członek klubu – Jan Tomaszewski. – Z tego co wiem, oświadczył to nawet publicznie, poprze ratyfikację konwencji – podkreślił.

Jutro sprawozdanie z prac nad ratyfikacją

Jutro sejmowe komisje: spraw zagranicznych oraz sprawiedliwości i praw człowieka mają przyjąć sprawozdanie z prac nad projektem ustawy o ratyfikacji konwencji. Wcześniej politycy Platformy przyznawali, że wśród nich jest część posłów, zwłaszcza tych o silnie konserwatywnych poglądach, którzy mają wątpliwości dotyczące konwencji.

Z nieoficjalnych informacji PAP wynika, że jeszcze przed środowym posiedzeniem klubu Platformy Kopacz spotkała się z grupą posłów konserwatystów i przekonywała ich do poparcia ratyfikacji konwencji. Później na spotkaniu klubu – jak relacjonowali posłowie PO – głosowanie na „tak” zadeklarowali m.in. znani z konserwatywnych przekonań wicemarszałek Sejmu Elżbieta Radziszewska i szef doradców premier, b. minister finansów Jacek Rostowski.

Kopacz apelowała o jedność

Sama szefowa rządu apelowała do klubu o jedność, by nie dawać się rozgrywać opozycji. – Ewa miała bardzo dobre, mocne, budujące wystąpienie; powiedziała, że jeżeli nie będzie jedności, nie będzie Platformy – relacjonował jeden z posłów.

Polska podpisała Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej w grudniu 2012 r. W kwietniu zeszłego roku Rada Ministrów podjęła uchwałę ws. przedłożenia jej do ratyfikacji i przyjęła projekt odpowiedniej ustawy. O ratyfikację konwencji apelują m.in. organizacje pomagające ofiarom przemocy oraz broniące praw człowieka; krytykują ją organizacje prawicowe i prezydium Episkopatu Polski.

Nie było dyskusji nad związkami partnerskimi

Posłowie Platformy nie rozmawiali dziś na temat projektu dot. związków partnerskich. – Mamy w tej chwili kilka tematów rzeczywiście istotnych – bardzo ważny stał się też temat uregulowań w kwestii in vitro, jak widać po ostatnim przypadku dość trudnym, błędzie lekarskim. Będziemy w tej kwestii na pewno starali się w miarę przyspieszyć prace – poinformował Grupiński.

Przypomniał, że PO ma gotowy projekt ustawy o umowie partnerskiej. – W odpowiednim czasie wprowadzimy go pod dyskusję, w tej chwili o tym nie dyskutowaliśmy – zaznaczył szef klubu Platformy. Premier Kopacz pytana we wtorek, czy projekt trafi do Sejmu jeszcze w tej kadencji, powiedziała, że najpierw musi omówić go klub PO.

Obrady nad projektem ustawy ws. in vitro w lutym

W sierpniu w klinice ginekologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego doszło do błędu przy zabiegu zapłodnienia in vitro, wskutek którego pacjentka urodziła nie swoje dziecko. Nasienie męża, zamiast z komórką jajową żony, miało zostać połączone z komórką innej kobiety. Dziecko urodziło się z wadami genetycznymi; przebywa teraz w szpitalu. Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz poinformował we wtorek, że na klinikę została nałożona kara finansowa; resort zdrowia wypowiedział też jej umowę w zakresie programu in vitro. Minister złożył ponadto zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia błędu medycznego.

Zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Zdrowia, rządowy projekt ustawy ws. zapłodnienia in vitro ma jeszcze w lutym trafić pod obrady Rady Ministrów.

Zobacz także

TOK FM

Górnicy rezygnują ze swoich przywilejów. W środę czternastą pensję zgodzili się przyjąć w dwóch ratach

W ostatnich dniach górnicy zyskali wsparcie niezadowolonych z działań rządu Ewy Kopacz rolników.
W ostatnich dniach górnicy zyskali wsparcie niezadowolonych z działań rządu Ewy Kopacz rolników. Fot. Dominik Gajda / Agencja Gazeta

Wygląda na to, że górnicy postanowili udowodnić, że w walce o swoje przywileje mają sporo dobrej woli. Przynajmniej ci z Kompanii Węglowej, wobec których w styczniu rząd Ewy Kopacz wykazał się szeregiem ustępstw. Związkowcy właśnie poinformowali, że przystali na to, by wyjątkowy przywilej czternastej pensji został im wypłacony w ratach.

Górnicze ustępstwa…
Co ciekawe, spór w tym zakresie nie toczył się o sam fakt wypłaty czternastej pensji, ale właśnie liczbę rat, w których pozostająca w kryzysie Kompania Węglowa proponowała przekazanie pieniędzy. Spółka chciała przez dwanaście miesięcy zwiększać kolejne zwykłe pensje, ale górnicy uznali, że należy im się wypłata w kwotach o wiele bardziej ciekawych dla domowych budżetów.

W środę górnicy i zarząd Kompani Węglowej wynegocjowali jednak porozumienie w sprawie czternastych pensji, które mają zostać wypłacone w dwóch ratach. Do 13 lutego górnicze konta zasili 40 proc. „czternastki” , a pozostałe 60 proc. otrzymają jednak dopiero do końca czerwca.

– Zważywszy na to, że początkowo zarząd proponował wypłatę tej części wynagrodzenia górników w 12 ratach, to jest to rozwiązanie bardzo korzystne dla załogi – poinformował w środowe popołudnie Jarosław Grzesik z „Solidarności”.

Bo „Barbórka” to za mało
Przypomnijmy, że ostatni konflikt między rządem a górnikami związany jest z walką tej kłopotliwej dla Skarbu Państwa branży o utrzymanie szeregu przywilejów niedostępnych dla innych grup pracowniczych w Polsce. Jak tłumaczył w naTemat już w maju ubiegłego roku Tomasz Molga, mowa tu nie tylko o de facto 14 pensjach (12 zasadniczych, tzw. „Barbórka” i kolejna nagroda wypłacana w lutym), ale także wieloletnich gwarancjach zatrudnienia, wcześniejszych emeryturach i często zarobkach dwukrotnie wyższych niż przeciętne.

Ze szczegółowego zestawienia płac w Kompanii Węglowej wynika, że robotnicy dołowi zarabiają ta średnio 6800 zł brutto na miesiąc, a najmniej zarabiający pracownicy administracji 4,7 tys. miesięcznie. Na drugim końcu listy płac znajduje się kadra techniczna Zakładu Górniczych Robót Inwestycyjnych. Ta grupa zarabia średnio ponad 10 tys. brutto miesięcznie.

Bez pardonu
O wiele bardziej gorące od protestów w Kompanii Węglowej są te, które rozgorzały w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. We wtorkowy wieczór grupa kilkuset osób zaatakowała siedzibę JSW. Budynek obrzucono kamieniami i materiałami pirotechnicznymi, a później doszło do próby szturmu. Sytuację do późnych godzin nocnych uspokajała jastrzębska policja przy użyciu m.in. broni gładkolufowej. Jedna osoba została ranna, dziesięć kolejnych zatrzymano.

W niebezpieczeństwie znaleźli się też relacjonujący te wydarzenia dziennikarze, których zaatakowano między innymi petardami. Stacja TVP Info podała, że podczas wtorkowych zamieszek w Jastrzębiu-Zdroju wspierający górnicze protesty chuligani uszkodzili też należący do niej sprzęt.

Źródło: RMF24.pl

naTemat.pl

Palikot poszedł za ciosem. Tym razem „pobił” Jarosława Kaczyńskiego

Tym razem Janusz Palikot opublikował plakat przedstawiający pobitego Jarosława Kaczyńskiego
Tym razem Janusz Palikot opublikował plakat przedstawiający pobitego Jarosława Kaczyńskiego Fot. Janusz Palikot / Twitter.com

W ubiegłym tygodniu Janusz Palikot opublikował plakat przedstawiający pobitą premier Ewę Kopacz. Teraz lider Twojego Ruchu w podobny sposób obszedł się z Jarosławem Kaczyńskim, Bronisławem Komorowskim, Januszem Piechocińskim oraz Adamem Jarubasem.

Inicjatywa Palikota ma skłonić największe partie do poparcia ustawy o ratyfikacji konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. – Żądamy jak najszybszej ratyfikacji tego dokumentu, a każdy poseł, który będzie się jej sprzeciwiał, dostanie od nas nieco przerobioną wersję swojego zdjęcia – oświadczył Twój Ruch.

W zeszłym tygodniu Palikot przypomniał, że głosowanie nad projektem ustawy było już dwukrotnie przekładane. Podczas drugiego czytania, które miało miejsce pod koniec września, zgłoszono poprawki, a projekt ponownie trafił do sejmowych komisji. Tam posłowie uznali, że projekt należy skonsultować z konstytucjonalistami.

naTemat.pl

Wybory prezydenckie 2015. Sikorski ogłosił datę wyborów: Odbędą się 10 maja

Piotr Markiewicz, AB, wideo: TVN24/x-news, 04.02.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103087,17357338,video.html?embed=0&autoplay=1
– Wybory prezydenckie odbędą się 10 maja – ogłosił na konferencji prasowej marszałek Sejmu Radosław Sikorski. Ewentualna druga tura głosowania odbędzie się dwa tygodnie później, czyli 24 maja.
To oznacza, że wybory prezydenckie odbędą się tydzień po święcie 3 maja. Komentatorzy zwracali uwagę, że co prawda możliwe są trzy różne daty wyborów, ale istnieją terminy pod wieloma względami lepsze dla urzędującego prezydenta, np. 10 maja. Dlaczego? Tydzień wcześniej Bronisław Komorowski będzie się udzielał w mediach podczas świąt narodowych – 1 maja w Święto Pracy, 2 maja – w Dzień Flagi i 3 maja – w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja.

Dodatkowo, dwa dni przed tym terminem wyborów – 8 maja – na Westerplatte odbędzie się konferencja historyków i polityków na temat Europy po II wojnie światowej. Gospodarzem, oczywiście, będzie Bronisław Komorowski. Mówiło się też o dacie 17 maja – ale byłaby to ostatnia możliwa data przeprowadzenia wyborów (wg terminów konstytucyjnych).

Kto kandyduje?

Wciąż brakuje oficjalnej deklaracji o starcie urzędującego prezydenta. Co prawda Bronisław Komorowski otwarcie już mówi o wystąpieniach programowych czy kontynuowaniu pewnej linii swojej prezydentury, jednak z ogłoszeniem swojej decyzji – oficjalnie – jeszcze się wstrzymuje. Wiadomo, że prezydent ma wystąpić na piątkowej radzie krajowej Platformy Obywatelskiej (która zadeklarowała poparcie dla Komorowskiego).

To tam możemy się spodziewać szczegółów co do jego startu. Na razie, wedle wszystkich przeprowadzonych sondaży, prezydent cieszy się tak dużym poparciem, że dzisiaj wygrałby już w pierwszej turze.

Kandydatem PiS będzie Andrzej Duda

Wiemy na pewno, że kandydatem Prawa i Sprawiedliwości będzie Andrzej Duda. Objeżdża teraz powiaty, a w sobotę ma wystąpić na konwencji prezydenckiej PiS. Będzie to oficjalny start kampanii prezydenckiej dotychczasowego europosła tej partii. Jego poparcie waha się w okolicach 20 proc.

Z kolei Sojusz Lewicy Demokratycznej wystawia Magdalenę Ogórek. Trudno o niej cokolwiek napisać, ponieważ SLD pieczołowicie „ukrywa” swoją kandydatkę – niewiele wiadomo o jej programie. W sondażach nie przebiła jeszcze granicy 10 proc. poparcia.

Z partii parlamentarnych kandydatami są: Janusz Korwin-Mikke (partia KORWiN, do niedawna KNP), Janusz Palikot (Twój Ruch), Adam Jarubas (PSL).

Zobacz także

TOK FM

Bitwa związkowców z policją. Wielowieyska: Sytuacja wymknęła się spod kontroli

Krzysztof Lepczyński, 04.02.2015
Protest górników pod siedzibą JSW

Protest górników pod siedzibą JSW (Fot. ANDRZEJ GRYGIEL/ PAP)

– Trzeba wezwać związkowców do opanowania – mówiła w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska. W Jastrzębiu-Zdroju pikieta pod siedzibą Jastrzębskiej Spółki Węglowej przerodziła się w starcia z policją. – Nie wolno tego tolerować, mam nadzieję, że rząd nie ustąpi związkowcom – podkreślała publicystka.
Wczorajsza pikieta pod siedzibą Jastrzębskiej Spółki Węglowej zamieniła się w regularną bitwę. Górnicy próbowali się wedrzeć do siedziby spółki. Policja użyła broni gładkolufowej, są osoby ranne. – Trzeba wezwać związkowców do opanowania. To oni biorą odpowiedzialność za zamieszki i należy ich z tego rozliczyć – mówiła w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska.„Podgrzewanie atmosfery zawsze się mści”Zdaniem publicystki częściową odpowiedzialność za zajścia w Jastrzębiu-Zdroju ponosi Piotr Duda, szef „Solidarności”. – Duda podczas różnych demonstracji próbował utrzymać spokój, ale teraz sytuacja wymknęła się spod kontroli – mówiła. – Ale kiedy Sejm pracował nad ustawą o restrukturyzacji górnictwa, Duda krzyczał, że związkowcy znają adresy śląskich posłów, co było wręcz groźbą samosądu. Takie podgrzewanie atmosfery zawsze się mści. Nie wolno tego tolerować, mam nadzieję, że rząd nie ustąpi związkowcom – podkreślała prowadząca Poranek Radia TOK FM.

Wielowieyska przypomniała, że JSW, podobnie jak inne spółki węglowe, znajduje się w trudnej sytuacji. Mimo to nie redukuje kosztów, czego przykładem ma być dopłacanie przez firmę do zwolnień lekarskich. Dzięki temu pracownik na urlopie zdrowotnym dostaje 100 proc. pensji. Publicystka zauważyła, że przez to załoga jest „chorowita” i wszyscy chodzą na zwolnienia. Bo to się opłaca. – Sama bym chętnie z czegoś takiego skorzystała – stwierdziła.

„Rząd nie może ustąpić”

– Kiedy jest najwyższy czas, by pójść po rozum do głowy i ustawić te koszty na rozsądnych zasadach, demonstranci chcą się wedrzeć do spółki. Łamanie prawa powinno być napiętnowane i jeśli rząd ustąpi w sprawie JSW, to będzie gigantyczna porażka – skwitowała.

Zobacz także

TOK FM

 

W godzinę śmierci wezwij mnie

Jarosław Mikołajewski, 22.08.2014

FOT. DOMINIK SADOWSKI

Kiedy jestem przy konających, często słyszę: „Mamo” albo „mamusiu”. Ale dlaczego tak wielu ludzi wtrąca nagle: „O, przyszli już do mnie”. „O, już tutaj są”. Kto? Jarosława Mikołajewskiego popołudnie z ks. Janem Kaczkowskim*
Ksiądz, doktor teologii moralnej, specjalista w dziedzinie bioetyki, prezes Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio, współzałożyciel Zespołu Szkół im. Macieja Płażyńskiego w Pucku. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta, watykańskim orderem Curate Infirmos i Orderem za Zacność. Honorowy obywatel Pucka. W roku 2014 wyróżniony nagrodą Ślad im. Biskupa Chrapka.Recepcjonistka prosi, żebym zaczekał. Ksiądz jest u pacjentów. Rozglądam się. Hospicjum nie wygląda na miejsce, do którego się przychodzi, by umrzeć. Pastelowe ściany, w holu wygodne beżowe kanapy i fotele, duże okna, za nimi wypielęgnowany ogród. Zajmuje się nim więzień, który na osiem godzin dziennie jest przywożony z aresztu. Drugi pracuje w kuchni.***Przez szyby, w patio, widzę jednego z pacjentów. Siedzi na wózku inwalidzkim, pali papierosa. – Mogą palić? – pytam księdza, który wynurza się z korytarza.Czemu nie? – odpowiada ze zniecierpliwieniem, na które podczas czterogodzinnego spotkania natnę się kilkakrotnie. – W hospicjum niczego się nie odmawia. Przecież to wolni ludzie. Jak chcą napić się piwa, dlaczego mam im zabraniać? Sam też się czasem napiję. Jeśli palili przez kilkadziesiąt lat, to jeden papieros ich nie pogrąży, a jego brak ich nie ocali. Jak ludzie zakochują się w sobie – a taka historia zdarzyła się u nas – to jak zabronić im miłości? Człowiek, który odchodzi, jest taki sam jak pan czy ja.

Chorzy na raka chcą normalnie żyć: „Zofia kupuje halkę”

***

Mieliśmy zacząć rozmowę, jedząc obiad, ale ksiądz zostaje wezwany na Półwysep Helski. Do chorej objętej opieką domową. Proponuje, żebyśmy pojechali razem, ale przedtem chce oprowadzić mnie po hospicjum.

– Tu jest kaplica – w skromnie urządzonym wnętrzu jedna ze ścian jest wielkim oknem z widokiem na las. – Po drugiej stronie korytarza mamy pokój zwierzeń, w którym prowadzimy poważne rozmowy. Omawiamy tam wyniki i informujemy, że skończyło się leczenie przyczynowe i czas na opiekę paliatywną.

W niewielkim pokoiku są stolik, kanapa i dwa fotele. Stoi tam pianino, na nim trzy świece.

– Zapalamy jedną z nich, gdy ktoś odchodzi.

Na wprost pianina z wygaszonymi akurat świecami siedzą trzy młode, roześmiane kobiety. Mogłyby być przedszkolankami, są współpracownicami księdza. Jedna jest psychologiem, druga asystentką. Trzecia przyjaciółką Jana Kaczkowskiego z Rak’n’Roll, fundacji walczącej o poprawę jakości życia ludzi z nowotworem.

– Fajna lewicówka – komentuje ksiądz, idąc dalej. – Lubię lewicowców. A ci robią w dodatku fajne akcje. Na przykład: „Zbieram na nowe cycki, dragi i nową fryzurę”.

Zaglądamy do pustej izolatki. Dotykam kolorowej pościeli – jest miękka, pachnąca.

Na ścianach hospicjum wisi kilkanaście wielkoformatowych fotografii z Afganistanu i Nowego Jorku zrobionych przez Damiana Kramskiego, wielokrotnego laureata Grand Press Foto, przyjaciela księdza.

W głębi korytarza, na ostatniej ścianie w hospicjum, wisi zdjęcie niekończącego się śladu na wodzie. Nowy Jork niknie. Z lewej strony jest pokój, w którym zwłoki czekają na transport.

– Tym zdjęciem – objaśnia kapłan – chciałem przedłużyć perspektywę, pokazać, że dla chrześcijan istnieje ona poza fizycznością. Poza ciałem.

Jak puckie hospicjum zmieniło życie Patryka: „Gdy trafiłem do hospicjum, nie miałem jeszcze sumienia. Teraz słyszę głos, który mówi: tej nitki nie wolno przekraczać ani na tip-top”

***

Kiedy wsiadamy do samochodu z wielkim napisem „1 procent dla hospicjum”, pytam, czy mogę pomóc i zamknąć drzwi albo zapiąć pasy. Wyobrażam sobie, że ksiądz może potrzebować pomocy: ma widoczny niedowład lewej strony, trudności z chodzeniem i motoryką ręki.

I znów spotyka mnie kontra.- Sam powiem, kiedy będę potrzebował. Staram się być samodzielny.Jestem spokojny o jazdę, choć szef hospicjum wyraźnie lubi jeździć środkiem szosy. Chyba dlatego, że to pozwala mu trzymać się białej linii. Ma wadę wzroku i prowadzi głównie jedną ręką – prawą. Ma specjalną kierownicę z uchwytem jak na kole okrętowego steru.Kiedy dzwoni telefon, zjeżdża na pobocze.- To do zobaczenia… – żegna się z rozmówcą. – Oczywiście jeśli dożyję.Tymi samymi słowami pożegnał się ze mną przed kilkoma dniami, kiedy umawialiśmy się na spotkanie.

Ks. Kaczkowski: Najważniejsze to nie dać się wcisnąć w formę

***

Pytam, czy założył hospicjum pod wpływem własnej choroby. – Nie, te rzeczy nie mają ze sobą nic wspólnego. Hospicjum zaczęliśmy zakładać dziesięć lat temu. Glejaka wielopostaciowego, Glioblastoma multiforme, lekarze zdiagnozowali wiosną 2012 roku.

Ksiądz ma kłopoty z artykulacją łacińskiej nazwy. Jak jest zmęczony, nie zawsze czysto wymawia trudne zbitki zgłosek. Zdarza mu się, że robi przerwy w wypowiedziach, jak gdyby na chwilę gubił myśli. Lecz mówi precyzyjnie, językiem soczystym i bogatym, zarówno wtedy, gdy rozprawia o sprzęcie medycznym, jak i krajobrazie, krwistym befsztyku czy Bogu.

– W seminarium do końca nie wiedziałem – opowiada – czy dotrwam do święceń. Nie dlatego, że się wahałem. Nigdy niczego nie byłem tak pewny jak tego, że chcę zostać księdzem. Od zawsze miałem lekki, połowiczny niedowład, prawdopodobnie wskutek urazu okołoporodowego. Prawo kanoniczne mówi, że ksiądz powinien być zdrowy, więc co jakiś czas wracała kwestia mojej przydatności.

– Chodziło o niedowład?

– Nie sądzę, wtedy to nie był duży problem. Raczej chodziło o ryzyko ośmieszenia – mam od urodzenia słaby wzrok, byłem wcześniakiem. Tak czy inaczej, nie bardzo wiedziano, co ze mną zrobić. Zazwyczaj zaraz po święceniach księża idą uczyć w szkole, ale mnie nie posłali do młodzieży. Było to bolesne doświadczenie. Na ostatniej naradzie w seminarium, podczas której miała zapaść decyzja co do moich święceń, ktoś po raz kolejny „martwił się”, czy sobie poradzę. „A pieniądze widzi?” – zapytał jeden z proboszczów z tytułem profesorskim. Kolejny profesor krzyknął: „Widzi! To święcić!” – odpowiedzieli chórem. Decyzja zapadła wśród głośnego śmiechu.

I tak zostałem wyświęcony dla żartu, a proboszcz z Pucka „w nagrodę” został mną obdarowany. Tak trafiłem jako kapelan do domu pomocy społecznej i szpitala. Kościół dość często popełnia ten błąd, że posyła kogoś „gorszego” do pracy, która wymaga wyjątkowych kwalifikacji. Nie przypuszczam, żebym cokolwiek zawalił, ale czy tak jest zawsze?

– I wtedy powstał pomysł hospicjum?

– Nie od razu. Po dwóch latach zaprzyjaźniłem się z lekarką i kilkoma pielęgniarkami. W tym czasie zlikwidowali część oddziału wewnętrznego, na którym leżały osoby w stanie terminalnym. Żeby nie zostawić tych ludzi bez opieki, założyliśmy hospicjum domowe. Zaczęło się od małego biura na plebanii.

– Skąd wzięliście pieniądze na budowę?

– Głównie starą, wypróbowaną metodą sakralnego żebractwa. I od czterech lat mamy hospicjum stacjonarne.

Leczenie paliatywne w Polsce: Za stary na leczenie. Nawet lekarze się boją

***Po godzinie podjeżdżamy pod ładną willę na Półwyspie Helskim.Wychodzi nam na spotkanie syn chorej. Przeprasza. Mówi, że podał zastrzyk mamie, która za chwilę zaśnie. Tłumaczę, że jestem dziennikarzem. Nikomu to nie przeszkadza. Udaje się wejść do jej pokoju jeszcze przed zaśnięciem. Przy drzwiach stoi wieszak z peruką.Chora skończyła właśnie sześćdziesiąt lat. Ma na twarzy ten sam cień śmiertelnego wychudzenia, jaki rok temu dostrzegłem na twarzy umierającego kuzyna. Ale fizycznie wydaje się silna. Pomimo że pozostały jej dwa-cztery tygodnie i właśnie dostała zastrzyk, jest w pełni świadoma. Leży pod oknem, przez które sączy się przedwieczorne słońce i jasna, wesoła zieleń jabłoni.Podaje nam rękę na powitanie, chwali łóżko, które jej wypożyczyło hospicjum: – Można wygodnie regulować oparcie i nie robią się odleżyny. Zapewnia, że mogę zostać, że „niczego się nie wstydzimy”. Mówi, że ma niezły apetyt. „Tylko zaraz potem wymiotuje kałem”.Kiedy ksiądz dotyka bursy z Najświętszym Sakramentem, którą nosi na piersi, wychodzę. Idę na drogę przed domem, do lasu. Odtwarzam w pamięci słowa, którymi ksiądz mówił o swoim hospicjum:

„Proszę zwrócić uwagę, jak tutaj jest cicho. Zależy mi na tej ciszy. Nie cierpię hałasu, pokrzykiwania. Nie znoszę wywoływania nazwisk pacjentów, niedyskretnego ogłaszania wyników. My staramy się robić to w intymności. Nie cierpię mówienia do pacjenta na ty. To są wciąż adwokaci, sprzątaczki, żołnierze. Ma być na pan, z najwyższym szacunkiem. A gdybym usłyszał, że któryś z pracowników hospicjum mówi do pacjenta: >>Niech wstanie<<, czy nie daj Boże: >>Babciu<<, natychmiast bym się z nim rozstał”.

Jak ks. Kaczkowski szkoli przyszłych lekarzy: Bioetyka i windsurfing

***

Słyszę głosy przed domem, wracam. Ksiądz rozmawia z mężem, córką i synem umierającej w obecności kilkorga krewnych. Mówi, że „tak nie można”. Ze słów domyślam się, że problemem jest niezgoda rodziny na odejście pani Haliny. Gdy chora mówi: „Kiedy umrę…”, i próbuje coś ważnego przekazać, to oni zaprzeczają: „Nie umrzesz”. Protestują, zamiast słuchać, co ma do powiedzenia.

Nagle ksiądz staje się stanowczy, nakazuje najbliższym wejść z nim do środka, do chorej.

Wychodzą po pół godziny, zapłakani. Płacze też ksiądz. – Trudno – mówi kapłan do syna i męża umierającej. – Nic na to nie poradzimy. Wiem, że to cholernie trudne, ale trzeba temu godnie stawić czoła. Tak, żeby i jej było lżej, i wam.

Dalsze pożegnanie jest krótkie i prawie bez słów: skinienie ręką i już.

-Kaszubi nie są wylewni – mówi ksiądz Jan. Znowu odmawia pomocy. Wrzuca prawą ręką bieg wsteczny, zręcznie omija zaparkowany z tyłu samochód, przejeżdża przez bramę. Po chwili suniemy z powrotem na Puck. Środkiem drogi lub prawie.

Ks. Kaczkowski o tym, czego się boimy

***

– Kiedy ksiądz się dowiedział o swojej chorobie? – pytam, ale nie chce mówić o sobie.

– Oni muszą pozwolić jej umrzeć – wraca do sceny, która rozegrała się dla mnie za zamkniętymi drzwiami. – Tak dzieje się bardzo często. Konający nie może umrzeć, bo bliscy mu nie pozwalają. Boją się, że jak pozwolą, będą mieli go na sumieniu. I cierpią wszyscy. Na tych kilka chwil staję się więc jednym z nich. W przypadku pani Haliny pokropiłem ją wodą święconą i poprosiłem, aby przy rodzinie wyrzekła się wszelkich uzdrawiaczy i bioenergoterapeutów, którzy są do niej sprowadzani. Na szczęście w jej przypadku nie zrezygnowano z klasycznego leczenia.

– Co ksiądz jeszcze robił?

– Udzieliłem komunii w formie wiatyku. Spytałem: „Czy pani ich kocha?”. „Tak”. „A wy kochacie Halinę?”. „Tak”. Wtedy powiedziałem w imieniu wszystkich: „Chcemy powiedzieć, że jeśli miałaby się pani męczyć z naszego powodu, to z naszej strony jest pani wolna. Może pani odpłynąć na tamtą stronę. Poradzimy sobie, jesteśmy gotowi”. Wtedy wszyscy wybuchnęli płaczem. Więc zażartowałem, że na tyle łez przydałby się ktoś z mopem. Ale żart nie może ująć tej chwili powagi, więc zaraz w imieniu obecnych poprosiłem o przebaczenie, za wszystko. Na co i ona poprosiła o przebaczenie. Mąż powiedział: „Wiem, że nie zawsze wszystko układało się idealnie, ale strasznie cię kocham”. Podali sobie ręce i wtedy ona poprosiła, żeby mąż i syn zawsze byli w zgodzie. I nagle wyręcza mnie, kapłana, prosząc, żeby przystępowali w jej intencji do komunii świętej. „Trzymajcie z Bogiem”, mówi. I napomina po kaszubsku dzieci i wnuki, żeby się kochali i żyli ze sobą, ale nie jako „zlazly”, czyli w związkach partnerskich, nieformalnych, tylko jako „żenialy” – w małżeństwie. I wtedy ja poprosiłem umierającą o modlitwę. Zrobiłem to szczerze, bo przecież sam mam kłopoty. Nie prosiłem o zdrowie, ale o inne rzeczy – bardzo intymne. W takim misterium uczestniczyłem chyba tysiąc razy. Warto żyć i prowadzić hospicjum dla takiej chwili. Dla zbawienia.

Rozmowa z Joanną Sałygą: ”Ludzie nie umierają, dopóki żyją w czyjejś pamięci i sercu”

Dopiero po piętnastu minutach ksiądz przyspiesza. Samochód znów jedzie lekko, a on w końcu odpowiada na moje pytanie:

– To było dwa lata temu. Nie od razu zauważyłem, że jest ze mną źle. Przez ten niedowład często miewałem gorsze samopoczucie. Aż któregoś razu zatrzymuje mnie policja, bo podobno jechałem wężykiem. Każą mi chuchnąć i puszczają. Badania zrobiłem dokładnie w Dzień Dziecka 2012 roku i od razu wiedziałem, że jest źle. Jeszcze przed odczytaniem wyników. Bo nagle wszyscy zaczęli zachowywać się dziwnie. Pielęgniarka, która zapowiedziała, że wyniki będą za dziesięć dni, powiedziała, że wyda mi je od razu. A kiedy je wręczyła, zaczęła mówić do mnie jak do dziecka: „Tu jest kopertka. Badanka… Wyniczki…”. Nauczyłem się wtedy, że zdrobnienia są niebezpieczne. Poza tym technik, który robił mi rezonans magnetyczny, przed badaniem obsztorcował mnie, że nie wyjąłem karty kredytowej, a kiedy wyszedłem z rury, nagle się zmienił. Dopytywał, czy może pomóc, podać rękę, zawiązać buty… Wyniki dostałem w korytarzu, przy kilkunastu obcych osobach. Bez żadnego komentarza ani wskazówki. Od razu wiedziałem, co się w nich kryje. Na szczęście trafiło na silnego, ale jak długo można być silnym? Pojechałem do księdza, który jest moim przyjacielem, i się popłakałem. A potem były dwie operacje, pierwsza nie bardzo udana. Ale nie chcę o tym mówić. To nie jest ważne.- A co jest ważne?- Zbawienie. Własne i innych.***To dobry moment, żeby powiedzieć o najważniejszej rzeczy, po którą przyjechałem do niego.- Odprowadził ksiądz około tysiąca osób.

– Może trzy tysiące, może więcej.

– Czy miewał ksiądz wrażenie, że w chwili śmierci dochodzi do jakiejś kontrabandy? Że otwiera się szczelina, przez którą nasz świat wysypuje się na tamtą stronę, a tamten wdziera się do nas?

– Nie tylko miewam, lecz mam. Zawsze. I nie wrażenie, jestem niemal pewien.

– Wiosną zeszłego roku umierał mój kuzyn – wspomina. – Ktoś z obecnych powiedział, że kiedy przyjął komunię, utkwił wzrok w jakimś punkcie nad sobą i przez kilka minut, żyjąc, był już gdzie indziej, pogodny.

– I co pan na to? – pyta ksiądz.

– Nie wiem, ale to robi wrażenie.

Przez chwilę milczymy.

– Ja też jestem sceptyczny – mówi w końcu. – Ale ks. Halik nauczył mnie, że prawdziwy sceptyk jest sceptyczny również wobec własnego sceptycyzmu. Dlaczego nie miałbym wziąć pod uwagę tego, że za każdym razem, kiedy jestem przy konających, wśród tych wszystkich rzeczy, które oni mówią, nagle słyszę: „Mamo” albo „mamusiu”. No dobrze – mówi – to moje sceptyczne ja . Przecież w chwili zagrożenia i lęku wszyscy wzywają matkę. To odruchowe. To słowo jest instynktownym i najcieplejszym schronieniem. Ale dlaczego tak wielu ludzi wtrąca nagle: „O, przyszli już do mnie”. „O, już tutaj są”. Kto?… Pytam wtedy sceptycznie, czy nie dzieje się tak może tylko w mojej kulturze, polskiej czy europejskiej, ale nie. Tak mają wszyscy, bez względu na kontynent, religię i światopogląd. Każdy, kto nie utracił mowy, mówi, że przychodzą do niego „oni”. „Oni” – kto? Mama? Rodzina? A może warto przypomnieć sobie o pięknym dogmacie, który mówi, że Bóg, stwarzając człowieka, stwarza mu też opiekuna. Anioła Stróża.

***

Dojeżdżamy na miejsce, ale nie wysiadamy. Minął czas, który ksiądz przeznaczył na spotkanie ze mną. Czekają na niego goście. Jeżeli wysiądziemy, już nie porozmawiamy.

Patrzę na hospicjum, które wcale nie wygląda na to, czym jest. Przypomina ekskluzywne przedszkole. Łapię ostatnie minuty, które na szczęście wydłużają się prawie do godziny. Pytam o Kościół: dlaczego tak słabo korzysta ze swoich kompetencji, tak mało mówi o zbawieniu, tak mało objaśnia sens śmierci, a tak bardzo angażuje się w kwestie marginalne. Goście dzwonią, ksiądz prosi, żeby czekali.

– Panie Jarosławie – irytuje się. – Ja jestem prostym księdzem i osobiście zajmuję się tym, co pan widzi. Proszę spytać o to jakiegoś biskupa.

– Ale przyznaje ksiądz, że tak jest?

– Tak, przyznaję. I coraz bardziej fascynuje mnie św. Jan XXIII, który głosił zasadę: w sprawach zasadniczych jedność, w drugorzędnych – wolność, a nad wszystkim miłosierdzie.

– Ale…- Proszę wybaczyć, ale nie będę krytykował Kościoła – mówi ze śmiechem – nawet w „Gazecie Wyborczej”. Niech panu wystarczy, że przyznaję panu rację w kwestii, o którą pan pyta.- Czy pacjenci to wyłącznie ludzie wierzący?Ksiądz odrzuca kolejny telefon.- A skąd! – zapewnia. – Mieliśmy i mamy świadków Jehowy, odchodził u nas karaim, byli protestanci. A czy zauważył pan, jak lekceważy się w Polsce świadków Jehowy? Na uroczystość otwarcia hospicjum zaprosiłem ich zwierzchnika. Był bardzo wzruszony. Powiedział, że zdarza mu się to po raz pierwszy.- A niewierzący?

– Są, to oczywiste.

– Czy również ich odchodzenie ma wymiar mistyczny?

– Coś panu opowiem – mówi ksiądz i odrzuca kolejne połączenie. – Mieliśmy pacjenta. Powiedzmy, że był funkcjonariuszem SB. Twardy gość, po pięćdziesiątce. Polubiliśmy się, często przychodziłem do niego na herbatę. Rozmawialiśmy również o śmierci, z zachowaniem najdalej idącej delikatności. Nie starałem się go nawracać. Podsuwałem mu myśli.

– Jak można nie nawracać, rozmawiając o śmierci?

– Nie mówiąc o Bogu, tylko o miłości. Bo każdy był kiedyś kochany albo sam kochał. W najgorszym wypadku tylko pragnął miłości. Mówię więc do niego: „Kocha pan najbliższych? I jak pan myśli, co się z tą miłością stanie po śmierci?”. Ja również jestem w stanie przyjąć, że ludzkie życie to tylko najwyższa forma białka, ale co zrobić z miłością? Godzi się pan na to, że nasza miłość to była tylko zbitka neuronów? Że nasze kochanie, nasze przyjaźnie, przywiązanie, tożsamość razem z nami zostają zamknięte w trumnie, i już?

– To jednak było nawracanie.

– Nieprawda. To była rozmowa, w której na jednej szali z jego ateizmem kładłem własny sceptycyzm.

– Przekonał go ksiądz?

– Wtedy nie. Ale kiedy był już blisko śmierci, zapytałem: „Czy zrobi mi pan zaszczyt i pozwoli mi być na pańskim pogrzebie?”. Pomyślał chwilę i powiedział, żebym dał mu dwa dni na odpowiedź. Po dwóch dniach powiedział, że pozwala. Rzadko powołuję się na Ducha Świętego, ale tym razem myślę, że było to Jego tchnienie. Bo spytałem: „Ale mam iść przed trumną czy za?”. I znowu poprosił o dwa dni do namysłu.

– Pytanie było o to, czy pogrzeb ma być katolicki?

– Tak. Ale na tym się nie skończyło. Przez te dwa dni zaglądałem do niego, podawałem rękę, żartowałem, pytałem, jak się czuje. Aż poprosił, żebyśmy usiedli na osobności, i powiedział: „Chcę, żeby ksiądz udzielił mi katolickiego pogrzebu”.

– Wygrał ksiądz.

– Nie chodzi o to, kto wygrał, a kto przegrał. Nie chciałem go przeciągnąć na siłę, z uczciwości wobec siebie powiedziałem tak twardo, jak czułem: „Wie pan, zgodzę się, ale w sumieniu nie chcę i nie mogę uczestniczyć w cepelii. Tak poważnie, to powinien pan pojednać się z Bogiem”.

– Poprosił o dwa dni?

– Zgadł pan. Powiedział, że się wyspowiada. Muszę przyznać, że drugiej tak rzetelnie przygotowanej spowiedzi, tak świadomie przyjętego namaszczenia i komunii świętej chyba nie pamiętam. Najciekawsze jest to, że poprosił, żebym nikomu w hospicjum o tym nie mówił.- Dlaczego?- Chciał dopłynąć bez ostentacji. Nie krytykuję, broń Boże, nikogo z tych, którzy publicznie ogłaszają swoje nawrócenie. Modliłem się o to dla generała Jaruzelskiego, modlę się dla Jerzego Urbana. Ale w tej prośbie oficera, żeby jego pojednanie pozostało sekretem, moim i Boga, była niezwykła godność.- Jak umarł?- Pogodnie. Tak mi powiedziano. Niestety, nie było mnie przy tym, musiałem wyjechać.Katarzyna Jabłońska i ks. Kaczkowski o książce „Szału nie ma, jest rak”

***

– Czy boi się ksiądz śmierci?

Po raz kolejny odrzuca rozmowę. Dopiero wtedy, siedząc na fotelu obok w zamkniętym samochodzie, nie widzę w nim przede wszystkim chorego kapłana. Widzę bardzo ładnego, śniadego mężczyznę o miłym głosie.

– Ja wiem, że ona przyjdzie. Przy glejaku rokowania są bardzo jasne. W Polsce mediana to 12 miesięcy, niekiedy 15…

– Ksiądz żyje już dwa razy tyle.

– Sporadycznie zdarza się nawet pięć lat. Jestem świadomy, że każdy kolejny dzień to dar. Kiedy przyjdzie mi czasem do głowy wątpliwość, czy aby na pewno, włączam Google’a i przypominam sobie, co mówi ten bezstronny diagnosta. Ale sedno pańskiego pytania rozumiem inaczej.

– Jak?

– Chwileczkę, mam problem z mówieniem o sobie i mojej duchowości, ale zapewniam pana, że takową posiadam.

– O czym tak trudno jest mówić?

– O wszystkim, co najważniejsze, a tak bardzo intymne.

***

– Widzi pan… Wiele osób myśli: „Księdzu pewnie łatwo umierać, bo wierzy w Boga, nikogo nie osieroci”. A ja panu powiem, że mnie, współczesnemu facetowi, trudno jest mówić, jak bardzo kocham kapłaństwo. Jest najważniejszą rzeczą, jaka przytrafiła mi się w życiu. Trudno mi mówić o pięknie Eucharystii. O celibacie, bez którego nie wyobrażam sobie mojego kapłaństwa. Nikt mnie do tego nie zmuszał. Dla najbliższych była to ogromna porażka: że nie będę miał żony i dzieci. A ja, mężczyzna, który lubił się czuć w pełni sił, również w pełni męskości, powiem, że gdyby Kościół dopuszczał tu wolność wyboru, dobrowolnie bym wybrał celibat. O czym jest jeszcze trudno mówić? O tym, że najbardziej wolny w Kościele czuję się właśnie w chorobie. Bo wyrwała mnie z różnych lęków i zapętleń. Trosk w rodzaju: „Czy mnie nie przeniosą?”. Bo przecież wszędzie czekają dusze nieśmiertelne. Powiem więcej, w chorobie czuję się najbardziej wolny w relacjach z samym Bogiem. Bo On jest coraz bliżej i nie chodzi mi o prostą wdzięczność, że daje mi codzienne radości. Owszem, doceniam je. Lubię jeść krwisty befsztyk i popijać go winem. Lecz jeszcze bardziej jestem wdzięczny za to, że mogę mówić słowa ukochanej modlitwy:

Duszo Chrystusowa, uświęć mnie.
Ciało Chrystusowe, zbaw mnie,
Krwi Chrystusowa, napój mnie.
Wodo z boku Chrystusowego, obmyj mnie.
Męko Chrystusowa, pokrzep mnie.
O dobry Jezu, wysłuchaj mnie.
W ranach swoich ukryj mnie.
Nie dopuść mi oddalić się od Ciebie.
Od złego ducha broń mnie…

I ten najważniejszy dla mnie fragment:

W godzinę śmierci wezwij mnie.
I każ mi przyjść do siebie,
Abym z świętymi Twymi chwalił Cię…
I jeszcze jedną modlitwę, która mnie tyle kosztuje:Przyjmij, Panie, całą moją wolność;
przyjmij pamięć, rozum i całą wolę.
Cokolwiek mam i posiadam,
Tyś mi to dał.
Wszystko to zwracam Tobie
i całkowicie poddaję panowaniu Twojej woli.
Daj mi tylko miłość ku Tobie i Twoją łaskę,
a będę dość bogaty;
niczego więcej nie pragnę.
– Ksiądz płacze?Odpowiedzi nie będzie, zamiast tego słyszę: – Albo się kocha, albo nie!- Nie boi się ksiądz potępienia?

– Kilka razy słyszałem trzask, gdy łamałem swoje sumienie. A przecież najsurowiej zostaną osądzeni ci, którzy mają wybitną świadomość grzechu.

– Jak będzie wyglądał ten sąd?

Na pewno nie będzie prymitywnym trybunałem. Być może to będzie osobowe światło.

– Jako sędzia?

– Jako Boża doskonałość. Ostatecznym sędzią okaże się nasze własne, prześwietlone sumienie.

– Czego się jeszcze ksiądz boi?

– Że moi bliscy nie zasłużą na zbawienie, a ja tak. Ale w tym lęku myślę też od razu, że może przez moją miłość do nich Bóg poda im rękę. Skoro miłość jest tak ważna na ziemi, nie sądzę, żeby okazała się nieistotna w wieczności.

– Nie boi się ksiądz własnej bezradności?

– Nie, bo wiem, ile czerpię z bezradności innych. I ufam, że moja bezradność i bezbronność może także innych otworzyć na dobro.

Adres internetowy hospicjum: www.hospitium.org
Konto: Bank Spółdzielczy w Pucku 38 8348 0003 0000 0017 2404 0001

* Jan Kaczkowski
Ksiądz, doktor teologii moralnej, specjalista w dziedzinie bioetyki, prezes Puckiego Hospicjum pw. św. Ojca Pio, współzałożyciel Zespołu Szkół im. Macieja Płażyńskiego w Pucku. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta, watykańskim orderem Curate Infirmos i Orderem za Zacność. Honorowy obywatel Pucka. W roku 2014 wyróżniony nagrodą Ślad im. Biskupa Chrapka.

A poza tym w ”Magazynie Świątecznym”:

Prawica wojuje na słoniach
Dlaczego obrońcy życia są za karą śmierci, a dzieci hipisów idą do korporacji. Z George’em Lakoffem, językoznawcą i politologiem, rozmawia Katarzyna Wężyk
Szychta pod bombami
Ciemno, nie działa wentylacja, stanęły pompy, zdechła winda. Jeśli artyleria trafi w kopalnię, wszyscy zginą jak na łodzi podwodnej
Zapomniał, że istnieje słowo „porażka”
Rozprawił się z polskimi kompleksami, bałaganiarstwem, minimalizmem. I wyniósł Polskę na światowy szczyt. Hubert Wagner
Pilch: Pisarz poluje do krwi ostatniej
Polska? Po jednej stronie gigantyczna rzesza ludzi rozsądnych, którzy grzeszą nieaktywnością, a po drugiej garstka pobudzonych, która z pomocą mediów ogrywa grupkę inteligenckiej awangardy. Rozmowa z Jerzym Pilchem
Zaraz rozwalę ci łeb
Gdzie indziej zatrzymują za jazdę po pijanemu, a u nas za „jazdę na czarno”. Mariusz Zawadzki z Ferguson
Najgorszy, gorszy, himalaista
Jeżeli zakłada się, że pożytecznym członkiem społeczeństwa jest tylko ten, który fedruje w ścianie, to alpinista jest pasożytem. Jak ktoś pana pyta za granicą: Polska? Odpowiada pan: Boniek. A co on takiego wniósł do społeczeństwa?
Przeciw spontaniczności
Jeśli będziesz żył chwilą, nie będziesz w stanie ani spełniać obietnic, ani planować pomocy sobie lub innym. Będą za to tobą manipulować

Wyborcza.pl

Kwaśniewski: Nie chowajmy jeszcze Millera

Renata Grochal, 03.02.2015
Aleksander Kwaśniewski

Aleksander Kwaśniewski ($Fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta)

Lewica ma dziś dwóch ludzi, którzy kiedyś mogą stanąć na jej czele: Roberta Biedronia, prezydenta Słupska, i Krzysztofa Matyjaszczyka, prezydenta Częstochowy
RENATA GROCHAL: Zagłosuje pan na Magdalenę Ogórek?ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Jestem człowiekiem lewicy i nie chcę jej szkodzić. Ale nie uczestniczyłem w podejmowaniu tej decyzji. Źle się stało, że nie był to temat prawdziwych partyjnych konsultacji. Jeśli poważna partia nie dyskutuje na temat kandydata w wyborach prezydenckich, to o czym oni debatują? Za chwilę okaże się, że członkowie partii nie mają nic do powiedzenia, bo wszystko załatwiają wynajęci PR-owcy przy uchu lidera. To zła wróżba dla demokracji.Nie odpowiedział pan na pytanie. Zna pan Ogórek, była stażystką w pana kancelarii.– W odróżnieniu od innych prezydentów nie miałem do czynienia ze stażystkami. Poznałem panią Magdę w grupie refleksyjno-dyskusyjnej, którą prowadziliśmy u mnie w fundacji, i bardzo doceniam jej inteligencję, znajomość tematów, którymi się zajmuje od lat, z których napisała doktorat. Na pewno jest osobą wartościową, ale i niedoświadczoną w polityce.Zbyt młoda i niedoświadczona, by walczyć o prezydenturę?– Powinna mieć czas na rozwój. Gdy startowałem w wyborach prezydenckich, miałem 41 lat. Ale miałem za sobą kierowanie gazetami ogólnopolskimi, obecność w dwóch rządach, przy Okrągłym Stole, stworzenie partii politycznej. Wiek to jest kwestia trochę przypadkowa, jednym coś się zdarza wcześniej, innym później. Natomiast doświadczenie i zdobywanie doświadczeń jest ogromnie istotne. Nie tylko w kandydowaniu, ale w ogóle w uczestnictwie w polityce.A jak się panu podoba program Ogórek, która chce zmieniać całe prawo i budować gwardię narodową z myśliwych?

– Domyślam się, że również ta propozycja była niespodzianką dla pani Magdy.

Ktoś jej napisał program?

– Tak sądzę. Powiem szczerze, byłbym zdziwiony, ale z drugiej strony nawet pozytywnie zaskoczony, gdyby pierwsza deklaracja kandydatki była taka, że od dawna marzyła o starcie w wyborach prezydenckich, że to jest jej cel i nawet jeśli nie osiągnie tego dziś, to osiągnie to jutro. Ale to nie jest jej przypadek.

Słaby wynik Ogórek to koniec Millera?

– Trudno prorokować wynik znakomity, będzie pewnie średni. Natomiast wybory parlamentarne są tuż–tuż i wiele będzie zależało od tego, czy SLD wykaże sprawność organizacyjną, a także, czy wykorzysta tę kampanię do budowania nowego programu, który mógłby przysporzyć mu wyborców.

Dziś nie ma żadnych powodów, by wieszczyć koniec Millera. Leszek Miller z powodu swojej wiedzy politycznej, doświadczenia, ale także talentu przerasta wszystkich swoich wewnątrzpartyjnych konkurentów.

Skoro jest tak świetny, to dlaczego nie startuje na prezydenta?

– Wie, czego mógłby się spodziewać, i to nie zachęca do startu.

Grzegorz Napieralski mówi, że trzeba zwinąć sztandar SLD i założyć nową partię.

– To jest bardzo dramatyczna ocena. Tym bardziej dla mnie dziwna, że mówi to człowiek, który od wielu lat mocno krytykował tego typu pomysły. Był przeciwny koalicji Lewica i Demokraci (LiD), a moim zdaniem to była najbardziej stracona okazja, jaką lewica w Polsce miała. LiD został rozbrojony głównie ze względu na postawę Napieralskiego.

Nie jestem w stanie pojąć tego, dlaczego SLD nie poszedł razem do wyborów europejskich w ramach Europy Plus. Wynik byłby dużo lepszy, SLD utrzymałby wszystkich swoich europosłów, nie wiem, czy ktoś by się dostał z grupy Palikota, może Biedroń, bo wtedy pewnie by kandydował, ale wynik mielibyśmy lepszy. Jednak znowu schowano się w swoich okopach, zaczęto ostrzeliwać najbliższego potencjalnego sojusznika, a rezultat jest, jaki jest. Polskiej lewicy lepiej służy otwarcie niż zamknięcie, budowanie koalicji niż zamykanie się we własnym środowisku. Nie widzę dziś powodu, by zwijać sztandar SLD i robić nową partię. Sojusz powinien być partnerem – i to nie dominującym – w szerszej koalicji.

To gdzie pan widzi nadzieję na nową lewicę – w ruchach miejskich, w Zielonych?

– Są takie środowiska i one mogą bardzo przyspieszyć. Na razie Polska jest krajem, któremu nieźle się wiedzie. U nas nie ma nastroju wielkiego buntu czy protestu, który obserwujemy w Grecji, Hiszpanii, Portugalii. Ale przecież to nie jest sytuacja na zawsze, kiedyś skończą się pieniądze z UE. Może być nie tak dobrze, jak było, mogą narastać problemy. Obawiam się, że jakość rządzenia, choćby w PO, raczej słabnie, niż wzrasta.

Po prawej stronie widać już człowieka i instytucję, która może gromadzić niezadowolonych. I to bynajmniej nie jest PiS, lecz „Solidarność” i przewodniczący Piotr Duda. Po lewej stronie nie ma takiej instytucji, ale ona się urodzi – z ruchów obywatelskich, miejskich, z samorządu lokalnego. Lewica dzisiaj ma dwóch bardzo interesujących ludzi w samorządach, którzy w przyszłości mogą stanąć na jej czele. Jeden to jest Robert Biedroń, prezydent Słupska, a drugi to Krzysztof Matyjaszczyk – 40-letni lewicowiec, po raz drugi wybrany na prezydenta w świętym mieście Częstochowa. W Wadowicach też się pojawił ciekawy prezydent.Pytanie, na ile oni sobie dadzą radę w samorządzie, bo to będzie główne kryterium ich oceny, a po drugie, na ile jest w nich talentu, by dogadać się z innymi.W Grecji wygrała lewicowa SYRIZA, za chwilę Podemos wygra w Hiszpanii, a w Polsce lewica jest tak słaba, że następny parlament może być najbardziej konserwatywny od 1989 r.– Może tak być. W Grecji był straszliwy kryzys, a jednocześnie partia, która mówiła w imieniu skrzywdzonych, znalazła liderów, ludzi przekonujących. 40-letni premier Aleksis Tsipras jest królem mediów. Mówi jasno, czytelnie, podoba się dziennikarzom – także prawicowym. Na tle zmęczonej programami oszczędnościowymi prawicy wygląda rzeczywiście jak nadzieja. Czy on te nadzieje spełni, zobaczymy. Jestem przekonany, że jest na tyle inteligentny, że znajdzie modus vivendi z UE – nie wystąpi ze strefy euro, ale będzie negocjował redukcję zadłużenia. Wizja Grecji, która zostaje sama, z drachmą i de facto trzema znanymi na świecie towarami, czyli turystyką, serem feta i oliwą, to nie jest wielki potencjał, z którego można odbudować pozycję tego kraju.Przypadek Hiszpanii jest nam bliższy. Nie wykluczam takiego rozwiązania w jakiejś perspektywie i u nas. Hiszpania, która pod koniec lat 70. weszła na drogę transformacji, de facto przez ostatnie 30 lat była rządzona przez dwie partie – socjalistów i konserwatystów. Póki były pieniądze z UE i rozwój, to działało. Kiedy się skończyły, okazało się, że wiele spraw jest źle zrobionych, a między tymi dwiema partiami stworzył się taki układ korupcji i wzajemnych zależności, że nie można tego rozerwać. 40 proc. młodych, świetnie wykształconych ludzi nie ma pracy, dlatego Podemos, który jest bardziej głosem niezadowolonych niż programem na przyszłość Hiszpanii, ma szansę wygrać wybory. Pytanie jest takie: jeśli oni wygrają wybory, to jak sobie z tym wszystkim dadzą radę?To już koniec Palikota?– Odbudowanie Twojego Ruchu będzie trudne. On powstawał, mając nie za dużo filarów, a jeszcze dodatkowo te filary zostały rozsprzedane. Nie wiadomo, czy Palikot jest gospodarczym liberałem czy chce, żeby państwo budowało fabryki. Antyklerykalizm, z którym zaczynano, rozmontował papież Franciszek. Nagle się okazało, że to nie Palikot mówi, że trzeba walczyć z pedofilami, i robi to, że trzeba uporządkować finansowo Kościół, i robi to, że trzeba być skromnym, i robi to. A jeszcze na koniec, konfundując wielu, mówi, że ludzie to nie króliki i powinni rozmnażać się z jakąś świadomością i odpowiedzialnością. Co tu jeszcze można powiedzieć poza tym, żeby zaproponować Franciszkowi kierowanie Twoim Ruchem?

Palikot jest dziś sam, a nie da się samemu robić polityki.

– To wynika z jego charakteru. Palikot jest człowiekiem, który się z ludźmi nie rozstaje, on się z nimi rozwodzi, czyli wszystko jest bardzo dramatyczne, ze wszystkimi tego konsekwencjami. To jest bardzo zła cecha polityków. Rozsądny polityk, nawet jak się rozstaje, powinien pozostawiać furtki, niespalone mosty, możliwość dalszego dialogu. Metoda niekończących się rozwodów, którą stosuje Palikot, powoduje, że jest samotny.

Dlaczego partyjni liderzy boją się startować przeciw prezydentowi Komorowskiemu i wystawiają drugi szereg?

– Taki moment historyczny. Jest zdecydowany faworyt wyborów, a liderzy partii nie chcą przegrać. Poza tym kilka miesięcy później są wybory parlamentarne. Trzeba więc umiejętnie rozłożyć siły, energię i pieniądze, pamiętając, że jest rzeczywista synergia między jednymi i drugimi wyborami. Sukces dziś wspiera sukces jutro, a porażka teraz może być zapowiedzią klęski później.

Ale z innej strony – ta sytuacja otwiera drzwi dla nowych, młodych i może przyspieszyć ich kariery oraz pokoleniową zmianę w polskiej polityce.

Czy Andrzej Duda z PiS będzie w stanie zagrozić Komorowskiemu?

– W tych wyborach znalezienie mocnego konkurenta dla Bronisława Komorowskiego nie jest łatwe, bo ma swoją popularność, startuje z pozycji urzędującego prezydenta w kraju, któremu się nieźle wiedzie, czyli nie ma nastroju rewolucyjnego. Obiektywnie trudno będzie Andrzejowi Dudzie poszerzać elektorat, bo wyborcy będą doskonale czuć, że to nie jest lider. Gdyby Duda miał skłonności liderskie i wybił się na tyle na niepodległość, że mógłby poszerzać elektorat, to musiałby temu elektoratowi powiedzieć: teraz to ja prowadzę was do wyborów parlamentarnych. To byłaby zmiana wewnętrznego paradygmatu PiS, a nie sądzę, by ta partia była na to gotowa.

Podoba się panu propozycja prezydenta, by 8 maja zorganizować na Westerplatte uroczystości rocznicowe zakończenia II wojny światowej?

– To zły pomysł. Nie wiem, kto doradził to prezydentowi. Jeżeli to jest związane z kalendarzem wyborczym, to tym bardziej błąd, bo może bardziej zaszkodzić, niż pomóc. W Terezinie w Czechach zorganizowano konkurencyjne obchody wobec Oświęcimia i kiedy mnie o to pytano, powiedziałem coś, co teraz mówię o pomyśle Komorowskiego. Tak jak Okrągły Stół nie może być bardziej od muru berlińskiego uznany za symbol przemian, tak w przypadku Holocaustu ani Terezin, ani inne miejsce na świecie nie może być uznane za symbol ważniejszy od Auschwitz. Tak samo – czy nam się podoba czy nie – defilada zwycięstwa na Westerplatte nie może wygrać z defiladą zwycięstwa w Moskwie.

Tutaj konkurencja nie ma sensu.

Czy prezydent powinien jechać do Moskwy?

– Nie powinien tam jechać i ma znakomity powód, by wyjaśnić swoją nieobecność w Moskwie – za pasem ma wybory. Ale wysoki przedstawiciel państwa polskiego powinien tam być. Tam będzie bardzo wielu wysokich przedstawicieli, bo Zachód słusznie uważa, że trzeba z Rosją mówić twardym językiem, trzeba wprowadzać sankcje, ale w pewnych wrażliwych kwestiach, szczególnie historycznych, związanych z II wojną światową, nie należy ich ustawiać pod ścianą.

Wyborcza.pl
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: