Cejrowski

Elbląg bez Owsiaka. W tym mieście nie uświadczysz nawet wolontariusza z puszką

07.12.2014
​Elbląg bez Owsiaka. W tym mieście nie uświadczysz nawet wolontariusza z puszką - niezalezna.pl

foto: Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy nie zagra w Elblągu. Jest to pierwsze miasto, w którym nie odbędzie się Finał WOŚP. „To już pewne” – zaznacza elblag.net i dodaje, że nikt nie zajął się organizacją zbiórki pieniędzy. Nie będzie sceny, artystów. Na mieście nie pojawią się również wolontariusze z puszkami.

Z dniem 21 listopada upłynął termin zgłaszania lokalnego sztabu WOŚP w Elblągu. Nikt nie zgłosił się do tego zadania. Powodem są prawdopodobnie pieniądze. „Nie jest tajemnicą, że to właśnie miasto dokładało do organizacji WOŚP najwięcej” – podkreśla elblag.net.

Redakcja portalu otrzymywała nieoficjalne informacje, że Orkiestra nie zagra w Elblągu. W związku z tym pytano Urząd Miasta o tą kwestię. Do tej pory nie uzyskano odpowiedzi na pytania dotyczące WOŚP.

Ostatnio informowaliśmy o uzasadnieniu wyroku w procesie Jerzego Owsiaka przeciwko blogerowi Matka Kurka. Jego treść „zmiażdżyła prezesa WOŚP”. Sąd wykazał szereg nieścisłości w zeznaniach Owsiaka, który w jednym zdaniu zaprzeczał czemuś, a w następnym potwierdzał to. CZYTAJ WIĘCEJ

niezalezna.pl

O „języku poświęconym” słów kilka. Czy polscy duchowni zawsze rozumieją samych siebie i po co im ta nowomowa?

Czy cześć duchownych sama rozumie, co mówi "językiem poświęconym"...?
Czy cześć duchownych sama rozumie, co mówi „językiem poświęconym”…? Fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta

„Struktura miłości” zamiast związku, „komponent męski” służący za określenie mężczyzny, formułowanie zdań tak, by zawarta w nich myśl pozostała w tajemniczym niedopowiedzeniu. No i oczywiście nieodłączne makaronizmy i zapożyczenia z łaciny. Tak wygląda język wielu polskich duchownych. Im wyżej są postawieni, tym trudniej ich zrozumieć przeciętnemu wiernemu. Czemu to służy?

O co chodzi?!
Kilka wymienionych powyżej określeń to cytaty tylko z najbardziej znanych z kwiecistego języka duchownych. Wśród preferujących zwyczajną polszczyznę księży i ludzi Kościoła tę narrację nazywa się ironiczne „językiem poświęconym”. Każde słowo wypowiadane w homiliach najpopularniejszych kościelnych oratorów zadaje się bowiem być ułamek sekundy wcześniej z osobna pobłogosławione. Lubią oni nadać mu jeszcze odrobinę naukowego charakteru…

ABP. HENRYK HOSER

metropolita warszawsko-praski

Teoria gender zaprzecza strukturze miłości, którą jest małżeństwo mężczyzny i kobiety w ich równej godności i nadzwyczajnej, ciągle odkrywanej komplementarności

– Komponent męski w małżeństwie nam tu umyka – mówił abp Henryk Hoser do zebranych na otwarciu warszawskiej konferencji na temat naturalnego planowania rodziny. Czy aby wszyscy odpowiednio zdefiniowali wtedy owy komponent potrzebny do rozszyfrowania tej myśli? Nieważne. – Okresowa wstrzemięźliwość funkcjonuje, bez niej nie można żyć. Bez niej dążylibyśmy do animalizacji życia – kontynuował hierarcha.

Kto nie czuje powołania do naukowego tonu, ten sprzed ołtarza chętnie sięga po wzorce narzucone przez słynnego greckiego bajkopisarz Ezopa. Mówią tak szczególnie ci duchowni, których nieco zawstydza opisanie problemu wprost. Sięgają po niedopowiedzenia i zawoalowanie. Czasem z takim skutkiem, jak abp. Józef Michalik, gdy komentując problem pedofilii w Kościele sam pogubił się chyba we własnych myślach.

ABP JÓZEF MICHALIK

na konferencji prasowej przed zebraniem plenarnym KEP

Wielu molestowań udałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe. (…) Często wyzwala się ta niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

Po tych słowach potrzebne było kilka briefingów rzecznika Episkopatu, który musiał tłumaczyć słowa swojego przełożonego na polszczyznę, by nie zrozumiano, że hierarcha przyczyny pedofilii upatruje w zachowaniu ofiar, a nie oprawców.

Z ziemi włoskiej do polskiej…
Jest w polskim Kościele jednak jeszcze trzecia szkoła. Jej mistrzem jest metropolita gdański abp. Sławoj Leszek Głódź. Znany jest z biesiadnych zdolności, którymi popisywał się będąc jeszcze ordynariuszem polowym Wojska Polskiego i po prostu lubi mówić. Im więcej, tym lepiej. Każda jego homilia to więc ciąg nie tylko rozważań o wierze, ale i wspomnień, czy powrotów do historycznych wydarzeń. To wszystko inkrustowane odpowiednim, niespiesznym tonem.

I makaronizmami, które mają przypomnieć, że duchowny to jednak światowiec, który niejedno widział w samym Watykanie. – Uprawiano wobec niego, by rzec z włoskiego – szakaladzio – zagryźć na żywca – komentował więc oskarżenia o molestowanie seksualne, które kierowano pod adresem jego przyjaciela, nieżyjącego już kapelana „Solidarności” ks. Henryka Jankowskiego.

W trudnych sytuacjach po włoski chętnie sięga jednak nie tylko on. Osławiony skandalem seksualnym były metropolita poznański abp Juliusz Paetz też woli mówić, że nie obcował płciowo z klerykami, a jedynie rozdawał im „baccione” (z włoskiego „całusy”). – Czas nie dojrzał jeszcze do takiej rozmowy – odpowiedział natomiast „językiem poświęconym”, gdydziennikarz „Gazety Wyborczej” pytał, kiedy będzie gotów porozmawiać o tym, jaki te „baccione” zostawiły ślad na psychice kleryków.

Kod do alternatywnej rzeczywistości
– Szczególnie hierarchowie lubią posługiwać się swego rodzaju językiem rytualnym. Sięgają po styl, w którym wzniosłość wypowiedzi jest ważniejsza od tego, czy ktoś ją zrozumie właściwie. Służy to temu, by treść się w ogóle pojawiła, ale nie przyniosła jakiegoś konkretnego znaczenia – mówi specjalista od retoryki dr Jacek Wasilewski.

JACEK WASILEWSKI

kulturoznawca, badacz retoryki

Jeżeli ktoś jest przyzwyczajony do takiego formułowania zdań, gdyby wyraził się jak przeciętny człowiek, poczułby się dużo mniejszy. Nowomowa zawsze służy głównie pompowaniu własnego ego.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że ten język razi tylko zwykłych ludzi. „Język poświęcony” i zawoalowane mówienie o problemach podnosi ciśnienie także innym duchownym. Jak tłumaczy ks. Kazimierz Sowa, sięganie po „poświęcony język” sugeruje, że ksiądz jest człowiekiem z innego świata. Jednak nie w tym znaczeniu, że reprezentuje świat duchowy. Daje tak po prostu znać, że nie odnajduje się w świecie współczesnego człowieka.

– Używanie kościelnej nowomowy powoduje automatyczne ustawienie się w zupełnie innej rzeczywistości. Nawet jeśli treści wypowiadane przez kapłanów są ważne, mądre i potrzebne, to ich oddziaływanie zostaje zminimalizowane przez takie słownictwo. Potencjalny odbiorca bowiem automatycznie się wyłącza, nie chce tego słuchać – tłumaczy duchowny.

Ks. Kazimierz Sowa przypomina, że nawet Św. Paweł usłyszał kiedyś, że mówi niezrozumiałym językiem, ale potrafił wówczas zrozumieć swój błąd i szybko zaczął nauczać w oparciu o przykłady z życia zwykłych ludzi. Tymczasem teraz księża potrafią się bardzo mocno obrazić, gdy ktoś nie chce ich słuchać tylko ze względu na to jak mówią, a nie o czym.

To choroba, nie wykształcenie
Jednocześnie ksiądz zwraca uwagę, że kościelnej nowomowy nie uczą wcale w seminariach. – To choroba na która się zapada później, gdy człowiek jest bardziej zainteresowany tym, by za to, co mówi chwalili go hierarchowie, a nie zwykli ludzie. Tę specyficzną ornamentykę języka zdobywa się już, gdy jest się księdzem – ocenia.

To nie jest problem tej przeważającej części kapłanów, którzy głoszą homilie w swoich parafiach i uczą w szkołach. To przywara biskupów, którzy mają tendencję do używania tej nowomowy mocno oderwanej od rzeczywistości.

– Uproszczenie języka oznaczyłoby z pewnością, że wielu ludzi dopiero wówczas zaczęłoby rozumieć swoją religię. Mogliby więc inaczej na nią spojrzeć i na nowo ocenić, czy się z dogmatami zgadzają czy nie. Dzisiaj często nie rozumieją, co oznaczają niektóre słowa wypowiadane przez kapłanów i wolą w to nie wnikać – stwierdza dr Wasilewski.

Prosty język byłby więc być może dla Kościoła najłatwiejszym narzędziem, by oddzielić ziarna od plew. Do czego zachęcał przecież na początku swojego pontyfikatu sam papież Benedykt XVI. Ekspert zwraca jednak uwagę, że jednocześnie na pewno powstałaby też zupełnie nowa dyskusja, której dziś wielu księży woli unikać i właśnie dla świętego spokoju mówią językiem, który tylko dla nich jest zrozumiały.

Mówiąc wprost…
Czy potrafią jeszcze mówić normalnie? – Myślę, że tak. Szczególnie po kilku głębszych – mówi bez najmniejszych ogródek dr Jacek Wasilewski. Ks. Kazimierz Sowa wskazuje tymczasem, że bezcenne doświadczenia polscy księża mogą czerpać z innych miejsc na świecie. Szczególnie tych, gdzie katolicyzm nie jest powszechny, a do Kościoła przychodzą tylko ci, którzy chcą usłyszeć od niego coś wartościowego.

– Mam sporo doświadczeń z Rosji. Tam język Kościoła jest bardzo prosty, konkretny i bezpośredni. Przez kilka miesięcy miałem też okazję służyć w parafii w diecezji Buffalo w USA. Tam, gdyby kazanie nie było powiedziane bezpośrednio i w konkretnych słowach, ksiądz wysłuchałby ostrej krytyki zaraz po mszy. Amerykański kolega radził mi więc, by w moich słowach znalazła się chwila na uśmiech. Bo jeśli ludzie się uśmiechną, to znaczy, że słuchają. Jeśli będzie cisza, to dowód, iż dawno nie słucha już nikt.

naTemat.pl

Prof. Legutko: „Jeśli sprawa wyborów zostanie przyklepana, najbardziej realistyczną drogą będzie nowy Sierpień”. NASZ WYWIAD

fot. profil R. Legutki na Facebooku
fot. profil R. Legutki na Facebooku

Nie możemy liczyć na sędziów, trybunały, ogromną część mediów, prawników i środowiska uniwersyteckie. Wobec tego musimy sami jakoś się organizować. A nowy Sierpień może pomóc

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prof. Ryszard Legutko, filozof, europoseł PiS.

wPolityce.pl: Jarosław Kaczyński zdecydowanie zdefiniował sytuację po pierwszej turze wyborów samorządowych, stwierdzając wprost, że te wybory zostały sfałszowane. Padły bardzo mocne słowa, ale brakuje jasnej odpowiedzi co dalej, bo protesty nie wywierają na PO żadnego wrażenia…

Prof. Ryszard Legutko: Nie robi to wrażenia na Platformie Obywatelskiej i PSL, a co gorsze – nie robi to specjalnie wrażenia na władzy sądowniczej. Prezesi głównych trybunałów już się wypowiedzieli, a trudno sobie wyobrazić, żeby sędziowie, którzy będą oceniać skargi wyborcze, zaprzeczyli swoim przełożonym, czy najwyższym autorytetom władzy sądowniczej. To są rzeczy bardzo niepokojące. Z jednej strony – pycha i arogancja polityków, którzy doskonale wiedzą, że cała sprawa jest nieczysta, a prezentują postawę „co nam możecie zrobić.” Z drugiej – władza sądownicza, która w systemie demokratycznym powinna temu przeciwdziałać, ale tego nie czyni. A nie ma siły, żeby nie doszło przy tych wyborach do zafałszowań na dużą skalę. Tłumaczenie tego błędami wyborców, niefortunnym tekstem instrukcji, czy niefortunną formą kartki wyborczej, nie daje odpowiedniego wyjaśnienia. Nie może być tak, że różnica pomiędzy sondażem powyborczym, a oficjalnym wynikiem wyborów do sejmików wynosiła aż 7 proc.Tu rzeczywiście jakieś zafałszowania były na sporą skalę. Zwłaszcza, że widać wyraźnie jedną partię, która jest tego beneficjentem.

Co można zrobić?

Jest kilka dróg. Na pewno nie można ustępować, bo widzimy, że z wyborów na wybory sytuacja się pogarsza. W ostatnich wyborach i w przedostatnich zwracałem uwagę na różne dziwne rzeczy, jakie się działy. Trzeba oczywiście wyczerpać drogę sądową. Nie mam wielkiego zaufania do polskich sądów, a szczególnie po wypowiedziach prezesów, którzy zrobili rzecz zupełnie niebywałą – nie zapoznawszy się z jakimkolwiek materiałem, już zawyrokowali jak było. Jest także droga strasburska, czy w ogóle europejska – tzn. uczulanie różnych instytucji międzynarodowych. Tego Platforma się boi, choć ma w tych instytucjach dość mocną pozycję. Nie w tym sensie, że cokolwiek może dla Polski załatwić, ale może zneutralizować krytykę przeciw niej skierowaną. Ale tej drogi też trzeba wypróbować, łącznie z OBWE, czy innymi forami międzynarodowymi. No i pozostaje oczywiście protest obywatelski.

Na wniosek, by przebiegiem wyborów samorządowymi w Polsce zajęły się OBWE i Parlament Europejski, Platforma odpowiedziała oskarżeniem, że to „donoszenie” na Polskę. Objaw strachu?

Myślę, że Platforma się boi. Natomiast można powołać się na autorytet, który dla POpowinien być autorytetem niepodważalnym, czyli na prezydenta RP Bronisława Komorowskiego i wskazać jego wypowiedź z 2007 r., w której apelował o przysłanie na polskie wybory obserwatorów OBWE. Wypowiadał się wtedy kpiąco wobec PiS, mówiąc „jeżeli nie macie sobie niczego do zarzucenia, to czemu się boicie”. Akurat PiS się nie bało, tylko powiedziało: „bardzo proszę, niech obserwatorzy przyjeżdżają”. To pierwsza sprawa. Druga jest taka, że jeżeli jesteśmy członkami Unii, gdzie obowiązują pewne standardy, to nie ma w tym wypadku czegoś takiego jak wewnętrzna sprawa polski. Jeżeli są łamane standardy wyborcze, jeżeli jest podejrzenie co do nieczystej gry, to nie są to wyłącznie sprawy polskie.

Wskazując na kilka dróg, po których należy kroczyć, żeby wyjść z obecnej sytuacji, wymienił pan protesty obywatelskie. 13 grudnia ma dojść w Warszawie do marszu, który będzie protestem przeciwko fałszerstwom wyborczym. Pojawiają się krytyczne komentarze o tym marszu i to nie tylko ze strony przeciwników PiS. Pomysł skrytykowała, w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl, prof. Jadwiga Staniszkis. Za błąd polityczny uznała również wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o sfałszowaniu wyborów. Uważa, że należało położyć akcent na zwycięstwie PiS i deklarować „wygraliśmy, wygraliśmy, wygraliśmy”, bo byłoby to trampoliną do zwycięstwa  w następnych wyborach. Co pan sądzi o stanowisku prof. Staniszkis?

W polityce jest tak, że która decyzja jest słuszna, to się dopiero okaże się w przyszłości. Myślę, że oburzenie społeczne, nie tylko wśród działaczy PiS, ale też w innych środowiskach i w dużej części mediów, było tak duże, że tego typu deklaracja mogła wywołać negatywne konsekwencje. Problem jest taki, że te wybory nie są jedyną rzeczą, która prowokuje protesty obywatelskie. To się dzieje już od paru dobrych lat. Mamy liczne przykłady ataków na media, na Kościół. Proszę zwrócić uwagę, że rząd POodrzuca praktycznie każdą inicjatywę obywatelską, choćby referendum o sześciolatkach. Mnóstwo było takich inicjatyw, które miały za sobą setki tysięcy podpisów, a zostały wrzucone do kosza. Ten gniew narasta. Jarosław Kaczyński wyszedł z założenia, że ta fala wzmaga się i nie można uważać, iż nic się nie dzieje i mamy do czynienia jedynie z wyizolowanymi faktami. Trzeba liczyć się z dalszym ciągiem obecnej sytuacji. Platforma znowu zrobi coś takiego, co wywoła następne protesty i kolejną falę gniewu.

Marek Migalski twierdzi, że Jarosław Kaczyński dąży do „polskiego Majdanu”, bo tylko gniew, jakaś forma masowych protestów, przesilenie społeczne, mogą doprowadzić do zmiany rządów w Polsce. Czy zgada się pan z taką teorią?

Wiele osób tak mówi i wspomina o tym „Majdanie”. Nie za bardzo lubię to określenie, bo majdan kojarzy mi się raczej z tym, co czytałem w „Ogniem i mieczem”. Raczej można by to kojarzyć z naszą „Solidarnością”, z Sierpniem’80. Tu mamy nasze wzorce. Czy do tego dojdzie? Nie wiem. Takiego nowego Sierpnia nie da się wyreżyserować, poprzez jakąś stymulację doprowadzić do wybuchu. To wymaga pewnego przesilenia w materii społecznej.

Czy nasze społeczeństwo jest do takiego przesilenia gotowe?

Tego też nie wiem. Ale wiem, że Platforma robi wiele, żeby coś takiego nastąpiło. Proszę zwrócić uwagę, że społeczeństwo polskie za sprawą PO, a Donalda Tuska w szczególności, bo on był głównym architektem tej strategii, jest tak podzielone, jak nie było może właśnie od sierpnia 1980 r., albo trzeba szukać jeszcze wcześniejszych analogii. Jest mnóstwo gniewu, goryczy, rozżalenia, frustracji i poczucia sponiewierania, będącego efektem polityki rządu POPSL. To rząd, który w ogóle nie reaguje na jakiekolwiek bodźce drugiej strony. Rząd, który podzielił Polskę na dwie części. Ta druga część to nie są tylko politycy. To są te „mohery”, „pseudoprofesorowie”, „dziennikarskie szczujnie”, „frustraci”, „populiści”, „nacjonaliści” itd., itd. To wielka część Polski, nie wiem czy połowa, wszystkie warstwy społeczne, które zostały opatrzone odpowiednią inwektywą, czy zestawem inwektyw. Od babć na emeryturze, po profesorów.

Czy bez wybuchy gniewu, bez tego umownego nowego Sierpnia, może dojść do zmiany układu władzy w Polsce?

Jeśli sprawa wyborów zostanie przyklepana, wtedy rzeczywiście ów nowy Sierpień będzie wydawał się najbardziej realistyczną drogą. Ale żyjemy w takim systemie, że powinniśmy przede wszystkim działać poprzez instytucje wyborów. Trzeba tak organizować się, żeby być lepiej do nich przygotowanym, również od strony kontroli. Bo wiemy, że nie możemy liczyć na instytucje państwa. Nie możemy liczyć na sędziów, trybunały, ogromną część mediów, prawników i środowiska uniwersyteckie. Wobec tego musimy sami jakoś się organizować. A nowy Sierpień może pomóc. To nie jest „albo, albo”.

wPolityce.pl

Brytyjski rząd przyznał: Nawet 13 tys. ofiar współczesnego niewolnictwa. Skala zjawiska wstrząsająca

MIEŚ, PAP, 29.11.2014
Brytyjska szefowa MSW - Theresa May

Brytyjska szefowa MSW – Theresa May (TOBY MELVILLE/REUTERS)

W Wielkiej Brytanii jest do 13 tysięcy ofiar handlu ludźmi, wyzysku seksualnego i innych form współczesnego niewolnictwa – poinformował brytyjski rząd w ogłoszonym raporcie.
Chodzi o kobiety i dziewczęta zmuszane do prostytucji, źle opłacaną służbę domową, ludzi zmuszanych do źle opłacanej pracy na farmach, w fabrykach, na statkach rybackich itp.- Pierwszym krokiem do zwalczenia tej plagi współczesnego niewolnictwa jest przyznanie, iż ono istnieje – powiedziała szefowa resortu spraw wewnętrznych Theresa May. Podkreśliła, że skala tego problemu w W. Brytanii jest „wstrząsająca” i że zawarte w raporcie dane oznaczają konieczność pilnego podjęcia działań.

Ofiarami głównie imigranci

Raport jest elementem rządowej strategii w walce z handlem ludźmi i współczesnym niewolnictwem. Władze podkreślają, że oszacowanie rzeczywistej liczby ofiar jest trudne, ponieważ wiele z nich boi się zgłosić na policję bądź w ogóle nie ma takiej możliwości.

Według danych Agencji ds. Walki z Przestępczością (National Crime Agency) w 2013 roku zgłoszono 2744 przypadki współczesnego niewolnictwa.

Wiele ofiar pochodzi z zagranicy, ale władze podkreślają, że problem współczesnego niewolnictwa dotyczy także Brytyjczyków – dorosłych i dzieci.

gazeta.pl

Były doradca Putina w TVN o katastrofie smoleńskiej: „Brzoza nie jest w stanie zniszczyć takiego samolotu”

Iłlarionow: musimy się dowiedzieć, co się stało w Smoleńsku.
Iłlarionow: musimy się dowiedzieć, co się stało w Smoleńsku. dziendobry.tvn.pl

Andriej Iłłarionow, były doradca prezydenta Rosji Władimira Putina, był gościem programu „Dzień dobry TVN”. Dorota Wellman i Marcin Prokop rozmawiali z nim między innymi o aneksji Krymu, planach Putina oraz katastrofie smoleńskiej. Iłłarionow wyraził opinię, że „żadne skrzydło, żadna brzoza nie jest w stanie zniszczyć takiego samolotu”, dlatego „musimy zrozumieć, czemu to się stało”. Filmik z fragmentem programu szybko stał się hitem prawicowej części internetu.

Iłłarionow mówił między innymi o tym, że pomysł, by zaanektować Ukrainę, towarzyszył politykom Kremla przez ostatnią dekadę. – Przez ostatnie dziesięć lat rozmawiano o takich miejscowościach jak Sewastopol czy Kijów, Rosja chciała być obecna w tych regionach i je kontrolować, ponieważ to święte regiony dla ortodoksyjnych Rosjan – mówi były doradca Władimira Putina, którego rządy wprost określił jako totalitarne.

Prawdziwy szok przeżyli zarówno widzowie, jak i prowadzący, kiedy tematem rozmowy stała się katastrofa smoleńska. Fragment rozmowy, skopiowany na YouTube’a, szybko stał się hitem, szczególnie wśród prawicowych internautów.

– Żadne skrzydło, żadna brzoza nie jest w stanie zniszczyć takiego samolotu, to jest absolutnie jasne. Dlatego musimy wiedzieć, co się naprawdę stało, musimy zadawać pytania, dużo osób zadawało różne pytania do rządu i do władz, ale nie mamy odpowiedzi. Wiemy również, że oficjalny raport MAK-u zawiera pewne elementy (…), które nie odnoszą się do rzeczywistości, do warunków panujących na lotnisku, a mimo to wrak samolotu nadal jest w Smoleńsku, nadal nie został przekazany stronie polskiej. Powstaje pytanie: dlaczego? Pamiętamy także, że po tej tragedii pojawiali się „świadkowie” tej sytuacji i to byli agenci służb specjalnych, a nie prawdziwi świadkowie. Dlatego musimy zrozumieć czemu to się stało – mówił Iłłarionow.

Źródło:
dziendobry.tvn.pl

naTemat.pl

 

 

„Cześć, byku stary!”, czyli czy ksiądz Witek rozmawiał z Chrystusem? I dlaczego odszedł z Kościoła [REPORTAŻ]

Roman Daszczyński, 29.11.2014
Ks. Witold Bock

Ks. Witold Bock (Archiwum prywatne)

Wiele osób łamie sobie teraz głowę, co się stało z księdzem Witoldem Bockiem. Odszedł, bo nie mógł już znieść problemów nabrzmiałych w polskim Kościele? Nie wytrzymał ambicjonalnie? A może górę wziął pociąg do uroków świeckiego życia?
Był wśród kleryków, których wypożyczono z gdańskiego seminarium do Bazyliki Mariackiej, by posługiwali jako kelnerzy podczas kościelnej uroczystości. Za stołem siedziała cała diecezjalna wierchuszka, ludzie z rządu i władz województwa. Witek Bock to kawał chłopa, w dodatku szybki w ruchach. Śmigał z tymi tacami, aż miło – do chwili, gdy zahaczył plecami o wiszący na ścianie obraz. Płótno zakołysało się, spadło z gwoździa i z hukiem walnęło o posadzkę. Był to portret rządzącego wówczas w diecezji gdańskiej biskupa Tadeusza Gocłowskiego. Pierwowzór portretu siedział właśnie na centralnym miejscu, pośród szacownych gości. Zapadła taka cisza, że nikt nie był chyba w stanie przełknąć ani kęsa.Bock błyskawicznie ryknął, jak żołnierz stojący przed generałem do raportu: – Księże biskupie! Proszę o wysłanie do kompanii karnej na front wschodni!Gocłowski spojrzał na czerwonego z emocji kleryka i zaczął się głośno śmiać. Po chwili wszyscy wtórowali arcybiskupowi. Najmocniej było słychać Bocka, z tym jego tubalnym śmiechem.- On zawsze był pozytywny wariat, błyskotliwy i przebojowy – wspomina Krystyna Rzewuska, nauczycielka historii w Technikum Mechaniczno-Elektrycznym w Gdańsku. – Bardzo dobry uczeń, samodzielny w myśleniu. Lubił robić wrażenie na ludziach. Pamiętam, że w tej szarej Polsce schyłkowego peerelu chodził w długim czarnym płaszczu, na który zarzucał wielki biały szal. W ręku trzymał pokaźnych rozmiarów czarny parasol.- Coś wskazywało, że będzie księdzem?- Nie, ale wówczas nikt się nie obnosił z takimi pragnieniami. Jeden z uczniów dopiero po zdaniu matury wyjawił mi, że idzie do seminarium. A Witek? Nigdy nie zrobił nic, czego mógłby się wstydzić. Pewnego dnia peerelowskie władze oświatowe zażądały, by usunąć wszystkie krzyże zawieszone w klasach. Jeśli byśmy sami tego nie zrobili, komuchy zrobiłyby to za nas. Witek, o ile pamiętam, był tym, który zebrał wszystkie krzyże i zaniósł do jednego z nauczycieli, by znalazły się w odpowiednim miejscu. To robiło wrażenie: taki młody chłopak, a naprawdę umiał zachować się godnie…Dwa lata temu Tomasz Korzeniowski, konserwator zabytków w Bazylice Mariackiej, przypadkowo był świadkiem zaskakującej sceny. Na dziedzińcu plebanii ksiądz infułat Stanisław Bogdanowicz zapytał Bocka: – Podobno ksiądz Witek ma ochotę porzucić stan kapłański?

– Ciekawe skąd takie plotki. Mnie w Kościele jest dobrze – miał odpowiedzieć Bock.

Duszpasterz XXI w.

Nikt, kto znał Bocka, nie był zaskoczony, gdy w 1998 r. arcybiskup Gocłowski wziął go na swojego sekretarza prasowego. Błyskotliwy, z ciętym językiem – był księdzem, który nie tylko nie bał się mediów, był wręcz dla nich stworzony. Został duszpasterzem dziennikarzy, z niektórymi mocno się zaprzyjaźnił. Do dziś jest w serdecznych relacjach z Tomaszem Arabskim, który po latach spędzonych w rozgłośniach radiowych został szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, dziś ambasadorem RP w Madrycie.

Bock nie czekał, aż ktoś zgłosi się, by go odpytać na zadany temat życia kościelnego. Skrzykiwał dziennikarzy wokół jakiegoś zadania i sprawa zyskiwała ogromny rozgłos medialny. Próbkę swoich możliwości dał w 1997 r., gdy jeszcze nie był sekretarzem prasowym arcybiskupa. Stał się wówczas motorem pomocy humanitarnej dla Sarajewa, które zrujnowane było dopiero co zakończoną wojną domową. Najpierw była ogłoszona przez Caritas wielka zbiórka artykułów pierwszej potrzeby, następnie do stolicy Bośni ruszyły tiry. Szybko znaleźli się sponsorzy. Wyprawie towarzyszyła spora grupa dziennikarzy z Trójmiasta, którzy na bieżąco relacjonowali przebieg misji.

Bock błyszczał na tle tego przedsięwzięcia. Zarażał innych swoim zapałem. Nie dzielił przy tym mediów na kościelne i świeckie – każdy o niemal każdej porze mógł się do niego dodzwonić.

Jego styl mógł się podobać. Ksiądz Witold jeździł fordem escortem i nie zawsze stosował się do ograniczeń prędkości. W aucie miał zainstalowane urządzenie, które ostrzegało przed fotoradarami. W przyciemnionych okularach wyglądał trochę jak kierowca rajdowy. Znajomych witał tubalnym „Cześć byku stary!”. Rzucił zawsze jakimś dowcipem, trudno go było nie lubić. Pachniał dobrą wodą po goleniu, ubierał się zawsze elegancko. Gości częstował lampką markowego wina albo koniakiem. Dziennikarze uśmiechali się między sobą: duszpasterstwo XXI w.

Jego największym dziełem był Gdański Areopag. Bock organizował tę imprezę wspólnie z ks. Krzysztofem Niedałtowskim. Najpierw było Święto Człowieka, zorganizowane w ramach obchodów milenijnych. W finale tej imprezy intelektualiści z abp. Gocłowskim na czele podpisali się pod Kartą Powinności Człowieka. Jej treść zawiera się w takich paragrafach jak: Odpowiedzialność za dobro wspólne; Respektowanie sprawiedliwości; Dążenie do poznania i działanie w imię prawdy; Odpowiedzialność za słowo; Szacunek dla życia i natury; Rodzina. Abp. Gocłowskiemu, który zawsze znany był ze swoich ambicji intelektualnych, bardzo to odpowiadało – lubił obracać się w wyszukanym towarzystwie, które wkrótce raz do roku zaczęło zajeżdżać do Trójmiasta. Magnesem, który przyciągał znamienitych gości, był Gdański Areopag. Bock dwoił się i troił, by wszystko zapiąć organizacyjnie na ostatni guzik. Skupił wokół imprezy blisko 5,5 tys. uczestników, pomagało mu wielu wolontariuszy. Spotkania Gdańskiego Areopagu odbywały się w Filharmonii Bałtyckiej na Ołowiance – pośrodku sali kilku intelektualistów rozprawiało o istotnych problemach cywilizacyjnych. Publiczność zawsze wypełniała salę po brzegi i słuchała dyskusji w najgłębszym skupieniu.

O Niedałtowskim mówiono, że jest mózgiem imprezy. O Bocku – że sercem.

Manifestacje szacunku

Wszystko zaczęło się sypać w 2008 r., gdy abp Gocłowski poszedł na emeryturę. Wcześniej Bock pozwolił sobie na krytyczny wobec biskupa Sławoja Leszka Głódzia komentarz na łamach Rzeczpospolitej.

Po kilku miesiącach od tej publikacji okazało się, że nowym ordynariuszem diecezji gdańskiej będzie abp Głódź. Nie zabrał się za Bocka od razu, być może badał, czy możliwa jest współpraca. Gdański Areopag był organizowany jeszcze przez cztery lata. Podczas kolejnej odsłony imprezy abp senior Tadeusz Gocłowski został przez liczącą ponad tysiąc osób publiczność ciepło przyjęty oklaskami. Gdy Głódź wziął do ręki mikrofon, by przemówić do zebranych, ludzie zaczęli pokasływać, aż wreszcie niezbyt lubianego arcybiskupa „wyklaskali”.

– Głódź nigdy nie darował Bockowi tego upokorzenia – uważają gdańscy księża.

– Na zewnątrz zupełnie nie było to widoczne – mówi Tomasz Korzeniowski. – W miejscach publicznych obaj wręcz manifestacyjnie okazywali sobie szacunek.

Rzutki i ambitny ksiądz razem z Gdańskim Areopagiem miał się teraz schować do mysiej dziury. Bock mieszkał na plebanii Bazyliki Mariackiej jako wikary. Nie mógł liczyć na żadne awanse ani specjalne zadania. Wymyślił, że będzie robił doktorat na Uniwersytecie Warszawskim – zachęcali go do tego zaprzyjaźnieni goście Gdańskiego Areopagu, m.in. prof. Jerzy Bralczyk. Bock został oddelegowany na czas studiów podyplomowych do Archidiecezji Warszawskiej. Jeździł na uczelnię, a potem zaszywał się w domu rodziców pod Nowym Dworem Gdańskim i pisał swój doktorat, w oparciu o materiały Gdańskiego Areopagu. Gorzkniał.- Dużo rozmawialiśmy z Witkiem o tym, co się dzieje z polskim Kościołem, szczególnie polskim duchowieństwem – mówi jeden z rozmówców Wyborczej. – O tym, że księża zamiast nieść ludziom nadzieję w trudnych i coraz bardziej skomplikowanych czasach, oderwali się od rzeczywistości. Kościół po upadku komuny stał się głównie machiną do walki o wpływy i pieniądze, gdzie lepiej niż inni mają się lizusy i biurokraci. Witek bardzo przeżywał koleje losu księdza Lemańskiego w diecezji warszawsko-praskiej. To go upewniło, że tak się dzieje nie tylko pod rządami arcybiskupa Głódzia. Z goryczą mówił, że już seminarzyści są pompowani lękiem: kto porzuci stan kapłański, ten jest zdrajcą. Że były ksiądz kończy jako taksówkarz albo sprzedawca w sklepie mięsnym, że jak się ożeni, to ta kobieta zachoruje na raka, a jeśli będą dzieci to upośledzone. Proszę tylko nie wyciągać z tego wniosku, że w przypadku Witka chodzi o kobietę. On po prostu chce być wolnym człowiekiem i żyć uczciwie, po chrześcijańsku, poza wspólnotą Kościoła rzymskokatolickiego.Kilka dni temu Bock rozesłał do biskupów, księży, przyjaciół i znajomych przeszło 200 maili o rezygnacji z kapłaństwa i opuszczeniu Kościoła katolickiego. Wiadomość spadła na wszystkich jak grom z jasnego nieba.Witamy wśród żywychW internecie – duże emocje. Setki wpisów na różnych portalach. Przeciwnicy Kościoła rzymskokatolickiego triumfują, jakby Bock strzelił efektowną bramkę w meczu przeciwko biskupom.Ktoś posługujący się nickiem gedwuihrfw stwierdza: „To jaki Flacha jest każdy wie. Ale Witkowi brakło cierpliwości. Mógł poczekać jeszcze 5 lat do emerytury Flaszki i może przyszłyby korzystniejsze wiatry. Albo postarać się o ekskardynację (kanoniczne przeniesienie) do innej diecezji, gdzie jest liberalniejszy biskup, np. Elbląg, Pelplin, Wawa. Wybrał drogę, która sugeruje, że nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem instytucjonalnym”.Ciepłe słowa od Tadeusza: „Wiele lat temu jeździliśmy z kolegami na Jego kazania do kościoła Mariackiego. Niesamowite kazania!!! Wiele z nich pamiętam do dziś. Naprawdę słowa tego kapłana do dziś pomagają mi w życiu. Mądre niesamowicie przemyślane wskazówki. Miałem okazję zamienić z Nim osobiście kilka słów na uroczystości pokazania zdjęć FMW w Dworze Artusa. Krępował się powiedzieć, że sam dostał pałą od zomowców, żeby nie być posądzonym o kombatanctwo. Mądry skromny człowiek. Wzór do innych księży. Jego decyzję przyjąłem z wielkim żalem. Ale znając tego kapłana musiał mieć wielkie powody, że podjął tak dramatyczną decyzję. Mi zostają Jego słowa. Aż Jego słowa z kazań”.

Gdy ktoś porównuje Bocka z ks. Lemańskim, Wojtek-Gdańsk odpowiada: „To daleko nie to samo co Lemański, Bock miał parcie na świecznik”.

KK: „Nie ma się czym chwalić. Pachnie przerostem ambicji – ksiądz powinien być skromny i zdolny do poświęceń. A może z powodu uczestnictwa w życiu świeckim zabrakło czasu na modlitwę?”.

Ave widzi to podobnie: „Droga kariery w korporacji się skończyła i pójdzie do innej. Proste. Nie mówmy o powołaniu kapłańskim, a raczej o drodze awansu społeczno-zawodowego. Został odcięty od kariery, stanowiska i pieniędzy, to zrezygnował. Po co Boga do tego mieszać?”.

Jest i parę postów z insynuacjami na tematy damsko-męskie. Stanisław Ziaja rzuca prowokacyjnie: „Zobaczymy kiedy się ożeni”. Błyskawicznie pod tym wpisem pojawia się sto ocen – większość, 69 internautów, wyraża dezaprobatę dla takiego stawiania sprawy.

Maritt.g. odpowiada: „A niech się żeni, komu to przeszkadza?”.

Sylwia dorzuca: „Taki przystojny… i się marnował… witamy wśród żywych!”.

Delikatna materia sumień

Przyjaciele i znajomi Bocka nie chcą rozmawiać z dziennikarzami. Witek w mailu prosił ich o takt i dyskrecję. On sam tym bardziej nie chce rozmawiać z mediami. Mówi: Od tej chwili jestem osobą prywatną.

Ks. Niedałtowski: – W delikatnej materii ludzkich sumień nie mogę się wypowiadać publicznie przed osobistą rozmową z Witkiem. On tymczasem wyjechał.

Młodsi księża próbują Bocka jakoś tłumaczyć. Starsi – nie widzą usprawiedliwienia. Jedni i drudzy modlą się za niego.

– To bolesna sprawa – mówi ks. Włodzimierz Zduński, który uczył Bocka religii jeszcze w wieku szkolnym. – Witek odszedł od eucharystycznego Chrystusa. Miał czas, żeby zabierać głos na wiele tematów, ale zapomniał porozmawiać z Chrystusem, którego powinien mieć w sercu. Na wierzch wyszedł egotyzm. Są ludzie chorzy na medialność. Gdyby stał mikrofon w gnojowicy, to oni tam pójdą, byle ich widziano i słyszano. Dzisiaj się już modliłem za niego. Gdy przyjmował święcenia kapłańskie, robił to przecież jako dorosły człowiek, ślubował posłuszeństwo. Jeśli już musiał odejść, to nie mógł tego zrobić po cichu?

NAJBARDZIEJ ROMANTYCZNE MAŁE MIASTA W EUROPIE? SĄ DWA Z POLSKI!

Zobacz także

trojmiasto.gazeta.pl

„Nie obsługujemy Rosjan” na knajpie. Cejrowski: Piękna idea. Przyzwoity Rosjanin nie obrazi się, lecz zrozumie

mig, 06.09.2014
Wojciech Cejrowski

Wojciech Cejrowski (FOT. PIOTR SKÓRNICKI / AGENCJA GAZETA)

Na sopockiej restauracji „Piaskownica” wisi kartka „Nie obsługujemy Rosjan”. Restauratora krytykuje Fundacja Helsińska. Zarzuca mu dyskryminację. – Powinien mieć prawo wywieszenia na drzwiach dowolnego zakazu w dowolnej sprawie – broni szefa „Piaskownicy” podróżnik i dziennikarz Wojciech Cejrowski.
Napis „Nie obsługujemy Rosjan” pojawił się na restauracji „Piaskownica” kilkanaście dni temu, gdy rosyjskie wojska weszły na Ukrainę. – Nie mogę się pogodzić z mordowaniem niewinnych ludzi. Solidaryzuję się z Ukrainą – tłumaczył właściciel Piaskownicy Jan Hermanowicz.„Cejrowski: „Przyzwoity Rosjanin, widząc taką kartkę, nie obrazi siꔄMiejsce warte polecenia i wsparcia, gdyż dbają tam nie tylko o dobre żarcie, lecz także o przyzwoitość” – pisał na Facebooku Cejrowski. „Serce rośnie, że nie wszyscy przeliczają swój żywot wyłącznie na forsę. „Ruskich nie obsługujem” to piękna idea – dodał podróżnik. Według niego „przyzwoity Rosjanin, widząc taką kartkę, nie obrazi się, lecz zrozumie nasz stosunek do Putina, bo sam ma podobny”.

 

Facebook usunął oryginalny wpis Cejrowskiego. Dlaczego? Według dziennikarza nie podano mu powodów. On sam sądzi, że to dlatego, iż w oryginalnym wpisie zamiast „Rosjan”, napisał „Ruskich”. Wkleił więc wpis ponownie, zamieniając odpowiednio słowa:

Wojciech Cejrowski na face book dodał(a) nowe zdjęcia (3).

Osoba publiczna · 446 243 osoby lubią to

· Wczoraj o 07:41 ·

Szanowni,

HMMM… wczoraj był tu tekst o restauracji w Sopocie, a dzisiaj został usunięty bez podania powodów. Fejsbuk usuwał mi już kilkakrotnie różne teksty, ale zawsze podawano konkretne słowo, które ich zdaniem „narusza” cośtam. Po wymianie jednego słowa na inne podobne, cały tekst wracał.
Dziś mój wczorajszy wpis zniknął i nie podano żadnego powodu dla którego to się stało. Wymieniłem więc kilka określeń potocznych na bardziej encyklopedyczne i zobaczymy co dalej. Zamia

Zobacz więcej

„Jak nie chcę, żeby mi na posesję przychodzili świadkowie Jehowy „

W kolejnym wpisie Cejrowski wrócił do tematu. „Oooo… widzę że jesteśmy szeroko cytowani, po tym wczorajszym wpisie na temat nieobsługiwania Ruskich” – napisał. I wyłożył swoje zdanie. Według niego każdy właściciel jakiegokolwiek lokalu „powinien mieć pełne prawo wywieszenia na swoich drzwiach dowolnego zakazu w dowolnej sprawie”.

„Jeśli nie chcę, żeby mi na posesję przychodzili roznosiciele ulotek lub Świadkowie Jehowy, powinienem mieć pełne prawo właścicielskie w tym zakresie – moja posesja, więc ja i tylko ja decyduję kogo zapraszam, a kogo wypraszam, nie?” – ocenił. Dodał, że „tak być powinno, ale niestety nie jest”, po czym zacytował fragment opinii Fundacji Helsińskiej: „ustawa równościowa zakazuje odmiennego traktowania w dostępie do usług ze względu na pochodzenie etniczne lub narodowość”. Ustawę skwitował krótko: „jest głupia i stanowi naruszenie podstawowych praw obywatelskich”. Według niego właściciel „Piaskownicy” „chciał słusznie zaprotestować w słusznej sprawie”.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: