Prezes (02.02.15)

 

Grodzka o okładce: To dla mnie trudna emocjonalnie sytuacja. Zarzuty wyssane z palca, chore fantazje autora

Anna Grodzka jeszcze nie podjęła decyzji, czy pozwać tygodnik braci Karnowskich.
Anna Grodzka jeszcze nie podjęła decyzji, czy pozwać tygodnik braci Karnowskich. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Anna Grodzka została zaatakowana przez tygodnik braci Karnowskich. – Człowiek nie wie nawet jak ma tłumaczyć, że nie jest wielbłądem. To emocjonalnie trudne. Ale ten tekst to absolutne kłamstwa i insynuacje – mówi w „Bez autoryzacji” posłanka Partii Zieloni. Publikację łączy ze swoim potencjalnym startem w wyborach prezydenckich.

Pozwie pani tygodnik Karnowskich, autora artykułu, okładki, naczelnego?

Anna Grodzka: Nie wiem, nie podjęłam jeszcze decyzji w tej sprawie.

Łączy pani tę publikację z informacjami o pani możliwym starcie w wyborach prezydenckich?

Tak sądzę, tym bardziej, że sam dziennikarz w liście z pytaniami oświadczył, że “w związku z moim wyrażeniem zgody na kandydowanie, on jest upoważniony do zadania mi nastąpujących pytań…”.

Ten atak osłabia pani wolę do kandydowania czy wręcz przeciwnie, wzmacnia ją?

To dla mnie sytuacja trudna emocjonalnie, bo nie wiem pan lub pana czytelnicy byli w sytuacji, gdy ktoś czyni zarzuty absolutnie wyssane z palca. Człowiek nie wie nawet jak ma tłumaczyć, że nie jest wielbłądem. To emocjonalnie trudne. Ale ten tekst to absolutne kłamstwa i insynuacje. Chore fantazje autora. Nie zamierzam się do tego odnosić, nie zamierzam tego komentować, bo za bardzo szanuję swoją godność, by podejmować z tym dialog.

Nie jest za tłoczno na lewicy, jeśli chodzi o przyszłych prezydentów? To rozbija głosy i tak osłabionego środowiska.

Pan Janusz Palikot ogłasza, że nie jest lewicą, więc Twojego Ruchu tutaj nie liczmy, choć jest tam kilka osób o poglądach lewicowych, które szanuję. Jeśli chodzi o SLD, to rozmawiałam z kilkoma osobami, którym opowiadałam o naszych prawyborach, które łączą lewicę społeczną i lewicowe ruchy pozaparlamentarne. Mogli dołączyć, ale wystawili swojego kandydata, co nas tym bardziej sprowokowało i potwierdziło słuszność naszej decyzji o prawyborach.

To oczywiście jakoś dzieli, ale w pewnym sensie łączy. Sądzę, że to zwiększa szanse lewicy. Bo elektorat SLD się kurczy – kiedy sprawowali władzę mieli ok. 40 proc. poparcia, więc do dzisiaj stracili ok. 30 proc. Ci wyborcy gdzieś są, ale albo nie mają na kogo głosować i nie chodzą do wyborów, albo głosują na partie drugiego wyboru: PO czy PiS. Liczę, że ci pierwsi przyjdą, jeśli dostaną taką alternatywę, jak my, a drudzy wybiorą nas zamiast tych partii. Tworzenie takiej alternatywy wzmacnia lewicę, a nie ją osłabia.

W wyborach samorządowych w Warszawie kandydatka Zielonych Joanna Erbel dostała 2,41 proc. głosów. Jaki jest wasz cel w wyborach prezydenckich? One są trudniejsze, chociażby ze względu na ogólnopolski charakter.

Odbudowujemy się, Partia ZIeloni jest partią zrównoważnoego rozwoju, nasze cele wychodzą dalej niż tylko jakość środowiska, jesteśmy lewicą społeczną, dbająca o naszą przyszłość. Wynik pani Erbel był całkiem niezły, a w kolejnych wyborach nasze wyniki będą lepsze. Musimy doprowadzić do tego, by społeczeństwo zauważyło, że po lewej stronie sceny politycznej jest alternatywna partia.

Partia to nie tylko program, ale i struktury, które są potrzebne chociażby do zebrania 100 tys. podpisów. Dzisiaj Zieloni wydają się zbyt małą organizacją, by temu podołać.

Partia Zieloni liczy ok. tysiąca członków, to nie jest mało. W moim przekonaniu to największa struktura po lewej stronie sceny politycznej. Jestem przekonana, że jesteśmy w stanie zebrać wymagane podpisy. Poza tym kandydata wystawi cały komitet inicjatywny, który składa się z kilkunastu organizacji i małych partii. Mam nadzieję, że to grono się jeszcze powiększy, co podnosi nasze szanse na zebranie podpisów i sukces wyborczy.

Z czego wynika opóźnienie w ogłoszeniu listy kandydatów w waszych prawyborach? Słyszałem, że miała być już w weekend, będzie dopiero we środę. Nie możecie się dogadać? Nikt się nie zgłosił poza panią?

Nic nie słyszałam o terminie, który pan przytacza. Trwa dialog między organizacjami, każda z nich musi przyjąć też wewnętrzne procedury. Rozpatrywaliśmy różne propozycje, składaliśmy propozycje różnym osobom. We środę na pewno będzie lista, jeszcze sprawdzamy pewne rzeczy, podejmujemy ostatnie ustalenia, ale wkrótce ogłosimy, kto startuje w prawyborach.

naTemat.pl

Nowacka o ataku na Grodzką: Zaszczuwanie dzielnej kobiety. Ale nie takie pomyje dostała od prawicy

Krzysztof Lepczyński, 02.02.2015
Barbara Nowacka

Barbara Nowacka (Fot. Maciej Świerczyński/ Agencja Gazeta)

– Anna Grodzka nie takie pomyje już dostała od prawicy – mówiła w Poranku Radia TOK FM Barbara Nowacka z Twojego Ruchu o ostatniej publikacji „W Sieci” na temat Grodzkiej. – To tak strasznie smutny poziom dziennikarstwa… – ubolewała.
Tygodnik „W Sieci” prześwietla życie prywatne Anny Grodzkiej, posłanki Zielonych, wcześniej Twojego Ruchu. Według pisma Grodzka nie jest osobą transpłciową i „przebiera się” na potrzeby politycznego spektaklu. Ma o tym świadczyć fakt, że transseksualistka mieszka z heteroseksualną kobietą. „Naszym dziennikarskim obowiązkiem jest postawienie pytań: czy opinia publiczna nie jest od kilku lat wprowadzana w błąd?” – pyta „W Sieci”.

„Tak nisko upaść”

– Anna Grodzka nie takie pomyje już dostała od prawicy – skomentowała ten materiał w Poranku Radia TOK FM Barbara Nowacka z Twojego Ruchu, do niedawna partyjna koleżanka Grodzkiej. – Jedyne, co mnie martwi, to zaszczuwanie odważnej, dzielnej kobiety, która chce się zajmować polityką społeczną – stwierdziła.

Prowadząca audycję Dominika Wielowieyska dopytywała, czy tego rodzaju ataki mogą zaszkodzić Grodzkiej, która myśli o starcie w wyborach prezydenckich. – Nie. Wiele już zniosła. Ale to tak strasznie smutny poziom dziennikarstwa. Widzieli przez okno, że chodzi w spodniach? Pani redaktor… – westchnęła Nowacka. – Ja chodzę w spodniach. Pani też. Czy to sprawia, że nie mamy kwalifikacji od jakichś funkcji? Tak nisko upaść… – ubolewała polityczka nad dziennikarstwem „W Sieci”.

„Niech przeczytają program”

Tygodnik broni się twierdzeniem, że Anna Grodzka na seksualności zbudowała swoją pozycję polityczną, więc wyborcy mają prawo wiedzieć, czy ten fundament nie jest fałszywy. – Niech dziennikarze zapoznają się z programem Zielonych i z wcześniejszym programem Ruchu Palikota, z którego Grodzka została posłanką. I niech przejrzą jej aktywność poselską – mówiła Nowacka. – Ona zajmuje się głównie sprawami społecznymi, polityką socjalną, pomocą najuboższym. Tematyka wolności i równości to margines jej działania – wskazywała.

Zobacz także

TOK FM

„Wielkie śledztwo” tygodnika „wSieci”: Grodzka wychodzi z domu o stałej porze, jeździ na wakacje z kobietą. Dowód? Zdjęcia na Facebooku

Aneta Bańkowska, mil, 02.02.2015
Anna Grodzka | Okładka

Anna Grodzka | Okładka „W Sieci” (Fot. Agencja Gazeta / „W Sieci”)

„Czy Anna Grodzka dalej pozostaje Krzysztofem Bęgowskim?” – pyta „wSieci”, powołując się na dziennikarski obowiązek. I przeprowadza śledztwo. Co udało się ustalić gazecie? M.in. to, o której posłanka opuszcza dom, jakim jeździ autem, z kim mieszka…
Fragmenty artykułu dot. Anny Grodzkiej „wSieci” opublikowało już w weekend. „Naszym dziennikarskim obowiązkiem jest postawienie pytań: czy opinia publiczna nie jest od kilku lat wprowadzana w błąd?” – przekonywał tygodnik i zapowiadał materiał „demaskujący” posłankę.

Wyniki „dziennikarskiego śledztwa” można poznać w dzisiejszym „wSieci”. Musimy przyznać, że takich ustaleń się nie spodziewaliśmy.

Z tekstu dowiadujemy się np. gdzie mieszka Grodzka oraz że jej posiadłość „sprawia wrażenie dobrze chronionej przed postronnymi obserwatorami” (dom ma jedno okno z frontu, pozostałe „są zazwyczaj dokładnie zasłonięte”). Dalej „śledztwo” ujawnia m.in., że: Grodzka wychodzi z domu o godz. 7.20, „otwiera pilotem automatyczną bramę”, „wyjeżdża białym peugeotem”, „ma na sobie kolorowe spodnie”, kilkanaście minut po posłance dom opuszcza Stanisława Fedorowicz-Podobińska; „obie po południu wracają”.

Kolejnego dnia sytuacja się powtarza – „ujawnia” tygodnik. A co więcej – przez następne dni i miesiące rozkład dnia obu pań wygląda tak samo.

Pomijając wątpliwą wartość tych informacji dla opinii publicznej, zastanawiające jest, czy dziennikarz gazety rzeczywiście tak dokładnie i długo obserwował dom Grodzkiej.

„wSieci”: Grodzka i Podobińska „często wspólnie jeżdżą samochodem”

W artykule czytamy także relacje „osób dobrze znających posłankę” oraz jej sąsiadów – anonimowych oczywiście. Co mówią? Np. że Grodzka po powrocie do domu „zdejmuje kobiece ciuchy i przebiera się w męskie ubrania”. Ale to nie największe „rewelacje”, jakie można przeczytać w tekście.

„Fedorowicz-Podobińska jest szefową biura poselskiego Grodzkiej. Mieszkają razem, prowadzą wspólne gospodarstwo domowe. Często wspólnie jeżdżą samochodem, niekiedy także na wakacje (to udało się gazecie „odkryć” dzięki zdjęciom publikowanym na Facebooku). Całość zebranych przez nas informacji i materiałów pozwala postawić tezę, że łączy je nie tylko zależność służbowa” – „wyjawia” czytelnikom prawicowa gazeta.

„wSieci”: Czy nie mamy do czynienia z wielką kreacją?

Cały artykuł zamieszczony w tygodniku sprowadza się do jednego: chce udowodnić, że Anna Grodzka nie jest osobą transpłciową i „przebiera się” na potrzeby politycznego spektaklu. Ma o tym świadczyć fakt, że transseksualistka mieszka z heteroseksualną kobietą. Identyfikacja płciowa (czucie się kobietą lub mężczyzną) nie ma jednak związku z orientacją seksualną, tak jak transseksualizm nie jest „przebieraniem się” za kobietę.

Z definicjami transpłciowości można zapoznać się tu >>>

Po lekturze dziennikarskiego śledztwa Andrzeja Potockiego można też odnieść wrażenie, że Bęgowski stał się Grodzką dla politycznych korzyści. Tygodnik zapomina jednak, że procedura korekty płci nie jest prosta: do złożenia wniosku o uzgodnienie płci niezbędne jest uzyskanie orzeczeń wydanych przez dwóch niezależnych specjalistów, „stwierdzających utrwalone występowanie tożsamości płciowej odmiennej od płci metrykalnej”. Diagnoza u takich specjalistów jest trudna i długa, niejednokrotnie trwa nawet 2 lata. Dopiero po jej postawieniu osoba transseksualna może rozpocząć terapię hormonalną.

Tożsamości płciowej nie warunkuje zabieg korekty narządów płciowych

O korektę płci prawnej (czyli zmianę imienia) można się ubiegać w sądzie dopiero, gdy w ciele osoby transseksualnej w wyniku terapii hormonalnej zajdą „trwałe zmiany”. Operacyjnej korekty płci można też dokonać w Polsce legalnie dopiero po wygranej procesu – zabieg na narządach płciowych wiąże się z pozbawieniem płodności, czego zabrania polskie prawo.

Operacje na narządach płciowych dzielą się na dwa rodzaje: zabieg usunięcia gonad i rekonstrukcję zewnętrznych narządów płciowych. Wbrew obiegowej opinii tego ostatniego etapu – często określanego błędnie właśnie jako „zmiana płci” – nie przechodzą wszystkie osoby transseksualne. Ale to nie od niego zależy tożsamość płciowa transseksualisty.

gazeta.pl

 

Pończochy: Tajna broń kobieca

Beata Maciejewska, 02.02.2015
Przed wojną kobiety nosiły zwykle elastyczny półgorset z żabkami albo podwiązki z elastycznej taśmy, które maskowały zrolowanym brzegiem pończochy. Wyłącznie dekoracyjną funkcję pełniły podwiązki obszyte atłasem i koronkami, noszone na pończosze tuż nad kolanem.

Przed wojną kobiety nosiły zwykle elastyczny półgorset z żabkami albo podwiązki z elastycznej taśmy, które maskowały zrolowanym brzegiem pończochy. Wyłącznie dekoracyjną funkcję pełniły podwiązki obszyte atłasem i koronkami, noszone na pończosze tuż nad kolanem. (Archiwum)

Wprawdzie Napoleon, rozeźlony kolejną woltą Talleyranda nazwał go kiedyś „g… w jedwabnych pończochach”, ale ta część garderoby została w końcu całkowicie zagarnięta przez kobiety. Pończochy zdobiły, wabiły, maskowały mankamenty damskich nóg i rozpalały męską wyobraźnię.
W 1877 r. francuski impresjonista Édouard Manet namalował obraz „Nana”, do którego pozowała mu Henriette Hauser, aktorka i faworyta księcia Wilhelma Orańskiego. Wystąpiła w białej halce i staniku oraz w pończochach haftowanych na podbiciu. Obraz został oskarżony o obrazę moralności (jako wizja sprzedajnej miłości) i zakazano jego pokazywania. Malarz wystawił więc płótno w witrynie galerii przy Boulevard des Capucines, wywołując skandal.Nogi mademoiselle Henriette obciągnięte cieniutkim jedwabiem wyglądają wprawdzie zmysłowo, ale pończochy na rolę erotycznego fetyszu musiały czekać jeszcze długo. W starożytności i wczesnym średniowieczu były tylko praktyczną częścią garderoby, bez względu na płeć. W 1959 r. archeolodzy odkryli w bazylice Saint-Denis koło Paryża grób z VI w., w którym złożono ciało merowińskiej królowej Arnegundy. Miała na nogach wełniane nogawice-pończochy obwiązane skrzyżowanymi rzemieniami spiętymi srebrną spinką. Odnaleziono też pozostałości podwiązki podtrzymującej nogawice na wysokości kolana.Wełniane pończochy Arnegundzie urody nie dodawały, ale w XIII-wiecznej „Powieści o Róży” wystąpiły one już w roli przynęty na mężczyzn. Bohaterka poematu radziła, co ma zrobić kobieta, jeśli Opatrzność nie obdarzyła jej idealnym ciałem: zbyt okrągłe ramiona otula lekką tkaniną, na mało kształtne stopy wzuwa obuwie, a masywnym udom przyda smukłości, jeśli założy cieniutkie pończochy. Niewiasta, unosząc suknię, mogła olśnić przechodniów widokiem powabnej łydki obciągniętej luksusową materią.

Panowanie jedwabiu. W kryzach i koronkach

Prawdziwi mężczyźni pokazują nogi

Mężczyźni pokazywali w średniowieczu znacznie więcej. W XIV-XV w. ich nogawice miały formę oddzielnych pończoch sięgających górnej części uda i przywiązanych do pasa noszonego na biodrach pod kaftanem. Szyto je z sukna, aksamitu lub jedwabiu, podszywając futrem, płótnem lub skórą. Coraz ciaśniej przylegały do nogi, eksponując mięśnie.

Na początku XVI w. z połączonych nogawic powstały haut-de-hausse, czyli rodzaj krótkich spodenek, i bas-de-hausse, zwane później „bas” – czyli pończochy. Moda na luksusowe pończochy z jedwabiu przyszła z Hiszpanii i ściągała gromy na elegantów. Obcisłości, z wycięciem w okolicy szczególnie ważnej dla mężczyzny, wymusiły wprowadzenie do garderoby czegoś w rodzaju sakiewki (codpiece, braquette) albo klapki ukrywającej genitalia, często większej i mocniej wywatowanej przez pończosznika, niż wymagałaby skromność.

Nawet gdy krótkie spodenki wyszły z mody, pończochy trzymały się mocno. Jeden z portretów Stanisława Oświęcima, dworzanina króla Władysława IV Wazy, bohatera legendy o kazirodczej miłości do siostry Anny, przedstawia go w stroju na modłę zachodnią: w spodniach za kolana obszytych złotymi galonami i w białych jedwabnych pończochach. Ponieważ były drogie, przy wkładaniu wysokich butów okrywano je ochraniaczami z tkaniny wykończonymi koronkowymi falbanami wystającymi za cholewkę buta.

Pończochy były ważną częścią męskiej garderoby jeszcze na początku XIX w. Gdy Stanisławowi Kostce Potockiemu, właścicielowi Wilanowa, zginęła w 1809 r. jedna z posiadanych chustek do nosa, skorygowano spis jego garderoby, wymieniając przy okazji inne jej części: „pończoch iedwabnych białych nowych par 12” i „par nicianych 12”.

Wspomniany książę Charles-Maurice de Talleyrand, geniusz dyplomacji, został sportretowany przez Pierre’a-Paula Prud’hona w ciemnych spodniach za kolano i śnieżnobiałych pończochach.

Gdy na tron wstąpił Ludwik XIV – Król Słońce – francuski dwór na dziesięciolecia objął modową dyktaturę i w męskich, i w damskich ubiorach. Wszyscy patrzą na Wersal

Haftowane, ażurowe i z koronką

Kobiety z pończoch rzecz jasna nie zrezygnowały. Królowa angielska Elżbieta I nosiła czarne jedwabne, które kosztowały tyle, ile wynosiły półroczne zarobki cieśli. Były dziergane ręcznie, choć angielski wikary z Nottinghamshire William Lee wynalazł w 1589 r. maszynę dziewiarską. Była skomplikowana – 360 igieł, 2066 metalowych części – ale pracowała pięć razy szybciej niż człowiek. Wynalazca próbował zapewnić sobie wsparcie Elżbiety, jednak władczyni odmówiła. Być może dlatego, że maszyna wikarego dziergała tylko grube, wełniane pończochy; dopiero dekadę później (po dodaniu 300 igieł) umiała zrobić jedwabne.

Rozczarowany Lee wyjechał do Francji i w Rouen próbował otworzyć manufakturę. Pracowało w niej osiem maszyn i sześciu fachowców, ale Lee zamierzał zbudować jeszcze 32 maszyny. Nie zdążył, umarł w 1614 r.

Ale manufaktury wyrastały jak grzyby po deszczu w Anglii, Francji i Niderlandach. W Gdańsku pończochy dziergane były już w 1620 r. Produkcja była skomplikowana, bo kobiety miały duże wymagania. Od XVII do początku XX w. przychodziły kolejno mody na pończochy haftowane, ażurowe i z koronką. Za królowej Wiktorii żurnale rozpisywały się, czy w tym sezonie pończochy dobiera się do koloru sukni czy raczej pantofli.

Pewnych granic nie można było przekraczać. John Dalton, który wykrył u siebie i opisał daltonizm, dał matce na urodziny parę jaskrawoczerwonych pończoch. Zwróciła mu uwagę, że takie noszą kobiety lekkich obyczajów. – Kupowałem fioletowe – zdziwił się Dalton. Mógł jeszcze kupić czarne lub popielate, też odpowiednie dla matron. Ważne, że wybrał jedwabne. Były tak luksusowe, że noszono je tylko do stroju wieczorowego. Na co dzień starczała tania bawełna.

Od jedwabiu rosną włosy

Gdy po I wojnie światowej kobiety odsłoniły nogi, okazało się, że uszczerbku doznały nie tylko moralność publiczna i spokój męski, ale też budżety domowe. Pończochy sporo kosztowały – w latach 20. za najbardziej pożądane, francuskie, jedwabne w kolorze piaskowym, płacono ok. 50 zł – równowartość 50 kg cukru. Polskie, z jedwabiu milanowskiego, były o 30 zł tańsze. Wprawdzie w Łodzi produkowano pończochy ze sztucznego jedwabiu za 5 zł, ale szybko się niszczyły. Najtańsze były pończochy wełniane i bawełniane.

Zdesperowani mężczyźni próbowali osłabić entuzjazm kobiet dla jedwabiu. Pod koniec lat 20. dziennik „Ziemia Lubelska” alarmował: Jedwabne pończochy sprzyjają porostowi włosów na nogach. Włosy na ciele ludzkim mają za zadanie chronić je od nadmiaru światła słonecznego, jak również i od zimna. Jak długo jednak zadanie to wypełniały pończochy wełniane, nogi kobiece nie porastały we włosy. Odkąd jednak bez względu na pogodę kobiety zaczęły nosić pończochy jedwabne, przejrzyste i zupełnie nieochraniające nóg, włosy wróciły do swojej pracy ochronnej.

Kobiety jednak wolały zaryzykować porośnięcie nóg gęstym futrem, niż utracić jedwabne pończoszki. Pod koniec lat 30. smukłość damskiej łydki podkreślił jeszcze szew – mężczyźni nie mogli oderwać oczu. Jadwiga Suchodolska, autorka poradnika „Sztuka ubierania się” z 1937 r., radziła, aby młoda pracująca niezamężna kobieta miała trzy pary pończoch „skromnych, jedwabnych”, jedną parę „cieńszych jedwabnych” (jasnych) i dwie pary zimowych, wełnianych (jasnych, do wkładania pod jedwabne).

Ponieważ darły się i wymagały artystycznego cerowania (już w 1621 r. pojawił się zawód „łatacz pończoch”), Suchodolska radziła, żeby kupować dwie jednakowe pary. Wtedy z czterech pończoch już noszonych można skompletować parę mniej pocerowaną, „wyjściową”.Nylon DayNa szczęście na rynku pojawiło się coś lepszego od jedwabnych pończoch – nylony. Ich historia przypomina trochę brytyjską komedię z 1951 r. „Człowiek w białym garniturze”. Skromny chemik wynajduje cudowną, niezniszczalną tkaninę, ale robotnicy i przedsiębiorcy chcą go za to zniszczyć. Nylon był takim tworzywem – pończochy noszone przez nasze babki i matki wciąż nadają się do użytku i są poszukiwane na portalach handlowych przez kolejne pokolenia kobiet.

Nylon wynalazł amerykański chemik Wallace Hume Carothers pracujący dla laboratoriów koncernu chemicznego DuPont. Po raz pierwszy zaprezentowano go w 1939 r. na międzynarodowej wystawie w Nowym Jorku. Rok później, 15 maja, pojawiły się w sprzedaży pierwsze nylonowe pończochy FF (Fully Fashioned). Dzień ten przeszedł do historii pod nazwą Nylon Day. Niemcy akurat podbijały Holandię, Belgię i Luksemburg, a w USA w ciągu roku sprzedano 64 mln par nylonów.

Kobiety oszalały na ich punkcie – były cieniutkie, doskonale układały się na nodze i miały seksowny szew. Włókno było bowiem wytwarzane w płaskich kawałkach, naciągane na formę w kształcie nogi i zszywane. Niestety, szybko wycofano je z produkcji: cały nylon szedł na potrzeby armii, która robiła z niego spadochrony. Zdesperowane elegantki zaczęły malować kredką do oczu z tyłu nogi czarną kreskę udającą szew.

O zmianach w modzie w XIX stuleciu i w pierwszych dekadach XX w. Koniec sztywnych czasów

Po wojnie wyścig zbrojeń nadal pochłaniał większość światowej produkcji nylonu. Pończochy z niego wszędzie były rarytasem, na który monopol mieli Amerykanie, do Polski przysyłano je w paczkach UNRRA.

W 1954 r. wyprodukowane zostały po raz pierwszy pończochy bezszwowe. Kobiety nie musiały już pilnować, aby szew na łydce pozostawał prosty, a mężczyźni żałowali wtedy tego widoku. Kiedy zaś już pod koniec lat 50. podaż nylonu zaczęła równoważyć popyt, ogłoszono modę na minispódniczkę. W ślad za nią z mody wyszły też pończochy, które zastąpiły rajstopy. Ale pończochy nie zostały odesłane do lamusa, stały się luksusową częścią garderoby na specjalne okazje, dodającą urody i rozpalającą wyobraźnię.

W ”Ale Historia” czytaj też:

Wał pomorski. Hekatomba 1. Armii
Nie dowiemy się już raczej, ilu z nich zginęło i zostało rannych w walkach o przełamanie Wału Pomorskiego: 6 czy 14 tys. Na pewno wielokrotnie więcej niż żołnierzy 2. Korpusu, którzy w maju 1944 r. zdobyli Monte Cassino, a ich dowódca gen. Władysław Anders obwiniany był potem – w kraju i na emigracji – o nadmierne szafowanie krwią podwładnych.

Polowanie na homoseksualistów w USA: Lawendowe niebezpieczeństwo
W latach 50. w USA zaczęło się polowanie na homoseksualistów pracujących w administracji rządowej. Wielu wpływowych ludzi uważało, że „zboczeńcy” są bardziej podatni na szantaż obcego wywiadu i nie wolno powierzać im odpowiedzialnych stanowisk.

Tajemnice szczecińskiego półświatka
W Polsce Ludowej Szczecin miał dwie twarze. Pierwsza to pokazywane w Polskiej Kronice Filmowej tętniące życiem portowe miasto, w którym buduje się wspaniałe statki, robi motocykle Junak, dżinsy Odra czy słynne konserwy rybne Paprykarz Szczeciński. Drugą może najtrafniej scharakteryzował mieszkający tam kilka lat Konstanty Ildefons Gałczyński: „K…wa, złodziej i glina – oto obraz Szczecina”.

Stanisław Przybyszewski i Dagny Juel. Dekadent i muza
Jego popęd płciowy był mocniejszy, niż mu się wydawało, a jego próżność większa niż ambicja – pisał złośliwie o Stanisławie Przybyszewskim słynny szwedzki dramaturg August Strindberg. Czuł się zraniony, bo norweska piękność Dagny Juel niemal z dnia na dzień rzuciła go dla polskiego pisarza.

Wyborcza.pl

Gdzie się podział Jarosław Kaczyński? Lew gra w chowanego

Agata Kondzińska, 02.02.2015
Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński

Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

W wyborcze kampanie PiS gra z nami w chowanego. Chowa się – albo jest chowany – ten, kto może zaszkodzić partii w poszerzaniu elektoratu.
Proszę sobie wyobrazić konferencję, na którą wychodzi lew z kociątkiem. Kociątko ma być jej bohaterem, lew milczy, ale dziennikarze i tak patrzą na niego, dlatego lew się chowa – tak obrazowo jeden z prawicowych polityków odpowiedział na moje pytanie o brak wspólnych występów Jarosława Kaczyńskiego z kandydatem PiS na prezydenta Andrzejem Dudą.Ten ostatni, budując swoją rozpoznawalność, ruszył w Polskę na spotkania. Ze sztabowcami, ale bez prezesa partii. Bo Kaczyński znów się usunął w cień, by tylko od czasu do czasu – udzielając wywiadu prawicowemu tygodnikowi albo jadąc na Śląsk – przypomnieć o sobie.Jest już tradycją, że w wyborcze kampanie PiS gra z nami w chowanego. Chowa się – albo jest chowany – ten, kto może zaszkodzić partii w poszerzaniu elektoratu, dać się sprowokować przeciwnikowi, albo ten, którego teorie i poglądy zarezerwowane są dla wąskiej grupy wyznawców.W kampanii do europarlamentu z linii frontu partia odwołała Antoniego Macierewicza. Drwił z tego Donald Tusk: „Zawsze jak jest kampania to pojawia się sweterek (to nawiązanie do ubioru lidera PiS), a znika Macierewicz”.

Kiedy w 2012 r. PiS proponował, żeby Tuska na stanowisku premiera zastąpił Piotr Gliński, lider partii tak bardzo chciał się schować, że tuż po przedstawieniu profesora socjologii wyszedł z konferencji. Wyszli też inni politycy PiS, a Gliński został sam.

Przyzwyczaiło nas już PiS do tej gry, a niektórych nawet skutecznie w nią wciągnęło. I nie tylko politycznych przeciwników, ale sojuszników. Pod koniec 2013 r. „Nasz Dziennik”, zatroskany porażką referendalnej kampanii w Warszawie odwołania ze stanowiska prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz, wskazywał winnych temu: „Gwoździem do trumny okazał się rzecznik partii Adam Hofman. Zamiast choć na kilka tygodni odsunąć się od kamer i mikrofonów, lgnął do nich jeszcze mocniej”.

Oberwał też Jarosław Kaczyński. „Nasz Dziennik” pisał: „Na dodatek w konferencjach brał udział sam Jarosław Kaczyński. Tyle że swoim, niestety, pretensjonalnym tonem tylko potwierdzał narrację Platformy straszącej, że gdy prezydent zostanie odwołana, warszawscy wyborcy zobaczą w telewizji radosną twarz Jarosława Kaczyńskiego”.

Od lat PiS ćwiczy szpagat, próbując wsadzić nogę za centrowe drzwi, drugą stojąc wśród radykalnych wyborców. Obłaskawia szefa toruńskich mediów i nie krytykuje za wstrętne słowa o Marii Kaczyńskiej. Toleruje Krystynę Pawłowicz, bo jej tytuł daje partii ułudę poparcia wśród intelektualistów. Za każdym razem, gdy ktoś z PiS się chowa albo partia go chowa, to po to, żeby przekonać nas, że teorie o smoleńskim zamachu głosi tylko Macierewicz, a bezpardonowo innych obraża tylko Pawłowicz.

Kokietować nas musiał lider PiS w 2007 r., gdy mówił, że inaczej niż Donald Tusk nie wychował się na podwórku. Podwórkowe gry i zabawy ma opanowane. Jego towarzysze też. A kto się schowa w tegorocznej jesiennej kampanii parlamentarnej?

Zobacz także

wyborcza.pl

Prokuratura w ślepym zaułku. Źle się dzieje z ważnymi śledztwami

Wojciech Czuchnowski, 02.02.2015
Togi prokuratorskie

Togi prokuratorskie (Fot. Mateusz Skwarczek / AG)

Śledztwa w sprawach, które w ubiegłym roku wstrząsnęły opinią publiczną, znalazły się w impasie. Deklaracje prokuratury i polityków o szybkim rozwiązaniu spraw nie mają pokrycia w rzeczywistości. Podejrzani bezkarnie mataczą, a świadkowie wycofują zeznania.
Po wypuszczeniu na wolność trzech podejrzanych o udział w porwaniu i zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary jasno widać, że śledczy są bezsilni wobec nacisków wywieranych na świadków przez tych, którzy boją się ich zeznań. Sprawcy, którzy jeszcze niedawno bali się, że po latach poniosą odpowiedzialność za tę bezprecedensową zbrodnię, dziś śpią spokojniej.
Rozłażą się też inne śledztwa. Od dawna nie słychać nic o postępach w aferze podsłuchowej. W czerwcu 2014 r. upublicznienie nagrań rozmów najważniejszych polityków wstrząsnęło państwem, doprowadzając do potężnego kryzysu politycznego. Służby i policja szybko namierzyły i zatrzymały podejrzanych. Jednak prokuratura nie chciała przyjąć kwalifikacji o zorganizowanej grupie przestępczej, więc nie było podstaw do stosowania aresztu.Premier Donald Tusk deklarował wtedy, że sprawa będzie wyjaśniona do września 2014 r. Dzisiaj prokuratura nie jest w stanie podać nawet przybliżonego terminu końca postępowania.Zagrożony niewielką karą główny podejrzany Marek Falenta przeszedł do kontrofensywy, przedstawiając się w mediach jako ofiara służb specjalnych, które naprawdę miały stać za podsłuchami. I pozywa gazety, które pisały o sprawie.W cieniu podsłuchów przebiegała tzw. afera podkarpacka. Latem 2014 r. funkcjonariusze CBA wkroczyli do biur i prywatnych pomieszczeń Jana Burego (PSL) i Zbigniewa Rynasiewicza (PO), dwóch ważnych polityków z tego regionu. Stanowiska stracili szefowa Prokuratury Apelacyjnej w Rzeszowie oraz ksiądz prałat Zbigniew Mokrzycki z katedry polowej Wojska Polskiego.

Prokuratura i CBA mówiły o wielkiej korupcji, w którą mieli być zamieszani politycy. Szefowa rzeszowskiej apelacji miała ich kryć, a ksiądz przechowywać sztabki złota, które biznesmeni z Podkarpacia przywozili do Warszawy na łapówki.

Ale po hucznych zapowiedziach, że wykryto „wielowątkową aferę”, też nic się nie dzieje. Pojawiają się za to wątpliwości, czy służby nie naciskały zbytnio na świadków, by ci pogrążyli Burego i Rynasiewicza. Nie ma natomiast dowodów, by obaj politycy złamali prawo.

PSL apeluje o zajęcie stanowiska w kwestii winy bądź niewinności Burego (jest szefem klubu tej partii), a prokuratura milczy. Coraz mniej przekonująco sufluje tylko dziennikarzom, że wkrótce można spodziewać się wniosków o uchylenie podkarpackim politykom immunitetów.

Te trzy różne sprawy pokazują, że organy ścigania mają problem z ważnymi śledztwami. Nie potrafią reagować na próby matactwa, nie przejmują się publicznym charakterem spraw ani tym, że dobro państwa wymaga skutecznego i jak najszybszego ich wyjaśnienia.

Wprowadzony w 2010 r. system, w którym prokurator generalny ma ograniczony wpływ na postępowania, sprawia, że nikt nie ma nad nimi skutecznej kontroli. Wyjaśnienie ważnych spraw jest coraz bardziej zagrożone, a prokuratura zachowuje się tak, jakby rzeczywistość nie istniała.

Zobacz także

wyborcza.pl

Prof. Siemieńska: SLD i Magdalena Ogórek chcą zaistnieć

Rozmawiała: Agnieszka Kublik, 02.02.2015
Magdalena Ogórek

Magdalena Ogórek (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Ogórek to nie paprotka, to produkt, na który według SLD jest w Polsce popyt – mówi prof. Renata Siemieńska, socjolożka.
AGNIESZKA KUBLIK: Czy Magda Ogórek ma kwalifikacje na prezydenta?PROF. RENATA SIEMIEŃSKA*: Nie ma doświadczenia politycznego, a prezydent powinien mieć jakieś doświadczenie w tej dziedzinie. Ma doktorat, ale stopień naukowy jest zupełnie nieistotny w przypadku tej funkcji. Na świecie dobrzy prezydenci nie mieli doktoratów, a nawet niektórzy mówią, że praca naukowca jest czymś, co utrudnia pełnienie funkcji politycznej.Ale moim zdaniem wysunięcie tej kandydatury to bardzo dobrze przemyślana decyzja. Partia, która wyraźnie traci popularność, staje przed problemem zaistnienia. Zaistnieć chce też pani Ogórek. Jest to więc kwestia kalkulacji pani Ogórek i kalkulacji partii politycznej.Jeżeli partia nie ma żadnego programu bądź nie ma programu atrakcyjnego, bo różne elementy przejęły PiS czy Twój Ruch, to jakoś trzeba na sobie skupić uwagę. Jak? Zaproponować na prezydenta kogoś, kto wywoła zamieszanie. Dziennikarze analizują szokująco wysoki stopień jej nieprzystawalności do oczekiwań formułowanych pod adresem osób ubiegających się o stanowisko prezydenta. Pani Ogórek wywołała zamieszanie wew-nątrz partii, a także w całej Polsce. Ale pani Ogórek spełnia standardy „towaru” obecnie bardzo modnego.

Mówi pani o marketingu politycznym czy o politycznej strategii?

– Marketing ma pomóc zbudować strategię. Pani Ogórek staje się widoczną postacią, bo wpada w schemat propagowany przez tabloidy: długowłosych, długonogich, szczupłych, przystojnych blondynek. Przyciąga uwagę wyglądem.

Pamiętam, jak po raz pierwszy przedstawiał ją Leszek Miller. Jest on wytrawnym politykiem, doskonale wie, co się robi, gdy się chce pokazać program. Więc nie było kwestią przypadku, że Miller nie pozwolił jej za wiele mówić ani odpowiadać na pytania, np. w sprawie górnictwa. Chodziło o to, żeby nikt się nie skupiał na tym, co ona mówi, tylko na tym, jak wygląda. Tak to zostało wyreżyserowane.

Nadal jest. Wypowiadają się w jej imieniu mężczyźni.

– Tak, jest bardzo przystojną kobietą, o pewnym typie urody rzadkim w świecie polityki, co powoduje, że wyraźnie wyróżnia się, a zatem łatwo uzyskuje pożądaną wartość w polityce, jaką jest rozpoznawalność. I uzyskuje ją ona sama i SLD. I to ma ogromne znaczenie dla partii. Rzecz toczy się bowiem o to, czy Komorowski, który cieszy się w tej chwili najwyższym poparciem, wygra w I czy w II turze. Czy głosy oddane na panią Ogórek mogą mu zabrać wygraną w I turze?

Gdyby się odezwała, mogłaby stracić. Na razie kandyduje jako kobieta z typem urody pożądanym na niemal całym świecie. Pani Ogórek w ten sposób pracuje zapewne na jakieś zyski osobiste, polityczne czy niepolityczne.

Czyli „paprotka”, „malowana lala”, jak mówią o niej feministki?

– Nie. Paprotka to ozdoba mężczyzn. Pani Ogórek to nie ozdoba, to pełnowartościowy „produkt”, na który – jak oceniło SLD – jest w Polsce popyt.

Problem urody kobiety w polityce jest podnoszony przez media. W przypadku kobiety polityka zwraca się uwagę na jej wygląd, w przypadku mężczyzn – nie, a przynaj-mniej o wiele rzadziej.

Np. panią premier Kopacz pokazywano od butów do pasa, bo chodzi zawsze na wysokich obcasach i w spódnicach. Premierów – od pasa w górę. A panią Ogórek się pokazuje od stóp do głów. Bo może uosabiać marzenie mężczyzn, i może wielu kobiet.

Ubiera się w krótkie sukienki, nosi rozpuszczone włosy…

– Czyli znakomicie wpisuje się w stereotyp pięknej kobiety, który jest przedmiotem aspiracji wielu kobiet i pożądania mężczyzn.

Profesor Jan Hartman jest dla niej bezlitosny, napisał: „Wyglądało to jak ćwiczenie licealistki na zajęciach z wiedzy o społeczeństwie. W wykonaniu dorosłej kobiety, mającej doktorat, na terenie Sejmu z autoryzacją partii, która rządziła tym krajem, było to porażające”.

– Zgadzam się.

Dalej Hartman: „Niegramatyczny, infantylny bełkot, będący mieszaniną najgorszego populizmu z banałem, inkrustowany był prawdziwymi perłami. Z uczuciem najgłębszego zażenowania słuchaliśmy tej żałosnej, pseudo… tyrady przetykanej zawołaniami to szalenie istotne czy uwierzcie mi , które zapewne miały parodiować, bo chyba nie naśladować, styl wypowiedzi polityków amerykańskich”.

– To wystąpienie było żałosne, a nie mam skłonności do bardzo emocjonalnego formułowania opinii. Widzieliśmy osobę, która kompletnie nie wiadomo skąd się wzięła. A przecież studiowała, ma doktorat, miała okazję, aby nauczyć się mówić, prezentować swoje zdanie. I być może w rzeczywistości umie to robić, ale nie wchodziło to w zakres jej „roli” w tym przypadku.

Mówiła, że trzeba znieść wszelkie możliwe zakazy prowadzenia działalności gospodarczej.– To jest bez sensu.I dalej, że trzeba znieść jakąkolwiek karalność wykroczeń gospodarczych przez dwa lata działalności dla osób do 25. roku życia.– Też bez sensu.

I ta gwardia narodowa, którą ona chce budować na bazie kół myśliwskich.

– W jej wypowiedzi było mnóstwo rzeczy tak nonsensownych i tak bezmyślnych, jak choćby jeszcze to, że trzeba całe prawo napisać od nowa. To są stwierdzenia, z którymi trudno dyskutować. Oczywiście, nasze prawo jest złe, niedoprecyzowane i można sobie wyobrazić program polityczny zakładający jego doprecyzowanie, poprawienie, uzupełnienie luk. Ale w ogóle wyrzucić prawo? To nic nie znaczy. Taką opinię można usłyszeć na przystanku tramwajowym czy autobusowym. To prymitywny populizm.

Do kogo to może trafić?

– Do niezadowolonych z tego, co jest, do kontestujących istniejące partie polityczne, do tych, którzy mówią: zrobimy coś śmiesznego, zagłosujemy na pudla! Nikt nam nie zarzuci, że nie braliśmy udziału w wyborach, wiemy, że ona nie wygra, pokażemy nonsensowność tego wszystkiego.

Odbierze głosy Januszowi Palikotowi?

– Ma szansę. Tak to oceniam teraz, gdy tak naprawdę nie zaprezentowała stanowiska w żadnej kwestii. Być może kiedyś wypowie się w sprawie np. wieku emerytalnego, religii w szkołach, in vitro, ustawy antyaborcyjnej, nierówności społecznych, tematów, które zazwyczaj interesują lewicowo zorientowanych wyborców.

Feministki bardzo źle przyjęły tę kandydaturę.

– Bo zinterpretowały ją jako paprotkę. Moim zdaniem błędnie. Ale wcale nie muszą, a nawet nie powinny, jej popierać, kierując się tylko tym, że jest kobietą.

Po 1989 r. to dopiero trzecia kobieta, która ubiega się o najwyższy urząd w państwie, po Hannie Gronkiewicz-Waltz i Henryce Bochniarz.

– Chciałabym, żeby prezydentem była osoba kompetentna, i cieszyłoby mnie wtedy, gdyby to była kobieta. Ale nie jest tak, że podstawowym kryterium przy udzielaniu poparcia może czy powinna być płeć. Jestem przekonana, odwołując się do wyników badań, że takie stanowisko podziela większość kobiet zaangażowanych w działania na rzecz równości płci, zwiększenia obecności kobiet na prominentnych stanowiskach w polityce, łatwo mogących wskazać kobiety, które mogłyby być dobrymi kandydatkami. Pani Ogórek – jak pokazują jej dotychczasowe dokonania – daleka jest od tego, by mogła być rozważana poważnie jako kandydatka na urząd prezydenta. Cały pomysł z jej wysunięciem jest interesującym przyczynkiem do listy „gier politycznych” uprawianych przez partie, które pragną zwrócić na siebie uwagę. f

* Prof. Renata Siemieńska jest socjolożką, pracuje w Instytucie Studiów Społecznych na UW, w Akademii Pedagogiki Specjalnej, jest kierowniczką katedry UNESCO Kobiety Społeczeństwo Rozwój na UW.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: