6.12.14 (2)

 

Jak żyć z taką władzą

Paweł Wroński, 06.12.2014
Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Obrazy tygodnia
Niedziela. Zakończyły się wybory samorządowe. Jarosław Kaczyński przegrał w największych miastach, stracił władzę w Radomiu oraz Elblągu i twierdzi, że to bardzo dobry wynik. Dwa tygodnie wcześniej miał rzeczywiście dobry wynik do sejmików województw i był z tego powodu wkurzony. O co chodzi? Na szczęście dialektycznie tłumaczy to wszystko w wPolityce.pl niezastąpiony Piotr Zaremba: „Ja się zygzakom Jarosława Kaczyńskiego nie dziwię (…). Co nie oznacza, że prezes PiS musi się zawsze miotać od ściany do ściany”. Jasne?

Poniedziałek. Wyrażając radość z wyniku wyborów, Joachim Brudziński (PiS) w I Programie Polskiego Radia stwierdza: „Z tak totalitarną władzą nie sposób żyć”. Dlatego 13 grudnia – w 33. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, który tak doświadczył prezesa Jarosława Kaczyńskiego – PiS organizuje marsz w obronie demokracji i wolności prasy. Na czele pomaszeruje Brudziński, który dobrze poznał grozę totalitaryzmu. W grudniu 1981 r. miał całe 13 lat.

Wtorek. Gwiazdą mediów jest Marek Materek, 25-letni prezydent Starachowic, który wygrał w mieście, w którym PO od lat dostawała regularnie łomot. Materek został niedawno wyrzucony z Platformy i teraz w TVN 24 mówi, że sam nie wie dlaczego. Jak to nie wie dlaczego? Żeby wygrał w Starachowicach.

Środa. Jarosław Kaczyński po ujawnieniu, że kolejni posłowie PiS oszukiwali na dietach, protestuje przeciwko używaniu wyrażenia „afera madrycka”. Jego zdaniem słowo „afera” odnosi się wyłącznie do tego, co robi PO. Natomiast przekręty posłów PiS należy nazywać „nadużyciami”.

Czwartek. Wśród naciągających polskiego podatnika na kilometrówkach jest PiS-owski poseł z najwyższego diapazonu moralistyki – „Bóg, honor i ojczyzna” – Zbigniew Girzyński. Odchodząc z PiS, napisał: „Przepraszam wszystkich, których mogłem zawieść”. E tam, po co przepraszać, mnie tam nigdy poseł Girzyński nie zawiódł.

Piątek. Wśród „niepokornych” dziennikarzy, których na marszu 13 grudnia będzie musztrował Jarosław Kaczyński, jest Jacek Karnowski. Na spotkaniu komitetu honorowego zadeklarował, że ci, którzy pójdą w marszu, uczynią to także w imieniu „tych, którzy będą kpili, wyszydzali i umniejszali znaczenie tej manifestacji”. O, wypraszam sobie. Niech Karnowski kompromituje się wyłącznie we własnym imieniu.

Zobacz także

wyborcza.pl

Czeskie animozje. Skąd wizerunek Polaka pijaka i cwaniaka?

Agnieszka Filipiak, 06.12.2014
Kadr z kontrowersyjnej reklamy czeskiego oddziału T-Mobile

Kadr z kontrowersyjnej reklamy czeskiego oddziału T-Mobile

Dla Czechów często jesteśmy narodem pijaków, nierobów i cwaniaków handlujących czym się da.
W te stereotypy właśnie wpisała się reklama czeskiego T_mobile. Oto narciarz, (znany aktor Ivan Trojan) po przekroczeniu granicy spotyka w lesie polskiego handlarza przebranego za drzewo. Kupuje od niego telefon. Nowy sprzęt psuje się, jak tylko handlarz znika. Morał? Telefony wymieniaj w T-Mobile.

Polska ambasada zaprotestowała i Czesi tej reklamy już nie obejrzą. Znikła też z kanału T-Mobile na YouTubie. Szkoda, bo być może była to okazja do wzajemnego śmiania się z naszych przywar.

To nie pierwszy zły wizerunek Polaka

Jest ona jednak kolejnym przykładem przedstawiania negatywnego obrazu Polski u naszego sąsiada. Trzeba przyznać, że jednym z łagodniejszych. Polakami w Czechach najczęściej straszą przedsiębiorcy, a przed wyborami także politycy. Szerokim echem odbiła się w zeszłym roku wypowiedź obecnego wicepremiera Andreja Babisza. Poczęstowany polską wędliną odparł, że takiego „g…” jeść nie będzie. Oskarżał nas o zatruwanie żywności i nieuczciwą konkurencję. Babisz to nie tylko polityk, ale także właściciel największego producenta żywności Agrofert i grupy medialnej Mafra.

Kiedy dwa lata temu w markowych alkoholach w Czechach znaleziono metanol, dziennik „Lidové Noviny” od razu zasugerował, że może on pochodzić z Polski. Niepotwierdzoną informację do końca afery powtarzały czołowe media. Czescy dziennikarze skrupulatnie odnotowują wszystkie naruszenia norm w polskiej żywności, nawet jeśli wątpliwej jakości produkty nie trafiły na ich rynek.

Czarny PR

Po wprowadzeniu rosyjskiego embarga na jabłka z Unii Polska znowu stała się synonimem zagrożenia. Sugerowano, że Polacy zaleją czeski rynek swoimi jabłkami i doprowadzą tym samym do ruiny czeskich producentów owoców. Tylko od stycznia do września tego roku omport polskich jabłek spadł o 18 proc.

„Upewnij się, że okno nie jest z Polski”, reklamował się jeszcze w kwietniu jeden z największych producentów okien i drzwi Svt Oken. A polski producent drzwi Pol-Skone skarżył się „Wyborczej”, jak Czesi przekręcali nazwę firmy na Polsko-ne („Polska nie”).

Według zeszłorocznego badania ISP „Polska Czechy Niemcy – Wzajemne relacje” 60 proc. Czechów uważa, że w Polsce panuje korupcja, a prawie połowa badanych – że polskie firmy nie przestrzegają prawa. Sympatię wobec Polaków wyraża 63 proc., w porównaniu z 86 proc. z polskiej strony.

Mimo to apele o bojkot polskich towarów spalają na panewce. Przygraniczne targowiska nie pustoszeją, bo ceny w Polsce nadal są niższe. Według danych czeskiego urzędu statystycznego import polskiej żywności od stycznia do września tego roku wzrósł o 1,4 proc. i wyniósł 686 mln euro.

Zobacz także

Wyborcza.biz

Uwaga, trolle

Anne Applebaum, 06.12.2014
Anne Applebaum

Anne Applebaum (Fot. Bartosz Bobkowski / AG)

W realnym życiu nie słuchalibyście kogoś, kto określa siebie jako Bonerman26. To dlaczego ulegacie opiniom, które czytacie w sieci?
Jeżeli czytasz ten artykuł w internecie, zastanów się nad nim, kiedy skończysz jego lekturę. Następnie zajrzyj pod tekst i przeczytaj komentarze. Jeżeli ich nie ma, przejdź na portal, który je uwzględnia, najlepiej taki o zdecydowanie politycznym charakterze. A teraz ponownie sprawdź własny pogląd. Możliwe, że się zmienił, zwłaszcza jeżeli przeczytałeś kolejne obraźliwe, negatywne lub ironiczne uwagi – jak ci się to często zdarza.

Niegdyś wydawało się, że internet będzie miejscem, w którym dyskusja będzie otwarta i cywilizowana; dzisiaj nieredagowane fora często przeradzają się w wymianę obelg. A na podstawie wielu eksperymentów wykazano, że postrzeganie artykułu, jego autora czy przedmiotu może ulegać istotnym zmianom pod wpływem anonimowych komentarzy online, zwłaszcza ostrych. Analityk cyfrowy z „Atlantic Monthly” odkrył, że ludzie czytający negatywne komentarze byli bardziej skłonni do przyjęcia oceny, że dany artykuł cechuje się niską jakością oraz – niezależnie od jego treści – do podawania w wątpliwość prawdziwości zawartych w nim stwierdzeń.

Niektóre organizacje medialne zareagowały zdecydowanym recenzowaniem komentarzy. Jedna z nich, prowadząca kampanie na Twitterze,@AvoidComments, co jakiś czas przypomina czytelnikom, żeby pomijali anonimowe wpisy. „W realnym życiu nie słuchalibyście kogoś, kto określa siebie jako Bonerman26. Nie czytajcie jego komentarzy”. Jednak nic nie zdoła zapobiec okresowemu zalewaniu innych części internetu, infiltrowaniu Facebooka czy zasypywaniu Twittera obraźliwymi komentarzami.

Gdyby wszystkie te komentarze były spontaniczne, stanowiłyby jedynie interesujące zjawisko psychologiczne. Jednak nie są. Pewien mój przyjaciel pracujący w agencji PR w Europie opowiada o firmach, które zatrudniają ludzi do zamieszczania anonimowych pozytywnych opinii o ich klientach, a negatywnych o ich rywalach. W różnych krajach tak samo postępują partie polityczne.

Również państwa zaczęły się przyłączać do takich bojów. W zeszłym roku rosyjscy dziennikarze przyjrzeli się pewnej organizacji z Sankt Petersburga, która płaci ludziom za zamieszczanie co najmniej 100 komentarzy dziennie; jedno z badań wykazało, że pewien ustosunkowany biznesmen płacił rosyjskim trollom za kierowanie dziesięcioma kontami na Twitterze liczącymi do 2 tys. obserwujących. Londyński „Guardian”, relacjonując rosyjską inwazją na Krym, przyznał, że ma kłopoty z moderowaniem czegoś, co określił jako „skoordynowaną kampanię”. Prezydent Estonii zamieścił uwagę „Żegnaj, Eddie”, kiedy zablokował twitterowego trolla.

Działalność rosyjskich trolli została starannie udokumentowana. Ale to nie koniec. Irańska grupa edukacyjna Tavaana podejrzewa, że jej strona na Facebooku została zablokowana wskutek działalności irańskich trolli. Powszechnie wiadomo, że chiński rząd monitoruje internet w Chinach, korzystając z usług setek tysięcy płatnych blogerów.

Dla państw demokratycznych jest to poważne wyzwanie. Komentarze online w subtelny sposób kształtują myśli i odczucia wyborców, nawet jeżeli jedynie wywołują u czytelników wrażenie, że niektóre poglądy są „kontrowersyjne”, albo też skłaniają ich do zastanawiania się nad tym, co takiego ukryto pod „mainstreamową” wersją wydarzeń. Rosyjskie trolle generalnie nie uprawiają klasycznej propagandy mającej np. wychwalać osiągnięcia radzieckiego rolnictwa. Jak napisali dziennikarze Peter Pomerantsev i Michael Weiss w artykule, w którym analizowali nowe taktyki dezinformacji, ich celem jest raczej „wzbudzanie niepewności poprzez lansowanie teorii spiskowych i rozpowszechnianie kłamstw”. W świecie, w którym tradycyjne dziennikarstwo jest słabe, a informacji wiele, nie jest to sprawą bardzo trudną.

Jednak żaden zachodni rząd nie chce też cenzurować internetu. Być może, jak wskazywali Weiss i Pomerantsev, potrzebne są nam organizacje społeczne lub dobroczynne, które będą umiały rozpoznawać rozmyślnie kłamliwe wiadomości i zwracać na nie uwagę. Być może szkoły, niegdyś uczące o gazetach, powinny teraz nauczać nowego rodzaju etykiety: jak rozpoznawać internetowego trolla, jak odróżniać prawdę od fikcji sponsorowanej przez państwo.

Prędzej czy później może się okazać konieczne skończenie z anonimowością w internecie czy przynajmniej spowodowanie, żeby każda postać online była powiązana z konkretną osobą; każdy piszący online powinien ponosić odpowiedzialność za swoje słowa, tak jak gdyby wypowiadał je głośno.

Wiem, że są argumenty przemawiające za anonimowością, ale zbyt wielu ludzi nadużywa dziś tego przywileju. Prawa człowieka, w tym prawo do wolności wypowiedzi, powinny należeć do realnych istot ludzkich, a nie do anonimowych trollów.

Anne Applebaum – amerykańska pisarka i publicystka, zdobywczyni Nagrody Pulitzera za „Gułag”, (c) 2014, „The Washington Post”, przeł. Andrzej Ehrlich

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Żelazny facet. Kim jest Robert Biedroń
Jak się nie uda heterykowi – to normalne. A gej musi się starać trzy razy bardziej

Putin spłynie z ropą
Rosyjskie marzenia o 150 dolarach za baryłkę przypominają ogłoszenia, które w 1989 roku zamieszczał w gazetach handlarz walutą Lech Grobelny: kupujcie dolary, bo za tydzień będą droższe. Dolary staniały, a Grobelny zbankrutował

Świat się chwieje
Lęki księdza Oko nie są lękami z kosmosu. To w gruncie rzeczy nasze lęki. Z Andrzejem Lederem rozmawia Grzegorz Sroczyński

Jestem chłop, ale pan
Ktoś, kto się wywodzi z chłopstwa, niekoniecznie ma dzisiaj powody, żeby się z tym kryć. Dziś jest takie poczucie, że my jesteśmy siłą. I do tego się odwołuje PSL. Rozmowa z Marianem Pilotem

Jeśli chrześcijaństwo przetrwa, to nie na naszej półkuli
Nam się nie chce zadawać trudnych pytań. Żyje nam się na pewno lepiej (przynajmniej niektórym), ale czy godziwiej? Z Janem Andrzejem Kłoczowskim rozmawia Małgorzata Skowrońska

Życzenia od modelki, Marka Hłaski i Pana Boga
Od kogo chciałbyś dostać kartkę na święta? O jakich życzeniach marzysz? I czego byś takiej osobie życzył? Zapytaliśmy naszych czytelników, o kim często myślą przed świętami

Senne koszmary profesora Nowaka
Roman Kuźniar: Putin będzie miał dla Polski respekt, jeśli będziemy liczącą się częścią Unii i NATO, a nie harcownikiem wymachującym pistolecikiem na wodę jak w czasach rządów PiS-u

Putin gra o tron
Rosja nie wraca do stalinizmu. Putin buduje państwo totalitarne innego typu – faszystowskie. Z prof. Andriejem Zubowem rozmawia Wacław Radziwinowicz

Testy precz!
Dlaczego Chiny mają najlepszy (i najgorszy) na świecie system oświaty

Wyborcza.pl

Witold Gadomski, 06.12.2014
Władimir Putin

Władimir Putin (Alexei Druzhinin (AP Photo/RIA Novosti, Alexei Druzhinin, Government Press Service, File))

Rosyjskie marzenia o 150 dolarach za baryłkę przypominają ogłoszenia, które w 1989 roku zamieszczał w gazetach handlarz walutą Lech Grobelny: kupujcie dolary, bo za tydzień będą droższe. Dolary staniały, a Grobelny zbankrutował.
Anatola poznałem w kwietniu na Sri Lance. Siedział przy basenie w grupie podobnych do niego trzydziestoparolatków, słuchali rapu z rozkręconego na pełny regulator magnetofonu. Nie znoszę rapu, a w wykonaniu rosyjskim był szczególnie odrażający. Poprosiłem o ściszenie i o dziwo, obeszło się bez awantury. Potem, gdy siedziałem w barze, Anatol podszedł i zagadał po niemiecku. Szybko przeszliśmy na angielski, który wspomagałem łamanym rosyjskim. Zdziwił się, że jestem Polakiem, ale przeprosił za zachowanie kolegów. Jest inżynierem z Petersburga. Pracuje w państwowym przedsiębiorstwie Sovcomflot specjalizującym się w przewozach produktów naftowych.

– Często spędzasz wakacje w takich egzotycznych miejscach?

– Właściwie co roku. Teraz mamy w Rosji prosperity.

Pyta mnie, jaki mam samochód, i z politowaniem kręci głową, gdy mówię, że koreańską kię. – Ja w zeszłym roku kupiłem bmw. Trochę zarobiłem na handlu – mówi Anatol, nie wyjaśniając, czym handluje i jak to łączy z pracą w państwowej firmie.

Rodzice byli nauczycielami. Gdy rozpadł się ZSRR, musieli dorabiać na bazarze. Dziś chwalą Putina, podobnie jak Anatol. Ich emerytury wzrosły ponaddwukrotnie i są na czas. Unikamy tematu Ukrainy i aneksji Krymu, bo po co psuć nastrój w tak wspaniałych okolicznościach przyrody. Rozmówca mimochodem tylko mówi, że niedobrze, że Polska dołączyła do zachodnich mocarstw, które działają przeciwko Rosji.

Anatol jest typowym przedstawicielem rosyjskiej klasy średniej, która narodziła się na początku ubiegłej dekady. Chodzi nie o oligarchów, których stać na najdroższe posiadłości na francuskiej Riwierze, ale miliony Rosjan, do których w taki czy inny sposób dotarły dochody z ropy i gazu, przede wszystkim o mieszkańców Moskwy i Petersburga. W latach 2000-10 średnie wynagrodzenia wzrosły trzykrotnie, a ponieważ rosła też rozpiętość dochodów, górne 10 proc. Rosjan każdego roku odczuwało przypływ gotówki.

Czy można się dziwić, że stoją murem za Putinem, którego rządy kojarzą im się ze skokiem z chaosu i powszechnej nędzy do względnego albo całkiem znacznego dobrobytu? Ale czy będą stali, jeśli ich poziom życia będzie spadał równie szybko, jak rósł przez ostatnich kilkanaście lat?

***

O Rosji mówi się, że nigdy nie jest tak silna ani tak słaba, jak się wydaje. W 1918 roku kilka tysięcy czechosłowackich żołnierzy – byłych jeńców uzbrojonych przez mocarstwa zachodnie – opanowało połowę Syberii, a rząd Lenina zgodził się oddać Niemcom całą Ukrainę i państwa bałtyckie. W sierpniu 1920 r. bolszewicy byli na przedpolach Warszawy.

Dwie dekady później Armia Czerwona niemal przegrała wojnę z malutką Finlandią, a setki tysięcy żołnierzy rzucało broń, poddając się Niemcom, by w 1945 roku triumfować na gruzach Berlina.

W latach 70. ekonomiści zgodnie twierdzili, że gospodarka sowiecka jest drugą potęgą na świecie, a noblista Paul Samuelson w wydanym w milionach egzemplarzy podręczniku ekonomii przewidywał moment prześcignięcia USA. Profesor Jan Winiecki zauważył, że w kolejnych wydaniach książki zmieniano terminy tej detronizacji, aż przyszły lata 80. i bankructwo obozu socjalistycznego stało się widoczne nawet dla władców Kremla.

W 1994 roku rezerwy zagraniczne Banku Rosji wynosiły 7,2 mld dol., czyli mniej więcej tyle, ile w znacznie mniejszej Polsce. Cztery lata później Rosja zbankrutowała – ogłosiła, że nie jest w stanie obsługiwać długu zaciągniętego za granicą. Ale dziesięć lat później jej rezerwy walut zagranicznych przekraczały 500 mld dol. Większe miały tylko Chiny, Japonia i Arabia Saudyjska.

***

Dekada Jelcyna kojarzy się przeciętnemu Rosjaninowi z upadkiem, chaosem i pogłębiającą się biedą. 15 lat rządów Władimira Putina to szybki wzrost gospodarczy i stabilizacja.

W 2000 roku minister rozwoju ekonomicznego i handlu German Gref przygotował plan głębokich reform, które miały zmodernizować Rosję. We wrześniu 2007 r. został zdymisjonowany, tzn. objął funkcję prezesa Sbierbanku – największego banku Rosji – dołączając do grona oligarchów, którzy swoją pozycję zawdzięczają Putinowi. O reformach przestano mówić. Komu były potrzebne, skoro gospodarka rosła bez nich w szybkim tempie, a jeszcze szybciej – dochody państwa?

Gdy Putin obejmował władzę, mógł wydawać z kasy państwa ok. 80 mld dol. rocznie, bo baryłka ropy kosztowała 30 dolarów. Dziś Rosja wciąż ma niewiele do zaoferowania światu poza surowcami i bronią, ale w roku 2012 wydatki budżetowe przekroczyły 500 mld dol. Rząd stać na wypłaty emerytur kilkakrotnie wyższych niż na Ukrainie, podwyżki dla urzędników, a wydatki wojskowe za rządów Putina wzrosły dziesięciokrotnie i są po USA i Chinach największe na świecie.

Ale rosyjska gospodarka nie jest zdrowa. To, co ją trapi, ekonomiści nazywają „chorobą holenderską”. Nazwa dziwna, bo Holandia dawno się z tą przypadłością uporała. Chodzi o to, że jeśli w jakimś kraju odkrywane są surowce, które można wydobywać z dużym zyskiem (w Holandii były to złoża gazu), to inne sektory przestają się rozwijać. Po prostu nie opłaca się niczego innego produkować. Rosja jest gigantem surowcowym, ale cała reszta gospodarki to karzeł (w ubiegłym roku sprzedała za granicą towary za 173 mld dol., Polska – za 206 mld dol.). Ktoś ją nazwał „Nigerią posiadającą broń nuklearną”. W grudniu ubiegłego roku baryłka ropy kosztowała 108 dol. i eksperci zastanawiali się, czy niebawem przekroczy 130 czy 150 dol. Ale dziś kosztuje 70-80 dol. i największy na świecie eksporter ropy i gazu z niepokojem patrzy, kiedy odbije się od dna.

***

Wygłaszając w czwartek coroczne orędzie o stanie państwa, Władimir Putin stwierdził, że sankcje nałożone na Rosję przez Zachód będą punktem zwrotnym w rozwoju gospodarczym imperium. Obiecał liberalizację przepisów dla małych i średnich przedsiębiorstw, co da impuls do szybkiego wzrostu gospodarki, niezależnie od sektora naftowego. Skoro to było takie proste, to czemu przez 15 lat opierał rozwój niemal wyłącznie na ropie i gazie?

Rosyjskim lekarstwem na „chorobę holenderską” jest gromadzenie pieniędzy. Część petrodochodów rząd odkłada na kontach Narodowego Funduszu Dobrobytu, który ma wspierać system emerytalny. Fundusz Rezerwowy służy do finansowania niedoborów w budżecie w chudych czasach. Na pierwszym jest niecałe 82 mld dol., czyli mniej, niż Polacy zgromadzili w OFE, zanim rząd pieniądze zabrał. Na Funduszu Rezerwowym jest ok. 90 mld dol. Były minister finansów Aleksiej Kudrin twierdzi, że jeśli cena za baryłkę ropy będzie wynosić 80 dol., to Fundusz Rezerwowy wyczerpie się w ciągu dwóch lat, a jeśli spadnie do 60, pieniądze skończą się za rok.

Rosyjskiej gospodarki nie da się uzdrowić, pompując w nią pieniądze obiecane emerytom.

***

– W światowej gospodarce dojdzie do katastrofy, jeśli ceny ropy pozostaną na poziomie 80 dol. za baryłkę – mówił w październiku podczas szczytu Azja – Europa w Mediolanie Putin. – Nikt z uczestników rynku nie jest zainteresowany dalszym spadkiem cen.

Twierdzenie prezydenta zostało szybko i boleśnie zweryfikowane. Szczyt międzynarodowego kartelu naftowego OPEC nie obniżył wydobycia i na początku grudnia ceny kontraktów na dostawę ropy w styczniu 2015 r. zaczęły się zbliżać do poziomu 60 dol. za baryłkę.

W rosyjskich elitach rządowych narasta niepokój, jak społeczeństwo zareaguje na obniżenie dochodów. 28 listopada minister rozwoju gospodarczego Aleksiej Ulukajew w wywiadzie dla rosyjskiego Kanału Pierwszego zapewniał, że nic szczególnego się nie dzieje. Dochody budżetu są niezagrożone, bo spadek ceny baryłki jest równoważony przez spadek kursu rubla.

Od początku roku rubel stracił wobec dolara 37 proc. i końca spadku nie widać. Dla rosyjskich firm zadłużonych w zagranicznych walutach ma to fatalne skutki, ale dla budżetu państwa jest to chwilowa ulga. Dochody z ropy wyrażone w dolarach są mniejsze, ale w rublach pozostają na stałym poziomie. Ulukajew zapewnia, że dla rosyjskich firm konkurujących za granicą tani rubel jest błogosławieństwem, a skutki dla wzrostu gospodarczego będą prawie niezauważalne. To kolejne zaklinanie rzeczywistości. Załamanie się kursu rubla powoduje inflację i aby jej uniknąć, Bank Rosji kilka razy w tym roku podnosił stopy procentowe. Przedsiębiorstwa, jeśli chcą zaciągnąć kredyt, muszą płacić kilkanaście procent odsetek. Trudno, by gospodarka nie odczuła tego boleśnie. Jest w stagnacji, w przyszłym roku niemal na pewno zacznie się zwijać. Jeśli ceny ropy jakimś cudem nie odbiją, Rosji trudno będzie znaleźć sposób na przerwanie recesji.

Ulukajew podobnie jak Putin podkreśla, że zobowiązania socjalne będą dotrzymane. W lutym 2015 roku emeryci otrzymają kolejną waloryzację. „Pewne korekty” innych wydatków mogą jednak nastąpić.

***

Igor Sieczyn, szef największego koncernu naftowego Rosji Rosnieft, zapewnia, że w ciągu pięciu-siedmiu lat cena ropy ukształtuje się na poziomie 150 dol. za baryłkę. Przypomina to ogłoszenia, które jesienią 1989 roku zamieszczał w gazetach handlarz walutą Lech Grobelny – kupujcie dolary, bo za tydzień będą droższe. Dolary staniały, a Grobelny zbankrutował.

Rosnieft podobnie jak Gazprom nie jest zwykłą korporacją, która chce osiągać jak najwyższe zyski dla siebie i akcjonariuszy. Jest politycznym wehikułem, który ma skłaniać inne kraje do prowadzenia polityki korzystnej dla Kremla. Sieczyn – w latach 80. rezydent sowieckiego wywiadu w Mozambiku – był wicepremierem i jednym z najbliższych współpracowników Putina.

Kilka lat temu Rosnieft stoczył walkę z prywatnym konkurentem, spółką TNK-BP, której udziałowcem był brytyjski koncern BP. Wykupił za 55 mld dol. konkurenta i stworzył naftowego kolosa wydobywającego 5 proc. światowej produkcji ropy. Zachęcając inwestorów do kupowania akcji, Sieczyn twierdził, że powiększony Rosnieft wart będzie 120 mld dol. Dziś wycenia się go na nieco ponad 50 mld dol. Kto przed rokiem zainwestował w akcje spółki, stracił 31 proc. Ale nie jest to wina spadających cen ropy. W tym samym czasie inwestycja w akcje Royal Dutch Shell przyniosła zysk 14,8 proc., a francuskiego Totala – 5,3 proc.

Rosnieft to najbardziej zadłużony na świecie koncern paliwowy. Kupił TNK-BP na kredyt i jest winny zagranicznym bankom i nabywcom obligacji 60 mld dol. Dlatego spółka jest wrażliwa nie tylko na spadki cen surowca, ale też na sankcje, które odcięły ją od finansowania. Do końca przyszłego roku musi spłacić 30 mld dol. i bez wsparcia rządu będzie bankrutem.

Strategia Rosnieftu powstawała na Kremlu. Chodziło o to, by stworzyć globalnego gracza, operującego od Norwegii do Zatoki Meksykańskiej, kontrolującego wydobycie i przetwarzanie ropy w wielu krajach. Do rosyjskiej korporacji należy połowa rafinerii w Niemczech.

Nikt nie wierzy, że Kreml dopuści do bankructwa Rosnieftu, ale o wydatkach na dalszą ekspansję spółka może zapomnieć. Zamiast wzbogacać gospodarkę i budżet państwa, stanie się w najbliższych latach kulą u nogi.

„Wykorzystywanie kontrolowanych przez Rosję korporacji do realizowania celów politycznych wystawia je na duże ryzyko i w ostatecznym rachunku prowadzi do ogromnych strat” – twierdzi cytowany przez agencję Bloomberg Bert Van Der Walt, analityk firmy Mirae Asset Global Investments LLC. „Menedżerowie rosyjskich korporacji nie potrafią zaakceptować reguł obowiązujących na globalnych rynkach. To jest element ich DNA”.

***

Rosyjskie elity są przekonane, że spadek cen ropy wynika ze zmowy Stanów Zjednoczonych z Arabią Saudyjską. Sam Putin zasugerował to w wywiadzie dla chińskich mediów przed spotkaniem państw Azji i Pacyfiku. Nie oskarżył konkretnego kraju, ale stwierdził, że spadek cen ropy wynika w jakiejś części z politycznych manipulacji.

Dynastia Saudów zastosowała drapieżną strategię, bo może sobie na to pozwolić. Koszty wydobycia „lekkiej ropy” na Bliskim Wschodzie wynoszą 29 dol. za baryłkę, w Rosji – średnio 55 dol., a w strefie arktycznej – 80-100 dol. Zwiększenie wydobycia ropy przez Saudyjczyków uderza więc w wielu graczy, ale przede wszystkim w Iran – tradycyjnego wroga Arabii Saudyjskiej – i w Rosję, najważniejszego sojusznika prezydenta Syrii Baszara al-Asada.

Zdaniem Pepe Escobara, brazylijskiego publicysty „Russia Today”, umowa Saudyjczyków z Ameryką ma dotyczyć likwidacji Państwa Islamskiego (konkurenta Arabii Saudyjskiej na rynku ropy), ustanowienia w Syrii reżimu przyjaznego dla Saudyjczyków i osłabienia Iranu. Z kolei USA chcą osłabienia Rosji, która ingerując na Ukrainie, pokazała, że wciąż żywi imperialne ambicje.

Rosja, zdaniem publicysty „Russia Today”, nie jest biernym obserwatorem wypadków. Razem z Chinami próbuje odzyskać inicjatywę na światowych rynkach. Na rosyjskiej giełdzie chiński juan zaczął być notowany jako waluta handlowa. Rosja stara się ograniczyć transakcje dokonywane w dolarach i w ciągu ostatniego roku, mimo malejących rezerw zagranicznych, kupowała złoto, by uniezależnić się od waluty amerykańskiej. Gazprom zawarł z Chinami umowę dotyczącą wieloletnich dostaw gazu i jeśli zdecyduje się przyjmować za gaz chińską walutę, dominacja dolara na rynkach światowych może zostać poważnie nadwątlona. Osłabienie Rosji jest więc także próbą zablokowania rosyjskich planów odejścia od dolara w transakcjach zagranicznych.

Ile warte są te teorie? Niewiele. Oddają raczej intuicję publicystów, niż wynikają z twardych faktów. Rosja rzeczywiście próbowała zmienić walutę dominującą na rynku ropy i gazu, co uderzałoby w USA, których najlepszym produktem eksportowym jest papierowy dolar. Ale jej potencjał gospodarczy jest zbyt mały, by mogła skutecznie przeprowadzić tę operację. Chiny, które mają rezerwy zagraniczne wielokrotnie większe niż Rosja, trzymają je w dolarach i osłabienie amerykańskiej waluty uderzyłoby w ich interesy.

Pozostają jeszcze trendy globalne, którymi trudno manipulować. Eksploatacja gazu i ropy łupkowej sprawiła, że USA coraz mniej kupują na Bliskim Wschodzie i coraz bliższy jest moment, gdy całkowicie uniezależnią się od importu z tego regionu. Rosja, największy obok Arabii Saudyjskiej eksporter ropy i gazu, korzystała z koniunktury trwającej kilkanaście lat. Teraz czeka ją dekoniunktura, która wbrew pobożnym życzeniom polityków z Kremla i oligarchów potrwa z pewnością dłużej niż rok.

***

Zdaniem profesora Jana Winieckiego, członka Rady Polityki Pieniężnej, ceny surowców podlegają wieloletnim wahaniom, przy czym pełny cykl – od jednego szczytu do kolejnego – trwa około 30 lat. Winiecki uważa, że jesteśmy na początku okresu spadkowego, który potrwa kilkanaście lat, choć trudno przewidzieć, jak głębokie będą spadki.

Jeśli teoria ta jest prawdziwa – a potwierdzają ją statystyki z ostatnich kilkudziesięciu lat – to twierdzenie Sieczyna, że cena baryłki odbije w drugiej połowie 2015 r., a za pięć lat dojdzie do 150 dol., można włożyć między bajki. Nie zapominajmy o zmianach technologicznych, które nastąpiły w ostatnich latach na skutek wysokich cen ropy. Niektórzy naukowcy i konstruktorzy uważają, że jesteśmy w przededniu wynalezienia wysoko wydajnych baterii, które pozwolą produkować na masową skalę tanie samochody elektryczne. Wówczas popyt na produkty naftowe gwałtownie się skurczy i przetrwają firmy produkujące najtaniej. Rosja miała w ostatnich latach ambitne plany eksploatacji złóż arktycznych, ale przy ropie tańszej niż 100 dol. byłoby to całkowicie nieopłacalne.

Prognozy mają to do siebie, że dopiero po latach możemy stwierdzić, czy były prawdziwe czy chybione. Załóżmy jednak, że cena ropy w przyszłym roku spadnie do 50 dol. za baryłkę i na tym poziomie utrzyma się do roku 2020.

Siergiej Aleksaszenko, były zastępca prezesa Banku Rosji, twierdzi, że spadek ceny ropy o 10 dol. za baryłkę obniża dochody rosyjskiego budżetu o 700 mld rubli, czyli o 5 proc. Taki spadek powoduje też obniżenie tempa wzrostu PKB o 3-4 punkty procentowe i powoduje drenaż rezerw zagranicznych Banku Rosji. W końcu 2008 roku cena za baryłkę spadła – na skutek światowej recesji – do 38 dol., co spowodowało w Rosji w 2009 roku spadek PKB o 7,8 proc. i zmniejszenie się rezerw walutowych o 200 mld dol. Ceny ropy szybko poszły znowu w górę, ale Rosja z tamtego incydentu nie wyciągnęła żadnych wniosków.

***

Spadek cen ropy do 50 dol sprawi, że w przyszłym roku dochody Rosji skurczą się o 25 proc. Eksport wciąż będzie wyższy od importu (który zresztą spadnie na skutek recesji w Rosji), ale w bilansie wymiany z zagranicą pojawi się deficyt ok. 30 mld dol.

W 2013 roku, według danych Banku Rosji wypłynęło za granicę 61 mld dol, w tym roku wypłynie aż 150 mld dol. Putin próbuje naciskać na oligarchów, by sprowadzili ukryte za granicą kapitały. Obiecał im nawet amnestię.

„Nikt nie będzie pytał o źródła kapitału, nikt nie będzie niepokojony przez służby podatkowe i wymiar sprawiedliwości” – mówił Putin w czwartkowym orędziu. Na razie statystyki Banku Rosji nie potwierdzają, by naciski i prośby Putina przyniosły skutek. W ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy br. rezerwy zagraniczne skurczyły się o 80 mld dol., mimo że ceny ropy były wysokie. Przy cenie baryłki 50 dol. i utrzymujących się sankcjach zagranicznych w przyszłym roku rezerwy spadną o mniej więcej 200 mld dol. i jeśli nie nastąpią żadne zmiany w polityce gospodarczej w roku 2016 lub 2017, to zadłużone za granicą rosyjskie firmy nie będą w stanie obsługiwać kredytów.

Obecny minister finansów Anton Siłuanow powiedział przed paroma dniami, że sankcje zagraniczne oraz niższe ceny ropy kosztować będą Rosję 130-140 mld dol. rocznie, czyli 7 proc. PKB. Były minister finansów Aleksiej Kudrin uważa te szacunki za zaniżone. „Przywrócenie zaufania zagranicznych inwestorów zajmie Rosji od 7 do 10 lat” – powiedział agencji Bloomberg.

Każdy minister finansów doskonale wie, jak trudno jest dostosować wydatki państwa do spadających dochodów. Jeśli spadną o jedną czwartą, w budżecie pojawi się dziura. Konieczne będzie zamrożenie wynagrodzeń sfery budżetowej, zatrzymanie inwestycji państwowych i ograniczenie wydatków na armię, które wynoszą około 90 mld dol. Ale to nie takie proste, bo wydatki te wynikają z wieloletnich programów, których nie da się zatrzymać z dnia na dzień.

Putin znajdzie się pod silną presją zarówno zaprzyjaźnionych z nim oligarchów, którzy alergicznie reagują na ograniczenia wywozu kapitałów, jak i służb siłowych, przyzwyczajonych do coraz wyższych pensji i wydatków na zbrojenia. Kilkuprocentowa recesja spowoduje wzrost bezrobocia oraz spadek dochodów ludności, co w oczywisty sposób zaciąży na popularności Putina.

Władca Kremla będzie miał dwa wyjścia. Może się starać unormować stosunki z USA i Unią Europejską, by jak najszybciej wycofały się z sankcji przeciwko Rosji, co może spowodować napływ zagranicznych inwestycji. Może ucywilizować relacje z inwestorami, wycofując wobec nich rozmaite szykany, które zniechęcają ich do rosyjskiego rynku. Może przedstawić plan rzeczywistej modernizacji Rosji, według standardów zachodnich.

Bardziej prawdopodobne jest jednak drugie wyjście: zwiększy napięcie międzynarodowe, najedzie na któreś z sąsiednich państw, by w ten sposób skonsolidować naród pod swoim przewodnictwem.

Jest jeszcze trzecie wyjście. Rosyjska elita władzy dojdzie do wniosku, że Putin nie tylko zawiódł, ale też prowadzi kraj do zguby, i na Kremlu dokona się krwawy lub bezkrwawy zamach. Co nie znaczy, że następca będzie dla świata przyjemniejszy.

Witold Gadomski będzie gościem Pawła Sulika w TOK FM w sobotę o godz. 11.05

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Żelazny facet. Kim jest Robert Biedroń
Jak się nie uda heterykowi – to normalne. A gej musi się starać trzy razy bardziej

Świat się chwieje
Lęki księdza Oko nie są lękami z kosmosu. To w gruncie rzeczy nasze lęki. Z Andrzejem Lederem rozmawia Grzegorz Sroczyński

Jestem chłop, ale pan
Ktoś, kto się wywodzi z chłopstwa, niekoniecznie ma dzisiaj powody, żeby się z tym kryć. Dziś jest takie poczucie, że my jesteśmy siłą. I do tego się odwołuje PSL. Rozmowa z Marianem Pilotem

Jeśli chrześcijaństwo przetrwa, to nie na naszej półkuli
Nam się nie chce zadawać trudnych pytań. Żyje nam się na pewno lepiej (przynajmniej niektórym), ale czy godziwiej? Z Janem Andrzejem Kłoczowskim rozmawia Małgorzata Skowrońska

Życzenia od modelki, Marka Hłaski i Pana Boga
Od kogo chciałbyś dostać kartkę na święta? O jakich życzeniach marzysz? I czego byś takiej osobie życzył? Zapytaliśmy naszych czytelników, o kim często myślą przed świętami

Senne koszmary profesora Nowaka
Roman Kuźniar: Putin będzie miał dla Polski respekt, jeśli będziemy liczącą się częścią Unii i NATO, a nie harcownikiem wymachującym pistolecikiem na wodę jak w czasach rządów PiS-u

Putin gra o tron
Rosja nie wraca do stalinizmu. Putin buduje państwo totalitarne innego typu – faszystowskie. Z prof. Andriejem Zubowem rozmawia Wacław Radziwinowicz

Testy precz!
Dlaczego Chiny mają najlepszy (i najgorszy) na świecie system oświaty

Wyborcza.pl
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s