Komorowski

Prezydent: – Jeśli ktoś kwestionuje wynik wyborczy, powinien dochodzić swoich racji zgodnie z zasadami demokracji, w sądzie, a nie na ulicy

apa, mw, PAP, 24.11.2014
Prezydent Bronisław Komorowski podczas konferencji dot. wyników I tury wyborów samorządowych

Prezydent Bronisław Komorowski podczas konferencji dot. wyników I tury wyborów samorządowych (PRZEMEK WIERZCHOWSKI)

W Pałacu Prezydenckim zakończyło się spotkanie Bronisława Komorowskiego z obecnym oraz byłymi prezesami Trybunału Konstytucyjnego. – Zgodnie z konstytucją nie ma możliwości powtórzenia wyborów – podkreślali po spotkaniu.
Prezydent – który w związku z sytuacją w kraju zrezygnował z wizyty w Japonii – ma się też we wtorek spotkać z szefem PKW. Jak zapowiadała szefowa prezydenckiego biura prasowego, po tym „przyjdzie czas na spotkania z liderami sił politycznych”.Prezydent: Nie ma podstaw by powtarzać wyboryKomorowski mówił po spotkaniu:- Chciałem zacząć do prawdy ogólnożyciowej, że są tacy, którzy żywią się problemami państwa i tacy, którzy te problemy rozwiązują. I drugie spostrzeżenie: w momencie trudnym ludzie się sprawdzają, albo nie sprawdzają. Jedni dolewają oliwy do ognia, inni starają się pomagać – mówił.Prezydent podkreślał, że podanie wyników wyborów, choć opóźnione, mieści się w konstytucyjnych ramach.- Musi jednak niepokoić wzrost ilości nieprawidłowo oddanych głosów w wyborach do sejmików. Jest to wzrost w stosunku do i tak sporej ilości tych głosów – mówił prezydent. – Ta liczba jest wyraźnie związana z rodzajem władz, na które te głosy są oddawane. W moim przekonaniu należy uwzględnić fakt, że spora część wyborców świadomie wrzucała kartki puste, traktując to jako żółtą kartkę pokazaną władzom – mówił prezydent sugerując, że być może na karcie powinna być opcja, w której obywatel zaznacza, że nie ma na kogo głosować.Podkreślił, że nie jest niczym nadzwyczajnym swoisty „bonus” związany z numerem listy nr 1 – który w ostatnich wyborach wylosował PSL. – To nic nowego w polskim systemie wyborczym; nikt nie powinien być tym zaskoczony – ocenił prezydent. – Przed skróceniem kadencji przestrzegano mnie nie tylko z powodu wątpliwości natury konstytucyjnej. Łatwo sobie wyobrazić, per analogia, że jeśli mógłby ktoś skrócić kadencję sejmików wojewódzkich, to czemu nie można by było skrócić kadencji parlamentu – pyta prezydent. – Nie rozumiem też negowania wyników wyborów i jednoczesnego wzywania do popierania swoich kandydatów w drugich turach – dodał.

Prezydent przypomniał też, że wielu spośród protestujących obecnie polityków, w tym Jarosław Kaczyński, głosowało za kodeksem wyborczym w obecnym kształcie. A także, że członków PKW nominowali kolejni prezydenci wolnej Polski, a Leszek Miller, jako premier, do niektórych z tych kandydatur dawał kontrasygnatę. – Jeśli ktoś kwestionuje wynik wyborczy, powinien dochodzić swoich racji zgodnie z zasadami demokracji, w sądzie, a nie na ulicy. Zachęcam w sposób bardzo zdecydowany do kierowania protestów wyborczych do sądów – mówił prezydent.

Prof. Zoll: Kto odważy się zastąpić członków PKW?

– PKW podała się do dymisji. Powstaje problem zabezpieczenia ciągłości tego urzędu, wyboru nowych sędziów – mówił po spotkaniu konstytucjonalista, prof. Andrzej Zoll. – Nie będzie to łatwe, dlatego, że sędziowie muszą wykazać się nie tylko wiedzą, ale i pewną odwagą, żeby w tych warunkach podjąć się tych obowiązków.

Jego zdaniem najważniejszym problemem PKW był brak komunikacji z wyborcami.

– Trzeba będzie pewnie doprowadzić do nowelizacji kodeksu wyborczego. Ale na posiedzeniu mówiliśmy, że nie można zmienić kodeksu wyborczego przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi. I nie ma co dyskutować. Zmiany w prawie wyborczym nie mogą postępować krócej niż sześć miesięcy przed wyborami. Nie można też znowelizować kodeksu – tłumaczył prof. Zoll. Wśród proponowanych zmian jest m.in. sześcioletnia kadencyjność członków PKW, a także wyłączenie systemu liczącego głosy z zamówień publicznych.

Powtórzenie wyborów niekonstytucyjne

Prof. Zoll odniósł się też do postulatu unieważnienia wyborów.

– Zgodnie z konstytucją nie ma możliwości powtórzenia wyborów. I dobrze, że nie ma. Wyobraźmy sobie, że są wybory parlamentarne, partia rządząca przegrywa i unieważnia wybory większością, którą jeszcze przez chwilę ma. To samo dotyczy skrócenia kadencji – mówi prof. Zoll. – Jeżeli sądy uznają protesty wyborcze to co innego. To jest wyraz podziału władzy i zabezpieczenie, że nie polityk grzebie w wyborach, tylko nadzór nad tym ma władza sądownicza.

Według konstytucjonalisty zarzuty dotyczące kształtu kart wyborczych są przesadzone. Opozycja twierdzi, że dobry wynik PSL zawdzięcza faktowi, że w książeczkach do głosowania ich lista była na pierwszym miejscu.

– To zostało w sposób histeryczny podniesione. Te broszury były również i w wyborach paralamentarnych od 1993 roku. Mamy demokrację, startuje wiele komitetów wyborczych. Trzeba te komitety na jednej karcie ująć. Może to być płachta, albo broszura. Jeżeli to płachta to eliminuje możliwość głosowania przez osoby niewidzące. Wydaje mi się, że mogą zostać broszury, ale trzeba przeprowadzić dokładną rozmowę z wyborcami – mówił prof. Zoll.

O problemach z komunikacją mówił także prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego.

– Wychodzą sędziowie PKW z najlepszą intencją i nie potrafią z dziennikarzami rozmawiać, uważają, że wszystko jest jasne. Przenoszą swoje naturalne doświadczenia z sądów. W sądzie kamer być nie może, chyba, że sędzia na to pozwoli. Wszystko toczy się według pewnych reguł, że jeden mówi i nikt mu nie przerywa. Ja to rozumiem, ale jeżeli ktoś zgodził się być sędzią PKW to przyjął dodatkowe obowiązki gwarantowania wszystkim, że wybory będą przeprowadzone starannie i o tym trzeba dziennikarzom mówić – mówił prof. Rzepliński.

Kaczyński i Miller: Za dużo nieprawidłowości

Z postulatami skrócenia kadencji samorządów wybranych 16 listopada i przeprowadzenia nowych wyborów wystąpili Jarosław Kaczyński i Leszek Miller. Ich zdaniem nieprawidłowości podczas wyborów było zbyt dużo, by można było uznać ich rezultat.

W zeszłym tygodniu prezydent, po spotkaniu z szefami TK, SN i NSA, mówił, że nie ma zgody na kwestionowanie uczciwości wyborów, na przykład przez lansowanie szkodliwej tezy o konieczności powtórzenia wyborów. W piątek szef Państwowej Komisji Wyborczej Stefan Jaworski podał się do dymisji; tak jak i reszta składu PKW. Z funkcji odejdą po drugiej turze wyborów, która odbędzie się 30 listopada.

Zobacz także

Wyborcza.pl

 

Kobieto, nie podnoś głosu

Ana Brzezińska*, Rafał Stec, 23.11.2014

ANDREW YATES/REUTERS

„Dostawałam pogróżki, gdy byłam w ciąży. Ktoś wysyłał listy do redakcji, że mnie dopadnie i zrobi krzywdę, jeśli nie zostawię futbolu facetom”. Poznajcie Jacqui Oatley, pierwszą komentatorkę piłki nożnej w Wielkiej Brytanii.
Kiedy przed kilku tygodniami przyciskała w pomeczowym wywiadzie telewizyjnym – merytorycznie, dociekliwie, nieustępliwie – Arsene’a Wengera, trener Arsenalu wpadał w rosnącą irytację, aż zawyrokował, że takie pytania może zadawać tylko ktoś, kto w ogóle nie oglądał meczu. Jednak oburzeni jego zachowaniem zwracali uwagę nie tyle na treść odpowiedzi, ile na ton i mowę ciała.Gary Lineker – niegdyś wybitny napastnik, dziś gospodarz flagowego futbolowego programu BBC „Match of the Day” – stwierdził, że trener reagował arogancko i protekcjonalnie na pytania znakomite i uczciwe. Publicyści bronili reporterki, twierdząc, że rozmowę prowadziła w najlepiej pojętym interesie kibiców Arsenalu. I dodawali, że Wenger nie ośmieliłby się zachowywać tak lekceważąco, gdyby rozmawiał z przedstawicielem tej samej płci, bo jest znany raczej z cierpliwego znoszenia dziennikarskich przesłuchań. Słowem, mniej lub bardziej otwarcie oskarżali go o seksizm. Byli też adwokaci Francuza, którzy dyskryminację zarzucali z kolei jego krytykom – niepotrzebnie podkreślającym, że reporterka jest kobietą, i w swoim zaślepieniu niezdolnym dostrzec zwykłej frustracji trenera po kiepskim meczu.Nie wiemy na pewno, czy na przebieg incydentu wpłynęła płeć dziennikarki. Wenger faktycznie był rozdrażniony, jego gubiący punkt za punktem Arsenal faworyzowany w meczu z Hull ledwie wymęczył remis, i to u siebie. W każdym razie Jacqui Oatley zdążyła przywyknąć, że w jej związku z futbolem płeć jest najważniejsza. Najbardziej rzuca się w oczy. Czy raczej – w uszy. To m.in. wysoki ton jej głosu był nie do zniesienia dla męskich widzów, gdy odważyła się na więcej niż podsuwanie mikrofonu – na komentowanie gry. Ale o tym za chwilę.+++Paradoks polega na tym, że 39-letnia dziś Brytyjka jest doskonale przygotowana do zawodu warsztatowo i merytorycznie. Sama grała w piłkę, jest wykwalifikowanym trenerem angielskiej federacji (FA), do świata mężczyzn dostała się bez udziału mężczyzn.- Ojciec nie uczył mnie piłki, a brat nienawidzi futbolu, nie obejrzałby nawet finału mundialu – opowiada „Wyborczej”. – Byłam dzieckiem aktywnym, jednak grałam w hokeja na trawie i w tenisa. To były sporty dla dziewczyn, futbol zarezerwowano dla chłopców. Aż pewnego dnia leżałam na kanapie i oglądałam telewizję, akurat zaczynała się transmisja z piłki. Nie było jeszcze pilotów i trzeba było wstawać, żeby zmienić kanał, a mi się nie chciało ruszać, więc obejrzałam mecz do końca. I zrozumiałam – jako 12-latka – że to gra dla mnie. Zaczęłam śledzić strony sportowe w prasie, znalazłam swój lokalny klub, zaczęłam chodzić na mecze. Nie wybrałam futbolu, to futbol wybrał mnie. I dziś nie wyobrażam sobie bez niego życia. Jest wszędzie, to moja obsesja.

Kiedy Oatley zaczynała w latach 80. trenować w amatorskim Chiswick Ladies Football Club, nie istniały jeszcze poważne struktury futbolowe dla kobiet. Koleżanki mówiły jej, że zwariowała. Nauczycielka wf. nie chciała słyszeć o kopaniu piłki, więc Jacqui ćwiczyła sama – żonglerkę w ogrodzie. W latach 1921-71 żeńskich rozgrywek oficjalnie zakazywała FA, angielska liga powstała w 1992 roku, i nadal mają status półprofesjonalny – drużyny najczęściej nie mają własnych stadionów, zatrudniane dorywczo zawodniczki zarabiają niewiele. Oatley rzuciła jednak granie dlatego, że zerwała więzadła i rozłupała sobie rzepkę. Po 10 miesiącach rehabilitacji usłyszała, że na boisko nie wróci. Miała 27 lat.

– Pracowałam w firmie zajmującej się własnością intelektualną, byłam opiekunką klientów. Nie lubiłam tego, a gdy patrzyłam na dziennikarzy w budkach komentatorskich, byłam zafascynowana. Co za wspaniały sposób na zarabianie! Płacą im za oglądanie futbolu! – opowiada dziennikarka, która zgłosiła się do radia szpitalnego (specyficzny brytyjski wynalazek, nadaje dla pacjentów), zaczęła dla niego pisać cotygodniowe raporty sportowe, zapisała się też na wieczorowe studia dziennikarskie i produkcji radiowej. Postawiła wszystko na jedną kartę – rzuciła pracę, sprzedała mieszkanie i pomieszkiwała u znajomych, by móc pasjami oglądać mecze, zdobywać doświadczenie i przygotowywać się do zawodu. – Nie myślałam o tym, że wchodzę w męski świat. Chodziłam na mecze, znałam zasady, grałam w piłkę – nie wątpiłam w siebie.

+++

W tamtych czasach kobiet na trybunach dla mediów niemal nie było. A jeśli przychodziły, to jako narzeczone reporterów albo pracownice klubowego biura prasowego. Ale Jacqui nie odpuszczała. Po latach spędzonych w lokalnych mediach związała się z BBC. I dopóki pracowała w radiu, rzeczywiście tylko incydentalnie czuła, że jako kobieta jest inna. Np. w szeroko cytowanym – zazwyczaj z oburzeniem – wywiadzie z byłym szefem UEFA Lennartem Johanssonem, który w 2005 roku tłumaczył jej, że dla rozwoju futbolu kobiecego należy eksponować fizyczne atuty zawodniczek, bo tylko to zainteresuje sponsorów. – Firmy mogłyby wykorzystać obraz spoconej, ładnie wyglądającej dziewczyny biegającej po boisku w strugach deszczu – radził szwedzki prezes. Jego wizja rymowała się zresztą z pomysłami rządzącego FIFA Seppa Blattera, który rok wcześniej nawoływał, by piłkarki zakładały bardziej obcisłe stroje.

Pierwsze problemy pojawiły się dopiero wtedy, gdy Oatley z radiowej anteny BBC przeniosła się do telewizji. A największy problem spadł na nią, gdy przeżyła przełom w karierze, ponieważ została zaproszona do podsumowującego kolejkę ligi angielskiej renomowanego i cieszącego się wysoką oglądalnością „Match of the Day”. Przed częścią poświęconą analizie meczów emitowane są 8-10-minutowe skróty z komentarzem zamówionym przez redakcję. I właśnie takie wejście Jacqui na antenę dotychczas zdominowaną przez mężczyzn – jej głos relacjonujący mecz Fulham z Blackburn 21 kwietnia 2007 roku – wywołało burzę z gradobiciem. Do reporterek publiczność i środowisko były już przyzwyczajone, naruszenie tabu polegało na tym, że kobieta ośmiela się komentować grę.

– Dni poprzedzające debiutancki „Match of the Day” to moje najgorsze doświadczenie w karierze – wspomina Oatley. – Zaczęło się we wtorek, kiedy jedna z gazet napisała, że w sobotę będę komentować. Ludzie dzwonili do redakcji i pytali, czy w ogóle mi wolno, skoro żadna kobieta wcześniej tego nie robiła. Jeden ze starszych trenerów z oburzeniem powtarzał, że wszyscy są przeciwko tej decyzji, mimo że prawie nikt jeszcze nie wiedział, że wystąpię jako komentatorka [chodzi o Dave’a Bassetta, którzy grzmiał też, że jest „absolutnie przeciwny”, że „komentowanie wymaga rozumienia taktyki” i że „na pewno nie będzie oglądał”]. Gazety podchwyciły temat, sprawa nabrała seksistowskiego zabarwienia. Przez cztery dni odbierałam telefony i odpisywałam na przychodzące co minutę maile, zamiast przygotowywać się do meczu. Czułam się uwięziona, nie mogłam wyjść z domu, dziennikarze nachodzili moją matkę.

Koleżanka ze szkoły pisała mi, że reporterzy wypytywali ją, czy jestem lesbijką, skoro interesuję się piłką nożną. Czy to naprawdę była taka zmiana? Naprawdę można ogłaszać rewolucję tylko dlatego, że kobieta wie, kto jest przy piłce, i umie poprawnie nazwać to, jak zawodnik podaje?

Pytania dziennikarki są tym bardziej zasadne, że stacja BBC ani hucznie nie reklamowała „sensacyjnej” decyzji, ani nawet jej nie zapowiadała. Zwyczajnie umieściła nazwisko Oatley w ramówce. A jednak temat błyskawicznie sięgnął brukowców.

Steve Curry z „Daily Mail” przedstawiał nową komentatorkę – jeszcze przed emisją programu – jako „bohaterkę transferu, której egzaltowany głos brzmi jak syrena alarmowa”. Na Facebooku zawiązała się grupa „Kobiety komentujące w MOTD… Wracajcie do kuchni”, w której obok wulgarnych, niezdatnych do cytowania komentarzy można było przeczytać też bardziej umiarkowane, jak uwaga, że „one nie mają prawa nawet mówić o piłce, gdy znajdują się w pobliżu jakiegokolwiek mężczyzny”. Niektórzy kibice, trenerzy i dziennikarze, którzy nie znali przeszłości Oatley, podnosili również argument fachowości, przypominając, że kto sam nie grał, ten nie zrozumie futbolu. Brak łatwo dostępnych informacji o jej wcześniejszych osiągnięciach i zapleczu merytorycznym sprzyjał bzdurnym domysłom i erupcjom emocjonalnego sprzeciwu. Atakowano ją za płeć, barwę głosu, ton.

+++

Afera nie zahamowała kariery Jacqui, która komentowała mecze, prowadziła programy, zaangażowała się w przybliżanie brytyjskim odbiorcom żeńskiej piłki. Tylko odporności psychicznej potrzebowała więcej niż koledzy po fachu. – Dostawałam pogróżki, gdy byłam w pierwszej ciąży – wspomina. – Ktoś wysyłał listy do redakcji, że mnie dopadnie i zrobi mi krzywdę, jeśli nie odejdę z zawodu. Nie chciał mnie tam, pisał, że mam zostawić piłkę facetom. „Uważaj, jeśli się nie wycofasz, poniesiesz konsekwencje”. Byłam w siódmym miesiącu i bałam się, idąc i wracając z pracy. Nie złożyłam skargi na policję, ale BBC mi pomogło. Przestali mnie informować o tym, czy przychodzą kolejne listy, a ja uparłam się, że nie przestanę pracować.

Po porodzie Oatley zrezygnowała z etatu i kontynuowała współpracę z BBC jako wolny strzelec, dziś występuje częściej w roli prowadzącej lub reporterki, która przepytuje Arsene’a Wengera i jego kolegów po fachu lub ich podwładnych, niż komentatorki meczów. – Po cięciach stacje nie płacą dużo za komentowanie, a trzeba poświęcić dodatkowy dzień, by przygotować się do transmisji. Jako pracująca matka nie mam na to czasu. Praca w studiu jest łatwiejsza i przyjemniejsza, no i widzom nie przeszkadza. A komentarz przeszkadzał. Gdyby nie te wszystkie okoliczności, chciałabym nadal komentować, najchętniej w radiu. To naturalna rozmowa z drugą osobą o piłce, staranny opis tego, co dzieje się na boisku.

Dziś kobiety komentujące angielskie mecze się zdarzają, ale wciąż bardzo rzadko. Za to seksistowskie uwagi – afery wciąż wybuchają – są zdecydowanie karane. W 2011 roku telewizja Sky pozbyła się Andy’ego Graya i Richarda Keysa, którzy, sądząc, że rozmawiają przy wyłączonych mikrofonach, rechotali na widok Sian Massey, asystentki sędziego przygotowującej się do meczu Wolverhampton – Liverpool. „Mieści ci się to w głowie? Żeński sędzia liniowy. Przecież kobiety nie rozumieją przepisu o spalonym” – mówił Gray. „Pewnie, że nie rozumieją!” – odpowiadał Keys.

Jacqui Oatley mówi, że swych dawnych krytyków potrafi zrozumieć. – Widzowie chcą czuć komfort, oglądając ulubiony program – tłumaczy. – A dla wielu ludzi, którzy wyrośli w świecie, w którym kobiety nie miały wstępu do futbolu, moja obecność była niewygodna. To nie ich wina, każdy ma uprzedzenia związane z wychowaniem i osobistymi przeżyciami. Nasza tradycja była taka, że mężczyźni grali, patrzyli i uczestniczyli; kobiety są w piłce od niedawna. Ludzie nie znali mojego dorobku, więc na dobrą sprawę oceniali głównie moją płeć. Nigdy nie traktowałam tych opinii serio, ponieważ nie dotyczą mnie i opierają się na doświadczeniach z najbliższego otoczenia krytyków – na wspomnieniu ich sióstr, matek, koleżanek. Ciężko z tym walczyć, gdy ma się tylko 8 i pół minuty.

 

Na czym właściwie polega konflikt? – Niektórym obecność kobiet odbiera przyjemność z futbolu, psuje im całą zabawę. Wcześniej sami chodzili na mecze, stali na trybunach z kolegami, mogli krzyczeć i sikać na stadionie, dzięki czemu czuli się jak faceci. Na chwilę uciekali od rodzin, byli u siebie. Aż tu nagle obcy wtargnęli na ich terytorium. Dlatego protestują: czy naprawdę nie ma już miejsc, w których nie byłoby kobiet? A kobiety zrażają się do walki o własne kariery w świecie futbolu. Obejrzeć mecz to jedno, co innego włamywać się tam, gdzie przebywają sami faceci, gdzie istnieje męska klika, która się zna od lat. Ile kobiet chciałoby się skazywać na to, co mnie spotkało? Kto chciałby być krytykowany i wyzywany, narażać swoją rodzinę? Kto by chciał takie życie? Na szczęście również w piłce nasza sytuacja się poprawia. Dziewczynki grają dziś w piłkę, mają coraz więcej drużyn do wyboru. Moja trzyletnia córeczka też już kopie.*Ana Brzezińska – reżyser dokumentalista i producent, fascynuje się piłką nożną
Zobacz też w Sport.pl Ekstra:Smutek bez StochaJustyna Kowalczyk: Kanapki na drzewach, gwiazdy przed oczami [FELIETON]W Macao Pacman pobił prawdziwego Rocky’egoFederer ma (prawie) wszystko

Koszulkowy wielki biznes

Jechał mercedesem tak szybko, jakby go ukradł

Poligon. Ile kosztuje „dzień dobry”

Planeta Leo Messiego

Nauka w służbie sportu: Z poduszką na narty

Wojciech Kuczok: Fakty nieautentyczne

Zobacz także

ekstra.sport.pl/ekstra

Kaczyński we „Wprost”: Polska nie jest demokratyczna, nie spełnia wymogów członkostwa w Unii

WB, 24.11.2014
Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński ()Fot. Maciej Swierczynski / Agencja Gazeta)

„Kluczowe jest to, żeby nie sfałszowano kolejnych wyborów, nieważne, czy z bałaganu, czy w sposób intencjonalny” – mówi Jarosław Kaczyński i porównuje działania podejmowane przez PiS wobec „niewiarygodności” wyborów do protestów przeciw stanowi wojennemu.
„Te wyniki, które zostały już ogłoszone, są całkowicie niewiarygodne (…) Demokracja jest tam, gdzie opozycja może przejąć władzę. A jeśli opozycja faktycznie nie może przejąć władzy, tam demokracji nie ma” – mówi Jarosław Kaczyński w najnowszym wydaniu „Wprost”. Opisuje przy tym najbliższe plany – wezwanie do głosowania w drugiej turze na dowolnych kandydatów, którzy nie są z PO i PSL, protesty wyborcze i demonstrację w Warszawie.

Kaczyński zapowiada też „międzynarodową akcję w OBWE i Parlamencie Europejskim”. Ma zamiar wykazać, że Polska straciła charakter demokratyczny, a w związku z tym nie spełnia wymogów członkostwa w UE.

Gorsza już tylko wojna

Prezes PiS tłumaczy, że nie we wszystkich okręgach mężowie zaufania PiS pilnowali wyborów, bo ogromna część osób związanych z partią startowała w wyborach. Odnosi się przy tym do Solidarnych 2010, którzy – choć mają dobre intencje – „reagują zbyt emocjonalnie”.

Kaczyński odcina się od osób, które okupowały siedzibę PKW. „Nie na tym polega skuteczna polityka” – mówi i dodaje, że politykom PiS, którzy byli na miejscu, zostanie to „odpowiednio wytknięte”. „Natomiast zgadzam się z panią Stankiewicz, że gorsza od tego, co się stało, mogłaby być tylko wojna”.

PRL-owska narracja Ewy Kopacz

Pytany o Ewę Kopacz, mówi, że klub PiS musi się zastanowić nad zaproszeniem jej na posiedzenie, bo „poziom hipokryzji i cynizmu jest taki, że jest pytanie, czy to jest osoba, z którą w ogóle warto rozmawiać. Z Urbanem w spódnicy”.

Kaczyński porównuje działania opozycji do protestów przeciwko stanowi wojennemu. „Wielki błąd po 1989 r. polegał na tym, że nie ukarano tych, którzy dopuścili się w ciągu kilkudziesięciu lat komunizmu zbrodni, że nie wyeliminowano ich trwale z życia publicznego. I to nie na zasadzie kar symbolicznych, tylko ciężkich kar, łącznie z dożywociem, choć pamiętajmy, że wtedy kara śmierci istniała w kodeksie” – dodaje.

Zdaniem prezesa PiS ta „pobłażliwość wobec komunizmu” poskutkowała „niesłychanym cynizmem, bezczelnością, wiarą, że władzę utrzymamy w każdej sytuacji”. Ewa Kopacz ma według niego kontynuować narrację PRL.

Kaczyński nie widzi jednak problemu we współpracy z postkomunistycznym SLD. „Na wojnie każdy bagnet dobry” – ocenia, ale zaznacza jednocześnie, że nie zamierza współpracować z Palikotem, bo ten jest „poniżej wszelkich możliwych norm”.

Prorosyjski PSL

Kaczyński krytykuje sposób przeprowadzenia wyborów i przypomina: „My już dawno złożyliśmy w tej sprawie dziesięć poprawek do Kodeksu wyborczego. Wszystkie zostały odrzucone. Jakie było uzasadnienie tego odrzucenia? Można sobie wyobrazić tylko jedno – chęć fałszowania wyborów”.

Zdaniem prezesa PiS problem z wyborami ma „wyraźny akcent międzynarodowy”. „W Polsce jest tylko jedna partia od lat konsekwentnie prorosyjska. ZSL, czyli PSL (…) Jest jedna partia, która zawierała korzystne kontrakty dla Rosjan i ta partia jest dzisiaj forsowana. Ja sobie to skojarzyłem w poniedziałek rano po wyborach. Polska wyruszyła w drogę na wschód i trzeba ją z tej drogi zawrócić” – opisuje.

gazeta.pl

Kaczyński – wściekłość i żal

Paweł Wroński, 24.11.2014
Prezes PiS Jarosław Kaczyński

Prezes PiS Jarosław Kaczyński (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Na zakończenie wyborów prezes PiS Jarosław Kaczyński raczył nazwać premier Ewę Kopacz „Urbanem w spódnicy” i wzywa swoich zwolenników, by wyszli na ulicę. Słusznie, to odpowiednie miejsce. Język, który stosuje wobec urzędującej pani premier, nie jest językiem „żoliborskiej inteligencji”, ale językiem ulicy i to raczej podrzędnego zaułka.
Od czasu, gdy Jarosław Kaczyński jako premier wyzwał ludzi, którzy się z nim nie zgadzali od ZOMO, trudno uważać go za wzór dobrego wychowania. I to mimo wysiłków pisowskich publicystów, którzy tego rodzaju wybryki lidera PiS uważają za „zrozumiałe”, bo wynikające z konsekwentnie uprawianego wobec niego „przemysłu pogardy”.Wywiad Kaczyńskiego dla „Wprost” jest kuriozalny ze względu na natężenie inwektyw oraz to, że lider PiS w rozpaczy rozdaje ciosy na lewo i prawo. PSL, jak stwierdza, „czyli ZSL” – to dla niego partia konsekwentnie prorosyjska. Choć to z tą partią kleił koalicję w 1989 r. i namawiał ją do wsparcia IV Rzeczypospolitej w 2007 r., gdy wykończył Samoobronę. Prezydent Bronisław Komorowski, co już wcześniej słyszeliśmy, został wybrany w wyniku „wielkiego nieporozumienia”, bo jest postrzegany jako konserwatywny, a w gruncie rzeczy jest to „polityk skrajnej lewicy, choćby obyczajowej”. Jedynie Leszek Miller zasługuje na przyjazne określenie jako „bagnet” potrzebny w wojnie, choć zdaje się, że to Kaczyński chciałby w tej wojnie bagnetem dowodzić. Słuszna jest niewątpliwie krytyka działań PKW, która zafundowała nam nieprawdopodobny bałagan. Widać jednak, że prezes nie może się zdecydować, czy wyniki tych wyborów są tylko „niewiarygodne”, czy też zostały „sfałszowane”, a co za tym idzie – władza przestała być demokratyczna, zaś obywatel stał się poddanym.W przypadku polityków często od tego, co mówią, istotniejsze jest, dlaczego to mówią. Niekontrolowany wybuch wściekłości Jarosława Kaczyńskiego coś oznacza i z czegoś wynika. Obrazuje jakąś frustrację.W wywiadzie dla „Wyborczej” na miesiąc przed wyborami samorządowymi były już rzecznik PiS Adam Hofman twierdził, że wygrana jego partii to choćby o jeden więcej radny w sejmiku województwa. Tak się nie stało. PiS te wybory faktycznie przegrał. Mimo że wiele czynników przemawiało za jego wygraną – choćby fakt, że do urn poszło więcej wyborców z mniejszych miejscowości i wsi, gdzie poparcie dla PiS jest tradycyjnie wyższe.To te wybory miały pokazać, że PiS nie tylko jest zdolny do wygrywania wyborów, ale do samodzielnych rządów bez żadnego koalicjanta. Okazało się jednak, że spora część wyborców, nawet ta zniechęcona do Platformy Obywatelskiej, woli zagłosować na PSL, byleby nie głosować na partię Jarosława Kaczyńskiego. PiS-owi po raz kolejny nie udała się próba przebicia szklanego sufitu – czyli zdobycie ponad jednej trzeciej głosów, bo zasada „byleby nie na PiS” nadal obowiązuje.Tym wywiadem prezes PiS udowadnia, że obawa Polaków przed takim politykiem jak Kaczyński jest jak najbardziej słuszna, a nasz naród jest narodem mądrym i rozsądnym, choć nie zawsze jest w stanie poprawnie wypełnić karty do sejmiku województwa.

Zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji prezes Kaczyński nie chciałby konfrontacji z premier Ewą Kopacz i nic nie wyjdzie z zaproszenia jej na posiedzenie klubu PiS. Kaczyński twierdzi, że premier nie jest tego godna, bo „jej poziom cynizmu i hipokryzji” nadmiernie go razi. Poprzednio jak ognia unikał konfrontacji z Tuskiem, teraz boi się starcia z premier Kopacz. W takiej sytuacji wygodniej jest bowiem wygłaszać tyrady do pustego krzesła.

Marzenia PiS o wielkim zwycięstwie wyborczym w 2015 roku i samodzielnych rządach właśnie pryskają. To musi budzić wściekłość. To musi rodzić niedowierzanie. W takiej rozpaczy można jedynie zwyzywać konkurentów w wywiadzie prasowym i jeszcze wyjść na ulicę, by wykrzyczeć swoją wściekłość.

Zobacz także

Wyborcza.pl

 

Polskie wybory dziś na forum PE. „PiS umiędzynaradawia swoje paranoje”

look, 24.11.2014

Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta

Europosłowie PiS złożyli wniosek o debatę na forum Parlamentu Europejskiego w sprawie polskich wyborów. Chcą, aby zakończyła się przyjęciem rezolucji zaadresowanej do władz Polski. Głosowanie nad wnioskiem ma odbyć się po godz. 17.
O akcji europosłów PiS poinformował na Facebooku europoseł PO Adam Szejnfeld. W krótkiej informacji nazwał ich działania skandalem. – No to już jest skandal! PiS umiędzynaradawia swoje paranoje Polscy europosłowie złożyli wniosek o dodanie do agendy dzisiejszej debaty PE rezolucji na temat nieprawidłowości przy ostatnich wyborach. Wniosek ma być głosowany w Strasburgu po godz. 17 – pisał.Rzeczywiście Grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR) złożyła dziś z inicjatywy PiS wniosek o debatę w sprawie przebiegu wyborów samorządowych w Polsce. Polscy europosłowie chcą, by zakończyła się ona przyjęciem rezolucji, np. wzywającej Polskę do zbadania nieprawidłowości.Przewodniczący delegacji PiS w PE Ryszard Legutko uzasadnił wniosek tym, że – jak ocenił – „wybory z 16 listopada są pierwszymi po 1989 roku budzącymi tak wiele wątpliwości co do prawidłowości ich przeprowadzenia”.- Państwowa Komisja Wyborcza odpowiedzialna za przeprowadzenie wyborów, policzenie głosów i ogłoszenie wyników nie wywiązała się z tego zadania. Zamiast tego mieliśmy festiwal konferencji, błędów i w końcu wyniki, które znacząco odbiegają od badań exit polls. Wszystko to zmusza do zadania pytania o rzeczywisty przebieg tych wyborów – oświadczył europoseł PiS, cytowany w komunikacie prasowym frakcji EKR.Jego zdaniem takie zdarzenia, jak przerywanie liczenia głosów w komisjach, sposób skonstruowania karty wyborczej czy rozbieżności między wynikami podawanymi przez PKW a Wojewódzkimi Komisjami Wyborczymi „stawiają pod znakiem zapytania rzetelność przeprowadzonych wyborów”.- Gdyby takie nieprawidłowości zostały zauważone przez obserwatorów z ramienia OBWE w jakimkolwiek innym kraju, sprawa spotkałaby się z uzasadnionymi sprzeciwem ze strony instytucji europejskich, stojących na straży praw demokratycznych – wskazuje europoseł PiS.

– Mam nadzieję, że uda nam się przekonać o tym PE i włączyć sprawę wyborów w Polsce do porządku obrad bieżącej sesji – dodaje Ryszard Legutko.

O godz. 17 w Strasburgu zaczynie się czterodniowa sesja PE. Wtedy też zostanie ustalony porządek obrad. Politycy PiS liczą, że debata nad polskimi wyborami odbędzie się jeszcze dzisiaj. Aby tak się stało, wniosek EKR będą musiały poprzeć także inne frakcje. Według Adama Szajnfelda Europejska Partia Ludowa (EPP), do której należy PO i PSL, inicjatywy PiS nie poprze.

– Właśnie zwróciliśmy się do EPP o odrzucenie wniosku PiS. Wniosek w imieniu PO-PSL złożył Jan Olbrycht. Mamy poparcie swojej frakcji w Parlamencie Europejskim – poinformował Szejnfeld.

Wyborcza.pl

 

Msza święta w hali sportowej. Tak poświętuje o. Rydzyk

Sylwia Targaszewska, 24.11.2014
Urodziny Radia Maryja w Toruniu

Urodziny Radia Maryja w Toruniu (Fot. Mikołaj Kuras / Agencja Gazeta)

Dwie niespodzianki przygotował o. Tadeusz Rydzyk na 23. rocznicę powstania Radia Maryja: wierni spotkają się nie w kościele, ale w nowej hali sportowej przy ul. Bema, a mszę św. odprawi tam kard. Stanisław Dziwisz
Radio Maryja skończy 23 lata 8 grudnia, ale od kilku lat rocznicowe uroczystości odbywają się w Toruniu nieco wcześniej. Tak będzie i w tym roku. Tysiące pielgrzymów zjadą na urodziny rozgłośni w ostatnią sobotę listopada. Od początku istnienia stacji świętowanie odbywało się w kościele oo. redemptorystów na Bielanach i ustawianych obok namiotach.W tym roku będzie inaczej. – Trzeba powiedzieć, że każdego roku zasmucało nas, że wielu ludzi, pielgrzymów stało parę godzin w tłoku, w kościele, w namiotach, że sanitariaty wielokrotnie były na mrozie. Zasmucały nas również inne niedogodności dla naszej rodziny – mówi o. Rydzyk w komunikacie na antenie RM. – Dlatego, gdy otwarto przed paroma miesiącami w Toruniu piękną halę sportowo-widowiskową przy ul. Bema, poprosiliśmy włodarzy miasta o możliwość, by właśnie tam świętować.W przeciwieństwie do ciasnego kościoła św. Józefa, w nowoczesnej, otwartej w sierpniu hali za ok. 160 mln zł, zmieści się nawet 7 tys. osób.- Będzie kilka tysięcy miejsc siedzących. Zgromadzimy się wszyscy razem i wszyscy będziemy widzieli ołtarz, a tę uroczystość będziemy celebrować przy ołtarzu, przy którym Ojciec Święty Jan Paweł II odprawiał w Toruniu nabożeństwo czerwcowe [w 1999 r. – red.] – opowiada o. Rydzyk w RM. – W tej hali są kulturalne warunki; także możliwość, by coś tanio zjeść, napić się czegoś ciepłego, herbaty czy kawy.Jak zapowiada ojciec dyrektor przed halą – podobnie jak w ubiegłych latach przed kościołem redemptorystów – staną dwa duże namioty oraz wielki telebim.

Świętowanie zacznie się w sobotnie południe. Wejściówki do hali można będzie odbierać najpierw w siedzibie Radia Maryja, a potem w obiekcie przy ul. Bema.

Spotkanie w hali to niejedyna niespodzianka, jaką Rydzyk przygotował dla wiernych. Mszy św. będzie bowiem przewodniczył sekretarz i najbliższy współpracownik Jana Pawła II – kard. Stanisław Dziwisz. To zaskoczenie, bo tuż po śmierci papieża i objęciu archidiecezji krakowskiej, kardynał był jednym z największych w episkopacie krytyków Radia Maryja. Ostatnio jednak hierarcha bardzo ciepło wypowiada się o toruńskiej rozgłośni. – Chciałbym podziękować radiu za jego służbę dla Polski i rodaków na świecie – mówił kard. Dziwisz w październiku, w sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie.

Pielgrzymi, którzy w sobotę przyjadą na obchody do Torunia, będą mogli też obejrzeć kościół, jaki o. Rydzyk wznosi przy Porcie Drzewnym jako „wotum wdzięczności za św. Jana Pawła II”. – Jest to budowa, dar Polaków, rodaków z Ojczyzny i świata, każdy może mieć swoją cegiełkę. Budowa idzie pięknie, szybko – mówi o. Rydzyk w RM.

– Jeśli zechcecie państwo przyjechać nieco wcześniej, polecamy zobaczyć np. katedrę toruńską, w której był ochrzczony Mikołaj Kopernik – zachęca na koniec pielgrzymów ojciec dyrektor. – Warto zobaczyć starówkę. Toruń jest pięknym miastem. Mówi się, że Toruń to mały Kraków – a Kraków to jest mały Rzym.

Zobacz także

torun.gazeta.pl

Parlament Europejski nie pomoże PiS w sprawie wyborów. Europosłowie nie chcą debatować o „zagrożeniu demokracji w Polsce

Parlament Europejski nie pomoże PiS w sprawie wyborów samorządowych.
Parlament Europejski nie pomoże PiS w sprawie wyborów samorządowych. Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta

Parlament Europejski nie zajmie się nieprawidłowościami w pracy polskich organów wyborczych i rzekomymi fałszerstwami. Wniosek polityków Prawa i Sprawiedliwości dotyczący „wyborów samorządowych i zagrożenia dla demokracji w Polsce” został w poniedziałkowe popołudnie odrzucony przez europarlamentarną większość.

Choć ideę zbadania powodów, dla których sondażowe wyniki wyborów samorządowych różniły się od ostatecznej informacji Państwowej Komisji Wyborczej poparli partnerzy PiS z Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, europejscy koalicjanci Platformy Obywatelskiej okazali się wobec tego pomysłu sceptyczni.

Dzięki wsparciu Europejskiej Partii Ludowej platformersom szybko dało się złożyć skuteczny wniosek o odrzucenie tego, który wcześniej złożyli politycy PiS w sprawie debaty na temat polskich wyborów samorządowych.

– Gdyby takie nieprawidłowości zostały zauważone przez obserwatorów z ramienia OBWE w jakimkolwiek innym kraju, sprawa spotkałaby się z uzasadnionymi sprzeciwem ze strony instytucji europejskich, stojących na straży praw demokratycznych – argumentował wcześniej szef europarlamentarnej delegacji PiS, prof. Ryszard Legutko.

Zdaniem PiS, głosowanie z 16 listopada jest bowiem pierwszym po 1989 roku, które „budzi tak wiele wątpliwości co do prawidłowości ich przeprowadzenia”. „Mieliśmy festiwal konferencji, błędów i w końcu wyniki, które znacząco odbiegają od badań exit polls. Wszystko to zmusza do zadania pytania o rzeczywisty przebieg tych wyborów” – czytamy w oświadczeniu partii Jarosława Kaczyńskiego.

naTemat.pl

Kuszenie w cieniu katedry

Marcin Kącki, 20.11.2014

Rys. Mateusz Kołek

Butelki po whisky arcybiskup każe zabierać ze sobą
Marię dręczą pytania. Chciałaby je zadać hierarchom kościelnym, bo uważa, że przez nich straciła syna.Szukam odpowiedzi. Kuria poznańska nie chce o tym rozmawiać. Dzwonię do abp. Juliusza Paetza. Głos w słuchawce spokojny. – Czas nie dojrzał jeszcze do takiej rozmowy – mówi.Idę pod kanonię Paetza, willę obok poznańskiej katedry. Pukam, otwiera zaskoczony. Niechętnie mnie gości, ale nie wyrzuca, skoro jestem, jak mówi, tak zdeterminowany.Siedzimy w staromodnym salonie z wystawionym na widok listem gratulacyjnym od Benedykta XVI. Za oknem bije na mszę katedralny dzwon. Blisko 80-letni, lekko zgarbiony, z dyskretnym uśmiechem na twarzy, dostojny w ruchach. W koszuli z koloratką, lekkim swetrze. Stawia na stole przykrytym białym obrusem kawę i ciasteczka. Chyba zamęczam go pytaniami, które nurtują Marię, bo grzecznie kończy rozmowę.

– Mam do pana prośbę – mówi w drzwiach, składając ręce jak do modlitwy. – Proszę napisać o mnie prawdę.

– O chłopcach pachnących Hugo Bossem, leczących się psychiatrycznie, o butelkach po whisky chowanych przed urszulanką?

Unosi brwi, uśmiecha się łagodnie, błogosławi mnie znakiem krzyża na drogę.

Piotr

Maria i jej mąż uprawiają rolę w jednej z wielkopolskich wsi. Byli dumni z syna, proboszcz mówił, że Piotr jako dziecko był taki uduchowiony. Maria była spokojna, że syn poszedł do seminarium. Bo gdzie będzie bezpieczniej jak pod poznańską katedrą?

Spotkała Paetza, gdy przyjechała odwiedzić syna. Serdeczny, bezpośredni, pokazał plac budowy nowego seminarium i powiedział: „Wasz syn będzie tu mieszkał”. Maria pamięta, że nawet na tablicy tej budowy był napis „Inwestor: abp Juliusz Paetz”. Mąż mówił jej, że ten arcybiskup trochę dziwny, ale nie zwracała uwagi.

Po kilku miesiącach syn przyjechał do domu bez zapowiedzi. Od progu wyglądał inaczej, trzy dni się nie odzywał, nie chciał wracać do Poznania. W końcu powiedział: „Arcybiskup to pedał”.

Maria nie jest w stanie opowiedzieć, co przeżywali. Paetz był dla nich jak święty, pracował u boku świętego papieża Jana Pawła II, a tu takie coś. Świat się zawalił.

Ksiądz mnie molestował [ROZMOWA]

Piotr leczył się psychiatrycznie, długo wychodził z depresji, a Maria zrozumiała, że i księży szatan kusi. Już św. Faustyna w swoich wizjach widziała schodzące w ogień piekielny orszaki biskupów.

Uwierzyła synowi, że był obmacywany, ściskany, całowany. Że arcybiskup wybierał ładniejszych kleryków, by mu usługiwali jako kelnerzy w pałacu, gdy przyjmował bogatych, ważnych ludzi.

W kwietniu 2010 roku Maria nakrywa do stołu, zasiada z mężem, synem. W telewizorze widzą uroczystości pogrzebowe pary prezydenckiej po katastrofie w Smoleńsku. Na ekranie zbliżenie twarzy arcybiskupa Juliusza Paetza, który idzie w pożegnalnym orszaku. Piotr podrywa się, nie zdąża do ubikacji, wymiotuje na środku pokoju.

Dopiero od niedawna chodzi do kościoła, ale nadal pilnują, by wyłączać telewizor, gdy pokazują Paetza.

Kościół kaja się za pedofilię. Ofiary chcą odszkodowań

– Modlę się, by syn znów nie wpadł w depresję, choć minęło już prawie 15 lat od naszej tragedii. No, niech mi pan powie – Maria unosi głos. – Dlaczego oglądamy Paetza w telewizji w pierwszym rzędzie na kolejnych uroczystościach? Nie ma wstydu, jest taki butny, dumny. Gdyby chociaż przeprosił…

BaccioneNajpierw „Fakty i Mity”, a w lutym 2002 r. „Rzeczpospolita” w tekście „Grzech w Pałacu Arcybiskupim” opisuje kulisy wieloletniego molestowania młodych, pełnoletnich seminarzystów przez arcybiskupa poznańskiego Juliusza Paetza: to seksoholik, zaleca się nawet do archeologów szukających koło katedry reliktów pałacu Mieszka I. Wybierał seminarzystów uległych lub pochodzących z ubogich domów, jak Piotr, do których chodził podziemnym przejściem, przekupywał prezentami, stypendiami w Rzymie.Działaczom katolickim sprawa znana była wcześniej. Maciej Giertych rozmawiał z Paetzem, żądając zaprzestania seksualnych praktyk. Bez skutku.Ks. Tomasz Węcławski, dziekan Wydziału Teologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, wspólnie z rektorem seminarium słali listy do nuncjusza apostolskiego, opisując molestowanie. Do papieża nie dotarły, a Paetz w zemście nękał Węcławskiego. Ksiądz stracił posadę dziekana wydziału teologicznego, zrezygnował z kapłaństwa, dokonał apostazji, ożenił się, przybrał nazwisko Polak.

Dopiero Wanda Półtawska, przyjaciółka Jana Pawła II, dostała się do ucha papieża, opowiedziała o breweriach.

Nigdy nie ujawniono raportu komisji watykańskiej, którą przysłał papież. Nie wiadomo, kto i co zeznawał. Watykan odsunął Paetza na emeryturę, nikt nie złożył doniesienia do prokuratury.

Paetz bronił się z ambony, że źle interpretowano jego spontaniczność. Klerykom mówił, że to niewinne „baccione” (z włoskiego: całus).

Prof. Tomasz Polak mówi mi dziś, że wśród molestowanych byli dwaj bracia, klerycy. Jeszcze inny przyznał się Polakowi, że Paetz zawiózł go do znajomego proboszcza w Niemczech, do gejowskiej sauny. Kilku kleryków porzuciło sutanny, wyjechali na Zachód, co najmniej jeden trafił do szpitala psychiatrycznego.

Wojna

Katedra, Pałac Arcybiskupi, seminarium duchowne są na Ostrowie Tumskim, w dzielnicy Poznania zwanej wyspą, bo leżącej w rozlewisku Warty.

Zmuszony do rezygnacji Paetz osiadł tam w willi tuż przy katedralnym placu. Po jego drugiej stronie, w Pałacu Arcybiskupim, zamieszkał abp Stanisław Gądecki. Miał 53 lata, gdy zajął miejsce skompromitowanego arcybiskupa.

Kim jest abp Stanisław Gądecki, nowy przewodniczący Episkopatu Polski? [SYLWETKA, OPINIE]

Stanisław Zasada, dziennikarz współpracujący z mediami katolickimi: – Nie da się ukryć, że hierarchowie za sobą nie przepadają.

Jan Filip Libicki, senator PO, działacz katolicki: – Są z innych światów.

Paetz jest zaprawionym gawędziarzem i salonowcem uwielbianym przez establishment Poznania.

Gądecki w Episkopacie zajmował się dialogiem religijnym z judaizmem. Jest skryty, małomówny, niechętny do kontaktów z wiernymi. Rzadko opuszcza swój pałac.

Podczas ingresu Gądeckiego, w kwietniu 2002 roku, w orszaku idzie również Paetz: żegna ludzi uśmiechem, macha ręką, odpowiadają mu brawa i okrzyki tych, którzy nie wierzą w zarzuty.

Paetz żegna się wtedy z wiernymi, ale pozostaje, jak mówi, „w cieniu katedry, zawsze gotowy in Nomine Domini [z łac. – w imię Pańskie] życzliwie służyć każdemu człowiekowi”. Watykan zakazał mu posługi: rozdawania komunii, spowiedzi, udzielania ślubów, przewodniczenia mszom, wyświęcania księży, konsekrowania kościołów.

Nowy arcybiskup dziękuje Paetzowi za posługę i dodaje jedno wieloznaczne zdanie: „Kościół łatwiej przebaczy wszystko niż atak na prawdę”. Czy był to zarzut wobec mediów, które ujawniły aferę, czy wobec Paetza, który ją chciał zdusić? Nie wiadomo. Gądecki nigdy nie chciał rozmawiać o Paetzu.

Albo Paetz, albo ja

Po pożegnalnej mszy Paetz idzie jeszcze raz do seminarium, staje przy klerykach pilnujących drzwi i rzuca z uśmiechem. – Nie zapomnicie mnie nigdy, co?

Abp Józef Kowalczyk, nuncjusz apostolski, po ingresie Gądeckiego wolał zjeść obiad z Paetzem w jego domu.Paetz za czasów świetności wyremontował Pałac Arcybiskupi i kazał w podłodze jednego z pomieszczeń wmurować własny herb, w którym są lilie – symbol czystości i niewinności. Gądecki kazał zasłonić herb dywanikiem.Herb wisi także w katedrze, przybity do balkonu chóru. Gądecki musi na niego patrzeć, ilekroć ze swojego tronu spojrzy w lewo.Przed Wielkanocą 2006 roku podczas gorzkich żalów Paetz przeszedł wzdłuż nawy i usiadł w fotelu zarezerwowanym dla Gądeckiego. Ten wszedł, spojrzał na zajęty fotel i usiadł z tyłu, na miejscu biskupa pomocniczego. Paetz, jak widzieli wierni, ukrył twarz w dłoniach, by nie spotkać spojrzenia Gądeckiego.

Organem prasowym archidiecezji jest „Przewodnik Katolicki”, gazeta mająca XIX-wieczny rodowód. Po odejściu Paetza starają się tam, by jego nazwisko w pamięci poznaniaków się zatarło. Ale Paetz tego nie ułatwia, pojawia się na kościelnych, miejskich, państwowych uroczystościach.

Adam Suwart, były dziennikarz „Przewodnika Katolickiego”, minął Paetza na „wyspie” w 2007 roku.

– Szedłem przez plac katedralny, zatrzymał mnie, miał szeroko otwarte oczy. Czy pan to widział, spytał zadowolony, pokazując mi okładkę jednego z tabloidów. Był na pierwszej stronie. Proszę mi kupić, powiedział, z dziesięć egzemplarzy.

Suwart spojrzał na tekst pod zdjęciem: „Oskarżony o molestowanie abp Paetz wita się z papieżem”.

W 2012 r. „Wyborcza” zamieściła zdjęcie, na którym Paetz uczestniczy w mszy. Zadzwonił do redakcji. – Chciałem serdecznie podziękować za piękne zdjęcie. Czy mógłbym kupić je na pamiątkę? – spytał dziennikarza dyżurnego.

Po procesji Bożego Ciała w Poznaniu pisze do redakcji „Przewodnika Katolickiego”:

„Z głębokim ubolewaniem stwierdzam, że w ww. relacji nie ma ani jednego słowa o mej obecności podczas tej Uroczystości. Uczyniła to natomiast >> Gazeta Wyborcza <<. Pozostawiam ten fakt bez dalszego komentarza”.

Gdy „Przewodnik” pomija jego nazwisko przy mszy odpustowej, Paetz znów śle skargę: „Nie zdarza się to redakcji pierwszy raz, iż przemilcza, pomija, nie zauważa mojej osoby i mojej posługi pasterskiej. Ten fakt medialny wpisuje się w określone działania zmierzające do marginalizowania [mojej] osoby i posługi”.

Paetz jest na pogrzebach znajomych proboszczów, w operze poznańskiej, siedząc w honorowej loży obok biznesmena Jana Kulczyka i poznańskich polityków

Wita w Polsce papieża Benedykta XVI.

Jest na audiencji w Watykanie w 2005 i 2009 roku.

Przychodzi na mszę popielcową do katedry poznańskiej, a abp Gądecki sypie mu na głowę popiół, mówiąc: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”.

Jest w Krakowie na mszy z prezydentem Lechem Kaczyńskim.

Na Lednicy wśród rozmodlonej młodzieży.

Siedzi na ingresach biskupów.

Kroczy w orszaku pogrzebowym pary prezydenckiej po katastrofie w Smoleńsku, co widzą w telewizji Maria i jej syn.

W 2010 roku idzie wśród duchownych ulicami Poznania w procesji Bożego Ciała. Monstrancja niesiona jest pod baldachimem. Biskupi zmieniają się, gdy drętwieją im ręce.Suwart: – Paetz manewrował, by choć przez chwilę ponieść monstrancję. Ale zza jego pleców wyłonił się nagle inny duchowny i prawie wyrwał mu ją z rąk.DżuliettaW kwietniu 2009 roku w redakcji „Przewodnika” konsternacja. Jeden z dziennikarzy przypomniał, że tego roku przypada 50-lecie kapłaństwa Paetza.

– Co robić? – ks. Madejczyk pyta abp. Gądeckiego, bo zgodnie ze zwyczajem należy umieścić gratulacje i notę biograficzną.

– Dajcie – odpowiada arcybiskup. Ale sugeruje, by dać w kolejności alfabetycznej, nie wedle rangi. Kto zrobi wywiad z Paetzem, bo to także zwyczaj? Wszyscy się wykręcają sprośnymi aluzjami. Zgłasza się Suwart.

– Byłem go ciekaw, bo znałem wtedy tylko z opowieści.

Suwart dzwoni do Paetza, który z trudem skrywa zadowolenie. Po rozmowie dziennikarz melduje ks. Madejczykowi: – Arcybiskup się ucieszył, ale zażądał, by dzwonił do niego ktoś wyższy rangą.

Na spotkanie idą obaj.

Paetz w „stroju krótkim”: marynarka, biała koszula, w mankietach bursztynowe spinki. Koloratka kontrastuje z opalenizną i siwymi włosami.

Paetz zawstydza Madejczyka. – Ksiądz już zapomniał, kto księdza wysłał na studia do Rzymu? Oj, nieładnie…

– Chcielibyśmy zacząć wywiad – mówi Madejczyk.

– O, nie. Dzisiaj tylko ustalimy, o czym to ma być. Ksiądz mieszka dwie kanonie dalej, ma do mnie 75 kroków, a nigdy mnie nie odwiedza – ciśnie Paetz.

– Zaraz ktoś przyjdzie zrobić zdjęcia – Madejczyk zmienia temat.

– Pani czy pan? – pyta Paetz znad talerza.

– Pan.

Paetz podrywa się po dzwonku do drzwi. Wchodzi fotograf – niewysoki brunet z kilkudniowym zarostem.

– Ksiądz jest jednym z najbardziej fotogenicznych biskupów… – mówi, szykując sprzęt.

– Jednym? – Paetz podnosi brwi.

– Najbardziej.

– Jak pan ma na imię? – pyta Paetz, przeczesując włosy przed lustrem.- Jarek.Kilka godzin później Paetz podekscytowany dzwoni do Suwarta.- Zna pan tego fotografa, Jarka? Ma pan do niego numer?

– Mam, ale nie sądzę, by chciał kontynuować z arcybiskupem znajomość, a ja nie zamierzam być stręczycielem.

Paetza w „Przewodniku Katolickim” zaczęto nazywać „Dżulietta”.

Pomysł wywiadu przestał mu się podobać, zażądał pytań na piśmie. Uznał, że są nudne, odpowiedział na jedno: jak z perspektywy lat widzi sprawę swojej rezygnacji? Odpowiedź nigdy nie pojawiła się w „Przewodniku”. Paetz poniewiera w niej księdza Węcławskiego, twierdząc, że nie może być wiarygodny ktoś, kto odszedł z Kościoła. Madejczyk zaczyna targi: jeśli Paetz wyrzuci ten wątek, redakcja pominie wzmiankę o molestowaniu. Paetz się zgadza. Ale z nieba spada mu list od Benedykta XVI.

Czcigodny

Paweł, młody świecki pracownik archidiecezji, bywał Paetza pod osłoną nocy, na winie. Latem 2009 r. zastał Paetza w euforii. – Syczał, że teraz dopiecze gadowi, bo tak nazywał Gądeckiego. Relacjonował mi zebranie plenarne Episkopatu w Łomży. Do Paetza podszedł tam Józef Kowalczyk, nuncjusz watykański, i zaprosił na raut.

– Nie przyjdę – Paetz był nadąsany – bo Gądecki zrobił mi afront, nie pozwolił przewodniczyć mszy, podczas której obchodzę 50-lecie kapłaństwa.

Kowalczyk: – Uspokój się, dostałeś przecież list od Ojca Świętego.

– Jaki list? – Paetz był zaskoczony.

– Gratulacyjny, z okazji twojego jubileuszu. Wysłałem Gądeckiemu, by tobie wręczył.

Paetz ciągnie abp. Kowalczyka do stojącego nieopodal abp. Gądeckiego.

– Ponoć ksiądz arcybiskup ma dla mnie list?

– Jaki?

– Od Ojca Świętego.

– A rzeczywiście, coś przyszło, dokładnie nie czytałem – odpowiada Gądecki.

Paetz ledwie powstrzymuje furię. Żąda publikacji listu w „Przewodniku Katolickim” – zamiast wywiadu.

Benedykt XVI po łacinie pisze: ” (…) kierujemy nasze życzenia do Ciebie, Czcigodny Bracie, który w tym roku obchodzisz niezwykłe wydarzenie w swoim życiu, a mianowicie 50. rocznicę Twoich święceń kapłańskich. (…) Zarówno w diecezji łomżyńskiej, którą kierowałeś przez 13 lat, jak i na macierzystej starodawnej Stolicy Metropolitalnej Poznańskiej, prowadząc swoją owczarnię, dawałeś świadectwo wiary w zmartwychwstanie Chrystusa, która oddala wszelki lęk. Czcząc z synowską miłością Maryję jako Matkę Kościoła i Królową Polski oraz pobożnie oddając wraz z Twoim ludem cześć świętym i błogosławionym Twojej ziemi, pracowałeś nad dziełem duchowego rozwoju”.

Paetz szeptał Pawłowi: – Czy ty to słyszysz? Jak on to napisał: „Czcigodny bracie”.

Abp Paetz nie świętował jubileuszu

Watykan nigdy nie skomentował listu. Nie wiadomo, czy był wpadką, czy efektem szczerych intencji. Paweł z półsłówek Paetza wnioskował, że „wydeptał” list w Watykanie, a potem został on papieżowi podrzucony do podpisania w stercie korespondencji.

„Przewodnik” wydrukował list zamiast wywiadu, ale nie bez złośliwości. W nocie biograficznej dopisano jednak, że Paetz „odszedł po oskarżeniach o molestowanie”. Autorem notki jest Suwart. – Ale to nie ja dopisałem o molestowaniu, proszę o to pytać ks. Madejczyka – mówi.

Kilka tygodni później Madejczyk chciał przywitać się z Paetzem po mszy w katedrze. Ten zbył go: – Zwalniam księdza z obowiązku podawania mi ręki.

Madejczyk, obecnie proboszcz jednej z podpoznańskich parafii, nie chce rozmawiać o sprawie Paetza. – Niech wszyscy teraz zobaczą, co o mnie papież sądzi – mówi Paetz Pawłowi podczas kolejnego wieczoru zakrapianego winem.

– Przecież wydrukowali już list w „Przewodniku”.

– Rozsyłam go dalej.

Paetz kazał introligatorowi skopiować list, zachowując wiernie wygląd: ozdobny, czerpany papier, wypukły, kolorowy herb papieski, wytłoczoną pieczęć. Poprosił o tłumaczenie z łaciny na polski i rozesłał do biskupów, przełożonych zakonów, osób publicznych, zaprzyjaźnionych polityków.

Adam Suwart: – Żył tym listem na granicy obsesji. Mówił mi: czy pan wie, jaki jest rezonans? Setki osób mi gratulują, wreszcie odżyję.

Paweł, który przychodził nocą do Paetza na wino: – Nie liczył się z pieniędzmi. Kiedyś pokazał mi buty, niezwykle szykowne. Powiedziałem: może pojedziesz w tych butach do Nigerii, na misję?

– Ty to umiesz dogadać – odparł Paetz z uśmiechem.

Hugo Boss

Symbolem luksusu, jakim lubił otaczać się Paetz, był tron, na którym zasiadał w katedrze – bijący po oczach złotą farbą i ornamentami; trafił później do „złotej kaplicy”, zwanej bizantyjską. Można go dzisiaj oglądać w katedralnej komnacie po wrzuceniu do automatu „5 złotych za oświetlenie”.

Paetz słynął z wystawnych uczt wyprawianych dla establishmentu w Pałacu Arcybiskupim. W 2001 roku zakomunikował młodym księżom kelnerom, którzy obsługiwali uczty, że muszą pójść do krawca, by dać miarę.

– Nie mogę narażać swoich gości, często niewierzących, by obsługiwali ich księża w sutannach. Uszyję wam liberie – oznajmił. Paetz nie zdołał przebrać księży za luksusowych lokajów, bo rok później został zmuszony do ustąpienia.

Pozostał estetą i degustatorem.

Paweł: – Lubi mleczne bułki z rodzynkami, takie maślane. Zadzwonił raz do mnie i mówi: kup, proszę, te, co się w ustach rozpływają.

Uległym klerykom, młodym przyjaciołom wręczał wodę toaletową Hugo Boss o silnej męskiej nucie, model classic. Siostry urszulanki obsługujące pałac na imieniny dostawały od niego perfumy Coco Chanel. Lubił też dworskie ceremoniały. Gość przychodzący na audiencję kładł swoją wizytówkę na tacy. Ten zwyczaj przetrwał. Teraz wizytówki zdarza się nosić siostrze Teresie, urszulance, która mu gotuje, sprząta i pierze.

Paweł: – Paetz sugerował, że gdybym chciał pobyć w Rzymie, to udostępni mi mieszkanie. Zastrzegł przy tym, że ma brzydki widok z okna, bo na podwórko. Nie skorzystałem.

Skorzystał Adam, seminarzysta: – Rok po wybuchu afery spędzałem wakacje w Rzymie, dałem znać Paetzowi. Wpadnij, odpisał SMS-em, mam tu mieszkanie.Adam szedł 15 minut spacerem od Watykanu, główną ulicą via del Conciliazione, potem skręcił w mniejszą. Zobaczył zadbaną kamienicę, wszedł na piętro. Paetz otworzył drzwi, na których nie ma wizytówki. Adama uderzyła biel marmurów na podłodze i białe ściany z wiszącym na nich bursztynowym krzyżem. Dalej kuchnia połączona z salonem, meble a la Ludwik XVI i widok z okna na podwórze, na którym bawiły się dzieci. W pokoju gościnnym było łóżko dla dwóch osób, szafa i biurko. Sypialnia Paetza to podwójne łoże z grubym materacem, sekretarzyk z kosmetykami i dwudrzwiowa szafa. Łazienka dla gości była skromna. Druga, dla Paetza, wykończona marmurami, z dużą wanną i detalami najwyższej jakości.Mieszkanie to, jak mówił Paetz przyjaciołom, kupić miał jeszcze w latach 80. za odprawę, jaką otrzymał po wyjeździe z Rzymu.Adam

Gdy Paetz przyjmuje gości w willi koło katedry poznańskiej, za oknami często słychać mszę. W środku jest hol z kamienną posadzką, drewniane schody na piętro. Na parterze jadalnia z oknami na plac katedralny. Kredens, dębowy stół, krzesła. Na ścianach obrazy – impresjonizm. Na piętrze sypialnia i gabinet z regałami pełnymi książek. Bywa tam Adam, niewysoki, o chłopięcej twarzy, modnie ubrany. Początek ich znajomości to 2000 rok, gdy był w poznańskim seminarium. Pamięta scrutinium – rozmowy w cztery oczy, na jakie zapraszał Paetz do swojego pałacu i testował: przytulanki, baccione, alkohol.

Adam, wówczas 20-latek, przyjmował to bez protestu, bo był pogodzony ze swoim homoseksualizmem. W zamian dostawał koszule kapłańskie, pod koloratkę – włoskie, najwyższej jakości, z kaszmiru i wełny.

Adam usłyszał raz od Paetza, że fajnie byłoby mieć kogoś, do kogo można się przytulić, mieć świadomość, że jest.

– Nie odebrałem tego jako oferty; raczej zwierzenie, że jest bardzo samotny.

Kilka tygodni po wymuszonej rezygnacji, w marcu 2002 roku, Paetz zadzwonił.

– Nie chciałbyś się spotkać? – spytał smutno.

Spacer do Paetza obciążony jest wtedy ryzykiem. Arcybiskup Gądecki na straży seminarium stawia ks. Pawła Wygralaka, który wśród młodych kleryków ma ocenę mało wyrozumiałego dla wszelkich przejawów życzliwości między mężczyznami.

Adam: – Idę przez plac katedralny, spotykam Paetza, krótka pogawędka. Dochodzę do seminarium, ktoś woła: rektor cię zaprasza!

– Rozmawialiście na placu. Co was łączy? – pyta ks. Wygralak.

– Plac – odpowiada Adam. Zapachniało mu inwigilacją.

Jego znajomość z Paetzem nadal trwa. W willi wypijają z reguły dwie butelki wina, whisky.

– Spytałem kiedyś: dlaczego tu zostajesz, masz apartament w Rzymie. Jak to, odparł wzburzony, przecież ludzie mnie tu szanują!

Czasami Paetz daje Adamowi gotówkę, kilkaset złotych. Tak jak ostatnio, na kolacji. Paetz ubrany w jedną z tych eleganckich, drogich koszul pod koloratkę. Zaproponował, by poszli na górę, na koniaczek. Przytulał się coraz bliżej, mocniej, całował.

– Może pójdziemy do sypialni? – spytał.

Poszli.

Potem jak zwykle Adam zabrał puste butelki po alkoholu i wyrzucił daleko od katedry.

W 2005 r. zrezygnował z kariery duchownego. Dlaczego? – pytam.- Bo jestem homoseksualistą i nie mógłbym jak Paetz uwodzić swoich parafian.Adam nadal spotyka się z Paetzem.Paweł

Wysoki, przystojny, o południowej urodzie. Ma świetną dykcję i głos. Pracował w archidiecezji jako „cywil”, prosi o niepodawanie dokładnego stanowiska.

Od wielu lat także jest częstym gościem Paetza pod osłoną nocy. Poznali się przypadkiem, w biegu, gdzieś na placu katedralnym. Pamięta pierwszy wieczór, suto zakrapiany winem. Paetz biegał po butelki do piwniczki, do której wchodzi się z holu. Piwniczka jest mała, mroczna, pełna regałów na wina, w nieokreślonej liczbie i wartości.

Paweł: – W pewnym momencie czuję, że tracę świadomość. Prawie się wyczołguję z jego domu, ulica mi faluje, mijam katedrę, schodzę nad rzekę, by sprowokować wymioty. Nie jestem abstynentem, znam swoje reakcje na alkohol i jestem przekonany, że z czymś to zmieszał. Na rok ograniczyłem z nim kontakty.

Paetz pisze SMS-y, prosi o telefon, Paweł odpisuje: „Nie życzę sobie tego typu znajomości”. Pawłowi sprawiało przyjemność, że trzyma arcybiskupa w niepewności. Po roku się poddaje. Obiad, wino na potęgę i znów finał z frywolnymi tekstami. Paweł chce wyjść, Paetz obejmuje go za szyję, próbuje całować, tłumaczy, że to tylko „baccione”.

– Ceną za poznanie go miało być zbliżenie. Nie byłem tym zainteresowany, ale ciągnęła mnie ciekawość.

Paweł wypytuje Paetza o kulisy pracy w Watykanie, w którym zrobił błyskotliwą karierę.

Słyszy, że arcybiskup trafił do Rzymu w latach 60., na studia, był szeregowym urzędnikiem kurii watykańskiej. W 1976 r. awansował nagle na prałata antykamery papieskiej. Antykamera to pokój, w którym goście papieża czekają na audiencję, a Paetz miał ich zajmować, nim przekroczą drzwi sali audiencyjnej. To stanowisko wyrobiło w nim ogładę towarzyską, dawało mu stały kontakt z papieżem.

Paweł usłyszał od Paetza taką anegdotę: pewnego dnia 1976 roku papież Paweł VI kroczył korytarzami Watykanu w orszaku kardynałów i kazał ten orszak zatrzymać.

– Kim jest ten ksiądz? – pyta papież, pokazując na Paetza. Przyzywa go, pozwala się pocałować w pierścień, zamieniają kilka słów. Po kilku tygodniach Paetz zostaje prałatem antykamery i dostaje apartament zastrzeżony dla wysokich kardynałów z Watykanu.

Choć Paetz nigdy tego oficjalnie nie potwierdził, w biografii Pawła VI Macieja Wrzeszcza przeczytać można, że w otoczeniu Pawła VI „przebywał na wyraźne życzenie samego papieża”.

Podczas jednej z kolacji Paetz po drugim lub trzecim winie mruga do Pawła i mówi konfidencjonalnym szeptem: – Chyba mogę ci coś pokazać. Wyjmuje album ze zdjęciami, na których jest w towarzystwie sław. Przewraca karty albumu, wyjmuje z niego dwa zdjęcia. Na pierwszym, biało-czarnym, stoi na plaży w krótkich szortach i koszulce, a obok stoi podobnie ubrany papież Paweł VI. Na drugim młody Paetz nie ma już koszulki.

Paweł pyta, czy arcybiskup zamierza to kiedyś opublikować.

– Ty to masz poczucie humoru.

Włącza płytę Andrei Bocellego, próbuje z Pawłem tańczyć.

– Dobrze wtedy wyglądałem, co?

– Nadal dobrze wyglądasz.

– Bo ważę się co rano, nago, po prysznicu. Możemy się zważyć razem – Paetz pokazuje drzwi łazienki.Paweł zauważył, że arcybiskup miał obsesję na punkcie swojego ciała. – Gdy zobaczył mnie raz nieco tęższego, robił wymówki, szarpał za koszulę. Jak ty wyglądasz, mówił, bierz ze mnie przykład.Paetz jada regularnie, pięć posiłków dziennie, regularnie się także bada. Gdy zaprzątały go piegi na dłoniach, pytał Pawła, czy to prawda, że można je wywabić cytryną.- Kiedyś byłem wierzący – mówi mi Paweł. – Tymczasem Paetz był jakimś perwersyjnym, pociągającym kontrastem. Ten alkohol, przepych, pycha kojarzyły mi się z cytatem z Apokalipsy św. Jana. Zna pan? O „pijanej krwią Chrystusa”?

Paweł cytuje:

„I ujrzałem Niewiastę siedzącą na Bestii szkarłatnej, pełnej imion bluźnierczych, mającej siedem głów i dziesięć rogów. A Niewiasta była odziana w purpurę i szkarłat, cała zdobna w złoto, drogi kamień i perły, miała w swej ręce złoty puchar pełen obrzydliwości i brudów swego nierządu”.

Pewnego wieczoru po dwóch winach Paetz prosi Pawła, by poszli do sypialni.

– Po co?

– Pomożesz mi ściągnąć książki z górnej półki.

Paweł się rozgląda. Jest wielkie łoże, książek nie ma.

– Gdzie one?

Arcybiskup kładzie dłonie na swoich piersiach. – Tutaj – uśmiecha się zawadiacko.

Po tym wieczorze dostał od arcybiskupa tomik poezji bp. Jana Szkodonia z zaznaczonym wierszem:

Ty jesteś mną, a ja – tobą

Ja tęsknię w tobie, a ty we mnie

Tęsknię, więc czekam:

na myśl, na słowo, na telefon, na obecność

Tęsknię i cierpię

Ja jestem twoją nadzieją

jestem twoim złudzeniem,

 

 

snem i narkotykiem.Kilka dni później Paweł widzi, jak Paetz kroczy ulicami Poznania w szeregu duchownych w procesji Bożego Ciała.Innego razu przysłał mu w nocy SMS-a: „Myślę o tobie przed snem”.”To niedobrze, bo nie będziesz mógł zasnąć” – odpisuje Paweł.

„Dzięki za dobre słowo, które jest ze mną w łóżku. Brakuje cię tu pod czternastką. Ślę uściski, twój Juliusz”.

Grudzień 2011 r. Paetz, kołysząc się od wina, odprowadza Pawła do furtki i mówi: „Kocham cię”. Paweł był pod takim wrażeniem, że dopiero w taksówce zauważył, że ściska pustą butelkę po winie. Paetz kazał ją zabrać i wyrzucić daleko, by siostra urszulanka nie zorientowała się, że miał gościa.

Siostra Teresa

Jest skryta i skromna. Niewysoka, ok. 50 lat, przysadzista, z czarno-siwymi włosami ukrytymi pod czepkiem. Przychodzi do Paetza rano, wychodzi popołudniem. Wozi go również volkswagenem polo na kolacje z przyjaciółmi.

Paetz nie miał wpływu na jej wybór, dostał ją od archidiecezji, dlatego siostrze raczej nie ufa.

Paweł: – Napisał mi SMS-a: „Idź do Piotra i Pawła, kup mi cztery parówki, jakieś markowe, i dobrą wątrobiankę”.

„Dlaczego nie wyślesz siostry” – spytałem.

„Bo wie, że jem dwie, domyśli się, że będę miał gościa”.

Bał się, że siostra Teresa donosi arcybiskupowi Gądeckiemu, dlatego kazał gościom, głównie młodzieńcom, wyrzucać flaszki daleko poza „wyspą”. Bał się, że siostra sprawdza nawet śmietnik w jego domu. Prosił też Pawła, by umył naczynia, by zatrzeć ślady biesiady przed siostrą.

Paetz rozluźnia się w rozmowie z gośćmi dopiero wtedy, gdy siostra wychodzi z domu. Gdy raz zatrzasnęły się za nią drzwi, zbiegł po wino do piwniczki, nalał, a potem dał Pawłowi wodę Hugo Boss.

– Kilka dni później przyłożył nos do mojej szyi, powąchał i spytał z kokieterią w głosie: nie używasz? Kupił ją na lotnisku w Monachium, gdy wracał z Rzymu.

Paweł spytał, po co był w Rzymie.

– Załatwić sprawę Gądeckiego – odparł Paetz konfidencjonalnym szeptem.

Przypadłość

Arcybiskup Gądecki tylko raz zabrał głos w sprawie Paetza – w 2003 roku, po przejęciu władzy nad poznańską kurią, odpowiadając na pytanie Katolickiej Agencji Informacyjnej: „Sprawa została definitywnie rozwiązana przez Stolicę Apostolską. Najpierw przez fakt przyjęcia rezygnacji, potem przez zakaz wykonywania funkcji duszpasterskich na terenie archidiecezji poznańskiej. Dla mnie są to dostateczne przesłanki, by poprzez pozytywną pracę dla Królestwa Bożego przywracać jedność całego Ludu Bożego”.

Chciałem porozmawiać z abp. Gądeckim o Juliuszu Paetzu. Odmówił.

W 2010 r. doszło między nimi do najważniejszego pojedynku. Media informowały, że Watykan zwrócił Paetzowi przywilej święceń, koncelebracji mszy. Gądecki na znak protestu miał grozić dymisją.Paetz pisze SMS-a do Pawła: „I co? Wreszcie Gad zrezygnował?”.Bezpośrednią przyczyną tej rozgrywki miała być odmowa Gądeckiego, by zezwolić Paetzowi na udzielenie ślubu komuś z jego rodziny. Paetz poprosił wtedy abp. Henryka Muszyńskiego, metropolitę w Gnieźnie, by zgodził się na celebrację na jego terenie.- Mogły być jakieś prośby, ale nie pamiętam – mówi mi abp Muszyński i dodaje, że „woli się w te spory na trzeciego nie wtrącać”.

Gądecki zebrał wszystkie siły, by utrącić zniesienie kar. Dostał poparcie od polskiego Episkopatu. Dobił Paetza rzecznik Watykanu, mówiąc, że zasady i restrykcje ustalone w 2002 r. pozostają w mocy. Może odprawiać msze, ale tylko w swojej willi, w małej kaplicy. To niewielki pokój z krzesłami dla mniej więcej 10 osób, z małym ołtarzem i krzyżem.

Gądecki wzmocnił swoją pozycję w wojnie z Paetzem, więc na odwagę zdobył się wtedy „Przewodnik Katolicki”. Ks. Madejczyk napisał w komentarzu: „Oświadczenie rzecznika Stolicy Apostolskiej (…) wyraźnie wskazuje, że wyniki watykańskiej wizytacji, która poprzedziła dymisję arcybiskupa, i ocena zebranych wówczas materiałów skłoniły Stolicę Apostolską do zdecydowanych działań, które mają charakter trwały”.

Madejczyk wypomina też Paetzowi pojawianie się na publicznych uroczystościach, uznaje to za niestosowne.

Ale Paetz nadal jako „arcybiskup senior” figuruje w corocznym „Annuario Pontificio”, watykańskim spisie wszystkich biskupów na świecie. Na jego podstawie układa się zaproszenia na różne uroczystości. Nadal też jako senior uczestniczy w zebraniach Episkopatu. W 2012 przybył na jego posiedzenie, gdy obradowano nad pedofilią wśród księży. Episkopat nie chciał tego komentować.

Milczenie i wstyd Kościoła

Tylko raz głos zabrał kardynał Józef Glemp, u kresu życia, w 2012 roku. Pytany przez „Newsweek” mówił: „Także jestem zadziwiony jego [Paetza] aktywnością. Co prawda nie zajmuje urzędu w Kościele, ale chyba byłoby lepiej, gdyby był poza Polską”. Glemp przyznał, że wiedział o sprawie Paetza z plotek, nim podjęły to media. Dodał rzecz niezrozumiałą: „Starano się także ustalić, czy przypadłość Paetza się rozwija, czy nie”.

Gdy w 2014 r. nowym prymasem zostaje Wojciech Polak, Paetz jest obecny w archikatedrze w Gnieźnie i serdecznie się z nim wita.

Na stronie internetowej archidiecezji poznańskiej jest jego życiorys z listą licznych funkcji i zasług. Na końcu tylko wzmianka, że w 2002 r. papież przyjął jego rezygnację ze stanowiska metropolity poznańskiego.

Nie razi

Pytanie Marii, matki molestowanego seminarzysty, o obecność Paetza na publicznych uroczystościach można skierować do poznańskich elit. W 2006 r. Paetz dostał zaproszenie od prezydenta Ryszarda Grobelnego na obchody 50-lecia wydarzeń czerwca 1956 r.

Prezydent Poznania: Paetz to problem Kościoła

Gdy w 2002 r. jego sprawę ujawniła „Rzeczpospolita”, otrzymał poparcie establishmentu. Powstał list, który odwoływał się do „moralności chrześcijańskiej”. Sygnatariusze pisali: „Oskarżony został człowiek cieszący się powszechnym szacunkiem, o niepodważalnych zasługach dla poznańskiej nauki i kultury, odgrywający wielką i konstruktywną rolę w życiu naszego miasta i regionu”. Apelowano do mediów, by nie skazywały bez sądu. Podpisało go 26 osób: rektorzy, prorektorzy, wykładowcy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, Politechniki, akademii: Medycznej, Rolniczej, Sztuk Pięknych, rzeźbiarka Magdalena Abakanowicz, a także biznesmeni Jan Kulczyk (Paetz dawał we Włoszech ślub jego córce) i Piotr Voelkel.

– To ja namówiłem Magdalenę Abakanowicz. Nie chodziło o to, że znamy Paetza i jego winy, ale że nie jest fair, by wydawać wyrok w mediach, nim wyjaśni się, co zrobił – mówi mi Voelkel, który widywał wtedy Paetza na premierach operowych. Teraz spotyka się z nim częściej, na prywatkach. Uważa go za ujmującego człowieka, fascynujące źródło informacji o Watykanie.

Kolacje z Paetzem organizuje dzisiaj Sławomir Pietras, b. dyrektor opery, który sadzał arcybiskupa w loży obok włodarzy i również podpisał list poparcia. Uważa, że arcybiskup został skrzywdzony.

Na tych kolacjach Voelkel widuje Paetza. – Widzę emeryta, który oddałby wiele, żeby mieć większy kontakt z ludźmi. Jest towarzyski, więc źle znosi samotność. Jeżeli są twarde dowody na jego niemoralne działania wobec młodych mężczyzn, to to mnie oburza. Wiem też, że bezgrzesznych nie zna przyroda.

Jan Filip Libicki, senator, widywał Paetza na imieninach u ks. Władysława Kołodzieja, zmarłego w ub.r. poznańskiego oficjała sądu duchownego: – Arcybiskup Paetz wyglądał jak ujmujący starszy pan, o którym prałat Kołodziej mówił, że wykończyli go masoni.

Paetz lubi przytaczać w towarzystwie anegdotę o Giulio Andreottim, b. premierze Włoch, podejrzanym o kontakty z mafią: – Opluli go, ale byli tacy, co stali przy nim do końca.Przy Paetzu trwa ksiądz Antoni Warzbiński, jego były wikariusz. Paradoksalnie, trzy lata temu podczas mszy w katedrze Warzbiński potępił homoseksualizm i związki partnerskie.Także wierni nie buntują się przeciw temu, że Paetz jest obecny publicznie. Co roku w czerwcu przechodzi w procesji Bożego Ciała. Tego lata procesja zbiegła się z protestem poznańskich środowisk katolickich przeciwko sztuce „Golgota Picnic”, która miała obrażać ich uczucia religijne. Paetz, idąc w orszaku, nikogo nie raził.- Mnie raził – mówi mi Libicki.

– Ma pan bloga, dostęp do mediów. Publicznie pan nie protestował.

– Ale panu to mówię.

Co roku Paetz wyprawia swoje imieniny. Kilka lat temu był na nich Paweł. Arcybiskup co chwila wybiegał, odbierał telefony z życzeniami, przyjmował gości. Wśród nich był Stefan Jurga, b. rektor UAM, inicjator listy poparcia.

– Jestem już daleko od tych spraw, nie mam nic więcej do dodania, historia to osądzi – mówi mi Jurga.

List podpisał także Jerzy Smorawiński, rektor AWF w Poznaniu. Dzisiaj jest tym zniesmaczony. – Jurga zapewniał mnie wtedy, że Paetz jest niewinny, że to nagonka. Mam do niego pretensje, że nie powiedział mi całej prawdy.

Jurga wiedział o zarzutach wobec Paetza długo przed publikacją „Rzeczpospolitej”. Powiadomił go ksiądz Węcławski, ale rektor to zignorował, pozbył się Węcławskiego z uczelni.

Jurga działa w Akademickim Klubie Obywatelskim, prawicowo-katolickiej grupie poznańskich naukowców. W 2008 roku został rycerzem papieskiego Orderu Świętego Sylwestra.

Zaproszenia

Tego dnia, gdy wyszedłem od abp. Paetza z jego prośbą, by napisać prawdę, ze znakiem krzyża na drogę, zadzwonił wieczorem, niespokojny. Poprosił o autoryzację swoich wypowiedzi.

– Ksiądz nie odpowiadał na moje pytania, trudno coś autoryzować.

– Pan wie, że nie mogę na nie odpowiadać.

– Nie, nie wiem. Dlaczego?

– Proszę już nie pytać.

– A mam jeszcze jedno: czy ksiądz czuje się samotny?

– Skądże! Jestem stale w drodze, na zaproszenie biskupów, kardynałów, nowego i poprzedniego prymasa. Chodzę ulicami Poznania, doznaję wiele życzliwości. Ludzie się zatrzymują, mówią: niech będzie pochwalony, dziękują, że zostałem w Poznaniu.

– Nie o taką samotność pytałem.

– Życzę panu pomyślności.

– Czego życzyć księdzu?

– Bożej łaski.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Czym Polak chciałby pochwalić się światu
Gdyby Polacy nie musieli obok siebie mieszkać, Polska byłaby rajem

Polacy niesiemy wam szariat
Nasi bracia i siostry nagrywają już filmy na YouTubie po polsku. Wieliński pyta Niemców, dlaczego marzą o Państwie Islamskim

Siódmy rok bez wypłaty
Poszłam na skargę do inspekcji pracy, do sądu, do prezydenta i mimo to państwo nie chce mi wypłacić zaległych pensji. Mówią, że takie jest prawo

Aureola i cztery litery
Oto, co ostatnio usłyszałem, podsłuchałem, przeczytałem [SZCZYGIEŁ]

Ołowiana głowa.
Kukiza poezja socrealistyczna [VARGA]

Wyborcza.pl/Duży Format

Sondaż dla „Newsweeka” po wyborach: PO i PiS idą niemal łeb w łeb, Korwin-Mikke i Twój Ruch poza Sejmem

osi, 24.11.2014
Sondaż dla

Sondaż dla „Newsweeka” (Fot. datawrapper.de)

Zwycięstwo PO w granicy błędu statystycznego i również w granicy błędu niedoszacowanie PiS – to główny wniosek płynący z sondażu Millward Brown dla „Newsweeka”. Został on przeprowadzony już po wyborach samorządowych.
„Newsweek” wskazuje, że dwie największe partie idą niemal łeb w łeb. Jak wynika z sondażu Millward Brown, w wyborach do Sejmu na PO swój głos oddałoby 33 proc. ankietowanych, na PiS (wraz z Polską Razem i Solidarną Polską) – 30 proc.Miejsce na podium zajął także SLD – na tę partię swój głos oddałoby 10 proc. respondentów. Zaraz za Sojuszem znalazło się PSL z wynikiem 9 proc. głosów.

Według sondażu Millward Brown do Sejmu nie weszłyby: Nowa Prawica Korwin-Mikkego (3 proc.), Twój Ruch (2 proc.) oraz Ruch Narodowy (1 proc.).

4 proc. ankietowanych nie wie, na kogo zagłosowałoby w wyborach parlamentarnych, a 8 proc. odmówiło odpowiedzi na to pytanie.

Sondaż telefoniczny Millward Brown przeprowadził już po wyborach samorządowych – w dniach 18-22 listopada. Wzięła w nim udział reprezentatywna grupa 1001 dorosłych osób.

gazeta.pl

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: